wtorek, 30 kwietnia 2024


"Nikt nie powinien mieć wątpliwości co do armii i marynarki wojennej" — apeluje Tulenkow na końcu książki. I nic dziwnego, bo wcześniejsze 200 stron upływa mu na nieustannej dyskredytacji rosyjskich sił zbrojnych. Przyznaje nawet, że armia rosyjska jest pod wieloma względami gorsza od ukraińskiej: "jesteśmy jak dzikusy z epoki wojen kolonialnych, z łukami i strzałami przeciwko Maximom (to aluzja do karabinu maszynowego Maxim z końca XIX w., który był używany przez Europejczyków w koloniach – red.) białych sahibów (grzecznościowy zwrot pod adresem Europejczyków w kolonialnych Indiach – red.)".

Tulenkow nie skąpi nam opisu degrengolady w rosyjskim wojsku. Już podczas przygotowań na tyłach frontu autor doświadczył kradzieży, braku wody i okropnego jedzenia. Po przybyciu pierwszy raz na linię frontu zorientował się, że dowódca nie wiedział, gdzie jest wróg, a przybyli z nim żołnierze byli jak stado owiec. Generalnie rosyjscy dowódcy nie słuchają żołnierzy i wysyłają ich na rzeź; nakazują też ostrzały artyleryjskie pozycji, gdzie mogą znajdować się rosyjscy żołnierze lub zniszczenie jakiegoś czołgu bez sprawdzenia, czy to swój, czy obcy. Co gorsza jednostki wsparcia – takie jak artyleria — nie spieszą się z pomocą w odparciu ukraińskiego ataku.

Autor nie szczędzi opisów kompletnego braku dyscypliny w jednostkach: "pijaństwo, grabieże, kłótnie, kompletny brak dyscypliny i — co najważniejsze — brak dowódców". Brak pomocy dla rannych graniczy z sabotażem: "wyładowaliśmy rannych na odległej leśnej polanie. Tam zajął się nimi lekarz wojskowy pomagając im najlepiej jak potrafił w warunkach polowych. A oni godzinami czekali na przyjazd sprzętu, który miał ich zabrać. Niektórzy umierali tam, nie doczekawszy transportu".

Najgorsi według Tulenkowa byli oficerowie.

"Wyżsi rangą dowódcy postrzegali nas jako dwunożne bydło pociągowe i nawet nie ukrywali swojego nastawienia. Byliśmy dla nich czymś w rodzaju hiwich (sowieccy cywile, którzy podczas II wojny światowej pomagali jednostkom niemieckim; słowo podchodzi od niem. "Hilfswillige", czyli "chętni do pomocy" — red.) w dywizji piechoty Wehrmachtu".

Jednym z takich przełożonych był były oficer Rosgwardii, który w towarzystwie szydził ze swoich podwładnych — dla przykładu bijąc za słabe przygotowanie fizyczne 65-letniego ochotnika, który poszedł na front, aby zdobyć pieniądze dla wnuczki. Tulenkow pisze jednak o nim ciepło, ponieważ członek Rosgwardii niemal codziennie wyjeżdżał na misje bojowe.

Autor raczy nas też karykaturalnym obrazem pewnego dowódcy sztabowego: przystrzyżonego, ubranego w drogi mundur, który nie nosił hełmu, po ojcowsku rozmawiał z żołnierzami, namawiał ich do niebrania jeńców i sprowadzał do sztabu prostytutki – a sam kradł rzeczy poległych i bał się iść na linię frontu. Jak na ironię po jednej z nieudanych operacji został ukarany zesłaniem do okopów.

Tulenkow wyraźnie nie lubi tych, którzy okazują jakąkolwiek słabość. Szczególnie irytują go żołnierze, którzy zostali zmobilizowani — nazywa ich "mobikami". Byli cywile, mężczyźni w wieku 30 lub 40 lat (a nawet starsi), którzy często nie zamierzają dzielnie wypełniać swoich obowiązków.

Na przykład pewnego razu do walki wysłanych zostało siedmiu skazańców. Jeden zginął, dwóch uciekło. Na tyłach była cała kompania "mobików".

"Ale mobiki siedzą skuleni pod ścianą okopu i ściskają swoje karabiny. Na sugestię naszego dowódcy, aby nam pomóc, odwracają wzrok: »to nie nasze zadanie«".

Tulenkow nisko ocenia też ich walory bojowe. Twierdzi wręcz, że gdyby do ich okopu wpadli Ukraińcy, nawet nie próbowaliby nic zrobić: "uciekliby gromadą, tratując się nawzajem, gubiąc broń i sprzęt" — pisze Tulenkow.

Być może źródłem niechęci jest refleksja, jaką Tulenkow dzieli się pod koniec książki, kiedy roztoczył już przed czytelnikiem heroiczny obraz oddziałów "Szturm Z" wysyłanych do samego piekła. Pisze wtedy, że czasem odnosił wrażenie, iż dowództwo starało się zachować życie tylko tych zmobilizowanych — fikcyjnego "ajtisznika z Wołgogradu" (ajtisznik, od ang. IT, czyli "technologie informacyjne", to potoczne określenie na informatyka w języku rosyjskim – red.), który ma żonę i dzieci.

Kolejnym wątkiem jest "pięćsetka", czyli dezerterzy. Nie ci, którzy jawnie uciekli — ale ci, którzy odmówili wyjazdu na misję, "zgubili się" w ostatniej chwili lub uchylali od wykonania zadań.

Pod koniec książki Tulenkow opisuje epizod, w którym sam brał udział. Podczas jednego z wypadów na wrogie pozycje dowódca uciekł, inny żołnierz upił się i zgubił karabin, a zastępca dowódcy (narkoman) postanowił nie wykonać zadania bojowego. Udał więc, że stacja łączności nie działa, a następnie wrócił na rosyjskie pozycje, przynosząc ze sobą dla niepoznaki znalezioną w lesie broń jako ukraińskie trofeum.

onet.pl

Szczyt społecznej piramidy zajmują Władimir Putin i starannie wyselekcjonowani ludzie z jego najbliższego otoczenia. Również członkowie jego rodziny. Ich życie i majątki są ściśle chronioną tajemnicą. Od czasu do czasu dziennikarzom śledczym udaje się zajrzeć za kulisy i dotrzeć do informacji o jachtach, rezydencjach, winnicach i innych przejawach zamiłowania do luksusu członków klasy panującej.

(...)

Na wojnie w sposób pośredni lub bezpośredni zarabiają również czołowi przedstawiciele elity biznesowej. Jak wynika z materiałów publikowanych przez „Forbesa”, na liście najbogatszych ludzi planety – których majątki szacowane są na co najmniej miliard dolarów – znalazło się 125 Rosjan (w zeszłym roku było 110). Łączna wartość majątków rosyjskich miliarderów w ciągu roku zwiększyła się z 505 do 576,8 mld USD. Sankcje sobie, a interesy sobie. Z gry na warunkach ustanowionych przez Kreml (pełne podporządkowanie władzy politycznej, realizowanie jej interesów, dzielenie się zyskami) wyłamały się nieliczne jednostki – rosyjski świat biznesu popiera Putina, nie ryzykuje podejmowania samodzielnej gry, zgrzyta zębami na nowe ograniczenia, ale zagryza uzdę i ciągnie rydwan władcy dalej. Żadnych niepotrzebnych ruchów, żadnych deklaracji politycznych, zwłaszcza tych krytycznych wobec państwa. Pieniądze lubią ciszę. Nawet gdy tuż obok rozrywają się pociski, biznes tego nie komentuje.

Pierwsze miejsce wśród najbogatszych Rosjan zajął Wagit Alekpierow – 28,6 mld, firma Łukoil; kolejne: rodzina Michelsonów – 27,4 mld, firma Novatek; Władimir Lisin – 26,6 mld, metalurgia, przewozy; rodzina Mordaszowów – 25,5 mld, ropa, gaz, bankowość, wydobycie złota itd.; Władimir Potanin – 23,7 mld, firma Nornikiel, holding Interros (pełna lista tutaj). Od lat te same nazwiska, raz trochę w górę, raz trochę w dół, w zależności od zwyżki lub spadku notowań na giełdzie.

Ale jest wyjątek. Na ósmym miejscu został sklasyfikowany z majątkiem 15,5 mld dolarów Paweł Durow, założyciel i właściciel komunikatora Telegram – Durow mieszka za granicą i nie przynależy do „rodzinki” putinowskich krezusów, obsługujących interesy Kremla. Ostatnio udzielił wywiadu Tuckerowi Carlsonowi, amerykańskiemu lobbyście (temu, który w lutym przeprowadził głośny wywiad z Putinem). W rozmowie wyjaśnił: „Zaproponowano mi dwa warianty: albo podporządkować się wymaganiom władz, albo wyjechać z kraju. Wybrałem drugi wariant”. Durow odciął się od rosyjskiego państwa, które, jego zdaniem, wywiera ogromny nacisk na sferę biznesu.

Zejdźmy z polityczno-biznesowych wyżyn, by zlustrować to, co się dzieje z tymi, co nie mają szans na wpisanie na listę „Forbesa”. Osią, wokół której obraca się życie wielu Rosjan, jest wojna. Jednym podcięła skrzydła i zmusiła do wyjazdu z kraju, innym dała zajęcie i uchyliła okienko niewielkich, bo niewielkich, ale jednak możliwości zmian. Motywacją dla wielu z tych, którzy sami zgłaszają się, by iść powojować z Ukrainą, są pieniądze wypłacane przez ministerstwo obrony. Ludzie z prowincji, niemający przez lata pracy albo zarabiający niewiele, podpisują kontrakty, aby zarobionymi na krwi środkami spłacić kredyt albo kupić wymarzony samochód.

Nie wszystkim udaje się zrealizować marzenia. Dochodzi do kuriozalnych sytuacji. Kobieta z Ałtaju skarży się, że za odszkodowanie za śmierć starszego syna, który zginął na ukraińskim froncie, nie udało się zrobić remontu rozwalającego się domu: wystarczyło tylko na wymianę okien. Miejscowi urzędnicy odwiedzają kobietę, ściskają jej rękę, na ścianie domu przymocowali tablicę pamiątkową na cześć poległego. Ale mówią, że pomóc z remontem nie mogą: w lokalnym budżecie nie ma na to pieniędzy. „W lokalnym budżecie są pieniądze tylko na zapewnienie mieszkań dzieciom urzędników” – dopowiada komentator. Nadzieją matki jest młodszy syn: „Może gdy pójdzie walczyć, to zarobi chociaż na wymianę dachu”.

tygodnikpowszechny.pl

poniedziałek, 29 kwietnia 2024


Newsweek: Kiedy niedawno pisaliśmy, jaka jest statystyczna Polka, jedna z naszych bohaterek mówiła: "Wykańcza mnie mój perfekcjonizm. Chcę wszystko robić na więcej niż 100 proc.". Też słyszy pani w gabinecie takie wyznania?

Cveta Dimitrova: Takie słowa padają często nie tylko w gabinetach terapeutycznych, ale też w wielu codziennych rozmowach. Wszyscy mniej lub bardziej cierpimy na tę chorobę.

Właściwie jaką?

– To stan umysłu, w którym mnóstwo energii psychicznej kierowanej jest na osiągnięcie celu, jakim jest ideał. Tak jakby codzienne życie i realne potrzeby już się nie liczyły. Uwierzyliśmy, że nasze życie ma być perfekcyjne: mamy osiągnąć doskonałość w jodze, gotować zdrowe posiłki, utrzymać wagę, dobrze wyglądać, nadążać za tym, co ważne, interesujące… Ale wtedy właściwie przestajemy być sobą, cała energia jest skierowana na realizację projektu idealnego siebie. Kiedy dbanie o siebie nie jest sprawianiem sobie radości, ale staje się zadaniem, ludzie stają się śmiertelnie zmęczeni. To ciężka praca: być idealnym rodzicem, kochanką, pracownikiem, kobietą, mężczyzną, przyjacielem. I to nieosiągalne dla jednostki.

Ale dalej próbujemy.

– Wiele osób nie potrafi zaakceptować, że są obszary, w których nie potrafią być idealni, że mogą być świetni albo bardzo dobrzy tylko w jakimś wycinku. Bo to strata wyobrażeń na swój temat, a to zawsze boli.

Po co szukamy kolejnych wyzwań?

– Ludzie stracili zaufanie do świata, społeczeństwa, polityków, religii. Wierzą tylko sobie. Karmimy się iluzją, że możemy osiągnąć jakiś stan ideału, który będzie nas chronił przed różnymi rozczarowaniami, które przynosi życie. Jeżeli będę doskonała, to nikt mi nie zrobi krzywdy, świat mnie nie zrani, nie odrzuci. Kiedyś dzięki rodzinie, szerzej – strukturze społecznej, ludzie byli osadzeni w międzypokoleniowym systemie, sieć tych relacji dawała siłę. Teraz jesteśmy coraz bardziej samotni w świecie i wydaje nam się, że jeżeli nie będziemy doskonali, to w nim nie przetrwamy. Nie mamy wpływu na wojny, kryzysy gospodarcze, zmiany klimatu, relacje z bliskimi są trudne i wymagające, to co nam pozostaje?

Inwestycja w siebie: lepszą sylwetkę, bycie idealnym rodzicem, kochankiem, maratończykiem, hodowcą roślin doniczkowych…

– Dokładnie tak. Dodatkowo wspiera to przekaz społeczny, który mówi: trzeba cały czas się rozwijać, udoskonalać. Perfekcjonizm zajął miejsce poszukiwania egzystencjalnego sensu, odpowiadania sobie na pytania: kim jestem. Współczesne społeczeństwa zachodnie odwróciły się od życia introspekcyjnego. To widać w prymacie kultury wizualnej, liczy się obraz, szybkie wnioski.

onet.pl

sobota, 27 kwietnia 2024


Aby zrozumieć, o co chodzi w aresztowaniu Iwanowa, The Moscow Times porozmawiał z dwoma źródłami w rosyjskim rządzie i z jedną osobą zbliżoną do Kremla. Wszyscy zgodzili się z nami porozmawiać wyłącznie z zachowaniem pełnej anonimowości. I wszyscy powiedzieli nam to samo: posłanie wiceministra za kratki świadczy o erozji wpływów Siergieja Szojgu, wieloletniego zausznika Putina i o wzroście znaczenia ludzi związanych ze służbami.

— Przede wszystkim aresztowanie Iwanowa to redystrybucja "korytka". Iwanow nadzorował nie tylko budowy, ale także kontrakty wojskowe, czyli najsmaczniejsze i największe kąski. To oznacza, że jest to bardzo poważny cios polityczny dla całej frakcji ministra Szojgu — mówi The Moscow Times jeden z urzędników państwowych.

(...)

Dla służb bezpieczeństwa, a także dla rosyjskich elit nie było jednak tajemnicą, że Iwanow bardzo lubił wystawne i luksusowe życie (które polubiła także jego rodzina).

— Rzeczywiste nadużycia w zakresie dysponowania majątkiem armii były liczne. Ale za to powinni aresztować [Iwanowa] wiele lat temu — mówi The Moscow Times źródło zbliżone do Ministerstwa Obrony.

Nasze źródło wskazuje jednocześnie, że aresztowanie — które miało miejsce zaledwie kilka tygodni przed uroczystym rozpoczęciem przez Putina piątej kadencję i początkiem formowania nowego rządu — "dużo mówi o przyczynach politycznych i nie najsilniejszej pozycji Szojgu".

Nasi informatorzy zgadzają się co do tego, że aresztowanie Iwanowa nie będzie miało wpływu na zdolność rosyjskiej armii do kontynuowania inwazji na Ukrainę, ponieważ Iwanow "nie miał nic wspólnego ze sprawami wojskowymi". — Najprawdopodobniej nie przeszkodzi to nawet Siergiejowi Szojgu w utrzymaniu stanowiska w nowym rządzie. Ale jego pozycja zostanie zauważalnie osłabiona — mówi nam jeden z urzędników.

