wtorek, 31 października 2023


Jak czytamy, Zełenski był „zły” po wizycie w USA. Jeden z cytowanych anonimowo ludzi z otoczenia prezydenta mówi, że wręcz czuje się zdradzony przez swoich zachodnich sojuszników.

– Zostawili go bez środków do zwycięstwa w wojnie, tylko do tego, żeby ją przetrwać – mówi.

Inny cytowany anonimowo urzędnik administracji prezydenta twierdzi, że teraz Zełenski „przychodzi, słucha wiadomości, wydaje polecenia i wychodzi”. Jak napisał Time opierając się na takich relacjach, po ponad półtora roku pełnowymiarowej wojny Zełenski „utracił blask swojego optymizmu, poczucie humoru i chęć ożywiania atmosfery na posiedzeniach gabinetu wojennego”.

Główną przyczyną niezadowolenia ma być właśnie obniżenie poziomu wsparcia Ukrainy przez zagranicznych partnerów. Time twierdzi, że nawet wizyta w USA w żaden sposób nie przyczyniła się do jego „ożywienia”.

Cytowane są wyniki sondażu agencji Reuters przeprowadzonego krótko po wizycie Zełenskiego. Wynika z nich, że obecnie tylko 41 proc. Amerykanów chce, żeby Kongres dostarczał więcej broni Kijowowi. A w lipcu, gdy zaczynała się ukraińska kontrofensywa na południu i wschodzie, wskaźnik ten wynosił 65 proc. Ponadto w artykule podkreślono, że wraz z rozpoczęciem wojny na Bliskim Wschodzie między Izraelem a Hamasem jeszcze trudniej jest Ukrainie zwracać na świecie uwagę na swoją sytuację.

Time zwraca również uwagę na to, że w administracji USA zmienił się stosunek do samego Zełenskiego jako polityka. Podczas zeszłorocznej wizyty Wołodymyra Zełenskiego w USA, jak przypomina się w artykule, Amerykanie wysłali po niego specjalny wojskowy samolot, a jego przemówienie w Kongresie zostało nagrodzone owacjami. Obecnie sytuacja się zmieniła. Kwestia pomocy Ukrainie stała się bowiem jedną z głównych kości niezgody w debatach nad budżetem USA. A przecież w 2024 roku w USA odbędą się wybory prezydenckie i praktycznie już zaczęła się kampania.

Jeden z doradców miał nawet doradzać Zełenskiemu odłożenie wyjazdu do USA, bo atmosfera była zbyt napięta. Na miejscu rzeczywiście okazało się, że w związku z taką, a nie inną atmosferą wokół Ukrainy i Zełenskiego oraz w związku ze specyficznym układem sił w amerykańskim Senacie i Izbie Reprezentantów, prezydentowi Ukrainy nie pozwolono ponownie wystąpić z przemówieniem na Kapitolu.

Jak czytamy, podczas rozmów w Kongresie Zełenski został bezpośrednio spytany, co stanie się, jeśli USA nie dostarczą Ukrainie pomocy. Time cytuje odpowiedź Zełenskiego: – Stanie się to, że przegramy.

Jednakże z tekstu wynika, że mimo tej sytuacji jak i niepowodzeń na polu bitwy Zełenski nie ma zamiaru przerywać działań bojowych, zgadzać się na rozejm i rozmowy o jakiejś formie pokoju, czy też zawieszenia broni. Wprost przeciwnie, jego wiara w ostateczne zwycięstwo Ukrainy nad Rosję miała wzrosnąć do takiego stopnia, że aż niepokoi to jego doradców.

– Jest niewzruszona, graniczy z mesjanizmem. Oszukuje siebie. Nie mamy wariantów. Nie wygrywamy. Ale spróbuj mu to powiedzieć – mówi jedno ze źródeł Time w administracji prezydenta Ukrainy.

Na okładce magazynu zacytowane są słowa Zełenskiego: – Nikt nie wierzy w nasze zwycięstwo tak jak ja. Nikt.

belsat.eu

Sytuacja w rejonach walk nie uległa zasadniczej zmianie. Rosjanie umocnili się na północno-wschodnich obrzeżach kombinatu koksochemicznego, będącego głównym bastionem ukraińskiego oporu w Awdijiwce, z kolei Ukraińcy – w zachodniej części miejscowości Krynky na lewym brzegu Dniepru (na zachód od Nowej Kachowki). Nie przyniosły też znaczących rezultatów ataki i kontrataki stron na pozostałych kierunkach działań w rejonie Kupiańska, Bachmutu (siły ukraińskie podjęły kolejną próbę przerwania rosyjskiej obrony wzdłuż linii kolejowej Bachmut–Gorłówka), Wełykiej Nowosiłki i Orichiwa. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego intensywność starć spadła z 60–70 na dobę (27–29 października) do 36 (30 października), a największą aktywność Rosjanie mają przejawiać w rejonie Marjinki, gdzie szturmują 15–20 razy dziennie. 30 października rzecznik zgrupowania wojsk Tauryda Ołeksandr Sztupun powiadomił, że w rejonie Awdijiwki agresor zgromadził 40 tys. żołnierzy i 300 czołgów. Tego samego dnia o znacznym wzmocnieniu wrogiego zgrupowania w rejonie Bachmutu informował dowódca ukraińskich Wojsk Lądowych generał Ołeksandr Syrski. Przyznał on, że Rosjanie przeszli tam od obrony do działań zaczepnych.

(...)

Również 27 października w kilku miastach ukraińskich (m.in. Kijowie, Lwowie, Tarnopolu, Chmielnickim, Dnieprze, Zaporożu, Krzywym Rogu, Odessie) odbyły się pikiety z udziałem rodzin żołnierzy, które domagały się przeprowadzenia sprawiedliwej mobilizacji, zwiększenia rotacji w walczących oddziałach oraz demobilizacji po upływie 18 miesięcy służby w czasie trwania wojny. Nie występowano przy tym z hasłami antywojennymi czy pokojowymi. Pikiety przebiegły w spokojnej atmosferze i brało w nich udział przeważnie po kilka–kilkanaście osób. Ich uczestniczki zwróciły także uwagę na brak odpowiedzi prezydenta Ukrainy na petycję złożoną przed dwoma miesiącami, w której postulowano wprowadzenie instytucji urlopu dla poratowania zdrowia zmobilizowanych żołnierzy, którzy na służbie w okresie wojny spędzą 18 miesięcy.

Komentarz

(...)

Na Ukrainie coraz częściej podnoszony jest temat zmęczenia żołnierzy oraz konieczności zwiększenia rotacji walczących oddziałów i rozszerzenia mobilizacji o młodsze roczniki (poniżej 27. roku życia) i mieszkańców dużych miast, gdzie łatwiej o uzyskanie wyłączenia. Na trudności związane z brakami kadrowymi, zwłaszcza w brygadach piechoty, zwracają już uwagę w wywiadach dla mediów nawet dowódcy kompanii i batalionów. Problem ten jest poważny i wymaga podjęcia w najbliższych miesiącach niepopularnych decyzji przez kierownictwo wojskowe i polityczne Ukrainy, niemniej dotychczas nie przybrał charakteru otwartego kryzysu społecznego. Na razie rodziny żołnierzy rzadko uciekają się do publicznych protestów, a te nie cieszą się większą popularnością. Jak dotąd nie doszło też na Ukrainie do eskalacji przemocy na tym tle, porównywalnej chociażby z antymobilizacyjnymi protestami na północnym Kaukazie we wrześniu 2022 r. 

osw.waw.pl

29 października w stolicy północno-kaukaskiej republiki Dagestanu – Machaczkale – doszło do antyizraelskich i antysemickich zamieszek. Tłum opanował port lotniczy oraz wdarł się na płytę lotniska w poszukiwaniu obywateli Izraela mających przylecieć bezpośrednim rejsem z Tel Awiwu. W trakcie rozruchów rannych zostało 20 osób. Władze regionalne, wyraźnie zaskoczone przebiegiem i intensywnością wydarzeń, zapowiedziały surowe ukaranie sprawców. W ciągu 24 godzin od zamieszek zidentyfikowano 150 ich uczestników i zatrzymano ponad 80 osób. Wszczęto też sprawę karną, prowadzoną pod nadzorem przewodniczącego Komitetu Śledczego FR Aleksandra Bastrykina. Siły bezpieczeństwa objęły ochroną dagestańskie synagogi, a serwis Telegram zablokował rzekomo administrowany z Ukrainy kanał Poranek Dagestanu, który miał nawoływać do przemocy wobec Żydów. Muzułmańscy przywódcy religijni Kaukazu Północnego potępili antysemickie wystąpienia.

