środa, 31 stycznia 2024



Cornelius Welp, Holger Zschaepitz: Co by się stało, gdyby Trump wygrał wybory?

Niall Ferguson: Rynki byłyby zachwycone. Amerykańskie akcje przeżyłyby boom, zwłaszcza akcje spółek energetycznych.

Czyli Trump nie jest tak groźny, jak się wszystkim wydaje?

Jeśli Trump wygra wybory, konstytucja i rządy prawa ulegną erozji. W końcu ma przeciwko sobie wiele spraw.

Ale istnieje coś takiego jak odporność konstytucyjna?

Tak, w Ameryce jest wielu prawników. Ale kiedy myślę o Trumpie, zawsze przychodzi mi na myśl piosenka zespołu The Clash: "Walczyłem z prawem i prawo wygrało".

Jak to wszystko może się skończyć?

Trzeba spojrzeć na historię. Koniec Republiki Rzymskiej również był stopniowy. Nie ma dnia, w którym budzisz się rano z nagłówkiem: "Republika zniesiona". W Ameryce nie będzie ostrego cięcia. Jeśli Trump wygra, Senat może nadal się spotykać, a Trybunał Konstytucyjny może nadal się zbierać, ale widzimy, jak rodzina Trumpów rządzi Ameryką. Niemniej jednak życie toczy się dalej.

Co rynki sądzą o takim scenariuszu?

Rok 2017 był chaotyczną transformacją, ponieważ nikt w zespole Trumpa nie spodziewał się, że Trump wygra. Pierwsze dwa lata były więc prowadzone przez "normalnych" Republikanów, ludzi z Wall Street, urzędników państwowych. Ale każdy, kto spodziewa się, że jego druga kadencja będzie podobna do pierwszej, jest w błędzie. Będzie zupełnie inna. Ruch America First Trumpa ma think tank i pracuje nad zniszczeniem całej biurokracji i obsadzeniem rządu wyłącznie własnymi ludźmi, wszystkimi ideologicznymi zwolennikami Trumpa, którzy mają plan.

Co rynki sądzą o takim scenariuszu?

Rok 2017 był chaotyczną transformacją, ponieważ nikt w zespole Trumpa nie spodziewał się, że Trump wygra. Pierwsze dwa lata były więc prowadzone przez "normalnych" Republikanów, ludzi z Wall Street, urzędników państwowych. Ale każdy, kto spodziewa się, że jego druga kadencja będzie podobna do pierwszej, jest w błędzie. Będzie zupełnie inna. Ruch America First Trumpa ma think tank i pracuje nad zniszczeniem całej biurokracji i obsadzeniem rządu wyłącznie własnymi ludźmi, wszystkimi ideologicznymi zwolennikami Trumpa, którzy mają plan.

Na koniec słowo o Niemczech. Czy zainwestowałby Pan tam swoje pieniądze?

Zdecydowanie nie, z jednym wyjątkiem: akcje niemieckich spółek zbrojeniowych. Ponieważ mogą one przynieść zyski, jeśli Niemcy w pełni zrozumieją znaki czasu. Niemieckie zbrojenia to jest to, czego chcemy. Dziwny, stary świat.

Coraz mniej ludzi w Niemczech uważa Scholza za dobrego kanclerza.

Problemem Scholza nie jest Scholz, ale Niemcy. Odziedziczył ogromny bałagan. I nie może wiele zrobić, ponieważ jego partnerzy koalicyjni zmierzają w zupełnie przeciwnych kierunkach. Ale w Niemczech decydujące błędy popełniono w poprzednich latach.

Na naszych oczach runął mit potężnych Niemiec. "Nawet cuda czasem nie wystarczają" [ANALIZA]
Jakie błędy?

Angela Merkel zniszczyła niemiecki model biznesowy w dwóch kluczowych obszarach — poprzez złą politykę energetyczną i niewłaściwe podejście do Chin. Poleganie na imporcie rosyjskiego gazu i pilne eksportowanie niemieckiej technologii okazało się strategią nie do utrzymania. Chińczycy mogą teraz budować samochody, które są nawet szczególnie tanie. A Niemcy są niemal zobowiązani do ich kupowania, ponieważ chcą ratować planetę.

Nie wróży to dobrze przyszłej roli Niemiec na świecie.

Niemcy nie są obecnie szczególnie interesujące dla świata.

onet.pl/Die Welt


Wszczęto 24 sprawy karne w związku z chęcią wyjazdu z kraju i walki z Rosją lub po prostu wyjazdu na Ukrainę. W grudniu prokuratorzy zażądali siedmiu lat i jednego miesiąca więzienia dla cywilnego pilota z Chakasji Igora Pokusina, który w rozmowach telefonicznych ze znajomymi przyznał, że chce opuścić Rosję. FSB uznała to za przygotowanie do zdrady stanu.

FSB wykorzystuje fałszywe boty w serwisie Telegram, które wyglądają jak kanał Legionu „Wolność Rosji”, (formacji walczącej po stronie Ukrainy składającej się z Rosjan). Funkcjonariusze FSB inicjują też rozmowy z osobami na temat możliwości wstąpienia do Legionu uznawanego w Rosji za organizację terrorystyczną. A gdy tylko wykażą one zainteresowanie tym tematem, zostają zatrzymane przez FSB za zamiar przejścia na stronę wroga (co jest także zdradą stanu) i wspieranie organizacji terrorystycznej. 

We współczesnej Rosji, jak piszą Irina Borogan i Andriej Soldatow na łamach Center for European Policy Analysis, „służby wywiadowcze i urzędnicy mają obsesję na punkcie strachu przed zagranicznymi szpiegami zarówno zachodnimi, jak i ukraińskimi, a cechą charakterystyczną spraw szpiegowskich jest to, że w większości przypadków są to obywatele Rosji oskarżeni o poważne przestępstwo przeciwko państwu i  w większości przypadków kończy się to dla nich wieloletnimi wyrokami więzienia.” Celem tej taktyki FSB nie jest łapanie szpiegów obcych służb, ale reedukacja i zastraszenie rosyjskiego społeczeństwa. Nie oznacza to oczywiście, że służby wywiadowcze wielu krajów nie działają aktywnie w Rosji, rekrutując agentów. Ich ściganiem, zajmują się specjaliści z Departamentu Operacji Kontrwywiadu FSB (DKRO) w Moskwie. Znacznie liczniejsza jest jednak druga kategoria oskarżonych, których FSB uważa za szpiegów. Można ich znaleźć wszędzie - w ośrodku badawczym na Syberii, w redakcji moskiewskiej gazety, wśród studentów i fotografów. Ich aresztowania odbywają się falami i są koordynowane z biura budynku więzienia Lefortowo, w którym mieści się Wydział Śledczy FSB.

FSB stworzyła system koordynacji procesów szpiegowskich na terenie całego kraju już w 2004 roku, kiedy to I Wydziałowi Zarządu Śledczego FSB powierzono nadzór nad regionalnymi oddziałami FSB. Od tego czasu te struktury pełnią rolę „instruktorów” komórek śledczych regionalnych dyrekcji FSB, czasami bezpośrednio ingerując w ich działalność i przejmując najważniejsze sprawy. Sponsorowana przez państwo mania szpiegowska jest jedną z metod kontrolowania rosyjskiego społeczeństwa.

infosecurity24.pl


Najbardziej spektakularny jest konflikt pomiędzy węgierskim bankiem centralnym a rządem Viktora Orbana o to, aby obniżyć oprocentowanie kredytów dla firm i tym samym pobudzić gospodarkę. Rząd wymyślił, że można to osiągnąć zamieniając w umowach kredytowych stawkę BUBOR (to węgierski WIBOR), do której banki doliczają swoją marżę, oprocentowaniem bonów skarbowych. BUBOR trzymiesięczny to dzisiaj blisko 9,5 proc., a oprocentowanie bonów to ok. 6,7 proc. obniżka wyniosłaby więc w praktyce sporo, bo blisko 3 pkt proc. Tyle że bank centralny nie chce o tym słyszeć, tłumacząc, że to drastyczna ingerencja w politykę pieniężną. W poniedziałek pojawiła się informacja, że rząd spasował i wycofał się z tego pomysłu, ale za to "namówił" banki komercyjne do tego, aby przez trzy miesiące udzielały kredytów bez swojej marży, co będzie oznaczać mniej więcej podobne obniżenie oprocentowania.

Poza tym są jeszcze dwa powody słabości forinta. Jednym z nich jest narastający spór Budapesztu z Komisją Europejską, ostatnio głównie o pomoc finansową dla Ukrainy, którą Węgry blokują, próbując ugrać w zamian odblokowanie dla siebie całości unijnych funduszy. Ostatnie doniesienia prasowe, między innymi w "Financial Times", sugerują, że Bruksela może zaostrzyć kurs wobec Węgier.

(...)

Rosyjski rząd chce przedłużyć obowiązywanie pomysłów, które w sztuczny sposób wspierają kurs rubla na rynku walutowym. Bloomberg donosi, powołując się na anonimowych rozmówców z kręgów władzy w Rosji, że istnieje nawet koncepcja, aby te rozwiązania pozostawić już na stałe. Sprzeciwia się temu rosyjski bank centralny, który wolałby powrót do rynkowych zasad. Jednak w roku wyborów prezydenckich w Rosji raczej będzie miał niewiele do powiedzenia w tej sprawie, zwłaszcza że doradcy Władimira Putina wierzą w to, że manipulacje przy kursie rubla nie pozwolą mu na ewentualną utratę wartości po wyborach, kiedy Putin będzie chciał na przykład zmienić skład rządu.

Rozwiązania wspierające notowania rubla wprowadzono w życie w październiku ubiegłego roku, kiedy przez moment za dolara w Rosji płacono nawet ponad 100 rubli. Polegają one na tym, że spora część rosyjskich firm – eksporterów ma obowiązek sprowadzać do kraju co najmniej 80 proc. swoich przychodów w walutach obcych, a następnie 90 proc. tych kwot zamieniać na ruble. W ten sposób na rynku utrzymuje się stały popyt na rubla, dzięki czemu utrzymuje on swoją wartość. Pierwotnie pomysł ten wprowadzono na pół roku, do kwietnia. Wybory prezydenckie w Rosji mają się odbyć 15-17 marca, a inauguracja nowej kadencji ma nastąpić 7 maja. Zawirowania poza kontrolą Putina na rynku walutowym mogłyby popsuć propagandowy efekt tej inaugurację, stąd pomysł, aby rozwiązanie do tej pory tymczasowe, stało się mniej tymczasowe.

Dolar w Rosji kosztuje w tej chwili 89 rubli, tak więc rosyjska waluta od momentu wprowadzenia obowiązku odsprzedaży walut obcych przez firmy umocniła się o nieco ponad 10 proc.

businessinsider.com.pl

wtorek, 30 stycznia 2024



Sąd w Hong Kongu nakazał wczoraj postawienie w stan likwidacji China Evergrande Group na wniosek zagranicznych wierzycieli. To mocno zadłużony deweloper, który symbolizuje kryzys rynku nieruchomości w ChRL, ale jest notowany na giełdzie w Hong Kongu. Decyzja sądu zapadła po tym, kiedy spółce nie udało się w weekend osiągnąć porozumienia z wierzycielami w sprawie restrukturyzacji długu przekraczającego 300 mld USD.

Według tego, co przekazują agencje, sędzia powołując się na „oczywisty brak postępów” i „niewypłacalność spółki”, uznał że sąd „powinien wydać nakaz likwidacji spółki i w związku z tym nakazuje jej likwidację”. W kolejnym postępowaniu firma konsultingowa Alvarez & Marsal została  wyznaczona na oficjalnego likwidatora. Jej przedstawiciele natychmiast wydali oświadczenie, w którym zapewniają, że ich „priorytetem jest, aby jak największa część [spółki] została zachowana, zrestrukturyzowana i nadal prowadziła działalność”.

Tak naprawdę sąd nie miał wyboru, ponieważ przedstawiciele spółki nie kontaktowali się z wierzycielami. Jej prawnicy argumentowali, że wynika to z zatrzymania w ChRL założyciela Evergrande Xu Jiayin – znanego również jako Hui Ka-yan. W sierpniu ubiegłego roku Evergrande złożyło również wniosek o ochronę przed upadłością w Nowym Jorku, starając się chronić swoje amerykańskie aktywa przed wierzycielami w ramach restrukturyzacji zagranicznej.

Obrót akcjami Evergrande w Hong Kongu został zawieszony podczas porannej sesji po spadku o ponad 20%. Obrót został również wstrzymany w przypadku dwóch innych jednostek zależnych notowanych na giełdzie w Hong Kongu: Evergrande Property Services Group i China Evergrande New Energy Vehicle Group, po tym jak spadły one odpowiednio o 3% i 18%.

Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, ponieważ na grupę składa się wiele spółek, mających różny poziom zadłużenia. Jak wyliczył portal „Nikkej Asia” Hengda Real Estate Group – główna lądowa spółka zależna Evergrande – stoi w obliczu 2.053 spraw dotyczących ponad 30 mln RMB każda, o łącznej wartości 490,06 mld RMB (68,3 mld USD). Cała Evergrande posiadała niespłacone długi w wysokości 316,39 mld RMB, a także zaległe rachunki handlowe w wysokości 205,53 mld RMB na koniec listopada, zgodnie z dokumentacją złożoną przez Evergrande pod koniec grudnia. Co więcej, niektóre sprawy dotyczą wierzytelności między spółkami grupy. Evergrande Property Services Group, spółka zależna dewelopera, poinformowała, że wszczęła postępowanie sądowe przeciwko wielu firmom, w tym samemu Evergrande, w celu odzyskania 11,4 mld RMB gwarancji zastawu certyfikatów depozytowych, zgodnie z wnioskiem złożonym w piątek wieczorem na giełdzie w Hongkongu.

