niedziela, 31 grudnia 2023



Wróćmy jeszcze na Kreml, gdzie dziś /odbywała się uroczystość wręczania nagród państwowych. Putin wbijał złote gwiazdy w wypięte piersi Bohaterów Rosji. Jednym z wyróżnionych był niejaki Artiom Żoga z tzw. Donieckiej Republiki Ludowej, wierny putinista, separatysta, dowódca batalionu Sparta. W pewnym momencie Żoga wstał i dziarskim krokiem (niezatrzymywany przez ochronę) zbliżył się do umiłowanego przywódcy. Za nim pobiegło stadko innych uczestników ceremonii. Umiłowany przywódca wyciągnął ku Żodze prawicę, nadstawił ucha, co też doniecki separatysta ma mu do powiedzenia.

– Chciałem zwrócić się do pana z prośbą o wystartowanie w wyborach – wyrżnął Żoga z mety. – Pracy jest dużo: trzeba przeprowadzić integrację, zbudować komunikację społeczną. Chcielibyśmy tego dokonać pod pańskim przewodem. Jest pan naszym prezydentem, a my jesteśmy pańską drużyną.

Prezydent spuścił skromnie oczy, ale zaraz je podniósł na stojącego przed nim na baczność człowieka: – Nie będę ukrywać, że w różnym czasie różne miałem myśli. Ma pan rację: teraz mamy takie czasy, że trzeba podejmować decyzje. Wystartuję w wyborach prezydenta Federacji Rosyjskiej.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl

sobota, 30 grudnia 2023



W Moskwie odbyła się przedwczoraj /20.12.2023? - red./ tzw. goła imprezka – jej uczestnicy mieli się na niej pojawić w jak najbardziej skąpych strojach. Zdjęcia z zabawy wyciekły do internetu, no i się zaczęło.

Blogerka Nastia Iwlejewa, znana z tego, że jest znana, naspraszała gości do moskiewskiego klubu „Mutabor”. Przepustką na zamknięty balecik miał być przyodziewek – a bardziej jego brak. Goście zbiegli się tłumnie. Bo „odtąd Nowosilcow wyjechał z Warszawy, nikt nie umie gustownie urządzić zabawy; nie widziałam pięknego balu ani razu. On umiał ugrupować bal na kształt obrazu”. Wątpię, by Iwlejewa przeczytała „Dziady”, ale ten cytat przyszedł mi do głowy w związku z licznymi w kręgach moskiewskiej bohemy skargami, że ostatnio w stolicy wieje nudą, nie ma się gdzie zabawić z pompą. Zaproszenie Iwlejewej spadło więc spragnionym zabaw jak gruszka do fartuszka. Choć fartuszek na tej fecie uznano by za zbyt obszerny strój.

Gwiazdy i gwiazdki estrady jak Lolita Milawska, Dima Bilan czy Filip Kirkorow, lwice salonowe jak Ksenia Sobczak (w przeszłości kandydatka na prezydenta Rosji), prezenterzy telewizyjni jak Gosza Karcew i inni paradowali w bieliźnie i przezroczystych wdziankach. Najwięcej oklasków zebrał raper Vacio z Jekaterynburga – zjawił się w samych trampkach i jednej skarpetce, zasłaniającej miejsce, które na starych obrazach zwykle zasłaniane jest listkiem figowym. Gospodyni zachwyciła brylantami, wartymi 23 mln rubli, całą tę imponującą kwotę prezentowała na pośladkach.

Większość tych nazwisk czytelnikom w Polsce zapewne niewiele mówi, ale w Moskwie, a nawet szerzej – w Rosji to znane postaci z kręgów artystycznych, telewizyjnych, mówi się o nich „moskiewska tusowka”, towarzystwo wzajemnej adoracji, bawiące publiczność na koncertach i bawiące się – już bez publiczności na takich i podobnych wiksach.

Cóż, dorośli ludzie, wolny od pracy wieczór, impreza zamknięta… Wybuchł jednak skandal na piętnaście fajerek. Zdjęcia i filmiki z gołego party trafiły bowiem do sieci. Momentalnie wyłowili je strażnicy moralności, którzy dostrzegli w tym, co się działo w „Mutaborze”, mnóstwo uchybień: m.in. złamanie przepisów ustawy o zakazie propagandy LGBT, narkotyki i ekstremizm. Do ministra spraw wewnętrznych i Prokuratury Generalnej popłynęły szeroką rzeką donosy. Najbardziej poruszeni okazali się aktywiści organizacji „Sorok sorokow”, prawosławni radykałowie. W oświadczeniu napisali: „W 1917 r. liberalna elita też tak wszystko przesrała [tak w oryginale], kiedy na frontach I wojny światowej walczyła Święta Ruś, a internacjonaliści z projektu Wall Street i London City pod nazwą ZSRR najpierw urządzili lutową, a potem październikową kolorową rewolucję” [tak, obawy o kolorową rewolucję to nie tylko osobista fobia Putina, ale rzecz popularna i w konserwatywnych kręgach]. Uczestnicy zabawy są nazywani w oświadczeniu sodomitami, podobnymi do tych zwyrodnialców, którzy zostali wykorzystani przez Anglosasów [a jakże], „niszczących Imperium Rosyjskie za pośrednictwem swoich agentów: Kiereńskiego, Lenina, Trockiego, Stalina”.

„Toż to Sodoma i Gomora w jednym” – lamentowała Z-blogerka Anna Riewiakina. Władimir Sołowjow w firmowym stylu pluł ogniem: „Jakże jesteście dalecy od zrozumienia swojego kraju, jesteście moralnie głusi. Nic nie rozumiecie. Głównodowodzący [Putin] wznosi toast za nasze Zwycięstwo, a wy, podli dranie – za co?”.

Wtórowała mu Jekatierina Mizulina z Ligi Bezpiecznego Internetu, westalka putinowskiej przyzwoitości. Popatrzyła na balecik Iwlejewej z innej strony: „Robić taką imprezę w czasie, gdy giną nasi chłopcy na specjalnej operacji wojskowej i dzieci tracą ojców – to cynizm. Nasi żołnierze na pewno nie walczą o coś takiego”. Wezwała do bojkotu uczestników zabawy ze strony instytucji państwowych. Tą instytucją państwową, której bojkot mógłby boleśnie uderzyć w balowników, jest przede wszystkim telewizja. Piosenki ustrojonego w pióra Kirkorowa czy rozchełstanego Dimy Bilana są od lat żelazną pozycją sylwestrowych programów telewizyjnych, oglądanych jak Rosja długa i szeroka. Popularni piosenkarze, nie tylko ci wyżej wymienieni, największą kasę zarabiają na występach transmitowanych przez telewizję oraz na tzw. korporatiwach, czyli okolicznościowych imprezach w dużych firmach. Brak zamówień ze strony tak hojnych zleceniodawców uderzy ich mocno po kieszeni. A można się spodziewać, że skoro mleko z gołej imprezki rozlało się szeroko i nie tylko komentują ją blogerzy czy dziennikarze, ale wzywani są do działania wysocy urzędnicy państwowi, to na naganie się nie zakończy. Zwłaszcza że do boju ruszyła deputowana Maria Butina, zaniepokojona licznymi skargami społeczeństwa. Zapowiedziała przywrócenie właściwych postaw zgodnie z dekretem prezydenta o zachowaniu tradycyjnych wartości. W podobnym duchu wypowiedział się inny deputowany znany z akcji przywracania tradycyjnych wartości, Witalij Miłonow i zawsze czujny w takich sytuacjach Aleksandr Chinsztejn. Natomiast Ksenia Sobczak nie posypała głowy popiołem: „Świat jest niesprawiedliwy – był, jest i zawsze będzie. Gdzieś się zabijają, gdzieś głodują dzieci, a gdzieś ktoś w tym samym czasie pije szampana”.

Opozycyjny publicysta Dmitrij Koleziew podsumował skandal z dystansem: „Myślę, że gdy twój kraj wtargnął na terytorium sąsiada, zabił i pokaleczył setki tysięcy swoich i obcych obywateli, to bezgraniczną wesołość można odłożyć do lepszych czasów. Ale zostawmy moralizatorstwo. Przy okazji okazało się, że większość popierających Z-wojnę tkwi w błędzie, sądząc, że Rosja prowadzi „świętą wojnę narodową”, w której bierze udział całe społeczeństwo. Kreml próbuje to właśnie wszystkim wmówić. […] Tak naprawdę Kreml prowadzi wojnę imperialną, która im mniej dotyczy wnętrza imperium, przede wszystkim stolicy, tym lepiej. […] Goła imprezka nie jest anomalią w putinowskiej Rosji, to jej integralna część”.

Tak, Moskwa żyje swoim życiem, bawi się, bogaci, nie spogląda w stronę skrwawionych zachodnich rubieży. Kreml ma teraz na głowie zorganizowanie spektaklu pod tytułem „Wybory Putina” i żadna hucpa nie jest mu potrzebna. Kasta artystów ma w tym spektaklu do odegrania swoją rolę – lojalnych, wspierających prezydenta putinistów. „Oni nie są gotowi do popadania w konflikt z władzą – pisze Koleziew. – Po prostu chcą żyć swoim życiem (w luksusie, wesoło). Tradycyjne wartości mają w głębokim poważaniu. Pojawienie się na imprezce Iwlejewej nie było podyktowane jakimiś wielkimi politycznymi ideami, ot, chcieli błysnąć i dobrze się zabawić. Ale w rezultacie wyszła z tego niemal antywojenna akcja. Na miejscu Ukraińców wydrukowałbym ulotki ze zdjęciami z gołej imprezki i podpisem „Walczycie o to, by oni mogli cieszyć się życiem” i zrzuciłbym na rosyjskie pozycje”.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl


Impreza w klubie „Mutabor” w Moskwie przez wiele dni ogniskowała uwagę nie tylko plotkarskich wyroczni, ale też polityków i organów państwa. Wielu jej uczestników wychodzi z tego ubawu mocno poobijanych. Bo na taką ostentację gołych zadków nie mógł nie zareagować ten, który pragnie dyktować standardy stylu i wyznaczać granice moralności: Władimir Putin.

Zorganizowany przez blogerkę Nastię Iwlejewą wieczorek pod hasłem „almost naked” był imprezą zamkniętą. Mimo to pojawili się na nim paparazzi, którzy bez żadnych przeszkód i protestów ze strony uczestników obfotografowali skąpe kreacje gospodyni i jej gości, zdjęcia wyciekły do sieci (...). I zapewne byłby to może jedynie temat dla wszelkiej maści „internetowych pudelków”, podniecających się tym, ile Iwlejewa ostatnio schudła albo dlaczego jej partner jest od niej niższy, gdyby nie to, że z gołej prywatki politycy uczynili platformę do rozliczania i przemeblowania sceny.

Pierwsze reakcje gwiazd i gwiazdeczek, które bawiły się w „Mutaborze”, były ironiczne i beztroskie. Cóż, imprezka jak imprezka, nie pierwsza tak frywolna. Ksenia Sobczak napisała, że na świecie nie ma sprawiedliwości, więc jedni piją szampana, a drudzy ronią łzy, głodują itd. Z dnia na dzień jednak ton reakcji zmieniał się – z góry nadleciała instrukcja, żeby wychłostać degeneratów. Roskomnadzor dopatrzył się „przejawów propagandy LGBT”, a to już może podpadać pod paragraf.

Kiedy członkinie zespołu Pussy Riot w 2012 r. odśpiewały w Świątyni Chrystusa Zbawiciela pieśń „Bogurodzico, przegoń Putina”, wydawało się, że ich wybryk zostanie zaliczony do kategorii chuligaństwa, dziewczyny zostaną ukarane grzywną i tyle. Tymczasem odbył się pokazowy proces, z którego relacje szły na cały świat, a uczestniczki ukarano realnymi wyrokami łagru (...). To też była publiczna chłosta i sygnał, że Rosja na progu trzeciej kadencji Putina skręca w stronę państwa opresyjnego i konserwatywnego. W dzisiejszej putinowskiej Rosji skandal z golizną bohemy balującej w najlepsze, gdy hufce Putina walczą z „nazistowskim reżimem w Kijowie” i „zgnilizną Zachodu, który próbuje odebrać Rosji jej święte tradycje”, jest też ważnym sygnałem, że nie ma już miejsca na żadne wygłupy. Teraz wszystko ma być na poważnie, jedyne dozwolone dowcipy to te, które opowiada sam Władimir Władimirowicz w przypływie lepszego humoru. A reszta może się bawić na imprezach organizowanych lub błogosławionych przez Kreml. A są to: telewizyjne koncerty dla mas oraz „patriotyczne” imprezy z udziałem zaakceptowanych wykonawców. Artyści, którzy nie podzielają zachwytu dla wojny, są stopniowo eliminowani (uznawani za „agentów zagranicznych”, ścigani za „fejki”, zwalniani z teatrów itd.(...)). Kultura jest towarem limitowanym, a jej dozwolone standardy wyznaczane są przez urzędników w porozumieniu z głównym aktorem sceny politycznej – prezydentem. To samo dotyczy zachowania gwiazd poza sceną.

Na znak z góry jeden za drugim uczestnicy imprezki zamieszczali w mediach społecznościowych „przeprosiny”. Potępiali samych siebie, obiecali poprawę, przyznawali, że zbłądzili, błagali o przebaczenie. Filip Kirkorow zapewniał, że nigdy nie zdradził „swojej ojczyzny i swoich słuchaczy, nigdy nie wyjechał z kraju” itd. Co ciekawe, jest z pochodzenia Bułgarem, ale to niuans – mieszka i śpiewa w Rosji i po rosyjsku. Akt skruchy chyba jednak nie wystarczy – jak donoszą media społecznościowe, już gotowy do emisji sylwestrowy program w TV NTW, w którym pojawił się Kirkorow, ma być przemontowany: Kirkorowa mają wyciąć. Przypomina się w tym kontekście praktyka usuwania ze zdjęć tych współpracowników Stalina, których wódz się po drodze pozbywał. Wydaje się, że Kirkorow i inne gwiazdy estrady dostaną na czas krótszy lub dłuższy ban na występy, a to mocno uderzy artystów po kieszeni. Okres noworoczny to dla nich zwykle czas żniw. Ale nie w tym roku.

Raper Vacio, którego strój zwrócił uwagę szerokiej publiczności (składał się jedynie z obuwia i skarpety, naciągniętej dość niedbale na genitalia), został skazany na 15 dni aresztu administracyjnego za wybryk chuligański. W nagranych przeprosinach podkreślał, że jest hetero i w ogóle nikogo nie chciał obrazić.

Nastia Iwlejewa wpadła w tarapaty: przyczepiła się do niej inspekcja podatkowa, choć blogerka zapewniała, że dochód z gołego wieczorku przeznaczy na cele dobroczynne. Głos zabrała też Ksenia Sobczak, która początkowo nie dostrzegła w imprezie niczego zdrożnego: „nikogo nie chciałam obrazić. Jeśli ktoś poczuł się dotknięty moim widokiem, to przepraszam. Kocham swój kraj, jestem dziennikarzem, który pracuje w Rosji”.

Przeprosiny pełne bólu i łez przypominają te, które stały się elementem życia w Czeczenii. Tam ludzie, którzy weszli w drogę Ramzanowi Kadyrowowi, od dawna przepraszają za swe „niecne czyny”.