Szturm na lotnisko zbiegł się z szeregiem wystąpień antyizraelskich w części północnokaukaskich republik Federacji Rosyjskiej, zamieszkałych w większości przez ludność muzułmańską. W Nalczyku – stolicy Kabardo-Bałkarii – podpalono powstający ośrodek kultury żydowskiej. W Czerkiesku – stolicy Karaczajo-Czerkiesji – odbyły się antyżydowskie i propalestyńskie wiece. W dagestańskim Chasawjurcie mieszkańcy otoczyli hotele, w których rzekomo mieli przebywać uchodźcy z Izraela. W reakcji na zamieszki w poniedziałek 30 października zwołano specjalne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa FR (rutynowo zbiera się w piątki). Na jego początku Władimir Putin wygłosił utrzymane w emocjonalnym tonie przemówienie w całości poświęcone analizie rozruchów. Postawił w nim tezę o amerykańskiej inspiracji zamieszek (rzekomo dokonanej rękami ukraińskich służb specjalnych), oskarżając przy tym wprost Waszyngton i Kijów o cyniczne podsycanie nastrojów antysemickich w celu destabilizacji i rozbicia państwa rosyjskiego. W swoim wystąpieniu Putin wprost połączył wojnę na Ukrainie (jakoby prowadzoną przez USA rękami Ukrainy) z wojskowymi działaniami Izraela w strefie Gazy. W jego interpretacji obydwa konflikty (Rosji z Ukrainą i Izraela z Palestyńczykami) zostały sprowokowane przez Stany Zjednoczone, które poprzez swoje wsparcie zarówno dla Ukrainy, jak i Izraela stają się ich głównym uczestnikiem.

Komentarz

Źródeł antyizraelskich wystąpień na Kaukazie Północnym należy dopatrywać się w kilku czynnikach. Oprócz prezentowanych przez muzułmańską ludność regionu solidarności z Palestyną i niechęci do Izraela w kontekście wojny na Bliskim Wschodzie, rolę w zaognieniu nastrojów antysemickich odegrał również Ramzan Kadyrow. Przywódca Czeczenii intensywnie pozycjonował się w ostatnim czasie jako obrońca praw muzułmanów i islamu oraz jednoznacznie opowiedział się po stronie Palestyny, potępiając zarazem Izrael. Liderzy pozostałych północnokaukaskich republik, mimo deklarowanej sympatii dla Palestyny, zachowali powściągliwość. Szczególnie podatny na wybuch radykalnych nastrojów okazał się Dagestan – region wieloetniczny, z liczącą się fundamentalistyczną mniejszością salaficką, trapiony problemami społeczno-gospodarczymi i działalnością islamistycznych komórek terrorystycznych. Napięcia wewnętrzne w republice objawiały się już wcześniej m.in. w postaci silnych jak na Rosję protestów przeciw mobilizacji wojskowej (2022) oraz wieców i blokowania dróg ze względu na przerwy w dostawach wody i prądu (lato 2023). Sytuację zaostrzyła dodatkowo nieadekwatna reakcja władz regionalnych, które w połowie października nie zezwoliły na przeprowadzenie w Machaczkale wiecu poparcia dla Palestyny. Ten odbył się jednak nielegalnie, jego uczestnicy zostali zatrzymani, a ci w wieku poborowym otrzymali wezwania do wojskowej komendy uzupełnień.

Do wybuchu antysemickich zamieszek w Dagestanie przyczyniła się antyizraelska i propalestyńska narracja rosyjskich mediów propagandowych, które od kilku tygodni traktują konflikt na Bliskim Wschodzie jako temat priorytetowy. Przekaz mediów jest jednoznacznie propalestyński i krytyczny wobec Izraela, a miejscami nabiera charakteru czysto antysemickiego. Z uwagi na wysoki poziom nacjonalizmu i ksenofobii w społeczeństwie rosyjskim, co systematycznie odnotowują badania socjologiczne, ksenofobiczne treści głoszone przez kremlowskie media padają na podatny grunt społeczny, zwłaszcza w muzułmańskich regionach Kaukazu Północnego, gdzie ludność solidaryzuje się z Palestyńczykami, a nawet Hamasem. Na te sympatie nakładają się silne resentymenty antyzachodnie, zwłaszcza antyamerykańskie, podsycane przez kremlowskie media. Głoszą one, że konflikt na Bliskim Wschodzie i atak Izraela na Gazę są tylko kolejnym, po Ukrainie, frontem tej samej wojny, jaką „elity amerykańskie i ich satelici” (słowa Putina) prowadzą przeciwko wszystkim państwom, które nie chcą podporządkować się ich słabnącej hegemonii. W wojnie tej głównym przeciwnikiem Stanów Zjednoczonych jest walcząca o wyzwolenie świata spod jarzma zachodniego neokolonializmu Rosja, zaś zarówno Izrael, jak i Ukraina są jedynie narzędziami Waszyngtonu. Rosja jest więc naturalnym sojusznikiem i obrońcą Palestyńczyków, a prowadzona przez nią wojna na Ukrainie jest jednocześnie wojną o wyzwolenie Palestyny.

(...)

osw.waw.pl


Za każdym razem, gdy na Bliskim Wschodzie wybucha wojna, amerykański think tank Middle East Media Research Institute jest ważnym źródłem informacji dla tych, którzy nie mówią biegle po arabsku. Pracownicy organizacji tłumaczą m.in. na język angielski ważne wywiady z Bliskiego Wschodu. To zapewnia wgląd w argumentację przedstawicieli świata muzułmańskiego.

W dzisiejszych czasach szczególnie ważne jest spojrzenie na to, co członkowie Hamasu mają do powiedzenia na temat mieszkańców Gazy, którymi rządzili autorytarnie przez 16 lat. Godny uwagi, bo niezwykle krytyczny, jest wywiad dziennikarza z kimś w rodzaju "szefa spraw zagranicznych" Hamasu — Chalidem Maszalem — dla saudyjskiej stacji "al-Arabija".

Dziennikarz prowadzący rozmowę skonfrontował Maszala z faktem, że mieszkańcy Gazy nie mieli nic do powiedzenia w sprawie ataku Hamasu na Izrael, a teraz muszą ponosić jego konsekwencje.

- Rosjanie poświęcili 30 mln ludzi podczas II wojny światowej, aby uwolnić się od ataku Hitlera. Wietnamczycy poświęcili 3,5 mln ludzi, dopóki nie pokonali Amerykanów. Afgańczycy poświęcili miliony męczenników, aby pokonać ZSRR, a następnie USA. Naród algierski poświęcił 6 mln męczenników w ciągu 130 lat. Naród palestyński jest taki sam jak inne narody. Żadnego narodu nie da się wyzwolić bez poświęcenia — odpowiedział Chalid Maszal.

Przedstawiciel Hamasu nie wspomina, że izraelscy żołnierze i osadnicy opuścili Strefę Gazy w 2005 r. Wystarczy jednak spojrzeć na statut Hamasu, by wiedzieć, co oznacza dla Maszala "wyzwolenie".

Chodzi o zniszczenie państwa Izrael i zabicie wszystkich Żydów w Izraelu lub wypędzenie ich z regionu.

Oświadczenie Maszala ujawnia również, że Hamas jest w pełni gotowy poświęcić miliony Palestyńczyków dla własnej ideologicznej sprawy. Bez względu na to, jak beznadziejne może być ostateczne zwycięstwo nad Izraelem, który przecież posiada broń nuklearną.

Przywódca Hamasu Ismail Hanija w wysłanym do mediów nagraniu jeszcze wyraźniej mówi o ofiarach wśród Palestyńczyków.

- Mówiłem to już wcześniej i powtarzam to teraz: krew kobiet, dzieci i osób starszych. My potrzebujemy tej krwi, aby obudziła w nas determinację, aby obudziła w nas siłę i napędzała do dalszego działania — mówi Ismail Hanija.