Co to oznacza dla chińskiej gospodarki? Krótko mówiąc: nic. Sytuacja jest zła i wszyscy o tym wiedzą, więc nie ma szoku, jak w wypadku Lehamn Brotehers w 2008 roku. Wszyscy się tego spodziewali od zatrzymanie Xu Jiayin przez bezpiekę we września ubiegłego roku. Dlatego uważam, że nie wywoła to lawiny.

Moim zdaniem mylą się jednak także ci, którzy myślą, że jest to krok w kierunku uzdrowienia sytuacji na rynku nieruchomości w ChRL. Kryzys ma po pierwsze charakter strukturalny. Jest za dużo mieszkań i za mało klientów, a nawet w ogóle ludzi, aby w nich mieszkać.1 Po drugie ma też źródła pozaekonomiczne. Polityka władz najpierw wykreowała na rynku bańkę spekulacyjną, a potem zburzyła zaufanie do systemu. W efekcie teraz mieszkania kupują tylko ci, co muszą, a wszyscy inni chowają pieniądze do skarpety, albo je wywożą zagranicę.

zawielkimmurem.net


Rosyjskiej armii udało się przełamać ukraińską obronę na południu Awdijiwki, zdobywając kilka fortec obronnych, które były budowane od 2014 r. i przejmując całkowitą kontrolę nad pierwszą dzielnicą mieszkalną miasta. Rosyjska propaganda mówi o "spektakularnym zwycięstwie". Ukraińcy studzą emocje, choć przyznają się do błędów.

By zaskoczyć obrońców Awdijiwki, rosyjscy żołnierze spędzili tygodnie, kopiąc ponad kilometr tunelu przez nieużywaną rurę kanalizacyjną — nie na ziemi ani w powietrzu, ale pod ziemią.

(...)

"Nie ma takich precedensów w literaturze wojskowej; ta operacja była studiowana przez wiele pokoleń sił specjalnych we wszystkich wojskowych instytucjach edukacyjnych na całym świecie. To spektakularne zwycięstwo i zupełnie nowy poziom sztuki operacyjnej" — przekonuje rosyjski bloger wojenny "Razwjedka" na Telegramie. Jego wpis datowany jest na 20 stycznia br.

Według niego rosyjski wywiad wojskowy pracował "niestrudzenie przez kilka tygodni, z minimalnymi przerwami na sen i jedzenie" w starej rurze zasilającej, "czasami w lodowatej, brudnej wodzie".

Niecałe dwa tygodnie temu mało kto w te doniesienia w ogóle wierzył, ale wkrótce potem rosyjscy żołnierze pojawili się w centrum południowej dzielnicy mieszkalnej Awdijiwki — 1,2 km na północ od linii frontu, którą ukraińscy żołnierze utrzymywali od 2014 r. Agresor zaatakował ukraińskie pozycje frontowe od tyłu, zdobywając je jedna po drugiej i zmuszając dziesiątki zaskoczonych żołnierzy do odwrotu.

BILD/onet.pl


Faktem jest, że w 2024 r. Stany Zjednoczone wkraczają z zadłużeniem 34 bln dol., które według prognoz biura budżetowego Kongresu z 2020 r. miały osiągnąć dopiero w roku fiskalnym 2029. Jesteśmy tam pięć lat wcześniej. Zeszłoroczne prognozy zakładają już, że dług publiczny USA osiągnie w 2053 roku równowartość 181 proc. amerykańskiego PKB, a więc poziomy, które w najbardziej rozwiniętych gospodarkach notowała wcześniej Japonia.

Już dziś roczne koszty odsetkowe w Stanach Zjednoczonych przekroczyły 1 bln dol., a w 2030 r. ma to być 3 bln dol., bo emisja nowych obligacji nie hamuje. W 2023 r. rząd federalny wydał 6,1 bln dol., zebrał 4,4 bln dol. w podatkach i musiał zapełnić 1,7 bilionową lukę między jednym a drugim.

„Mamy ogromny problem fiskalny wszędzie, w tym w USA. Mamy deficyt na poziomie 7 proc. PKB. Potrzebujemy rozsądku i skupienia się na tym jak doprowadzić do ładu politykę fiskalną” – mówił w Davos w wywiadzie dla CNBC Tim Adams, stojący na czele Instytutu Finansów Międzynarodowych (IIF).

Jego instytucja cyklicznie przygotowuje „Globalny Monitor Długu”. Najświeższe wydanie z listopada 2023 r. przynosi szokujące liczby. Ponad 307 bln dol. wyniosło w trzecim kwartale 2023 r. zadłużenie globalne ogółem i był to wzrost o prawie 25 proc. w ciągu pięciu lat. W ciągu wspomnianego trzeciego kwartału 2023 r. za dwie trzecie wzrostu zadłużenia odpowiadały rynki rozwinięte: USA, Japonia, Francja i Wielka Brytania. Jednak i rynki wschodzące: Chiny, Indie, Brazylia i Meksyk zanotowały pokaźny wzrost.

Być może w tej dysproporcji tkwi zresztą problem. Bogate kraje mogą zadłużać się więcej i taniej, a słone rachunki przychodzą przecież ostatnio wszystkim. W czasach przedcovidowych i przed wojną w Ukrainie nie było to tak odczuwalne, bo stopy procentowe były niskie, co sprzyjało wzrostowi gospodarczemu i z łatwością można było rolować kolejne emisje obligacji. Dziś, gdy globalne warunki finansowe zaostrzyły się nie jest to takie proste.

(...)

I choć na lata 2024–2025 przypada nasilenie zobowiązań państw wobec wierzycieli zagranicznych, to powinien być to jednocześnie czas łagodzenia globalnych warunków finansowych. Udało nam się globalnie opanować inflację, uda się pewnie przesunąć w czasie problem zadłużenia.

„Jestem przekonany, że o ile nie nastąpi jakiś straszny szok, to zobaczymy inflację, która dość pewnie wróci do celu i się spodziewam, że doprowadzi to do obniżenia stóp procentowych w 2024 r.” – mówił Martin Wolf podczas wspomnianej dyskusji.

„Kwestia zadłużenia jest oczywiście bardzo silnie powiązana z tym, co dzieje się ze stopami procentowymi i wzrostem, więc jeśli jesteś umiarkowanie optymistycznie nastawiony do wzrostu i tak optymistycznie jak ja do stóp procentowych, to może duże problemy z długiem mogą okazać się możliwe do opanowania” – podsumował Wolf.

obserwatorfinansowy.pl

poniedziałek, 29 stycznia 2024


Viktor Orbán po raz ostatni w Kijowie pojawił się ponad trzynaście lat temu, w listopadzie 2010 r. Spotkał się wówczas m.in. z prezydentem Wiktorem Janukowyczem. Szefem dyplomacji był natomiast János Mártonyi. Szijjártó w Kijowie towarzyszył Orbánowi jako jego osobisty rzecznik prasowy. Miał wówczas 32 lata.

Fantastycznie zestarzał się opis wizyty, który pozostał na facebookowym koncie Orbána: "Węgry są zainteresowane integracją europejską Ukrainy, a ministrowie spraw zagranicznych obu krajów pracują nad wspólnym planem działania w czasie prezydencji Węgier w UE".

Przypadała ona w okresie 1 stycznia-30 czerwca 2011 r. Trzynaście lat później znajdujemy się w podobnym miejscu. Węgry przejmą przewodnictwo w Radzie UE 1 lipca br. (następnie przekażą je Polsce). Hurraoptymizmu związanego z integracją Ukrainy z UE jednak po węgierskiej stronie nie ma. Węgierski premier co prawda rozpoczęcia rozmów akcesyjnych nie zablokował (bowiem wyszedł z sali w momencie decydowania), jednak – co sam podkreśla, będzie miał jeszcze nieskończenie wiele okazji, by swoje weto postawić.

wp.pl


– Rosję ośmielił sukces w powstrzymaniu wspieranej przez Zachód ukraińskiej kontrofensywy, po czym w Waszyngtonie i Brukseli powstał impas polityczny w sprawie kontynuacji finansowania Kijowa. Według Moskwy wsparcie USA dla izraelskiej inwazji na Gazę zaszkodziło pozycji Waszyngtonu w wielu częściach świata. Zbieg okoliczności wywołał przypływ optymizmu co do globalnej pozycji Rosji – stwierdzono w materiale.

Urzędnicy w Moskwie chwalą się wzrostem handlu z Chinami, współpracą wojskową z Iranem i kontaktami dyplomatycznymi w świecie arabskim. Kreml cieszy się także z powodu tego, że udało mu się rozbudować grupę BRICS kosztem Iranu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Egiptu i Etiopii.

Washington Post zauważa, że pozycja polityczna Putina wzmocniła się dzięki przekonaniu, że Rosja okazała się bardziej stabilna militarnie i gospodarczo, niż oczekiwał Zachód. Szczególnie wśród rosyjskiej elity, która początkowo była sceptyczna wobec wojny na Ukrainie i zdolności Federacji Rosyjskiej do przeciwstawienia się sankcjom.

– Nastąpiła pewna konsolidacja w rosyjskiej elicie. Istnieje pewne oczekiwanie, że sytuacja zmieni się na korzyść Rosji – powiedział rosyjski naukowiec mający bliskie powiązania z wysokimi rangą dyplomatami tego kraju.

Anonimowy europejski urzędnik, z którym rozmawiało wydanie, zauważył, że Zachód nadal ma nadzieję na powrót do poprzedniego porządku, Rosjanie „zdali sobie sprawę, że to niemożliwe i próbują zbudować nowy świat”.

Przejawem tego wydanie nazywa zauważalne zerwanie więzi pomiędzy Moskwą a Izraelem – partnerstwo to rozwinęło się po upadku ZSRS, teraz jednak w Moskwie postanowiono je poświęcić na rzecz stosunków z Iranem i krajami arabskimi. Poprzez te powiązania Kreml będzie próbował wzniecić konflikty, które będą problematyczne i bolesne dla Zachodu.

– Putin oczywiście próbuje podważyć porządek światowy, bo dla niego to jedyna strategia przetrwania – powiedział były rosyjski więzień polityczny Michaił Chodorkowski.

Podał on listę ostatnich rosyjskich zwycięstw geopolitycznych: Rosja otrzymała milczącą zgodę Stanów Zjednoczonych na przekroczenie czerwonych linii w Syrii, Stany Zjednoczone wycofały się z Afganistanu, a Ukraina otrzymała jedynie częściowe wsparcie od Zachodu.

– Z zewnątrz wygląda na to, że USA przegrają trzecią wojnę światową – mówi Chodorkowski.

Generał Richard Burrons, były dowódca sił Wielkiej Brytanii, stwierdził, że ryzyko strategicznej porażki Zachodu wzrasta ze względu na brak woli politycznej, w kwestii dostarczenia Ukrainie wystarczającej ilości broni i przywrócenia wystarczających ilości produkcji wojskowo-przemysłowej.

– Jeśli chodzi o ukrytą siłę militarną i gospodarczą, to wygląda na absolutnie niedorzeczne, że Zachód stał się zakładnikiem czegoś tak stosunkowo nieistotnego jak Rosja. Putin uważa, że jeśli będzie wystarczająco uparty, to my, słaby Zachód, cofniemy się. I może mieć rację. To nie będzie tylko wstyd. To będzie akt strategicznego samookaleczenia – powiedział.

belsat.eu

niedziela, 28 stycznia 2024



Prezydent Rosji Władimir Putin, prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka i urzędnicy Kremla stwierdzili, podczas obchodów 80. rocznicy przerwania oblężenia Leningradu, że Rosja jest w egzystencjalnym konflikcie geopolitycznym z rzekomym nowoczesnym ruchem nazistowskim, który wykracza poza Ukrainę. Putin wziął udział 27 stycznia w otwarciu pomnika ku czci sowieckich ofiar nazistowskiego ludobójstwa w obwodzie leningradzkim i skupił się głównie na utrzymujących się od dawna twierdzeniach, że Rosja walczy z „nazistami” na Ukrainie. Putin zapewnił także, że wybrane kraje przyjęły nazistowską ideologię i metody, i powiązał to twierdzenie z wieloma państwami europejskimi promującymi „rusofobię jako politykę państwa”. Putin oświadczył, że Rosja „zrobi wszystko, aby stłumić i ostatecznie wytępić nazizm” oraz przedstawił Rosję jako realizującą „aspiracje milionów ludzi… na całej planecie ku prawdziwej wolności, sprawiedliwości, pokoju i bezpieczeństwu”. Prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka również obecny na ceremonii, oświadczył, że Białoruś i Rosja „ponownie są w obliczu kwestii prawa do życia naszej cywilizacji i zachowania przodków… [i] wartości kulturowych.” Dyrektor Rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego (SVR) Siergiej Naryszkin stwierdził, że Rosja nie zatrzyma się w połowie swojej walki przeciwko obecnym zwolennikom nazizmu, a przewodniczący Dumy Państwowej Rosji Wiaczesław Wołodin wyraźnie stwierdził, że „ideologia faszystowska staje się normą… dla przywódców państw NATO”, a konkretnie oskarżył prezydenta USA Joe Bidena, premiera Kanady Justina Trudeau, premiera Wielkiej Brytanii Rishi'ego Sunaka, prezydenta Francji Emmanuela Macrona i kanclerza Niemiec Olafa Scholza, o sponsorowanie ludobójstwa na Ukrainie. Wołodin określił ten rzekomy rosnący ruch faszystowski jako „niebezpieczną ścieżkę, która może doprowadzić do nowej wojny światowej”.

Nazistowskie Niemcy oblegały Leningrad przez ponad dwa lata podczas drugiej wojny światowej, powodując śmierć około 1,5 miliona obywateli radzieckich. Putin urodził się w Leningradzie w 1952 roku, a jego dziadek został ciężko ranny podczas obrony miasta. 

(...)

