piątek, 29 marca 2024



Choć Chiny to druga największa gospodarka na świecie, zasady jej działania, podobnie jak jej prawdziwa kondycja, skrywają wiele sekretów. Podawane przez Pekin oficjalne dane to jedynie połowa obrazu - zdecydowanie ta lepsza. Drugą stanowi pozostająca w cieniu "chińska specyfika", taka jak fałszowanie danych na każdym poziomie administracji, potężne ukryte zadłużenie, monstrualna niegospodarność, czy krwiożerczy kapitalizm, który nielicznym przynosi majątek, a milionom rozczarowanie i wyzysk.

Obraz tej ciemnej strony chińskiej gospodarki dobrze widać na przykładzie jej sektora bankowego. Słynne chińskie banki, takie jak działające również w Polsce Bank of China czy ICBC, w Chinach działają głównie na rzecz wskazywanych przez partię komunistyczną sektorów i ogromnych projektów realizowanych przez państwowe przedsiębiorstwa. Sektor prywatny, zwłaszcza od kryzysu finansowego z 2008 roku, przeważnie nie może liczyć na wsparcie chińskich banków.

Bez dostępu do finansowania prywatne firmy nie miałyby jednak szans na rozwój, w Chinach wyrósł więc równoległy, nieoficjalny system bankowy - szara strefa (shadow banking sector) instytucji finansowych, które poza kontrolą państwa i bardziej ryzykownie obsługują prywatnych przedsiębiorców. Coś jak polskie parabanki, tylko na niewyobrażalną skalę - wartość szarej strefy bankowej w Chinach szacowana jest na 3 biliony dolarów. To tyle, ile PKB Francji.

Bez tej szarej strefy bankowej nie mogłyby istnieć całe sektory chińskiej gospodarki, na czele z budowlanym. Tymczasem właśnie zdaje się ona chwiać w posadach. Pekińska policja w ostatnią sobotę poinformowała o rozpoczęciu "odzyskiwania skradzionego mienia" od szefów Zhongzhi Enterprise Group - największej z firm, tworzących tę szarą strefę. Choć mało znana na świecie, była olbrzymem nawet na skalę Chin - jeszcze niedawno zarządzała majątkiem wartym ok. 140 mld dolarów, czyli niemal tyle, co PKB Węgier.

W styczniu Zhongzhi nieoczekiwanie ogłosiła jednak niewypłacalność i długi na 64 mld dolarów. Wzbudziło to obawy, że kryzys zadłużeniowy, który topi właśnie chińską budowlankę, zacznie rozlewać się na inne sektory gospodarki. Problem jednak jest jeszcze poważniejszy, ponieważ długi parabanku - tak samo jak prawdziwego banku - to w rzeczywistości długi jego klientów. Bankructwo oznacza więc poważny problem z wypłacalnością chińskich prywatnych przedsiębiorstw. Czyli tych, które są najbardziej dochodowe i innowacyjne.

- Prywatne firmy odpowiadają za największą część wzrostu gospodarczego Chin - wyjaśnia dla tvn24.pl dr Michał Bogusz, ekspert ds. Chin i analityk Ośrodka Studiów Wschodnich. - Tę zdrową część ich wzrostu, nie tę sztucznie pompowaną przez lanie betonu i budowę nikomu niepotrzebnej infrastruktury - dodaje. Bogusz podkreśla, że wszystkie prywatne chińskie firmy muszą pozyskiwać pieniądze z szarej strefy, czyniąc ją "żywotnym elementem" całej gospodarki Chin.

(...)

- Trudno tak naprawdę znaleźć odpowiednik firm szarego sektora bankowego w naszym systemie. Nie mamy czegoś takiego w Polsce - zauważa dr Bogusz. - Firmy takie jak Zhongzhi zbierają pieniądze od prywatnych inwestorów, bo ci nie mają co robić ze swoimi pieniędzmi. Na chińskich giełdach boją się inwestować, wywieźć pieniędzy za granicę nie mogą (zabrania tego władza - red.), a oprocentowanie w bankach jest niskie - tłumaczy.

Inwestorzy oddają więc swoje pieniądze instytucjom z szarej strefy, które z kolei wykupują za nie obligacje emitowane przez inne prywatne przedsiębiorstwa. - W ten sposób prywatny sektor zyskuje finansowanie, na które nie może liczyć w państwowych bankach. A wszystkie banki w Chinach są państwowe - mówi ekspert.

Bankructwo Zhongzhi oznacza jednak, że trup wypada właśnie z szafy chińskiej gospodarki. To jasny sygnał, że problemy finansowe prywatnych przedsiębiorstw są naprawdę poważne, a wiele z nich przestaje mieć pieniądze na wykup obligacji skupowanych wcześniej przez parabanki. - W chińskiej gospodarce mamy teraz czarną dziurę wielkość Francji. Tylko nie wiemy, co w tej czarnej dziurze jest, ile z tych długów jest złych, a ile z nich może zostać jeszcze spłaconych - ocenia analityk OSW.

Sytuacja ta może przypominać rok 2008 w Stanach Zjednoczonych, gdy upadek banku inwestycyjnego Lehmann Brothers ujawnił ukryte problemy i wywołał globalny kryzys finansowy. Jednak zdaniem eksperta, niezależnie od skali dzisiejszych problemów w Chinach, nie dojdzie teraz do powtórki tamtych wydarzeń i serii bankructw.

- Chiński domek z kart się nie rozleci, bo jest od początku klejony taśmą klejącą, którą jest partia komunistyczna. I ta partia wciąż ma narzędzia, wolę i środki, by zapobiec gwałtownej katastrofie gospodarczej - ocenia dr Bogusz. - Ale nie ma ona jednocześnie pomysłu jak zastąpić dotychczasowy model gospodarczy, który się już wyczerpał. Nie może choćby zlikwidować tej szarej strefy bankowej, bo odcięłaby dopływ kapitału do kluczowej gałęzi swojej gospodarki - zauważa. 

Co wobec tego oznaczają problemy gospodarcze Chin i rosnący kryzys niewypłacalności jej przedsiębiorstw? Zdaniem Michała Bogusza, Chiny co prawda unikną na razie katastrofy gospodarczej, jednak czeka je powolne wchodzenie w stagnację.

- Chiny mogą ciągle ratować ruch w biznesie, dbać o dobre statystyki makroekonomiczne, ale realna gospodarka przestanie rosnąć. Z gospodarki pozostanie szkielet pusty w środku - mówi. W praktyce może działać to tak, że bez względu na popyt zwiększana będzie produkcja, a towar po prostu będzie trafiał do magazynów. W Chinach, które błędnie wielu wciąż uznaje za gospodarkę rynkową, ten model ma długie tradycje.

- Stagnację ukrywa się dodatnim wzrostem gospodarczym, kreowanym przez ogromne marnotrawstwo. Mówi się, że w Chinach zejście poniżej 5 procent wzrostu PKB to już poważne problemy, ponieważ 4 procent wzrostu PKB jest tam przetracane, rozkradane przez struktury partyjne, ukradkiem wywożone z Chin - wyjaśnia dr Bogusz.

(...)

- Wobec problemów gospodarczych i rosnącego nacisku na zwiększanie produkcji będzie rosła podaż chińskich produktów i presja na ich eksportowanie - mówi ekspert. - Chińskie firmy będą więc teraz chciały przesuwać się coraz wyżej w globalnych łańcuchach dostaw, wypychać z nich zagranicznych konkurentów, i zaostrzy się międzynarodowa rywalizacja gospodarcza. To z kolei będzie prowadzić do dalszej destabilizacji światowego handlu - analizuje. Destabilizacja ta oznaczać może nie tylko spadek popytu na eksport m.in. z Polski, ale także coraz więcej ceł i innych barier handlowych na całym świecie.

tvn24.pl

czwartek, 28 marca 2024



Analiza rosyjskiej infosfery nie wykazała przed, w trakcie ani po zamachu z 22 marca 2024 r. cech typowych dla zaangażowania aparatu propagandy, w tym służb specjalnych FR, w działania informacyjno-psychologiczne, będące elementem zamachu. Rosyjski aparat propagandy nie był przygotowany na “obsługę” zamachu terrorystycznego w sali koncertowej Crocus City Hall pod Moskwą.
  • Analizy wsteczne środowiska informacyjnego, godzin poprzedzających pierwsze wzmianki o przeprowadzonym zamachu terrorystycznym, nie wykazały cech szczególnych dla podgrywki informacyjnej. Nie zaobserwowano działań skoordynowanych w rozumieniu przygotowania psychologicznego Rosjan pod mający nastąpić incydent/zamach.
  • W trakcie zamachu nie nastąpiła faza eksploatacji. Nie ujawniono w rosyjskojęzycznej infosferze skoordynowanych działań psychologicznych, związanych z trwającym zamachem. W monitorowanym okresie w sieciach społecznościowych nie zidentyfikowano działań wpisujących się w pełno zakresową/szeroko zakrojoną operację informacyjną.
  • Jawny aparat propagandy (rozumiany jako całość aparatu mediów TV / Radio kontrolowanych przez Kreml) nie przerwał nadawania programów na użytek relacjonowania zamachu w początkowej fazie. W Mediach nie zidentyfikowano cech typowych dla zaplanowanego przygotowania i adaptacji przekazu propagandowego do wsparcia efektów psychologicznych wywołanych zamachem.
  • Rosyjski aparat wpływu (najprawdopodobniej oparty w omawianym przypadku na potencjalne działania FSB) przeprowadził nieudaną i niestarannie przygotowaną operację zdezorientowania odbiorców w aplikacji Telegram, w godzinach następujących po ataku. Próby dezorientacji zawierały cechę wspólną – sugestię udziału Ukrainy. Działania dezorientujące były nieefektywne i zostały wstrzymane. Potwierdzają tezę o braku zaplanowanych (w relacji do zamachu) działań informacyjno-psychologicznych. Faza dezorientacji nie została zastąpiona żadną operacją docelową w monitorowanym okresie.
infoops.pl


Być może będąc pod wrażeniem ostatniego filmu „Napoleon”, podobnie jak Napoleon nosi więc polowy mundur wojskowy jedynie ze stopniem podpułkownika wojsk lądowych (Napoleon zakładał mundur pułkownika grenadierów cesarskich), podobnie jak Napoleon podróżuje na poligon z psem (rasy szpic), którego głaszcze w czasie odprawy (szpice to również ulubiona rasa królowej Wiktorii oraz króla Jerzego IV Hanowerskiego) i podobnie jak Napoleon, tonem znawcy wykłada swoje teorie (chociaż w jego przypadku nie poparte żadną wiedzą wojskową).

Do gróźb Łukaszenki wszyscy zaczęli się już w jakiś sposób przyzwyczajać. Białoruski uzurpator straszył już bowiem bronią atomową, III wojną światową, Wagerowcami, uchodźcami, blokadą ekonomiczną, stanem wojennym a nawet prowokacjami amerykańskich i polskich służb specjalnych przeciwko ludności Polski. Jednak teraz te groźby zostały oprawione dodatkowymi elementami, świadczącymi o rzucającej się coraz bardziej w oczy u Łukaszenki manii wielkości.

Kiedy więc zadaje pytanie swoim oficerom, jaka odległość dzieli Białoruś od Obwodu Królewieckiego, a ci mu odpowiadają, że 42 km w linii prostej i około 90 km wzdłuż granicy, to dla niego jest to już żadnym problemem. Tymczasem te 42 km, to nie sieć autostrad, ale stosunkowo mało zaludniony region Polski poprzecinany przeszkodami wodnymi, gęstymi lasami i bardzo rzadką siecią wąskich dróg, po których nie da się bezkarnie przerzucić kolumn wojsk, o czym przekonali się Rosjanie na wschodniej Ukrainie.

defence24.pl

środa, 27 marca 2024



Skąd wiemy, że pojawienie się smartfonów spowodowało zły stan zdrowia psychicznego wśród młodych ludzi, a nie tylko jest z nim skorelowane?

Ponieważ oprócz dowodów korelacyjnych, które są bardzo spójne, istnieją również badania, które pozwalają nam wnioskować o przyczynowości.

Jean Twenge i ja zebraliśmy wszystkie badania w przeglądzie zatytułowanym "Media społecznościowe i zdrowie psychiczne". Mamy 34 badania podłużne, które sugerują efekt przyczynowy. Jest też 21 badań, które nie wykazują żadnego efektu, ale badania, które nie wykazują żadnego efektu, dokonują pomiarów w odstępie dnia lub tygodnia. Kiedy przyjrzymy się badaniom podłużnym, które trwają miesiąc lub dłużej, zdecydowana większość wykazuje przyczynę i efekt.

A to tylko jedna część badań empirycznych. Ważniejszą grupą badań empirycznych są prawdziwe eksperymenty: randomizowane badania kontrolne. W naszym przeglądzie mamy 16 — choć są też inne nowsze — które wykazały efekt i tylko sześć, które go nie wykazały.

Jest jeszcze sześć badań, które wykorzystały naturalne eksperymenty: Kiedy szybki internet pojawia się w jednym regionie Hiszpanii w porównaniu z innym lub w jednym regionie Kolumbii Brytyjskiej w porównaniu z innym, czy obserwujemy wzrost chorób psychicznych wśród nastolatków? Odpowiedź brzmi: tak, we wszystkich sześciu badaniach, a w większości z nich dotyczy to zwłaszcza dziewcząt.

Jak i dlaczego my, jako społeczeństwo, pozwoliliśmy, by problem ten wymknął się spod kontroli?

Ponieważ w 2012 r. mieliśmy zupełnie inne spojrzenie na te technologie. Mój argument jest taki, że w latach 2010-2015 życie nastolatków uległo zmianie.