— Ogólnie rzecz biorąc, to, co się stało, leży również w interesie Putina. On nigdy nie pozwala żadnej grupie stać się zbyt silną. A [samo aresztowanie] zostanie przedstawione opinii publicznej jako walka z korupcją — dodaje kolejny informator.

Jak mówi nam Andriej Sołdatow z think tanku Center for European Policy Analysis, aresztowanie Iwanowa prawdopodobnie oznacza, że FSB zbiera również brudy na cały resort obrony i jego szefa. — Iwanow będzie teraz zeznawał przeciwko wszystkim. Ale uwaga: zazwyczaj jest to sposób kontroli, a nie represji. W ten sposób kremlowski reżim dba o utrzymanie porządku wśród podwładnych — mówi nam ekspert.

onet.pl

Wszystko wskazuje jednak na to, że wspaniała historia Spirydona Putina jest efektem kreacji kremlowskich propagandzistów. Przeszłość prezydenckiego przodka usiłował zbadać Witold Szabłowski. "W Petersburgu rozmawiałem z wieloletnim, legendarnym dyrektorem restauracji Astoria. On powiedział mi wprost, że o dziadku prezydenta nigdy nie słyszał. Ale później, na wszelki wypadek, poprosił, żeby nie podawać jego nazwiska" — pisał dziennikarz w książce pt. "Rosja od kuchni".

O dziadku prezydenta nie chciał rozmawiać również dyrektor zabytkowego pałacu w Gorkach Moskiewskich, gdzie Spirydon miał gotować dla Włodzimierza Lenina. Urzędnik usiłował przekonać polskiego dziennikarza, że jego podwładni wciąż szukają dokumentów, które potwierdzą istnienie słynnego kucharza. Gdy Szabłowski zauważył, że przecież Lenin miał inną kucharkę, dyrektor stwierdził jedynie: skoro prezydent powiedział, że jego dziadek tu pracował, to pracował.

Bezskuteczne poszukując informacji o dziadku rosyjskiego przywódcy, polski dziennikarz "zrozumiał, że nie znajdzie żadnych dowodów na to, że Spirydon Putin gotował w Astorii i że Rasputin podarował mu złotą monetę".

"Podobnie jak nie ma dowodów, że gotował dla Lenina albo dla Stalina. Spirydon Putin przez całe życie gotował w sanatoriach, w tym w sanatorium dla członków partii – i tyle. I owszem, mogli być wśród nich i Nikita Chruszczow, następca Stalina, i Wiaczesław Mołotow, bo tak powiedział w wywiadzie wujek Władimira Putina, Aleksander. I może raz albo dwa został poproszony, żeby ugotować coś na bankiet, na którym gościem był Stalin" — konkluduje w swojej książce Witold Szabłowski.

onet.pl

piątek, 26 kwietnia 2024



— Rosja również nie ma złudzeń co do swojej zdolności eksportowej do Indii — mówi Cowshish, odnosząc się do tego, że jej krajowe potrzeby obronne uległy zwielokrotnieniu. Na przykład Indo-Russian Rifles Private Limited — fabryka założona w 2019 r., aby współprodukować ponad 600 tys. karabinów szturmowych dla indyjskich sił zbrojnych — podobno wciąż czeka na dostawę transz rosyjskich kałasznikowów.

Według Rahula Bediego, dziennikarza zajmującego się obronnością w New Delhi, to tylko jeden z wielu produktów, których Rosja nie dostarczyła. — Nikt publicznie o tym nie mówi, ponieważ jest to tak delikatna sprawa — zauważa ekspert.

— Rosja miała dostarczyć pięć systemów obrony powietrznej S-400 — pozostały dwa i nie poczyniono żadnych postępów. Następnie chcieliśmy wydzierżawić rosyjski atomowy okręt podwodny, który miał być u nas do 2025 r. Teraz, jak rozumiem, leasing mógł zostać wycofany. Ponadto były cztery fregaty — dwie rosyjskie, a pozostałe dwie miały być wspólnie wyprodukowane w Goa. I w tym obszarze również nic się nie wydarzyło — mówi Bedi. — To ogromny bałagan — dodaje.

Część sprzętu nie dotarła, ponieważ Moskwa jest zajęta produkcją broni dla własnych wojsk i nie ma przepustowości na eksport. Inne elementy utknęły, ponieważ Indie nie chcą naruszać zachodnich sankcji nałożonych na Rosję.

Co więcej, jeszcze przed wojną Indie uznały, że jakość niektórych rosyjskich produktów importowanych — takich jak myśliwce MiG-29K — nie spełnia norm. Wydajność rosyjskiego sprzętu na ukraińskim polu bitwy również okazała się szokiem.

(...)

Mimo wszystko Indie nadal będą pielęgnować swoje stosunki z Rosją — nawet w obliczu spadku importu sprzętu obronnego. Coraz cieplejsze relacje Chin i Rosji niepokoją indyjskie władze. Dlatego New Delhi będzie chciało utrzymać Moskwę w gronie swoich przyjaciół.

970 mln głosujących i największe wybory świata. Waży się przyszłość strategicznego sojusznika Zachodu. Może być ratunkiem przed Chinami
A w związku z tym, że prawie 65 proc. indyjskiego sprzętu — w tym helikoptery, czołgi i myśliwce — pochodzi z Rosji, kraj ten nie może z dnia na dzień odciąć się od importu.

Mimo to, z niemal samodzielnego uzbrajania indyjskich sił obronnych w latach 60., Rosja została zdegradowana do bycia tylko jednym z wielu partnerów. To nieoczekiwana strata dla rosyjskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego, która jest spowodowana głównie inwazją Putina na Ukrainę.

onet.pl


Kolejnym wyzwaniem dla sił ukraińskich po wycofaniu się z Awdijiwki jest słabość linii obrony położonych dalej za frontem. Według serwisu DeepState, który monitoruje sytuację na froncie, deklarowane przez dowództwo SZU "przygotowane pozycje" okazały się zupełnie nieprzystosowane do potrzeb.

W rezultacie wycofujące się siły nie były w stanie ufortyfikować się na linii Stepowoje — Lastoczkino — Opytne na zachód od Awdijiwki i musiały wycofać się na linię Berdyczów — Orłowka — Tonienkoje — Wodianoje. Sytuacja z fortyfikacjami tam też pozostawiała wiele do życzenia, lecz obronę wspomagał łańcuch w większości sztucznych zbiorników wodnych. Pokonanie tej linii obronnej zajęło rosyjskim siłom zbrojnym ponad miesiąc i wiązało się z poważnymi stratami.

Przysparzają Rosjanom bólu głowy. Pięć systemów uzbrojenia, które mogą odmienić losy wojny w Ukrainie
Ogólnie można powiedzieć, że pomimo zdobycia Awdijiwki, siłom rosyjskim jak dotąd nie udało się wykorzystać sukcesu i uzyskać przestrzeni operacyjnej w północno-zachodniej części obwodu donieckiego.

Podobna sytuacja miała miejsce po ostatecznym zdobyciu Marinki. Po rozszerzeniu strefy kontroli wokół miasta rosyjskie siły zbrojne ugrzęzły w walkach w sąsiednich miejscowościach, podczas gdy perspektywy dotarcia do Wuhłedaru pozostają mgliste.

Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest wyjątkowo niska jakość nowych żołnierzy kontraktowych, którzy często nie są odpowiednio wyszkoleni, oraz dowódców "średniego szczebla" do poziomu brygady włącznie. Konsekwencją tego są "ataki mięsne" bez minimalnego niezbędnego wsparcia zwiadowczego, artyleryjskiego i UAV.

Ta taktyka (a raczej jej brak) prowadzi do ogromnych strat w pojazdach opancerzonych (przez pół roku walk w rejonie Awdijiwki tylko wizualnie potwierdzone straty przekroczyły 1 tys. sztuk), a co za tym idzie — do ich niedoboru w oddziałach. Na polu bitwy coraz częściej pojawiają się przestarzałe czołgi T-62 i T-54/55 (często używane jako "taksówki dla piechoty"), tzw. samochody golfowe (czyli chińskie nieopancerzone pojazdy Desertcross), a nawet motocykle (te ostatnie dają jednak pewną przewagę w szybkości i skrytości, pozwalając żołnierzom dotrzeć do okopów wroga). Ponadto coraz więcej rosyjskich żołnierzy jest dowożona na pole bitwy na czołgach, co czyni ich podatnymi na ataki dronów.

Próbując zachować czołgi, Rosjanie wzmacniają pancerz tak bardzo, jak tylko mogą, rezygnując nawet z możliwości obracania wieżyczki (tym samym skutecznie ograniczając ich rolę do dział szturmowych wspierających piechotę).

Oczywistym jest, że przy braku dużych dostaw pojazdów opancerzonych np. z KRLD czy Chin sytuacja Rosji będzie się nadal pogarszać — według niektórych źródeł w 2026 r. w rosyjskich magazynach zabraknie czołgów i wozów bojowych, a tempo "uzdatniania" i modernizacji sprzętu nieuchronnie spadnie ze względu na zły stan pozostałych zasobów (co do zasady, z magazynów najpierw wyciąga się lepiej zachowane egzemplarze, a później sięga po te gorsze).

(...)

Problemy z uzupełnianiem strat mają jednak także rosyjskie siły zbrojne. Deklarowane przez władze dostawy czołgów i wozów bojowych za 2023 r. są imponujące (odpowiednio 1 tys. 530 i 2 tys. 518 sztuk), lecz najprawdopodobniej nie pokryły one nawet strat na froncie. Ponieważ Kreml nie radzi sobie z zapewnieniem wystarczających dostaw, na froncie pojawiają się przestarzałe maszyny z czasów radzieckich.

Jak jednak wynika z obliczeń ukraińskich śledczych OSINT (czyli korzystających z tzw. otwartych źródeł) liczba czołgów wyciąganych przez Rosjan każdego miesiąca z magazynów od dłuższego czasu nie rośnie. To oznacza, że Rosjanie osiągnęli maksimum, jeśli idzie o swoją zdolność przywracania temu sprzętowi zdatności. Jednocześnie rosyjski "przemysł obronny" zdołał zwiększyć produkcję amunicji artyleryjskiej, która wraz z dostawami z Iranu i KRLD zapewnia Kremlowi przewagę na polu bitwy (choć pojawiają się skargi na jakość koreańskich nabojów).

Rosjanie mogą się pochwalić, że liczba planowanych zrzutów bomb lotniczych przekroczyła 2 tys. miesięcznie, a produkcja dronów Shahed i rakiet pozwala na regularne naloty na terytorium Ukrainy. Jedynym obszarem, w którym rosyjskie siły zbrojne nie zdołały jeszcze osiągnąć pewnej przewagi lub przynajmniej parytetu z SZU są małe drony szturmowe. Wojenni blogerzy obwiniają za to państwo, które "kupiło 1 mln dronów z jednym typem oprogramowania na pokładzie, więc kiedy wróg znalazł na nie sposób, to ów 1 mln dronów stał się stosem części".

(...)

Pomimo oświadczeń o planowanej, nowej ukraińskiej kontrofensywie oczywiste jest, że SZU spędzą większość 2024 r. w defensywie. Kijów przygotowuje się do tego, przeznaczając fundusze na budowę linii obronnych przypominających "Linię Surowikina", która powstrzymała ukraińską kontrofensywę na południu w 2023 r.

Michael Kofman, jeden z czołowych zachodnich ekspertów do spraw wojny rosyjsko-ukraińskiej uważa, że przy wystarczającym wsparciu Zachodu i problemach z uzupełnieniami Ukraina będzie w stanie utrzymać w tym roku front, po czym przewaga Rosji może zacząć się kurczyć.

Nie jest też do końca jasne, jak dokładnie Rosja zamierza wygrać wojnę. Rusłan Puchow, dyrektor Centrum Analiz Strategicznych i Technologicznych – think tanku bliskiego rosyjskiemu ministerstwu obrony — uważa ukraińską obronę za "dość stabilną" i wiąże ewentualne sukcesy sił rosyjskich z koniecznością podjęcia nowych działań mobilizacyjnych.

Nowa mobilizacja zależy od decyzji o podjęciu ewentualnej ofensywy na Charków, ponieważ nie można tego zrobić obecnymi siłami. Jednak Kreml może nie zdecydować się na taki środek (zwłaszcza, że zmobilizowane oddziały prawdopodobnie nie otrzymają wystarczającej ilości sprzętu), pozostawiając wojnę na obecnym poziomie intensywności i z głównym celem, czyli zajęciem całego obwodu donieckiego.

Do radykalnych decyzji na froncie może skłonić rosyjskie dowództwo fakt, że czas działa na jego niekorzyść. Jak szacują eksperci Royal United Services Institute (RUSI) – brytyjskiego think tanku specjalizującego się w kwestiach obronności — szczyt potęgi militarnej Rosji przypadnie na 2024 r., a w 2025 r. zaczną narastać problemy z dostawami broni. Do 2026 r. zapasy radzieckiej broni w magazynach wyczerpią się, a nowa produkcja nie będzie w stanie zaspokoić potrzeb frontu. Do tego momentu rosyjskie władze powinny więc zmusić Ukrainę do kapitulacji lub przynajmniej do zawarcia w tym czasie korzystnego dla Rosji porozumienia pokojowego.