Ciekawy komentarz zamieścił opozycyjny polityk z Pskowa, Lew Szlosberg; zacytuję jego fragmenty: „Gwiazdy rosyjskiej estrady, przyzwyczajone do życia w oderwaniu od tego, co dzieje się w kraju, nie zauważyły tego, co w ostatnich latach działo się z Rosją. Gwiazdorzy byli poza polityką. Nie zrozumieli, że Rosja przekształciła się w państwo policyjne, a w państwie policyjnym niezbędnym elementem jest policja obyczajowa. I ta policja będzie całemu społeczeństwu wyznaczać „normy”. Jeśli ktoś „norm” nie przestrzega, to traktowany jest jak ktoś zagrażający ładowi społecznemu. A istotą tego ładu jest podporządkowanie się człowieka władzy. Nie tylko polityczne, ale także moralne i fizyczne. […] Państwo policyjne uznaje obnażone ciało za polityczną demonstrację, zagrażającą fundamentom”. Ci, którzy zostali przyłapani na wyjściu poza ramy „norm”, powinni pokazać, że się boją, paść na kolana i błagać o wybaczenie. Niedawni idole mas, strąceni przez władze z piedestałów, powinni też zostać odrzuceni przez społeczeństwo. Taki jest cel tych zabiegów władz. „W tym przymuszaniu do przeprosin jest też przesłanie do społeczeństwa: patrzcie i zapamiętajcie, co zrobimy z tymi, którzy zachowują się nieodpowiednio, a i przyjrzyjcie się, jacy ci wasi idole są żałośni, są gotowi upokorzyć się, żeby tylko dostać swój kawałek chleba i zachować miejsce przy stole. Patrzcie, co stanie się z każdym, kto złamie reguły państwa policyjnego. Te publiczne akty skruchy mają przyuczyć społeczeństwo do totalnej pokory wobec władz”.

A ci, którzy nie godzą się na te upokarzające praktyki, skazywani są na wysokie wyroki. Jak skazana wczoraj na 9 lat łagru Ksenia Fadiejewa, aktywistka, była szefowa sztabu Nawalnego w Tomsku. Dziewięć lat!!! Za co? Za ekstremizm. To znaczy za współpracę z Nawalnym, prowadzenie śledztw antykorupcyjnych i patrzenie miejscowym władzom na ręce.

Putin wsadza do łagrów również za poezję. Poeci Artiom Kamardin i Jegor Sztowba zostali skazani na 7 i 5,5 roku łagru za recytowanie antywojennych wierszy podczas protestu przeciw mobilizacji we wrześniu 2022 r. Zostali uznani za winnych stwarzania zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa i rozniecanie nienawiści.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl

środa, 27 grudnia 2023



Tym co Ukraińcy zużywają w największej ilości na froncie w atakach kamikaze są kwadrokoptery. Są to najczęściej drony klasy FPV (first person view), a więc z widokiem z perspektywy pierwszej osoby. Oznacza to, że pilot widzi to, co widzi dron. Pomagają w tym specjalne gogle oraz kamera, jaka znajduje się na bezzałogowcu. Obraz z tej kamery jest podłączony do nadajnika wideo i jest bezprzewodowo przekazywany do operatora poprzez specjalne okulary.

Ukraińcy po mistrzowsku opanowali wykorzystanie tego rodzaju uzbrojenia. Opracowali przy tym nie tylko własną taktykę, ale przede wszystkim system jego pozyskiwania w ilości, która zapewnia im atakowanie nawet najmniejszych celów, takich jak stanowiska ogniowe, czy nawet pojedynczy żołnierze. O ile więc wlatujące do armeńskich ziemianek i okopów azerskie drony kamikaze w czasie wojny w Górskim Karabachu było czymś wyjątkowym, to na wojnie w Ukrainie są zjawiskiem codziennym, wywołując strach u żołnierzy rosyjskich

Dla zabezpieczenia odpowiedniej ilości kwadrokopterów kamikaze Ukraińcy stosują dwa sposoby. Albo kupują rozwiązania komercyjne – np. w ramach zbiórek pieniędzy w innych państwach, albo produkują własne rozwiązania zgodnie z zasadą – im  taniej tym lepiej. W pierwszym przypadku wykorzystuje się dostępne na rynku drony ze składanymi ramionami oraz z częściami produkowanymi bardzo często w Chinach. Liczba kupowanych w ten sposób kwadrokopterów jest ogromna.

(...)

W drugim przypadku stosuje się już projekty ukraińskie, charakteryzujące się z zasady maksymalnym uproszczeniem konstrukcji. Ukraińcy wyrzucili wszystko co nie jest niezbędne z budowanych przez siebie kwadrokopterów. Widać to bardzo dobrze w przypadku produkowanych masowo dronów Wild Hornet. Są one składane z jednolitego szkieletu z tworzyw sztucznych wyglądającego tak jak rozłożone komercyjne kwadrokoptery, z tą różnicą, że wszystko co jest później dokładane jest odkryte.

Do tego szkieletu są więc przykręcane z zewnątrz przewody, dokładane silniki ze śmigłami (już produkowane masowo na Ukrainie), prosta, nieruchoma kamerka komputerowa  (która w Internecie może kosztować nawet kilkanaście złotych), gotowe moduły sterowania, kontroli lotu i łączności, antena oraz zabezpieczone jest miejsce do podczepienia taśmami lub opaskami źródła zasilania oraz ładunku bojowego.

Zasadą jest wykorzystanie charakterystycznych, tanich akumulatorów (przyczepiane paskami przed startem), które wystarczają tak naprawdę jedynie na dolot do celu (co bardzo często widać po komunikacie ukazującym się na ekranie operatora - „low battery”). Nie ma więc potrzeby wprowadzania warunku wielokrotnego ładowania bez utraty pojemności. Ukraińcy prawdopodobnie ustandaryzowali ich wielkość oraz sposób łączenia z dronem (poprzez odpowiednie wiązki przewodów ze złączem), dzięki czemu te same bloki zasilania można wkładać do różnych kwadrokopterów.

Zaprojektowane według tych zasad drony Wild Hornet, są na masową skalę produkowane w niewielkich warsztatach, przez co nie ma zagrożenia, by jednym uderzeniem przerwać ich dostawy do jednostek walczących na froncie. (...)

Innym przykładem jeszcze prostszego i tańszego rozwiązania jest kwadrokopter firmy Terminal Autonomy AQV Scalpel, najlepszy przykład prostoty i użyteczności. Na jego pokładzie znajduje się bowiem to, co jest niezbędne i jak najtańsze. Oczywiście nie ma w nim składanych ramion, ale stała rama wykonana z ceowników i prostokątnego kawałka blachy. Do tego dołożone są cztery nóżki które są po prostu przyczepione nitami i przez to nie są składane w locie. Wszystkie te elementy są najprawdopodobniej wykonane z aluminium.

Taki „siermiężny” kwadrokopter ma maksymalną masę startową 5 kg i może przenosić ładunek o wadze 2,5kg (a więc podczepia się pod niego tyle, ile sam waży). Scalpel porusza się z maksymalną prędkością 45 km/h w promieniu 10 km przebywając w powietrzu tylko 12 minut. Nie jest to więc amunicja krążąca, wyczekująca na pojawienie się celu, ale środek niszczenia obiektów wykrytych przez inne drony rozpoznawcze w ściśle określonym rejonie.

(...)

System łączności i transmisji danych w tego rodzaju systemach jest najczęściej bardzo prosty i prawdopodobnie nie zabezpiecza on dronów przed zakłóceniami stawianymi przez Rosjan z jammerów montowanych powszechnie na pojazdach. Taktyka prowadzenia przez Ukraińców ataku nie przeszkadza im jednak w trafieniu w cel, nawet jeżeli operatorzy tracą obraz celu tuż przed jego trafieniem.

Niekiedy wymaga to powtórzenia nalotu, jednak w przypadku kwadrokopterów jest to stosunkowo proste i szybkie. Dron przy nawrocie nie odlatuje bowiem tak daleko jak bezzałogowe samoloty kamikaze. Dodatkowo operatorzy nabrali już takiego doświadczenia, że potrafią kontynuować atak, nawet wtedy, gdy w ostatniej fazie tracą obraz lub jest on zakłócany. Skuteczność tego rodzaju uderzeń jest zresztą sprawdzana, ponieważ atak dronów kamikaze jest najczęściej koordynowany przez inny bezzałogowiec rozpoznawczy. To on odszukuje cele i nakierowuje na nie operatora bojowego kwadrokoptera.

Koszt dronów kamikaze jest przy tym tak mały, że Ukraińcy potrafią atakować ten sam cel kilkakrotnie, jeżeli wcześniejsze trafienia nie przyniosły pożądanych skutków. Oznacza to, że operatorzy działają w grupach, w których każdy ma określone zadanie z oceną sytuacji włącznie. Jest to konieczne ponieważ odseparowani goglami od świata ukraińscy żołnierze muszą cały czas czuć się bezpieczni.

Coraz bardziej skuteczne stają się również ładunki wybuchowe mocowane do dronów kamikaze. Początkowo do zwalczania pojazdów wykorzystywano głównie części wybuchowe granatników rodziny RPG. Są one mocowane zwykłymi, plastykowymi opaskami kablowymi, ponieważ w przypadku dronów kamikaze nie ma konieczności wyczepiania ładunku wybuchowego.

Pomysłowość i zaradność Ukraińców zaskakuje wszystkich, ponieważ nawet w przypadku braku „specjalistycznych” opasek do mocowania ładunków bojowych stosuje się zwykłą taśmę pakową, którą w normalnych czasach zabezpiecza się paczki. Ukraińskim żołnierzom to jednak nie przeszkadza i nikt nie przejmuje się wyglądem. Byle ładunek został dostarczony do wykrytego obiektu i go zniszczył.

Tego rodzaju ładunki okazały się one na tyle skuteczne, że tanie kwadrokoptery zaczęły także zwalczać poruszające się transportery i czołgi, w tym pojazdy wyposażone w nadajniki zakłóceń. Stuprocentową skuteczność uzyskiwano natomiast przy atakowaniu słabo chronionych, holowanych systemów artyleryjskich oraz wyrzutni rakietowych, wypełnionych amunicją.

(...)

Czy ktoś wreszcie w NATO przyjmie do wiadomości, że w okresie nasilonych ataków rosyjskich 4-11 września 2023 roku na wschodzie Ukrainy, drony były odpowiedzialne za 25% całego sprzętu wojskowego utraconego przez Rosję podczas starć, w tym za zniszczenie 42% czołgów i 47? pojazdów opancerzonych. Czy ktoś przeczyta ukraińskie analizy, opublikowane np. przez „Forbes Ukraine”  z których wyraźnie wynika, że „małe, dostępne na rynku drony są zdecydowanie najbardziej opłacalną bronią do niszczenia sprzętu i personelu wroga”.

Z szacunków opublikowanych przez dziennikarza Wołodymyra Dacenkę wynika np. że dron kamikaze FPV jest do 30 razy bardziej opłacalny w niszczeniu pojazdów opancerzonych niż artylerii i daje co najmniej 175-krotne przebicie porównując koszt dronu w porównaniu z wartością zniszczonego sprzętu. Ale muszą być to tanie systemy bezzałogowe, wprowadzane masowo. Ukraiński dowódca dronów Jurij Kasjanow ujawnił w wywiadzie dla BBC, że siły zbrojne Ukrainy potrzebują miesięcznie 25 000 dronów taktycznych.

defence24.pl

wtorek, 26 grudnia 2023



Opisane powyżej problemy są jedynie objawami kilku chorób trapiących niemiecką gospodarkę od dobrych kilku, a czasami nawet kilkunastu lat. Pierwszą z nich jest absolutnie obłąkana polityka energetyczna, uzasadniana mocno wątpliwą ideologią klimatyczną. Niemcy umyślili sobie, że nowoczesna gospodarka przemysłowa i nastawiony na konsumpcję styl życia może być zasilany z wiatraków i solarów. Nastawiali od groma jednych i drugich, równocześnie zamykając relatywnie tanie elektrownie węglowe i przede wszystkim atomowe.

Absolutnym kuriozum było zwłaszcza wygaszenie elektrowni jądrowych, które zapewniają stabilne i tanie (tj. gdy już są zbudowane) dostawy energii elektrycznej dla przemysłu. Dodatkowo nie emitują przy tym ani grama dwutlenku węgla –gazu tak znienawidzonego przez klimatystów. Na dodatek, decyzję o wyłączeniu” atomówek” Niemcy podjęli już po wybuchu kryzysu energetycznego i wstrzymaniu dostaw gazu z Rosji. Było to szaleństwo godne tego, co niemieccy liderzy czynili zimą i wiosną 1945. Refleksja nad popełnionymi błędami znów przyszła stanowczo za późno.

Przez poprzednie kilkanaście lat nasi zachodni sąsiedzi utopili setki miliardów euro w nierentowne wiatraki, które dziś trzeba gdzieś zezłomować po dość krótkim okresie przydatności do użycia. Niemieckie gospodarstwa domowe płaciły za to zawyżonymi rachunkami za prąd, dotując branżę OZE. W efekcie Niemcy w 2022 roku wyprodukowali mniej energii elektrycznej niż 20 lat wcześniej, a udział (głównie rosyjskiego) gazu w miksie energetycznym wzrósł z 8,7% do 14,2%. Łączna produkcja z hojnie dotowanych solarów i turbin wiatrowych odpowiadała za 33% dostaw energii. Dla porównania, w roku 2000 elektrownie jądrowe dostarczyły blisko 30% wyprodukowanego prądu. Konkluzja: w imię realizacji celów ideologicznych Niemcy zastąpiły tanie i stabilne źródła energii źródłami drogimi i niestabilnymi, które w dodatku wymagały stabilizowania wzmożonym importem surowców energetycznych z Rosji. Acha, w 2022 roku prawie 32% niemieckiej energii elektrycznej została wyprodukowana z tak zwalczanego przez Brukselę węgla.

Finansowanie wiatrakozy wymagało olbrzymich subsydiów państwowych, na które zrzucał się niemiecki podatnik. Problem w tym, że rząd  kanclerza Scholza robił to nie do końca legalnie. To znaczy, stosowały ten sam trik co ekipa Mateusza Morawieckiego – wyprowadzając pieniądze publiczne spoza budżetu państwa do pozabudżetowych funduszy.

bankier.pl

poniedziałek, 25 grudnia 2023



Drony-kamikaze klasy FPV (ang. First Person View, dron pilotowany z widokiem na żywo z kamery na pokładzie), których głównym przeznaczeniem jest niszczenie celu w jednorazowym, samobójczym ataku (zrzuty granatów czy innej amunicji z dronów FPV są raczej rzadkie), traktuje się coraz bardziej jak tanią broń precyzyjną, nieodzowną w natarciu i obronie. Formowane są specjalne pododdziały specjalizujące się w dronach uderzeniowych, czyli dronach-kamikaze FPV, lub wielowirnikowych dronach „bombowych”, tzw. „skidach”. Niczym amunicja na front dostarczane są tysiące dronów FPV z całym asortymentem wyposażenia, jak baterie, retranslatory, anteny, amunicja itd.