W 2010 r. prawie każdy miał telefon z klapką. Nie mieli konta na Instagramie, ponieważ został on dopiero wynaleziony w tym samym roku. Nie mieli szybkiej transmisji danych, szybkiego internetu i musieli płacić za korzystanie z internetu. Musieli płacić za każdy SMS. Tak więc 13- lub 14-letni dzieciak w 2010 r. nie był online przez cały dzień.

Ale w ciągu następnych kilku lat Instagram stał się bardzo popularny. Przedni aparat fotograficzny pojawia się [w iPhone'ach] w 2010 r. Więc teraz zdjęcia są o wiele bardziej powszechne. Większość ludzi ma szybki internet, większość ludzi ma nielimitowany pakiet danych. A gry wideo stają się o wiele bardziej wciągające dzięki wieloosobowym grom online, które rozwijają się dzięki szybkiemu internetowi.

Z tych wszystkich powodów, dla nastolatków w 2010 r., [technologia] nie była strasznie szkodliwa. Ale w 2015 r. — już tak. Przynajmniej do takiego wniosku doszedłem, patrząc na czas wzrostu zachorowań na choroby psychiczne w Ameryce i na świecie oraz czas zmian technologicznych.

Dorastając jako członek pokolenia Z często grałem w gry wideo z przyjaciółmi i korzystałem z mediów społecznościowych, by się z nimi komunikować. W jaki sposób możemy upewnić się, że nie poświęcimy bardziej pozytywnych zastosowań ekranów i smartfonów dla dzieci, gdy będziemy się ograniczać?

Cóż, rozróżnijmy między internetem, który jest wspaniały — i nikt nie mówi o trzymaniu dzieci z dala od internetu — a mediami społecznościowymi na smartfonie. Najnowsze dane ośrodka badania opinii publicznej Gallupa pokazują, że amerykańskie nastolatki spędzają pięć godzin dziennie tylko w mediach społecznościowych. Myślę, że bardzo trudno jest znaleźć dowody na korzyści płynące z tak intensywnego korzystania z nich.

Weźmy gry wideo. Chłopcy uwielbiają gry wideo. Prawie wszyscy chłopcy grają w gry wideo. Czy uważasz, że chłopcy ucierpieliby, gdyby ograniczyli się do grania godzinę dziennie w dni powszednie i dwie godziny dziennie w weekendy? Czy byłoby to szkodliwe w porównaniu z powiedzmy trzema lub czterema godzinami dziennie?

Prawdopodobnie zależy to od tego, czy grają z przyjaciółmi, czy nie.

Na początku lat 2010., kiedy dzieci przenosiły swoje życie towarzyskie do sieci, myśleliśmy" "Cóż, OK, nie spędzają ze sobą czasu osobiście, ale czy to nie jest równie dobre? Publikują posty, lajkują swoje posty, komentują je, grają razem w gry. Czy to nie jest równie dobre?". W tamtym czasie nie mieliśmy powodu, by myśleć, że tak nie jest.

Ale teraz wiemy, że odpowiedź brzmi: nie, to nie jest tak samo dobre. Wiemy to, ponieważ kiedy przenoszą swoje życie towarzyskie, tak jak dziewczęta przeniosły je do mediów społecznościowych, a chłopcy przenieśli je do gier wideo, to właśnie wtedy przyspieszyła epidemia samotności. Dziewczęta cierpią na większą depresję i niepokój; chłopcy cierpią na większą samotność i brak przyjaciół.

Na początku 2010 r., który był mniej więcej szczytowym okresem przechodzenia na gry wideo dla wielu graczy, można by się spodziewać fali szczęścia i poczucia, że ma się przyjaciół — teraz masz przecież tych wszystkich przyjaciół na całym świecie — ale okazuje się, że to jak puste kalorie. Gry wideo dały chłopcom ogromne ilości płytkich więzi społecznych i sprawiły, że poczuli się bardziej samotni.

Media społecznościowe dały dziewczętom ogromne ilości płytkich i konkurencyjnych więzi społecznych i sprawiły, że też poczuły się bardziej samotne. Nie sądzę więc, by przejście z życia realnego do wirtualnego przyniosło wiele korzyści. Myślę też, że ograniczenie korzystania z ekranów w gimnazjum o 90 proc. byłoby minimalnym kosztem.

W jaki sposób zwiększona depresja i niepokój wśród młodych ludzi wpływają na ich politykę w kraju?

Zdrowe demokratyczne społeczeństwo wymaga pewnego stopnia wspólnych faktów, pewnego stopnia zaufania do instytucji i pewnego stopnia zaufania do siebie nawzajem. Wszystko to spada z wielu powodów, ale jednym z nich jest rozwój mediów społecznościowych. Społeczna konstrukcja rzeczywistości zamienia się w milion małych fragmentów w mediach społecznościowych.

Kiedy doszło do 11 września, Amerykanie bardzo szybko doszli do wniosku, że zaatakowała nas Al-Kaida. Ale gdyby to wydarzyło się jutro, nie doszlibyśmy do takiego wniosku. Nie jesteśmy już w stanie zgodzić się co do podstawowych faktów na temat tego, co się dzieje lub co się wydarzyło.

Nic z tego nie jest winą pokolenia Z. Dzieje się tak z ludźmi w każdym wieku. Ale jeśli wychowujesz się do świadomości politycznej w podzielonym świecie, w którym nie możesz w nic uwierzyć, gdzie Rosjanie bawią się z nami i próbują sprawić, byśmy uwierzyli, że nie możemy w nic uwierzyć, trudniej będzie stać się żywymi, zaangażowanymi demokratycznymi obywatelami.

Rosną depresja i stany lękowe. Główną cechą pokolenia Z jest nie tyle depresja, ile przede wszystkim niepokój. Jeśli niepokój jest normalnym stanem rzeczy dla pokolenia, będą oni o wiele bardziej wrażliwi i będą uważać, że o wiele więcej wydarzeń jest dla nich groźnych. A jak wiemy z pracy Karen Stenner, kiedy ludzie czują się zagrożeni i kiedy czują, że społeczeństwo się rozpada, wyzwala to "autorytarną dynamikę" — aktywuje autorytaryzm. Populacja, która jest niespokojna, przestraszona i zagrożona, będzie bardziej otwarta na siłacza, na autorytarnego przywódcę, na kogoś, kto obiecuje powstrzymać chaos i powstrzymać zagrożenia.

Dlaczego media społecznościowe powodują większe problemy ze zdrowiem psychicznym dziewcząt niż chłopców, nawet jeśli dziewczęta przewyższają chłopców np. w nauce?

To dwie odrębne kwestie. Uważam, że media społecznościowe szkodzą dziewczętom bardziej, ponieważ oferują przynętę kontaktów społecznych w sposób, który przemawia do dziewcząt, ale następnie dosłownie blokują wysokiej jakości kontakty społeczne. Szkodzą więc dziewczętom bardziej niż chłopcom.

Jeśli chodzi o wyniki w szkole, nie chodzi o to, że dziewczęta radzą sobie tak dobrze, ale o to, że chłopcy wycofują się z prawdziwego świata. Po prostu inwestują mniej czasu i wysiłku we wszystko, co ma znaczenie dla sukcesu w życiu, jak zauważył Richard Reeves w swojej wspaniałej książce "Of Boys and Men". Zamiast tego spędzają coraz więcej czasu na grach wideo i innych cyfrowych rozrywkach.

Cyfrowe życie nie powoduje depresji i niepokoju u chłopców w takim stopniu, jak u dziewcząt, ale powoduje, że porzucają życie, a nie kultywują umiejętności, takich jak flirtowanie, zaloty czy praca. Powoduje to, że porzucają życie w sposób, który zablokuje ich dalszy rozwój.

W książce wzywasz do działania rodziców, nauczycieli, polityków i Dolinę Krzemową. Kto ponosi największą odpowiedzialność za doprowadzenie do ograniczenia dostępu dzieci do smartfonów i mediów społecznościowych?

Rodzice mają tu główny obowiązek i nadzór; problem polega na tym, że rodzice walczą o to i nie są w stanie tego zrobić. Sytuacja wygląda tak, jakbyśmy powiedzieli, że wiek spożywania alkoholu to 21 lat, a obowiązkiem rodziców jest egzekwowanie tego, ponieważ nie można oczekiwać, że bary, kasyna i kluby ze striptizem będą sprawdzać dowody tożsamości. To oczywisty absurd. Rodzice nie mogą tego zrobić, chyba że dosłownie zamkną swoje dzieci i nie wypuszczą ich z domu.

Jeśli dziecko może dostać się do komputera podłączonego do internetu, może otworzyć dowolną liczbę kont Instagram i TikTok i nigdy się o tym nie dowiesz. Rodzice są w niemożliwej sytuacji.

Mamy tę dziwaczną sytuację prawną, w której nie ma żadnych barier wiekowych w internecie, gdzie firmy mogą zasadniczo robić z dziećmi, co chcą — mogą traktować je jak dorosłych — a Kongres USA przyznał im immunitet przed procesami sądowymi. Nasze dzieci jadą na przenośniku taśmowym, a wiele z nich jest niszczonych. Wiele z nich jest krzywdzonych. Wiele z nich odkrywa, że ich dzieciństwo jest teraz zasysane przez kilka platform, głównie TikTok, Instagram i YouTube. I wielu z nich jest wykorzystywanych. Wiele z nich jest narażonych na pornografię. Do wielu z nich docierają starsi mężczyźni, a Kongres powiedział, że nie możemy nic z tym zrobić. To sytuacja nie do utrzymania. Uważam, że to skandal.

Kongres popełnił wielki błąd w 1998 r. z COPPA [czyli ustawą o ochronie prywatności dzieci w internecie], kiedy ustalił minimalny wiek na zbyt niskim poziomie 13 lat [dla stron internetowych zezwalających na gromadzenie danych]. Kongres popełnił ogromny błąd, ustalając go na zbyt niskim poziomie i nie nakazując jego egzekwowania. Kongres napisał prawo w taki sposób, że dopóki Facebook nie wie, że masz mniej niż 13 lat, to wszystko jest w porządku. Tak więc każdy 10-latek może otworzyć konto w dowolnym miejscu, a firma nie ma obowiązku sprawdzania tożsamości ani wyrzucania go, gdy się o tym dowie.

Kongres pomógł rozkręcić internet, przyznając branży ochronę przed pozwami sądowymi opartymi na treści postów innych osób. Ale w jakiś sposób przekształciło się to w stwierdzenie, że platformy mogą robić z dziećmi, co tylko chcą. Mogą dodawać tyle uzależniających funkcji, ile chcą, mogą robić rzeczy, o których wiedzą, że szkodzą zdrowiu psychicznemu, i to jest OK. Nikt nie może ich dotknąć. Taka jest sytuacja i to musi się zmienić.

Dlaczego popierasz ustawę przechodzącą przez Kongres, która wymusza sprzedaż TikTok lub zakazuje tej aplikacji, jeśli sprzedaż nie nastąpi? Czy jesteś zaskoczony, że Kongres posunął się tak daleko, biorąc pod uwagę niezdolność polityków do regulowania mediów społecznościowych?

Tak, jestem podekscytowany. W dużej mierze straciłem nadzieję na Kongres USA. Spowodował on problem, a następnie się z niego wycofał. Jestem więc podekscytowany, bo ta ustawa ma sens. Nie jestem zwolennikiem delegalizacji firm. Ale jestem przerażony, że najbardziej wpływową platformą dla amerykańskich dzieci jest firma, która jest prawnie zobowiązana do robienia tego, czego chce Komunistyczna Partia Chin. Tak dosłownie mówi chińskie prawo. Ani przez chwilę nie wierzę w żadną obietnicę, że firma jest niezależna.

Sytuacja, w której nasz największy geopolityczny rywal ma nie tylko dostęp, ale także możliwość kierowania działaniami platformy mającej największy wpływ na nasze dzieci, jest całkowicie nie do utrzymania.

Co ograniczasz, a na co pozwalasz swoim dzieciom?

W gimnazjum miałem twardą zasadę przeciwko mediom społecznościowym. W liceum są to ciągłe negocjacje.

Która z aplikacji społecznościowych jest najbardziej niebezpieczna dla młodych ludzi? Czy jest to Instagram, TikTok, coś innego?

Myślę, że Instagram wyrządził najwięcej szkód przez pierwsze osiem lat tej nowej ery. Od 2012 do 2020 r., kiedy obserwujemy ogromny wzrost [chorób psychicznych] u dziewcząt, to Instagram jest tą platformą, która najbardziej przyczyniła się do tej sytuacji.

Jednak teraz widzę, że TikTok jest znacznie potężniejszy niż cokolwiek innego. TikTok jest w stanie trenować zachowanie użytkownika w sposób, w jaki treser psów trenuje psa za pomocą drobnych nagród za drobne działania. W rozmowach z moimi studentami odkrywam, że krótkie filmy wideo, takie jak TikTok, są najbardziej uzależniające, najbardziej narkotyczne. Wprowadzają w stan zahipnotyzowania, podobnie jak uzależnienie od automatów do gier. TikTok to platforma, o której sami młodzi ludzie mówią, że chcieliby, by nie istniała.

Biorąc pod uwagę, ile czasu pochłania, biorąc pod uwagę, że nie daje żadnych korzyści ludziom, którzy go używają, którzy postrzegają go jako negatywny czynnik netto w ich życiu, myślę, że TikTok jest prawdopodobnie najgorszym produktem konsumenckim, jaki kiedykolwiek wynaleziono.

Ile godzin dziennie spędzasz korzystając z telefonu czy komputera? A ile z nich spędzasz w mediach społecznościowych? Czy próbowałeś się ograniczyć?

Ponieważ jestem profesorem i naukowcem, prawie zawsze korzystam z jednego z moich trzech komputerów. Tak naprawdę nie używam aplikacji na telefonie, używam go do wykonywania połączeń telefonicznych i jako latarki. Używam go też do oglądania map, i czasem do Ubera, ale nigdy, przenigdy nie sprawdzam mediów społecznościowych na moim telefonie. Nie lubię na nim pisać. Nie lubię go używać.