(...)

W wywiadzie dla rosyjskiego kanału propagandowego Mousa Mohammed Abu Marzook członek biura politycznego Hamasu, został zapytany, dlaczego organizacja terrorystyczna zbudowała 500 km tuneli pod Strefą Gazy, ale nie ma bunkrów do ochrony ludności cywilnej.

Marzook wyjaśnił, że tunele służą wyłącznie celom wojskowym. Powiedział również, że jego zdaniem "ochrona cywilów nie jest zadaniem rządu Hamasu". "Wszyscy wiedzą, że 75 proc. ludzi w Strefie Gazy to uchodźcy. To ONZ jest odpowiedzialne za ich ochronę" — powiedział Marzook i dodał, że to "Izrael, jako okupant, musi zrobić wszystko, aby wyżywić ludność".

Jest to interesujący pogląd, biorąc pod uwagę fakt, że Izrael nie rządzi Strefą Gazy od 2005 r. i że Hamas faktycznie sprawuje tam władzę od 2007 r. Przez te lata pobierał od mieszkańców podatki, żądał od nich także pieniędzy na ochronę i otrzymywał setki milionów dolarów rocznie z zagranicy.

onet.pl/Die Welt

Siły rosyjskie w dalszym ciągu używają jednostek szturmowych „Storm-Z”, składających się głównie z rekrutowanych więźniów, w wysoce wyniszczających frontalnych atakach dowodzonych przez piechotę. Rzecznik ukraińskiej Grupy Sił Tawrijsk, pułkownik Oleksandr Sztupun, oświadczył 30 października, że ​​siły rosyjskie przygotowują się do przeprowadzenia „ataków mięsnych” (w żargonie potocznym określającym ataki frontalne dowodzone przez piechotę) w pobliżu Awdijewki i szkolą jednostki szturmowe „Szturm-Z” do przyszłych ataków bez sprzętu. Rosyjski milbloger rzekomo służący w kierunku Awdijki twierdził, że „ataki mięsne” mają miejsce wtedy, gdy rosyjskie siły piechoty atakują bez wsparcia artyleryjskiego w celu stłumienia ukraińskich pozycji ogniowych. Milblogger twierdził, że kiedy dwa pułki rosyjskie przeprowadzają ramię w ramię „ataki mięsne”, połączenie obszarów odpowiedzialności obu pułków pozostaje niezabezpieczone i podatne na ukraińskie kontrataki. Inny rosyjski milbloger twierdził, że oddziały szturmowe „Szturmu-Z” w kierunku Awdijówki i na południowej flance Bachmuta są często niszczone po kilku dniach aktywnych działań i tracą średnio 40-70 procent swojego personelu. Milblogger skrytykował słabe wyszkolenie jednostek „Storm-Z” przez wojsko rosyjskie oraz niechęć przełożonych do uwzględniania propozycji dowódców „Storm-Z” przy przydzielaniu im misji bojowych. Milbloger stwierdził, że jednostki „Storm-Z” są często wprowadzane do bitwy przed przeprowadzeniem rozpoznania lub nawiązaniem połączeń z sąsiednimi jednostkami i zazwyczaj mają trudności z ewakuacją rannych bez osłony artyleryjskiej, co prowadzi do większych strat. Obaj milbloggerzy zwrócili uwagę na brak odpowiedniego wsparcia artyleryjskiego dla rosyjskich ataków i kontrataków. Jeden z milblogerów stwierdził, że czynniki te przyczyniają się do tego, że jednostki „Storm-Z” zamieniają się w „śmieci”, zanim osiągną jakiekolwiek znaczące rezultaty. 

understandingwar.org


"Przyjeżdża zbyt wielu ludzi. Musimy w końcu deportować na dużą skalę tych, którzy nie mają prawa przebywać w Niemczech" — oświadczył niedawno kanclerz Niemiec Olaf Scholz w wywiadzie dla tygodnika "Der Spiegel". Surowe spojrzenie kanclerza na okładce gazety podkreśla powagę jego deklaracji.

Takie niejednoznaczne przesłanie ze strony szefa rządu jest w Niemczech postrzegane jako punkt zwrotny w krajowej debacie na temat migracji. Pod wieloma względami mocny język Scholza odzwierciedla jednak głębszą i długo dojrzewającą zmianę w niemieckiej polityce.

To koniec ery "Willkommenskultur" — niemieckiej "kultury gościnności".

W czerwcu Scholz pomógł przeforsować ważne porozumienie w sprawie migracji, mające na celu zmianę procedur azylowych Unii Europejskiej. Nowo zaproponowane zasady mają umożliwić UE tworzenie centrów dla migrantów na jej zewnętrznych granicach.

(...)

Niedawno rząd Scholza przedstawił projekt ustawy, która ułatwia deportacje poprzez zwiększenie maksymalnej długości aresztu przed deportacją i uproszczenie procedury wydalania skazanych przestępców, a także ustanowienie tymczasowych kontroli na granicach wewnętrznych w celu ograniczenia nielegalnej migracji.

Scholz zdystansował się również od decyzji o zapewnieniu wsparcia finansowego organizacjom pozarządowym prowadzącym operacje poszukiwawczo-ratownicze na Morzu Śródziemnym, podkreślając, że fundusze zostały zatwierdzone przez parlament, a nie przez jego rząd.

Tak drastyczne odejście od słynnej Willkommenskultur z 2015 r., kiedy to Niemcy tłumnie gromadzili się na dworcach kolejowych, aby powitać syryjskich uchodźców, jest w dużej mierze spowodowane wysokim poziomem migracji w ostatnich latach.

Niemcy od dawna są krajem, do którego zgłasza się najwięcej osób ubiegających się o azyl w UE. Liczba przypadków poszukiwań ochrony humanitarnej w Niemczech wzrosła o 1,14 mln w latach 2021-2022, co stanowi jeden z najwyższych wzrostów rok do roku od 2007 r., kiedy to niemiecki Federalny Urząd Statystyczny zaczął raportować te dane.

Trend ten utrzymał się w tym roku, a w połączeniu z nadchodzącą recesją i napiętymi zasobami na poziomie lokalnym, doprowadził do tektonicznej zmiany w niemieckiej opinii publicznej. 44 proc. Niemców uważa obecnie migrację za najważniejszy problem stojący przed krajem.

Jednocześnie prawie dwie trzecie wyborców jest niezadowolonych z rządu koalicyjnego, a sondaże wskazują, że ksenofobiczna Alternatywa dla Niemiec (AfD) ugruntowała swoją pozycję drugiej co do wielkości partii w Niemczech.

(...)

Debatę zmieniła eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie. W wyniku złożonego splotu wydarzeń wojna w Strefie Gazy skłoniła wielu Niemców do zakwestionowania wcześniej nienaruszalnej polityki imigracyjnej. W rezultacie polaryzacja ustąpiła miejsca politycznemu konsensusowi.

Zamordowanie przez Hamas około 1,5 tys. izraelskich cywilów zszokowało znaczną część niemieckiej opinii publicznej, lecz nie całe społeczeństwo. Znaczna część niemieckiej populacji imigrantów, często mająca powiązania z Bliskim Wschodem i mieszkająca na obszarach miejskich znajdujących się w niekorzystnej sytuacji, miała radykalnie odmienną ocenę i sympatie.

Od czasu ataku z 7 października niemieckie Federalne Stowarzyszenie Departamentów Badań nad Antysemityzmem zarejestrowało ponad 200 antysemickich incydentów w Niemczech, w tym podpalenie synagogi. W berlińskiej dzielnicy Neukolln islamskie stowarzyszenie zyskało rozgłos za rozdawanie słodyczy na ulicy, aby w ten sposób uczcić brutalność Hamasu.

onet.pl/Project Syndicate

poniedziałek, 30 października 2023



Wszystko to zmieniło się w 2023 r. Zadowolenie pracowników branży technologicznej gwałtownie spadło, plasując się na równi z pracownikami sektora finansowego i konsultingowego — branż, które często konkurują o tę samą pulę wysoko wykształconych i poszukiwanych talentów. W anonimowych społecznościach internetowych, na przykład Glassdoor's Fishbowl, w mediach społecznościowych skoncentrowanych na pracy, takich jak Linkedin, a nawet w wewnętrznych grupach Slack, daje się wyczuć rosnący niepokój wśród klasy technologicznej. Kiedy się czyta anonimowe i częściowo anonimowe narzekania i wskazówki społeczności Glassdoor, staje się jasne, że wielu zwolnionych inżynierów i świeżych absolwentów kierunków związanych z naukami ścisłymi ma trudności ze znalezieniem pracy. Zgłaszają się więc do pracy na dostępniejszych stanowiskach, a w niektórych przypadkach obniżają swoje oczekiwania dotyczące wynagrodzenia i satysfakcji z pracy.