Według szacunków do pododdziałów Sił Obrony Ukrainy obecnie co miesiąc dostarczanych jest ok. 12-15 tys. dronów FPV różnych producentów, przy czym potrzeby określane są nawet na 30 tys. Praktycy, czyli dowódcy jednostek dronów uderzeniowych, podkreślają, że przygotowanie zasobów dronów FPV to zadanie dla całego państwa. Niektórzy uważają, że ich docelowa produkcja powinna sięgać nawet 100 tys. sztuk miesięcznie (!), aby pododdziały nie martwiły się, skąd je wziąć, tylko skupiały się wyłącznie na militarnym aspekcie ich wykorzystania. Tymczasem wiele pododdziałów zostało pozostawionych samych sobie. Samodzielnie zapewniają sobie elementy konstrukcji i części, same je montują, załatwiają baterie, retranslatory itd. Zaspokojenie ukraińskiego „głodu” dronów FPV nie jest łatwe m.in. z powodu niestałego i niewystarczającego finansowania, braku państwowej produkcji wielkoseryjnej, problemów z biurokracją i prawodawstwem, korupcją w urzędzie celnym i wielu innych czynnikach.

Wprawdzie drony docierają do jednostek, ale dużym problemem są stałe, systematyczne i przewidywalne dostawy. Te z organizacji państwowych są niewielkie i nieregularne, raczej nie większe niż partia 100 sztuk. Dostawy z innych źródeł, np. z projektu „Armia Dronów” i wielu innych, są dużo większe, ale podobnie jak w poprzednim przypadku brakuje im systematyczności. To utrudnia planowanie wykorzystania bezpilotowców, ponieważ dowództwa jednostek dronów nie widzą, ile maszyn mają do dyspozycji i jak je wykorzystywać.

Żołnierz z 3. Brygady Szturmowej „Azow” objaśnia ten problem następująco:

Jeśli będę miał 100 dronów-kamikaze miesięcznie i wiem, że więcej ich nie będzie, to będę oszczędzał. Wykorzystam to w jeden sposób. Ale jeśli w miesiącu będę miał 100 dronów, potem kolejne 100, 200 czy 500, to będę inaczej planował działania bojowe i efektywniej wykorzystam drony FPV. Niestety nie ma czegoś takiego. Teraz dostawy są chaotyczne, jednorazowe. W związku z tym trudno jest cokolwiek zaplanować.

W czasie typowych operacji bojowych z przeciętną intensywnością walk „Abdula” szacuje potrzeby na bezpilotowce tej klasy w jednostce szczebla brygady na ok. tysiąc sztuk miesięcznie. Według różnych szacunków liczba ta jest około dwukrotnie większa w czasie działań o większej intensywności, np. w czasie natarcia albo obrony. Wówczas drony albo wspierają małe własne grupy szturmowe piechoty, „wymiatając” wszystko na drodze oddziału i reagując jako wsparcie z powietrza na wezwanie, albo osłaniają z powietrza własny punkt oporu, prowadząc rozpoznanie i niszcząc sprzęt i piechotę atakującą „opornik”. „Abdula” szacuje więc, że 50 brygad SZU powinno mieć do dyspozycji po 2 tysiące dronów miesięcznie, a więc łącznie 100 tys. dronów.

Mimo tego drony FPV traktowane są jak broń potrzebna na froncie, dlatego producenci cały czas zwiększają moce produkcyjne, jednocześnie unowocześniając projekty. Przykładowo, Escadrone, ukraiński producent bezpilotowców, w sierpniu ubiegłego roku wypuścił pierwszą partię dronów w liczbie 20 sztuk. Rok później, w sierpniu 2023 r., Escadrone wysłał na front 2743 maszyny, a w planach na grudzień jest 4 tys. egzemplarzy.

Początkowo drony FPV miały kiepskie rezultaty. Często spadały, były problemy z podczepianą amunicją, oprogramowaniem. Te problemy inżynieryjne zespoły „droniarzy” musiały pokonywać same, przekazywać doświadczenia z pododdziału do pododdziału, uczyć się taktyki. Z miesiąca na miesiąc rosła liczba oddziałów z bezpilotowcami, zarówno w armii ukraińskiej, jak i rosyjskiej.

Operator drona z batalionu rozpoznawczego tak mówi o pierwszych akcjach bojowych:

Kiedy korzystaliśmy z dronów FPV w pierwszych akcjach, bardzo blisko podchodziliśmy do celów (linia frontu zaczynała się gdzieś 500 metrów od naszego miejsca wzlotu). Do czołgu były dwa kilometry. Najtrudniej było się stamtąd wycofać, bo trafialiśmy pod bardzo poważny ostrzał. Ale potem nauczyliśmy się wybierać właściwe lokalizacje i zrobiło się łatwiej.

Dron FPV może przybrać wiele obliczy. Istnieją konstrukcje różnej wielkości, o odmiennych typach napędu i ramach, lepszych lub gorszych bateriach, z różnorodnymi systemami inicjacji wybuchu, a wreszcie z różnych zasięgiem i udźwigiem. Duże bezpilotowce najnowszych typów mogą zabrać nawet do 4 kg ładunku wybuchowego, a zasięg rzędu 10-20 km jest jak najbardziej możliwy do osiągnięcia.

Szef Escadrone tak mówi o rosnącym zasięgu dronów FPV: „Wielkim dla nas sukcesem było, gdy po raz pierwszy trafiliśmy w czołg z odległości sześciu kilometrów. Stało się to w czasie wyzwolenia Chersonia. Teraz już nikogo nie zdziwi zasięg sześciu kilometrów, tak blisko już nikt nie lata. Wszystkie cenne cele znajdują się w odległości 15-20 kilometrów”.

Gałąź produkcji i zastosowania tych bezpilotowców nieustannie rośnie z obu stron frontu. Obecnie nie ma odcinka frontu, gdzie nie byłyby aktywne drony FPV. Atakują pojedynczych żołnierzy, transport, ale też wozy opancerzone. Do samych konstrukcji i wyszkolenia operatorów (pilotów) dochodzą rzecz jasna elementy taktyki: szybkie wykrywanie celów i ich atakowanie, logistyka pododdziałów, ich umiejscowienie w strukturze odcinka obrony itd.

Drony FPV mają ogromny wpływ na to co się dzieje na froncie. W obecnej chwili ich nasycenie jest tak duże, że może wpływać na taktykę wojsk pancerno-zmechanizowanych. Wszystkie wozy pancerne, które pojawią się blisko linii frontu, będą atakowane, dlatego jeśli nie ma takiej konieczności, wozy opancerzone wycofywane są na tyły, żeby prowadzić ogień z zakrytych stanowisk. Te, które pojawiają się na linii styczności wojsk, są natychmiast atakowane, uszkadzane, porzucane, a następnie dobijane przez inną broń… lub kolejne bezzałogowce. Wyspecjalizowane pododdziały potrafią zadać przeciwnikowi poważne straty w sile żywej i sprzęcie.

„Gioconda” z grupy uderzeniowej „Asgard” pododdziału „Oczi” stwierdził, że w ciągu czterech dni jego grupa dronami-kamikaze typu „Dyki szerszni” zniszczyła 40 wozów opancerzonych, w tym 19 czołgów, stosując do porażenia 40 celów „tylko” 80 dronów FPV. Efektywność wynosiła więc aż 50%. Oczywiście zazwyczaj jest o wiele niższa. Czasami środki walki radioelektronicznej czy pogoda całkowicie uniemożliwiają prowadzenie działań.

Znane są miejsca i czas, gdy zakłócanie uniemożliwiało operacje bojowe, spadało nawet 100% stosowanych dronów. To przynosiło straty, wymagało zmiany w oprogramowaniu, algorytmach, częstotliwości, mocy sygnału itd. Nierzadko przeszkodą są nie tylko środki przeciwdziałania przeciwnika, ale też… własne.

Doświadczeni operatorzy dronów w sprzyjających okolicznościach są w stanie penetrować pozycje przeciwnika nawet 15-20 km od linii frontu. Przykładowo, film jednostki bezzałogowej 10. Brygady Górsko-Szturmowej pokazuje „robotę” dronów-kamikaze „Dyki szerszni” w odległości 17-19 km od linii frontu.

(...)

W SZU formowane są od pewnego czasu pododdziały bezpilotowców, w tym uderzeniowych klasy FPV. Nazywane są rotami (kompaniami) uderzeniowych systemów bezzałogowych, czyli RUBpAK (роти ударних безпілотних комплексів - РУБпАК). Często funkcjonują w strukturach brygady. Jako jedna z pierwszych kompanii dronów uderzeniowych powstała jednostka „Achilles” w składzie 92. Brygady Zmechanizowanej. Dowódcy tych jednostek twierdzą, że jednym z głównych problemów są nieregularne i niewystarczające dostawy sprzętu.

W ostatnim czasie także Rosjanie szybko rozwijają tę gałąź produkcji. Tworzą systemy szkolenia operatorów, pododdziały uderzeniowe i centra logistyczne, organizują produkcję seryjną itd. Ukraińcy alarmują, że coraz częściej natykają się na drony FPV, bowiem również strona rosyjska docenia ich potencjał, testuje bezzałogowce do ataków nocnych itd. Wielu Ukraińców zauważa, że na tym polu Rosjanie już przegonili lub zaraz przegonią ich samych dzięki większym mocom produkcyjnym i kradzieży pomysłów.

Drony FPV mają poważne ograniczenia, ale jak już wspomniano, posiadają też duży potencjał jako tania i łatwo dostępna broń ofensywna. Ciekawy jest jeden z epizodów z zadnieprzańskiego przyczółka w Krynkach, który pokazuje szybkość reakcji zespołów dronów FPV, jaki zarejestrował pododdział bezzałogowców „Ptaki Madziara”. Kiedy na stanowisko ogniowe wjechał kołowy bwp BTR-82A, którzy przez kilkadziesiąt sekund ostrzeliwał ukraińskie pozycje z 30 mm armaty automatycznej. Gdy wracał na zaplecze, utknął w rowie. W niecałe półtorej minuty od pojawienia się pojazdu BTR został zaatakowany. Najpierw trafił go dron FPV, a potem dobił drugi bezpilotowiec „bombowy”, celnie zrzucając granat. Cele dla bezzałogowców wcześniej wykrywają inne drony rozpoznawcze, np. DJI Mavic, które nierzadko rejestrują ataki i pomagają ocenić ich skutki.

Do innego ciekawego starcia doszło z końcem sierpnia, kiedy dron FPV z kompanii dronów uderzeniowych „Achilles” 92 BZ skutecznie poraził przeciwlotniczy zestaw rakietowy Tor-M1. W tym samym okresie na kierunku zaporoskim, ok. 8-9 km od Urożajne, doszło do nieudanej, choć wciąż ciekawej próby ataku drona FPV na śmigłowiec Ka-52. Szturmowy wiropłat prawdopodobnie zajął pozycję do odpalenia przeciwpancernych pocisków kierowanych Wichr, ale atak bezzałogowca zmusił go do odwrotu.

Najmniejszy zespół dronów uderzeniowych FPV to trzy osoby z pojazdem: operator drona, który steruje aparatem, technik przygotowujący bezpilotowiec i montujący uzbrojenie oraz dowódca grupy, który utrzymuje łączność z własnymi oddziałami. Jednak na zespół z bezzałogowcem pracuje wiele osób. Kluczowa jest nie tylko techniczna obsługa drona, ale elementy jego taktycznego wykorzystania, na przykład efektywne rozpoznanie własne, którego finałem może być udany atak na wykryty cel.

defence24.pl

niedziela, 24 grudnia 2023



Początek głębszego zainteresowania Rosją we Francji można w miarę dokładnie określić rokiem 1709, a więc datą wygranej przez Piotra I bitwy pod Połtawą. Pokonując potężną Szwecję Karola XII – głównego, obok Polski, północnego sojusznika Ludwika XIV – car rosyjski zagwarantował sobie mocarstwową pozycję wśród europejskich potęg. Natomiast militarystyczny absolutyzm „króla Słońce” uległ, u progu XVIII w., naturalnej erozji, ustępując miejsca mniej zhierarchizowanemu systemowi społeczno-politycznemu, opartemu na wybieralnych zgromadzeniach przedstawicielskich. Przemiany w kulturze wysokiej i nauce, a także rewolucja w technice oraz taktyce wojskowej przyczyniły się do przekształcenia monarchii typu feudalnego w absolutystyczny system władzy oświeconej. Stało się też oczywiste, że po Reformacji i wojnach religijnych nie da się już przywrócić jedności chrześcijaństwa i, usankcjonowanej przez Boga, absolutnej władzy królewskiej. Droga do tego, co Alexis de Tocqueville nazwie demokracją, stała przed Francją otworem.

Tymczasem w Rosji trwał w najlepsze system patrymonialny, oparty na samodzierżawiu, podporządkowaniu kościoła, wpisaniu w „tabelę rang”, społeczeństwa, likwidacji opozycji możnych (bojarów) przy równoczesnym utrzymaniu niewolnictwa. Mimo natarczywej propagandy i symbolicznych gestów (obcinanie bród, przeniesienie stolicy państwa z Moskwy do Petersburga, etc.) reforma Piotrowa nigdy nie zrównała imperium carów z oświeconą Europą, a tym bardziej nie dokonała i nie wprowadziła do porządku społeczno-politycznego rewolucyjnej zmiany typu Novus ordo sœculorum. Ustrój patrymonialny, zainicjowany przez Iwana III Srogiego, utrwalony przez jego wnuka Iwana IV Groźnego, a później skutecznie „ulepszany” przez Romanowów (w okresie panowania tej dynastii dziennie Rosji „przybywało” ok. 140 km² powierzchni) został, owszem, zreformowany przez Piotra I, ale przecież istnieje wyraźne kontinuum między jego pierwotną, samodzierżawną wersją z dawnych epok a udoskonalonymi wcieleniami piotrowymi (głównie w sferze wojskowości i propagandy). Ta ciągłość przetrwa nieprzerwanie aż do 1917 roku.

Warto w tym miejscu przywołać termin Alberta Lortholary’ego „miraż rosyjski” określający swego rodzaju fascynację zafałszowanym, iluzorycznym, czy wręcz nieistniejącym – a przecież obecnym w społecznym imaginarium wielu Francuzów – „zwidowym” obrazem północnego kolosa. Myślicielem, który wprowadził, skodyfikował i rozpowszechnił na ogromną skalę taką właśnie wykładnię imperium carów był Wolter. Poświęcił on bez mała trzydzieści lat na opracowanie swojego opus vitae pt. L’Histoire de l’empire de Russie sous Pierre le Grand (Historia imperium Rosji za czasów Piotra Wielkiego) (1759/1763), będącego połączeniem osobliwego makiawelizmu z wyrafinowaną propagandą polityczną. Warto przyjrzeć się bliżej i wyjaśnić na czym polega „geniusz” tej wolteriańskiej rusofili stosowanej.