Putin wyraźnie oskarżył państwa bałtyckie o przyjęcie „nazizmu”, prawdopodobnie w ramach ciągłych wysiłków Kremla mających na celu ustalenie warunków informacyjnych na wypadek przyszłej rosyjskiej agresji przeciwko członkom NATO. Putin zarzucił, że państwa bałtyckie uznały tysiące żyjących tam ludzi za „podludzi”, „pozbawiają” ich „najbardziej podstawowych praw” i poddają „prześladowaniom”. Chociaż Putin nie podał konkretnych dowodów, stwierdził, że państwa bałtyckie „prześladują” Rosjan lub rosyjskojęzycznych obywateli - urzędnicy Kremla rutynowo oskarżają rządy bałtyckie o prowadzenie „neonazistowskiej” polityki, oraz o ucisk Rosjan i rosyjskojęzycznych. Kreml historycznie wykorzystywał swoją koncepcję „rodaków za granicą”, która w niejasny sposób obejmuje etnicznych Rosjan i osoby mówiące po rosyjsku z innych grup etnicznych, aby usprawiedliwić rosyjską agresję na sąsiednie państwa.

understandingwar.org

sobota, 27 stycznia 2024



— Zespół stresu bojowego charakteryzuje wiele cech szczególnych: nadmierna czujność, zbyt silne reakcje, przytępienie emocji, zachowania agresywne, zaburzenia pamięci i koncentracji, silny niepokój uogólniony, napady złości, nadużywanie narkotyków, natrętne wspomnienia, halucynacje, zaburzenia snu, brak chęci do życia i dręczące poczucie winy — wylicza Raguzin.

Na wojnie żołnierze są narażeni — poza samą walką — na szereg czynników wywołujących stres, takich jak choćby gorąco lub zimno, hałas, wibracje, broń, promieniowanie jonizujące, słaba widoczność. Do tego dochodzi niedobór snu, złe odżywianie, złe warunki higieniczne, wyczerpanie fizyczne, choroby, frustracja seksualna, a nierzadko i stosowanie używek: kofeiny, nikotyny, alkoholu.

— Pojawiają się też stresory psychiczne. Można je podzielić na: poznawcze — nadmiar lub brak informacji, przeciążenie sensoryczne, nieprzewidywalność wydarzeń, brak czasu lub bezcelowe wyczekiwanie i bezczynność, brak wyboru — oraz emocjonalne — strach przed śmiercią, złość, poczucie winy, konflikty interpersonalne, widok martwych ciał, zabijanie ludzi itd. — mówi Raguzin.

Redakcja "Nowej Gaziety" rozmawiała z Rosjanką (prosiła o zachowanie anonimowości), której krewny niedawno wrócił z wojny w Ukrainie. Opisała go następująco:

— Bardzo się zmienił, stał się bardziej kontrolujący, wszystko sprawdza. Nie jest sobą. Nigdy wcześniej taki nie był, stał się zupełnie inną osobą. Na przykładzie moich znajomych widzę, że mężczyźni wracają straumatyzowani. Mają koszmary senne, są niespokojni, wszczynają awantury ze swoimi bliskimi, aż w końcu rodziny mają dość życia w tym piekle.

Jak donosi BBC, psychiatrzy z Centrum Psychiatrii i Neurologii im. Władimira Biechtieriewa szacują, że PTSD dotknie od 3 do 11 proc. wszystkich osób, które były na wojnie. Wśród rannych odsetek ten jest wyższy i wynosi 30 proc.

— Ja i wszyscy moi znajomi borykaliśmy się z konsekwencjami psychologicznymi, każdy tego doświadczył. W rezultacie zaostrzyły się moje choroby, miałem także udar. Po raz pierwszy zmieniło się moje postrzeganie otaczających mnie osób, pojawiła się agresja. Jeśli ktoś powiedział coś, z czym się nie zgadzałem, od razu byłem gotowy wszcząć awanturę. Nie potrafiłem odpowiednio reagować. Prześladowały mnie koszmary senne. Natrętnie nawracały wspomnienia, jakbym wciąż tam był. Nie można się z tego wyrwać, to siedzi w podświadomości — powiedział portalowi Lenta.ru Siergiej Pałkin, szeregowy z plutonu wywiadu wojskowego.

(...)

Anna Riwina podkreśla, że w Rosji nie ma danych dotyczących przemocy domowej i przez to nie sposób ocenić jej rozmiarów. — Niemniej z absolutnie potworną regularnością pojawiają się doniesienia o żołnierzach powracających z wojny i o ich zachowaniu wobec swoich rodzin oraz osób spoza nich. Morderstwa, gwałty, ciężkie przestępstwa z użyciem przemocy — takich spraw jest mnóstwo — mówi Riwina.

Rosyjskie media państwowe nie informują jednak o takich incydentach, a wiele ofiar nigdzie nie zgłasza przemocowych zachowań.

— Gwałty, bicie żon i dziewczynek, znęcanie się nad dziećmi i wszystko, co z tym związane — to wszystko pozostaje poza uwagą i wiedzą policji. Większość ofiar takich czynów zupełnie nie wie, że może bronić swoich praw. Co ważne, w czasie takich wstrząsów społecznych kobiety bardziej obawiają się, aby ich sytuacja, przy wszechobecnej nieprzewidywalności, nie zmieniła się na jeszcze gorszą, więc niestety tolerują coraz większą przemoc — dodaje Anna Riwina.

onet.pl/Nowa Gazieta


W drugiej połowie stycznia na terenie Rosji doszło do serii pożarów w obiektach przemysłowych związanych z sektorem naftowo-paliwowym – m.in. w nocy z 20 na 21 stycznia uszkodzeniu uległ zakład przetwórstwa kondensatu gazowego znajdujący się w bałtyckim porcie Ust-Ługa (obwód leningradzki). Obiekt wraz z pobliskim terminalem należy do koncernu Novatek, który produkuje i eksportuje stamtąd produkty ropopochodne – głównie surową benzynę, mazut i paliwo lotnicze. Zgodnie z dostępnymi danymi pożar objął m.in. zbiorniki na LPG i poskutkował wstrzymaniem produkcji. W nocy z 24 na 25 stycznia ogień wybuchł także na terenie rafinerii w czarnomorskim Tuapse (Kraj Krasnodarski), co doprowadziło do uszkodzenia jednej z instalacji. Zakład należy do Rosniefti, a koncern nie poinformował o skali zniszczeń.

Pożary w obu obiektach zostały poprzedzone uderzeniami ukraińskich dronów na terytorium Rosji, m.in. na magazyn paliwowy w Klińcach (obwód briański). 18 stycznia Ministerstwo Obrony FR oznajmiło też o udanym przechwyceniu bezzałogowców atakujących terminal naftowy w Petersburgu. W przypadku zakładów w Ust-Łudze i Tuapse rosyjskie władze nie określiły bezpośredniej przyczyny pożarów. Według ukraińskiej agencji informacyjnej Ukrinform oba uderzenia przeprowadziła SBU – obiekty miały zostać skutecznie zaatakowane za pomocą dronów.

Komentarz

Pomimo szczątkowych danych przekazywanych przez rosyjskie władze zniszczenia w Ust-Łudze i Tuapse najprawdopodobniej stanowią poważny problem dla firm-właścicieli uszkodzonej infrastruktury. Novatek ogłosił wstrzymanie działalności całego zakładu i ograniczenie się do eksportowania kondensatu gazowego – w ten sposób koncern pozbawia się opłacalnej marży rafineryjnej, którą zyskuje, sprzedając końcowe produkty ropopochodne. Źródła branżowe twierdzą, że wznowienie prac w Ust-Łudze może potrwać dwa miesiące, a każdy dzień przestoju generuje stratę ok. 2 mln dolarów. Obiekt przerabiał 6 mln ton gazowego kondensatu rocznie, a 70% jego produkcji stanowiła benzyna surowa. Sprzedaż z tamtejszego terminalu odpowiadała za jedną trzecią rosyjskiego eksportu tego produktu realizowanego drogą morską.

W rafinerii w Tuapse uszkodzona instalacja jest zintegrowana w łańcuch wartości kompleksu rafineryjnego. Sugeruje to, że funkcjonowanie całego zakładu może zostać wstrzymane na potrzeby oceny zniszczeń i wykonania prac naprawczych. W zeszłym roku przerabiał on średnio 186 tys. baryłek ropy dziennie, wytwarzając m.in. olej napędowy i olej opałowy. Produkcja rafinerii w 90% trafiała za granicę, głównie do Turcji i Singapuru, za pośrednictwem sąsiedniego terminalu paliwowego.

Ewentualne nasilenie ataków na obiekty rafineryjne – szczególnie te dysponujące znaczną przepustowością z przeznaczeniem na sprzedaż na krajowym rynku – mogłoby przybliżyć widmo deficytu paliw w Rosji. Tamtejszy sektor paliwowy zmaga się bowiem z trudnościami wewnętrznymi wynikającymi m.in. ze struktury branży i obciążeń fiskalnych (...). Styczniowa awaria w rafinerii Łukoilu w Niżnym Nowogrodzie – jednym z największych w kraju obiektów tego typu – doprowadziła do znacznego wzrostu giełdowych cen benzyny. Zmusiła ona władze do zasygnalizowania możliwości wprowadzenia zakazu eksportu tego paliwa w obawie przed wystąpieniem niedoborów w samej Rosji. Świadczy to o kruchości stanu równowagi pomiędzy popytem a podażą na tamtejszym rynku paliwowym, którą łatwo zaburzyć, gdy sektor czasowo traci część mocy rafineryjnych.

Zniszczenia wywołane atakami ukraińskich dronów rzutują głównie na relatywnie niewielki wycinek mocy rafineryjnych. Nie można jednak wykluczyć, że faktycznym celem uderzeń była infrastruktura służąca do przeładunku. Oba uszkodzone zakłady znajdują się bowiem w bezpośredniej bliskości terminali eksportowych. W Ust-Łudze zlokalizowany jest jeden z najważniejszych rosyjskich naftoportów, połączony z systemem rurociągowym Transniefti. Wstrzymał on pracę na kilka godzin w momencie ataku na zakład Novateku. Ewentualne uderzenie w infrastrukturę eksportową stanowiłoby mocny cios dla rosyjskiego zbytu ropy i paliw, a co za tym idzie – dla państwowego budżetu. Dochody z sektora naftowo-paliwowego to dla Rosji najistotniejsze źródło zagranicznych wpływów. Należy przy tym zaznaczyć, że ataki na infrastrukturę eksportową odbiją się także na globalnych cenach surowca i produktów ropopochodnych. Samo istnienie ryzyka uderzeń bezzałogowców już teraz przyczynia się do podnoszenia stawek za ubezpieczenie i fracht dla tankowców, które zawijają do rosyjskich portów.

osw.waw.pl

piątek, 26 stycznia 2024



Wygląda na to, że siły rosyjskie przygotowują się do przebicia się przez Awdijewkę, po tym jak nie udało im się otoczyć osady. Siły rosyjskie skupiły - ostatnio - działania ofensywne na południowej dzielnicy mieszkalnej Awdijwki i osiągnęły tam marginalne zyski. Siły rosyjskie w dalszym ciągu atakują północną i południową flankę Awdijiwki, ale w tempie znacznie niższym niż początkowe fale rosyjskich ataków zmechanizowanych na flanki Awdijwki jesienią 2023 roku. Ogólne tempo rosyjskich działań ofensywnych sugeruje, że rosyjskie siły zbrojne nadały priorytet walce przez Awdijiwę, przecznica po przecznicy od południowej dzielnicy mieszkalnej miasta, zamiast próbować dalej okrążać osadę od południowego zachodu lub północy, gdzie siły rosyjskie osiągnęły jedynie ograniczone zyski. Siły rosyjskie mogą próbować odtworzyć wyniszczające frontalne ataki lekkiej piechoty, aby osiągnąć zyski taktyczne za pomocą brutalnej siły, tak jak zrobiły to podczas bitwy pod Bachmutem, po przekroczeniu granic miasta. Maksym Morozow z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Ukrainy oświadczył 25 stycznia, że ​​siły rosyjskie zgromadziły w pobliżu Awdijki 40.000 żołnierzy i przygotowują się do zintensyfikowania działań ofensywnych przeciwko miastu. Nie jest jasne, czy tempo rosyjskiego natarcia w Awdijiwce znacząco wzrośnie. Przyszłe walki w mieście będą prawdopodobnie przypominać niedawne przypadki działań wojennych we wschodniej Ukrainie, podczas których siły rosyjskie przeprowadzały wyniszczające ataki w celu uzyskania marginalnych korzyści. Hipotetyczna utrata Awdijki przez Ukrainę nie zagroziłaby zachwianiem obrony Ukrainy obwodu donieckiego, nawet jeśli siłom rosyjskim w końcu uda się w nadchodzących miesiącach dokonać kosztownych zdobyczy taktycznych w mieście.

(...)

24 stycznia Bloomberg poinformował, że niedobory siły roboczej w Rosji spowodowały wzrost płac w sektorze prywatnym na tyle, że mogą konkurować ze stosunkowo lukratywnymi pensjami w wojsku, co prawdopodobnie sprawi, że służba wojskowa stanie się jeszcze mniej atrakcyjna dla obywateli Rosji. Bloomberg podał, że płace rosyjskich cywilów wzrosły w 2023 r. od 8 do 20 procent, oraz że rosyjscy wykwalifikowani i półwykwalifikowani pracownicy mogą teraz wybierać stanowiska w sektorze cywilnym z pensjami porównywalnymi z pensjami wojskowymi lub wyższymi. 24 grudnia 2023 roku powiązana z Kremlem placówka Izwiestia podała, że ​​dane Rosyjskiej Federalnej Państwowej Służby Statystycznej (Rosstat) i Instytutu Ekonomii Rosyjskiej Akademii Nauk wskazują, że niedobór siły roboczej w Rosji w 2023 r. wyniósł około 4,8 mln osób, a ISW oceniano wówczas, że niedobory siły roboczej w Rosji prawdopodobnie w dalszym ciągu będą zaostrzać konkurencyjne wysiłki Kremla, mające na celu zwiększenie rosyjskiej produkcji gospodarczej i generowanie nowych sił. ISW oceniło wcześniej, że Rosja w dalszym ciągu boryka się z niedoborami zarówno wykwalifikowanej, jak i niewykwalifikowanej siły roboczej, co dodatkowo pogłębia niekonsekwentna retoryka Kremla wobec Rosjan, którzy uciekli z Rosji z powodu wojny i pracowników migrujących do Rosji. 