Prawdopodobnie spędzam około godziny tygodniowo na Twitterze i to wszystko. Bywało, że poświęcałem na to godzinę dziennie, ale w końcu zdałem sobie sprawę, że nie mam tyle czasu. Potrzebuję tego czasu na badania i pisanie. Ograniczyłem się więc, ale zdarzało się, że poświęcałem na to godzinę dziennie i widziałem, że źle wpływało to na moje zdrowie psychiczne. Zauważyłem, że stałem się przez to bardziej niespokojny, bardziej skupiony na tym, co ludzie o mnie mówią. Przez kilka lat byłem średnio zaawansowanym użytkownikiem Twittera. Wyciągnąłem z tego wnioski. To jest dla mnie naprawdę złe.

Inną rzeczą, którą chciałbym powiedzieć, jest to, że jako psycholog społeczny obserwowałem, jak nasze społeczeństwo oszalało od początku 2010 r., a zaczęło się to, zanim Donald Trump został prezydentem. Wierzę, że to pozwoliło Donaldowi Trumpowi zostać prezydentem. Badałem, w jaki sposób transformacja naszych sieci komunikacyjnych i informacyjnych oraz sieci osobistych i społecznościowych utrudniła dobre funkcjonowanie demokracjom i ułatwiła dobre funkcjonowanie krajom autorytarnym.

Jestem więc bardzo zaniepokojony przeniesieniem tak dużej części życia na platformy mediów społecznościowych — bardzo zaniepokojony tym, co zrobiło to w szczególności z amerykańską demokracją i młodymi ludźmi na całym Zachodzie.

onet.pl

wtorek, 26 marca 2024


Sekretarz rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Nikołaj Patruszew powiedział, że Ukraina stoi za atakiem terrorystycznym na Crocus City Hall. Z kolei szef Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB) Aleksander Bortnikow stwierdził, że atak terrorystyczny „był potrzebny zachodnim służbom specjalnym i Ukrainie, aby wstrząsnąć sytuacją” w Rosji.

– Oczywiście, że Ukraina – powiedział Nikołaj Patruszew, zapytany przez dziennikarza, kto ponosi winę za atak – ISIS czy Ukraina.

Zapytany przez kremlowskiego korespondenta Pawła Zarubina, co wskazuje na udział Ukrainy w ataku, Patruszew odparł „wiele”.

– Wiele na to wskazuje. To… Teraz Komitet Śledczy przeanalizuje wszystko i pojawi się informacja. Służby specjalne, organy ścigania mają to wszystko. Oni nam o tym powiedzą – stwierdził.

Dyrektor FSB Aleksander Bortnikow stwierdził z kolei, że atak terrorystyczny na Crocus City Hall został przygotowany przez „islamistów”, którym „pomagały ukraińskie służby specjalne”. Jednocześnie, według niego, zleceniodawca „nie został jeszcze zidentyfikowany”.

– Bandyci zamierzali wyjechać za granicę, konkretnie na terytorium Ukrainy. Według naszych wstępnych informacji operacyjnych czekali tam na nich. Przygotowywali (dla nich) okienko. Teraz te informacje są w dalszym ciągu wyjaśniane. (…) Chcieli być witani jako bohaterowie po drugiej stronie – powiedział.

Bortnikow powiedział również, że Ukraina „szkoliła bojowników na Bliskim Wschodzie”, a Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy „należy uznać za organizację terrorystyczną”. Nazwał również USA i Wielką Brytanię „odpowiedzialnymi za atak terrorystyczny”. Jak później dodał, kraje te powinny zostać uznane za „organizacje terrorystyczne”.

– Atak terrorystyczny był potrzebny zachodnim służbom specjalnym i Ukrainie, aby wstrząsnąć sytuacją i wywołać panikę w Rosji – powiedział, dodając, że szef ukraińskiego wywiadu wojskowego generał Kyryło Budanow stanowi „uzasadniony cel dla rosyjskiej armii”.

belsat.eu


W dniach 19–26 marca nie doszło do znaczących zmian w położeniu obu armii. Główna arena walk to obszar położony na zachód od Awdijiwki wzdłuż linii Berdyczi–Orliwka–Toneńke–Perwomajśke, a także okolice Marjinki. Rosjanie koncentrują tam swoje wysiłki na froncie o długości ok. 50 km, intensywnie wykorzystując przy tym lotnictwo bombardujące. Bomby kierowane (przeważnie 250 i 500 kg) są największym atutem agresora i przyczyniają się do powolnego wypierania Ukraińców z zajmowanych przez nich pozycji. Rosjanie atakują też pod Czasiw Jarem oraz na wschód od linii wsi Terny–Jampoliwka–Torśke, lecz bez większych rezultatów. Zelżał natomiast ich nacisk w pobliżu Kupiańska, gdzie trwające od lata ubiegłego roku próby podejścia do tego miasta nie przyniosły żadnych istotnych efektów.

W skali całego frontu liczącego ok. 800 km długości (bez granicy państwowej) Rosjanie aktualnie są w stanie prowadzić działania zaczepne ze zmienną intensywnością na kilku odcinkach, łącznie nieprzekraczających 100 km. Przeprowadzenie operacji ofensywnej na szerszą skalę wymagałoby od nich koncentracji znacznie większej ilości sił i środków, w tym zaangażowania odwodów strategicznych, które na razie nie są gotowe do walki.

W ciągu ostatniego tygodnia Rosjanie przeprowadzili serię zmasowanych ataków powietrznych na Ukrainę. Pod względem liczby użytych rakiet i dronów były to najsilniejsze uderzenia od prawie trzech miesięcy. Największe z nich odbyło się w nocy z 21 na 22 marca, kiedy agresor użył 63 dronów Shahed 136/131 oraz 88 pocisków manewrujących i balistycznych różnych typów (w tym 12 Iskander-M, siedem kindżałów oraz pięć Ch-22). Obrońcom udało się zestrzelić 55 dronów i zaledwie 37 rakiet. Atak był dobrze zaplanowany, a dzięki swojej masowości i zastosowaniu zróżnicowanych środków uderzeniowych przyczynił się do znacznego przełamania systemu obrony powietrznej oraz zadania dużych strat ukraińskiej infrastrukturze energetycznej. Trafione zostały obiekty położone m.in. w Charkowie, Zaporożu i Dnieprze oraz w obwodach sumskim, połtawskim, dniepropetrowskim, chmielnickim, winnickim, iwanofrankiwskim i lwowskim.

Osiem rakiet zniszczyło urządzenia Dnieprzańskiej Elektrowni Wodnej w Zaporożu, co doprowadziło do trwałego wstrzymania produkcji energii elektrycznej. Według prezesa spółki Ukrhidroenerho Ihora Syroty zaporze wodnej nie grozi zniszczenie, jednak odbudowa elektrowni wymaga paru lat pracy ze względu na konieczność wyprodukowania na zamówienie specjalistycznej instalacji. W wielu rejonach Ukrainy doszło do przerw w dostawach prądu, trwających przeważnie od kilku do kilkunastu godzin.

Najgorsza sytuacja ma miejsce w Charkowie, gdzie od kilku miesięcy infrastruktura energetyczna poddawana jest regularnym atakom rakietowym. Wskutek zniszczenia elektrociepłowni miasto zostało odcięte od głównego źródła energii elektrycznej i ogrzewania. Ucierpiały również przemysł i górnictwo w obwodach zaporoskim, dniepropetrowskim i donieckim. Dla ustabilizowania systemu energetycznego Ukraina zmuszona została do importu prądu z sieci Polski, Słowacji i Rumunii w trybie awaryjnym. Według szefa Państwowej Agencji Odbudowy Ukrainy Mustafy Najema część obiektów infrastruktury energetycznej udało się uchronić przed zniszczeniem dzięki systemowi zabezpieczeń, wybudowanemu z uwzględnieniem doświadczeń ataków powietrznych z zimy 2022/2023 r.

Rosyjskie uderzenia powietrzne miały miejsce także 21, 23, 24 i 25 marca, przy czym w tych dniach ukraińska obrona powietrzna wykazała się dość dużą skutecznością – zestrzeliła większość dronów i rakiet. Część z nich osiągnęła jednak cele, wśród których były obiekty infrastruktury energetycznej m.in. w Odessie. 24 marca – prawdopodobnie z wykorzystaniem rakiet Kindżał – trafione zostały urządzenia obsługujące podziemne magazyny gazu (najprawdopodobniej największy tego typu zbiornik na Ukrainie i w Europie, położony w pobliżu Stryja w obwodzie lwowskim). Według prezesa Naftohazu Ołeksija Czernyszowa w wyniku ataku uszkodzona została jedynie część infrastruktury naziemnej, co nie wpłynie w znaczący sposób na funkcjonowanie rynku gazu na Ukrainie. Zbiornik znajduje się głęboko pod ziemią i w związku z tym jest stosunkowo odporny na uderzenia rakietowe. To pierwszy tego typu atak w czasie wojny – dotychczas Rosjanie oszczędzali infrastrukturę transportu i przechowywania gazu.

W nocy z 23 na 24 marca Ukraińcy przeprowadzili uderzenie powietrzne na Sewastopol z użyciem pocisków manewrujących Storm Shadow/SCALP i Neptun oraz dronów. Trafione miały zostać punkt dowodzenia Floty Czarnomorskiej oraz znajdujące się w stoczni remontowej okręty desantowe „Jamał”, „Azow” i „Kostiantyn Olszanśkyj” (ten ostatni to były okręt ukraińskiej Marynarki Wojennej, przejęty przez Rosjan na Krymie w 2014 r.). Jak dotąd nie ma wiarygodnych informacji o skali rosyjskich strat i stopniu uszkodzenia okrętów. W nocy z 24 na 25 marca ukraińskie drony zaatakowały elektrownię w Nowoczerkasku (obwód rostowski FR), co doprowadziło do pożaru i wstrzymania pracy części bloków.

osw.waw.pl


— Atak w Moskwie to pośredni dowód na to, że ludzie na Kremlu zdają sobie sprawę, że wojna idzie słabo i powoli. I co więcej, zdają sobie sprawę, że ta prawda zaczyna dochodzić do większości rosyjskiego społeczeństwa — uważa.

Eggert jest zdania, że jeszcze do niedawna "większość rosyjskiego społeczeństwa próbowała izolować się od tego, co dzieje się Ukrainie". — Patrząc na raporty niezależnych, prawdziwych mediów w Rosji widać, że w ostatnim roku do tej części społeczeństwa rosyjskiego, które popierało Putina, zaczęła przebijać się prawda, że ta wojna jest krwawa, nie ma końca i nie wynika z niej nic dobrego — mówi.

— Raporty rosyjskich mediów pokazują też, że Putinowi zaczyna brakować więźniów, których może zwerbować na front. Praktycznie wszyscy, którzy chcieli być ochotnikami w tej wojnie i walczyć w Ukrainie dla pieniędzy, albo są już na froncie, albo są ranni, albo martwi. W Rosji zostali więc ci ludzie, których Putin wcześniej nie zdołał skusić pieniędzmi za udział w wojnie — dopowiada.

Zdaniem rosyjskiego dziennikarza Putin albo musi cały czas mocno podnosić pensje żołnierzy, albo musi liczyć się z wizją, że zabraknie mu wolontariuszy — uważa.

Eggert wskazuje też na ostatnie, jak mówi, "tak zwane wybory prezydenckie w Rosji". — Nie jestem optymistą, co do możliwości rosyjskiego społeczeństwa obywatelskiego, albo tych resztek, które z niego zostały. Ci ludzie nie mogą zrobić niczego poważnego Putinowi. Ale "wybory prezydenckie" pokazały Kremlowi, że w dużych miastach jest dużo nastawionych antyreżimowo ludzi i władza zaczęła się tym martwić.

Eggert nie ma wątpliwości, że atak w Moskwie jest dowodem na to, że sprawy dla rosyjskiego reżimu nie idą dobrze. — Sytuacja na froncie nie jest dobra dla Ukrainy, ale również nie jest dobra dla Rosji. Dowódcy Putina nie są w stanie zaprezentować wielkiego przełomu, wzięcie Awdijiwki to był mały sukces.

Mojego rosyjskiego kolegę proszę o komentarz do jeszcze jednej kwestii. Obrazki z rosyjskiego sądu, gdzie doprowadzono pobitych i zmaltretowanych podejrzanych o atak w Moskwie, zszokowały wielu. Wiele osób nie jest zaskoczonych samą brutalnością rosyjskich służb, ale tym, że putinowski reżim już się całkowicie z tym nie kryje.

Eggert uważa, że rosyjska władza miała tutaj konkretny cel. Chciała dotrzeć do dwóch grup w Rosji. — Pierwsza to taka, co mówią, świetnie, ci islamiści powinni zostać zabici, żadnych procesów dla wrogów Rosji, dla wszystkich egzekucja na Placu Czerwonym przed telewizyjnymi kamerami. Druga — to ludzie, którzy patrzą na skalę brutalności służb i myślą, jeśli oni są w stanie zrobić to innym, to są w stanie zrobić to także nam. Będziemy więc trzymać głowy nisko.

Dla rosyjskiego dziennikarza taki pokaz brutalności rosyjskich służb to dowód na to, że "system Putina mocno się degraduje". — Po ataku w Moskwie każdy, kto nosi epolety, FSB, policja, oni wiedzą, że mogą robić, co chcą. To pokazuje fasadowość rosyjskiego systemu. Sądy są fasadą. Policja nie ochrania obywateli. Prezydent nie jest prezydentem, tylko capo mafijnej grupy, która posiada nuklearną broń — mówi.