Książka Historia imperium Rosji za czasów Piotra Wielkiego ma dwie zasadnicze skazy czyniące z niej bardziej twór propagandowy niż – jakby tego sobie życzył Wolter – traktat historyczny. Pierwszy zarzut, jaki można sformułować wobec publicysty francuskiego to przyjęcie fałszywej tezy czyniącej z Piotra I twórcę „nowej Rosji”. Car-reformator miał rzekomo ustanowić w swoim imperium jakąś nową erę, początek absolutny, Novus ordo sœculorum, czy punkt zero historii. Drugim fałszerstwem, jakiego się dopuścił francuski dziejopis to uczynienie z tej „nowej Rosji” państwa oświeconego, które nie tylko dogoniło cywilizacyjnie Europę, ale nawet pod pewnymi względami ją prześcignęło – głównie w sferze duchowej, podporządkowując Kościół Państwu. Myśl wolteriańska opiera się tutaj na dwóch filarach: kluczowej roli jednostki w historii społeczno-politycznej danego kraju oraz wyjątkowej pozycji, jaką posiada cywilizacja w dziejach Europy. Car reformator wprowadza nowy ład w swoim imperium sam, otoczony prymitywnym ludem. Akt twórczy nie należy w tym przypadku do Boga, ale do oświeconego despoty. Historia staje się i dopełnia z woli jednego człowieka – lud pozostaje pasywny i niedojrzały. Wolter posunie się nawet do zaakceptowania politycznego zniewolenia: marzył o „republice filozofów”, której główną zasadą byłoby „najwyższe przywództwo intelektualne” cara. Był głęboko przekonany, że wszelka władza polityczna powinna należeć do jednego monarchy i że wszelkie „umowy społeczne” między księciem a ludem muszą prędzej czy później doprowadzić do ruiny państwa. Nadmiar wolności może popchnąć kraj w kierunku anarchii; osłabiony i zżarty od środka bratobójczymi walkami staje się taki kraj łatwym łupem silnych sąsiadów, którzy – zgodnie z doktryną Machtstaat Samuela von Pufendorfa – podporządkują go sobie i narzucą mu swoje prawa. Ogromne sukcesy i zdobycze Piotra I uczą, że można stworzyć potężny twór imperialny, całkowicie zniewalając lud. Zdaniem Woltera Rosja jest jedyną potęgą, która może w pełni zrealizować taką politykę podboju, zbawienną – jak sądził – dla zachodnioeuropejskiej cywilizacji.

(...)

W zderzeniu utopii z ideą postępu fantazmatyczna przestrzeń imaginacyjna przeciwstawiona jest tutaj czasoprzestrzeni historii. A przecież historia może również okazać się „obietnicą utopii”. Wystarczy dobrać odpowiednią strategię słowa, wymyślić skuteczną propagandę, aby otworzyć przed masami iluzję świetlanej przyszłości. Wielkim mistrzem takiej strategii, jej genialnym twórcą w Rosji był właśnie Wolter. Jego, oparty na silnej jednostce, model postępu dziejowego połączony z misją cywilizacyjną Rosji stworzył podwaliny zafałszowanej interpretacji historii, jej historiozoficzny – czy wręcz mesjanistyczny – bubel. Autor Traktatu o tolerancji twierdzi, że powołanie do życia nowego państwa rosyjskiego było „największym wydarzeniem dla Europy”, albowiem odtąd Rosjanie mogą „wpływać, mimo olbrzymich odległości, na losy Niemiec, Francji czy Hiszpanii”. Wolter przypisuje Rosji rolę arbitra i kreatora nowego porządku na ziemi: „Rosjanie zwyciężyli Turków i Tatarów, podbili Krym i ustanowili tu prawa, a także wśród dwudziestu innych ludów; stali się prawodawcą narodów, których Europa nawet nie znała z nazwy”. Krucjata przeciwko barbarzyństwu, ciemnocie i fanatyzmowi prowadzona pod egidą Rosji i jej armii ma przynieść postęp, wolność, tolerancję i „wyzwolić ludzki ród”. Nie ulega wątpliwości, że usługi, jakie oddał Wolter Rosji w jej ideologicznej ekspansji w Europie, są ogromne. Nie tylko „opracował” na użytek carów i narzucił Europie Zachodniej model Rosji oświeconej, lecz także przypisał potędze jej władców ważną, dziejową misję cywilizacyjną. 

teologiapolityczna.pl

sobota, 23 grudnia 2023



Osobom obserwującym wojnę w Ukrainie z zachodnioeuropejskiego dystansu jego nazwisko mówi niewiele albo nie jest znane wcale. Ale dla Ukraińców to jedna z najbardziej rozpoznawalnych osób w dzisiejszej przestrzeni publicznej. Po rozpoczęciu działań wojennych w lutym 2022 roku Arestowycz, jako tzw. zewnętrzny doradca Kancelarii Prezydenta ds. komunikacji, stał się faktycznie rzecznikiem ukraińskiego oporu przeciwko okupantowi. Nie jest do końca jasne umocowanie jego posady.

Najprościej można powiedzieć, że pracował w prezydenckim biurze na zasadach outsourcingu, będąc kimś w rodzaju doradcy przy doradcy prezydenta Zelenskiego. Faktycznie zajmował się prowadzeniem codziennych briefingów, podczas których informował o sytuacji na froncie. Ale ważniejsze dla jego rozpoznawalności i wpływu społecznego były codzienne streamy na kanale YT Feigin Live. To tam, wspólnie z rosyjskim opozycjonistą na emigracji i dawnym obrońcą Pussy Riot – Markiem Feiginem, stworzył duet, który co wieczór oglądała milionowa publika, chcąca się dowiedzieć, co się dzieje w okupowanym przez rosyjską armię kraju. I to właśnie podczas tych programów zaczął budować się mit Arestowycza jako człowieka z insajdem w gabinetach samego Zelenskiego, jednocześnie wojskowego eksperta z informatorami w sztabie generalnym. Przede wszystkim jednak – zbiorowego terapeuty Ukraińców, podczas cowieczornych seansów spokojnym głosem i po rosyjsku przekonującego widzów, że „najwyżej za dwa – trzy tygodnie” Rosja poniesie klęskę i zostawi Ukrainę w spokoju.

Żeby zrozumieć, o jakim masowym wpływie mówimy, wystarczy przytoczyć dane statystyczne Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii z lipca 2022 roku. Badani w Ukrainie, pytani o to, od kogo otrzymują informacje o sytuacji w kraju, wskazywali Arestowycza jako trzeciego – po Zelenskim i armii. Wyprzedzał on nawet naczelnego dowódcę sił zbrojnych Walerija Załużnego. Z kolei w pytaniu o tzw. lidera opinii, czyli osobę, która przekazuje najbardziej wiarygodne informacje w Ukrainie, Arestowycz (14%) ustępował tylko Zelenskiemu (29%)KIIS. Jest rzeczą naturalną, że w sytuacji agresywnego ataku obywatele skupiają się wokół przywódcy kraju i pokładają nadzieję w armii. W tym przypadku obywatele Ukrainy skupili się także wokół nieumocowanego oficjalnie w administracji prezydenta rzecznika prasowego i blogera. Siłę oddziaływania spokojnego głosu Arestowycza w tych najtrudniejszych miesiącach w Ukrainie można porównać tylko do magicznego oddziaływania Kaszpirowskiego, który po nagłym zniknięciu najpotężniejszego państwa świata przez ekran telewizora leczył traumy posowieckich sierot.

Arestowycz oczywiście nie wyskoczył jak filip z konopi, bo był obecny w przestrzeni medialnej Ukrainy na długo przed 24 lutego 2022 roku. Jest to bowiem człowiek wielu talentów. Nie będziemy szczegółowo śledzić jego pokrętnej biografii. Na początek krótka lista. Arestowycz przedstawia się jako psycholog, filozof, oficer ukraińskiej armii z doświadczeniem bojowym po ataku Rosji w 2014 roku, kiedy walczył w oddziałach zwiadu w Donbasie. Wcześniej służył w GUR, czyli w Głównym Zarządzie Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy. Założył agencję eventową, szkołę myślenia Apeiron, oferującą kursy filozofii, psychologii, retoryki. Jest blogerem, ekspertem ds. wojskowych, ekspertem ds. międzynarodowych. Poza tym jako aktor występował w reklamach, serialach i filmach. Zagrał m.in. kobiecą postać Lusię i nieprzychylni komentatorzy do dziś nadają mu uszczypliwie taki przydomek. Wszystko to drobnica. Kariera Arestowycza nabrała tempa, gdy w 2020 roku były prezydent Ukrainy Leonid Kuczma zaprosił go do Trójstronnej Grupy Kontaktowej, oferując posadę doradcy ds. komunikacji oraz rzecznika delegacji ukraińskiej. I w ten sposób pod koniec 2020 roku Arestowycz trafił do Biura Prezydenta jako zewnętrzny doradca szefa biura Andrija Jermaka. Dalszy szlak Arestowicza już jest nam znany: wybuch pełnoskalowej wojny, jego grupowa terapia narodowa na YouTube, a w końcu ogłoszenie swojej kandydatury w wyborach prezydenckich.

Powróćmy do głównego pytania: dlaczego postać Arestowycza tak elektryzuje Ukraińców i Rosjan jednocześnie? Zacznijmy od niejednoznaczności w jego biografii. Pierwsza pojawia się około 2005 roku, a więc w czasie po pomarańczowej rewolucji, kiedy Arestowycz został zastępcą Dmytra Korchynskiego na stanowisku przewodniczącego partii Bractwo. Trudno jest wytłumaczyć, czym ona była – wystarczy powiedzieć, że głosiła idee teokratyzmu i faszyzmu, a sama siebie opisuje jako partię Jezusa Chrystusa, narodowo-chrześcijańską sieć i wspólnotę rewolucyjną. Po 2005 roku występowała przeciwko zbliżeniu Ukrainy z NATO i UE i właśnie wtedy nawiązała współpracę z Międzynarodowym Ruchem Euroazjatyckim, kierowanym przez Aleksandra Dugina, nazywanego dziś filozofem Putina. Z tego czasu pochodzą nagrania ze wspólnej konferencji prasowej Dugina z ukraińską delegacją pt. „Rola Zachodu w pomarańczowej rewolucji, strategia euroazjatycka na Ukrainie i przeciwdziałanie pomarańczowej dżumie w Rosji”. W prezydium zasiedli dwaj główni faszyści Rosji i Ukrainy wraz z Arestowyczem jako zastępcą jednego z nich. W czasie konferencji on też dostał głos i zaczął bredzić coś o wpływie ery Wodnika na procesy społeczne i kolorze pomarańczowym jako technologii politycznej znanej od czasów Lutra.

Po pewnym czasie drogi ukraińskiej partii z rosyjskim euroazjatyzmem się rozeszły, ale fakt współpracy pozostał. Pytany po kilku latach o ten epizod Arestowycz odpowiadał w sposób, który następnie stał się charakterystyczny dla konstrukcji jego autowizerunku. Mianowicie, odpierając zarzuty, Arestowycz tworzył mit siebie jako „człowieka, który wie”, człowieka znającego kulisy deep state, swego rodzaju nadczłowieka. W przypadku konferencji w Moskwie tłumaczy, że mówił co mówił, bo był tam niejako służbowo, jako współpracownik GUR, rozpracowujący radykalne środowiska.

Mamy więc sytuację, kiedy prawdopodobny kandydat prezydencki w 2024 roku w Ukrainie w 2005 roku współtworzył radykalną faszystowską partię, która przeciwstawiała się pomarańczowej rewolucji i współpracowała z ruchem ideologicznym w Rosji, odpowiedzialnym za stworzenie ideologicznych podstaw jej wojennej agresji w 2014 roku. Niejednoznaczności tej sytuacji dodają komentarze przełożonych Arestowycza z tamtego czasu, którzy pamiętają go raczej jako mało ważnego gryzipiórka, oczarowanego euroazjatyckimi ideami Dugina, niż agenta pracującego undercover.

Podobne nieścisłości pojawiają się w przypadku jego wojskowej kariery. Arestowycz twierdzi, że po agresji na Ukrainę, w latach 2018–2019 aktywnie walczył w Donbasie, dowodząc oddziałem zwiadowców, i zaliczył kilkadziesiąt bojowych wyjść za linię wroga. Jego opowieści o przedzieraniu się przez pola minowe to gotowy scenariusz hollywoodzkiego hitu. Także tutaj pojawiają się niejasności. Zastępca dowódcy operacji specjalnych Serhij Krywonos w 2020 roku twierdził, że Arestowycz niczym i nikim nie dowodził i wprost zarzuca mu wyprowadzenie swoich towarzyszy na miny. Tym niemniej utrzymanie wizerunku aktywnego i bohaterskiego uczestnika działań bojowych pozostaje dla Arestowycza szczególnie ważne, bo już od długiego czasu jego występy jako wojennego eksperta, absolwenta szkoły wojskowej, który połączył teorię z praktyką, uwierzytelniają go przed widzami i wyborcami.

Arestowyczowi wyraźnie chodziło o heroizację własnej biografii i uwiarygodnienie się w roli komentatora wojennego. Po ugruntowaniu tej pozycji i zdobyciu takiej rozpoznawalności w kraju, że tylko nowo narodzeni nie wiedzieli, kim on jest, Arestowycz zaczął ewoluować i przestał mieścić się w formacie zewnętrznego doradcy biura prezydenta. To wtedy nastąpił zbieg kilku okoliczności, które w efekcie doprowadziły do jego politycznej wolty. Podczas jednego z wieczornych streamów Arestowycz komentował nocny atak rakietowy na blok mieszkalny, gdzie zginęli cywile. Nagle stwierdził, że za tragedię odpowiedzialna jest obrona przeciwrakietowa Ukrainy, która zbiła rosyjską rakietę nad blokiem. Komentarz spowodował konsternację widzów i współprowadzącego, bo nie był spójny z oficjalnymi komunikatami armii. W konsekwencji Arestowycz musiał zrezygnować z posady w biurze prezydenta. Po pewnym czasie rozstał się także z Markiem Fejginem i jego kanałem YT, który przyniósł mu sławę.

Tak rozpoczął się marsz Arestowycza na pozycję otwartego przeciwnika, a może i wroga Zelenskiego.

Rozstanie Arestowycza z Zelenskim odbywało się po rosyjsku. W dosłownym sensie, bo komunikuje się on ze swoimi widzami głównie w tym języku. I może nie byłoby w tym nic dziwnego, bo to w końcu wciąż dość powszechnie używany w Kijowie język, gdyby nie to, że pracując jako vloger i komentator w ukraińskim segmencie internetu, Arestowycz wykorzystuje do tego przede wszystkim rosyjskie kanały. To wydaje się jakimś rodzajem spójnej strategii komunikacyjnej, bo kiedy na początku listopada ogłaszał swój start w przyszłych wyborach prezydenckich, zrobił to w trzech rosyjskich portalach i kanałach YouTube, czyli w Meduzie, kanale YT związanej z „Nową Gazietą” publicystki Julii Latyninej i kanale opozycjonisty Chodorkowski Live. Mało tego, o jego przejściu do opozycji w stosunku do Zelenskiego skrupulatnie informowały oficjalne i propagandowe strony informacyjne w Rosji. Komentowali je także czołowi rosyjscy publicyści po opozycyjnej stronie politycznego spektrum.

W tym samym czasie w Telegramie (także rosyjskim komunikatorze) Arestowycz opublikował swój program. Ważniejsze jego punkty dotyczące wojny to: przejście na froncie do strategicznej obrony; rotacja żołnierzy i zezwolenie na opuszczenie kraju dla tych, którzy zobowiążą się wrócić w razie mobilizacji; aktywne zabieganie o wstąpienia do NATO wraz z zaprzestaniem walki zbrojnej o odzyskanie terenów zajętych przez Rosję na moment akcesji do Sojuszu i zobowiązanie do odzyskania ich drogą dyplomatyczną. W sumie sposób przedstawienia i zawartość postulatów kampanijnych Arestowycza wyglądają tak, jakby były kierowane do wyborcy głosującego nie w tych wyborach, w których polityk zamierza startować.