Biorąc pod uwagę obecne tempo ofensywy, nadal nie jest jasne, jak dokładnie to zrobić. W związku z tym Kreml może mieć tylko nadzieję albo na całkowite wyczerpanie się SZU w wyniku niepowodzenia mobilizacji i/lub niewystarczającej zachodniej pomocy wojskowej, albo na katastrofę humanitarną wywołaną zniszczeniem infrastruktury energetycznej i grzewczej.

onet.pl


Prezydent Rosji Władimir Putin uzasadnił 25 kwietnia ciągłe wysiłki Rosji na rzecz nacjonalizacji rosyjskich przedsiębiorstw, w tym przedsiębiorstw bazy przemysłowej sektora obronnego (DIB). Putin oświadczył na Kongresie Rosyjskiego Związku Przemysłowców i Przedsiębiorców, że rosyjskie organy ścigania wszczęły bliżej nieokreśloną liczbę spraw w celu nacjonalizacji przedsiębiorstw, gdy działania właścicieli znacjonalizowanych przedsiębiorstw spowodowały bezpośrednią szkodę dla rosyjskich interesów, co Putin określił jako jedyną akceptowalną okoliczność, aby państwo rosyjskie przejęło spółkę. Rosyjska opozycyjna gazeta „Nowaja Gazieta” na wygnaniu podała 12 marca, że ​​od czasu inwazji Rosji na Ukrainę na pełną skalę w 2022 r. władze rosyjskie złożyły 40 żądań nacjonalizacji ponad 180 firm o wartości ponad biliona rubli (około 10,8 miliarda dolarów, czyli około 0,6 procent rosyjskiego PKB). 25 kwietnia północno-zachodnia stacja Radia Wolna Europa/Radio Liberty Sever Realii oświadczyła, że ​​Rosja znacjonalizowała firmy produkujące metale ziem rzadkich, produkty przemysłu obronnego, elektronikę, metanol, żelazostopy i materiały wybuchowe, a także kilka firm niezwiązanych z potrzebami wojskowymi, jak salon samochodowy Rolf należący do byłego deputowanego Dumy Państwowej Siergieja Pietrowa, który krytykował rosyjski rząd.

understandingwar.org


Według doniesień siły rosyjskie rozmieszczają w krytycznych sektorach frontu drony przystosowane do większej odporności na ukraińskie zdolności w zakresie walki elektronicznej (EW), prawdopodobnie w celu wykorzystania nowych możliwości technologicznych do wykorzystania ograniczonego czasu, zanim amerykańska pomoc w zakresie bezpieczeństwa dotrze na Ukrainę.  15 kwietnia Ukraińska Prawda podała, że jej źródła w ukraińskim Sztabie Generalnym podały, że liczba rosyjskich dronów w „gorących” sektorach linii frontu „co najmniej się podwoiła” w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Źródła ukraińskiego Sztabu Generalnego podały, że siły rosyjskie używają zmodernizowanych dronów działających na częstotliwościach od 700 do 1000 MHz, które dla ukraińskich EW są trudne do zagłuszania, ponieważ ukraińskie systemy EW są przeznaczone głównie do zakłócania rosyjskich dronów działających na częstotliwościach około 900 MHz. Źródła podały, że Ukraina opracowuje ujednolicony system gromadzenia informacji o adaptacjach rosyjskich dronów, aby szybko dostosować ukraińskie systemy walki elektronicznej do zwalczania rosyjskich dronów. ISW oceniło wcześniej, że siły rosyjskie próbują dostosować swoją technologię i taktykę dronów na linii frontu w ramach wyścigu zbrojeń w zakresie ataku i obrony, aby złagodzić ukraińskie dostosowania technologiczne mające na celu zrównoważenie rosyjskich przewag materialnych. Rosyjskie wojsko prawdopodobnie zdecydowało się na rozmieszczenie dronów działających na częstotliwości trudniejszej do zagłuszenia dla ukraińskiego EW, aby wesprzeć dalsze operacje naziemne w krytycznych sektorach linii frontu w celu dalszego wykorzystania ukraińskich niedoborów sprzętu. Rosyjskie wojsko mogło ocenić, że siły ukraińskie ostatecznie dostosują swoje systemy EW do zakłócania dronów w większym zakresie częstotliwości i zatrudnią je teraz do wspierania trwających operacji ofensywnych, podczas gdy siły ukraińskie czekają na przybycie pomocy z USA. Schemat wykorzystywania przez jedną stronę przelotnej przewagi technologicznej w celu wspierania natychmiastowych operacji naziemnych przez cały czas jej trwania prawdopodobnie stanie się cechą charakterystyczną tego rodzaju konfliktu.

understandingwar.org


Czy my słyszymy żal u Daniela Obajtka?

Jak wyniki spółki były mocne, to krzyczano, że łupię Polaków. Jak paliwa były tanie, to znów krzyczano, że działam na szkodę spółki. No przecież nie da się w takiej sytuacji normalnie pracować.

Ja dziękuję Bogu, że już nie jestem prezesem Orlenu. Wytrzymałem w tym piekle 6 lat. Możecie to napisać: to jest g***o, które śmierdziało od czasów WSI i wszystkich innych służb. Nikt nie wchodził tak głęboko w transakcje w Orlenie i wokół niego, bo albo nie miał o nich pojęcia, albo się po prostu zwyczajnie bał.

Jest pan pewien tego, co mówi?

Tak. Ja nie jestem doskonały. Może i w Orlenie popełniliśmy błędy. Drobne, mniejsze, większe. To jest instytucja zatrudniająca 66 tysięcy ludzi. Są członkowie zarządu. Różni. Z różną charyzmą. Po drugie, to państwo, dla którego pracowałem po 16-18 godzin, nie dało mi żadnego bezpieczeństwa. Tylko cały czas mi daje chłostę. Straszy mnie. Niszczy. Inwigiluje. Przeszukuje mnie. Zastrasza sądami i więzieniem.

Żałuje pan w takim razie, że w ogóle zgodził się wtedy na zostanie prezesem Orlenu?

Gdybym w tamtym czasie miał tę wiedzę, którą mam dzisiaj i która jest niebezpieczną wiedzą pod względem mojego życia, to tych parę lat temu nie zgodziłbym się być prezesem Orlenu. Z jednej prostej przyczyny: bo ja mam problem sam ze sobą, ze swoją nadpobudliwością. Ja chcę działać. I w każdym miejscu, w którym byłem, chciałem oddać się do końca i działać do końca.

A w Orlenie powinienem był bardziej zwracać uwagę na własne bezpieczeństwo. Może powinienem koło pewnych spraw przejść obojętnie, nie ruszać ich, wtedy nie byłoby tego permanentnego ataku na mnie, przez te wszystkie lata. Teraz mam tę wiedzę, znam raporty. I naprawdę czuję się zagrożony.

(...)

Nas jednak interesuje coś innego. Niedawno pojawiła się informacja, według której ABW ostrzegało pana przed zatrudnieniem Samera A. na stanowisko prezesa OTS. Dlaczego więc, mimo tego ostrzeżenia, postanowił go pan zatrudnić?

Jeżeli chodzi o tę spółkę, to dochowaliśmy wszelkich niezbędnych formalności. Prawo szwajcarskie pod tym względem jest bardzo restrykcyjne, bardziej niż polskie. Sprawdzaliśmy więc niekaralność ludzi, zarówno w Polsce jak i Szwajcarii, a także sprawdzało ich biuro bezpieczeństwa (chodzi o Biuro Kontroli i Bezpieczeństwa, wewnętrzną jednostkę Orlenu – przyp.red.). Wprowadziłem w Orlenie taką zasadę, że wszyscy nowi pracownicy z top managementu mają być sprawdzani przez biuro bezpieczeństwa. I wtedy dostaliśmy notatkę z biura, że - cytuję - Samer A. to jest człowiek widmo, że tak naprawdę nic o nim nie ma.

Według informacji opisanych w mediach, w tej notatce, sporządzonej przez ABW, pan Samer A. miał mieć m.in. związki z islamskim ekstremizmem. To nie takie "nic", prawda?

Bardzo cenię i szanuję pracowników służb oraz ciężką pracę, jaką wykonują. Tylko trzeba powiedzieć, że niektórzy ludzie w służbach mogą mieć swoje interesy, swoich mocodawców i nie zawsze trzeba wierzyć we wszystko. I mam wiele przykładów tego, jak niektórzy ludzie w służbach nie rozumieli biznesu, patrzyli na niego jak w latach 90. Chcieli wszystko zablokować, bo wydawało im się coś innego, a świat niestety biznesowo odjechał. Nie mówię o całych służbach, bo tam ludzie naprawdę mocno pracowali, ale niektórzy, mówiąc szczerze, zachowywali się, jakby słuchali pewnych podszeptów, może innych służb świata, którym zależy na tym, żeby nasza gospodarka się nie rozwijała.

Miałem nawet przykład, że musiałem tłumaczyć oczywistą oczywistość, która przez służby była przedstawiona zupełnie inaczej. Dochodziło czasem nawet do konfrontacji, spotkania i po tych konfrontacjach wychodziło na moje. Tyle tylko, że niektórzy byli nie w porządku i nie skorygowali swoich notatek, tylko je zostawiali. Wiele notatek zostało potem wyjaśnionych audytami i one też nie zostały skorygowane. Ktoś mnie po prostu tam nie lubił i gdybym ja miał to wszystko brać pod uwagę… Ale to nie służby odpowiadają za zarządzanie firmą.

(...)

Mówił pan, że posiada niebezpieczną wiedzę. Czyli jaką? Jaki obszar tej wiedzy najbardziej pana niepokoi, może rodzić największe problemy?

Nie mogę tego powiedzieć. Naprawdę, nie mogę.

Z powodu tajemnic państwowych?

Nie, nie tylko. Chodzi o co najmniej trzy, cztery obszary łącznie. Z energetyką włącznie. Wymieniliście panowie w rozmowie jedną instytucję, to jest lobby i różne inne rzeczy. Mogę tylko powiedzieć, że łączy się to z kwestiami offshore (farm wiatrowych na morzu - przyp. red.), o które walczyłem praktycznie dwa lata.

Z czym pan walczył?

Walczyłem z dużym naciskiem firm międzynarodowych, które można powiedzieć, że chciały przejąć wszystkie koncesje związane z Bałtykiem. To poważne. Ja, słysząc tę aferę z turbinami, doskonale wiem, dlaczego to miało taki rozmiar. Gwarantuję, że gdyby nie moja zapobiegliwość w tym wszystkim, to dziś te koncesje w większości byłyby w firmach niemieckich. A ta jedna firma przegrała postępowanie w Orlenie i mieliśmy zupełnie inne turbiny. A dlaczego? Ponieważ drugim warunkiem była budowa fabryki tych turbin w Polsce, a nie brania wszystkiego z Niemiec. Niektórzy lobbowali kwestie ustawodawcze, by polskie firmy z tego nic nie miały, kompletnie nic. I o takich rzeczach mam sporo wiedzy. Moje życie jest nieustannym pasmem walki.

wp.pl


Szczyt NATO w 2008 r. organizowali Rumuni. Wówczas nowe państwo Sojuszu poszło pod prąd trendom w przypadku tego typu spotkań. Zazwyczaj odbywały się one na przedmieściach w centrach konferencyjnych (Ryga) czy na stadionach (Warszawa). Rumuni bizantyjsko postawili na przepych. Rozmowy odbywały się w zbudowanym w czasach Nicolae Ceaușescu Domu Ludowym, który po upadku dyktatora stał się siedzibą dwuizbowego parlamentu. W kwietniu 2008 r. na jego korytarzach można było spotkać Angelę Merkel i Nicolasa Sarkozy’ego. Kręcił się po nim Micheil Saakaszwili. W końcu pojawił się i sam Władimir Putin. Relacjonując tamto wydarzenie, z niedowierzaniem przysłuchiwałem się jego wykładowi, w którym wprost mówił o tym, że Ukraina jest – jak to określił – niedopaństwem (niesostojawszajasia strana).

Polska delegacja, której przewodniczył ówczesny prezydent Lech Kaczyński, a w której ze strony rządowej był Radosław Sikorski, razem z Amerykanami naciskała na szybką ścieżkę do NATO dla Kijowa i Tbilisi. Chodziło o przyznanie im MAP, Planu Działań na rzecz Członkostwa – poważnej gwarancji, że obydwa państwa w przewidywalnej przyszłości znajdą się w Sojuszu. Polska zdawała sobie sprawę, że wówczas – szczególnie nad Dnieprem – temat członkostwa był niejednoznaczny. Potwierdzały to sondaże. Niemniej jednak gra była warta świeczki. Te lata współpracy w ramach MAP pozwoliłyby stale i systemowo organizować wspólne ćwiczenia wojskowe i tym samym tylnymi drzwiami wprowadzać Ukrainę do Paktu. Niemcy były jednak przeciw.

Przy okazji szczytu w Bukareszcie zachowała się opinia Radosława Sikorskiego na temat stanowiska Berlina. I to zachowała się w bardzo dobrym źródle: depeszy amerykańskiego Departamentu Stanu ujawnionej w ramach WikiLeaks. Było to omówienie przez Amerykanów spotkania polskiego szefa MSZ z zastępcą sekretarza stanu USA, w którym czytamy: „Minister (Sikorski – red.) cierpko zauważył, że gdy Polska wchodziła do UE w 2004 r., wielu oskarżało, że jest koniem trojańskim USA w Europie. Ale w NATO jest inny koń trojański. W Bukareszcie Niemcy okazywały niezależność od USA w sprawie członkostwa Ukrainy i Gruzji w NATO”. W tej samej depeszy czytamy, że Sikorski postawił tezę, że Niemcy „zdają się mieć układ z Rosją” i „w zamian (za blokowanie Ukrainy i Gruzji – red.) niemieckie koncerny robią interesy w Rosji na setki miliardów euro”. Wszystko to mówił Sikorski – jeden z najbardziej sprzyjających Niemcom szef MSZ w historii III RP.

W kwietniu 2008 r. Niemcy rządzone przez chadecję i Angelę Merkel zablokowały MAP dla Ukrainy i Gruzji. Zdając sobie sprawę z tego, że w USA rządzi kończący drugą kadencję i osłabiony tzw. wojną z terroryzmem George W. Bush, rząd w Berlinie był bezwzględny. Obiecał mglistą wizję współpracy i przełożenie decyzji o MAP na grudzień 2008 r. W sierpniu tego samego roku Putin najechał Gruzję, no i siłą rzeczy kwestia MAP poszła na lata w odstawkę. Biorąc pod uwagę ten zaskakujący zbieg wydarzeń, nie sposób nie zgodzić się z tezą Sikorskiego o „układzie z Rosją”. Merkel dała w Bukareszcie Putinowi czas. Pozwoliła mu odczytać intencje Zachodu i przygotować się do wojny. Dziś Olaf Scholz, który reprezentuje lewicę, robi dokładnie to samo. Kropka w kropkę idzie śladem Merkel. W 2008 r. mogła mówić tak: „Jesteśmy za Ukrainą i Gruzją w NATO, ale jakoś później. Wróćmy do tego”. Minister obrony w rządzie Scholza w Ramstein mógłby z kolei zapewniać mniej więcej tak: „Leopardy? Czemu nie. Rozmawiajmy o tym. Najlepiej do czasu, aż Ukraina przegra”.

gazetaprawna.pl


Według amerykańskiego dziennika "New York Times" Izraelczycy chcieli odpowiedzieć znacznie brutalniej, ale zostali od tego odwiedzeni przez Biały Dom. Tak, aby nie doszło do eskalacji i potencjalnej otwartej wojny regionalnej. W zamian Izraelczycy przeprowadzili symboliczny atak, który był odpowiednikiem pogrożenia Irańczykom palcem. Metoda jego przeprowadzania i wybrany cel były takie, aby uzyskać jak najbardziej wyraziste przesłanie, przy zachowaniu jak najmniejszej skali.

Oficjalnie Izrael nic nie komunikuje w tej sprawie. Dość szczegółów zdradziło jednak kilka zdjęć z irackiego pola, zdjęcie satelitarne irańskiej bazy lotniczej na obrzeżach miasta Isfahan i doniesienia o głośnej eksplozji na jej terenie. Te pierwsze wykonano rano 19 kwietnia. Widać na nich wypalony człon napędowy jakiejś rakiety, która spadła na irackie pole około 60 kilometrów na południowy zachód od Bagdadu. W kolejnych godzinach pojawiły się zdjęcia drugiego, inaczej uszkodzonego, który spadł na brzeg kanału irygacyjnego w tym samym rejonie. Zbieżność w czasie z atakiem na Iran nasuwała prostą odpowiedź. Szybko pojawiły się porównania zdjęć i twierdzenia, że to człony napędowe izraelskich rakiet Sparrow (po polsku wróbel), które formalnie są tylko symulatorami celów podczas testów izraelskich systemów antyrakietowych Arrow.

Rakiety rodziny Sparrow zaprojektował i produkuje izraelski koncern Rafael. Materiały promocyjne wskazują, że istnieją trzy warianty. Od najmniejszego Black Sparrow, przez Blue Sparrow po największy Silver Sparrow. Każda ma formalnie za zadanie symulować inną kategorię wrogich rakiet balistycznych. Od takich o krótkim zasięgu, po te o pośrednim przekraczającym tysiąc kilometrów. Silver Sparrow używano do testów najwyższego piętra izraelskiej tarczy antyrakietowej, rakiet Arrow-3. W ich trakcie cele wystrzeliwano z myśliwców F-15. Silver Sparrow musiały się zachowywać identycznie jak irańskie rakiety pośredniego zasięgu, czyli być w stanie osiągnąć taką samą prędkość i trajektorię. Oznacza to, że powinny być w stanie przelecieć podobną odległość przekraczającą tysiąc kilometrów. Czyli tak naprawdę mogą stanowić bazę do prawdziwej rakiety bojowej o podobnych osiągach.

(...)