— Słuchaj, nie można już dłużej porównywać reżimu Putina do reżimu Franco czy Salazara. Mamy teraz do czynienia z dyktaturą w stylu krajów z Trzeciego Świata z XX w. — przekonuje.

onet.pl

poniedziałek, 25 marca 2024



Rosyjskie koncerny naftowe doświadczają coraz większych trudności z eksportem oleju napędowego w związku z amerykańskimi sankcjami nałożonymi na tankowce " floty cieni" i problemami z rozliczeniami za pośrednictwem banków w Turcji, Chinach i Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Na dzień 17 marca 6,2 miliona baryłek oleju napędowego — głównego rodzaju eksportu rosyjskich produktów naftowych — znajdowało się w tankowcach dryfujących na morzu w oczekiwaniu na nabywców.

W porównaniu z grudniem, kiedy USA dodały dziesiątki tankowców do list sankcyjnych i wzmocniły kontrolę nad obchodzeniem sankcji bankowych w krajach "przyjaznych" Kremlowi, ilość niesprzedanego rosyjskiego oleju napędowego "na morzu" wzrosła 4,5-krotnie, według statystyk Kpler opublikowanych przez Bloomberg.

Obecne ilości rosyjskiego oleju napędowego w "pływających magazynach" są rekordowe w całym okresie obserwacji (od 2017 r.), A przedwojenne liczby zostały przekroczone ponad 10 krotnie: w tym czasie w tankowcach znajdowało się 300-600 tysięcy baryłek niesprzedanego paliwa.

Pod koniec 2023 r. Rosja eksportowała 1,1 mln baryłek oleju napędowego i gazowego (?) dziennie. Według szacunków CREA (Centre for Research on Energy and Clean Air) stanowi to około 40% całkowitego eksportu produktów ropopochodnych, który osiągnął 2,7 mln baryłek dziennie i przynosił gospodarce około 4,5 mld USD miesięcznie.

Największym nabywcą produktów naftowych w Rosji była Turcja, której banki ostro ograniczyły transakcje z Rosją w grudniu po tym, jak Departament Skarbu USA zagroził sankcjami za wspieranie rosyjskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Chińskie banki, w tym banki państwowe, a także organizacje kredytowe w Dubaju, gdzie od początku wojny osiedlili się zamożni Rosjanie i spółki zależne dużych rosyjskich firm, zaczęły blokować transfery.

Od października ubiegłego roku Stany Zjednoczone nałożyły sankcje na 50 tankowców należących do "floty cieni", którą Kreml zgromadził w celu przewożenia ropy i paliwa, aby obejść zachodnie ograniczenia. Ich właściciele również znaleźli się na czarnej liście, w tym SUN Ship Management D., Hennesea Holdings ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a w styczniu Sovcomflot, największy państwowy właściciel tankowców, który przed wojną posiadał flotę 110 statków, w tym największą na świecie flotę tankowców klasy Aframax.

moscowtimes.ru


"Władimir Putin zawdzięcza swój awans terrorowi. W sierpniu 1999 r., gdy w ramach błyskawicznej kariery u boku prezydenta Borysa Jelcyna sterował FSB, a następnie dostał stanowisko premiera, krajem wstrząsnęła seria tajemniczych zamachów bombowych. Pięć ciężkich eksplozji i udaremniony zamach są do dziś tematem spekulacji o udziale służb specjalnych. Prawdziwe, ale także sfingowane ślady wskazywały na sprawców z Czeczenii i Dagestanu. FSB Putina pozostawiła jednak też pokaźny odcisk stopy" – pisze Stefan Kornelius na łamach "Sueddeutsche Zeitung".

(...)

"Upłynęło 19 godzin, zanim człowiek, który tydzień temu rzekomo wybrany został przez prawie 90 proc. swojego narodu na prezydenta, przemówił do tego narodu" — czytamy w komentarzu /"Tageszeitung" - red./.

To typowe zachowanie Putina w przypadku katastrof. Tak samo zachowywał się podczas katastrofy okrętu podwodnego Kursk w roku 2000, a także podczas wzięcia zakładników w teatrze Dubrowka w Moskwie w 2002 r. czy podczas dramatu zakładników w Biesłanie dwa lata później.

"71-letni polityk okazuje zdecydowanie, gdy jest w stanie kontrolować sytuację. Gdy traci kontrolę, Putin salwuje się ucieczką" – pisze Hartwig.

onet.pl/PAP


Crocus City Hall wchodzi w skład holdingu Crocus Group zarządzanego przez rodzinę Agałarowów. Pochodzący z Azerbejdżanu Aras (Araz) Agałarow zajmuje 55. miejsce na liście najbogatszych Rosjan z majątkiem szacowanym na 1,7 mld dolarów. Od początku rządów Putina jest jednym z beneficjentów dobrych układów z wierchuszką: na swoje piękne oczy dostaje zlecenia na wielkie inwestycje (np. stadiony przed mundialem). Ale nie ma nic za darmo. Kreml zleca mu po wielkiemu cichu dyskretne misje. Do takich należało mącenie wody przed amerykańskimi wyborami i urabianie Donalda Trumpa i ludzi z jego otoczenia (...). To właśnie w Crocus City Hall Agałarow – podczas konkursu Miss Universe – zawarł obiecującą znajomość z Trumpem. Był rok 2013.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl

niedziela, 24 marca 2024



- „Przypomnę też o niedawnych, mówiąc wprost, prowokacyjnych, oświadczeniach szeregu oficjalnych zachodnich struktur o możliwych zamachach terrorystycznych. To wszystko wygląda na otwarty szantaż i zamiar wystraszenia, zdestabilizowania naszego społeczeństwa. Dobrze wiecie o tym, więc teraz nie będę się wdawać w detale" – tak właśnie Putin we wtorek (19 marca), dzień po tym, jak jego Centralna Komisja Wyborcza ogłosiła, że triumfalnie wygrał „wybory", mówił do swoich kolegów na rozszerzonym kolegium Federalnej Służby Bezpieczeństwa.

Oni oczywiście wiedzieli o ostrzeżeniu, które 7 marca wyszło z Waszyngtonu. Wtedy ambasada USA w Moskwie, a za nią też placówki dyplomatyczne innych państw uprzedziły swych przebywających w Rosji obywateli o szykujących się „nieuniknionych" atakach na masowe imprezy w Moskwie i być może w innych miastach federacji.

Stany Zjednoczone o niebezpieczeństwie uprzedziły też rosyjskie służby, wskazując, że zagrożenie stanowi ISIS, a konkretnie jego odłam działający w Afganistanie.

Putin, po fachu kadrowy oficer tajnej policji, uznał te ostrzeżenia za „prowokację" i polecił je tak właśnie traktować kolegom, kadrowym oficerom tajnych policji, którym te tajne policje jako prezydent powierzył.

Trzy dni po kolegium FSB, dwa tygodnie po tym, jak Rosja została ostrzeżona, bojówka terrorystyczna rozstrzeliwała widzów koncertu w ogromnym podmoskiewskim Crocus City Hall, podpalała gmach.

(...)

Atak ze strony afgańskiego skrzydła ISIS absolutnie nie mieści się w geopolitycznej ideologii Putina. Według niego Rosja zagrożona przez wrogi Zachód, tocząca z nim wojnę ma oparcie w „światowej większości", czyli państwach i społeczeństwach Południa. Co więcej, jest tego Południa rzecznikiem i bojownikiem o jego prawa deptane przez „światowego hegemona". Cios z tamtej strony jest zgodnie z narracją jego orędzi i wystąpień niespodziewanym ciosem w plecy.

wyborcza.pl

sobota, 23 marca 2024



W piątek Sąd Arbitrażowy Permu uwzględnił wniosek prokuratury o konfiskatę prywatnym inwestorom akcji Zakładów Magnezu Solikamsk (SMZ). Proces trwał od sierpnia 2022 roku. Tym samym odebrano własność blisko dwóm tysiącom akcjonariuszy. To pierwsza taka decyzja we współczesnej historii Rosji (...). 

Elwira Nabiullina, prezeska Banku Rosji, nie kryje swojego zaniepokojenia wyrokiem sądu. Podkreśliła, że zostały przejęte akcje inwestorów, które zostały nabyte w sposób legalny. - Jesteśmy zaniepokojeni tą sytuacją - stwierdziła. I dodała, że jest to bardzo ważny czynnik wpływający na zaufanie inwestorów detalicznych do rosyjskiej giełdy. - Zastanowimy się, co jeszcze możemy tutaj zrobić, przede wszystkim z legislacyjnego punktu widzenia, co możemy zaoferować - powiedziała Nabiullina.  

Kreml, uznał wcześniej, że prywatyzacja SMZ, do której doszło w 1992 roku, była przeprowadzona niezgodnie z prawem. Rosyjskie władze nie chcą, by zakłady produkujące dla wojska były w prywatnym posiadaniu.

"Rz" przypomina, że szefowa rosyjskiego banku centralnego coraz częściej krytycznie wypowiada się na temat tego, co się dzieje w gospodarce. W dniu wydania wyroku przez sąd ws. Zakładów Magnezu Solikamsk stwierdziła, że rosyjska gospodarka nadal się przegrzewa. Oznaką tego ma być różnica między popytem a podażą w Rosji, a także sytuacją na rynku pracy, na którym brakuje ok. 5 milionów pracowników. O przegrzewaniu się rosyjskiej gospodarki Elwira Nabiullina ostrzegała już rok temu, ale póki co władze na Kremlu są głuche na jej ostrzeżenia. 

gazeta.pl

czwartek, 21 marca 2024



Andrzej Kozłowski, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa i dezinformacji: Czy jest obecnie wojna psychologiczna i jak wygląda w praktyce?

Mikael Tofvesson, szef działu operacyjnego szwedzkiej Agencji Obrony Psychologicznej: Wojna psychologiczna to stary termin, który był popularny w latach 40., 50. i 60. XX wieku. Obecnie jednak bardziej odpowiednie jest określenie „wrogie zagraniczne operacje wpływu”. Sytuacja taka zachodzi, kiedy następuje użycie informacji jako narzędzia do wywierania szkodliwego wpływu na innych aktorów. Naszym zadaniem jest identyfikowanie, analizowanie i przeciwdziałanie złośliwym zagranicznym operacjom wpływu. Operacje takie muszą pochodzić z zagranicy, mieć jasny cel, być zwodnicze i szkodliwe dla Szwecji i Szwedów. Nie ma znaczenia, czy dana informacja jest poprawna czy błędna, ale musi być zwodnicza. Na przykład, jeśli kontrolujesz środowisko informacyjne, masz pewność, że ludzie usłyszą tylko twoją wersję wydarzeń. Nawet jeśli to, co mówisz, jest poprawne, nie zapewni zrównoważonej wiedzy na temat tego, co naprawdę się dzieje.

- Jak wyglądają wrogie zagraniczne operacje wpływu wymierzone w Szwecję?

Patrząc na społeczeństwo szwedzkie, zauważyć można wiele informacji napływających z zagranicy, które są zwodnicze i antagonizujące. Nie jesteśmy w stanie uchronić się przed wszystkim takimi operacjami i nie interweniujemy w każdym przypadku. To, co jest dla nas ważne, to negatywny wpływ, jaki dana operacja może wywierać. Na przykład, jeśli ktoś rozpowszechnia dezinformację lub plotki wymierzone w Szwecję, które oddziałują negatywnie na bezpieczeństwo czy funkcjonowanie naszego społeczeństwa lub nasze podstawowe wartości, takie jak wolność słowa, praworządność czy proces demokratyczny, to uznajemy takie działanie za niedopuszczalne i klasyfikujemy je jako wrogą zagraniczną operację wpływu. Mamy z nimi do czynienia praktycznie codziennie.

Na przykład Rosja najechała Krym w 2014 roku i skupiła cały swój potencjał w obszarze informacyjnym na tym odcinku, próbując kontrolować populację Ukrainy, własną populację oraz reakcję państw i społeczeństw na świecie. W tym czasie Rosjanie nie mieli czasu na interwencję w innych krajach. W latach 2014 i 2015 przyglądaliśmy się rosyjskiemu aparatowi wpływu i temu, jak kształtuje percepcję inwazji na Krym i wschodnią Ukrainę. Na przykład zauważyliśmy, że nazywano Ukraińców nazistami, a społeczeństwo ukraińskie przedstawiano jako skorumpowane. Działania te miały na celu spowodowanie, żeby osoby wspierające Ukrainę nie czuły się komfortowo we współpracy z Kijowem.

Na początku 2015 roku nagle w Szwecji zaobserwowaliśmy, że „media” takie jak RT oraz rosyjskie fabryki trolli przestały zajmować się Krymem i Ukrainą, jakby operacja się zakończyła. Za cel obrali resztę Europy, zwłaszcza Niemcy i Wielką Brytanię oraz Stany Zjednoczone. Celem była także Szwecja. Nagle zobaczyliśmy, że rosyjskie media zaczęły rozpowszechniać pogłoski o migracji w Szwecji, łącząc ją z terroryzmem, niepokojami społecznymi, przestępczością. To narracja, którą budowali przez wiele lat. Migracja jest problemem w Szwecji, ale jest to też problem większości innych europejskich państw.

Główny przekaz dezinformacji był taki, że nie można ufać rządowi ani środowisku informacyjnemu, i dlatego lepiej jest słuchać „nas”, mediów alternatywnych, niż mediów głównego nurtu. W ten sposób podważano zaufanie społeczeństwa do przywódców. Działania takie mają na celu przygotowanie kraju do dalszych operacji psychologicznych i nie tylko. Rosjanie prowadzili je przed inwazją w 2014 roku wobec Ukrainy. To jest coś, co mogą zrobić także Polsce. W przypadku Ukrainy były to działania przed inwazją, dlatego mówiłem, że Rosjanie „tankują samochód” w ramach przygotowań do bezpośredniego ataku na Szwecję. Przygotowują grunt, wywołując konflikty w naszych społeczeństwach i pogłębiając brak zaufania. Rosjanie rozsiewali pogłoski nieprzerwanie od 2015 roku i atakowali Szwecję, choć nie tylko, aż do inwazji na pełną skalę na Ukrainę w 2022 roku. W rezultacie UE zablokowała rosyjskie media, a propaganda kremlowska straciła jeden z możliwych sposobów dotarcia do nas.