(...)

25 stycznia prezydent Rosji Władimir Putin demonstracyjnie udał się do Kaliningradu w związku z niedawnymi wysiłkami Kremla mającymi na celu ustalenie warunków informacyjnych na wypadek przyszłej rosyjskiej agresji na kraje bałtyckie. Putin w szczególności potępił „sąsiadów” Rosji, którzy usuwają radzieckie pomniki II wojny światowej i pomniki poświęcone XIX-wiecznemu rosyjskiemu poecie Aleksandrowi Puszkinowi i zauważył, że te usunięcia świadczą o „oszałamiającej ignorancji” mającej złe konsekwencje. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow stwierdził, że wizyta Putina w Kaliningradzie i jego wizyta w Bałtyckim Uniwersytecie Federalnym im. Kanta nie są wiadomością dla NATO, ale raczej częścią wykonywania przez Putina swojej pracy. 

understandingwar.org


Jarosław Kaczyński znowu wyrwał się na sejmową mównicę "bez żadnego trybu" i znowu marszałek Hołownia do tego dopuścił. Ze strony Hołowni to chyba taktyka, która ma nie pozwolić na twierdzenia, że głos szefa największej sejmowej partii jest w jakikolwiek sposób blokowany. Prezes z kolei żadnej taktyki chyba nie ma i po prostu wyrzuca z siebie to, co nagle przyjdzie mu do głowy. Tym razem "odpalił" go Michał Kołodziejczak, który z mównicy sejmowej zarzucił PiS-owi kompletną bierność w sprawach rolnictwa w czasie, kiedy rządzili. Prezes wyszedł i najpierw, uderzając w pulpit, uciszał zirytowany salę, a potem wygłosił:

— Po tych ośmiu latach waszych rządów, to naprawdę i 20 nie starczy, żeby ten potworny bałagan, żeby tu gorszych słów nie użyć, naprawić. I pan, młody człowieku, powinien o tym pamiętać — wyhuczał prezes z mównicy (jak później mówił potem Donald Tusk w ławach poselskich prezes nie użył słów "młody człowiek" tylko "gówniarz") i opuścił salę plenarną Sejmu.

Opuścił ją wyłącznie po to, żeby w bojowym nastroju spotkać się z dziennikarzami. Tu powiedział wszystko, co mu leżało na sercu. Było zatem o tym, że Mariusz Kamiński był w więzieniu torturowany i że to polecenie musiało zapaść na samej górze, czyli Donald Tusk podjął decyzję. Zapewne osobiście premier rozważał jaką metodą ma być dokarmiany więzień odmawiający przyjmowania pokarmów. Politycy PiS rzucili się tłumaczyć, że Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, że "intubacja" przez nos to tortury. Przy okazji pomylili intubację z założeniem sondy, a to dwie różne procedury, ale co ciekawe powołali się na orzeczenie, które dotyczyło sprawy o spowodowanie u zatrzymanego wymiotów, aby odzyskać przemycane przez niego w żołądku narkotyki. Nie chodziło o sondy służące do odżywiania, które na przykład powszechnie stosuje się w szpitalach. Rzeczywiście w przypadku rozpatrywanym przez Trybunał środki podane zostały przez nos, ale chodziło o to, że nie można przeprowadzić procedury medycznej w celu uzyskania dowodów i o to jaki przymus zastosowano. Ale skoro prezes mówi "tortury", to trzeba iść w tortury.

Dalej były także zbrodnie. Ponieważ do tego fragmentu wypowiedzi prezesa odniósł się Szymon Hołownia, pytając retorycznie, czy za zbrodnię nie powinien zostać rozstrzelany, to natychmiast posłowie PiS pospieszyli z tłumaczeniem, że "zbrodnią jest czyn zabroniony zagrożony karą pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat trzech albo karą surowszą".

Ale — co ciekawe ten fragment pomijają nie tylko posłowie PiS, ale także prawicowe media — prezes zaczął opowiadać o tym, jak gestapo torturowało jego wuja, który dożył mimo wszystko 90. lat. Zdaje się, że porównanie polskiego więzienia do katowni gestapo to nawet dla członków PiS karkołomna intelektualnie historia i wolą zwyczajnie udawać, że te słowa nie padły.

Dalej zaczynają się już polityczne dywagacje prezesa Kaczyńskiego, które — niestety dla partii — przerodzą się w polityczne strategie Prawa i Sprawiedliwości. Prezes wymyślił, że sytuacja jest tak poważna, że konieczne są wcześniejsze wybory. Natychmiast. Rząd musi ustąpić, wybrany zostanie nowy, przejściowy gabinet i rozpisane zostaną wcześniejsze wybory. Problem prezesa polega na tym, że Donald Tusk nie wygląda na człowieka, który chciałby słuchać poleceń prezesa Kaczyńskiego i raczej nie zamierza podać swojego rządu do dymisji na jego życzenie.

onet.pl


Amerykańskie instalacje wysłały w świat w zeszłym roku 92 mln ton LNG, a USA stały się tym samym największym eksporterem skroplonego gazu na świecie, wyprzedzając Katar i Australię. Największymi eksporterami okazali się Cheniere, Freeport LNG i Venture Global. I to ta ostatnia firma stała się adresatem najpierw szeregu pretensji, a potem i pozwów do arbitrażu ze strony odbiorców. 

Zarzucają oni amerykańskie firmie bardzo, ale to bardzo nieładne praktyki z wykorzystaniem force majeure, czyli siły wyższej. To nie pierwszy taki przypadek w historii handlu LNG i aby lepiej go opisać, cofniemy się do 2021 roku. Rosja, zabezpieczając sobie – we własnym mniemaniu – tyły przed napaścią na Ukrainę i prąc do uruchomienia Nord Stream 2, zaczęła dostarczać gaz europejskim odbiorcom nie z rurociągów, ale z magazynów zlokalizowanych w UE. Pozornie wszystko było w porządku, wolumen dostaw się zgadzał, ale manewr był czytelny – zimą Europa miała zależeć od bieżących dostaw, a nie od gromadzonych zapasów.

W rezultacie ceny na rynku zaczęły rosnąć, a wiele państw zaczęło poszukiwać dodatkowych dostaw LNG na już, czyli na rynku spot. Skroplony gaz stał się towarem, za który odbiorcy byli gotowi płacić niemal dowolną cenę ze względu na rosnące ryzyko wojny na Ukrainie. Znaleźli się więc tacy, co postanowili na tym dodatkowo zarobić. 

Taką właśnie historię opisał kilka tygodni temu po długim dziennikarskim śledztwie Bloomberg. Otóż w 2021 roku szefostwo jednego z czołowych światowych traderów – firmy Gunvor poleciło szukać okazji. Po przeglądzie kontraktów Gunvor znalazł ofiarę na tyle słabą, by nie spodziewać się z jej strony jakichś większych problemów. Padło na Pakistan, kraj biedny, niestabilny, o niskiej wiarygodności finansowej, będący jednocześnie sporym, acz niezbyt znaczącym odbiorcą LNG (ale spokojnie, o drugim kraju na „P” – Polsce – piszemy nieco dalej).

Tak się składało, że pakistańska gospodarka jest mocno uzależniona od gazu. To największe źródło energii pierwotnej, paliwo do elektrowni i dla przemysłu, a jako CNG najpopularniejszy napęd pojazdów. Budowa dwóch terminali i import LNG pozwoliło w ubiegłej dekadzie nieco rozruszać pakistańską gospodarkę.

Gunvor miał jednak stwierdzić, że kontraktowa ochrona odbiorcy jest na tyle słaba, iż gra jest warta świeczki, czyli dodatkowej gotówki. W efekcie, kiedy w lutym 2022 roku wojna rzeczywiście wybuchła, a ceny gazu wystrzeliły, Gunvor zerwał kontrakt, twierdząc, że Pakistan nie zapłacił całości należności.

Pięć ładunków dla Islamabadu poszło na spocie. Według Bloomberga, cena kontraktowa dla Pakistanu wynosiła około 200 mln dolarów, a Gunvor na spocie dostał za ten gaz 600 mln. I być może nawet zapłacił Pakistańczykom jakąś umowną karę. Gunvor za 2021 rok zaraportował 726 mln dolarów czystego zysku, twierdząc, że to głównie dzięki handlowi LNG. A w 2022 – kwota wzrosła do 2,36 miliarda. 

Traderska firma oczywiście zaprzecza, tłumacząc się po prostu awariami terminali LNG. Tyle, że nie jest w stanie wykazać, że gaz z tych terminali miał trafić do Pakistanu.  

Tropy wiodą także do włoskiego ENI, które także nie dostarczyło Pakistanowi gazu. I także zaprzecza, że postanowiło zarobić na boku kosztem słabego i biednego.

Pakistan pozwał obie firmy do arbitrażu w Londynie, nie zmienia to jednak faktu, że decyzje traderów zepchnęły 240-milionowy kraj praktycznie z powrotem do przysłowiowego średniowiecza. Co prawda import LNG jedynie domykał popyt na gaz w Pakistanie, ale wystarczyło  to by stanęły fabryki, cieszących się renomą na świecie, tekstyliów, a momentami i gazowe elektrownie. Brakowało prądu i paliwa (CNG!) do samochodów i autobusów. O nawozach nie wspominając. 

Pakistan miał kontrakt z Qatargasem, i podpisał z Katarczykami kolejny. Katar  wywiązywał się ze swoich zobowiązań, ale gazu cały czas brakowało i brakuje. Przez 2023 rok władze w Islamabadzie desperacko próbowały dokupić LNG, rozpisując przetargi. Po czym je anuluowały, bo nie zgłaszał się nikt chętny. Gazu cały czas brakuje, fabryki stoją zamknięte.

Wiele wskazuje, że na podobny pomysł co traderzy z Gunvora wpadli Amerykanie z firmy Venture Global – w zeszłym roku trzeciego co do wielkości eksportera LNG z USA. Pod koniec marca 2023 roku VG ogłosiło force majeure dla kończonego terminala skraplającego Calcasieu Pass. Na czym siła wyższa miała polegać? Na opóźnieniu w oddaniu terminala do eksploatacji z powodu jakichś tam problemów z zasilającą go elektrownią. Terminal miał ruszyć najpierw w 2021, potem w 2022, a w końcu w I kwartale 2023. Force majeure zwiększało opóźnienie o rok. Mało tego, we wrześniu VG ogłosiło kolejną siłę wyższą, trwającą do końca 2024! Firma miała całą masę długoterminowych kontraktów z wieloma klientami. Problem w tym, że były zawierane parę lat wcześniej i ceny w nich z pewnością nie odzwierciedlały obecnej sytuacji. 

Pierwszy nie wytrzymał włoski Edison, już w maju 2023 składając pozew do arbitrażu przeciwko VG. Włosi zarzucili amerykańskiej firmie, że pod płaszczykiem siły wyższej wobec długoterminowych kontraktów, leje gaz do tankowców i sprzedaje go na spocie z sowitym przebiciem. Edison uruchomił lawinę, bo w ślady Włochów poszli inni duzi klienci: Shell, BP, Repsol czy Sinopec. Jesienią zeszłego roku posypały się pozwy do arbitrażów oraz skargi do Komisji Europejskiej i amerykańskiego regulatora FERC. 

Co ciekawe, z danych amerykańskiego Departamentu Energii ma wynikać, że z Calcasieu Pass w świat popłynęła całą masa skroplonego gazu. W 2022 roku były to 103 metanowce, wiozące ponad 6 mln ton LNG, a do połowy 2023 – kolejnych 78 z 4,75 mln ton. Całkiem nieźle jak na instalację, która oficjalnie jeszcze nie działa, a jest w fazie rozruchu. Biorąc pod uwagę ceny spot, można oszacować, że ekstra zarobek na jednym metanowcu przekraczał 30 mln dolarów!

I tutaj pojawia się polski ślad w całej historii. Otóż w 2023 roku ruszyć miały dostawy gazu od VG dla PGNiG, czyli dziś Orlenu. I nie ruszyły. Orlen oficjalnie nadal milczy, ale nieoficjalnie wiadomo, że koncern także poszedł do arbitrażu, bo Venture Global nie dostarczyło mu 20 ładunków LNG. Co ciekawe, mimo, że pogłoski o zachowaniu VG musiały już obiegać rynek, amerykańska firma zyskiwała następnych klientów, w tym niemieckie SEFE, czyli znacjonalizowany Gazprom Germania.

wysokienapiecie.pl

czwartek, 25 stycznia 2024



Bogaci Rosjanie, którzy zarobili pieniądze na wywołanej wojną restrukturyzacji gospodarki, masowo inwestują w drogie mieszkania — zwłaszcza w Moskwie. Kupno nieruchomości w Europie jest trudne, a obawy z pierwszego roku wojny należą już do przeszłości.

Popyt na zakup gotowych drogich mieszkań wzrósł tak bardzo, że sprzedający prawie przestali się targować, jak twierdzą analitycy agencji nieruchomości Intermark.

Obecnie średni rabat udzielany na zakup luksusowego mieszkania na rynku wtórnym znajduje się na poziomie najniższym od trzech lat — wynosi tylko 1,8 proc. Jak zauważają eksperci firmy, na początku roku sięgał 8 proc.

Szczyt zniżek przypadł na drugą połowę 2022 r. Latem pierwszego roku pełnoskalowej inwazji na Ukrainę zamożni Rosjanie masowo wyjeżdżali z kraju, a tych, którzy zostali, nie było stać na kosztowne zakupy. Sprzedawcy drogich mieszkań dawali wówczas upust w wysokości średnio 10 proc. Niektórzy zgadzali się na 15-20 proc., a po ogłoszonej we wrześniu częściowej mobilizacji zniżki sięgały nawet 40 proc., jeśli nieruchomość musiała być sprzedana w trybie pilnym.