Wszystko wskazuje więc na to, że w izraelskim arsenale jest uzbrojenie, o którym oficjalnie nie informowano. Co więcej, ma ono robiące wrażenie możliwości. Według nieoficjalnych informacji podawanych przez między innymi "NYT", pociski odpalono z samolotów lecących w syryjskiej przestrzeni powietrznej. Prawdopodobnie F-15, bo takich używano podczas testów tarczy antyrakietowej. Syryjski rząd oficjalnie przyznał, że rankiem 19 kwietnia Izraelczycy przeprowadzili serię ataków na jego systemy radarowe i przeciwlotnicze na południu kraju. Prawdopodobnie zabezpieczali sobie przestrzeń do wyprowadzenia ataku na Iran.

Znad południowo-wschodniej Syrii, przy granicy z Irakiem, do irańskiego Isfahanu jest około 1200 kilometrów. Linia przeprowadzona z irańskiego lotniska do mniej więcej styku granic Syrii, Jordanii i Iraku przebiega kilkadziesiąt kilometrów na południe od Bagdadu. Gdyby izraelska rakieta leciała po takiej trasie, to jej zużyty i odrzucony przedział napędowy mógłby upaść na pola właśnie tam, gdzie znaleziono dwa opisane wcześniej obiekty. Według "NYT" jeden z dwóch pocisków eksplodował w locie i nie dotarł do celu. Amerykańskie źródła nie znają przyczyny wybuchu. Izraelskie źródło gazety twierdziło, że głowica otrzymała polecenie autodestrukcji, po tym jak ta z pierwszej rakiety trafiła w cel w Iranie i tym samym polityczny cel ataku został osiągnięty.

Oficjalnie Irańczycy twierdzą, że nic nie trafiło w bazę w Isfahanie. Jej zdjęcia satelitarne wykonane 19 kwietnia pokazują jednak, że wokół umieszczonego tam stanowiska radaru rosyjskiego systemu przeciwlotniczego i przeciwrakietowego S-300 pojawiły się ciemne ślady, a samo urządzenie i jego bezpośrednia okolica są przykryte dużą siatką maskującą (zdjęcia i szczegółowa analiza tego, co na nich widać). Nie ma całkowitej pewności, ale prawdopodobnie został trafiony i uszkodzony lub zniszczony. Oczywistym głównym podejrzanym jest izraelska rakieta Silver Sparrow. Wskazywałoby to na robiącą wrażenie celność, jak na pocisk odpalany z powietrza i pokonujący ponad tysiąc kilometrów.

Zagadką jest, czy Silver Sparrow w wersji bojowej istnieją w większych ilościach, czy były to unikaty przygotowane na potrzeby tego konkretnego ataku, mającego charakter polityczny. Izraelczycy w ten sposób pogrozili Iranowi palcem i pokazali, że dysponują bronią zdolną dosięgnąć kluczowych irańskich obiektów programu atomowego, które są właśnie w rejonie Isfahanu. Do tego najwyraźniej są odporne na najlepszą irańską obronę, czyli system S-300. Na tyle niewrażliwe, że prawdopodobnie zniszczyły lub uszkodziły najcenniejszy element jednej z czterech kupionych w Rosji baterii, czyli radar wskazywania celów 30N6E2.

Ukrycie rozwoju rakiety balistycznej pośredniego zasięgu pod płaszczykiem celu do testów antyrakietowej nie jest czymś szczególnie zaskakującym. To samo prawdopodobnie robią Amerykanie. Ukrywali się przez dekady z racji obowiązywania traktatu INF (w latach 1987-2019), który nakładał ograniczenia na rozwój rakiet balistycznych pośredniego zasięgu. Nie mieli też szczególnej potrzeby militarnej, żeby tworzyć taką broń. Nie chcieli jednak porzucać odpowiednich technologii, które opracowali do lat 80. Tak się akurat wygodnie składało, że jednocześnie rozwijali systemy, mające tej klasy rakiety przechwytywać. Stworzyli więc całą serię celów, które na poziomie eksperymentalnym pozwalały podtrzymywać, a nawet rozwijać umiejętności w tym zakresie.

Kiedy w 2019 roku USA wycofały się z traktatu INF (argumentując, że Rosja i tak go łamie), po 9 miesiącach przeprowadziły demonstracyjny test rakiety balistycznej pośredniego zasięgu. Najprawdopodobniej był to eksperymentalny składak z rozwiązań używanych podczas testów systemów antyrakietowych, ponieważ nie podano na jego temat żadnych konkretnych informacji, ani do dzisiaj nie ma mowy o produkcji lub przyjęciu na uzbrojenia. Po prostu Amerykanie najwyraźniej chcieli wysłać sygnał, że ciągle to potrafią. Na podobnej zasadzie teraz swój sygnał wysłali Izraelczycy. Pytanie, czy ich była rakieta-cel, jest lub będzie produkowana w większych ilościach w wersji bojowej.

gazeta.pl

czwartek, 25 kwietnia 2024



Uchwalenie przez Kongres ustawy finansującej pomoc dla Ukrainy zajęło prawie osiem miesięcy. W sierpniu 2023 r. Biały Dom złożył w Kongresie pierwszą (...), a w październiku drugą propozycję stosownej legislacji. Pierwsza z nich dotyczyła potrzeb, które miały zaistnieć w związku z wojną na Ukrainie w pierwszym kwartale roku budżetowego 2024 (FY24, rozpoczął się 1 października 2023 r.), a druga obejmowała już cały rok budżetowy i była połączona z środkami na ochronę granicy USA z Meksykiem (zob. Amerykańskie wsparcie dla Ukrainy pod znakiem zapytania), co stanowiło priorytet dla republikanów. W oparciu o tę drugą propozycję w Senacie powstał projekt ustawy łączącej wsparcie dla Ukrainy z pomocą dla Izraela i środkami na wzmocnienie odstraszania w regionie Indo-Pacyfiku, który został przyjęty przez izbę wyższą w lutym. Żadnej z propozycji nie procedowano jednak w Izbie Reprezentantów.

Głównym powodem blokowania w Izbie ustawy o wsparciu dla Ukrainy był opór prawego skrzydła GOP, skoncentrowanego wokół liczącej ponad 40 kongresmenów konserwatywnej frakcji (Freedom Caucus), która – przy kruchej większości republikańskiej wynoszącej jesienią 222 na 435 kongresmenów – zablokowała pierwszy projekt. Przyczyniło się do tego również odwołanie z funkcji ówczesnego spikera Izby Kevina McCarthy’ego, a następnie wybranie nowego – Mike’a Johnsona – w październiku 2023 r. Ten, przy poparciu GOP, uzależniał swą zgodę na głosowanie nad ustawą o wsparciu dla Ukrainy od uchwalenia korzystnych dla republikanów regulacji w zakresie ochrony granicy z Meksykiem i reformy prawa imigracyjnego, a także m.in. od uchwalenia budżetu federalnego na FY24. Gdy jednak w lutym pojawiła się ze strony ponadpartyjnej grupy senatorów kompromisowa propozycja dotycząca granicy i imigracji, republikanie z Izby odrzucili ją jako niesatysfakcjonującą.

Wyjściem z impasu było przedstawienie w kwietniu przez Mike’a Johnsona czterech projektów ustaw: o wsparciu dla Ukrainy, pomocy dla Izraela, środkach na wzmocnienie odstraszania na Indo-Pacyfiku oraz sankcjach m.in. wobec Iranu i Rosji. Wszystkie zostały zatwierdzone 20 kwietnia w Izbie Reprezentantów. Powody ostatecznego poddania przez Johnsona ustaw pod głosowanie w Izbie były wielorakie. Spiker szukał odpowiedniego momentu, w którym będzie mógł pozwolić sobie na ten krok, minimalizując ryzyko utraty stanowiska.

Nieuchwalenie wsparcia dla Ukrainy w przypadku przełamania frontu przez Rosję mogłoby się okazać kosztowne dla Donalda Trumpa i republikanów przed listopadowymi wyborami; sam Trump wyraził ciche przyzwolenie na procedowanie ustawy. Johnson konfrontował się też z rosnącą presją – zarówno wewnętrzną ze strony „tradycyjnych” republikanów, jak i zewnętrzną ze strony europejskich sojuszników. Dodatkowo wpływ na niego mogły mieć także amerykańskie dane wywiadowcze, sygnalizujące krytyczną sytuację ukraińskich sił zbrojnych.

Podczas głosowania ponad połowa republikanów w Izbie opowiedziała się przeciwko przyjęciu ustawy o wsparciu Ukrainy (112 głosów przeciw, 101 za), podczas gdy demokraci jednomyślnie ją poparli. Do ponad 40-osobowej grupy skrajnie prawicowych republikanów dołączyło przeszło 70 bardziej umiarkowanych. Z kolei w Senacie za ustawą zagłosowało 48 demokratów i 31 republikanów, a przeciwko niej 3 demokratów i 15 republikanów. Deputowani GOP, w szczególności w Izbie, w coraz większym stopniu biorą pod uwagę zarówno skrajne stanowiska przedstawicieli frakcji Freedom Caucus i ich intensywną obecność w konserwatywnych mediach, jak i elektorat partii, który coraz bardziej sprzeciwia się interwencjonistycznej polityce zagranicznej, oczekując skupienia się na problemach wewnętrznych.

Istotne znaczenie ma również niechęć do Ukrainy i brak jednoznacznego poparcia dla Kijowa ze strony Donalda Trumpa, faktycznego lidera republikanów. Perspektywy przyjęcia następnego pakietu wsparcia dla Ukrainy pozostają niepewne. Nie należy się go spodziewać przed zaprzysiężeniem kolejnego prezydenta w styczniu 2025 r. Niemniej, jako że konfiguracji politycznej po wyborach nie sposób aktualnie przewidzieć, szanse na pomoc w przyszłym roku pozostają obecnie trudne do oszacowania.

osw.waw.pl

Wielu badaczy od lat wskazuje na postępujące niedobory wolności w Europie, deficyt legitymizacji eurokratów i refeudalizację sfery publicznej związaną z ekspansją biurokracji państwowej i masowych mediów. W szerszym znaczeniu biurokracja ta rozumiana jest jako zagrożenie oddolnej debaty publicznej przez strategiczną manipulację stosowaną systematycznie przez zorganizowane grupy interesu, jak i coraz większe wyobcowanie brukselskich polityków owocujące postępującym rozziewem pomiędzy kształtowaniem się opinii i woli politycznej obywateli a polityką faktycznie stosowaną do rozwiązywania istotnych problemów. W związku z takimi konstatacjami niemiecki myśliciel Jürgen Habermas wskazywał nawet, iż dziś tym, co może łączyć mieszkańców poszczególnych krajów europejskich, jest przede wszystkim uniosceptycyzm. 

nlad.pl


Rzeczywiście krótko po spotkaniu Trumpa z Dudą Republikanie odwołali wielomiesięczną blokadę pomocy dla Ukrainy w wysokości 61 mld dolarów. Autorzy tekstu zastanawiają się, co było przyczyną zmiany stanowiska. Wśród możliwych powodów wymienili spotkanie przewodniczącego amerykańskiej Izby Reprezentantów Mike’a Johnsona z ukraińskimi chrześcijanami, dynamikę sytuacji wewnętrznej w USA i obawę, że porażka Ukrainy w wojnie z Rosją mogłaby zagrozić amerykańskim interesom.

(...)

Jednocześnie autorzy wskazują, że „być może pewną rolę odegrały wszystkie wymienione czynniki”.

– Mało znany jest jednak fakt, że Polska przeprowadziła w minionych tygodniach w Waszyngtonie dyplomatyczną ofensywę, aby doprowadzić do przekazania Ukrainie potrzebnej pomocy wojskowej – podkreślili autorzy.

Ich zdaniem, polscy doradcy polityczni, dyplomaci i politycy, w tym szef komisji spraw zagranicznych Sejmu Paweł Kowal, „uwijali się” w ostatnim czasie po Stanach Zjednoczonych.

Die Welt przypomniał, że kilka tygodni temu prezydent Duda razem z premierem Donaldem Tuskiem byli w Białym Domu. Jak czytamy, to była „niezwykła” wizyta, gdyż prezydent i premier należą do dwóch skłóconych obozów politycznych, widać jednak, że w sprawach bezpieczeństwa Polski obaj politycy działają wspólnie. Autorzy wyjaśniają niemieckim czytelnikom, że z polskiego punktu widzenia widać, że bezpieczeństwo zależy bezpośrednio od sytuacji Ukrainy.

– Polska jako państwo frontowe na wschodniej flance NATO, należące pod względem wojskowym do wagi ciężkiej i pełniące rolę punktu przerzutowego dla transportów broni do Ukrainy, stała się jednym z centralnych członków NATO – podkreślili niemieccy publicyści.

Jak dodają, wizyty sekretarza generalnego Sojuszu Jensa Stoltenberga i premiera Wielkiej Brytanii Rishiego Sunaka we wtorek /23.04.2024 - red./ w Warszawie są tego potwierdzeniem.

belsat.eu/PAP

środa, 24 kwietnia 2024



Rosjanie kontynuują ataki w Donbasie, przede wszystkim w okolicach Marjinki i Awdijiwki oraz na wschód od Czasiw Jaru. Najbardziej znaczący sukces osiągnęli w Oczeretynem – zajęli większą część tej miejscowości. Od zdobycia Awdijiwki (tj. w ciągu ostatnich dwóch miesięcy) oddziały agresora przesunęły się na tym kierunku o ok. 8 km w głąb pozycji ukraińskich, atakując wzdłuż linii kolejowej Awdijiwka–Pokrowsk. Jak dotąd jest to sukces wyłącznie w skali taktycznej, jednak daje on najeźdźcom możliwość wyprowadzenia natarcia na skrzydła przeciwnika i osłabienia obrony na sąsiednich odcinkach frontu.

Po kilkumiesięcznych walkach agresor opanował też – za cenę ogromnych strat – Nowomychajliwkę (przed wojną 1,4 tys. mieszkańców), położoną 7 km od linii rozgraniczenia z 2014 r. Walcząca tam ukraińska 79 Brygada Desantowo-Szturmowa opublikowała film pokazujący przesunięcie linii bojowej w tym rejonie w ciągu ostatniego półrocza i ponad 300 sztuk zniszczonego sprzętu wroga, głównie czołgów i wozów opancerzonych różnych typów.

(...)

W ostatnich dniach spadła intensywność rosyjskich ataków powietrznych na Ukrainę w porównaniu z tą z okresu od 9 do 16 kwietnia (...). Agresor tylko raz dokonał zmasowanego uderzenia za pomocą rakiet i dronów. 19 kwietnia użył 14 bezzałogowców Shahed 131/136 oraz 22 rakiet różnych typów, z czego obrona przeciwlotnicza zestrzeliła wszystkie drony i 15 pocisków manewrujących. Głównym celem były obiekty położone w Dnieprze i obwodzie dniepropetrowskim. Poza tym Rosjanie przeprowadzili kilka punktowych ataków, m.in. dwukrotnie na Odessę, w tym 17 kwietnia na Czernihów z wykorzystaniem trzech pocisków balistycznych Iskander. Zniszczony został budynek dawnego hotelu, w którym prawdopodobnie mieścił się punkt dowodzenia i węzeł łączności armii ukraińskiej.