Ukraińcy zdają sobie sprawę, że jakiekolwiek negocjacje pokojowe z Putinem i zamrożenie frontu sprzyjają Rosji, dając jej czas na transformację gospodarki w kierunku modelu wojennego, przygotowanie poborowych i restrukturyzację zarządzania armią. Innymi słowy, negocjować pokój z Putinem można tylko z pozycji siły i obiektywnych sukcesów na froncie. W tym sensie Arestowycz konstruuje swoje postulaty zgodnie z linią Kremla. Do tego dochodzi jeszcze czynnik dezintegracyjny, ukryty w postulatach.

Faktyczna rezygnacja z okupowanych terytoriów Ukrainy i odłożenie ich odzyskania na święte nigdy antagonizuje tę część społeczeństwa, która zapłaciła najwyższą cenę utraty bliskiego w wojnie, przeciwko tym, którzy byliby skłonni do oddania części kraju w zamian za spokój. To w ogóle podważa cały wysiłek zbrojnego oporu, na jaki zdobyli się Ukraińcy. Dla wielu, w tym pewnie i dla Arestowycza, jest jasne, że apetytów Rosjan na zniszczenie Ukrainy nie da się już zatrzymać pokojowymi negocjacjami, bo wcześniej czy później znowu pójdą z wojną na zachód. Tak więc pod kogo Arestowycz kroił swoje tezy wyborcze?

Mogłoby się wydawać, że Arestowycz pomylił wyborców, ale to nieprawda. Polityk świadomie kieruje swoje postulaty nie do Ukraińców, a do Rosjan. Bo przecież skrajnie niepolityczna jest sytuacja, w której polityk wprost obraża swoich wyborców, nazywając ich w zależności od okazji: durniami, osłami, lokajami, analfabetami, zjebami (dolbojoby), mówi „poszedł na chuj” do oponenta, który zwrócił mu uwagę na używanie rosyjskiego języka. Jednym z ciekawszych sposobów na przekonanie do oddania głosu na niego była fraza, skierowana wprost do wyborców: „Pomyślcie, co będzie, zjeby durne, jak na mnie nie zagłosujecie? Jak wojna się skończy, ja będę jadł homary na jachcie na Oceania Spokojnym i będę prowadził seminaria, a co będzie z wami? Ruszcie swoją durną głową!”.

Arestowycz działa jak Dr Jekyll i Mr Hyde. Powyżej była próbka komunikacji z Ukraińcami. Za to w rozmowach z dziennikarzami, które kierowane są do rosyjskiej publiki, Arestowycz przechodzi przemianę z obraźliwego chama w szukającego konsensusu… człowieka sowieckiego. Najwyraźniej było to widać w rozmowie z Dmitrijem Bykowem, rosyjskim pisarzem przebywającym na emigracji w Stanach Zjednoczonych, który latem 2022 roku zawitał do Kijowa. Wtedy panowie porozmawiali nieco o geopolityce i zgodzili się co do tego, że do dzisiaj nie stworzono niczego lepszego niż Związek Sowiecki i że to nikt inny, a Ukraińcy stworzyli imperium rosyjskie i Związek Sowiecki. Było też o dialektyce, bo według rozmówców cechą człowieka sowieckiego jest przede wszystkim to, że jest antysowiecki. Arestowicz okazał się w rozmowie bardzo autorefleksyjny i nazwał siebie typem psychicznym ucznia sowieckiego, co uznał za rzecz bardzo dobrą, której nie należy zmieniać.

Po półtora roku i po wolcie politycznej Arestowycza Bykow znowu zabrał głos w sprawie swojego przyjaciela i jego prezydenckich ambicji. W jednym z wywiadów uznał za oczywiste, że rozmowy pokojowe z Rosją spowodują jej wzmocnienie i nie zatrzymają agresji. Jednak ten postulat w programie Arestowycza ocenia diametralnie inaczej. Mówi, że Arestowycz to wspaniały człowiek, że jest jego fanem i że absolutnie podoba mu się jego program i zachowanie. To wprost wymarzony sparingpartner dla Zelenskiego. Mało tego – byłoby bezgranicznym szczęściem dla Ukrainy, gdyby Arestowycz został nowym prezydentem. Dlaczego? Bo według Rosjanina ten ma zadatki na mądrego i autorytarnego lidera, czyli prawdziwego prezydenta typu wodzowskiego. Brzmi jak kuriozum, ale Bykow żałuje jedynie, że szanse Arestowycza na zostanie prezydentem są niskie, bo z jednej strony ma taką przywarę, jak mania wielkości (tutaj Bykow uśmiecha się dobrotliwie), a z drugiej – trudno jest przeprowadzić wybory w czasie wojny. Pean Bykowa ku chwale przyjaciela można zestawić z reakcją kremlowskiej prasy na ogłoszenie prezydenckich planów Arestowycza. Jedna z największych rosyjskich szczujni, „Moskiewski Komsomolec”, pisze tak: „Arestowycz ma rację, rozumie sytuację i koryguje swój plan na bieżąco (…), on jedynie wygląda na idiotę. Ale nie. To mądry, cyniczny i bardzo wykształcony polittechnolog”.

Konsensus „dobrych” i „złych” Rosjan co do Arestowycza jest spójny z tezą, że jego program polityczny wcale nie jest skierowany do ukraińskich wyborców. Arestowycz mówi z Rosjanami, po rosyjsku i do Rosjan albo do ich proxy w Ukrainie. W jego mówieniu po rosyjsku nie chodzi tylko o formalną stronę języka. Arestowycz jest bliski Rosjanom różnych orientacji, bo mówi ich kodem kulturowym, jego wyobraźnia operuje w tym samym świecie znaczeń, co rosyjska, i w tym sensie mówi po rosyjsku w dwójnasób.

Można zresztą pokazać, jak to działa. Po politycznej wolcie Arestowycz ogłaszał swój program, nie będąc już w Ukrainie, gdzie prokuratura prowadzi przeciwko niemu kilka śledztw. Obecnie znajduje się w USA i stamtąd łączy się z widzami swoich streamów. W ukraińskim segmencie YT występuje na kanale Golovanova, niedawno prorosyjskiego dziennikarza z kanałów Medwedczuka, obecnie grającego nawróconego patriotę. W jednym z ostatnich wywiadów odniósł się do pytania, czy zamierza wrócić i fizycznie stanąć w szranki wyborcze. Stwierdził, że nie wróci, bo przed nim było już czterech wielkich, którzy wrócili. Mówi: mieliśmy Nawalnego, Niemcowa, Saakaszwilego i Koboleva. Nie chce skończyć jak oni, bo zna wszystkie sekrety krwiożerczego reżimu Zelenskiego. „Wielka czwórka”, do której porównuje się Aresotwycz, tylko marginalnie odnosi się do Ukrainy (Kobolev to skorumpowany były szef Naftohazu Ukrainy). Arestowycz na emigracji widzi siebie w kontekście polityków największego formatu, bo są to najwięksi przeciwnicy polityczni największego polityka świata – Putina. Było ich trzech (Ukrainiec jest tutaj tylko na okrasę), zostało dwóch, a teraz jest Arestowycz. Kontekst wielkich porównań na tym się nie kończy. W rozmowie dementowane są podejrzenia, że za Arestowyczem stoi Chodorkowski, który miałby finansować przyszłą kampanię Arestowycza. Polityk zaprzecza – mówi, że zarabia ponad 120 tysięcy dolarów miesięcznie i nie potrzebuje sponsora. Ale nie wytrzymuje i dodaje: a co złego byłoby w tym, gdyby finansował go największy na całym świecie wróg Putina?

W tym wywiadzie, udzielanym z waszyngtońskiego pokoju hotelowego, Arestowycz prezentuje się jakby był w stanie manii (też politycznej) i rozkręca się z każdym zdaniem. Chodorkowski mógłby być jego sponsorem, ale nie jest, bo on, Arestowycz, jest nacystą, a we wszystkich jego charakterystykach jest napisane: „Nie poddaje się kierowaniu”. To znaczy, że widzi więcej i dalej niż zwykli ludzie. Tak było też w armii – tam też był sam sobie dowódcą, bali się go i szanowali, bo trzymał się zasady: niech twój dowódca widzi w twoich oczach swoją śmierć. Teraz, będąc w Waszyngtonie, już pierwszego dnia spotkał się z dwunastoma senatorami i jest tutaj nie tak sobie, tylko lobbuje ogromny pakiet pomocy wojennej dla Ukrainy. W jakim charakterze spotyka się z senatorami? W charakterze Arestowycza oczywiście! I nie jest tak, że to on się wprasza, bo to jego zapraszają. W tajemnicy oczywiście, dlatego się tym nie chwali, jak inni Ukraińcy. A gdzie teraz jest? Jest tam i tu – jest wszędzie – odpowiada.

new.org.pl

piątek, 22 grudnia 2023


Już w połowie wiosny 2022 roku stało się jasne, że oczekiwania Rosji związane z inwazją na Ukrainę nie były uzasadnione. Blitzkrieg nie wypalił, zginęło dziesiątki tysięcy rosyjskich żołnierzy. Następnie Kreml zwrócił się o pomoc do Jewgienija Prigożyna i jego najemniczej Grupy Wagnera. Oligarcha nazywany „kucharzem Putina” był niegdyś właścicielem firmy cateringowej obsługującej Kreml.

Grupa Wagnera zaczęła odnosić sukcesy na froncie i zyskiwać popularność wśród Rosjan i elit politycznych. Dziennikarze amerykańskiej gazety piszą, że ten stan rzeczy zaniepokoił Patruszewa. Od lata 2022 roku zaczął ostrzegać Putina, że rosnące wpływy Prigożyna i jego najemników stanowią zagrożenie dla Kremla.

Początkowo rosyjski prezydent miał go zignorować, ponieważ wagnerowcy okazali się skuteczni na froncie. Wszystko zmieniło się jednak jesienią 2022 roku.  Prigożyn rzekomo zadzwonił do Putina, zbeształ prezydenta i w dosadny sposób zażądał większej ilości amunicji, gdyż brak pocisków doprowadził do dużych strat jego najemników. Źródło WSJ podało, że Patruszew był w tym momencie w biurze Putina. Po rozmowie szef Rady Bezpieczeństwa po raz kolejny powiedział prezydentowi, że Prigożyn stał się niebezpieczny, bo przestał szanować kremlowskie władze. Tym razem Putin go posłuchał.

Do grudnia 2022 roku Putin przestał odpowiadać na apele Prigożyna i ignorował jego publiczne i prywatne prośby o zwiększenie dostaw dla najemników. Brak odpowiedzi skłonił szefa Grupy Wagnera do publicznego nagłośnienia konfliktów z kierownictwem Ministerstwa Obrony.

Latem 2023 roku Prigożyn i 25 tysięcy jego najemników ruszyli w stronę Moskwy w spektakularnym  „Marszu Sprawiedliwości”. WSJ podaje, Putina znajdował się wtedy poza stolicą – w jednej ze swoich „letnich rezydencji”. Patruszew wziął na siebie inicjatywę likwidacji zagrożenia.

Szef Rady Bezpieczeństwa wezwał sympatyzujących z Prigożynem oficerów armii rosyjskiej i poprosił ich, aby nakłonili go do zaprzestania buntu. Według publikacji szef wagnerowców zignorował pięć wezwań Kremla do zaprzestania działań.

Patruszew próbował także pozyskać wsparcie Kazachstanu. Poprosił prezydenta Kasyma-Żomarta Tokajewa, by wysłał do Rosji swoich żołnierzy, w przypadku gdyby armia rosyjska nie była w stanie powstrzymać najemników. Patruszew miał stwierdzić, że kazachskie władze powinny się odwdzięczyć za pomoc w stłumieniu zamieszek w styczniu 2022 roku. Wtedy to do Kazachstanu przybyły siły ODKB, czyli sojuszu wojskowego pod egidą Rosji. Kazachski prezydent miał mu jednak odmówić.

Roli mediatora między Prigożynem a Kremlem wziął na siebie Alaksander Łukaszenka, który po sześciu telefonach do Putina i szafa buntowników zdołał przekonać tego ostatniego do odwrotu. Prigożynowi zaproponowano bezpieczny wyjazd na Białoruś, na co się zgodził.

Na początku sierpnia Patruszew polecił swojemu przybocznemu opracować plan zabicia Prigożyna. O planach poinformowano Putinowi, który nie wyraził sprzeciwu.

Kilka tygodni później, po podróży po Afryce, Prigożyn wrócił do Rosji. 23 sierpnia wraz z dowódcą Grupy Wagnera Dmitrijem Utkinem ps. Wagner i pięcioma  współpracownikami wsiadł do prywatnego samolotu na moskiewskim lotnisku Szeremietiewo, skąd wylecieli Petersburga. Przed odlotem samolot został sprawdzony przez inspektorów bezpieczeństwa. Według WSJ właśnie w tym momencie podłożono bombę. Pół godziny później, gdy samolot leciał w pobliżu wsi Kużenkino, bomba eksplodowała, zabijając, nie tylko szefa Grupy Wagnera i jego ludzi, ale też trójkę członków załogi. Rosyjski oligarcha i szef najemniczej grupy zginał dwa miesiące po wywołanym przez siebie buncie.

belsat.eu

czwartek, 21 grudnia 2023


19 grudnia wicepremier ds. odbudowy Ukrainy i minister infrastruktury Ołeksandr Kubrakow poinformował, że w ciągu czterech miesięcy funkcjonowania ukraińskiego korytarza na Morzu Czarnym udało się nim wyeksportować 10 mln ton towarów, z czego blisko 5 mln ton przypadło na produkty rolne. W tym okresie porty w Odessie, Czarnomorsku i Piwdennem przyjęły 337 statków, a kolejnych 79 ma zostać obsłużonych w najbliższym czasie. 11 stycznia Turcja, Bułgaria i Rumunia planują podpisać porozumienie w sprawie rozminowywania zachodniej części akwenu Morza Czarnego. Kijów ma również otrzymać z Wielkiej Brytanii dwa niszczyciele min.

Komentarz

Po tym jak 17 lipca Rosja wycofała się z Czarnomorskiej Inicjatywy Zbożowej (zob. Rosyjska gra z Zachodem: Moskwa wycofuje się z umowy zbożowej), w sierpniu Ukraina zaproponowała wytyczenie nowej trasy biegnącej wzdłuż jej wód terytorialnych w kierunku Rumunii. W pierwszych tygodniach ze szlaku skorzystało pięć statków, które stały zablokowane od początku wojny, a od 16 września do portów zaczęły przypływać nowe jednostki i ich liczba systematycznie rosła: w ciągu pierwszych 30 dni było ich 31, a przez kolejne półtora miesiąca – już 170.

Uruchomienie nowego korytarza wpłynęło pozytywnie na eksport ukraińskiej produkcji rolnej, który w listopadzie osiągnął najwyższy od sześciu miesięcy poziom (zob. wykres). Ponadto, w przeciwieństwie do poprzedniego korytarza zbożowego, wykorzystanie nowej trasy nie jest ograniczone wyłącznie do eksportu żywności, lecz służy ona także do sprzedaży zagranicznej innych towarów, przede wszystkim rudy żelaza i wyrobów hutniczych. Potencjalnie pozwoli to Ukrainie na zwiększenie produkcji przemysłowej w tym sektorze, który przed wojną był zorientowany głównie na eksport i uzależniony od drogi morskiej.