Jeden z analityków danych w grupie Glassdoor #JobsInTech napisał niedawno: "Nie mogę uwierzyć, jak trudno było w tym roku znaleźć pracę. Od 1 czerwca składałem podania o pracę na ponad 600 stanowiskach, odbyłem kilka rozmów kwalifikacyjnych, ale nie udało mi się przejść dalej. To mnie dobija". Pewien kierownik projektów wyraził podobnie swoją frustrację: "Szukam pracy od ponad roku. 25 lat w IT. Wysłałem ponad 900 zgłoszeń. Moja stawka spadła o połowę. Czy mam się po prostu poddać i zmienić zawód?". Te często ponure nastroje ostro kontrastują ze świetlanymi widokami na przyszłość wynikającymi z oficjalnych danych rynku pracy dla szerzej pojmowanej gospodarki.

Istnieje wiele wyjaśnień tej nagłej zmiany nastrojów — od rosnących stóp procentowych po wahania na giełdzie. Jednak gorzka prawda jest taka, że wiele problemów branży technologicznej wynika z faktu zarzucenia pierwotnego zwyczaju słuchania tego, co się dzieje na pierwszej linii. Kultura współpracy w firmach technologicznych nie tylko uszczęśliwiała pracowników, ale także pomagała tworzyć lepsze produkty dla klientów. Narastanie warstw zarządzania bez dodawania pracowników znających się na technologii, którzy tworzą podstawowe produkty, doprowadziło do stworzenia zabetonowanego środowiska obciążającego pracowników. Jeśli branża technologiczna chce wrócić do żywej strefy innowacji, produktywności i zadowolenia w miejscu pracy, kadra kierownicza musi wznowić rozmowy z pracownikami pierwszej linii, którzy tworzą ich produkty – inaczej ryzykuje utratę tego, co czyniło Dolinę Krzemową tak pożądanym miejscem.

(...)

Kilka znanych firm technologicznych zajęło bezkompromisowe stanowisko w celu ograniczenia wzrostu kosztów wynagrodzeń i egzekwowania obowiązku pracy w biurze. W maju Microsoft ogłosił, że pracownicy pełnoetatowi nie otrzymają w tym roku podwyżek, a Amazon powiadomił pracowników niechętnych do powrotu do biura, że ich praca może być zagrożona. Tegoroczne zimowe i wiosenne zwolnienia mocno przerzedziły niektóre zespoły, a zbliżające się zagrożenie ze strony generatywnej sztucznej inteligencji wywołuje obawy o pewność zatrudnienia wśród pracowników, którzy od dawna widzieli się jako zwycięzców w nieustającym wyścigu między człowiekiem a maszyną.

To zjawisko w gospodarce zaczyna ciążyć. Pomimo w dużej mierze idealnych danych o zatrudnieniu, rynek pracy w branży technologicznej stał się wyraźnie słabym obszarem. Możliwości zatrudnienia gwałtownie się skurczyły w co najmniej dwóch znanych społecznościach technologicznych — California Bay Area i Austin w Teksasie — gdzie lokalna stopa bezrobocia wzrosła o ponad pół punktu procentowego w ciągu ostatniego roku, co jest typowym sygnałem zbliżającej się recesji. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych składanych przez pracowników sektora informatycznego podwoiła się w porównaniu z rokiem ubiegłym, a pomijając pandemię, obecnie znajduje się na najwyższym poziomie od 2013 r.

(...)

U podstaw obecnego złego samopoczucia branży technologicznej leży starzejąca się kultura korporacyjna. Dane Glassdoor dotyczące zadowolenia pracowników ujawniają dwie duże zmiany, które miały miejsce w ciągu ostatnich kilku lat. Poprzedzały one pandemię COVID-19, ale z jej powodu uległy przyspieszeniu.

Po pierwsze, skłonność do "zarządzania" technologią. W ciągu ostatnich pięciu lat stosunek pracowników pierwszej linii do menedżerów pogorszył się — co oznacza, że na każdego "twórcę" w branży technologicznej przypada więcej menedżerów niż wcześniej. Na początku tego roku, przed zwolnieniami mającymi na celu spłaszczenie hierarchii organizacyjnych, liczba miejsc pracy na pierwszej linii była mniej więcej taka sama jak w przededniu pandemii, podczas gdy liczba stanowisk kierowniczych była o 9% wyższa. W całej gospodarce w 2018 i 2019 r. na jednego menedżera przypadało średnio 6,6 pracownika pierwszej linii, ale po pandemii stosunek ten spadł do 6 do 1.

Wprawdzie trend ten nie jest wyjątkowy dla branży technologicznej – widać go również w branżach takich jak finanse i opieka zdrowotna – stanowi jednak wyraźny kontrast z uprzednią, płaską hierarchią w firmach, które napędzały boom technologiczny w latach 90-tych, i jest szokującą zmianą dla pracowników przyzwyczajonych do prostszej drogi na szczyt. Oczywiście wielu menedżerów ds. technologii wykonuje również zadania personelu pierwszej linii, takie jak kodowanie lub analiza danych, a niektórzy kierownicy zarządzają procesami, a nie ludźmi (na przykład kierownicy ds. transportu). Możliwe, że wraz z przemianą firm technologicznych w bardziej złożone organizacje, potrzeba więcej warstw zarządzania. Zasadniczo jednak rezultat jest jednak taki sam: ludzie tworzący produkty są coraz bardziej oddaleni od osób podejmujących strategiczne decyzje.

Po drugie, dla nikogo nie jest tajemnicą fakt, że najlepsze stanowiska w branży technologicznej niekoniecznie mają z techniką cokolwiek wspólnego. Pracownicy dużych firm technologicznych, którzy w ankietach Glassdoor wskazują najwyższą satysfakcję z pracy, nie pracują w dziedzinach technicznych ani konstruktorskich, takich jak inżynieria czy nauki ścisłe. O ile stanowiska niezwiązane z naukami ścisłymi i technicznymi — na przykład w zakresie zasobów ludzkich i marketingu — mogą się przyczyniać do powstawania innowacji technologicznych, i często tak się dzieje, częściej jednak skupiają się na wspieraniu podstawowej technologii.

(...)

Nieuniknioną prawdą jest, że praca w najbardziej znanych firmach technologicznych stała się bardzo podobna do pracy w innych sektorach gospodarki: wysokie wynagrodzenie zwykle wiąże się z bardziej wymagającym harmonogramem i dłuższymi dniami pracy (a często "weekendami pracy"). Ta ewolucja nie jest niczym niezwykłym — to ścieżka wydeptana przez poprzednie pokolenia innowatorów tej branży. Z czasem innowacyjne firmy rosną, osiągają stabilność i wpadają w rutynę. Tytani technologiczni poprzednich pokoleń — od Ford Motor Company w latach dwudziestych XX wieku po Intel w latach dziewięćdziesiątych — niegdyś wprowadzali innowacje w miejscu pracy, z chwilą jednak, gdy stali się podstawą globalnej gospodarki, zmienili się w nudnych korporacyjnych gigantów.

onet.pl


A potem następuje pierwszy pocałunek, który w dużym stopniu decyduje o tym, co stanie się dalej. Podczas całowania oprócz dopaminy uwalnia się także oksytocyna, a to wywołuje uczucie przyjemności. Nie znaczy to jednak automatycznie, że wszystko jest w porządku. Niedawne obszerne badanie wykazało, że połowa kobiet, które były zainteresowane partnerem ze względu na wygląd, zmieniało zdanie po kilku pierwszych pocałunkach. Zaledwie piętnaście procent pań deklarowało chęć uprawiania seksu z mężczyzną, z którym się jeszcze nie całowały, podczas gdy większość mężczyzn nie miało nic przeciwko seksowi z partnerką, której śliny jeszcze nie posmakowali. Możemy wytłumaczyć tę rozbieżność różnicą w rodzaju i stężeniu hormonów w ślinie mężczyzn i kobiet. Dzięki estrogenom (związanym z cyklem miesięcznym) w ślinie kobieta może przekazać informacje na temat swoich dni płodnych. Podczas owulacji ślina zawiera na przykład więcej cukrów, zatem pocałunki są słodsze – w sensie dosłownym. Mężczyźni, którzy dostają do powąchania zapach z pochwy i spod pach kobiet z owulacją, po godzinie mają w ślinie więcej testosteronu, co zwiększa ich ochotę na seks. W obu przypadkach wymiana śliny w pocałunku może stanowić podświadomą zachętę do rozmnażania.