20 kwietnia amerykańska Izba Reprezentantów przyjęła projekt ustawy o wojskowym i budżetowym wsparciu Ukrainy. W tym tygodniu spodziewane jest głosowanie nad nim w Senacie i – w razie jego uchwalenia w tej samej treści – podpisanie dokumentu przez prezydenta Joego Bidena. W zakresie pomocy wojskowej ustawa przewiduje przede wszystkim pulę w wysokości 7,8 mld dolarów w ramach specjalnych uprawnień prezydenckich (PDA), które pozwalają na przekazanie Kijowowi uzbrojenia i sprzętu wojskowego (UiSW) w trybie natychmiastowym ze stanów magazynowych Departamentu Obrony (DoD), oraz ok. 13,8 mld z Inicjatywy Wsparcia Bezpieczeństwa Ukrainy (USAI), umożliwiającej zamawianie nowych UiSW dla tego państwa w amerykańskim przemyśle zbrojeniowym. W ramach pomocy budżetowej otrzyma ono ok. 7,85 mld dolarów w formie pożyczki, która będzie mogła zostać umorzona.

Jeden z zapisów aktu prawnego zobowiązuje prezydenta do niezwłocznego dostarczenia Ukrainie pocisków balistycznych ATACMS, bez sprecyzowania która ich wersja ma być przekazana. Jednocześnie głowa państwa ma prawo odstąpić od tego obowiązku. Starszą wersję pocisków ATACMS (M39), o krótszym zasięgu (165 km), dostarczono Kijowowi już wcześniej. Nowsze wersje mają zasięg do 300 km. Prezydent Wołodymyr Zełenski zasugerował 22 kwietnia, że osiągnął porozumienie z prezydentem Bidenem w sprawie dostaw nowszych wersji pocisków ATACMS.

19 kwietnia premier Denys Szmyhal przedstawił plany wykorzystania amerykańskiej pomocy finansowej. Z łącznej kwoty 60,8 mld dolarów 49,9 mld zostanie przeznaczone na wydatki na obronę, 7,8 mld – na wsparcie budżetu państwa, 1,57 mld – na pomoc gospodarczą, w tym odbudowę infrastruktury krytycznej, a 400 mln – na ochronę granic i rozminowywanie.

22 kwietnia, w przeddzień wizyty w Polsce, premier Wielkiej Brytanii Rishi Sunak ogłosił największy z dotychczasowych pakiet pomocy dla Ukrainy – o wartości 500 mln funtów. W sumie przekazanych ma zostać 60 uzbrojonych małych łodzi i pontonów szturmowych, ponad 1,6 tys. pocisków kierowanych (w tym obrony powietrznej i Storm Shadow), 160 samochodów opancerzonych Husky, 162 pojazdy opancerzone nieokreślonego typu i 78 pojazdów terenowych nieokreślonego typu oraz 4 mln sztuk amunicji do broni strzeleckiej.

16 kwietnia rząd duński przedstawił swój 17. pakiet pomocy dla Kijowa. Ma on wartość 26,8 mln euro. W jego ramach we współpracy z Czechami i Holandią planuje się zakup broni i amunicji oraz bezzałogowców w ukraińskim przemyśle zbrojeniowym. 18 kwietnia podczas wizyty na Ukrainie wicekanclerz RFN i minister gospodarki Robert Habeck otworzył fabrykę bezzałogowców niemieckiej spółki Quantum-Systems. Obecnie zatrudnia ona 25 osób, a do końca roku liczba ta ma wzrosnąć do 100. Fabryka zwiększy ogólne moce produkcyjne Quantum-Systems do ok. 1 tys. dronów rocznie.

19 kwietnia podczas Rady NATO–Ukraina Niemcy przedstawiły inicjatywę na rzecz wzmacniania obrony powietrznej Ukrainy (Immediate Action on Air Defence, IAAD), w ramach której w krótkim czasie Kijowowi miałyby zostać przekazane kolejne baterie systemów obrony powietrznej. Państwa miałyby również możliwość przeznaczania środków na zakup m.in. amunicji. RFN zadeklarowała dostarczenie jednej baterii systemu Patriot (trzeciej z kolei). Holandia obiecała 150 mln euro oraz zakup systemów bardzo krótkiego zasięgu za kolejne 60 mln euro. Dania także wyraziła chęć finansowego uczestnictwa w IAAD, lecz konkretów nie podano. Litwa ogłosiła swój udział i zamiar przekazania radarów obserwacji powietrznej.

osw.waw.pl


23 kwietnia Jian G., długoletni asystent Maximiliana Kraha, lidera listy AfD w wyborach do Parlamentu Europejskiego (PE), został aresztowany w Dreźnie pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Chin. W trakcie pracy w PE (od 2019 r.) miał on przekazywać informacje wywiadowi oraz inwigilować chińskich działaczy opozycyjnych w RFN. Urodzony w ChRL Jian G. posiada niemieckie obywatelstwo i zanim dołączył do AfD, był członkiem SPD.

To kolejne z serii zatrzymań pod zarzutem szpiegostwa w RFN na rzecz Chin lub Rosji. 22 kwietnia aresztowano troje Niemców zbierających informacje na temat technologii podwójnego zastosowania (m.in. w okrętach). Oskarża się ich też o zakup specjalistycznego lasera i jego nielegalny transport do Chin. 17 kwietnia ujęto dwóch Niemców posiadających również paszporty rosyjskie i podejrzanych o szpiegostwo na rzecz Rosji. Prokuratura zarzuca im prowadzenie działań operacyjnych wokół obiektów wojskowych, linii kolejowych i innej infrastruktury krytycznej w celu przygotowania ataków na szlaki zaopatrzeniowe dla ukraińskiego wojska. Dotyczy to nie tylko niemieckich obiektów, lecz także należących do amerykańskich sił zbrojnych stacjonujących w RFN.

Komentarz

Oskarżenie asystenta lidera AfD osłabi tę partię przed czerwcowymi wyborami do PE. Pozostałe ugrupowania wykorzystają aresztowanie do ataku na nią i będą wskazywać na podatność jej polityków na wpływy reżimów autorytarnych. AfD – notująca od kilkunastu tygodni spadek popularności (obecnie 17–18%) – musi się mierzyć zarówno z zarzutami o szpiegostwo na rzecz Chin, jak i przede wszystkim Rosji. Kilka tygodni temu drugi na liście AfD w wyborach do PE Petr Bystron został przez media oskarżony o czerpanie korzyści finansowych z rozpowszechniania rosyjskiej propagandy na temat wojny na Ukrainie (prokuratura prowadzi śledztwo w tej sprawie). Na spadek popularności partii wpłynęły też wielotysięczne demonstracje przeciwko niej organizowane na przełomie lutego i marca w reakcji na ujawnienie wysuwanych przez jej członków propozycji wyrzucenia z RFN osób z pochodzeniem migracyjnym (ok. 30% społeczeństwa). Poparcie dla AfD słabnie także wskutek pojawienia się silnej konkurencji – ugrupowania Sahry Wagenknecht (BSW, 7% w sondażach; zob. Niemcy: inauguracja prorosyjskiej partii Wagenknecht).

Dla Zielonych i FDP oraz chadecji ujawnienie działalności chińskich agentów jest również okazją do krytykowania kanclerza Olafa Scholza za jego zbyt uległą postawę wobec Chin. Ujęcie szpiegów po jego wizycie w Pekinie nie jest przypadkowe. Służby wstrzymywały się zapewne z działaniami, aby nie zakłócić jego ubiegłotygodniowej delegacji, skoncentrowanej na pogłębieniu relacji gospodarczych (zob. De-risking może poczekać. Wizyta Scholza w Chinach). Zieloni i FDP domagają się asertywniejszego podejścia do współpracy naukowej i kulturalnej z ChRL (w tym ograniczenia działalności Instytutów Konfucjusza). Opowiadają się także za dalszą redukcją wykorzystania chińskich komponentów w niemieckiej sieci 5G (zob. Lex Huawei. Niemcy zaostrzają kontrolę nad siecią 5G).

Seria zatrzymań nasili postulaty wzmocnienia niemieckich służb. W ostatnich latach kontrwywiad (BfV) koncentrował się na kwestiach gospodarczych oraz zwalczaniu ekstremistów, zwłaszcza prawicowych i islamskich. Po agresji na Ukrainę presja na Niemcy ze strony rosyjskich służb wywiadowczych uległa wzmożeniu. Część polityków koalicji (m.in. szefowa resortu spraw wewnętrznych Nancy Faeser z SPD oraz przewodniczący komisji ds. służb specjalnych Konstantin von Notz z Zielonych) postuluje w związku z tym zwiększenie finansowania i liczebności personelu służb oraz rozszerzenie ich uprawnień. Chodzi m.in. o efektywniejsze działania operacyjne (np. obserwację osób podejrzanych), szerszy dostęp do informacji przekazywanych za pomocą komunikatorów internetowych i lepszą kontrolę przepływu środków finansowych.

osw.waw.pl

wtorek, 23 kwietnia 2024



Według Potanina nowy plan uchroni norylskie przedsiębiorstwo przed „rosnącą presją USA na transakcje finansowe z Rosją”. Zauważył również, że przychody Norniklu spadły o co najmniej 15 proc. od 2022 r. „z powodu szeregu trudności” związanych z płatnościami międzynarodowymi, eksportem produkcji i obniżkami cen.

Biznesmen wyjaśnił także potrzebę przeniesienia produkcji ze względu na ochronę środowiska: Huta miedzi zlokalizowana jest pod Norylskiem i trzeba okresowo wstrzymywać produkcję, aby ograniczyć emisję gazów cieplarnianych. Jednocześnie Nornikiel nie ma obecnie dostępu do zachodnich technologii, które mogłyby zapewnić ciągłość produkcji i akceptowalny poziom zanieczyszczeń – podkreślił.

– Przenosimy centrum rozwiązywania problemów środowiskowych do Chin, gdzie istnieją bardziej zaawansowane technologicznie scenariusze. […] [Jeśli] nie zakopiemy niczego w naszej tundrze, nasi potomkowie za sto lat nie będą musieli tego odkopywać – powiedział Władimir Potanin, odnosząc się do technologii wiązania dwutlenku siarki w gipsie, który trafia na składowiska.

Aby obniżyć koszty i ominąć sankcje, Potanin zamierza uruchomić wspólne rosyjsko-chińskie przedsięwzięcie. Nie określił, kto stanie się współinwestorem w tym projekcie. Uruchomienie przedsiębiorstwa w Chinach przybliży produkcję do konsumenta końcowego, zauważył biznesmen. Według miliardera około 50 proc. produkowanej przez firmę miedzi i niklu trafia obecnie do Chin. Jest pewien , że biorąc pod uwagę odmowę współpracy Stanów Zjednoczonych i Europy, liczba ta będzie teraz jeszcze wyższa.

Rosyjski oligarcha przyznał jednak, że jego biznes jest bardzo uzależniony od chińskiego rynku:

– Jesteśmy oczywiście zależni od chińskiego systemu, ale lepiej być w środku tego systemu, a nie na zewnątrz i patrzeć, jak się, że tak powiem, jest wypychany. Jeśli i tak nie da się tego uniknąć, jeśli nie potrafimy zdywersyfikować dostaw, aby nie uzależniać się od rynku chińskiego, to lepiej w niego głębiej wejść i się zintegrować – stwierdził.

Potanin powiedział, że produkty wytwarzane we wspólnym przedsięwzięciu będą sprzedawane jako chińskie, co pozwoli uniknąć dalszych sankcji, ponieważ według niego na chińskie towary znacznie trudniej do nałożenia sankcji w Chinach niż rosyjskie towary przybywające do Chin.

Właściciel Norniklu opisał też nowy szlak logistyczny, którym półprodukty będą trafiać do Chin. Ma on prowadzić z portu Dudinka nad Jenisejem, poprzez Murmańsk, marokański Tanger i kończyć się w portach południowych Chin. Po 2030 r. z powodu ocieplenia klimatu Potanin ma nadzieje, że transport zostanie przeorientowany tzw. północnym szlakiem na wschód, bo obecnie przez znaczną część roku pozostaje on zamarznięty.

Biznesmen podkreślił, że jego plan uzyskał akceptację ze strony Władimira Putina i znalazł się w porządku obrad szczytów rosyjsko-chińskich. Jego zdaniem wsparcie polityczne sprawi, że firma uniknie “samowoli” chińskich urzędników.

belsat.eu


Zwrot w sprawie Ukrainy może stać się również zwrotem w karierze prawicowego polityka. Choć jest trzecią osobą w państwie i drugą w linii sukcesji do prezydentury, Johnson nie był dotąd w Waszyngtonie uznawany za politycznego zawodnika wagi ciężkiej. Wybory spikera wygrał niemal przypadkowo, po tym jak partia przez trzy tygodnie nie mogła dojść do porozumienia w sprawie następcy McCarthy’ego, a z wyścigu odpadło trzech bardziej znanych i wyżej stojących w hierarchii kandydatów. Ostatecznie zdecydowało poparcie Trumpa, z którym Johnson współpracował przy jego obronie w procesie impeachmentu.

Mimo to Johnson był postacią właściwie kompletnie nieznaną nie tylko dla przeciętnego Amerykanina, lecz nawet dla swoich kolegów w Kongresie. Republikańska senatorka Susan Collins przyznawała, że nie wiedziała, kim jest nowy spiker i musiała go „wygooglować”. Nie była zresztą jedyna.

Jego reputacji nie poprawiły kolejne miesiące, naznaczone dalszymi sporami wewnątrz Partii Republikańskiej i serią dotkliwych legislacyjnych porażek. Johnson przegrał głosowania m.in. w sprawie impeachmentu ministra Alejandro Mayorkasa (powiodła się dopiero druga próba) i w sprawie osobnego pakietu pomocowego dla Izraela. W niemal wszystkich kluczowych ustawach, jak w przypadku uchwalenia budżetu i uniknięcia tzw. shutdownu, musiał zdawać się na głosy Demokratów. Aż siedmiokrotnie jego inicjatywy były blokowane przez jego kolegów partyjnych w komisji regulaminowej, mimo że przedtem takie przypadki były niemal niespotykane.

Polityczne zwycięstwo w sprawie Ukrainy prawdopodobnie nie zmieni tej podstawowej dynamiki, tym bardziej, że po głosowaniu z Izby odszedł jeden z republikańskich centrystów Mike Gallagher, co zmniejszyło funkcjonalną przewagę Republikanów nad Demokratami do jednego głosu.

– Jeśli ktoś myśli, że to głosowanie uspokoi chaos, to się myli. Będzie go jeszcze więcej, bo teraz Republikanie naprawdę rzucą się sobie do gardeł – ocenił w rozmowie z PAP przedstawiciel Demokratów w Izbie.

Mimo to, choć partyjna prawica wciąż straszy Johnsona wnioskiem o odwołanie, jego przyszłość wydaje się bezpieczna, przynajmniej w bliskim czasie. Pytani o to, jak zagłosowaliby nad wnioskiem o odwołanie spikera, politycy Demokratów zgodnie odpowiadali, że nie chcą, by Johnson został ukarany za „zrobienie tego, co słuszne”.

belsat.eu/PAP

niedziela, 21 kwietnia 2024



Przez większą część XX w. słowo "rodzina" w Ameryce kojarzyło się z przesłodzonym obrazem przedstawiającym szczęśliwe małżeństwo, dwójkę dzieci i jednego, nieprawdopodobnie dobrze wytresowanego golden retrievera, a wszystko to w domku jednorodzinnym. W ciągu ostatnich 50 lat pojęcie rodziny nuklearnej ulegało jednak stopniowej erozji.

Pierwszym wyraźnym sygnałem zgonu rodziny nuklearnej był kryzys naftowy z 1973 r. i następująca po nim dwuletnia recesja, która oznaczała koniec powojennego dobrobytu na Zachodzie. Od tego czasu rodzina nuklearna rozpadała się kawałek po kawałku. W 1970 r. ponad dwie trzecie dorosłych Amerykanów w wieku od 25 do 49 lat mieszkało z małżonkiem i co najmniej jednym dzieckiem. Według Pew Research do 2021 r. tylko 37 proc. dorosłych pasowało do tego modelu.