- Jakie kryteria decydują o zakwalifikowaniu operacji jako wrogiej zagranicznej operacji wpływu?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, wróćmy do roku 2014, kiedy Rosja najechała Krym, a następnie wschodnią część Ukrainy. Wtedy dysponowałem zespołem analityków, który zajmował się badaniem rosyjskiej infrastruktury informacyjnej, narracji i dezinformacji oraz kanałów odpowiedzianych za rozpowszechnianie tych informacji. Szukaliśmy sposobu, w jaki przeciwnik koordynuje swoje wysiłki i dzięki któremu infrastruktura całego rosyjskiego społeczeństwa szerzyła narracje chroniące ich inwazję na Krym. Pozwoliło nam to dokładnie poznać rosyjski aparat wpływu.

Od 2014 roku mogliśmy szczegółowo monitorować rosyjskie działania, ponieważ prowadzenie wrogich zagranicznych operacji wpływu wymaga wyjścia z ukrycia. Śledziliśmy ich, a także przyglądaliśmy się ich firmom, strukturze rządu i sposobom integracji tych podmiotów w prowadzeniu działań informacyjnych. Obserwowaliśmy i próbowaliśmy zrozumieć, w jaki sposób rosyjska dezinformacja szerzy się w naszym społeczeństwie. Zobaczyliśmy, że Rosjanie robią to samo z własną ludnością. Dzięki temu mogliśmy odróżnić narracje, które Rosjanie szerzą na użytek wewnętrzny i zewnętrzny.

Kiedy przyglądamy się dezinformacji, zazwyczaj monitorujemy plotki i nieporozumienia, które mogą budzić strach, a także tematy potencjalnych konfliktów w naszym społeczeństwie. Robimy więc listę tematów, które mogą zostać wykorzystane przez Rosjan lub innych adwersarzy. Niemal każde spotkanie w Agencji zaczyna się od omówienia tematów, które mogą być wykorzystane do rozsiewania dezinformacji. Określamy je mianem „wrażliwości”. Tworząc taki rejestr, nigdy nie informujemy, kto za danym tematem stoi, bo chcemy, aby szwedzki obywatel korzystał z wolności słowa. Wolność słowa to również prawo do mylenia się. Nie możemy więc traktować naszej populacji jako zagrożenia. Mają prawo się mylić i szerzyć nieprawdziwe treści. Lista tematów może przykładowo obejmować strach przed bronią nuklearną, kryzysem energetycznym czy negatywne skutki przystąpienia do NATO.

Dzięki temu, gdy dowiadujemy się, co robią ugrupowania wrogie Szwecji i jakie narracje wykorzystują Rosjanie do atakowania naszego kraju, możemy je odnieść do wcześniej przygotowanej listy tematów wrażliwych. Na przykład zimą Rosja koncentruje się na sektorze energetycznym, kiedy rosną ceny ogrzewania. Ponieważ temat ten jest wykorzystywany przez Rosjan przeciwko szwedzkiej ludności, to musimy go przeanalizować i zrozumieć, co jego użycie może dla nas oznaczać. Badamy, jakie mogą być negatywne skutki, jeśli ludzie zaczną wierzyć w narrację Rosji, kto odgrywa rolę w szerzeniu dezinformacji, a następnie decydujemy, co możemy zrobić i jakie działania podjąć.

- Jaka była najpoważniejsza złośliwa zagraniczna operacja wpływu, którą się pan zajmował?

Jako przykład opiszę ważny przypadek z przeszłości, który był jednym z trudniejszych do zwalczenia. Mieliśmy do czynienia z politycznym ekstremistą posiadającym w środowisku informacyjnym zdolności na poziomie państwa narodowego. Działo się to na przełomie 2021 i 2022 roku. Istniał wtedy podmiot Sprawy Islamskie, szerzący dezinformację w środowisku arabskojęzycznym, oskarżając szwedzki rząd o porywanie muzułmańskich dzieci i wykorzystywanie ich w celach seksualnych, deislamizacji lub umieszczania ich w rodzinach LGBTQ+. Ludzie byli naprawdę zdenerwowani. Zmanipulowane treści mówiące o tym, że rząd porywa dzieci, rozpowszechniały się wiralowo. Jako dowody wykorzystywano filmy z interwencji politycznych. Obserwowaliśmy, że dezinformacja była naprawdę toksyczna i skutkowała groźbami wobec pracowników samorządów lokalnych zajmujących się ochroną dzieci. Groźby otrzymywali także politycy. Nawoływało do aktów przemocy i demonstracji. Naturalnie w Szwecji można demonstrować do woli, ale zdaliśmy sobie sprawę, że ludzie wychodzą na ulice, bo dali się zwieść nieprawdziwym informacjom. Dlatego musieliśmy ich ostrzec.

Problem w tym, że prowadzili swoje operacje w środowisku arabskim i nie mieliśmy informacji o dzieciach. Nie mogliśmy rozpowszechniać informacji prawdziwych, jednak sytuacja była tak toksyczna i groźna dla bezpieczeństwa naszych obywateli, że zdecydowaliśmy się odpowiedzieć. Sklasyfikowaliśmy Sprawy Islamskie jako obcy, antagonistyczny, zwodniczy podmiot uderzający w zaufanie i podstawowe wartości i postanowiliśmy dotrzeć do wszystkich szwedzkich mediów publicznych w celu zdemaskowania ich działania. Podkreślaliśmy, że Sprawy Islamskie wspierają ekstremizm, niedemokratyczne wartości oraz konsekwentnie szerzą dezinformację na temat Szwecji i innych krajów, aby zradykalizować osoby mówiące po arabsku, a następnie wywołać konflikt między nimi a Zachodem. Szwecja była tu narzędziem.

Był to przykład odpowiedzi polegającej na informowaniu obywateli, że nie należy słuchać tego kanału. Oczywiście był to długi proces budowania wiedzy na ten temat. Ten kanał atakował też Francję i inne kraje. Była to mała platforma, prowadzona przez niewielką liczbę osób, którym udało się wywołać konflikt i zasiać nienawiść.

- Równolegle z ogłoszeniem przez Szwecję chęci przystąpienia do NATO i rozpoczęcia procesu akcesyjnego dochodziło do przypadków palenia Koranu. Jaki był cel tych operacji i kto je przeprowadził?

Głównymi aktorami byli tutaj Irańczycy, którzy działali sami, a Szwecję obrali za cel z jeszcze innego powodu. Aresztowaliśmy i skazaliśmy Irańczyka, który popełniał zbrodnie przeciwko ludzkości. Od tego czasu Iran atakuje nas swoimi kampaniami wpływów. Proces akcesyjny do NATO był dobrą okazją, aby zaszkodzić Szwecji i zantagonizować Turcję, a tym samym zatrzymać przystąpienie do NATO.

Widzieliśmy także, że Rosjanie się w to wtrącali, i ostrzegaliśmy obywateli o aktywności Iranu i Rosji w tej kampanii. W paleniu Koranu brały udział głównie Sprawy Islamskie, Państwo Islamskie i Al-Kaida, lecz do tej operacji dołączały również inne grupy ekstremistyczne. Może istnieć pewna koordynacja między aktorami, ale co do zasady każdy ma w tym własny interes.

new.org.pl


Podobnie ocenia sytuację "Handelsblatt" pisząc: "SPD swoimi retorycznymi voltami karmi podejrzenia, że w polityce wobec Rosji Niemcy nie są godni zaufania". W związku z tym niektórzy z partii Zielonych zastanawiają się, czy po 2025 roku nie byłaby może lepsza koalicja z CDU. A Putin będzie interpretować sygnały ze strony SPD jako to, czym są: oznaką słabości. Według dziennika z Düsseldorfu "Dla Scholza oznacza to dodatkową komplikację. W tej chwili jest trochę zagubiony pomiędzy Emmanuelem Macronem, który nie wyklucza użycia wojsk lądowych w Ukrainie, a własną partią, która intonuje pieśń o pokoju". Dla kanclerza siły lądowe są tabu, ale w przeciwieństwie do Rolfa Mützenicha Scholz z pewnością nie jest politykiem apelującym o ustępstwa. Kanclerz dostarczył Ukrainie wiele broni. A będzie potrzebne jeszcze wiele, wiele więcej, jeśli Ukraina ma wygrać. Scholz to wie, ale ma problem: potężna część jego partii wciąż żyje w erze sprzed Zeitwende (przełomu)" – wskazuje "Handelsblatt".

(...)

"Weser – Kurier" z Bremy uważa, że "Mützenich i jego towarzysze powinni zrezygnować ze wszystkich fantazji o zamrożeniu konfliktu i zamiast tego pracować nad zacieśnieniem szeregów sojuszników na Zachodzie. Dopiero gdy Putin zrozumie, że nie może skutecznie przetrwać przeciwko wsparciu gospodarczo i militarnie przeważającego Zachodu, przestanie używać broni. Język potęgi jest jedynym, który Putin rozumie".

gazeta.pl


Rzeczywiście, wiele krajów nie poparło pomysłu Macrona. A które kraje mogłyby go poprzeć?

Najpierw trzeba zrozumieć, co ten pomysł oznacza. To rodzaj strategicznej autonomii, na której Francji bardzo zależy. Ale co to dokładnie oznacza, czy będzie to dodatek do NATO, czy też będą to niezależne struktury bezpieczeństwa i wojskowe w ramach UE?

Ważne jest, aby Ukraińcy zrozumieli, że Europejczycy są podzieleni w wielu kwestiach. Zwłaszcza w kwestii bezpieczeństwa i obrony.

Kwestie obronne nie należą do kompetencji Komisji Europejskiej. Decyzje w tych kwestiach są zazwyczaj podejmowane przez państwa członkowskie. Ale te nie ufają sobie na tyle, by stworzyć unijną organizację obronną. Tu jest clue problemu.

Widać sceptycyzm wobec Macrona. Jest on zdolny do składania oświadczeń, ale Francja nie jest liderem, jeśli chodzi o pomoc dla Ukrainy. Dlaczego retoryka Macrona jest bardziej radykalna niż jego działania?

To bardzo dobre pytanie. Myślę, że Macron myśli o wyborach do Parlamentu Europejskiego. I stara się pozycjonować Francję jako lidera Europy w czasie, gdy przywództwo jest bardzo, bardzo słabe.

Widzimy sytuację w Niemczech pod rządami kanclerza Olafa Scholza. Rząd koalicyjny nieustannie się ze sobą kłóci. Nieustannie spiera się o Ukrainę, obronę, wojnę między Izraelem a Hamasem. W związku z tym z Berlina nie płynie żadne przywództwo.

Dynamika stosunków między Berlinem a Paryżem tradycyjnie była motorem polityki europejskiej. Teraz to po prostu nie działa. Być może Macron czuje, że może teraz wypełnić tę lukę i objąć przywództwo w Europie.

Jak Ukraina może wykorzystać przywódcze aspiracje Macrona?

Faktem jest, że żaden kraj w UE nie może działać sam. Jeśli Macron naprawdę wierzy, że Europa powinna mieć pewną autonomię w sferze wojskowej i obronnej, to powinien ściśle współpracować z jak największą liczbą krajów UE.

W szczególności z Niemcami, Polską i Holandią. A także z Wielką Brytanią, która nie jest członkiem UE, ale ma specjalne stosunki z Ukrainą.

Potrzebujemy znacznie bardziej koalicyjnej filozofii, a nie jednostronnych oświadczeń bez angażowania innych krajów. Ponieważ to nie zadziała. Powinno nastąpić przebudzenie, aby budować koalicję, a nie urządzać show.

My, Europejczycy, nie możemy sobie teraz pozwolić na popisy. W Europie, w Ukrainie i na Bliskim Wschodzie jest zbyt wiele niebezpieczeństw. Współpraca jest jedyną opcją.

Mówi Pani o budowaniu koalicji, ale cała zachodnia prasa pełna jest artykułów o napięciach między Francją a Niemcami.

Scholz ma bardzo złożoną koalicję. A sam Scholz jest niechętny ryzyku i bardzo ostrożny. Wygłosił ważne przemówienie po lutym 2022 r., ale nie dokonał logicznego skoku w bezpośrednim wsparciu dla Ukrainy.

Urząd Kanclerski prawie zawsze spogląda wstecz na Rosję przy podejmowaniu decyzji o pomocy dla Ukrainy. Używa przy tym argumentu, że nie chce eskalować wojny. Ale kto ją w ogóle eskaluje? To myślenie musi się zmienić.

Stosunki francusko-niemieckie nie układają się natomiast na wielu polach: energii, klimatu, przemysłu samochodowego, Ukrainy. Dlatego bardzo ważne jest, że przywódcy Niemiec, Francji i Polski spotykają się w Berlinie. Polska jest również bardzo dużym i wpływowym krajem. Ważne jest, aby te trzy kraje rozwiązały swoje różnice w sprawie Ukrainy i wzięły na siebie odpowiedzialność.

Ukraina ma napięte stosunki z Polską z powodu protestów rolników. Jak można to rozwiązać?

Rolnicy wychodzą na ulice w wielu krajach UE. Ale konkurencja polskiego sektora rolnego z ukraińskim jest szczególnie wrażliwą kwestią.

Będzie to wymagało szczerego dialogu z Kijowem, Komisją Europejską, Warszawą i rolnikami. W rządzie Donalda Tuska jest silne lobby rolników. Trzeba usiąść do stołu negocjacyjnego. Inaczej spowoduje to niepotrzebne napięcia między Warszawą a Kijowem. A napięcia nie leżą w interesie obu stron i UE.