Wydaje się zatem, że kobiety używają pocałunków jako narzędzia pomagającego znaleźć odpowiedniego partnera. Ta ewolucyjna sztuczka działa tak: kobieta instynktownie wybiera mężczyznę, który najlepiej pasuje do niej genetycznie, tak aby mogli mieć jak najwięcej zdrowych dzieci. Geny wybranka będą odmienne od jej własnych, bo dzięki temu potomstwo będzie silniejsze. Natura posługuje się feromonami do łączenia dobrze pasujących genetycznie profili.

Widzimy tu wspaniałą współpracę układu rozrodczego, hormonów i mózgu, choć wydaje się, że tabletki antykoncepcyjne zaburzają właściwy – z punktu widzenia feromonów – wybór partnera. Niestety nie wiemy jeszcze dokładnie, jak to się dzieje. A co ze skutkami wszechobecnych reklam zapachów doprowadzających do szaleństwa, żelu pod prysznic o zapachu marakui czy dezodorantów działających przez czterdzieści osiem godzin? Takie trendy sprawiają, że porządne wywąchanie chmury feromonów staje się niemożliwe. Całe szczęście, że nie czujemy już zapachu naszego sąsiada z zatłoczonego pociągu w godzinach szczytu, ale czy to równoważy skutki zwichrowanych decyzji przy wyborze partnera? Hasło "Odstawienie dezodorantu zmniejsza liczbę rozwodów" świetnie wyglądałoby jako nagłówek w gazecie, ale w rzeczywistości sprawa jest dużo bardziej złożona. Cechy charakteru są oczywiście znacznie ważniejsze niż kryjąca się pod nimi biologia.

onet.pl

niedziela, 29 października 2023


W Czerkiesku, stolicy Republiki Karaczajo-Czerkieskiej miał miejsce antyizraelski wiec. Jednym z haseł demonstracji był zakaz wpuszczania do Rosji obywateli Izraela. W Nalczyku, w Kabardo-Bałkarii, podpalono powstający ośrodek kultury żydowskiej. Pierwsze skrzypce w antysemickich nagonkach odgrywa prorosyjski przywódca Czeczenii Ramzan Kadyrow. Na jego kontach w runecie pojawiają się antyizraelskie hasła. Żołnierzy Izraelskich Sił Obronnych (Cahal) nazywa „terrorystami i faszystami”, którzy dokonują „ludobójstwa muzułmanów”. Gubernator Dagestanu stara się uspokoić nastroje w typowo sowiecki sposób, nazywając protestujących „pasjonatami” i deklarując, że „nasz naród łączy się w modlitwie z Palestyną”.

(...)

Co ciekawe, awantura na lotnisku w Machaczkale zbiega się z wizytą delegacji Hamasu w Moskwie, którą oprotestował ambasador Izraela. Jak podaje agencja AP po spotkaniu z przedstawicielami rosyjskiej władzy, członkowie delegacji Hamasu spotkali się w rosyjskiej stolicy z wysłannikami Iranu.

defence24.pl

piątek, 27 października 2023


Pomimo wprowadzenia przez Zachód w grudniu 2022 r. sankcji na rosyjską ropę sprowadzaną drogą morską obserwuje się w drugiej połowie tego roku znaczący wzrost wpływów do budżetu FR z eksportu tego surowca. Sugeruje to niską skuteczność limitu cenowego (price cap). Zgodnie z tym mechanizmem sankcyjnym rosyjska ropa może trafiać do krajów trzecich z wykorzystaniem usług (przewozu, ubezpieczenia, asysty technicznej czy finansowej) firm z państw zachodnich tylko wówczas, gdy jest ona sprzedawana nie drożej niż po 60 dolarów za baryłkę. W lipcu średnia cena rosyjskiej ropy marki Urals przekroczyła ten pułap.

Dynamika cenowa doprowadziła do zwiększenia wpływów budżetowych Rosji, gdyż wyższa cena surowca przekłada się na wyższy podatek pobierany przez władze. Według danych Międzynarodowej Agencji Energii (IEA) we wrześniu rosyjskie dochody z eksportu ropy i produktów ropopochodnych wyniosły 18,8 mld dolarów – najwięcej od czerwca 2022 r., a więc okresu przed wdrożeniem zachodnich restrykcji. Wzrost wpływów budżetowych z tego tytułu pokazuje też statystyka Ministerstwa Finansów FR, która we wrześniu odnotowała najwyższy w tym roku poziom dochodów z podatku od wydobycia ropy i cła eksportowego tego surowca.

Jednocześnie różnica pomiędzy ceną ropy marki Urals a ceną referencyjną Brent jest ostatnio najmniejsza od czasu rozpoczęcia przez Rosję pełnoskalowej agresji na Ukrainę. We wrześniu wyniosła niecałe 11 dolarów, podczas gdy w styczniu – miesiąc po wprowadzeniu unijnego embarga oraz mechanizmu limitu cenowego – średnio ponad 30 dolarów.

Komentarz

Główna przyczyna wzrostu rosyjskich dochodów z eksportu ropy naftowej leży w zwyżce cen na globalnym rynku, spowodowanej prognozowanym wcześniej deficytem surowca przy rosnącym zapotrzebowaniu na niego. IEA wskazuje, że w tym roku światowy popyt na ropę osiągnie historycznie rekordowy poziom ponad 102 mln baryłek dziennie (bbl/d). Stanie się tak m.in. ze względu na aktywność gospodarek pozaeuropejskich. Rosjanie podjęli także udaną próbę zawyżenia cen w ramach kartelu OPEC+. Prowadzoną przez Arabię Saudyjską konsekwentną politykę ograniczania wydobycia, mającą na celu utrzymanie satysfakcjonującej ceny surowca, wspierali rosyjscy decydenci, którzy również obniżali produkcję. Latem Saudowie na miesiąc zmniejszyli wydobycie o 1 mln bbl/d (zob. Szczyt OPEC+: wzrost rosyjskiego eksportu ropy kosztem innych producentów), po czym przedłużyli obowiązywanie redukcji do końca roku. W ślad za tym poszła analogiczna deklaracja Moskwy, obwieszczająca kontynuację rozpoczętego w lutym ograniczenia produkcji o 0,5 mln bbl/d. Posunięcie to doprowadziło do wzrostu ceny rosyjskiej ropy o ok. 50% w okresie czerwiec–wrzesień.

Pomimo że cena ropy Urals przekroczyła poziom 60 dolarów za baryłkę, eksport z Rosji nie tylko nie skurczył się, lecz nawet zanotował wzrost. Podaje to w wątpliwość skuteczność mechanizmu limitu cenowego, szczególnie w warunkach światowego deficytu surowca. Zgodnie z danymi IEA w lipcu sprzedaż zagraniczna ropy i produktów ropopochodnych z FR wyniosła 7,3 mln bbl/d, a we wrześniu udało się ją nawet zwiększyć do 7,6 mln bbl/d. Dotychczas amerykańska administracja ograniczała się do stwierdzeń o efektywności restrykcji i nie wprowadziła zmian w ich założeniach. Waszyngton próbuje obniżać cenę surowca poprzez zwiększenie podaży – nieformalnie luzuje reżim sankcyjny względem eksportu z Iranu (pozwoliło to Teheranowi istotnie go zwiększyć), a także zawiesił obostrzenia na ropę z Wenezueli w ramach umowy z tamtejszymi władzami. Zabiegi te zmuszają Rosjan do obniżenia ceny własnej produkcji.