(...)

Podobnie jak wiele innych norm społecznych, rodzina nuklearna była produktem warunków ekonomicznych i kulturowych określonego czasu i miejsca, podtrzymywanym przez politykę i instytucje przez dziesięciolecia. Aż do XIX w. małżeństwo było nie tyle związkiem dwóch zakochanych osób, ile pragmatycznym, obowiązkowym krokiem wpisanym w długą tradycję organizacji społecznej i rodzinnej. Większość Amerykanów w tym czasie żyła w wielopokoleniowych "rodzinach korporacyjnych", które razem prowadziły rodzinne gospodarstwa rolne lub firmy.

Wraz z uprzemysłowieniem gospodarki w XIX w. coraz więcej młodych mężczyzn i kobiet opuszczało rodzinne gospodarstwa, by znaleźć pracę w fabrykach i biurach, zwykle w miastach. Uwolnieni od bacznego wzroku rodziców i krewnych ci młodzi ludzie zaczęli chodzić na randki, wydając swój własny dochód na wyjścia do lokalnego kina lub baru. W swojej książce z 2016 r. "Labor of Love: The Invention of Dating" Moira Weigel szczegółowo opisała te zmiany. "Przenosząc zaloty z domu na rynek, randki stały się lukratywnym biznesem" — napisała. "Po raz pierwszy w historii ludzkości randki sprawiły, że konieczne stało się kupowanie rzeczy, aby spotkać się twarzą w twarz z potencjalnym partnerem" — dodała.

W miarę jak kultura randkowania stawała się coraz bardziej zakorzeniona w gospodarce w XX w., sposób życia oparty na wspólnocie ustąpił miejsca jednostkom skupiającym się na własnych pragnieniach i potrzebach. Klasa średnia powiększyła się, a dzieci nie musiały już zarabiać na ekonomiczne przetrwanie swojej rodziny. W białych rodzinach z klasy średniej mężczyźni zarabiali na utrzymanie rodziny, a ich żony wychowywały dzieci i prowadziły dom. Rodzina nuklearna stała się mikrokosmosem kapitalistycznej samowystarczalności i związanego z nią konsumpcjonizmu.

Pod pewnymi względami był to również przypadek. Jak zauważył Brooks w "The Atlantic", status rodziny nuklearnej jako domyślnego układu gospodarstwa domowego dla dorosłych Amerykanów osiągnął szczyt w stosunkowo krótkim okresie między 1950 a 1965 r., kiedy wskaźniki rozwodów spadły, wskaźniki dzietności wzrosły, a powojenna gospodarka rozkwitła. To właśnie w tych latach "wokół tego typu rodziny ukształtował się rodzaj kultu", napisał Brooks, zauważając, że ci, którzy złamali formę, rezygnując z małżeństwa, byli często postrzegani jako dewianci lub "neurotycy".

Obsesja na punkcie rodziny nuklearnej maskowała jej podstawową niestabilność. W latach 70. nierówności społeczne i stagnacja płacowa po kryzysie naftowym i recesji z 1973 r. uniemożliwiły wielu białym mężom o średnich dochodach utrzymanie całych rodzin z jednej pensji. Coraz więcej kobiet wchodziło na rynek pracy, co dawało im większą autonomię ekonomiczną i umożliwiało niektórym opuszczenie nieszczęśliwych małżeństw. Po tym, jak Kalifornia zalegalizowała rozwód bez orzekania o winie w 1969 r., inne stany szybko poszły w jej ślady. Z kolei liczba rozwodów gwałtownie wzrosła. (Do dziś kobiety inicjują zdecydowaną większość rozwodów).

W miarę jak coraz więcej osób zakładało rodziny, które odbiegały od normy rodziny nuklearnej, niedociągnięcia tej struktury stały się oczywiste. Największym tego skutkiem jest dziś kryzys opieki nad dziećmi, w którym samodzielność nieodłącznie związana z modelem rodziny nuklearnej spowodowała, że kobiety poniosły ciężar wychowywania dzieci. Mimo że przytłaczająca większość kobiet pracuje obecnie poza domem, to na ich barkach nadal spoczywa większość nieodpłatnej pracy związanej z opieką nad dziećmi i starzejącymi się krewnymi. Wykonują również więcej prac domowych. Pranie, sprzątanie i gotowanie są wykonywane głównie przez kobiety.

Bez jednego partnera skoncentrowanego na pełnoetatowym prowadzeniu domu ilość pracy wymagana do prowadzenia rodziny nuklearnej nie jest tak naprawdę wykonalna. — Wszystkie rodziny, bez wyjątku, są zależne od rozległego wsparcia z zewnątrz, niezależnie od tego, czy są to państwowe programy opieki społecznej, płatne osoby świadczące usługi, czy członkowie dalszej rodziny hojnie pomagający — powiedziała mi O'Brien.

(...)

Zrozumienie, dlaczego kapitalizm i rodzina nuklearna tworzą tak zgrany duet, nie wymaga wielkiego wysiłku intelektualnego. Zatomizowane jednostki rodzinne generują więcej pracy na rynku i kupują większe ilości towarów niż rozległe, wspólnotowe grupy krewnych, które mogą polegać na sobie nawzajem, dzieląc się zasobami i siłą roboczą. Pozory samowystarczalności rodziny nuklearnej ledwo skrywają jej toksyczną współzależność z gospodarką rynkową. Ta dynamika sprawia jednak, że rodzina nuklearna jest szczególnie podatna na presję ekonomiczną.

Z biegiem lat ludzie, którzy odeszli od tego standardu, przestali być postrzegani jako odchylenia od normy i stali się przykładami różnych ścieżek, którymi może podążać dorosłość. Obecnie prawie jedna czwarta dzieci w USA żyje w gospodarstwach domowych z jednym rodzicem, a coraz więcej dorosłych żyje bez małżonka lub partnera, samotnie lub ze współlokatorami. 

(...)

Chociaż nie jest jasne, jak będzie wyglądać przyszłość rodziny, na wietrze widać nasiona zmian. Ostatnie miesiące przyniosły zalew artykułów o trendach, wątków na Reddicie i nagłówków gazet spekulujących na temat poliamorycznych rodzin, platonicznego rodzicielstwa i żyjących wspólnie kolektywów samotnych rodziców. Po cichu do mody powraca nawet wielopokoleniowe gospodarstwo domowe, w dużej mierze dzięki ciągłemu wzrostowi kosztów utrzymania i potrzebom rodzin w zakresie opieki.

Wydaje się, że pandemia przyspieszyła poczucie pilnej potrzeby wymyślenia czegoś lepszego. — Aby rodziny mogły w ogóle funkcjonować, potrzebują dużo zewnętrznego wsparcia — powiedziała O'Brien. — Podczas pandemii, gdy niektóre z tych zewnętrznych form wsparcia zniknęły, stało się to dramatycznie i boleśnie oczywiste dla ogromnej liczby ludzi — dodała.

businessinsider.com.pl


Miejsce pochodzenia tych języków, sięgające zapewne początków rozwoju cywilizacji, do dziś nie było jednoznacznie ustalone. W nauce dominują dwie hipotezy. Jedna mówi o tym, że miejsce narodzin tych języków to azjatyckie stepy około 6 tys. lat temu. Druga – że stało się to aż 9 tys. lat temu i to zupełnie gdzie indziej – gdzieś w kolebce cywilizacji rolniczej, czyli w rejonie Żyznego Półksiężyca (obszar ciągnący się łukiem od Egiptu do Zatoki Perskiej).

To właśnie postanowił rozstrzygnąć zespół dr. Graya, a konkretnie grupa 80 specjalistów językowych. Na podstawie danych historycznych, starych zapisków w językach już wymarłych oraz analizy języków współczesnych opracowali oni nowy zestaw danych zawierający podstawowe słownictwo ze 161 języków indoeuropejskich, w tym 52 języków starożytnych lub historycznych. Do tego przeprowadzili modelowanie komputerowe pokazujące, jak rozprzestrzeniały się ludy mówiące dziś językami z rodziny indoeuropejskiej. Z tych badań wysnuli zaskakujący wniosek. Jedna z wcześniejszych hipotez okazała się zupełnie niepoprawna – języki indoeuropejskie nie narodziły się na dalekich stepach dzisiejszego Kazachstanu. Drugą trzeba było nieco zmodyfikować i uszczegółowić. Okazało się bowiem, że języki indoeuropejskie wywodzą się z północnych krańców Żyznego Półksiężyca, konkretnie z obszaru na południe od gór Kaukazu – od północnej Persji po część południowej Anatolii, dziś leżącej na terytorium Turcji. Według szacunków dr. Graya rozwój języków indoeuropejskich zaczął się nie 9 tys., a ok. 8 tys. 100 lat temu.

onet.pl/Newsweek

sobota, 20 kwietnia 2024



W 2023 roku przewaga Stanów Zjednoczonych nad Chinami w rankingu największych gospodarek świata wzrosła do najwyższego poziomu od 2008 roku. PKB USA był o ok. 9,5 bln dol. większy niż Chin. Państwo Środka pozostaje jednak w tej chwili największą światową potęgą przemysłową - odpowiada za ok. 30 proc. globalnej wartości dodanej w przemyśle przetwórczym (dla porównania udział USA wynosi ok. 11 proc.). Ma to oczywiście przełożenie na gospodarki innych państw, które bazują na dostawach wielu dóbr przemysłowych, inwestycyjnych i konsumpcyjnych z Chin. Ewentualne poważne zakłócenie przepływu tych dóbr - które byłoby konsekwencją eskalacji konfliktu między Chinami a USA - miałoby ogromne, negatywne skutki dla łańcuchów dostaw w innych częściach świata.

- Mówimy o dwóch największych gospodarkach świata, o największym eksporterze - czyli Chinach, i o największym importerze - czyli Stanach Zjednoczonych. I mówimy o sytuacji, która może zerwać powiązanie między tymi gospodarkami, a równocześnie zmusić inne państwa do tego, żeby opowiedziały się po którejś ze stron. Dlatego też wiele państw podejmuje obecnie intensywne starania, żeby zwiększyć bezpieczeństwo, również gospodarcze, swoją samowystarczalność, rozwijać własne, krajowe możliwości produkcyjne i ograniczać przy tym zależność od innych partnerów - mówi Maciej Kalwasiński.

bankier.pl

czwartek, 18 kwietnia 2024



Według doniesień Republika Tatarstanu przygotowuje nowy program zatrudnienia młodych ludzi, który umożliwiłby nieletnim w wieku 14 lat i starszym pracę w rosyjskich przedsiębiorstwach przemysłu obronnego (DIB), prawdopodobnie w ramach trwających wysiłków na rzecz rozszerzenia rosyjskiego DIB. Powiązana z Kremlem gazeta biznesowa „Kommersant”  poinformowała 15 kwietnia, że ​​nowy program Tatarstanu uprości zatrudnianie nieletnich w wieku 14–18 lat, promując zatrudnianie nastolatków z rodzin znajdujących się w „społecznie niebezpiecznych sytuacjach” i umożliwi im pracę w przedsiębiorstwach DIB. Tatarstan wcześniej proponował zmiany w kodeksie pracy, które umożliwiłyby małoletnim Rosjanom w wieku 16–18 lat pracę w niebezpiecznych warunkach na podstawie umowy na czas określony ze względu na braki kadrowe, jednak przyjęcie poprawek odłożono w czasie ze względu na krytykę. W specjalnej strefie ekonomicznej Alabuga w Tatarstanie znajduje się w szczególności fabryka produkująca drony Shahed, przy czym istnieją doniesienia, że ​​w tej fabryce pracują studenci.

(...)

Rosyjscy urzędnicy okupacyjni wykorzystują system edukacji, zwłaszcza kursy historii, do rusyfikacji ukraińskich dzieci mieszkających na okupowanych terenach. Rosyjskie Ministerstwo Edukacji opublikowało 12 kwietnia dekret nakazujący szkołom w Rosji i na okupowanej Ukrainie zwiększenie tygodniowej liczby godzin przeznaczonych na naukę historii od 1 września 2025 roku. Administracja okupacyjna obwodu chersońskiego zauważyła, że ​​zmiany te umożliwią uczniom w okupowanym obwodzie chersońskim studiowanie historii Rosji i odwrócenie „wypaczonych wartości i fałszywego rozumienia historii”, podkreślając, że rosyjskie kursy historii mają jednoznacznie na celu zapoznawanie ukraińskich dzieci i młodzieży z rosyjskim wersji historii i podważać ukraińską historię i kulturę. Urzędnik okupacyjny obwodu chersońskiego podkreślił, że nauczanie ukraińskich dzieci historii Rosji jest „najpotężniejszą formą propagandy i przeprogramowywania mózgów ludności” i „wpaja społeczeństwu pożądaną ideologię”. 

understandingwar.org

środa, 17 kwietnia 2024



Od marca w blisko 40 regionach Rosji wezbrały rzeki, powodując szczególnie silne powodzie w południowej części Syberii i obwodzie orenburskim. W tym ostatnim do 15 kwietnia pod wodą znalazło się łącznie ponad 18 tys. budynków mieszkalnych, ewakuowano przeszło 16,5 tys. osób, a według wstępnych szacunków straty przekraczają 40 mld rubli (ok. 430 mln dolarów). Dotknięte zostały zwłaszcza dwa największe miasta regionu – Orenburg i Orsk, gdzie pękła zapora przeciwpowodziowa na brzegach rzeki Ural.

Na początku powodzi ludność obwodu orenburskiego w dużej mierze pozostawiono samą sobie (np. akcję ratunkową w Orsku przeprowadzali głównie ochotnicy, a mieszkańcy usiłowali bez pomocy rządzących załatać zaporę przed jej pęknięciem). Przedstawiciele władz różnego szczebla (w tym federalny minister ds. sytuacji nadzwyczajnych Aleksandr Kurenkow) relatywizowali trudną sytuację i częściowo obarczali winą za nią samych mieszkańców. W serwisie społecznościowym VKontakte aktywnie działały boty powielające tę narrację. 8 kwietnia ludność Orska zorganizowała wiec, w którym (mimo ostrzeżeń prokuratury i obecności policji) wzięło udział do kilkuset osób. Była to największa od pięciu lat manifestacja na tle klęski żywiołowej w Rosji. Protestujący krytykowali bierność władz lokalnych i Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych oraz wystosowali apel o pomoc do Władimira Putina.

Komentarz

Oprócz czynników naturalnych do katastrofy przyczyniły się brak przygotowania władz (mimo prognoz i ostrzeżeń) i nieprawidłowości w ich działaniu, szczególnie w obwodzie orenburskim. Administracja Orska do samego końca bagatelizowała zagrożenie. Ewakuację ogłoszono zbyt późno, nie przebiegła ona w sposób zorganizowany, a część mieszkańców nie została o niej powiadomiona. Pojawiły się problemy z dostępem do informacji i wody pitnej, a także przypadki szabrowania porzuconego mienia. Na razie okoliczności przerwania zapory (a faktycznie wału ziemnego), której budowa kosztowała blisko miliard rubli, nie są jasne. W przeszłości stwierdzono nieuzasadnione wydatkowanie środków i naruszenia związane z utrzymaniem obiektu (jego obsługą zajmowało się niewyspecjalizowane w hydrotechnice przedsiębiorstwo miejskie), którego generalnego wykonawcę łączą więzi biznesowe z Jurijem Bergiem – byłym szefem administracji Orska, a następnie gubernatorem obwodu orenburskiego. Ustalenia te przemawiają za uszkodzeniem zapory wskutek jej wadliwej konstrukcji lub nieodpowiedniej konserwacji na tle korupcyjnym.