Jednak już wiosną 2023 r. popyt na drogie mieszkania — zarówno na wynajem, jak i na zakup — zaczął szybko rosnąć, jak wynika z raportów agencji konsultingowych.

Część rosyjskich milionerów wróciła do kraju ze Zjednoczonych Emiratach Arabskich i innych krajów, w których "zimowali". Inni nie chcą żyć za granicą z powodu sankcji i ograniczeń dla Rosjan, a niektórzy po prostu dobrze zarobili, jak mówi moskiewski pośrednik w handlu nieruchomościami. — W kraju było dużo do zarobienia. W rezultacie pod koniec 2023 r. sprzedawaliśmy szybciej i drożej niż przed wojną — twierdzi ekspert, który zajmuje się obiektami droższymi niż 1 mln dol. (4 mln zł).

Jak podaje Intermark, najczęstszymi nabywcami luksusowych nieruchomości były osoby związane z substytucją importu, handlem i zaawansowanymi technologiami.

W ostatnim kwartale 2023 r. liczba transakcji związanych z kupnem drogich mieszkań była o 40 proc. wyższa niż w pierwszym kwartale. Jednym z powodów wysokiej aktywności kupujących jest popyt stłumiony w 2022 r., jak twierdzi Dmitrij Chalin, dyrektor generalny i partner zarządzający w agencji Intermark.

Po tym, jak Bank Centralny Federacji Rosyjskiej podniósł stopy procentowe, popyt na drogie nieruchomości — zwłaszcza na nowe budynki — spadł. W listopadzie transakcje związane z luksusowymi mieszkaniami w Moskwie były o ok. 15 proc. niższe niż w październiku. Na rynku wtórnym spadek nie przekroczył kilku procent.

Jednak już w grudniu rynek zaczął się odradzać — zgadzają się pośrednicy w handlu nieruchomościami i niezależni eksperci, z którymi rozmawiali dziennikarze portalu The Moscow Times. Powodem takiej zmiany jest nadzieja kupujących na zaoszczędzenie pieniędzy na inflacji, brak możliwości zakupu nieruchomości w większości europejskich krajów, a także fakt, że w ciągu roku ceny nowych luksusowych budynków znacznie wzrosły — o prawie 30 proc., do 1,1 mln rubli (według aktualnego kursu 50.219,04 zł) za m kw.

Na rynku wtórnym średnia cena za m kw wzrosła tylko o 9 proc., do 790 tys. rubli (35 tys. zł). Taka różnica również stymuluje zainteresowanie rynkiem wtórnym w Moskwie, zwłaszcza ze strony nabywców z regionu.

onet.pl


Ceny zezwoleń na emisję dwutlenku węgla poszły w dół od początku tego roku już o 18,8 proc. Natomiast licząc od ostatniego szczytu z kwietnia ubiegłego roku, spadek przekracza już 35 proc. Uprawnienia te są obecnie najtańsze od marca 2022 r.

Taki spadek to spora korzyść dla polskiego sektora energetycznego, bo oznacza także spadek poziomu kosztów produkcji prądu. Pomaga on tym samym podtrzymywać obserwowany już od wielu miesięcy trend spadkowy cen energii na polskim rynku hurtowym, czyli na Towarowej Giełdzie Energii. W przyszłości być może także dzięki niemu uda się odmrozić ceny prądu dla gospodarstw domowych bez konieczności wprowadzania bolesnych podwyżek tych cen.

Według Bloomberga wyraźny spadek cen zezwoleń na emisję CO2 to efekt uboczny rozwoju w Europie odnawialnych źródeł energii. Dzięki nim popyt na węgiel, czy też gaz, czyli źródła związane z emisją CO2, spada. Maleje więc też zapotrzebowanie na zezwolenia, co przyczynia się do spadku cen.

W ubiegłym roku w Unii Europejskiej zainstalowano i uruchomiono panele słoneczne o łącznej mocy 51 GW – to aż o 87 proc. więcej niż w 2021 r. Z kolei łączna emisja dwutlenku węgla w sektorze energetycznym wg analiz firmy Kayrros zmalała w ubiegłym roku o 23 proc.

Do spadku emisji przyczynia się też ciągle niezbyt dobra kondycja przemysłu w Europie, który zwłaszcza w Niemczech pogrążony jest w długotrwałej recesji.

businessinsider.com.pl

środa, 24 stycznia 2024



Wynik tajwańskich wyborów ma decydujące znaczenie dla relacji wyspy z Chinami, które zgłaszają roszczenia do całości terytorium pod administracją Republiki Chińskiej i nie wykluczają użycia siły w celu zdobycia nad nim kontroli. Rezultat przeprowadzonego głosowania stanowi też element chińsko-amerykańskiej rywalizacji w Azji Wschodniej (...). Choć wszyscy trzej kandydaci i ich partie opowiadają się za utrzymaniem status quo oraz uważają, że o przyszłości Tajwanu można rozstrzygnąć tylko w drodze negocjacji i demokratycznie wyrażonej zgody samych Tajwańczyków, to jednak różnią się głoszonymi koncepcjami dotyczącymi sposobów osiągnięcia tego. DPP jest za zwiększeniem zdolności obrony, dywersyfikacją stosunków gospodarczych oraz pogłębianiem relacji z USA i ich sojusznikami – przede wszystkim Japonią. KMT uważa, że obok poszerzenia potencjału militarnego należy zacieśniać więzi gospodarcze i społeczno-kulturowe z Chinami, co ma łagodzić napięcia. Ugrupowanie to nie wyklucza przy tym zjednoczenia z ChRL w przyszłości pod warunkiem jej demokratyzacji. TPP również postuluje zwiększenie wydatków na obronę (do 3% PKB), ale uważa, że konieczne jest wypracowanie jakiegoś kompromisu z Pekinem, jednak w tej kwestii liderzy partii nie podają szczegółów.

Zwycięstwo DPP oznacza, że nie dojdzie do żadnego zwrotu w stosunku Tajwanu do Chin. Tajpej nadal będzie pogłębiał relacje z Waszyngtonem i jego sojusznikami, dążył do podpisania umów o wolnym handlu z USA i UE oraz wstąpienia do regionalnych inicjatyw integracji gospodarczych, a równocześnie rozbudowywał siły zbrojne. W takiej sytuacji nie ma mowy o podejmowaniu przez rządzącą DPP działań, które mogłyby zostać zinterpretowane jako formalna deklaracja niepodległości.

Wyniki głosowania są oznaką kryzysu obydwu głównych partii politycznych Tajwanu – DPP i KMT, które dzięki systemowi politycznemu opartemu na jednomandatowych okręgach wyborczych i zasadzie prostej większości stworzyły na wyspie duopol. Kandydat DPP po raz trzeci z rzędu zwyciężył w wyborach prezydenckich, co świadczy o utrzymywaniu się silnego poparcia dla tej partii i jej programu wobec Chin. Ulega ono jednak erozji wśród wyborców rozczarowanych niespełnionymi obietnicami w sferze społeczno-ekonomicznej. Tajwańczycy, zwłaszcza ci dopiero rozpoczynający dorosłe życie, są niezadowoleni ze stagnacji płac, z długiego czasu pracy i ograniczonych praw pracowniczych, drogich mieszkań i słabej ochrony najemców oraz rosnącego rozwarstwienia dochodowego. Paradoksalnie, dla młodego pokolenia, które w przeważającej większości przyjęło tożsamość tajwańską, sprawa odrębności Tajwanu pozostaje rozstrzygnięta, a od polityków oczekuje ono podjęcia również kwestii bytowych. Jeżeli DPP chce w następnych wyborach utrzymać prezydenturę i odzyskać parlament, będzie musiała poważnie potraktować własne postulaty reform społeczno-ekonomicznych.

Mimo oczywistych bolączek wyborców KMT nie była w stanie przekonać do siebie większości głosujących. Chociaż w swojej powyborczej narracji twierdzi, że zwycięstwo odebrał jej udział w wyborach kandydata TPP, to w rzeczywistości partia stoi przed problemem dalszego istnienia reprezentacji chińskich nacjonalistów w państwie, w którym wyłącznie za Chińczyków uznaje się mniej niż 3% badanych. Program KMT zakładający równoczesne zacieśnianie współpracy gospodarczej z ChRL i de facto sojuszu z USA jest sprzeczny wewnętrznie i poza twardym elektoratem nie budzi zaufania. Mało prawdopodobne wydaje się, aby partia mogła przyciągnąć do siebie gros wyborców Ko Wen-je (TPP) – w większości młodych ludzi uznających się wyłącznie za Tajwańczyków i niechętnych związkom z Chinami. Wprawdzie głosowali oni na TPP, aby ukarać DPP, ale nie przenieśliby swojego poparcia na KMT. Partii Narodowej grozi utrata w przyszłości roli jednego z dwóch głównych stronnictw politycznych na rzecz TPP. Baza wyborcza KMT gwałtownie się starzeje – jedyna grupa wiekowa, w której partia ta odniosła sukces, to osoby powyżej 60. roku życia, natomiast w najmłodszej zdobyła tylko symboliczne poparcie. Konkurencja między KMT i TPP będzie też negatywnie wpływać na możliwość ścisłej współpracy tych ugrupowań w opozycji wobec rządów DPP.

DPP, mimo utraty większości parlamentarnej i skromnego zwycięstwa jej kandydata na prezydenta, utrzyma władzę, jednak będzie musiała układać się z opozycją. Na Tajwanie obowiązuje system charakteryzowany jako półprezydencki i to głowa państwa mianuje premiera, który powołuje ministrów – nie musi on uzyskać wotum zaufania ze strony parlamentu. Yuan Ustawodawczy ma kompetencję odwołania szefa rządu, ale w odpowiedzi na to prezydent może ponownie mianować wybraną przez siebie osobę lub rozpisać nowe wybory parlamentarne. W podzielonym parlamencie rolę języczka u wagi będzie odgrywać TPP i nie należy się spodziewać, że zaryzykuje ona swoją pozycję, głosując za odwołaniem premiera, co mogłoby pociągnąć za sobą ogłoszenie wyborów. W efekcie DPP zachowa kontrolę nad egzekutywą i polityką zagraniczną. Ze względu na brak większości mandatów Partii Narodowej nie będzie łatwo blokować agendę ustawodawczą rządu, ale DPP i tak będzie musiała szukać szerokiego ponadpartyjnego kompromisu albo wchodzić w taktyczne porozumienia z TPP. Obu ugrupowaniom – zarówno TPP, jak i KMT – trudno będzie głosować przeciwko popularnym programom społecznym lub wzrostowi wydatków na obronę, co postulowały w czasie kampanii wyborczej wszystkie partie.

Pekin wydaje się niezdolny do porzucenia strategii wobec Tajwanu opartej na połączeniu presji militarnej i zachęt gospodarczych, wspartych kampanią dezinformacyjną. Działania te już w trzecim cyklu wyborczym na wyspie nie przynoszą oczekiwanego rezultatu w postaci powrotu do władzy KMT, preferowanej przez Pekin. Jednak ich kontynuacja wynika przede wszystkim z uwarunkowań wewnętrznych ChRL. Dążenie do „zjednoczenia” Tajwanu z Chinami to jeden z elementów budowy legitymizacji KPCh, a wobec rosnących postaw nacjonalistycznych przywódcy muszą utrzymać ostrą retorykę, wspieraną demonstracjami siły. Pekin będzie jednak działał ostrożnie, aby nie zaprzepaścić niedawno ustabilizowanych relacji z Waszyngtonem (...).

Również USA nie chcą prowokować Chin. Po wyborach na Tajwanie administracja Joego Bidena wysłała tam jedynie nieformalną reprezentację, składającą się z emerytowanych urzędników: byłego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Stephena Hadleya i byłego zastępcy sekretarza stanu Jamesa Steinberga. Pekin wyraża w związku z tym rytualne oburzenie i sprzeciw, ale reakcje te wydają się przede wszystkim odpowiadać na potrzeby chińskiej opinii publicznej. W propagandzie zagranicznej ChRL podkreśla niski wynik Lai Ching-te, który ma wskazywać na brak legitymizacji DPP do rządzenia, lecz jednocześnie prowokuje pytania o legitymizację wyborczą samych przywódców KPCh. Zdaje się więc, że temat ten nie będzie mógł być eksploatowany zbyt długo, zwłaszcza że nie rezonuje zbyt dobrze na samym Tajwanie.

Dwa dni po wyborach wyspiarskie państwo Nauru ogłosiło przeniesienie uznania dyplomatycznego z Republiki Chińskiej (Tajwan) na ChRL. W efekcie grupa państw utrzymujących stosunki dyplomatyczne z Tajwanem zmalała z 13 do 12. Tajpej antycypował ten ruch od dłuższego czasu – od zmiany koalicji rządzącej na Nauru – ale jego termin najpewniej wynika z presji Pekinu. Sama utrata tego pacyficznego partnera nie zaszkodzi Lai Ching-te, ponieważ tajwańska opinia publiczna rozumie, że realne znaczenie dla bezpieczeństwa państwa mają nieformalne relacje z USA i ich sojusznikami. Całe wydarzenie pokazuje mocno ograniczone możliwości Chin oddziaływania na Tajwan.