W założeniu skuteczność price cap opierała się na groźbie odcięcia rosyjskiego eksportu od zachodniego kapitału, co miałoby uniemożliwić realizację znacznej części tej sprzedaży. Do tej pory limit cenowy działał skutecznie jako argument negocjacyjny zaniżający cenę ropy z FR, lecz był on efektywny jedynie w warunkach nadpodaży surowca. Od 2022 r. Rosjanie konsekwentnie rozbudowują mechanizmy eksportowe bez udziału podmiotów z krajów G7 – uruchamiają własny system ubezpieczeń i angażują w przewóz „flotę cienia” (tankowce o niejasnej strukturze właścicielskiej). Według danych Kyiv School of Economics Institute udział zachodniego ubezpieczenia w eksporcie rosyjskiej ropy drogą morską obniżył się z blisko 80% w kwietniu 2022 r. do 31% w sierpniu br. Ten spadek stanowi poważną przeszkodę we wdrażaniu price cap. Niemniej zachodnie podmioty wciąż są zaangażowane w transport tego surowca – i to również wówczas, gdy jego cena przekracza limit. Świadczy to o konieczności egzekwowania konsekwencji prawnych od przewoźników i realnej weryfikacji dokumentów poświadczających kupno ropy po wskazanej cenie – zarówno przez organy amerykańskie, jak i unijne. Do tej pory te pierwsze ukarały tylko dwa podmioty, którym udowodniono łamanie price cap.

Rozrost „floty cienia” umożliwili także unijni armatorzy, którzy sprzedawali stare tankowce firmom przewożącym rosyjską ropę. Często jej transport ubezpieczają niezachodnie podmioty, co w połączeniu z użyciem do tego celu kilkunastoletnich statków stwarza poważne zagrożenie ekologiczne – również na Bałtyku, przez który Rosjanie eksportują nawet połowę ropy wywożonej drogą morską. Ryzyko wycieku powinno stanowić dla zachodnich decydentów poważną przesłankę, aby wymagać od armatorów ubezpieczania transportu w zachodnich towarzystwach ubezpieczeniowych, co zwiększyłoby możliwość implementacji limitu cenowego. Jako narzędzie nacisku można tu wykorzystać fakt, że statki wiozące ropę muszą przepływać przez cieśniny duńskie. Dodatkowo warto rozważyć wprowadzenie środków utrudniających rosyjskim przewoźnikom skupywanie starych tankowców od podmiotów z państw zachodnich. Spowolniłoby to rozbudowę „floty cienia”.

osw.waw.pl

Podczas rozmowy z prorządowymi dziennikarzami podczas wizytacji budowy domków jednorodzinnych w obwodzie mińskim Alaksandr Łukaszenka odpowiedział na pytanie dotyczące sytuacji z migrantami na zachodnich granicach.

Rozmowę o sytuacji na granicy rozpoczął jeden z dziennikarzy państwowych mediów, który stwierdził, że “codziennie z terytoriów sąsiednich państw podrzucane są ciała zmarłych uchodźców”.

– Nie tylko codziennie, ale kilka razy na dzień podrzucane są zwłoki. I trupy, połamane i przełamane. Powiedziałem rzeczniczce: nie ma potrzeby niczego ukrywać. Pokażcie, co robią. Mamy te ujęcia. Trzeba pokazać temu „cywilizowanemu” światu, jaki jest ten ich „rajski ogród” – stwierdził białoruski dyktator.

– Nasze stanowisko jest jasne i klarowne: nie jesteśmy obozem filtracyjnym. Nikogo tu nie będziemy łapać. Tym bardziej, że sami ich do tego wzywali. Niech idą – powiedział Alaksandr Łukaszenka, którego reżim od 2021 roku kreuje kryzys migracyjny na granicach z Polską, Litwą i Łotwą.

– Uwierzyliśmy im. A jeśli nie wierzyliśmy, zawsze dążyliśmy do porozumienia i wyciągaliśmy rękę [do Zachodu – belsat.eu]. A oni w nas kamieniami rzucali. Ale jesteśmy gotowi wyjść nawet poza to. Musimy patrzeć w przyszłość. Teraz musimy być w stanie to przezwyciężyć i iść do przodu, negocjować. Jesteśmy na to gotowi – ​​dodał.

Sytuacja z migrantami na wschodniej granicy UE pogorszyła się w listopadzie 2021 r., kiedy kilka tysięcy migrantów, głównie z Syrii i Iraku, szturmem zaatakowało polską granicę. Wcześniej zostali legalnie wpuszczeni na Białoruś przez tamtejsze władze. Gdy nie udało im się przekroczyć polskiej granicy, władze białoruskie zmuszone były umieścić ich w tymczasowym obozie na terenie centrum logistycznego pod Grodnem, skąd lotami ewakuacyjnymi częściowo wrócili do ojczyzny.

Latem br. kryzys migracyjny ponownie zaczął się zaostrzać. Polska, Łotwa i Litwa ostrzegły władze w Mińsku, że wraz z rozpoczęciem nowej fazy kryzysu granica z Białorusią zostanie całkowicie zamknięta.

belsat.eu

Siły rosyjskie odnotowały postępy na południowym wschodzie Awdijiwki, gdzie zajęły pozycje w zabudowanym obszarze miasta, oraz na południowy zachód od niego, osiągając według części źródeł główną linię ukraińskich umocnień w tym rejonie. Jednocześnie odparły kontrataki obrońców na północnych obrzeżach Awdijiwki. Wojska rosyjskie znajdują się ok. 3,5 km na północ oraz 5 km na południe od jedynej kontrolowanej przez Ukraińców drogi do miasta (przez Orliwkę). Według lokalnej administracji w ciągu trzech dni udało się przekonać do wyjazdu i ewakuować z miasta sześciu cywilów (pozostało 1595). Do rejonu Awdijiwki miały zostać sprowadzone poddziały najemników z Grupy Wagnera. Kijów i zachodni partnerzy podkreślają, że w walkach o Awdijiwkę agresor poniósł ciężkie straty i w ostatnich dniach zmniejszył wykorzystanie broni pancernej, na rzecz wspieranych artylerią ataków grup piechoty. Rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA John Kirby ocenił łączne straty Rosjan pod Awdijiwką pomiędzy 11 a 26 października na „więcej niż batalion” i podał przy tym liczbę 125 zniszczonych pojazdów. Z kolei źródła ukraińskie podawały liczbę 200 zniszczonych pojazdów opancerzonych wroga.

Bez większego powodzenia Rosjanie kontynuowali działania na północny i południowy wschód od Kupiańska (władze obwodu charkowskiego zdecydowały się na przymusową ewakuację z kolejnych 10 miejscowości), na północny i południowy zachód od Bachmutu oraz w Marjince i na południe od niej. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego po 25 października agresor wstrzymał ataki na pozostałych kierunkach i ma się przegrupowywać. Niemniej łączna liczba rosyjskich szturmów na pozycje obrońców spadła nieznacznie – z 80 do 70 na dobę. Rezultatu nie przyniosły także wznowione przez stronę ukraińską ataki na południe od Orichiwa (choć 25 października Sztab Generalny informował o częściowym sukcesie na zachód od miejscowości Werbowe) oraz próby poszerzenia przyczółków na lewym brzegu Dniepru.

25 października rosyjskie drony kamikadze uderzyły w rejonie szepetowskim obwodu chmielnickiego, a ich celem był najprawdopodobniej położony na południowy wschód od Sławuty 47. Arsenał Głównego Zarządu Rakietowo-Artyleryjskiego (według Kijowa uszkodzony został obiekt infrastruktury). Doszło do potężnego wybuchu i serii kolejnych oraz powstania fali uderzeniowej, która sięgnęła odległej o 20 km Chmielnickiej Elektrowni Jądrowej (EJ). Międzynarodowa Agencji Energii Atomowej podała, że w wyniku oddziaływania fali uderzeniowej w kilku budynkach na terenie Chmielnickiej EJ uszkodzone zostały okna (zdaniem Kijowa było to wynikiem upadku szczątków dronów). Administracja wojskowa obwodu chmielnickiego podała, że łącznie uszkodzonych zostało 1760 różnego typu obiektów, głównie w Sławucie oraz – w mniejszym stopniu – w leżącym nieopodal elektrowni Netiszynie, a 20 osób zostało rannych. Ukraiński Sztab Generalny ogłosił, że Rosjanie wykorzystali w ataku 11 dronów Shahed-136/131 i wszystkie zostały zestrzelone.