Choć niezadowolenie społeczne z nieadekwatnej reakcji władz może narastać, to nie należy oczekiwać znaczących akcji protestu. Wątpliwy jest też antykremlowski wydźwięk potencjalnych wystąpień. Wydarzenia w obwodzie orenburskim wpłynęły jednak na postawę rządzących. Gubernator Denis Pasler został zmuszony do spotkania z manifestującymi. W budżecie regionalnym zwiększono środki przeznaczone na wypłaty dla poszkodowanej ludności (do 14 kwietnia powodzianom przekazano 233,3 mln rubli), zapowiedziano również budowę nowej zapory. Wobec skali problemu w całej Rosji Putin osobiście zaangażował się w koordynację działań przeciwpowodziowych (choć w terenie reprezentuje go Kurenkow). Nieskuteczne zapobieżenie klęsce żywiołowej może zatem oznaczać dla niektórych gubernatorów utratę stanowiska. Sytuacja w obwodzie orenburskim i nadzór Putina podziałały mobilizująco na szefostwo innych regionów, o czym świadczą np. prewencyjna ewakuacja w obwodach kurgańskim i tiumeńskim czy inne przygotowania.

osw.waw.pl


12 kwietnia Rada Unii Europejskiej przyjęła dyrektywę uznającą obchodzenie sankcji nałożonych na Rosję za przestępstwo i penalizującą tego typu działalność. Dokument zobowiązuje wszystkie państwa członkowskie do stosowania kar nie tylko za naruszenie polityki sankcyjnej UE, lecz także za podżeganie do takich czynów. Maksymalnym wymiarem kary za umyślne omijanie restrykcji będzie pozbawienie wolności, ponadto na osoby zaangażowane w ten proceder mogą zostać nałożone grzywny. Do odpowiedzialności może też być pociągnięte przedsiębiorstwo, jeżeli przestępstwo popełni osoba zajmująca w nim stanowisko kierownicze. W takich przypadkach sankcje mogą obejmować zakaz prowadzenia działalności gospodarczej przez ten podmiot. Dyrektywa wejdzie w życie dwudziestego dnia po jej opublikowaniu w Dzienniku Urzędowym UE. W ciągu 12 miesięcy państwa członkowskie będą zobowiązane do implementacji jej przepisów do prawa krajowego.

Jednocześnie 12 kwietnia USA wprowadziły zakaz importu z Rosji miedzi, aluminium i niklu (podobny zakaz wprowadziła Wielka Brytania w grudniu 2023 r.). Ponadto 13 kwietnia handel tymi metalami wstrzymano na Londyńskiej Giełdzie Metali i amerykańskiej giełdzie instrumentów pochodnych w Chicago (Chicago Mercantile Exchange).

Komentarz

Przyjęcie przez Radę UE dyrektywy penalizującej obchodzenie sankcji we wszystkich państwach członkowskich jest ważnym krokiem na drodze do zwiększenia efektywności polityki sankcyjnej UE. Do tej pory prawo krajowe części państw w ogóle nie przewidywało kar za naruszenie wprowadzanych ograniczeń. Jak pokazują zaś badania i śledztwa dziennikarskie, wiele towarów i usług, mimo obowiązujących obostrzeń, nadal trafia do Rosji z UE. W efekcie uszczelnianie restrykcji i walka z ich obchodzeniem stały się jednymi z głównych celów Unii, co znajduje odzwierciedlenie w najnowszych pakietach sankcyjnych.

Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że mimo rosnącej liczby śledztw wszczynanych przez prokuratury niektórych państw członkowskich (np. Litwy, Holandii, Niemiec czy Polski) liczba firm ukaranych za naruszenie reżimu sankcyjnego pozostaje ograniczona. Przyjęta dyrektywa nie zwiększy zatem automatycznie efektywności unijnej polityki sankcyjnej. Ściganie nieuczciwych przedsiębiorców będzie bowiem zależało od determinacji władz państw członkowskich oraz prowadzenia przez nie skutecznego monitoringu i kontroli procesu wdrażania restrykcji, z czym są poważne problemy od początku nakładania przez UE sankcji na Rosję.

Duże znaczenie dla ograniczania dochodów Kremla mogą mieć restrykcje wprowadzone przez USA i Wielką Brytanię w sektorze metali kolorowych. Dotychczas nie był on w zasadzie objęty sankcjami ze względu na szczególną rolę tych surowców (uznawanych za krytyczne) dla gospodarki światowej oraz pozycję Rosji na globalnym rynku. Na FR przypada ok. 6% światowej produkcji niklu, 5% aluminium i 4% miedzi. Obostrzenia nie dotknęły przy tym palladu i platyny – Rosja ma odpowiednio 40% i 13% udziału w ich produkcji. Istotne znaczenie dla rynku będzie miało głównie wstrzymanie handlu tymi metalami (wyprodukowanymi po 13 kwietnia br.) na giełdach w Londynie i Chicago, które były ważną platformą ich obrotu i ustalania cen. Mimo że rosyjskie firmy nadal będą mogły sprzedawać swoje surowce na podstawie kontraktów bilateralnych (poza giełdą), to najprawdopodobniej zostaną zmuszone do oferowania nabywcom upustów cenowych. Należy zauważyć, że już od 2018 r. (kiedy USA po raz pierwszy wprowadziły sankcje na rosyjskie aluminium, z których musiały się wycofać, po tym jak ceny surowca dynamicznie wzrosły) Rosja przekierowuje dostawy tych metali na rynek azjatycki. W 2023 r. trafiła tam już ponad połowa rosyjskiego eksportu, podczas gdy do państw zachodnich jedynie jedna trzecia. W efekcie zakaz importu metali kolorowych przez USA i Wielką Brytanię powinien mieć marginalne znaczenie dla rynku, ponieważ w chwili nałożenia embarga oba państwa nie sprowadzały już tych metali z Rosji. Jak dotąd – mimo intensywnego lobbingu europejskich producentów metali kolorowych – do zakazu nie przyłączyła się Unia Europejska, jednak także państwa członkowskie konsekwentnie zmniejszają ich kupno z Rosji. Przykładowo w 2023 r. rosyjskie aluminium stanowiło jedynie 8% importu tego surowca do UE, podczas gdy rok wcześniej udział ten wyniósł 12%, a w 2018 r. – 19%.

osw.waw.pl


W ciągu dwóch lat wojny na pełną skalę na Ukrainie Rosja spotkała się z surowymi sankcjami ze strony krajów zachodnich. Skuteczność tych sankcji jest jednak kwestionowana. Ogólnie rzecz biorąc, zarówno w Rosji, jak i na Zachodzie istnieją dwa obozy: jeden postrzega rosyjską gospodarkę jako znajdującą się na skraju załamania; drugi utrzymuje, że sankcje faktycznie wzmocniły Rosję. Jak można się było spodziewać, rosyjska propaganda i głosy sympatii na Zachodzie podchwyciły ten drugi argument. Rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana.

(...)

Z jednej strony sankcje wyraźnie ograniczają rozwój gospodarczy Rosji. Z drugiej strony – paradoksalnie – uchroniły gospodarkę przed pewnymi wstrząsami zewnętrznymi. Wzrost gospodarczy w Rosji korzysta dziś z faktu, że rosyjska gospodarka jest silnie nastawiona na mechanizmy i siły wolnorynkowe, zwiększony poziom wydatków rządowych (związanych przede wszystkim z wojną), podstawowe kompetencje czołowych decydentów gospodarczych kraju (którzy wyraźnie różnią się od najwyższej kadry wojskowej) oraz chęć Chin i Indii do importowania ogromnych ilości rosyjskich węglowodorów i w zamian zaopatrywania ich w towary i technologie, które rosyjski przemysł i konsumenci kupowali od Zachodu.

Większość głównych zagrożeń stojących dziś przed rosyjską gospodarką wynika z faktu, że cele polityczne Kremla mają pierwszeństwo przed wzrostem gospodarczym. Zatem rosyjski proces podejmowania decyzji gospodarczych jest w coraz większym stopniu podyktowany wymaganiami ogólnego wysiłku wojennego i zorganizowany wokół nich. Im dłużej tak będzie, tym gorszy będzie kac. Jednocześnie prognozy dotyczące upadku w stylu lat 90. XX w. są błędne. Kiedy nadejdzie dzień rozliczenia, z pewnością zaznamy ogromnego bólu. Jednak zwykli Rosjanie raczej nie zobaczą ponownie pustych półek sklepowych, a zaawansowane technologicznie fabryki nie będą musiały uciekać się do produkcji garnków i patelni.  

Dzieje się tak dlatego, że gospodarka Rosji różni się zasadniczo od gospodarki Związku Radzieckiego: posiada znaczne rezerwy finansowe, jest bardziej zróżnicowana i bardziej otwarta na świat. Rosja może zerwała stosunki z Zachodem, ale jej powiązania handlowe z krajami azjatyckimi stają się coraz silniejsze. Czas też ma tutaj znaczenie. O ile przemysł radziecki przez dziesięciolecia (w zasadzie począwszy od końca II wojny światowej) był podporządkowany sektorowi obronnemu, o tyle w Rosji proces ten trwa dopiero od dwóch lat. W rezultacie cofnięcie tego nie zajęłoby tak długo.

Kreml wydaje się być świadomy tego stanu rzeczy i w związku z tym wypracował egoistyczny sposób mówienia o wyzwaniu, jakie przed nim stoi. W swoim lutowym orędziu o stanie narodu prezydent Władimir Putin faktycznie obiecał zapobiegnięcie załamaniu gospodarczemu na skalę podobną do tej, jaką obserwowano pod koniec Związku Radzieckiego. 6 W przemówieniu Putin wyjaśnił, że Zachód zmusił Związek Radziecki do wyścigu zbrojeń, który pochłonął niezrównoważone 13 procent radzieckiego PKB. Upierał się, że Rosja nie pozwoli na powtórzenie tej „sztuczki”. (...)

Obecnie wydatki Rosji na obronność i bezpieczeństwo wynoszą 8 proc. PKB, co jest rekordem poradzieckim. Putin w swoim orędziu o stanie narodu nie dał żadnej wskazówki, że poziom ten zostanie w najbliższej przyszłości obniżony. Wręcz przeciwnie, zlecił urzędnikom ulepszenie sprzętu armii i marynarki wojennej. Putin mówił także o rozbudowie „potencjału naukowego, technologicznego i przemysłowego” Rosji. Oczywiście w czasie, gdy walki trwają, takie oświadczenia budzą sceptycyzm. Chociaż warto pamiętać, że obecny poziom wydatków na obronność jest znacznie niższy niż 16 procent radzieckiego PKB, które było normą pod koniec lat 80., władze prawie na pewno staną w obliczu wielu dylematów „broń kontra masło” nadchodzących latach (...).

W międzyczasie gospodarkę nękają bezprecedensowe zachodnie sankcje. Z każdym dniem Rosja pozostaje w tyle pod względem technologicznym. Z każdym dniem jej gospodarka staje się mniej konkurencyjna. I każdego dnia blok gospodarczy w dalszym ciągu radzi sobie ze szkodliwymi skutkami nowych wyzwań, łącząc w sobie przenikliwość rynkową i przyzwoite osiągnięcia w sprzątaniu bałaganu pozostawionego przez niepowodzenia w polityce zagranicznej Kremla.

(...)

Po raz pierwszy szeroko zakrojone zachodnie sankcje na Rosję nałożono po nielegalnej aneksji Krymu w 2014 r. i rozpoczęciu niewypowiedzianej wojny w Donbasie. Niemal natychmiast rosyjski system finansowy został zmuszony do przystosowania się. W pierwszej fazie wojny Rosja – kraj eksportujący kapitał – została objęta sankcjami, które były lepiej dostosowane do kraju importującego kapitał. Rosyjskie firmy i banki zostały dotknięte ograniczeniami w zakresie zadłużenia i kapitału własnego. Nastąpił impuls dedolaryzacyjny, który zmniejszył udział depozytów walutowych przedsiębiorstw z 45 proc. w 2016 r. do 25 proc. w 2022 r. oraz kredytów walutowych z 35 proc. do 15 proc. Wśród osób fizycznych depozyty walutowe spadły z 25 proc. do poniżej 10 proc.

Tendencje te utrzymały się po inwazji na pełną skalę i późniejszym usunięciu Rosji z międzynarodowego systemu płatności SWIFT. Dzięki temu poziom zadłużenia w walutach obcych nie zagraża dziś stabilności finansowej, a bank centralny posiada wystarczające rezerwy walutowe, aby sfinansować to zadłużenie. Według stanu na 1 lipca 2023 r. zadłużenie przedsiębiorstw niefinansowych wyniosło 50,6 proc. PKB, osób fizycznych 20,4 proc., a rządu 16,1 proc. Poziomy te wypadają raczej korzystnie na tle krajów G20, gdzie poziom zadłużenia jest znacznie wyższy (odpowiednio 98,5 proc., 62,6 proc. i 92,2 proc.).

Nieco paradoksalnie dedolaryzacja pomogła odizolować rosyjską gospodarkę od zewnętrznych wstrząsów finansowych. Na przykład wiosną 2023 r. inflacja w Stanach Zjednoczonych i decyzja amerykańskiej Rezerwy Federalnej o podwyżce stóp procentowych skłoniły do ​​ponownej oceny portfeli obligacji amerykańskich banków. Wywarło to presję na amerykańskie rynki akcji i przyczyniło się do bankructw kilku pożyczkodawców. Rynki rosyjskie, które do tego czasu zostały w dużej mierze odcięte od międzynarodowego systemu finansowego skoncentrowanego na USA przez sankcje, nie miały wpływu te turbulencje.

Zamrożenie 300 miliardów dolarów rezerw rosyjskiego banku centralnego na początku inwazji na pełną skalę okazało się mieć więcej skutków psychologicznych niż praktycznych. (Kreml nie chciał, aby posunięcie Zachodu pozostało bez odpowiedzi, co ostatecznie doprowadziło do wydania przez władze zakazu wycofywania płynnych aktywów z Rosji przez nierezydentów.) 10 Jak dotąd nie było potrzeby dokonywania większych wypłat z rosyjskich rezerw walutowych. W obliczu znacznych wpływów ze sprzedaży rosyjskiej ropy i gazu na rynkach światowych, płynnego kursu walutowego oraz działań mających na celu redukcję inflacji, rezerwy te pozostają dostępne na potrzeby interwencji w przypadku zagrożeń dla stabilności finansowej. Biorąc pod uwagę, że sankcje mają charakter ochronny, a system bankowy jest zdrowy, nie ma takich bezpośrednich zagrożeń. Wydaje się, że gospodarka dostosowała się do tej nowej równowagi.

Rosji udało się odbudować rezerwy banku centralnego w ciągu ostatnich dwóch lat. Wątpliwe jest zatem, czy szeroko dyskutowane przejęcie tych aktywów przez państwa zachodnie lub ich przekazanie Ukrainie w jakiś sposób zmusi Moskwę do stołu negocjacyjnego lub wycofania swoich sił z Ukrainy. Brak jedności wśród krajów zachodnich co do sposobu postępowania z zamrożonymi aktywami sugeruje, że wszelkie próby ich przejęcia mogą spowodować więcej problemów poprzez zaostrzenie podziałów politycznych na Zachodzie i wywołanie nieprzewidzianych efektów domina.

Oczywiście rosyjska gospodarka nie jest odporna na skutki sankcji G7. Pomimo 25-procentowego wzrostu w 2023 roku dochodów poza ropą i gazem, rosyjski budżet państwa stał się jeszcze bardziej zależny od eksportu energii. 12 W przypadku globalnej recesji, która obniży ceny energii lub zaostrzenia zachodnich sankcji na rosyjski sektor naftowo-gazowy, finanse państwa Rosji odczują załamanie. Jest to dobrze rozumiane na Kremlu, który dobrowolnie ograniczył wydobycie zgodnie z decyzjami porozumienia OPEC-Plus, któremu współprzewodzi z Arabią Saudyjską, i zmienił sposób naliczania opodatkowania ropy. Celem jest stabilizacja dochodów z ropy i gazu oraz uniknięcie nagłych obniżek podatków w tym sektorze.