Najpoważniejsze wyzwania związane z nowym szlakiem dotyczą bezpieczeństwa. Rosja nie zaprzestaje ataków na ukraińską infrastrukturę portową, a w listopadzie miał miejsce przypadek trafienia rakietą w statek pod banderą Liberii, do czego doszło w chwili, gdy wpływał on do jednego z portów. Mimo ofiar incydent nie doprowadził do sparaliżowania ruchu na nowej trasie. Poza bezpośrednimi atakami problemem są pływające miny, dlatego trójstronna inicjatywa rozminowywania zachodniej części Morza Czarnego ma istotne znaczenie dla zwiększenia bezpieczeństwa żeglugi.

Rosyjska Flota Czarnomorska (RFCz) ma ograniczone możliwości sparaliżowania ruchu statków na prawie 200-kilometrowym odcinku ukraińskich wód terytorialnych (od okolic Odessy do delty Dunaju). W obliczu ukraińskich uderzeń rakietowych w krymskie porty oraz ataków dronów morskich w ciągu 2023 r. agresor skoncentrował przeważającą część swoich okrętów wojennych w Noworosyjsku, prawie 600 km w linii prostej od Odessy. Dystans ten nie pozwala na użycie podstawowych środków rażenia stosowanych zazwyczaj przeciw statkom handlowym, z wyjątkiem drogich i deficytowych pocisków manewrujących typu Oniks i Kalibr. Z kolei w obawie przed ukraińskimi pociskami przeciwokrętowymi i obroną przeciwlotniczą Rosjanie unikają operowania na morzu i w powietrzu na zachód od Sewastopola. Wszystko to sprawia, że bezpośrednie uderzenia okrętów i samolotów bojowych RFCz na statki pływające nowym korytarzem są obarczone dużym ryzykiem. Zagrażać mogą im jednak drony morskie, których wprowadzenie do służby agresor ostatnio zapowiedział.

osw.waw.pl

W dniach 19–22 grudnia na całym froncie trwały walki pozycyjne, które nie zmieniły w istotny sposób położenia obu armii. Najintensywniejsze starcia miały miejsce w rejonie Bachmutu, Awdijiwki i Marjinki. Na południe od tej ostatniej miejscowości – w Nowomychajliwce i jej okolicy – Rosjanie próbują zająć pozycje ukraińskie, tworzące klin wbijający się w ich ugrupowanie na głębokość ok. 4 km.

W nocy z 19 na 20 grudnia najeźdźcy zaatakowali Ukrainę 19 dronami typu Shahed 131/136. Zgodnie z komunikatem Ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych obrona przeciwlotnicza zestrzeliła 18 z nich. Po raz kolejny agresor użył także rakiet przeciwlotniczych S-300, atakując obiekty cywilne położone w obwodzie charkowskim. Według ukraińskiej administracji dwie rakiety spadły na zajezdnię komunikacji miejskiej w Charkowie, a kolejne dwie na zabudowania wsi Odradne w rejonie kupiańskim, nie powodując jednak strat w ludziach. Następnej nocy Rosjanie znów zaatakowali bezzałogowcami Shahed 131/136 – ukraińska obrona przeciwlotnicza miała wykazać się dużą skutecznością, zestrzeliwując 34 z 35 użytych dronów. Wieczorem 21 grudnia doszło też do skutecznego ataku rakietowego na Zaporoże, przy czym ukraińska administracja nie podała informacji na temat typu zastosowanych rakiet oraz strat. W nocy z 21 na 22 grudnia Rosjanie użyli 28 bezzałogowców Shahed 131/136, z których 24 miała zestrzelić ukraińska obrona przeciwlotnicza. Główny atak został skierowany na obwody chersoński, mikołajowski i odeski, gdzie część dronów trafiła w spichlerze i inne niesprecyzowane obiekty infrastruktury.

W nocy z 19 na 20 grudnia Ukraińcy zaatakowali (prawdopodobnie za pomocą rakiet Storm Shadow/SCALP, ewentualnie w kombinacji z dronami) dwa obiekty położone na Krymie: punkt łączności Federalnej Służby Bezpieczeństwa w Soniacznohirśkem koło Ałuszty oraz centrum łączności kosmicznej w Witynem koło Eupatorii. Brakuje jednak szczegółowych i wiarygodnych doniesień pozwalających ocenić skalę strat.

(...)

Prezydent Wołodymyr Zełenski zapewnił 19 grudnia, że nie podpisze ustawy umożliwiającej obowiązkową mobilizację kobiet. Zastrzegł także, że decyzję o obniżeniu wieku mobilizacyjnego z 27 do 25 lat podejmie po rozważeniu „wszystkich argumentów”. Przyznał, że dowództwo wojskowe złożyło propozycję zmobilizowania nawet pół miliona mężczyzn, jednak oprócz ryzykowania życia żołnierzy taki krok pociągnąłby też za sobą konieczność poniesienia kosztu w wysokości 500 mld hrywien (ponad 13 mld dolarów). W związku z tym zwrócił się do premiera i resortu finansów, aby ocenili czy takie wydatki są możliwe. Według Zełenskiego konieczne jest precyzyjne zaplanowanie mobilizacji i dopilnowanie zasad rotacji żołnierzy na froncie. Odpowiadając na pytanie dziennikarzy, czy zamierza zwolnić głównodowodzącego generała Wałerija Załużnego, odpowiedział, że „utrzymuje z nim kontakty robocze” i planuje z nim nadal współpracować.

21 grudnia w wywiadzie dla niemieckiego dziennika „Bild” minister obrony Ukrainy Rustem Umierow powiedział, że wszyscy ukraińscy mężczyźni w wieku od 25 do 60 lat powinni otrzymać wezwanie do stawienia się w komisjach wojskowych. Będzie to również dotyczyło przebywających poza granicami kraju, a uchylenie się od rejestracji będzie karane. Dzień później resort obrony wydał komunikat, w którym stwierdzono, że Umierow jedynie wezwał wszystkich zdolnych do służby do wstąpienia do armii, a kary za niestawiennictwo nie są obecnie rozważane.

(...)

20 grudnia przedstawiciel Państwowej Służby Granicznej we Lwowie Ihor Matwijczuk stwierdził, że codziennie zachodnią granicę państwa przekracza 6 tys. mężczyzn w wieku poborowym, z których ok. 200 to kierowcy ciężarówek. Jego zdaniem w ostatnim czasie wzrosła liczba mężczyzn poślubiających wielodzietne matki lub sprawujących opiekę nad osobami niepełnosprawnymi, co pozwala im na opuszczenie kraju. Dodał, że duży odsetek wyjeżdżających za granicę posiada orzeczenia o niezdolności do służby wojskowej. We wrześniu br. dziennikarze portalu NGL.media poinformowali o ponad 2 tys. mężczyzn, którzy wyjechali za granicę z zezwoleniami lwowskiej administracji obwodowej przeznaczonymi dla kierowców ciężarówek. Większość z nich nie powróciła do kraju.

osw.waw.pl

środa, 20 grudnia 2023


Marszałek Szymon Hołownia wygasił mandaty obu byłych ministrów, ale ci i tak pojawili się w ławach Prawa i Sprawiedliwości i brali udział w głosowaniach. Mariusz Kamiński wykonał w stronę sejmowej większości gest Kozakiewicza, który oznacza, mówiąc bardzo delikatnie, "nic mi nie zrobicie". Ale to wyłącznie dobra mina do złej gry. Przepisy wprowadzone przez PiS są dość jasne: mandaty wygasić należało i byli ministrowie nie są już posłami. Oliwy do ognia dolały jeszcze krążące gdzieś w kuluarach informacje, że nowa większość "znalazła sposób na Glapę" i że niebawem "wezmą się za niego". Nikt nie wie, ile w tych plotkach jest prawdy, ale wszyscy nagle zaczęli się bać.

Wśród polityków PiS, z którymi rozmawiamy, powszechna jest autentyczna wiara w to, że Telewizji Polskiej trzeba bronić jak niepodległości. Kiedy zagłębić się w powody tej wiary, odcedzić propagandę, w którą politycy PiS najwyraźniej sami uwierzyli, odrzucić zdziwienie tym, że tym razem Tusk nie żartował i że rozliczenia będą, a jak trzeba będzie, to Tusk włączy turbo dopalacz, okazuje się, że u podłoża tej wiary leży zwykły strach przed zniknięciem z politycznej sceny. Nie chodzi tu nawet o polityków przy Wiejskiej, którzy teraz tak tłumnie dyżurują w holu i na korytarzach Woronicza. Chodzi o polityków w regionach, dla których redakcje lokalne TVP3 były narzędziem kampanii, wewnątrzpartyjnych rozgrywek i politycznego lansu.

— W TVP Info wszyscy i tak nigdy by się nie zmieścili. Dlatego wielu kolegów wybierało programy u siebie w regionach — tłumaczą politycy prawicy, a ich polityczni konkurenci opowiadają sobie anegdoty o tym, jak pani poseł z PiS zabraniała lokalnej ekipie TVP obsługiwać wydarzenia z udziałem "spadochroniarza z Warszawy".

Politycy Prawa i Sprawiedliwości nagle zdali sobie sprawę, że bez machiny TVP zostają po prostu na lodzie. Przed nimi dwie kampanie. Ta do samorządu to zawsze największy indywidualny wysiłek dla polityków, bo konkurencja jest tutaj największa i dobrze mieć "swoje", a przynajmniej zaprzyjaźnione media lokalne.

Polska Press pod skrzydłami Orlenu nie zamieniła się w prężne regionalne, opiniotwórcze gazety. Wręcz przeciwnie. Przez całą kampanię wyborczą na okładkach "Gazety Olsztyńskiej", "Krakowskiej" czy "Głosu Wielkopolskiego", można było zobaczyć ustawki z konkretnymi politykami PiS, na których stawiała redakcja. Ale za chwilę te ustawki też odejdą do przeszłości, bo zapewne nie później niż w lutym zmieni się prezes Orlenu, a to oznacza natychmiastową zmianę linii programowej Polska Press. W Polskim Radiu też zmiany i nagle np. w Radio Zachód na antenę nie zostają wpuszczeni prowadzący sprzyjający PiS.

Nagle bez ostrzeżenia politycy PiS tracą wszystkie swoje medialne przyczółki. I o ile jeszcze pierwszy i drugi rząd jakoś sobie poradzą, bo za chwilę zaczną bywać w nowej TVP, przeproszą się z TVN 24 i będą zabiegać o wizyty w Polsacie, to dalsze rzędy są w bardzo kłopotliwej sytuacji. Nagle do wielu dopiero dotarły i bardzo prawdziwe stały się słowa Marcina Wolskiego z wieczoru wyborczego w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, że bez telewizji "nas nie ma".

Nerwy wynikają także z tego, że już przed "bitwą o TVP" było gorąco, a retoryka między największymi partiami się zaostrzała. Teraz porównania do generała Jaruzelskiego, stanu wojennego, a nawet Hitlera padają co kilka minut. W tej atmosferze prowadzenie pozytywnej kampanii wyborczej, która zacznie się już niebawem, może być po prostu niemożliwe. Wielokrotnie w ciągu ostatnich tygodni słyszeliśmy od polityków PiS, że nie wiedzą, jaka właściwie jest strategia partii. Z jednej strony wydawało się, że przed wyborami było za ostro i zbyt monotematycznie, a z drugiej strony kurs wciąż się zaostrza.

— Idziemy dokładnie tym samym torem, co przed wyborami do Sejmu, tylko jeszcze ostrzej. A w mniejszych miasteczkach często współpraca z resztą sceny politycznej układa się znacznie lepiej niż w Warszawie. Tylko jak tu coś układać, skoro wszyscy są zdrajcami, faszystami i siepaczami Łukaszenki... — mówi nasz rozmówca.

onet.pl

wtorek, 19 grudnia 2023


Jeśli chcemy zrozumieć ostatnie niezrównoważone zachowania Muska, powinniśmy zrozumieć powody, którymi kierował się w przeszłości. Przenieśmy się więc z powrotem do jazdy bez trzymanki, która miała miejsce w 2018 r. Musk postawił przyszłość Tesli na Modelu 3. Przy planowanej cenie początkowej wynoszącej 30 tys. dol. samochód miał sprawić, że pojazdy elektryczne będą dostępne dla kierowców, którzy nie mogli sobie pozwolić na wysokie ceny. Inwestorzy Tesli stali się jednak coraz bardziej zaniepokojeni, gdy model utknął w czymś, co Musk określił mianem "piekła produkcyjnego".

Na Musku wyraźnie ciążyła presja, by wypuścić Model 3, a on nie był w tej kwestii subtelny. Podczas rozmowy dotyczącej zysków Tesli za pierwszy kwartał, uciął podstawowe pytanie finansowe jednego z analityków, mówiąc, że "nudne, głupie pytania nie są fajne". Był tak sfrustrowany, że całkowicie porzucił analityków i zaczął odpowiadać na pytania fanów zamieszczane na YouTube. Ostatecznie błagał nawet sceptycznych inwestorów Tesli, aby sprzedali akcje. Kiedy Musk jest najbardziej żądny gotówki, ma skłonność do gryzienia ręki, która go karmi.

W tym czasie Musk stał się również bardziej aktywny na Twitterze, często z różnymi efektami. Kiedy zawodowy nurek skarżył się, że Musk odwraca uwagę od wysiłków na rzecz ratowania dziecięcej drużyny piłkarskiej, która została uwięziona w jaskini w Tajlandii, Musk nazwał nurka "pedofilem" i nękał go na Twitterze. Korzystał z platformy, by narzekać na media, atakować inwestorów obstawiających akcje Tesli, a nawet tweetował, że wykupi akcje Tesli po cenie 420 dol. za akcję, chociaż nie było takiej umowy. Tesla była, jak później przyznał Musk, "bliska śmierci", a letnie "piekło produkcyjne" miało wkrótce zamienić się w jesienne "piekło logistyczne".

Zbawieniem dla Tesli okazała się Komunistyczna Partia Chin. W 2019 r., gdy z Tesli uciekało kierownictwo, a firma nadal traciła gotówkę, Musk zawarł umowę na budowę fabryki w Szanghaju. Gigafabryka w Szanghaju została otwarta po zaledwie 168 dniach roboczych od uzyskania pozwolenia. Sceptyczni obserwatorzy, w tym ja, byli zaskoczeni. To, czego nie doceniliśmy, to oszałamiająca motywacja KPCh, która agresywnie dąży do osiągnięcia wyznaczonego celu. Kiedy partia powiedziała, że Tesla może zbudować fabrykę, oznaczało to, że ma to się stać natychmiast.

Musk przyznał, że bez Chin Tesla nie stałaby się "prawdziwą firmą samochodową". Uniknął zagłady, zaczął się uspokajać i skupiać na innych projektach, takich jak Starlink. Jasne, nadal szalał na Twitterze, ale przynajmniej nie wydzierał się na łamach "Rolling Stone" o tym, jak bardzo potrzebuje dziewczyny, by być szczęśliwym. Wreszcie wydawało się, że wszechświat Muska znalazł jakąś szaloną równowagę.

Zasadniczo, po przetrwaniu sytuacji, w której człowiek jest bliski upadku, można wyciągnąć dwa różne wnioski. Może nauczyć się większej ostrożności lub stwierdzić, że jest niezniszczalny i kusić los. Chyba nie muszę wam mówić, którą ścieżkę wybrał Musk.