Jeśli Ukraina dołączy do UE, stworzy to wiele problemów dla unijnej polityki konkurencji. Ale do członkostwa w Unii jeszcze długa droga.

Wielka Brytania była lodołamaczem wspierającym Ukrainę. Czy można oczekiwać, że Londyn i „nowy Macron” będą rywalizować o to przywództwo?

Rywalizacja jest daremna i przynosi efekt przeciwny do zamierzonego. Nie przyniesie korzyści UE. Londyn i Paryż o tym wiedzą.

Konieczne jest oddzielenie retoryki Macrona od tego, co dzieje się za kulisami stosunków dyplomatycznych między Londynem a Paryżem. Francja i Wielka Brytania mają ze sobą wiele wspólnego. Są członkami Rady Bezpieczeństwa ONZ, potęgami nuklearnymi i mają szczególny zmysł strategicznego myślenia. Ale jeśli Francja chce brać udział w tym wyścigu, musi wypełniać swoje zobowiązania.

Obecnie Wielka Brytania udziela pomocy Ukrainie. Zaproponowała nawet Niemcom pomoc w dostarczeniu ukraińskim siłom zbrojnym rakiet Taurus.

Dlaczego Niemcy tak ostrożnie podchodzą do Taurusa?

To zależy od tego, z kim się rozmawia. Biuro Scholza uważa, że niemieccy eksperci wojskowi będą musieli zostać wysłani na Ukrainę, aby nadzorować Taurusa. A także, że Ukraina mogłaby użyć tych pocisków do ataku na terytorium Rosji. Dyskutuje się o tym, że pociski mogłyby dotrzeć do Cieśniny Kerczeńskiej. I tak w kółko.

Niemcy są sponsorem finansowym i wojskowym nr 2 Ukrainy. Ale pociski rakietowe denerwują Partię Socjaldemokratyczną Olafa Scholza, zwłaszcza jej pacyfistyczne skrzydło. A partia ta wciąż ma też prorosyjskie skrzydło. To również porusza niemieckie społeczeństwo. W tej chwili opinie są podzielone 50-50 w kwestii tego, czy dostarczyć Ukrainie Taurusy.

Wielka Brytania zaproponowała taką opcję, ale Scholz się nie zgadza, prawdopodobnie z powodów, o których wspomniałam.

Interesujące jest to, że konserwatywna opozycja, Chrześcijańscy Demokraci, są największymi zwolennikami dostaw. Podobnie jak Partia Zielonych w koalicji Scholza. Obecnie w Berlinie panuje bardzo napięta atmosfera w związku z Taurusami.

Kolejną problematyczną kwestią dla UE są Węgry. Parlament Europejski pozwie Komisję Europejską, która w grudniu 2023 r. podjęła decyzję o odmrożeniu 10 mld euro dla Budapesztu, które wcześniej zostały zamrożone z powodu problemów z praworządnością w tym kraju. Dlaczego?

Praworządność na Węgrzech praktycznie zniknęła. Sposób, w jaki rząd Viktora Orbána wykorzystuje fundusze głównie dla własnych korzyści, sposób, w jaki traktuje niezależne organizacje pozarządowe i media – wszystko to jest sprzeczne z wartościami, za którymi opowiada się UE. Takimi prostymi wartościami jak wolność mediów, niezależność sądownictwa, odpowiedzialność i przejrzystość.

Dlatego Parlament Europejski chce wstrzymać bardzo lukratywne środki z funduszu post-COVID. Aby wywrzeć presję na Orbánie, by przestał podważać demokrację i praworządność.

Węgry długo ociągały się także z wyrażeniem zgody na przystąpienie Szwecji do NATO. Orbán ugiął się pod ogromną presją ze strony USA, Szwecji, UE i NATO. Ale cena była wysoka – był w stanie wymóc na UE rzeczy, na których mu zależało. UE jest często bardzo słaba w realizacji swoich celów.

W jaki sposób wybory do Parlamentu Europejskiego i liczne wybory lokalne mogą zmienić strategiczną pozycję Europy w tym roku?

Europa nie ma strategicznej pozycji, ponieważ państwa członkowskie nie podzielają wspólnego postrzegania zagrożeń. Kraje Europy Północnej, Środkowej i Wschodniej wiedzą, że zagrożeniem jest Rosja. Kraje Europy Południowej widzą zagrożenie na Bliskim Wschodzie.

onet.pl/Forbes


Premier Ukrainy Denys Szmyhal jest jednym z tych, którzy są gotowi zezwolić na tranzyt gazu z Rosji, jeśli Ukraina zostanie o to poproszona przez Europejczyków zainteresowanych kupnem błękitnego paliwa. Nabywcy gazu, którzy mają kontrakty z Gazpromem, mogliby zawrzeć nowe umowy z ukraińską spółką naftową na dostawę gazu z rosyjskiej granicy.

Stanowisko premiera Szmychala podziela dziś wielu ukraińskich urzędników i polityków.

Co znamienne, możliwość realizacji takiego schematu dostrzegają także "papugi" Gazpromu — ci analitycy, którzy zazwyczaj popierają punkt widzenia rosyjskiego koncernu. Nie przestają oni powtarzać, że zakończenie tranzytu nie jest korzystne ani dla Rosji, ani dla Ukrainy. Wcześniej Gazprom kategorycznie sprzeciwiał się sprzedaży gazu za pośrednictwem Ukrainy.

Nie ulega wątpliwości, że zakończenie ukraińskiego tranzytu jest niekorzystne dla Gazpromu. Wraz z zamknięciem tej trasy, jeśli chodzi o zaangażowanie na europejskim rynku, koncernowi pozostanie tylko rurociąg TurkStream, który poza Turcją zasila także Serbię i Węgry.

(...)

Co zyska Ukraina, jeśli odmówi tranzytu?

Po pierwsze: Gazprom straci znaczną część swoich dochodów, za które Rosja produkuje pociski spadające na ukraińskie miasta i wsie. Przesyłając 14,56 mld m sześc. gazu przez Ukrainę, rosyjska firma wygenerowała w 2023 r. co najmniej 6 mld dol. (ok. 24 mld zł) przychodu.

Po drugie: austriaccy i słowaccy zwolennicy reżimu Putina, czyli zarazem przeciwnicy Ukrainy, mogą stracić poparcie wśród mieszkańców tych krajów. Nie będą już mogli wówczas motywować swojej proputinowskiej postawy zależnością od dostaw Gazpromu. Solidarność Unii Europejskiej we wspieraniu Ukrainy zdecydowanie się wzmocni.

onet.pl/The Moscow Times


Swoje „Sto konkretów na sto dni" Koalicja Obywatelska ogłosiła 9 września 2023 na konwencji w Tarnowie, czyli pół roku temu. Pół roku! W obecnej sytuacji geopolitycznej to cała epoka, świat bowiem pędzi, aż łeb urywa, od czasu platformerskich stu obietnic wybuchła nowa wojna w Gazie, która angażuje uwagę Ameryki, trumpiści zablokowali w Kongresie USA pomoc dla Ukrainy, a Europie zajrzała w oczy groźba samotnej wojny Rosja-NATO. Czy w tej sytuacji ktoś serio uważa, że Tusk powinien nadal realizować „Konkret nr 4" i obniżać podatki? Czy to na pewno dobry pomysł, żeby pozbawiać budżet centralny oraz budżety samorządowe kolejnych 50 mld złotych? Za co w takim razie powstaną te schrony, które Polacy zaczęli nerwowo guglować?

Pełna realizacja „Stu konkretów na sto dni" rozłożyłaby państwo polskie na obie łopatki, już wtedy podpisując się pod swoją populistyczną listą życzeń, Platforma wiedziała, że po ewentualnym przejęciu władzy nie zdoła wszystkiego dowieźć, bo mamy na głowie nie tylko wojnę, ale też gigantyczne wydatki związane z transformacją energetyczną, a tymczasem program PO można streścić krótko: rozdawnictwo skierowane w stronę Wilanowa. Począwszy od drobnych pomysłów - nie za mądrych, ale mało szkodliwych - jak niższe podatki dla sektora beauty (koszt: 2,2 mld zł), skończywszy na dużych i bardziej szkodliwych pomysłach, jak podniesienie kwoty wolnej do 60 tysięcy. 70 procent tej wyższej kwoty wolnej wylądowałoby w kieszeniach zamożniejszych obywateli. Jeśli ktoś zarabia 4500 zł, to by zyskał na takiej zmianie sto złotych miesięcznie, jak ktoś zarabia 15 tysięcy - zyskałby trzysta złotych miesięcznie. Jaki w tym sens? Zwiększanie produkcji francuskich serów i włoskiego salami?

Ostatnią rzeczą, jakiej Polska teraz potrzebuje to pozbawianie budżetu wpływów, żeby rzucać kwietnymi bukietami rozdawnictwa w stronę jednoosobowych firm, bo czymś takim byłaby z kolei realizacja „konkretu nr 34", czyli powrót do ryczałtowej składki zdrowotnej. Przed pisowskim Nowym Ładem najzamożniejsi „na liniowcu" płacili składkę na NFZ w wysokości 53 złote (niby więcej, bo trzysta coś, ale potem tę żenująco niską kwotę i tak odliczali). Hołownia i Kosiniak-Kamysz tak bardzo chcą powrotu tego nadwiślańskiego raju podatkowego (określenie Marka Belki), że stawiają sprawę na ostrzu noża, mówią „to nasze być albo nie być w koalicji". I jest to szczególnie smutne. Oto bowiem marszałek Sejmu oraz minister obrony narodowej kraju zagrożonego wojną chcą pozbawiać wpływów ze składek system służby zdrowia. Halo, panowie! Być może trzeba będzie polskich żołnierzy wysłać, żeby bronili Litwy albo Estonii! Serio uważacie, że w warunkach grożącego nam konfliktu Rosja-NATO należy w Polsce zmniejszać finansowanie szpitali i przekierować te pieniądze na wydatki w luksusowych knajpach?

(...)

„Obejmiemy rzeki stałym monitoringiem w automatycznych stacjach pomiaru czystości" (konkret 53). Ktoś coś o tym słyszał? „Uruchomimy program budowy nowoczesnych targowisk w każdym mieście" (konkret 58). Ktoś coś wie? I tak dalej, można wymieniać przedwyborcze obietnice na sto pierwszych dni - w większości pokryte dziś kurzem. Tylko co z tego, że rząd tego wszystkiego nie wprowadził, ani nawet nie zaczął? Co z tego, że nie podwyższył kwoty wolnej i nie obniżył firmom składek? Nie z tego będzie rozliczany przez obywateli i historię Donald Tusk, ale z aktualnego zadania głównego: wzmocnienia odporności państwa na spodziewany szok wojny. I nie chodzi tu o czołgi rosyjskie jadące na Warszawę - tego na szczęście raczej nie zobaczymy - ale o czasy chaosu, który w całej Europie będzie próbował spotęgować Putin. Cześć analityków uważa, że na Kremlu już zapadła decyzja wywołania konfliktu zbrojnego z NATO, być może przybierze to postać hybrydowej agresji na kraje bałtyckie, co niemal automatycznie oznacza posłanie do walki również polskich żołnierzy i przejście państwa w tryb wojenny.

Zamiast cyrkowych sztuczek typu "obniżymy podatki i jednocześnie zwiększymy wydatki" trzeba od rządu wymagać pewnej podstawowej wojennej powagi i odpowiedzialności za państwo, aktywności międzynarodowej, wspierania Ukrainy, gdzie się tylko da, bo jej przegrana oznaczałaby dla nas katastrofę. Ofensywa dyplomatyczna Tuska i Sikorskiego, reanimacja Trójkąta Weimarskiego, wspólna wizyta u Bidena - właśnie to są działania, które najwięcej teraz znaczą. W Europie mamy bowiem ideologiczną próżnię: rządy w ostatnich miesiącach zrozumiały, że Putin będzie chciał iść dalej, zrozumiały też, że Ameryka niekoniecznie przyjdzie z pomocą, ale wciąż jeszcze nie wiedzą, jak w tej nowej sytuacji działać i co robić. Każdy sam czy wszyscy razem? Nie denerwować Rosji, czy raczej podsunąć jej piąchę pod nos jeszcze mocniej? Dlatego słowa Macrona - że być może wojska NATO znajdą się w Ukrainie - nie są wyskokiem narcyza, gadaniną, ale próbą wypełnienia tej próżni jakąś nową treścią. Tusk z Sikorskim też tego próbują i to dość skutecznie. PiS pokłócone ze wszystkim, co nie jest na chama pisowskie, poobrażane na kraje ościenne, trwające wiecznie w nastroju nieprzysiadalnym, dysponowało zerową skutecznością międzynarodową, nawet jeśli miało dobre intencje i pomysły.

gazeta.pl

środa, 20 marca 2024



Kontrataki sił ukraińskich doprowadziły do wyparcia agresora z części pozycji na północny zachód od Awdijiwki i w Krasnohoriwce, niemniej nadal sytuację na froncie cechuje powolny postęp wojsk najeźdźczych. 12 marca Rosjanie poinformowali o zajęciu wsi Newelśke, stanowiącej dogodną platformę do działań oskrzydlających w kierunku południowym (Krasnohoriwka) i północnym (Perwomajśke), jednak w kolejnych dniach wstrzymali działania zaczepne na tym kierunku. Na zachód od Awdijiwki doprowadzili do względnego wyrównania frontu na linii Berdyczi–Orliwka–Toneńke. W obwodzie zaporoskim siły rosyjskie wyparły obrońców z kolejnych pozycji w rejonie Werbowego na południowy wschód od Orichiwa, zaktywizowały się także w rejonie Hulajpola, gdzie od lata ub.r. panował względny spokój.