Nie jest wcale jasne, czy zachodnie sankcje nałożone na rosyjski sektor energetyczny zadają taki cios, jaki miał na myśli zastępca sekretarza skarbu USA Wally Adeyemo, mówiąc, że mają one na celu „zmniejszenie dochodów, jakie Kreml ma na napędzanie swojej wybranej wojny.” Mimo że administracja prezydenta USA Joe Bidena celowo opracowała mechanizm ograniczenia cen ropy naftowej, aby wycofać rosyjską ropę z rynków międzynarodowych, niewygodna rzeczywistość jest taka, że ​​Moskwa zasadniczo nauczyła się omijać ograniczenia, jak powszechnie oczekiwano. Ministerstwo finansów Rosji prognozuje obecnie, że w 2024 roku przychody z ropy i gazu wzrosną do 11,5 bln rubli (124 mld dolarów), co oznacza 30-procentowy wzrost w stosunku do roku poprzedniego.

Taka prognoza może być optymistyczna, ale wydaje się realistyczna. Sankcje stworzyły roczny rynek o wartości 11 miliardów dolarów dla „szarych” przedsiębiorstw żeglugowych, które obecnie transportują 45 procent eksportu rosyjskiej ropy i produktów rafinowanych. Tymczasem całkowite przychody Rosji z eksportu osiągnęły /pewien stały/ pułap. Eksport innych niż ropa i gaz również boryka się z problemami. Nawet jeśli popyt zewnętrzny na rosyjski eksport (jakiegokolwiek rodzaju) w jakiś sposób się zmaterializuje, rosyjska gospodarka będzie miała trudności z jego zaspokojeniem, ponieważ działa blisko swoich /maksymalnych/ mocy produkcyjnych.

W miarę trwania wojny na Ukrainie wydatki państwa rosną. W latach 2022 i 2023 rząd był w stanie zarówno wydawać pieniądze na wojnę, jak i utrzymywać gospodarkę za pomocą zastrzyków budżetowych, oszczędzając w lepszych latach wystarczająco dużo, aby pokryć deficyt budżetowy. Na początku 2022 r. rosyjski fundusz na czarną godzinę, Narodowy Fundusz Bogactwa (NWF), posiadał 210 miliardów dolarów. Do stycznia 2024 r. jego rezerwy sięgały 130 miliardów dolarów, co z pewnością wystarczyło na pokrycie wydatków na rok 2024.

Ministerstwo Finansów obiecuje redukcję deficytu Rosji do zera w 2025 roku, jednak niewielu znających się na rzeczy obserwatorów pokłada dużą wiarę w takich zapowiedziach. Przecież wydatki wzrosły, a rząd zawiesił zasadę budżetową, zgodnie z którą Rosja sprzedaje walutę obcą z NWF, aby zrekompensować braki w dochodach z eksportu ropy i gazu. (I odwrotnie, NWF tradycyjnie dokonuje zakupów w przypadku nadwyżki.) W okresie swojej działalności zasada budżetowa ograniczała wydatki i zapewniała gromadzenie rezerw walutowych.

Zgodnie z rosyjskim prawem NWF ma obowiązek zrekompensować rządowi wszelkie spadki przychodów z ropy i gazu. Przy założeniu niezmienionych warunków, spadek ceny ropy o 10 dolarów za baryłkę spowodowałby, że w budżecie państwa Rosji zabrakłoby około 1,6 biliona rubli. Aby rezerwom funduszu groziło wyczerpanie, średnioroczna cena ropy musiałaby spaść poniżej 60 dolarów za baryłkę. Wszystko, co będzie mniejsze, po prostu pochłonie przychody. W każdym razie spadek przychodów można zrekompensować pożyczkami, cięciami kosztów, a nawet środkami pozyskanymi w drodze oferty publicznej na rosyjskiej giełdzie.

Konieczność wspierania wzrostu gospodarczego poprzez wydatki budżetowe w sytuacji braku reguły budżetowej skłoniła Ministerstwo Finansów do zbilansowania budżetu na 2024 rok w oparciu o prognozowaną cenę ropy na poziomie 71 dolarów. Innymi słowy, wydatki są zawyżone, ponieważ przewidziana w budżecie cena ropy jest znacznie wyższa niż wcześniej (60 dolarów). Władze wskazały jednak, że w 2025 r. konieczne będzie zacieśnienie pasa fiskalnego, co może mieć wpływ na osłabienie wzrostu gospodarczego. Powrót do starej reguły budżetowej oznacza, że ​​wydatki także ulegną ograniczeniu. Możliwe, że cięcia wydatków pomogą w ograniczeniu inflacji (choć nie jest to gwarantowane), ale będą miały też negatywny wpływ na wzrost gospodarczy.

Reorganizacja rosyjskiej gospodarki po 2022 r. w coraz większym stopniu uzależnia przepływy handlowe i inwestycje od niewielkiej grupy kluczowych partnerów. Jeszcze przed 2022 r. zachodnie sankcje zachęcały Rosję do pogłębienia uścisku z Chinami (...). W 2023 roku obroty handlowe między obydwoma krajami przekroczyły 240 miliardów dolarów, przy czym na Chiny przypadało 38 proc. rosyjskiego importu i 31 proc. rosyjskiego eksportu. Pekin ma obecnie wirtualny monopol na różne produkty eksportowane do Rosji, co oznacza, że ​​może też pobierać wyższe ceny niż dla konsumentów na innych rynkach. W 2023 roku zarówno chiński eksport samochodów, jak i eksport traktorów do Rosji wzrósł o prawie 600 proc. Udział chińskich samochodów na rynku rosyjskim w 2023 roku przekroczył 60 proc. W lutym 2022 roku marki z Chin stanowiły zaledwie 9 proc. rynku.

(...)

Liczby te odzwierciedlają ważną rolę, jaką odgrywa obecnie juan w płatnościach zewnętrznych rosyjskich firm. Jednak transakcje w dolarach i euro są nadal ważne. Chociaż zachodnie banki ograniczyły stosunki z Rosją już na początku inwazji na pełną skalę, proces ten przyspieszył po wydaniu dekretu Bidena z grudnia 2023 r. nakładającego wtórne sankcje na osoby zaangażowane w ułatwianie transakcji związanych z rosyjskim sektorem obronnym. W wyniku tej zapowiedzi rosyjskie firmy mają coraz większe problemy z transakcjami z udziałem banków tureckich i chińskich. Tymczasem rosyjskie podmioty chcące dokonywać płatności w innych walutach borykały się z trudnościami, w tym koniecznością zorganizowania systemu rachunków korespondencyjnych i infrastruktury do operacji wymiany walut (czy to za pośrednictwem giełd, czy rynku międzybankowego). Ciągłe poszukiwanie możliwych rozwiązań wzbudziło zainteresowanie walutami cyfrowymi. Chociaż jest to opcja, nad którą Rosja i jej partnerzy z BRICS pracują, aby uczynić ją wykonalną, postęp jest dość powolny.

W międzyczasie sankcje i niższe ceny energii zmniejszają nadwyżkę na rachunku bieżącym Rosji, która spadła z 4,7 mld dolarów w listopadzie 2023 r. do 600 mln dolarów w następnym miesiącu, co stanowi najniższy poziom od 2020 r. Ogólna nadwyżka na rachunku bieżącym Rosji w 2023 r. wyniosła 50,2 mld dolarów, co oznacza spadek z rekordowych 238 miliardów dolarów w 2022 r., w związku ze wzrostem światowych cen energii. Tendencja sugeruje wzrost zagregowanego popytu, czemu należy sprzyjać zaciąganie kredytów. Jednak zarówno Kreml, jak i korporacje od 2022 roku nie mogą zaciągać pożyczek z powodu zachodnich sankcji. Efektem końcowym będzie zmniejszenie nadwyżki na rachunku bieżącym w związku ze słabszym rublem i inflacją. Wysokie stopy procentowe w Rosji, które obecnie wynoszą 16 proc., są konsekwencją inflacji i choć w niewielkim stopniu wpływają na poziom popytu rządowego, znacznie ograniczają popyt konsumpcyjny.

Dotkliwe są także sankcje technologiczne. Uniemożliwiają Rosji rozwój projektów energetyki morskiej, zwłaszcza związanych z trudno dostępnymi złożami. Sankcje ograniczyły także dostęp do turbin i technologii związanych z budową nowoczesnych tankowców, pociągów LNG i samochodów oraz sieci komunikacyjnych nowej generacji. Rosja jest również coraz bardziej odcięta od światowych postępów w dziedzinie sztucznej inteligencji i obliczeń kwantowych. W rezultacie Kreml wrócił na ścieżkę najmniejszego oporu i utrzymał nadmierne uzależnienie rosyjskiej gospodarki od eksportu energii. Podsumowując, ciągłe zainteresowanie sektorem towarowym i szybka militaryzacja wydatków rządowych w dłuższej perspektywie osłabią potencjał gospodarczy kraju.

Sankcje zadały także poważny cios kapitałowi ludzkiemu Rosji. Exodus utalentowanych i wykwalifikowanych pracowników, zwłaszcza w sektorze technologii, jeszcze bardziej zaszkodził globalnej konkurencyjności Rosji. Z oficjalnych danych Ministerstwa Cyfryzacji wynika, że ​​w 2022 r. z Rosji wyemigrowało około 100 tys. specjalistów IT i do tej pory nie wróciło. W sumie z powodu wojny Rosję opuściło około pół miliona ludzi.

Rosja także odcina się od międzynarodowego mainstreamu. Przed wojną kraj aktywnie uczestniczył w międzynarodowym życiu akademickim i był licznie reprezentowany na konferencjach międzynarodowych. Powszechnym zjawiskiem było uczestnictwo w czasopismach naukowych, wymianach naukowych i studenckich oraz programach podwójnego stopnia. Od 2022 r. taka współpraca instytucjonalna ustała jednak niemal całkowicie, a setki naukowców uciekło za granicę. Obecnie aktywnie odradza się nawet współpracę z zagranicznymi badaczami z Rosji. Rosyjskie podręczniki są przepisywane tak, aby odzwierciedlały program ideologiczny rządu. Spada liczba nauczania języka angielskiego i nauczania w tym języku. Koszty tych niepowodzeń będą coraz bardziej widoczne w nadchodzących latach.

Doszło do paradoksalnej sytuacji: gospodarka Rosji jest obecnie stabilna zarówno pomimo, jak i w wyniku zachodnich sankcji. Jak dotąd Kreml znalazł sposób na utrzymanie dostępu do importu zaawansowanych chipów i półprzewodników, kluczowych dla wojska, przez kraje trzecie. Z powodzeniem przestawiła się także na sprzedaż ropy do Azji, aby zastąpić utratę tradycyjnych rynków w Europie i poza nią.

Ale ta ciężko wywalczona stabilność nie jest wieczna. W najlepszym przypadku obecny układ prawdopodobnie zacznie się rozpadać w ciągu osiemnastu miesięcy w związku z rosnącymi brakami równowagi i możliwymi problemami społecznymi. Putin stanie przed zwiększoną presją wynikającą z trylematu politycznego wynikającego z wyzwania w zakresie dalszego finansowania wojny, utrzymania poziomu życia (lub przynajmniej spowolnienia jego stopniowego obniżania) i zagwarantowania stabilności makroekonomicznej.

Rząd planuje obecnie cięcia wydatków na cele wojskowe w 2025 r., choć docelowy poziom wydatków nadal będzie przekraczał poziom przedwojenny. Oczywiście cel ten mógł jeszcze zostać zmieniony w związku z rozwojem sytuacji na polu bitwy. W każdym razie Kreml pokazał, że zamierza przedkładać wydatki na obronę i bezpieczeństwo ponad potrzeby społeczne.

Preferencja ta stwarza kilka problemów. Wydatki na obronę są generalnie bezproduktywne. Co więcej, nie jest jasne, co się stanie, gdy wojna ostatecznie się zakończy. Na razie zawyżone pensje członków służby wojskowej i pracowników sektora obronnego powodują wzrost wynagrodzeń w całym sektorze. Ci, których dochody wzrosły podczas wojny, wydali więcej, zwiększając popyt i zachęcając do zaciągania kredytów, zarówno konsumenckich, jak i hipotecznych. Po wojnie dochody te prawdopodobnie spadną, co wpłynie na zdolność pracowników do spłaty pożyczek. Zwiększa to ryzyko niezadowolenia społecznego: nikt nie będzie zadowolony z obniżki wynagrodzeń. A firmy nie będą w stanie płacić im na wyższym poziomie bez odpowiedniego wzrostu wydajności pracy.

Podobna dynamika dotyczy osób wykonujących prace cywilne związane z wysiłkiem wojennym, które również skorzystały z rosnących wynagrodzeń. Na przykład spawacz pracujący w okupowanym Doniecku może zarabiać do 350.000 rubli miesięcznie, czyli czterokrotnie więcej niż średnia w Rosji. Obniżanie płac i ograniczanie wydatków na wojsko byłoby w każdych okolicznościach obciążone politycznie, ale okaże się to szczególnie trudne teraz, gdy społeczeństwo przyzwyczaiło się do zarabiania i wydawania więcej.

System emerytalny zwiększy presję. Putin przechwala się „nowymi” obywatelami Rosji: mieszkańcami okupowanego terytorium Ukrainy, którzy otrzymali rosyjskie paszporty. Zapomina jednak wspomnieć, że są to przeważnie emeryci lub rodziny niepełne z dziećmi, które utrzymują się ze świadczeń. W czterech „nowych regionach” nielegalnie zaanektowanych przez Rosję pod koniec 2022 r. żyje około 700 000 emerytów, którzy otrzymują średnio około 19.000 rubli (około 200 dolarów) miesięcznie. To mniej niż średnia w Rosji, ale więcej niż średnia na przykład na Północnym Kaukazie. Wszystkie te nowe świadczenia emerytalne podlegają corocznej indeksacji.

Kreml ma narzędzia, które pomogą zapewnić gospodarce miękkie lądowanie. Dwucyfrowe stopy procentowe i cel utrzymania inflacji na poziomie około 4 proc. pozostawiają znaczne pole do obniżek stóp procentowych, które ożywiłyby popyt konsumencki. Płatności rządowe na rzecz żołnierzy i osób związanych z sektorem obronnym można stopniowo ograniczać. Po wojnie rosyjskie zapasy broni będą musiały zostać uzupełnione, co zwiększy zatrudnienie. Z biegiem czasu inflacja zrównoważy wysokie płace, a możliwości inwestycji osobistych będą się zmniejszać (np. likwidacja ogromnych programów dopłat do kredytów hipotecznych i brak dostępu do zagranicznych giełd).

Najbardziej prawdopodobny wynik jest taki, że rozdęty sektor publiczny Rosji z czasów wojny zablokuje jakąkolwiek redukcję zatrudnienia, ale wysokie stopy procentowe obniżą inflację. W gospodarce podporządkowanej imperatywom politycznym niewiele jest zachęt do zrównoważonego rozwoju. Wcześniej czy później zaszkodzi to dobru zwykłych Rosjan. Innymi słowy, tymczasowe rozwiązania i spadek poziomu życia spotęgują polityczne i gospodarcze problemy, przed którymi stoi Kreml. Biorąc jednak pod uwagę istniejące marginesy bezpieczeństwa i charakter zachodnich sankcji, może minąć wiele lat, zanim Rosja osiągnie kres swojej zdolności do radzenia sobie z takimi wyzwaniami.

carnegieendowment.org