W okresie krótko- i średnioterminowym wynik wyborów nie wpłynie na zmianę stosunków między Tajwanem a Chinami. Choć będą one nadal napięte, to obydwu stronom zależy na utrzymaniu ich poniżej progu bezpośredniego konfliktu. Tajpej nie chce eskalować napięcia i prowokować Pekinu, a ChRL nie jest gotowa do konfrontacji z USA, do której nieuchronnie doszłoby w razie walk w Cieśninie Tajwańskiej. W dłuższej perspektywie dalsze zaognienie relacji wydaje się jednak nieuniknione. Wynika to nie tylko z sytuacji globalnej i rosnącej rywalizacji chińsko-amerykańskiej, lecz także z uwarunkowań wewnętrznych na Tajwanie i w Chinach. Od demokratyzacji w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku główna oś podziałów ideologicznych przebiegała na Tajwanie pomiędzy nacjonalizmem chińskim KMT a rosnącym tajwańskim, który reprezentuje DPP. Zwycięstwo tego drugiego i okrzepnięcie odrębnej tożsamości tajwańskiej (można wręcz mówić o formowaniu się narodu tajwańskiego) oznacza przesunięcie się osi sporu politycznego na kwestie socjoekonomiczne. Równocześnie generuje to nowy konflikt między tajwańskimi aspiracjami narodowymi a Chinami, gdzie KPCh próbuje oprzeć autorytarne rządy na hańskim nacjonalizmie.

osw.waw.pl

wtorek, 23 stycznia 2024



Ukraińskie drony po raz kolejny skutecznie zaatakowały obiekty przemysłowe położone w głębi Rosji. Najbardziej spektakularne uderzenie miało miejsce w nocy z 20 na 21 stycznia – doszło wówczas do trafienia zakładu przetwórstwa kondensatu gazowego w Ust-Łudze w obwodzie leningradzkim i do ogromnego pożaru. Obiekt ten należy do koncernu Novatek, a jego funkcjonowanie zostało wstrzymane na nieokreślony czas. Atak przyniósł firmie, której właściciele są blisko związani z Kremlem, znaczne straty finansowe, a w dalszej perspektywie może doprowadzić do powstania dużych problemów logistycznych. Poza terminalem w Ust-Łudze bezzałogowce zaatakowały w ostatnich dniach także obiekty w Petersburgu oraz w obwodach briańskim, orłowskim, smoleńskim i tulskim, w tym zakłady zbrojeniowe w Tule i zbiornik paliwowy w Klińcach. Uderzenia te świadczą o rosnących możliwościach ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego w zakresie produkcji dronów, które są w stanie skutecznie razić słabo osłonięte obiekty infrastruktury przemysłowej oddalone o ok. 1 tys. km.

(...)

Obrońcy systematycznie rozbudowują pododdziały dronów uderzeniowych. 16 stycznia porucznik Robert Browdi „Madziar” – jeden z najbardziej znanych ukraińskich operatorów bezpilotowców – ogłosił rozbudowę swojego pododdziału do szczebla batalionu. Odtąd 414 Samodzielny Batalion Dronów Uderzeniowych ma operować w ramach zgrupowania piechoty morskiej. O rozbudowie podobnych pododdziałów informują także inne jednostki, m.in. przebywająca na rotacji 3 Brygada Szturmowa. Świadczy to o wyciągnięciu przez Ukraińców wniosków z niepowodzenia ofensywy letniej w 2023 r. i zapoczątkowaniu przez nich systemowych zmian w organizacji armii, uwzględniających ogromny wzrost znaczenia bezzałogowców i systemów walki radioelektronicznej.

Zastępca szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego Wadym Skibicki przyznał 17 stycznia, że obserwowane działania mobilizacyjne w Rosji są na tyle skuteczne, że przeciwnikowi udaje się uzupełniać na bieżąco poniesione straty. Odnosząc się do pogróżek Kremla, grożącego agresją na państwa bałtyckie, stwierdził, że rezerwy ludzkie i materiałowe agresora są niewystarczające, aby prowadzić operacje strategiczne na dwóch czy trzech kierunkach jednocześnie.

osw.waw.pl

poniedziałek, 22 stycznia 2024



Dochodzenie przeprowadzone przez rosyjską opozycję sugeruje, że rosyjskie elity mogły zaakceptować i zinternalizować wewnętrzne konsekwencje wojny Rosji na Ukrainie. Rosyjska opozycja „Wierstka”, cytując anonimowych rozmówców z rosyjskich elit, podała, że ​​rosyjskie elity coraz częściej narzekają, że wakacje w Rosji i za granicą w „przyjaznych krajach” stają się coraz droższe. Rozmówca Wiertki zauważył, że wiele rosyjskich elit zajmujących się sprawami wojskowymi i rządowymi pragnie szybkiego zakończenia wojny pod warunkiem uznania przez Ukrainę nielegalnej aneksji przez Rosję obwodów donieckiego, ługańskiego, chersońskiego i zaporoskiego, czego pragną elity. Rosja „wykończy” Ukrainę, aby Rosja mogła zająć się planowaniem nowej przyszłości w izolacji od Europy. "Wierstka" zacytowała rosyjskiego politologa Ilję Graszczenkowa, który zauważył, że nadchodzące wybory prezydenckie w Rosji w marcu 2024 r. nie elektryzują rosyjskich elit politycznych, jak liczyła Administracja Prezydenta, ponieważ większość rosyjskich elit postrzega wynik wyborów jako z góry ustalony i nie przewiduje większych zmian w tym zakresie. (...) Graszczenkow zauważył, że „nowe” elity, które doszły do ​​władzy w wyniku rosyjskiej inwazji na Ukrainę, zdały sobie sprawę, że nie będą w stanie zdobyć większych wpływów, a „stare” elity rozumieją, że mają ograniczoną kontrolę polityczną. Wierstka określił nastroje rosyjskich elit jako „apatyczne”, co sugeruje, że wiele rosyjskich elit zinternalizowało i zaakceptowało społeczne konsekwencje wojny. ISW już wcześniej informowała o badaniach opinii publicznej w Rosji, które podobnie wykazały znaczny stopień internalizacji skutków wojny w kraju i poparcia dla niej.

understandingwar.org

piątek, 19 stycznia 2024



Chińskie restrykcje nakładane na prywatne firmy technologiczne mają twarz założyciela Alibaby – Jacka Ma, który swoimi wypowiedziami rozzłościł władze. Miliarder został przykładnie ukarany, a jego firmie mocno uszczuplono majątek. O represjach względem innych przedsiębiorstw aż tak wiele nie dyskutowano, co nie znaczy, że nie wystąpiły. Oberwało się nie tylko gigantom, czyli Baidu, Alibabie, Tencentowi, Xiaomi czy Didi, ale obostrzenia dopadły także wyglądające dość niewinnie Meituan (chiński Grupon) czy Xiaohongshu (chiński Instagram).

Prywatne firmy technologiczne w postrzeganiu Pekinu stanowią zagrożenie dla szeroko rozumianych wpływów partii na gospodarkę i społeczeństwo. Pod płaszczykiem sloganu „niekontrolowanej ekspansji kapitału” władze od dwóch lat na różne sposoby uprzykrzają im życie. Wstrzymywano bowiem emisje akcji na chińskich i zagranicznych parkietach. Nakładano kary za prowadzenie działań monopolistycznych. Odmawiano licencji na sprzedaż. Zakazywano fuzji, a nawet rejestracji nowych użytkowników. Firmy są zmuszane do przekazywania datków na rzecz funduszy tzw. „wspólnego dobrobytu”, co w rzeczywistości oznacza transfer środków z sektora prywatnego do podmiotów państwowych.

Restrykcje wprowadzane przez Pekin uderzyły bezpośrednio w majątki właścicieli firm. Niektórzy zostali pozbawieni udziałów w swoich własnych spółkach. Dla przykładu, wspomniany Jack Ma musiał zredukować udziały w Alibabie do około 5 proc. (był udziałowcem większościowym). Ograniczenia dotknęły też drobnych akcjonariuszy. Chińczycy w ostatnich latach ochoczo inwestują na giełdzie, a IPO spółek technologicznych mogło stać się dla wielu drogą do powiększenia majątku. Nierzadko zaciągali pożyczki na zakup akcji firm, które do niedawna uważano za pewniaki. Pekin wstrzymując emisje akcji, ukrócił możliwości szybkich zarobków z giełdy.

Kampania władz nie zakończyła się na uszczupleniu firmowych skarbców i ograniczeniu obywatelom możliwości wzbogacenia się. Prawdopodobnie ważniejsze od pieniędzy dla partii jest zachowanie pełnej kontroli nad firmami technologicznymi, co szybko odbiło się na ładzie korporacyjnym tych podmiotów. Pekin wprowadził swoich ludzi do spółek, a także stał się właścicielem specjalnych akcji (tzw. złota akcja), które przyznają spore możliwości oddziaływania na firmę, w tym opcję zgłaszania weta w przypadku strategicznych decyzji. Ponadto w wielu spółkach technologicznych (i nie tylko) funkcjonują komitety partyjne zrzeszające pracowników, którzy zapisali się do Komunistycznej Partii Chin. Chociaż firmy starają się uspakajać inwestorów, że ich powiązania z władzą są nieszkodliwe dla ich biznesów. Inwestorzy nie dają jednak wiary tym tłumaczeniom, co widać po spadkach notowań spółek.

Nie można pomijać jeszcze jednego aspektu kontroli Pekinu nad gigantami technologicznymi, jakim jest szeroki dostęp do danych, które zbierają platformy. Władze usilnie zachęcają obywateli, aby korzystali z nowych technologii. Obecnie szacuje się, że około miliard Chińczyków korzysta z Internetu. Zgromadzone przez największych graczy niejednokrotnie wrażliwe dane obywateli stanowią ogromną bazę, z której władze mogą korzystać na różne sposoby. I tak dla przykładu, krótkoterminowo pewne braki technologiczne w uczeniu maszynowym mogą równoważyć dużą ilością danych wejściowych, co daje sporą przewagę nad Zachodem.

(...)

Kolejny cios w chiński sektor technologiczny przyszedł z USA. Branża, niegdyś magnes dla amerykańskiego kapitału, obecnie doświadcza znacznego ograniczenia jego napływu z powodu eskalacji napięć geopolitycznych. W ciągu ostatnich dwóch lat inwestorzy ograniczyli zaangażowanie, co odbiło się na ogólnych nastrojach w gospodarce.

Waszyngton wydał w sierpniu zakaz nowych inwestycji amerykańskich w Chinach ukierunkowanych na AI, zaawansowane półprzewodniki i kwantowe technologie informacyjne. Obejmuje to wszelkie inwestycje portfelowe, private equity, venture capital, joint venture i inwestycje od podstaw. Oszacowano, że zeszłoroczne amerykańskie inwestycje bezpośrednie płynące do Chin osiągnęły najniższy pułap od dwóch dekad. Natomiast inwestycje wysokiego ryzyka spadły do najniższego poziomu w ostatniej dekadzie.

Nie oznacza to jednak, że Chiny przestały być atrakcyjne. Nadal przyciągają sporymi stopami zwrotu (w ostatnich 5 latach kształtowały się w okolicach 9 proc.). Przytłaczająca większość inwestycji przynosi zyski. Nawet jeżeli wyniki gospodarcze Kraju Środka już nie są tak spektakularne, to i tak będą wyższe niż w wielu krajach rozwiniętych. Chociaż inwestorzy amerykańscy mają ograniczone możliwości lokowania kapitału w branży technologicznej, to nadal pozostaje im szeroki wachlarz dynamicznie rozwijających się sektorów.

obserwatorfinansowy.pl

środa, 17 stycznia 2024



Chiny to środek. Jest piątą, najważniejszą stroną świata, od niego rozchodzą się pozostałe cztery kierunki. Odpowiada za żywioł ziemi, symbolizowany kolorem żółtym, najwyżej cenionym. Chiny od zawsze miały leżeć w środku, być całym światem między czterema morzami. Centrum było chińskie, reszta świata peryferiami. Cywilizacja chińska rodziła się na Równinie Centralnej, mniej więcej w połowie drogi między Morzem Żółtym a Wyżyną Tybetańską. Dziś to prowincja Henan, a w starożytności to właśnie ten obszar zwany był Środkowym Królestwem, czyli Państwem Środka.

Ten rdzeń stopniowo rozszerzał na niemal wszystkie kierunki z wyjątkiem wschodu, gdzie wybrzeże morskie w dużej mierze zatrzymało chiński pochód. W czasach dynastii Han (202 p.n.e. – 220 n.e.), teren szeroko rozumianych Chin obejmował już mniej więcej większy obszar dzisiejszej "chińskiej" części ChRL (a więc bez Tybetu, Ujgurii, Mongolii i Mandżurii). W tym kształcie, z oczywistymi fluktuacjami – okresowa kontrola pograniczy Wielkiego Stepu, dzisiejszych Korei, Wietnamu i Yunnanu, korytarza Hexi, a także kilku pomniejszych terenów – powstał rozszerzony rdzeń cywilizacji chińskiej, uznany przez Chińczyków za centrum świata.

Chińskie przekonanie o byciu pępkiem świata wyrosło z kilka czynników. Choćby z braku nadmiernie atrakcyjnego sąsiedztwa. Patrząc historiozoficznie na dzieje Chin, aż do XIX wieku nie zetknęły się one z porównywalną dla siebie cywilizacją. Dopiero kolonialne wtargnięcie Zachodu otworzyło Chiny na regularny i stały kontakt z ekwiwalentną pod względem osiągnięć, mocy i żywotności cywilizacją. Wcześniej rzecz jasna Państwo Środka stykało się a to z Indiami, a to z muzułmanami, a to z kolei z europejskimi kupcami i jezuitami. Były to jednak kontakty sporadyczne i ograniczone, niemogące wpłynąć w istotny sposób na kształtowanie się chińskości.

Aż do epoki kolonialnej sąsiedzi Chin dzielili się w ich oczach na dwa rodzaje. Nomadów i pół nomadów, godnych strachu i pogardy, lecz na pewno nie szacunku: koczowników, stojących, według Chińczyków, na dużo niższym poziomie cywilizacyjnym, często zresztą chińszczących się pod wpływem Państwa Środka, co tylko ugruntowywało chińskie przekonanie o własnej wyższości. Oraz "półcywilizowanych" sąsiadów jak Koreańczycy, Japończycy i Wietnamczycy, całymi garściami czerpiących z chińskiego dorobku cywilizacyjnego. Te i inne narody przekształcały płynące z Państwa Środka wpływy na swoją modłę, tworząc własne, unikatowe kultury, jednak w oczach chińskich pozostawały tylko młodszymi braćmi, trochę jak Ukraina czy Białoruś dla Rosji. Tu również o żadnej równości mowy być nie mogło.