(...)

26 października agencja Bloomberg poinformowała, że UE zrealizowała dotychczas 30% planu dostaw dla Ukrainy amunicji artyleryjskiej (1 mln sztuk amunicji w ciągu 12 miesięcy, tzn. do marca 2024 r.), a kilka państw członkowskich zgłosiło propozycję wydłużenia terminu. Jeden z głównych problemów ma stanowić znaczący wzrost ceny pocisków, przekraczający zapisane na nie środki (dzień wcześniej niemiecki „Die Welt” donosił, że Rheinmetall podniósł cenę jednego naboju kalibru 155 mm z 2 tys. euro w 2022 r. do 3,6 tys. euro). Minister spraw zagranicznych Litwy Gabrielius Landsbergis zestawił dotychczasowe dostawy UE dla Ukrainy (300 tys. pocisków) z rzekomą skalą dostaw Korei Północnej dla Rosji (350 tys. pocisków). O trwających od września dostawach pocisków artyleryjskich z komunistycznej Korei do Rosji informowało 26 października Ministerstwo Obrony Wielkiej Brytanii. Według Brytyjczyków nie trafiły one jednak jeszcze na front.

osw.waw.pl

Po inwazji na Ukrainę i wskutek zachodnich sankcji środki publiczne stały się najważniejszym czynnikiem stymulującym aktywność gospodarczą w Federacji Rosyjskiej (FR). Tamtejsze Ministerstwo Finansów oszacowało łączną wartość wsparcia budżetowego udzielonego gospodarce w latach 2022–2023 na prawie 10% PKB. Przeważająca część tych środków przeznaczana jest na finansowanie wojny – główny priorytet budżetu – i w ograniczonym stopniu przyczynia się do rozwoju gospodarczego państwa.

Mimo zwiększania obciążeń fiskalnych, dewaluacji rubla i coraz wyższej inflacji rząd nie jest w stanie sfinansować rosnących wydatków budżetowych z bieżących dochodów, co rodzi wyzwania dla stabilności finansowej FR. Na razie władze zapewniają fundusze na pokrycie deficytu, lecz staje się to coraz trudniejsze. Nie da się oszacować, jak długo Kreml będzie mógł finansować gospodarkę ze środków publicznych. O ile do zaplanowanych na marzec 2024 r. wyborów prezydenckich nie należy się spodziewać żadnych zmian w polityce budżetowej, o tyle po zwycięstwie Władimira Putina władze będą zapewne szukały oszczędności. Priorytetem pozostaną wydatki na wojnę (szacowane na ok. 40% budżetu), jednak koszty z nią związane będą w coraz szerszym zakresie przerzucane na społeczeństwo i biznes. To z kolei negatywnie wpłynie na sytuację gospodarczą.

Po inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 r. zwiększyły się potrzeby finansowe armii FR, a dostęp gospodarki tego kraju do kapitału i technologii z Zachodu został odcięty. W konsekwencji wzrosło znaczenie funduszy publicznych dla stabilizowania sytuacji wewnętrznej. Na tzw. impuls budżetowy, stanowiący główne wsparcie rosyjskiej gospodarki od wiosny 2022 r., składają się zarówno dodatkowe środki budżetowe, jak i quasi-budżetowe, w tym kredyty eksportowe czy inwestycje z Funduszu Dobrobytu Narodowego (FDN). W 2023 r. wartość impulsu ma sięgnąć rekordowych 5% PKB (ok. 8,3 bln rubli, tj. ok. 83 mld dolarów) i zgodnie z planami rządu powinna się ona utrzymać na wysokim poziomie także w 2024 r. Pieniądze te ułatwiają adaptację rosyjskiej gospodarki do pogarszających się warunków ekonomicznych.

Alokowanie środków publicznych na wyznaczone przez Kreml priorytety, głównie na sektory zaspokajające potrzeby związane z prowadzeniem wojny, na wsparcie okupowanych terytoriów Ukrainy, ale też stymulowanie popytu wewnętrznego za pomocą polityki kredytowej (np. preferencyjnych kredytów hipotecznych) czy wypłat wynagrodzeń dla walczących na froncie, pozytywnie wpłynęły na wskaźniki makroekonomiczne. Według oficjalnych danych spadek PKB Rosji w 2022 r. udało się ograniczyć do 2,1% i najprawdopodobniej zdoła ona wyjść z recesji już w br. (zgodnie z szacunkami rządu PKB ma w tym roku wzrosnąć o ok. 2,8%; również międzynarodowe organizacje prognozują zwyżkę o 0,5–2,2%). W 2024 r. PKB Federacji Rosyjskiej ma powrócić do poziomu sprzed inwazji.

Zarazem jednak mocno zmienia się struktura rosyjskiej gospodarki – rośnie w niej udział produkcji zbrojeniowej, a to rodzi coraz więcej problemów. Akumulacja zasobów (finansowych, produkcyjnych i ludzkich) w sektorze zbrojeniowym odbywa się kosztem sektora cywilnego, który ma postępujące trudności z zaspokojeniem nasilającego się popytu konsumpcyjnego. W efekcie mamy do czynienia ze wzrostem inflacji, którą dodatkowo napędzają spadek wartości rubla i drożejący import. Aby walczyć z inflacją i dewaluacją pieniądza, władze podnoszą stopy procentowe (w ciągu ostatnich trzech miesięcy bazowa stawka procentowa wzrosła z 7,5% do 13%) i powracają do częściowej kontroli walutowej, co z kolei zwiększa koszty działalności przedsiębiorców i motywuje ich do dalszego wywożenia kapitału z Rosji. W rezultacie wysokie wydatki budżetowe w coraz mniejszym stopniu przekładają się na wzrost wskaźników ekonomicznych (zgodnie z danymi Rosstatu produkcja przemysłowa z uwzględnieniem sezonowości od maja br. nie rośnie; z kolei bank centralny od czwartego kwartału br. zapowiada wyhamowanie tempa wzrostu PKB). Ewentualne obniżenie nakładów publicznych będzie natomiast skutkowało spadkiem produkcji – w obecnych warunkach biznes nie jest bowiem skłonny do inwestowania własnego kapitału.

Po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny z Ukrainą Kreml zaczął dynamicznie zwiększać wydatki budżetowe. W ubiegłym roku wzrosły one o 20% r/r, ale jaki będzie ich rzeczywisty poziom w roku bieżącym, nadal nie wiadomo, ponieważ dotąd środki były wydatkowane bardzo nierównomiernie. Początkowo rząd zamierzał ograniczyć nakłady w porównaniu z rokiem ubiegłym, co znalazło odzwierciedlenie w ustawie budżetowej na 2023 r. Niemniej już wyniki za pierwsze miesiące br. zademonstrowały zmianę planów Kremla. Obserwowany był dynamiczny wzrost wydatków, zwłaszcza na zamówienia publiczne, które w większości trafiały do sektora zbrojeniowego. W połowie roku nakłady jednak zredukowano. W efekcie w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2023 r. wydatki budżetowe sięgnęły 21,4 bln rubli i były o 10% wyższe niż przed rokiem, przy czym w zasadzie cała kwota przeznaczona na zamówienia publiczne w 2023 r. została już wykorzystana (prawie 5 bln rubli, ok. 50 mld dolarów). Według założeń resortu finansów rząd zamierza wydatkować w tym roku jeszcze przeszło 10 bln rubli, co oznaczałoby silny wzrost nakładów w czwartym kwartale.

Zgodnie ze zaktualizowanymi przez Ministerstwo Finansów we wrześniu br. parametrami budżetu wydatki w całym 2023 r. mogą wynieść ponad 33 bln rubli, tj. ok. 330 mld dolarów (ok. 10% więcej, niż zapisano w ustawie). W przyszłym roku mają zaś wzrosnąć o kolejne 10% – według wniesionego już do parlamentu rządowego projektu budżetu mają sięgnąć przeszło 36,5 bln rubli. Rzeczywisty ich poziom zarówno w 2023, jak i w 2024 r. będzie jednak zależeć przede wszystkim od potrzeb armii i możliwości finansowych państwa. Ponadto pole manewru Kremla zwiększy się po zaplanowanych na marzec przyszłego roku wyborach prezydenckich. Przykładowo będzie on mógł ogłosić kolejną falę mobilizacji, na którą naciskają wojskowi, i dalej przerzucać koszty wojny na obywateli i biznes, co zapewne pociągnie za sobą modyfikację parametrów budżetu. Trzeba bowiem pamiętać, że zgodnie z rosyjską praktyką ustawa budżetowa nie jest dokumentem ograniczającym działania władz i jej założenia są swobodnie zmieniane w trakcie jej realizacji, bez konieczności uzyskania aprobaty parlamentu.