Możecie mówić o nim, co chcecie, ale Elon Musk ma ambicje. Na początku 2022 r., znajdując się na szczycie, Musk zdecydował, że jest w stanie samodzielnie "naprawić" całą koncepcję wolności słowa. A biorąc pod uwagę, że jest całkowicie uzależniony od uwielbienia, jakie otrzymuje na Twitterze, pomyślał, że właśnie tam zacznie.

Wszyscy znamy tę historię. Na początku 2022 r. Musk zaczął budować udziały w Twitterze, a następnie zaoferował jego całkowite wykupienie. Zaproponował tak absurdalnie wysoką cenę, że zarząd nie mógł odmówić. Konsorcjum banków, na czele z Morgan Stanley, pożyczyło mu dużą część pieniędzy. I wreszcie, po próbie, a następnie niepowodzeniu w odstąpieniu od umowy, kupił Twittera. Niedługo po sfinalizowaniu transakcji Musk wyczerpał wszystkie pomysły na ożywienie platformy i musiał radzić sobie z wściekłymi byłymi pracownikami, sceptycznymi reklamodawcami, okropną nową nazwą i ogromnym długiem wobec Wall Street.

Obecnie niektórzy analitycy, tacy jak Vicki Bryan, CEO firmy badawczej Bond Angle, podejrzewają, że Twitter wydaje znacznie więcej, niż jest w stanie zarobić lub pożyczyć.

"Biorąc pod uwagę, że firma nadal spala gotówkę i od 1 mld 300 mln do 1 mld 500 mln dol. rocznych odsetek należnych w ciągu ostatniego roku, spodziewam się, że Twitter będzie żył na pożyczonym czasie" — napisała Bryan w nocie do klientów. Powiedziała, że nawet jeśli Twitter skorzystał z pożyczek dostępnych na początku roku, firma może już prawie nie mieć żadnych innych opcji. "Rok się skończył, więc gotówka Twittera może być prawie — jeśli nie już — całkowicie wyczerpana, podobnie jak możliwości, jakie ma Elon Musk" — napisała Bryan.

Ze względu na sposób, w jaki działa Musk, kłopoty firmy stanowią zagrożenie dla całego jego imperium biznesowego. Pomimo bycia drugą najbogatszą osobą na świecie, Musk posiada zaskakująco mało gotówki. Nie pobiera pensji od Tesli i chociaż posiada ok. 20 proc. udziałów, dokumenty publiczne złożone w marcu pokazują, że ok. 63 proc. tych udziałów jest "zastawionych jako zabezpieczenie niektórych osobistych długów". No wiecie, chodzi np. o prywatne odrzutowce.

Z tego powodu ciągłe wykorzystywanie akcji Tesli do pozyskiwania gotówki staje się kłopotliwe. Jeśli akcje Tesli spadną poniżej pewnego poziomu, banki mogą wezwać do spłaty tych osobistych pożyczek, stawiając Muska na celowniku. A najszybszym sposobem, aby akcje Tesli spadły z klifu, jest to, że inwestorzy dowiedzą się o dużej sprzedaży Muska. A najłatwiejszym sposobem na wypełnienie dziury w bilansie Twittera jest niestety sprzedaż akcji Tesli. Rozumiecie, dlaczego może to stanowić problem.

Czasami, gdy jest mu naprawdę ciężko, Musk pożycza pieniądze od SpaceX, prywatnej firmy, która straciła łącznie 1 mld 500 mln dol. w 2021 i 2022 r. Pożyczył od tej firmy 1 mld dol., gdy kupił Twittera. Spłacił pożyczkę w ciągu miesiąca, ale musiał sprzedać akcje Tesli o wartości 4 mld dol. Wykorzystując swoje bogactwo i władzę, Musk ukształtował sobie odrębną rzeczywistość, w której nie ma żadnych realnych konsekwencji podejmowanego przez niego ryzyka, ale utrzymanie Twittera, to znaczy X, z dnia na dzień coraz bardziej przekracza wszelkie granice.

Wszystkie te działania pochłaniające pieniądze, począwszy od umowy z Twitterem aż do chwili obecnej, nie mogły skumulować się w gorszym momencie. Przez dziesięciolecia Musk prowadził działalność w warunkach stabilnej gospodarki, w której stopy procentowe były bliskie zeru. Musk kupił Twittera w momencie, gdy banki centralne na całym świecie zaczęły podnosić stopy procentowe w celu walki z inflacją. Oznacza to, że koszt obsługi jego długu staje się coraz wyższy, a to utrudnia mu uzyskanie nowych pożyczek. Jest to zmiana tak dramatyczna, że może stworzyć dziurę we wszechświecie, przez którą rzeczywistość Muska wpadnie do naszej.

Niewiele pomagają mu też perspektywy biznesowe Tesli. Udział firmy w rynku pojazdów elektrycznych spadł wraz z pojawieniem się konkurentów. Nowi gracze skłonili Muska do obniżenia cen samochodów na początku 2023 r. W rezultacie spadła rentowność Tesli. Firma planuje rozszerzyć swoje możliwości produkcyjne, ale nie planuje odświeżenia swojej starzejącej się floty pojazdów. Chyba że uwierzymy w sukces Cybertucka, choć większość tego nie robi. W zeszłym miesiącu Tesla zorganizowała imprezę z okazji dostawy dziesięciu Cybertrucków. Dziesięciu. Najtańszy model, wyceniony na 60 tys. dol., będzie dostępny dopiero w 2025 r. Bryan powiedziała mi, że spodziewa się, że Musk będzie nadal wyprowadzał pieniądze z Tesli, ale pytanie brzmi: ile dokładnie będzie pieniędzy do wyprowadzenia? I jak długo będzie musiał to robić?

— Czekamy tylko, aż Elon da za wygraną — powiedziała Bryan. Jej zdaniem, bazującym na ponad 30-letnim doświadczeniu w inwestowaniu w zagrożone aktywa, jakikolwiek kapitał własny w firmie został już roztrwoniony przez wybryki Muska. Jeśli chodzi o dług, banki nie były w stanie pozbyć się go za 85 centów za dolara, a ona uważa, że będą miały szczęście, jeśli dostaną 40 centów. Według wszystkich źródeł Twitter ma problem kredytowy, a Bryan twierdzi, że wymaga to standardowego rozwiązania restrukturyzacyjnego: bankructwa. Kiedy Musk zmęczy się pożyczaniem od jednej osoby, aby spłacić pieniądze pożyczone od kogoś innego, nie będzie w stanie spłacić pożyczek zaciągniętych na Twittera. Wówczas konsorcjum banków, które jest właścicielem długu, może przyspieszyć spłatę. Standardowe umowy kredytowe zawierają klauzule, które pozwalają pożyczkodawcom zmusić pożyczkobiorcę do spłaty całej niespłaconej pożyczki, jeśli nie zostaną spełnione określone wymagania (takie jak płatności). Po przekroczeniu tego progu Twitter może ogłosić bankructwo.

— Istnieją pieniądze, które podpalono i które nigdy nie wrócą — powiedziała Bryan. — W przypadku Twittera prowadzimy działania ratunkowe. W przypadku restrukturyzacji, gdyby nie było Elona, ludzie mogliby się tym zająć. Mogliby stwierdzić, że Elon nie zrobił niczego, czego nie dałoby się odwrócić i zaoferować natychmiastową pomoc — dodała.

Czy to wystarczy, aby uratować Twitter/X? Być może nie, ale to jedyna i zarazem największa nadzieja firmy.

Wall Street powinno się wstydzić. Według raportów banki posiadające dług Twittera spodziewają się już 2 mld dol. straty, gdy w końcu uda im się go sprzedać. Nietrudno zrozumieć dlaczego. Od samego początku twierdziłam, że w tym twitterowym interesie nie było ani pieniędzy, ani żadnych reguł. Musk zawsze zamierzał przekształcić Twittera w odbicie swojego wąskiego punktu widzenia, jego "Ziemi", jak to ujął podczas swojej maniakalnej paplaniny w Dealbook, a nie w miejsce dla przeciętnego użytkownika. Nigdy nie oczekiwałam, że jego wielbiciele to zrozumieją, ale oczekiwałam, że pojmą to bankierzy, którzy powinni rozumieć, kto i za co płaci w branży medialnej. Ostatecznie istnieje realna szansa, że inwestorzy z Wall Street staną się właścicielami chaotycznego bałaganu, jakim stał się Twitter/X. Jednym z niewielu dobrodziejstw płynących z tego fiaska jest to, że kiedy to się stanie, przynajmniej będą wiedzieć, czego nie powinni robić.

businessinsider.com.pl

poniedziałek, 18 grudnia 2023


Grzegorz Sroczyński: "Jeśli Putin zdobędzie Ukrainę, nie zatrzyma się na niej i zaatakuje jakieś państwo NATO" - mówi prezydent Joe Biden. "Musimy się przygotować na bardzo złe wiadomości" – mówi sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg. Z kolei Donald Trump - który prowadzi w sondażach - zapowiada, że dogada się z Putinem, by "Rosja coś przejęła" i przerwie "niekończący się strumień środków dla Ukrainy". Co my właściwie tu w Polsce mamy robić z tak ponurymi komunikatami?

Robert Kuraszkiewicz: Nie możemy panikować. To nie jest bardzo ważne dla przebiegu wojny, czy wygra Trump. 

Jak to nie jest? On grozi, że się na to wszystko wypnie.

Jeśli w ogóle wygra, to za rok. A dla wojny najważniejsze, czy USA i Unia Europejska teraz w ciągu najbliższych paru tygodni przegłosują kolejne miliardowe pakiety wsparcia dla Ukrainy. Stawiam straszną tezę, że Putin może tę wojnę wygrać tylko w 2024 roku. Później wyczerpią się elementy rosyjskiej przewagi finansowo-gospodarczej. Teraz Putin ma wrażenie, że odzyskał kontrolę nad wojną.

Ma wrażenie, czy odzyskał?

Z wierzchu jest nieźle, ale potencjał Rosji się wyczerpuje.

Już to słyszałem cały rok od poważnych zachodnich publicystów. A potem okazuje się, że PKB Rosji mimo sankcji urósł, tak samo dochody z ropy.

Okej. Putinowi rzeczywiście udało się wykorzystać dziury w sankcjach, a gospodarka Rosji przestawiona na tory wojenne sprawia wrażenie, jakby się odbiła. Nawet pensje tam rosną, pieniądze płyną do zaniedbanych regionów, gdzie ruszyła produkcja wojenna. Ale to się będzie wyczerpywać, bo Putin nie ma zapasów. Naprawdę to teraz decydują się losy wojny i przyszłość Europy. Bez tej decyzji finansowej - gdyby Zachód uchwalił jedynie jakąś pomoc humanitarną i jakieś drobnostki w uzbrojeniu - mniej więcej w marcu 2024 roku nastąpi implozja państwa ukraińskiego. Ukraina jest obecnie utrzymywana z pieniędzy Zachodu i nie ma zdolności prowadzenia wojny, jeśli jej budżet nie będzie nadal finansowany przez nas. Koniec kropka. Jeśli finansowanie się skończy, Ukraina nie ma szans wytrzymać na froncie.

Skoro wszyscy wiedzą, że bez pomocy Ukraina szybko padnie, to jak to możliwe, że trwają tak idiotyczne targi wokół kolejnych pakietów? W USA o nowe pieniądze dla Ukrainy kłótnia w Kongresie trwa od tygodni i końca nie widać. Zełenski błaga, a Biden rozkłada ręce.

To kolejny dowód na to, że Ukraina i los Europy nie są traktowane jako pierwszorzędna sprawa dla USA. Bo gdyby tak było, nie mielibyśmy tego rodzaju wahań i pomoc dla Ukrainy nie byłaby elementem partyjnej gry. Co republikanie chcą wytargować od Bidena w zamian za zgodę na 60 mld dolarów dla Kijowa? Zaostrzenie polityki migracyjnej i rozbudowę muru na granicy z Meksykiem. Gdyby Ukraina rzeczywiście była priorytetem, nie byłoby takich targów. To oczywiście nie oznacza, że los Europy jest błahy dla USA, chodzi mi raczej o to, że na mapie amerykańskich priorytetów globalnych stanowimy ważne miejsce, ale już nie krytyczne. I z tego należy w Polsce wyciągnąć wnioski.

Wnioski jakie?

Dbajmy o sojusz z Ameryką, ale musimy zrozumieć, że najważniejsze dla Polski są kwestie europejskie. Bo niezależnie od stanu relacji polsko-amerykańskich, albo się uzbroimy i wzmocnimy jako Europa, albo tego parasola amerykańskiego i tak nie wystarczy w przyszłości.

Bo Trump go zwinie?

Nie. Trump jedynie kanalizuje wszystkie nasz lęki, łatwo mówić: "O rety, znów przyjdzie Trump". A tymczasem jakaś forma wycofania się Ameryki z Europy i tak będzie - z Trumpem czy bez niego. Ameryka i tak zwróci oczy gdzie indziej. Obecne konflikty w Kongresie właśnie to pokazują.

Czyli co dokładnie z tego dla nas wynika?

Że klucz do realizacji polskich interesów narodowych leży teraz w Unii Europejskiej, a nie w Stanach. Polska przez kilkaset lat - myślę o Pierwszej Rzeczpospolitej - była ryglem przeciwko ekspansji rosyjskiej na kontynencie. Potem nasze państwo upadło, rygiel zniknął i Rosja szła dalej na Zachód. Krajom Europy Zachodniej warto to przypominać.

Że jesteśmy ryglem?

Byliśmy. Dzisiaj tego nie powtórzymy. Nawet gdyby pisowskie plany wielkiej armii zostały zrealizowane, to i tak ta armia nie będzie miała zdolności obrony Europy przed Rosją. Do ochrony przed Rosją służą struktury europejskie - lepsze czy gorsze - ale nic innego nie ma. W Europie nastąpił przełom polegający na tym, że główne państwa Zachodu, takie jak Niemcy i Francja, zdają już sobie sprawę, że jeśli Rosji się nie powstrzyma, to ona zawsze będzie destabilizowała Europę. Całą Europę, nie tylko jej wschód. Będzie niszczyła europejską gospodarkę i konkurencyjność europejskich towarów. Mówiąc brutalnie: jeśli Ukraina przegra i stanie się państwem upadłym tuż przy granicach Unii, to destabilizacja będzie nieustanna i będzie generować koszty, a niemieckie towary przestaną być konkurencyjne na świecie. W polskim interesie leży wspieranie właśnie takiej argumentacji: nie chodzi tylko o Ukrainę, nie chodzi tylko o polskie bezpieczeństwo, bezpieczeństwo państw nadbałtyckich, chodzi o całą Europę, bo jeśli nie zbudujemy stabilnej granicy na wschodzie i stabilnej Ukrainy, to projekt europejski nieustannie będzie podlegał erozji przez Rosję, a gospodarka całego kontynentu będzie się nieustannie osuwać.

(...)

A wariant negatywny na 2024 rok jest jaki? Nie udaje się uzyskać zgody na nowy pakiet pomocy w USA, tak samo w Europie, bo Węgrzy blokują, Kijów nie dostaje wsparcia, w marcu czy w połowie roku następuje implozja Ukrainy, Rosjanie przełamują linie na froncie i co? Idą dalej z buta do Polski? Do państw bałtyckich?