Chiny nie brały więc wiele od krain ościennych. Odwrotnie: to tamte czerpały całymi garściami z Państwa Środka. Na tle sąsiadów jaśnieje spis osiągnięć cywilizacyjnych Chin. Wymyśliły papier, druk, proch, kompas, jedwab, porcelanę, herbatę, parasole, banknoty, akupunkturę… a może nawet piłkę nożną (cuju) i alkohol! Oraz setki innych dokonań ludzkości. Seria największych osiągnięć nauki i cywilizacji chińskiej wydawana przez Uniwersytet w Cambridge liczy sobie siedem tomów zawartych w dwudziestu siedmiu monografiach.

Nawet jeśli Chiny nie są najwspanialszą cywilizacją w dziejach, to na pewno jedną z kilku najważniejszych. Dla dalekowschodniej Azji były kluczowym, centralnym punktem odniesienia. To od nich promieniowały wzorce idące w niemal wszystkie kierunki, przede wszystkim do Korei, Japonii i Wietnamu. Chińskie znaki aż do XX w. były dla dalekowschodniej Azji tym czym łacina dla Europy. Znajomość wywodzących się z Chin kodów kulturowych, nawet jeśli w każdym innym państwie mocno przekształconych, pozostawała wyróżnikiem erudycji, wyznacznikiem statusu klasowego. Cywilizacyjnie Chiny były ongiś dla dalekowschodniej Azji tym, czym Ateny i Rzym dla Europy. Z tą różnicą, że nigdy nie upadły. Chłopi mogli wszczynać rebelie, obalać i fundować nowe dynastie, a barbarzyńcy najeżdżać i podbijać Państwo Środka, ale żadna wędrówka ludów nigdy nie unicestwiła Chin tak jak Rzymu. Nie było również miejscowej próby rebrandingu imperium à la Konstantynopol.

To właśnie z tych podstaw politycznych i cywilizacyjnych wyrósł sinocentryzm, czyli głębokie chińskie przekonanie o własnej wyższości. Chińczycy w intensywności swego szowinizmu kulturowego przebili znane europejskie przykłady narodowej bufonady, francuskie chociażby, i pod względem samochwalstwa światowo równać się mogą jedynie z równie nieznośną amerykańską manierą podkreślania swej wyjątkowości. Pierwsze przejawy chińskiego sinocentryzmu dają się odnaleźć już w XIV w. p.n.e. (!), ten szowinizm kulturowy ugruntował się w czasach Wiosen i Jesieni (771-476 p.n.e.), wzmocniło go utworzenie cesarstwa (III w.p.n.e.), podbudowała dynastia Han (III w.p.n.e.-III w.n.e.), a kontynuowali Tangowie (618-907, za ich czasów datuje się pierwszy w historii świata dekret rasistowski, wymierzony w nie-Chińczyków), Mingowie (1368-1644), a nawet Qingowie (1644-1912).

Z drugiej strony, politycznie Chiny były częściej jak Ateny niż jak Rzym. Przy całym swoim bezcennym wkładzie kulturowym w dzieje tej części świata, nigdy nie kontrolowały aż tak długo i tak bardzo dalekowschodniej Azji jak Rzym Europy. Pomimo ogromnego wpływu cywilizacyjnego, państwa dookoła nich najczęściej rządziły się same (choć mając baczenie na Państwo Środka), w praktyce ignorując chińskie pretensje do rządzenia wszystkim pod kopułą Niebios. Nierzadko zresztą same Chiny były podbijane, w części lub całości, przez sąsiednich koczowników, Xianbei, Kitanów, Mongołów czy Mandżurów. W Azji Wschodniej Państwo Środka zawsze było ważne, nie zawsze najważniejsze.

(...)

Po okrzepnięciu władzy komunistów chińskich po 1949 r. wzięto się za kwestię etniczną i rozwiązano ją administracyjnie. Wyróżniono najpierw 39 mniejszości narodowych, następnie 54, aż wreszcie w 1979 r. urzędowo ustalono liczbę 55 mniejszościowych grup etnicznych. Wraz z Chińczykami Han, stanowiącymi około 92 proc. populacji Chin, tworzą one dziś 56 oficjalnych narodowości Chińskiej Republiki Ludowej. Wśród tych 55 są liczniejsze mniejszości, jak Zhuang, Tybetańczycy, Ujgurzy czy Mongołowie; są chińscy muzułmanie Hui (czyta się "hłej"), nieróżniących się od Hanów niczym poza religią; są sąsiednie narody jak Koreańczycy, Kazachowie czy Kirgizi, częściowo zamieszkujące tereny ChRL; są wreszcie pomniejsze etniczności jak Bai, Yao, Lisu i wiele, wiele innych.

Ponieważ wszystkie te biedne mniejszości są na niższym etapie rozwoju, trzeba im, dla ich dobra, pomóc. W ramach miejscowej polityki afirmatywnej mniejszościom przyznano "punkty za pochodzenie": kwoty w administracji państwowej i na uczelniach, dofinansowanie etnicznych regionów z budżetu państwa (z czysto finansowego punktu widzenia, chińskie centrum łoży na niechińskie kresy), a ongiś również łagodniejszą wersję "polityki jednego dziecka", obecnie zniesionej w całym kraju. Te przywileje, nawiasem mówiąc, często irytują zwykłych Chińczyków Han, półgębkiem zarzucającym mniejszościom niesprawiedliwie uprzywilejowanie oraz niewdzięczność. Chińskie masy nie rozumieją wszakże mądrości kierownictwa partii dobrze wiedzącego, że te drobne wydatki niewiele państwo chińskie kosztują, politycznie nic nie zmieniają, za to dobrze wyglądają. Podczas obrad Ogólnochińskiego Zjazdu Przedstawicieli Ludowych (OZPL, pseudoparlament) chińskie media z lubością pokazują ubrane w tradycyjne stroje mniejszości etniczne, radośnie partycypujące w życiu wielkiej chińskiej rodziny, nie dodając rzecz jasna, że OZPL to czysta fikcja. Tam, gdzie jest realna władza, w KPCh, mniejszości są niedoszacowane, stanowiąc niecałe 7 proc. członków kompartii i nie mając praktycznie nikogo w ścisłym kierownictwie.

Większość z owych 55 grup mniejszościowych, głównie małe liczące po parę milionów etniczności, żyje w południowych prowincjach: Yunnanie, Guizhou czy Guangxi. Na południe przez wieki emigrowały spychane przez liczniejszych i silniejszych Chińczyków pomniejsze ludy. Mozaika tych plemion, grup etnicznych i narodów albo udała się dużo głębiej w dół kontynentu, jak Tajowie czy Birmańczycy, wyrywając się z uścisku chińskiego i zaludniając dzisiejsze Indochiny. Albo zatrzymała się w trudno dostępnych górach i wyżynach, tworzących dziś prowincje Yunnan, Guizhou i Guangxi, dogoniona dopiero w XIX i XX w. przez kolonizację chińską.

Słynący z herbaty i poetyckiej nazwy Yunnan ("na południe od chmur"), podobnie jak sąsiednie południowe prowincje są w pewnym sensie laboratorium tego, co Hanowie chcieliby zrobić z mniejszościami. Przez wieki obszary te były na końcu znanego Chińczykom świata, za górami i dżunglami, z masą przeróżnych ludów zamieszkujących kolejne wzgórza, pilnowanych przez rozproszone chińskie garnizony i osady na nizinach. To tam, często poza faktycznym zasięgiem cesarskich oczu, wybuchały rewolty i powstania, tam zsyłano dysydentów, tam uciekali banici. Właściwie dopiero od czasów Chińskiej Republiki Ludowej można mówić o realnej kontroli administracyjnej chińskiego centrum, postępującą wraz ze stopniową sinizacją i osadnictwem Han. W Yunnanie Chińczycy Han już stanowią większość.

Chińszczeniu sprzyja rozwój. Na początku XXI w. partyjni włodarze zorientowali się, że szybki acz nierównomierny, bo ograniczający się do wschodnich i południowych wybrzeży, resztę kraju pozostawiwszy na uboczu rozwój ekonomiczny Chin generuje niebezpieczne nierówności regionalne i społeczne, mogące skutkować wybuchem niezadowolenia groźnym dla partii. A na terenach mniejszości etnicznych separatyzmem, traktowanym w ChRL od czasów upadku ZSRR ze śmiertelną powagą. Odpowiedzią na to wyzwanie był stymulowany przez państwo rozwój, przede wszystkim inwestycje w infrastrukturę i usługi. To zadziałało. Autostrady oplotły biedniejsze prowincje, przecinając pasma górskie. Powstały nowe mosty i wiadukty. W miastach nastąpił boom budowlany, pochłaniający stary świat. W miejscach turystycznych postawiono hotele i restauracje, przynosząc ze sobą masy turystów, a więc i kapitału. Przykładowo PKB Yunnanu wzrosło z ok. 24 mld dol. na początku XXI w. do ponad 355 mld dol. w 2020 r. Rozwój gospodarczy, widoczny gołym okiem niemal w każdej sferze życia sprawił, że region przestał być zaściankiem.

W 2006 r. odwiedziłem słynny ze swojej starówki Lijiang matriarchalnego ludu Naxi oraz miasto Dali ludu Bai, znane w historii z królestwa Nanzhao (jego wojowie założyli Birmę), a dzisiaj z jeziora i z piwa. Już wówczas zaczynała się komercjalizacja tych miejsc, mające je wkrótce całkowicie wchłonąć i przemienić w turystyczne cepelie. Gdy wróciłem do Lijiangu i Dali w 2013 r., miasteczka przypominały już Wenecję czy Florencję w szczycie sezonu. Stało się to dzięki kolonizacji kapitałowej. Firmy Chińczyków Han przybyły, wykupiły ziemię, zbudowały drogi, hotele, restauracje i sklepy z pamiątkami w których zatrudniły miejscowych z mniejszości etnicznych. Po przygotowaniu bazy, na masową skalę pojawił się przemysł turystyczny, a spragnieni "autentyczności", "prawdziwej egzotyki" i "tajemniczych miejsc" Chińczycy Han masowo ruszyli oglądać "kolorowe", "egzotyczne" i "prymitywne" ludy mniejszościowe. Zatrzymują się w kiczowatych hotelach i restauracjach w stylu quasi-lokalnym, kupują lokalne (acz wyprodukowane w fabrykach nad wybrzeżem) souveniry i uczęszczają na masowe pokazy tradycyjnych (choć dawno już porzuconych) ludowych pieśni i tańca. To dla nich mniejszości w swoich barwnych strojach, niczym niewinne dzieci, radośnie tańczą, śpiewają i śmieją się. Cieszą się z bycia częścią Chin, z tego, że nowocześni Hanowie, przedstawiciele wyższej cywilizacji pokażą im drogę rozwoju. W taki sposób podbudowany sinocentryzmem chiński przemysł turystyczny powtarza najgorsze wzorce zachodniej turystyki z wieków XIX-tego i XX-tego, traktując niechińskie ludy w stereotypizującym duchu. To chińska wersja sposobu w jaki kiedyś w kolonializmie Europejczycy czy Amerykanie opisywali podbite azjatyckie i afrykańskie społeczności, dlatego fachowo nazywa się to "orientalnym orientalizmem" albo "wewnętrznym orientalizmem".

Dla mniejszości lepszy rydz niż nic, turystyka to jedna z dwóch głównych dróg rozwoju, alternatywą jest wyjazd za pracą i karierą na chińskie wybrzeże razem z resztą liu dong ren kou, "pływającej populacji", czyli prawie 300 mln gastarbeiterów wewnętrznych z chińskiego interioru pracujących w bogatych wschodnich i południowych prowincjach. Mniejszościom lepiej rozwijać w oparciu o model wewnętrznego kolonializmu, niż wcale. Nikt zresztą ich o zdanie nie pyta, a protesty mogłyby się źle skończyć.

Tak to działa na południu, prawdziwej mozaice małych etniczności i narodów, uczynionej obecnie swoistym laboratorium chińskiej polityki narodowościowej, sprowadzającym się do prostego podziału. Zasymilować, ustandaryzować wszystko pod hański wzór pod hasłem rozwoju i postępu, a nie idącą z duchem czasu resztę zdegradować do roli kolorowego dodatku, barwnej atrakcji turystycznej.

onet.pl/Michał Lubina - Chiński obwarzanek. Od Tajwanu po Tybet, czyli jak Chiny tworzą imperium

wtorek, 16 stycznia 2024



We współczesnym świecie wojna jest dużym zagrożeniem i wyzwaniem dla demokracji, które nie czerpią z niej żadnych korzyści, a ponoszą jedynie straty. To zasadniczo odróżnia demokracje od dyktatur, które – jak nietrudno się domyślić – wiele zyskują na konfliktach zbrojnych. /??? - red./

Stany Zjednoczone próbowały powstrzymać Putina, a nawet dały Ukrainie – dzięki działaniom prezydenta Zełenskiego – znacznie więcej broni, niż pierwotnie planowały. Niewątpliwie liczyły na to, że podczas letniej ofensywy w 2023 r. Siły Zbrojne Ukrainy odetną korytarz lądowy na Krym, co sprawi, że główny nabytek Putina będzie zagrożony i zmusi rosyjskiego prezydenta do negocjacji.

Kiedy jednak okazało się, że armia rosyjska okopała się na swoich pozycjach, koszty przedsięwzięcia dla Stanów Zjednoczonych stały się nieracjonalnie wysokie. Pomoc Ukrainie zmieniła się z dobrowolnego wsparcia w zobowiązanie, którego politycy próbują pozbyć się przed wyborami.

Jednocześnie nie widać żadnych oznak zmuszania Ukrainy do zawarcia pokoju, poza ograniczeniem dostaw broni. Można założyć, że w przypadku zintensyfikowania ataków wojsk rosyjskich Zachód dostarczy broń w ilości, która nie pozwoli Putinowi na dokonanie przełomu. To strategia charakterystyczna dla demokracji — jest ona bowiem zaprojektowana w taki sposób, że pozwala podejmować decyzje w dowolnym momencie — tak, by zminimalizować ryzyko polityczne dla rządzących.