Dowództwo ukraińskie zwraca uwagę na coraz większe dysproporcje w sile ognia pomiędzy obrońcami a agresorem. 18 marca wiceminister obrony generał Iwan Hawryluk poinformował, że od początku br. rosyjska przewaga w artylerii wynosi 7:1. W ciągu pierwszych 77 dni 2024 r. Rosjanie mieli zrzucić na pozycje ukraińskie ponad 3,5 tys. bomb lotniczych – 16 razy więcej niż w 2023 r. Tymczasem siły ukraińskie mają się borykać z coraz większym niedoborem pocisków artyleryjskich i rakiet. Doniesienia Hawryluka potwierdza przekaz ukraińskiego Sztabu Generalnego, według którego odnotowano kolejny rekord w dobowej liczbie ataków lotniczych na pozycje obrońców – 15 marca Rosjanie mieli ich przeprowadzić 130.

(...)

Ukraińskie drony kamikadze kontynuowały uderzenia na cele na terytorium Rosji, głównie infrastrukturę przemysłu naftowego. Nocą i rankiem 13 marca zaatakowano m.in. rafinerie w Riazaniu, Kstowie w obwodzie niżnonowogrodzkim oraz w rejonie miasta Kiriszy w obwodzie leningradzkim. W pierwszej z wymienionych wybuchł pożar, w pozostałych nie odnotowano zniszczeń. Był to najprawdopodobniej największy z dotychczasowych ukraińskich ataków – strona rosyjska informowała o zniszczeniu 58 bezzałogowców. Wieczorem 13 marca drony uderzyły w rafinerię w Nowoszachtyńsku w obwodzie rostowskim, gdzie w wyniku uszkodzeń wstrzymano produkcję. 16 marca celem ataków były rafinerie w Syzraniu i Nowokujbyszewsku w obwodzie samarskim, w obu wybuchł pożar. Dzień później ukraińskie bezzałogowce uderzyły w rafinerię w Słowiańsku na Kubaniu w Kraju Krasnodarskim, co również wywołało pożar (zginąć miał jeden z pracowników). 17 marca atakowane miały być także obiekty w obwodach biełgorodzkim, jarosławskim, kałużskim i rostowskim, nie ma jednak doniesień o trafieniach. Rosjanie deklarowali zniszczenie tego dnia 35 ukraińskich dronów.

Zgodnie z zachodnimi szacunkami prowadzone od stycznia ataki na rafinerie doprowadziły do okresowego zmniejszenia dziennych mocy przerobowych rosyjskiego przemysłu naftowego o 10–15% (600 tys. baryłek według Gunvor; 900 tys. według JP Morgan). W omawianym czasie celem ataków było 12 rafinerii. W części z nich doszło do uszkodzenia instalacji – czas ich naprawy szacuje się na kilka tygodni lub nawet miesięcy. Mimo powtarzających się uderzeń władze FR nie zapewniły obrony powietrznej obiektów należących do rosyjskich oligarchów. Prawdopodobnie rządzący chcą wymusić na właścicielach pokrycie jej kosztów, co byłoby z ich strony dodatkową daniną na zbrojenia.

Głównym celem rosyjskich ataków z wykorzystaniem rakiet i dronów kamikadze pozostaje zaplecze walczących wojsk ukraińskich w strefie przyfrontowej. Dwukrotnie (13 i 19 marca) wrogie pociski uderzyły w Sełydowe, będące ważnym węzłem logistycznym jednostek ukraińskich operujących na północny zachód od Doniecka (w rejonach Awdijiwki i Marjinki). Atakowano też inne lokalizacje w obwodach charkowskim i donieckim, m.in. Charków i Słowiańsk.

Strona ukraińska zwraca uwagę na nową taktykę wykorzystania przez Rosjan pocisków Iskander-M – uderzenie w krótkim odstępie czasu dwiema rakietami w to samo miejsce. 15 marca w Odessie dwa iskandery uderzyły w obiekt zajmowany przez ukraińskie MSW, według części źródeł dyslokowano tam pododdziały Brygady Szturmowej Policji „Gniew”. Strona ukraińska informowała o 21 zabitych oraz 73 rannych cywilach i funkcjonariuszach. Wśród poległych znalazł się dowódca Pułku Szturmowego Policji „Cunami” podpułkownik Ołeksandr Hostiszczew. 17 marca podobny atak przeprowadzono w Mikołajowie, gdzie celem były zakłady remontowe broni pancernej.

Rosjanie zintensyfikowali uderzenia na rejony graniczące z FR. 14 marca w wyniku serii ataków na infrastrukturę nadawczą doszło do czasowego zaniku sygnału radiowego i telewizyjnego w obwodach sumskim i charkowskim. Rakiety i drony kamikadze uderzyły m.in. w Konotop (trzykrotnie) oraz w Sumy. 18 marca „szahedy” zaatakowały cele w głębi terytorium Ukrainy. O trafieniach donoszono z obwodów połtawskiego (w rejonie Krzemieńczuka), kirowohradzkiego i chmielnickiego. O odparciu ataku bez strat poinformowały władze obwodu kijowskiego. Łącznie od 12 marca wieczorem do 19 marca rano w cele na Ukrainie miało uderzyć 60 rakiet (głównie z systemów S-300) i 105 „szahedów”. Obrońcy donosili o zestrzeleniu jednej rakiety i 82 dronów.

(...)

18 marca premier Denys Szmyhal oświadczył, że rząd przeznaczył dodatkowe 5 mld hrywien (ok. 128 mln dolarów) na zakup dronów. Szefowa ukraińskiego resortu gospodarki Julija Swyrydenko zauważyła, że do chwili obecnej z producentami bezzałogowców zawarto już umowy o wartości ok. 30 mld hrywien (ponad 760 mln dolarów), a w przygotowaniu są kontrakty opiewające na kwotę 14 mld hrywien (ponad 350 mln dolarów). Strona ukraińska twierdzi, że miejscowe przedsiębiorstwa są gotowe do wyprodukowania – w nieokreślonym terminie – przeszło miliona dronów.

12 marca Stany Zjednoczone ogłosiły przekazanie Ukrainie pierwszego od grudnia pakietu wsparcia wojskowego o wartości 300 mln dolarów. W 55. – licząc od sierpnia 2021 r. – amerykańskim pakiecie pomocy znalazły się m.in. rakiety do wyrzutni Stinger, pociski GMLRS do wyrzutni HIMARS, amunicja artyleryjska kalibru 155 mm i 105 mm, granatniki przeciwpancerne AT-4 oraz amunicja strzelecka. Zostaną one przekazane z zasobów armii amerykańskiej w ramach Presidential Drawdown Authority. Wcześniej media informowały, że do pakietu wejdą też pociski balistyczne ATACMS, co ostatecznie nie potwierdziło się. Dwa dni później rzecznik Pentagonu Sabrina Singh stwierdziła, że przekazany pakiet pomocy stanowi „przypadek wyjątkowy” i nie ma możliwości powtórzenia podobnego posunięcia bez zatwierdzenia przez Kongres USA nowych środków na pomoc Kijowowi.

Również 12 marca nowe pakiety wsparcia zapowiedziały Dania – ma ona przeznaczyć na ten cel 335 mln dolarów – i Francja. Szesnasty z kolei pakiet duński obejmuje armatohaubice CAESAR (nowej produkcji francuskiej), moździerze samobieżne 120 mm oraz amunicję do obydwu tych dział. Pociski kalibru 155 mm do armatohaubic mają zostać dostarczone we współpracy z Czechami i Estonią. W ramach nowego pakietu francuskiego, którego wartości nie ujawniono, „w najbliższych miesiącach” przekazanych zostanie sześć armatohaubic CAESAR i 150 dronów. Premier Gabriel Attal zapowiedział także dostarczenie w późniejszym terminie kolejnych 12 armatohaubic CAESAR, 40 pocisków manewrujących SCALP i ok. 600 lotniczych bomb kierowanych AASM – po 50 sztuk miesięcznie. 14 marca bułgarski resort obrony poinformował o zakończeniu przewozu na Ukrainę 100 transporterów opancerzonych BTR-60.

osw.waw.pl


18 marca Rada Unii Europejskiej przyjęła decyzję modyfikującą kształt Europejskiego Instrumentu na rzecz Pokoju (EPF, zob. Wojenny fundusz UE: sukces i niepewna przyszłość Europejskiego Instrumentu na rzecz Pokoju). Zapewnia ona zwiększenie refinansowania dostaw uzbrojenia i sprzętu wojskowego (UiSW) przekazanych przez państwa członkowskie Ukrainie w ramach tego instrumentu o 5 mld euro, co oznacza, że łączna wysokość budżetu EPF w latach 2021–2027 wyniesie 17 mld euro. Nowością jest przeznaczenie części środków na zakup nowego UiSW (prawdopodobnie 1 mld euro) niezależnie od dotychczasowych zwrotów za UiSW dostarczone Kijowowi z zasobów krajów UE (2,6 mld euro) i finansowania unijnej misji szkoleniowej EUMAM Ukraine (500 mln euro). Państwa, które przekazują Ukrainie UiSW bilateralnie, będą mogły odliczyć te koszty od wpłacanej do EPF składki.

Komentarz

Rada UE przyjęła decyzję po wielomiesięcznych negocjacjach. Wypracowany kompromis znacząco odbiega przy tym od pierwotnego projektu wysokiego przedstawiciela ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Josepa Borrella, który chciał zabezpieczenia na potrzeby pomocy wojskowej dla Ukrainy kwoty do 20 mld euro w perspektywie czterech kolejnych lat. W ramach EPF miał w tym celu powstać odrębny mechanizm – Fundusz Pomocy Ukrainie (Ukraine Assistance Fund). Ostatecznie państwa członkowskie przychyliły się tylko do minimalnej modyfikacji pierwotnej decyzji o EPF – zasilono go kwotą wystarczającą, aby zapewnić wsparcie w 2024 r. Oznacza to, że kolejne podwyższenie pułapu pomocy będzie musiało stać się przedmiotem osobnego postanowienia Rady, ponownie wymagającego jednomyślności wszystkich członków Unii.

Osiągnięty kompromis bierze pod uwagę interesy największego płatnika EPF, czyli Niemiec, które przez dłuższy czas blokowały jego reformę, domagając się wprowadzenia mechanizmu potrącania wartości pomocy udzielonej bilateralnie od składki na rzecz Instrumentu. Ostatecznie Berlin zrezygnował z żądania, aby rabat obejmował także wsparcie udzielone w poprzednich latach. Przyjęta forma kompromisu przesądza jednak o tym, że najbogatsze kraje UE nie będą musiały łożyć równocześnie zarówno na EPF, jak i na swoją pomoc dwustronną, jeżeli jej wartość w konkretnym roku przewyższy spodziewany zwrot za nią z Instrumentu. Przykładowo przekazując UiSW o wartości 1 mld euro, donator przy założeniu, że zwrot wyniesie 45%, potrąca ze swej składki na EPF 450 mln euro). Dokumenty wykonawcze muszą doprecyzować funkcjonowanie mechanizmu potrącania w taki sposób, aby nie zagroziło to finansowaniu misji szkoleniowej EUMAM Ukraine.

Z części postulatów wycofała się Francja, która chciała szybszego wygaszenia refundacji za przekazywanie posiadanego UiSW Kijowowi. W zamyśle Paryża EPF powinien stać się mechanizmem opłacającym zakupy zbrojeniowe dla Ukrainy w zakładach przemysłowych w UE. Wprawdzie preambuła do decyzji Rady stawia sobie taki cel, lecz nie przewiduje daty granicznej, od której refundacja UiSW z zasobów państw członkowskich miałaby ustać – organ może to w przyszłości uczynić na wniosek Komitetu EPF. Decyzja umożliwia też krajom członkowskim nabywanie UiSW poza Unią, jeżeli europejski przemysł zbrojeniowy nie będzie w stanie wyprodukować go w tempie odpowiadającym ukraińskim potrzebom (pozwoli to m.in. wyłożyć fundusze na czeską inicjatywę amunicyjną).

O braku entuzjazmu części państw dla dalszego wykorzystywania EPF jako mechanizmu refundacji pomocy wojskowej dla Ukrainy świadczy przeniesienie największych wpłat na ostatnie lata jego obowiązywania (2025–2027). Wynika to z chęci uniknięcia konieczności nowelizacji budżetów krajowych w 2024 r. Wprowadzona na życzenie Budapesztu klauzula pozwalająca uchylić się od współfinansowania pomocy wojskowej dla Ukrainy w zamian za przekazywanie takowej innym państwom w ramach EPF może w przyszłości otwierać pole do naśladowania postawy Węgier przez kolejne kraje i generować problemy z refundacją dostaw dla tych wspierających militarnie Kijów. Budapeszt niezmiennie od wiosny 2023 r. blokuje też uruchomienie ósmej transzy wypłat z EPF w wysokości 500 mln euro. Pozytywnym sygnałem jest otwartość wysokiego przedstawiciela na ewentualne przeznaczenie na potrzeby Instrumentu części zysków ze skonfiskowanych rosyjskich aktywów – decyzje w tej sprawie jeszcze nie zapadły.  

osw.waw.pl


Unia Europejska obiecała w zeszłym roku milion pocisków i dostarcza je z opóźnieniem. Jednak milionowy pocisk powinien wkrótce dotrzeć — o ile jeszcze nie dotarł. Ponadto administracja prezydenta USA Joe Bidena w zeszłym tygodniu zidentyfikowała 300 milionów dolarów oszczędności z wcześniej zatwierdzonego kontraktu na pomoc Ukrainie i wykorzystała je do opłacenia skromnej partii pocisków. Jednocześnie Ukraina otrzymuje niewielkie partie amunicji w ramach umów między krajami z niektórymi europejskimi sojusznikami. Wreszcie, Ukraina produkuje niektóre naboje artyleryjskie we własnych fabrykach.

W sumie możliwe jest, że Ukraina pozyska w tym roku ponad dwa miliony pocisków — wystarczająco dużo, aby jej baterie wystrzeliwały co najmniej 6 tys. pocisków dziennie każdego dnia aż do sylwestra.