Spokojnie. Nie idą. W perspektywie krótkiej - kilku lat - taki wariant uważam za nieprawdopodobny. Nie mają siły. W tym fatalnym wariancie rozwoju wypadków można zakładać, że Rosjanie zajmą większą część Ukrainy, a reszta stanie się państwem upadłym i celowo niestabilnym. Będziemy musieli też przyjąć wiele milionów imigrantów. Rosjanie wiedzą, że nie mają zdolności okupowania całej Ukrainy, zajmą tereny na wschód od Dniepru, a reszta państwa ukraińskiego stanie się nieprzewidywalnym kadłubkiem.

Gdzie szaleją watażkowie, którzy co chwilę będą wymyślać jakieś prowokacje, przekraczać granicę Polski, strzelać w jakimś miasteczku i wracać do siebie. A Putin będzie mówił: ojej, to nie ja. 

Mniej więcej.

Gdyby jednak miało dojść do wojny Rosji z NATO to kiedy?

Nie wiem. Gdybym teraz coś powiedział, to byłaby bardziej wróżba niż prognoza. Odpowiem inaczej: nie znoszę przedstawiania Putina jako szaleńca w bunkrze. To jest ktoś, z kim się w niczym nie zgadzam, zbrodniarz wojenny, ale jednocześnie to człowiek, który myśli na chłodno. Gdyby Ukraina padła w przyszłym roku, to późniejszy rozwój wypadków będzie funkcją bieżącej sytuacji, a nie gotowego już teraz planu. Putin myśli o sobie w kategoriach cara, który chce odbudować imperium rosyjskie jako równorzędne państwo w koncercie mocarstw. I tak będzie grał, jak mu sytuacja pozwoli. Jeśli wojska rosyjskie odsapną, odbudują siłę, a jednocześnie pojawi się jakaś wyraźna dezorganizacja w NATO czy w Unii Europejskiej, to być może Kreml podejmie ryzyko akcji na przykład w Estonii - tam przecież jest dużo "pokrzywdzonych Rosjan", których można bronić. Ale nie uważam, żeby to był scenariusz podstawowy.

Dlaczego?

Bo to nie jest tak, że Europa nic nie robi. My oczywiście strasznie tu na wszystko narzekamy, media Zachodu nieustannie są krytyczne, ale dzieje się sporo. Będziemy to oceniać za kilka lat, na ile się zrealizują programy zbrojeniowe, które są wdrażane. Media komentują, że za wolno, za mało, ale procesy inwestycyjne w Unii zostały uruchomione, a zbrojeniówka działa tak, że kilka lat trzeba, żeby się rozruszała. Więc nie jest prawdą, że czekamy z założonymi rękami, chociaż takie pisanie jest teraz modne w publicystyce.

Czyli kiedy major Fiszer z "Polityki" twierdzi, że Rosjanie po zdobyciu Ukrainy natychmiast pójdą dalej i zatrzymają się dopiero na linii Wisły, to przesadza?

Nie zakładam takiego scenariusza.

Ale jeśli wybory w USA wygra Trump, to leżymy?

Zostawmy już tego Trumpa, bo on stał się istnym chochołem. Na pewno leżymy, jeśli w ciągu paru tygodni nie zostanie podjęta decyzja o finansowym wsparciu Ukrainy. To by radykalnie ograniczyło zdolność Kijowa do prowadzenia wojny. Jeśli nawet w listopadzie 2024 wygra Trump, to zanim obejmie urząd, będzie styczeń 2025.

A najważniejszy dla Ukrainy i tak jest 2024 rok?

Tak. Jeśli będzie wsparcie, to oni ustoją, a Rosja zacznie słabnąć. I stanie się to, zanim ewentualnie Trump zdąży namieszać. Natomiast nawet jeśli Biden wygra drugą kadencję, to Europa i tam musi wymyśleć mechanizm zwalczania Rosji bardziej samodzielnie. 

Bez Ameryki?

Nie bez Ameryki! To nie są zero-jedynkowe schematy. Przy innej obecności Ameryki, mniejszej. To nie jest tak, że Amerykanie zabiorą zabawki i znikną, ale po prostu będą mniej się angażować.

Trump mówi, że właśnie zabierze zabawki.

Dużo rzeczy mówi, a potem nie robi. Powtórzę: Europa tak czy inaczej przestaje być krytycznym miejscem dla interesów amerykańskich niezależnie od tego, kto wygra wybory prezydenckie. To oczywiście może falować, Amerykanie mogą tu być mniej lub bardziej zaangażowani, ale jest różnica między ważnym miejscem a krytyczny miejscem. Bliski Wschód w latach 90. był przez Stany traktowany jako region krytyczny dla bezpieczeństwa, a dzisiaj Bliski Wschód jest dla Amerykanów ważnym elementem gospodarki światowej. I dlatego są tam obecni. Co się zmieniło? Ameryka stała się w pełni niezależna energetycznie. Odkryli łupki, mają z tych łupków gaz, w październiku tego roku osiągnęli historyczny rekord produkcji 14 mln baryłek dziennie ropy naftowej. Żaden kraj na świecie tyle nigdy nie produkował, ani Rosja, ani Arabia Saudyjska do takich liczb się nie zbliżyły. Bliski Wschód z całą tą swoją ropą już nie jest miejscem krytycznym dla USA. I Europa też już nie jest.

Przecież wszyscy żeście pisali - zajmujący się polityką międzynarodową i geopolityką - że Amerykanie patrzą na wojnę w Ukrainie jak na zastępcze starcie z Chinami. I dlatego jest to dla nich takie ważne.

Owszem. Amerykanie tak na to patrzyli, ale w jakimś sensie efekt osłabienia Rosji i sygnału dla Chin już osiągnęli. Rosja dzisiaj jest strategicznie dużo słabsza, coraz bardziej uzależniona od innych i to jest odczytywane we wszystkich stolicach świata. Kiedy Rosja proponuje krajom Azji Centralnej swoje warunki w sprawie gazociągów, to oni tego nie przyjmują, bo mają zaplecze chińskie i mogą Rosję lekceważyć. Nawet dla Iranu Rosja jest czymś innym niż jeszcze niedawno, stan relacji się zmienił, z Arabią Saudyjską podobnie, dzisiaj to Putin tam przyjeżdża dowiedzieć się, jak ma być, a nie odwrotnie, to nie on mówi, jak ma być. I to jest globalna nauczka dla innych.

Kraje agresywne dostały sygnał, że takie zachowanie jak Putina nie popłaca?

Na razie. Bo wiedzą, że korzystna sytuacja Rosji jest fałszywa, a na pewno chwilowa. Putin rzeczywiście ustał, nie padł, poradził sobie z sankcjami, ale jest zależny od całego szeregu okoliczności. Wystarczy, że jeden element układanki wypadnie mu z rąk.

Jaki na przykład element?

Na przykład Arabia Saudyjska przestanie walczyć o wysoką cenę ropy na światowych rynkach. Oni zawsze wpadali w taki cykl decyzji, że kiedy z powodu wysokich cen tracili rynek, to potem przesuwali wajchę i obniżali ceny. Dzisiaj ropa jest po 74 dolarów - mówię o ropie brent - i Saudowie tego pilnują, ale jeżeli gospodarka chińska nie ruszy z kopyta, nie zacznie zasysać więcej surowców, a nic nie wskazuje, żeby w Chinach miało nadejść wielkie odbicie gospodarki, jeśli jednocześnie nie będzie nowych kryzysów globalnych, które zagrożą rynkom surowcowym, to cena będzie miała tendencję obniżkową i Putin przestanie zarabiać.

No ale przecież właśnie trwa kryzys na Bliskim Wschodzie.

To zabrzmi niepięknie, ale kryzys na Bliskim Wschodzie wszyscy już zaakceptowali. Rozeznali się, że żaden wielki gracz się w to nie włączy, bo gdyby ktoś miał się włączyć, już by to nastąpiło. Plan Hamasu się nie udał. Wywołali spodziewaną reakcję Izraela, ale mimo obrazów ginących ludzi i ofiar cywilnych, świat arabski nie poszedł na wojnę, mocarstwa regionalne nic nie zrobiły. Na szczycie Ligii Arabskiej wydusili z siebie coś w stylu, że Żydów oczywiście dobrze byłoby zabić, no ale co my możemy zrobić. Więc cena ropy nie będzie szaleć i nabijać Rosji funduszy na wojnę.

Co kombinują Niemcy?

Chyba sami nie wiedzą. Nie wolno lekceważyć ani obśmiewać zmian, które w Niemczech zachodzą. PiS się w takim obśmiewaniu specjalizował, że ten cały ich "Zeitenwende", czyli "punkt zwrotny" zadeklarowany przez kanclerza Scholza i inwestycje w obronę przed Rosją, to totalny niewypał. Tak nie jest. Niemcy konsekwentnie idą w kierunku zbrojeń i chcą, żeby Ukraina zwyciężyła i była częścią Europy.

Już nie wrócą do współpracy z Rosją? Nie będzie już gadania, że biznes jak zwykle?

Nie. Strategiczna podstawa uzależnienia Niemiec od Rosji zniknęła na zawsze. Tego nie ma.

Bo gazu z Rosji nie ma?

Oczywiście. Z powodu ewolucji na rynkach gazu i rozwoju technologii LNG w 2025 roku pojawi się nadpodaż globalna gazu skroplonego, zostanie oddanych kilka wielkich inwestycji, więc ceny gazu wysyłanego statkami do Europy będą spadać. Również niemieckie elity przestawiły się mentalnie, więc dawny stan stosunków niemiecko-rosyjskich nie wróci. Z naszej polskiej perspektywy Niemcy przez dekady trzymały się fatalnie błędnego założenia, że współpraca z Rosją to czynnik pokoju i stabilizacji w Europie. To się zmieniło, Niemcy się z tym pożegnali, co prawda Angela Merkel na emeryturze głośno tego nie przyzna, ale chyba nawet ona przyjęła tę zmianę do wiadomości. Natomiast to nie znaczy, że w Niemczech wszystko gra. Oni mają wielki kłopot z budową nowego modelu gospodarczego po odcięciu od tanich rosyjskich surowców, nie bardzo wiedzą, jak wyjść z tej sytuacji, dyskutują o powrocie do energetyki atomowej, ale to wielki znak zapytania, jak oni wybrną z tych kłopotów i rozruszają swoją wielką gospodarkę. I nie ma tu drugiego dna, że oni coś kombinują, ukrywają przed resztą Europy. Po prostu sami nie wiedzą.

W "Nowej Konfederacji" napisał pan o Niemcach tak: "W kontekście wojny na Ukrainie Niemcy stosują swoją starą praktykę. Najpierw niechętnie robią to, co muszą, a następnie, jeśli jakiś proces uważają za nieunikniony, starają się go kształtować zgodnie z własnym interesem i zdefiniowanymi oczekiwaniami. Tak było w przypadku wprowadzenia euro czy – na mniejszą skalę – z KPO. Teraz Niemcy zauważyli, że wojna na Ukrainie może być elementem, który pozwoli im zbudować Unię bardziej zgodną z własnymi wyobrażeniami".

No tak. Bardziej zgodną z własnym wyobrażeniami, czyli bardziej scentralizowaną.

I co dalej? Polska prawica - nie tylko pisowska, ale też konserwatywna część PO - dokładnie tego się boi, że Niemcy przy okazji chapną jeszcze więcej władzy w Unii.

Owszem. I jako konserwatysta też nie podskakuję z radości. Tyle że okoliczności się radykalnie zmieniły. Projekt europejski jest obecnie podstawowym narzędziem, które może rozwiązać sytuację na Ukrainie korzystnie dla Polski. I nie będzie to żaden "Izrael europejski" w postaci sojuszu Ukraina-Ameryka, ani żaden sojusz polsko-ukraińsko-amerykański, jak się marzyło PiS-owi, to od początku było myślenie nierealne. Jedynym realnym modelem trwałego rozwiązania problemu ukraińskiego jest - powtórzę - wzmocniona Unia Europejska, a w związku z tym niezbędna jest jakaś konsolidacja polityki europejskiej, jakaś reforma i jakaś centralizacja. I, oczywiście, Niemcy razem z Francuzami to wykorzystują. Zacytuję jednego z doradców prezydenta Macrona: "My Francuzi zawsze myśleliśmy, że istnieje sprzeczność między rozszerzeniem Unii a pogłębieniem integracji. Ukraina pokazała, że można osiągnąć pogłębienie przez rozszerzenie".

(...)

Czyli główna pańska rada dla polskich elit byłaby taka, żebyśmy zrozumieli, że klucz do rozwiązania sytuacji w Ukrainie leży w Europie?

Tak. A nie w USA. Trump nam to tylko wyostrzył, ale w jakimś sensie można go traktować jako szansę: skoro za rok grozi nam powrót Trumpa, to tym bardziej wzmocnijmy Europę i tym bardziej rozmawiajmy z Niemcami, jak uprawnić struktury unijne.

Bo nie żyjemy w świecie sprzed 24 lutego 2022 roku, kiedy można było uprawiać konserwatywne myślenie - wspólne dla PO i PiS - że Unia ma być luźna, inaczej Niemcy nam na głowę wejdą?

Klucz naszego bezpieczeństwa leży w Europie, a nie w USA - o to mi cały czas chodzi. I najlepiej byłoby dla Polski, jeśli wykorzystamy tę paskudną sytuację do wzmocnienia naszej pozycji w Europie. Co nas wzmocni? Kooperacja z głównymi państwami. A jakie są te główne? Wiadomo. Dawniej można było mówić: Niemcom nie ufajmy, bo oni kolaborują z Putinem, budują Nord Stream, nie idźmy z nimi w różnych sprawach, bo nas zdradzają. I to była częściowo prawda. Ale teraz ta podstawa nieufności zniknęła. Nie ma już niemieckiej kolaboracji z Rosją. Można oczywiście nieustannie im to wypominać i pokazywać, jak bardzo mieliśmy rację - my, Polacy! - część naszej klasy politycznej uwielbia to robić, ale to nie ma wiele sensu i po jakimś czasie zaczyna tylko irytować resztę klubu. Siadając dziś do układania się z Niemcami nie siadamy już z krajem, który jest rozsadnikiem rosyjskich interesów w Europie, tylko z krajem, który przejrzał na oczy. Trzeba więc wciągnąć Niemcy w stabilizację Europy Środkowo-Wschodniej najsilniej jak się da. Oczywiście warto pamiętać, że Niemcy mają wpisany w swój sposób działania egoizm, czyli zbyt często uważają, że co dla nich dobre, jest też dobre dla wszystkich. I to nie zniknie.

(...)

Jest pan pesymistą czy optymistą?

Jeśli chodzi o przebieg wojny? Optymistą.

Za pięć lat gdzie będziemy?

Zakładam, że Rosja zostanie wypchnięta z Europy.

Wypchnięta z Ukrainy? Z całej?

Jeśli Ukraina potrafiłaby dojść do Morza Azowskiego, to Zachód i tak by wymuszał odpuszczenie Krymu czy Donbasu, to jest ten element dealu z Rosją, który Zachód byłby w stanie zaakceptować w każdej chwili. Amerykanie zakładali, że teraz - na jesieni i w zimie - będą już trwać rozmowy pokojowe, tylko problem, że Ukraińcy osiągnęli tak mało w swojej ofensywie, że plan upadł. Horyzont końca wojny obejmował koniec tego roku, miała być już nowa układanka polityczna.

I to byłoby fair? Oddać Krym i Donbas?

Byłoby to realne politycznie i byłoby sukcesem Ukrainy, bo dawałoby możliwość budowy samodzielnego państwa ukraińskiego zdolnego do rozwoju i wejścia do Unii, a potem do NATO.

gazeta.pl