W XVIII lub XIX w. państwo znajdujące się na miejscu Ukrainy po krótkim bohaterskim oporze zostałoby szybko pokonane. W dzisiejszych czasach Ukraina, która wciąż walczy głównie dzięki wsparciu innych państw, będzie bronić się tak długo, aż obie strony wykończą się nawzajem.

Równocześnie politycy obu stron nie będą w stanie ani przeprowadzić mobilizacji na dużą skalę (spotkałoby się to z wielkim sprzeciwem społeczeństwa), ani wystąpić z propozycją zawarcia pokoju (zostaliby za to odwołani ze stanowisk), ani zreformować kraju i jego gospodarki (wojna to nie czas na zmiany gospodarcze).

W takich warunkach Putin będzie nadal atakował, wierząc w to, że zwycięstwo jest już na horyzoncie – a ten horyzont będzie się stale oddalał. Ukraińscy przywódcy nie będą mogli nawet wspomnieć o propozycji zakończenia wojny, ponieważ zostaną odwołani ze stanowisk i okrzyknięci agentami Kremla. Zamiast tego będą w nieskończoność obiecywać wyborcom upadek Rosji i powrót do granic z 1991 r.

Najbardziej odbije się to na ukraińskiej armii, ale ta nie ma wielkiego wyboru. Przewrót wojskowy położyłby kres dalszej pomocy dla Ukrainy, a poddanie się doprowadziłoby do katastrofy.

Putin już dawno dał jasno do zrozumienia, jak postrzega sąsiedni kraj. Nie uważa walczących o niepodległość Ukraińców za przeciwników wojskowych – według niego są oni przestępcami i nazistami, których należy głodzić, torturować i poddawać pokazowym procesom. Gdyby nie ta skrajna postawa, historia tej wojny mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Z drugiej jednak strony – bez niej może w ogóle nie doszłoby do konfliktu zbrojnego.

onet.pl/Nowa Gazieta


Obecnie, gdy wojska rosyjskie w dalszym ciągu próbują odrobić straty na terenie wschodniej Ukrainy, „Bundeswehra przygotowuje się na dramatyczny scenariusz: hybrydowy, poważny atak Rosji na wschodnią flankę NATO” – stwierdził Bild, powołując się na wewnętrzny, niejawny dokument niemieckiego resortu obrony. Przedstawiono w nim szczegółowy scenariusz potencjalnego rozwoju konfliktu pomiędzy agresorem (Rosją) a krajami Zachodu.

Stopniowa eskalacja konfliktu może skutkować „rychłym wybuchem wojny” latem 2025 roku.

Scenariusz Bundeswehry, obejmujący już luty bieżącego roku, przewiduje kolejną falę mobilizacji w Rosji – powołanie dodatkowych 200 tys. żołnierzy. Zapoczątkować ma to wiosenną ofensywę Kremla, czemu towarzyszyć będzie coraz słabsze poparcie Zachodu dla Ukrainy. Dzięki temu już od czerwca 2024 roku „Rosja będzie stopniowo wypierać armię ukraińską”.

– Zgodnie ze scenariuszem początkowo niejawny, a później coraz bardziej otwarty atak Rosji na Zachód rozpocznie się w lipcu – podkreślił Bild.

Będą to „poważne ataki cybernetyczne i inne formy wojny hybrydowej, głównie w krajach bałtyckich”, co doprowadzi do nowych kryzysów.

Rosja rozpocznie też „podżeganie przeciwko rosyjskim mniejszościom etnicznym w Estonii, Łotwie i Litwie”. Będzie to mogła wykorzystać jako pretekst do rozpoczęcia we wrześniu na terenie zachodniej Rosji i Białorusi zakrojonych na szeroką skalę ćwiczeń Zapad 2024, z udziałem 50 tys. żołnierzy. Podobnie jak w 2021 roku, Rosja wykorzysta „rzekome manewry na Białorusi” do masowego gromadzenia wojsk na granicy z Polską i Litwą.

Z dokumentu Bundeswehry wynika, że w październiku Rosja przemieści wojska i rakiety średniego zasięgu do Kaliningradu, stosując przy tym „propagandowe kłamstwa o zbliżającym się ataku ze strony NATO” – dodał Bild.

Kolejnym celem Kremla będzie zdobycie strategicznego dla NATO tzw. przesmyku suwalskiego – wąskiego korytarza polsko-litewskiego między Białorusią a Kaliningradem. Środkiem do osiągnięcia tego celu przez Rosję może być wywołanie na tym obszarze od grudnia 2024 „konfliktu granicznego” i „zamieszek, w wyniku których zginie wiele osób”.

Jak podkreśla Bild, będzie to moment, gdy USA tuż po wyborach prezydenckich będą pozbawione przez kilka tygodni przywódcy.

W styczniu 2025 roku podczas specjalnego posiedzenia Rady NATO Polska i kraje bałtyckie zgłoszą rosnące zagrożenie ze strony Rosji. Rosyjska propaganda odwróci tę sytuację, uznając siebie za stronę zagrożoną, i wykorzysta to jako pretekst do rozmieszczenia dodatkowych sił wojskowych bliżej granic z krajami bałtyckimi i na Białorusi do marca 2025 r.

W maju 2025 r. zgodnie ze scenariuszem Bundeswehry NATO podejmie decyzję o „środkach wiarygodnego odstraszania”, aby zapobiec rosyjskiemu atakowi na Przesmyk Suwalski od strony Białorusi i Kaliningradu. W efekcie naczelne dowództwo NATO może nakazać przerzucenie na wschodnią flankę 300 tys. żołnierzy, w tym 30 tys. żołnierzy Bundeswehry.

– To, czy Rosję odstraszy to rozmieszczenie sił przez NATO, pozostaje otwartą kwestią w scenariuszu Bundeswehry – stwierdził Bild.

belsat.eu/PAP

poniedziałek, 15 stycznia 2024



Tatiana Klimenko kierująca oddziałem toksykologii w instytucie psychiatrii imienia Serbskiego zwraca uwagę w rozmowie z Kommiersantem, że w ciągu ostatnich 15 lat w Rosji wprowadzono różne ograniczenia sprzedaży alkoholu – ze względu na wiek kupujących, czas i miejsce handlu. Według niej, środki te “w połączeniu z systematyczną polityką informacyjną” doprowadziły do dwukrotnego zmniejszenia spożycia alkoholu na mieszkańca. W rezultacie, według Ministerstwa Zdrowia, w ciągu 15 lat wskaźnik zgonów z powodu zatrucia alkoholem spadł o ponad 53 procent – z 15 do 7 przypadków na 100 000 osób.

Ministerstwo Zdrowia przyznało jednak, że podczas pandemii koronawirusa “trend w kierunku zmniejszenia spożycia alkoholu i zgonów związanych z alkoholem” został “przełamany”. Powodem był “stres związany z pandemią”, a także nieduży wzrost jego ceny w porównaniu z inflacją.

Rusłan Isajew, psychiatra, narkolog i szef kliniki narkologiczno-psychiatrycznej, dodaje, że “wstrząsy społeczno-gospodarcze, zwiększone konfrontacje geopolityczne i presja sankcji” “nieco zatrzymały” pozytywną dynamikę redukcji spożycia alkoholu w ostatnich latach. Według niego, wyraźny wzrost liczby przypadków psychozy alkoholowej i wniosków o leczenie odwykowe odnotowano szczególnie na początku pandemii.

belsat.eu/Kommersant


Raper Vavio został aresztowany na dwa tygodnie, a następnie zmobilizowany do armii. Wielu uczestników, z samą organizatorką na czele, otrzymało solidne grzywny. Otrzymali też od urzędu skarbowego trzy dni na wyjaśnienie problemów podatkowych, a potem zaczęły się kontrole.

Znany piosenkarz Filip Kirkorow kajał się przed kamerą i twierdził, że na imprezę trafił przypadkiem, nie wiedząc o jej charakterze. Później i tak został wykasowany z noworocznego show w rosyjskim TV. Kirkorowa wycięto również z przygotowywanej do premiery komedii pt. „Iwan Wasilewicz wszystko zmienia”. Film jest na nowo montowany. W filmie grała również pochodząca z Ukrainy piosenkarka Anna Asti, która także wzięła udział w „nagiej imprezie”. Jej postaci doprawiono w montażu okulary i ucharakteryzowano, by nie dało się jej poznać. Asti traci pozwolenia na kolejne koncerty.

Teraz w areszcie znalazł się Tesli. Prawdopodobnie, podobnie jak Vacio, będzie ukarany za „propagandę LGBT”, która w Rosji jest zakazana. W zorganizowanej, medialnej nagonce na rozwiązłość i nagość jest jednak coś więcej. Już od pewnego czasu Władimir Putin stara się przekonać Rosjan i świat, że jest promotorem idei konserwatywnej i zwalcza rozwiązłość, która jego zdaniem napływa z Zachodu i demoralizuje Rosję.

(...)

Histeria, jaka zapanowała w aparacie propagandy Kremla i służbach po „gołej imprezie” pokazuje, że władza sprawę potraktowała poważnie. I postanowiła publicznie osądzić i napiętnować ostentacyjną seksualność. Sprawa z imprezą wygląda o tyle zagadkowo, że zaproszenie na nią dostało więcej celebrytów, ale nie wszyscy przyszli. M.in. raper Timati, celebrytka Tina Kandelaki, czy Swietłana Bondarczuk, była żona reżysera Fiodora Bondarczuka. Wielu z nich spotykało się wcześniej z Jekateriną Mizuliną, szefową tzw. Ligi Bezpiecznego Internetu, czyli okołokremlowskiej organizacji zajmującej się ściganiem deprawacji i nieprawomyślności w sieci, a w rzeczywistości donoszeniem władzy i rozpętywaniem nagonek.

Na „gołej imprezie” były dzieci rosyjskiej elity, synowie i córki oligarchów, polityków, celebryci grzejący się w cieple kremlowski telewizji i zarabiający na udziale w opłacanych przez władzę show, koncertach itp. Moskwa znana jest od lat 90. z szalonych imprez, na których nagość, hektolitry alkoholu, narkotyki i obsceniczne sceny nagrywane i wrzucane do sieci są normą. Do tej pory nikogo to nie szokowało.

W latach 90. do klubów ze striptizem lubił chodzić Putin. Szczególnie upodobał sobie „Łunę”, znany klub w jego rodzinnym Petersburgu. Na imprezie z nagimi tancerkami Putin, wówczas premier, był w grudniu 1999r., kilka dni przed abdykacją Borysa Jelcyna. Zresztą w tamtym czasie striptiz stał się na tyle popularny, że zagościł „pod strzechy”. Striptizerki do dziś są zamawiane w Rosji na wesela, czy wszelkie imprezy okolicznościowe.

(...)

Ostentacyjna, ale i fasadowa religijność zaczęła mieszać się z nacjonalizmem i imperializmem tworząc wreszcie upragnioną przez Putina ideologię dla Rosji. Zarówno Aleksandr Prochanow, jak i Aleksandr Dugin, a więc współcześni już ideolodzy rosyjskiego imperializmu, podszytego przekonaniem o wyjątkowości i misyjnej roli Rosji, przekonują o konieczności moralnej odnowy. Dla Putina taki zestaw poglądów stał się wyjątkowo użyteczny. Był konfrontacyjny wobec Zachodu, a więc zaczął pełnić rolę „nowego komunizmu” z czasów zimnej wojny. Ideologii, którą można odgradzać się od „zgniłego Zachodu”, a jednocześnie szukać jej zwolenników na tymże Zachodzie. I tak przecież się stało. Bo radykalna prawica zaczęła podziwiać putinowski konserwatyzm. Nie mając pojęcia o tym, jak w rzeczywistości daleka od ideałów konserwatystów jest współczesna Rosja.

W ciągu pierwszych siedmiu miesięcy ubiegłego roku w Rosji odbyło się 400 tys. rozwodów. Rok wcześniej rozwiodło się 700 tys. par. Liczba rozwodów rośnie od trzech lat. Np. w 2021r. na 923 tys. zawartych małżeństw przypadało 644 tys. rozwodów. Pod tym względem Rosja negatywnie wybija się na tle krajów europejskich. W Polsce np. na sto zawartych małżeństw przypada 35,6 rozwodów. Rosja jest bliżej europejskich rekordzistów: Portugalii (72 rozwody) czy Hiszpanii (57). Tyle, że w odróżnieniu od Portugalii, to rosyjskie władze głoszą, że ich kraj jest wzorem moralności dla świata zachodniego.

O ile sama liczba rozwodów nie musi świadczyć, że jest inaczej, to znacznie gorzej w Rosji jest z innymi zjawiskami społecznymi, które raczej nie mówią nic dobrego o moralności. Np. z danych WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) w Rosji na 1000 urodzeń dokonano 351 aborcji. Prawo aborcyjne w Rosji od czasów ZSRR jest liberalne i nadal jest to metoda uznawana za antykoncepcję. Od trzech lat w Rosji znowu rośnie plaga narkomanii i liczba zgonów spowodowanych narkotykami. 6 proc. Rosjan regularnie zażywa narkotyki. Liczba narkomanów szacowana jest na 1,8 mln. W ciągu ostatnich 2-3 lat liczba Rosjan umierających z powodu narkotyków oscyluje wokół 10 tys. rocznie. Dzieje się tak mimo drakońskiego prawa antynarkotykowego i ogromnych kar za posiadanie nawet niewielkich ilości zakazanych substancji.

Nie ma aktualnych danych, ale jeszcze w 2018r. liczbę prostytutek w Rosji oceniano na 1,5 mln. Podobnie, jak w przypadku narkotyków, prawo wobec prostytucji jest surowe, ale tylko pozornie. W rzeczywistości nawet w prowincjonalnych miastach pełno jest agencji towarzyskich, saun, klubów, a internet zalany jest stronami z ogłoszeniami oferującymi seks za pieniądze.

belsat.eu