To dużo pocisków, ale mniej niż Rosja może pozyskać. Rosyjskie fabryki produkują około dwóch milionów pocisków rocznie. A Rosja otrzymuje od Korei Północnej duże partie amunicji: być może dwa miliony pocisków w 2023 roku i potencjalnie kolejny milion w tym roku.

Wiele północnokoreańskich pocisków to niewypały, ale odejmując je, Rosjanie wciąż mają wystarczająco dużo pocisków, aby wystrzelić ich 10 tys. każdego dnia — tysiące więcej niż Ukraińcy mogą wystrzelić w swoim prawdopodobnym szczytowym tempie strzelania w 2024 roku.

Mimo to ukraiński oficer artylerii Green powiedział, że się nie martwi. — Jesteśmy bardziej kreatywni, mądrzejsi — powiedział o swoich strzelcach.

To oczywiste, do czego nawiązuje. Gdy kryzys artyleryjski pogłębił się pod koniec ubiegłego roku, sieć setek małych warsztatów w Ukrainie zwiększyła produkcję kilogramowych dronów FPV (z widokiem z pierwszej osoby), z których każdy może przenosić pół kilo materiałów wybuchowych na odległość 3 km.

Obecnie warsztaty te produkują ponad 50 tys. dronów miesięcznie, co znacznie przekracza — jak się wydaje — rosyjską produkcję skutecznych dronów. Celem ukraińskiego rządu jest dostarczenie w tym roku miliona dronów FPV.

FPV nie jest bezpośrednim zamiennikiem 50-kilogramowego pocisku, który może zawierać 12 kg materiałów wybuchowych na odległość 25 km. Ale drony mogą uzupełniać tradycyjną artylerię — i złagodzić zmniejszającą się, ale utrzymującą się niekorzystną sytuację Ukrainy w zakresie amunicji.

Jedną z ukraińskich taktyk, którą obserwujemy, jest dobrze wycelowany ostrzał artyleryjski, który trafia w zmasowaną rosyjską grupę szturmową i rozprasza jej żołnierzy oraz pojazdy. Zdezorganizowani ocalali, ukrywający się poza ochroną zagłuszaczy radiowych i obrony przeciwlotniczej, stają się łatwym celem dla dronów FPV, które atakują pojedynczych żołnierzy i pojazdy.

Tam, gdzie wcześniej ukraińska bateria mogła wystrzelić 10 pocisków, aby pokonać rosyjską grupę szturmową, teraz może wystrzelić tylko pięć — i skoordynować ostrzał z pobliskimi operatorami dronów, aby wykończyć Rosjan.

W ten sposób ukraińska artyleria — z kilkoma milionami pocisków dostarczonych za pośrednictwem Czech — powinna przejść długą drogę w kierunku zabicia lub okaleczenia 100 tys. Rosjan, co według estońskiego ministerstwa obrony miałyby wystarczyć do zniwelowania ofensywnego potencjały Rosji w 2024 roku.

onet.pl/Forbes


Podobnie jak w przypadku wszystkich poprzednich rosyjskich przywódców, którzy byli w stanie przez długi czas utrzymać się przy władzy, czas rządów Putina obejmuje kilka etapów: okres reform, szybkiego rozwoju, stagnacji — i wojny.

Tym, co z biegiem czasu czyni panowanie Putina coraz bardziej zagadkowym, jest brak jakichkolwiek cech, które odróżniałyby go od innych potencjalnych kandydatów na to stanowisko.

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że osobowość rosyjskiego prezydenta jest dziełem przypadku. Władimir Putin nie ma żadnych cech, które odróżniałyby go od innych rosyjskich polityków. Nie jest elokwentny, nie potrafi zapamiętać zbyt wielu nazwisk i liczb, cały czas używa tych samych prymitywnych zwrotów i formuł, do tego ma przeciętne poczucie humoru i słabe wyczucie, jeśli chodzi o nastroje publiczności. To nie przypadek, że dopóki nie doszedł do władzy, nigdy nie zrobił na nikim wrażenia.

"Urok" pojawił się, gdy zaczął rządzić — albo nie był to urok jego, a władzy, którą objął. Szacunek i wszelkie pozytywne odczucia nie wynikają z jego osobowości, a wyłącznie ze stanowiska, które piastuje.

(...)

Jasne jest, co uczyniło go prezydentem. W swoich pierwszych — i ostatnich — uczciwie przeprowadzonych wyborach w marcu 2000 r. zdobył 53 proc. głosów, czyli prawie dwa razy więcej niż jego największy rywal. Choć nie miał własnego programu politycznego (początkowo kontynuował liberalne reformy Jelcyna, uzupełniając je wielkomocarstwową i militarystyczną retoryką), był postrzegany przez wielu jako "człowiek ludu".

W ciągu 25 lat władzy Putin zdecydowanie przestał jednak reprezentować "przeciętnego Rosjanina". Dziś jego poglądy na większość spraw są poglądami mniejszości, często nielicznej. Połączenie zaawansowanego wieku (w kraju o niskiej średniej długości życia) i braku elastyczności, który uniemożliwia dostosowanie się do zmieniającego się świata, sprawiło, że w wielu fundamentalnych kwestiach — zarówno gospodarczych, jak i społecznych — poglądy Putina są dalekie od poglądów większości Rosjan.

Gwałtowne nasilenie prześladowań i cenzury wypowiedzi — dotyczących nie tylko wojny i pokoju, ale i władzy, relacji między płciami itp. — jest bezpośrednim wynikiem tej rozbieżności. W 2024 r. Putin nie jest postrzegany przez obywateli jako osoba bliska społeczeństwu. W tym roku nie miał najmniejszych szans na uczciwe wygranie wyborów. "Zwycięstwo" zapewniły mu głównie aresztowania, wygnanie i zabójstwa przeciwników politycznych, zamknięcie gazet i delegalizacja organizacji publicznych, nominowanie kandydatów bez szans i jawne oszustwa.

(...)

Rezultat rządów Putina w Rosji jest tak smutny, że każdy komentator chciałby móc powiedzieć, że to celowe działanie. Miło i wygodnie jest wierzyć, że biliony rubli wydane na wojsko i bezpieczeństwo państwa są wynikiem sprytnego, choć nikczemnego spisku. Trudniej — i mniej przyjemnie — jest uświadomić sobie, że działania podejmowane rzekomo w celu zapewnienia bezpieczeństwa obywatelom są najłatwiejszym sposobem na ukrycie licznych kradzieży i przekrętów.

Militaryzacja i korupcja państwa Putina nie tyle się uzupełniają — one nie mogłyby bez siebie istnieć.

(...)

"Fenomen Putina" polega na tym, że rosyjski system państwowy został zbudowany i ukształtowany wokół zasadniczo przypadkowej jednostki. Rezultat okazał się tragiczny. Lata stagnacji i pozostawania w tyle zakończyły się wojną, która pochłonęła już dziesiątki tysięcy istnień ludzkich, represjami, tysiącami ucieczek, zniszczeniem systemu nauki i edukacji oraz stworzeniem nowego modelu gospodarczego, który przygotowuje państwo do powojennego kryzysu.

onet.pl/The Moscow Times


— Zawsze mówimy o Ukrainie, ale w rzeczywistości nikt się nią nie przejmuje — powiedział na wizji Sytin. — Rosja realizuje ekspansjonistyczny kurs, to jest fakt. Nawiasem mówiąc, [robi to] nie tylko w Ukrainie — kontynuował.

— Kraje NATO i UE chcą położyć kres temu ekspansjonizmowi — dodał po chwili.

Wtedy nagle prowadzący Andriej Norkin przerwał mu w połowie zdania, wykrzykując:

— Wcale nie, to nie jest ekspansja, a obrona interesów narodowych i bezpieczeństwa!

Zanim rosyjski politolog zdążył na to odpowiedzieć, prowadzący ogłosił:

— Musimy przerwać. Wrócimy po przerwie.

(...)

Wielu polityków nadal utrzymuje, że wojnę w Ukrainie można zakończyć w drodze negocjacji. Ich ulubionym argumentem, który zresztą niedawno powtórzył sam papież Franciszek, jest to, że zamiast dostarczać Ukrainie broń, należy zacząć myśleć o negocjacjach z Rosją.

Sam Władimir Putin kategorycznie odrzucił jednak taką możliwość:

— Negocjować teraz tylko dlatego, że kończy się im (Ukrainie — przyp. red.) amunicja? To byłoby niedorzeczne z naszej strony — powiedział.

(...)

Co więcej, Putin kategorycznie wyklucza możliwość zawieszenia broni.

— Jeśli negocjacje miałyby się odbyć, dotyczyłyby gwarancji bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej — powiedział.

onet.pl/Bild


14 marca Bundestag po raz kolejny odrzucił wniosek frakcji CDU/CSU o wyrażenie zgody na dostawy pocisków manewrujących dalekiego zasięgu Taurus dla Kijowa. W trakcie dyskusji na ten temat przewodniczący klubu parlamentarnego SPD Rolf Mützenich skrytykował inicjatywę opozycji i wysunął propozycję debaty o „zamrożeniu i zakończeniu” wojny na Ukrainie. Wypowiedź została negatywnie oceniona zarówno przez chadeków, jak i partie koalicji, których przedstawiciele zarzucili SPD podważanie wiarygodności RFN jako kluczowego sojusznika Kijowa oraz zachęcanie Rosji do kontynuowania inwazji.

W odpowiedzi Mützenich oskarżył oponentów o wyrwanie zdań z kontekstu oraz zadeklarował jednoznaczne poparcie dla suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy w jej granicach sprzed 2014 r. Dodał przy tym, że jedynie Kijów może podjąć decyzję o zawieszeniu broni i zamrożeniu konfliktu. Taką linię interpretacji jego słów przyjmują obecnie pozostali politycy SPD, w tym współprzewodniczący Lars Klingbeil, który jednocześnie podkreślił zasadność rozmów o sposobach zakończenia wojny.

Komentarz

Wystąpienie Mützenicha jest precedensem w dyskusji o wojnie na Ukrainie – po raz pierwszy polityk wysokiego szczebla partii rządzącej wskazał zamrożenie konfliktu jako etap jego zakończenia. Przekaz ten zaczyna stopniowo dominować w narracji SPD – podkreśla się status RFN jako głównego europejskiego donatora pomocy wojskowej i otwarcie wyraża rozczarowanie skalą wsparcia udzielanego przez inne państwa. Jednocześnie stronnicy Mützenicha z lewicowego skrzydła SPD (a we frakcji stanowią oni większość), odwołując się do tradycji Ostpolitik, krytykują koncentrację na pomocy militarnej jako narzędziu zakończenia wojny. W tym przekazie wybrzmiewa wezwanie do podjęcia działań dyplomatycznych, gdyż dalsze zwiększanie wsparcia wojskowego jednoznacznie wiąże się z jej przedłużaniem i ryzykiem eskalacji, a także – niechęcią do jej zakończenia. Prominentnym oponentem takiego stanowiska jest socjaldemokratyczny minister obrony Boris Pistorius – najpopularniejszy aktualnie polityk w kraju, wprost mówiący o potrzebie zwycięstwa Ukrainy. W obliczu zbliżających się wyborów – wiosennych do Parlamentu Europejskiego i jesiennych w trzech wschodnich krajach związkowych – niechętne pseudopacyfistycznemu kursowi ugrupowania głosy innych deputowanych SPD, takich jak Michael Roth czy Nils Schmid, będą jednak jeszcze bardziej marginalizowane. W grudniu ubiegłego roku Rotha nie wybrano ponownie do zarządu partii, w którym zasiadał nieprzerwanie od 2017 r.

Stałe uwypuklanie takiej narracji wynika z wewnątrzpolitycznych kalkulacji i służy przede wszystkim poprawie niskich (15%) notowań przed wyborami. SPD kreuje się na odpowiedzialną partię pokoju, dbającą o bezpieczeństwo Niemiec w przeciwieństwie do pozostałych sił, a zwłaszcza CDU/CSU, prezentowanych niemal jako podżegacze wojenni. Celem jest zarówno przedstawienie w dobrym świetle sprzeciwu kanclerza Olafa Scholza wobec wysyłania taurusów na Ukrainę oraz zniwelowanie wrażenia jego politycznej izolacji, jak i zmobilizowanie własnych wyborców oraz pozyskanie elektoratu niechętnego militarnemu wspieraniu Kijowa. Prorosyjska i budująca kampanię na antyukraińskich hasłach AfD przoduje we wszystkich landach wschodnich, uzyskując powyżej 30% poparcia. Socjaldemokraci mogą liczyć na 6–7% głosów w Saksonii i Turyngii oraz 17% w Brandenburgii. Przekazaniu taurusów sprzeciwia się 61% badanych Niemców, w tym 58% sympatyków SPD oraz 84% zwolenników AfD i 85% popierających BSW Sahry Wagenknecht.

Pomoc dla Ukrainy, m.in. dla uchodźców z tego kraju, wywołuje coraz więcej sporów w koalicji rządzącej. Zieloni i FDP popierają zwiększenie dostaw broni dla Kijowa, oskarżając kanclerza o odejście od założeń Zeitenwende. Wprawdzie oba ugrupowania zachowują dyscyplinę koalicyjną w trakcie głosowań w Bundestagu i odrzucają kolejne wnioski chadeków o przekazanie Ukrainie taurusów, lecz ich przedstawiciele otwarcie opowiadają się za wysłaniem pocisków. Wraz z intensyfikacją kampanii przed wyborami do PE i w landach wschodnich napięcia wewnątrz koalicji będą rosły, usztywniając stanowisko Scholza w sprawie pomocy. Zarazem mało prawdopodobne wydaje się, aby na tym tle doszło do rozpadu koalicji – nie opłaca się to bowiem żadnej z partii ją tworzących.

osw.waw.pl