Motorem wzrostu nakładów budżetowych Rosji są wydatki na wojnę z Ukrainą, przy czym w zasadzie niemożliwe jest określenie ich wartości. Dzieje się tak w głównej mierze dlatego, że od ubiegłego roku władze nie publikują szczegółowych informacji na temat realizacji wydatków budżetowych. W tzw. rządowym budżecie elektronicznym, na bieżąco rejestrującym operacje publicznej kasy, w 2023 r. ok. 25% środków nie przypisano do konkretnych rozdziałów. Tzw. tajna część budżetu w zdecydowanej większości dotyczy nakładów na wojsko (ponad 70% wydatków na obronę narodową pozostaje utajnionych), jednak znajdują się w niej także informacje o środkach przeznaczonych na inne cele. Od dwóch lat źródłem danych o podziale publicznych pieniędzy są przede wszystkim dokumenty Ministerstwa Finansów towarzyszące projektom ustawy budżetowej na następny rok.

Trzeba przy tym pamiętać, że wydatki na wojsko nie stanowią zwartej pozycji w rosyjskim budżecie. Większość z nich skupiona jest w części „Obrona narodowa”, lecz finanse na armię ukryte są też w innych rozdziałach. Przykładowo z „Gospodarki narodowej” finansowane są m.in. wsparcie dla przedsiębiorstw sektora zbrojeniowego, prace badawczo-rozwojowe oraz budowa i modernizacja infrastruktury, w tym komunalno-drogowej i obronnej w regionach okupowanych oraz w przygranicznych obwodach FR. Ponadto rosyjskie służby, m.in. Federalna Służba Bezpieczeństwa czy Gwardia Narodowa, odpowiadające za utrzymanie kontroli nad okupowanymi ukraińskimi terytoriami finansowane są z pozycji „Bezpieczeństwo wewnętrzne”. Najprawdopodobniej z niej kierowano również środki dla walczącej na Ukrainie Grupy Wagnera. W efekcie wydatki związane z prowadzeniem wojny z tym państwem mogą stanowić ok. 40% rosyjskiego budżetu. Zgodnie z ostatnią aktualizacją dokumentu nominalna wartość nakładów na „Obronę narodową” w 2023 r. ma być o 80% większa niż w roku 2021 (brak danych za 2022 r.) i wynieść 6,4 bln rubli, tj. ok. 64 mld dolarów. Rzeczywiste wydatki na ten cel mogą się jednak okazać znacznie wyższe i z pewnością, podobnie jak te za 2022 r., nie zostaną upublicznione. W sierpniu 2023 r. Reuters, powołując się na wewnętrzne dokumenty rządu FR, informował bowiem, że faktyczne nakłady na wojsko w bieżącym roku władze w Moskwie szacują na 9,7 bln rubli (ok. 6% PKB). Jeśli te doniesienia są prawdziwe, to zaplanowany na 2024 r. wzrost wydatków w tym obszarze do 10,8 bln rubli nie jest już tak imponujący, jak się pierwotnie wydawało. W rezultacie same tylko oficjalne nakłady na armię mogą pochłonąć aż 30% całości budżetu na lata 2023 i 2024 (wobec 15% w 2021 r.). O ile bowiem w pierwszych miesiącach pełnoskalowej inwazji rosyjska armia zaopatrywana była w sprzęt i amunicję gromadzone w magazynach przez wiele lat, o tyle od końca ubiegłego roku w coraz większym stopniu jest ona zależna od bieżącej produkcji sektora zbrojeniowego.

Upubliczniona przez Ministerstwo Finansów we wrześniu br. aktualizacja wydatków budżetowych na 2023 r. stanowi demonstrację obecnych priorytetów Kremla. Dynamicznie rosną przede wszystkim nakłady na armię. Zwiększają się jednak także te na bezpieczeństwo wewnętrzne, choć rząd ograniczył skalę ich wzrostu w 2023 r. do 40% względem roku 2021 (z planowanych 100%), co prawdopodobnie wiązało się z rozformowaniem Grupy Wagnera. Środki te mogły zostać przekazane na potrzeby resortu obrony. Marginalizowany jest natomiast kapitał ludzki – realne nakłady budżetowe (z uwzględnieniem inflacji) na politykę społeczną, służbę zdrowia czy edukację spadają. W zamian władze hojnie wynagradzają osoby gotowe walczyć przeciwko Ukrainie, a co za tym idzie wypłaty dla żołnierzy i ich rodzin (dystrybuowane głównie przez Ministerstwo Obrony) stają się dla społeczeństwa ważnym źródłem dochodów.

Od połowy ub.r. w działaniach rządu obserwujemy intensywne poszukiwania nowych źródeł finansowania rosnących wydatków. W 2022 r. dopływ środków do budżetu zapewniały wysokie ceny surowców eksportowych, zwłaszcza ropy naftowej, oraz duże zyski Gazpromu w 2021 r. i w pierwszej połowie 2022 r., które koncern de facto przekazał do kasy państwa. Kreowane przez rząd nowe źródła finansowania w roku bieżącym stały się jednak poważnym wyzwaniem dla gospodarki.

Przykładowo duże wsparcie dla budżetu FR, zależnego od eksportu surowców, stanowi postępująca od grudnia ub.r. dewaluacja rosyjskiej waluty. Z wyliczeń ekonomistów wynika, że wzrost wartości dolara o 1 rubla zwiększa dochody skarbu państwa o ok. 150 mld rubli rocznie. W budżecie na 2023 r. rząd założył średni kurs amerykańskiej waluty na poziomie niespełna 70 rubli, podczas gdy w rzeczywistości w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy br. wyniósł on ok. 84 rubli, a od końca sierpnia wartość dolara oscyluje wokół 100 rubli.

Z jednej strony dewaluacja rubla pozwala przede wszystkim na redukcję strat budżetowych ponoszonych wskutek nałożenia zachodnich sankcji na eksport rosyjskiej ropy, które doprowadziły do spadku zarówno wolumenów, jak i ceny sprzedawanego surowca (podatki dla sektora nalicza się na podstawie wysokości ceny eksportowej). Mimo coraz niższej wartości rubla i zwyżki cen eksportowych w ostatnich miesiącach (we wrześniu br. przekroczyły 80 dolarów za baryłkę) wzrost dochodów z sektora naftowo-gazowego był ograniczony, co wiązało się głównie z wewnętrznymi regulacjami rynku paliwowego. Rząd musiał bowiem wypłacić koncernom naftowym bardzo wysokie świadczenia rekompensacyjne (ok. 0,3 bln rubli we wrześniu i 0,2 bln rubli w sierpniu) za dostawy paliwa na rynek wewnętrzny po zaniżonych cenach. W celu zwiększenia wpływów budżetowych władze bezskutecznie próbowały pozbawić sektor naftowy tych pieniędzy w kolejnych miesiącach. Zdążyły już nawet doliczyć te środki jako potencjalne dochody, co oznacza konieczność dokonania kolejnej korekty ustawy budżetowej zarówno na 2023, jak i na 2024 r.

Z drugiej strony obniżanie się wartości rubla podnosi cenę importu i wymusza zaostrzanie polityki kredytowej. Dodatkowo podważa zaufanie społeczeństwa do rodzimego pieniądza, a także do polityki władz. W konsekwencji rząd stara się zahamować ten proces i za pomocą regulacji rynku (m.in. podnoszenie stóp procentowych czy wymuszanie na koncernach sprzedaży przychodów walutowych z eksportu na giełdzie) przeciwdziałać spadkowi wartości rosyjskiej waluty. Dewaluacja w znacznym stopniu wywołana jest przy tym obiektywnymi czynnikami związanymi z bilansem płatniczym Rosji. Saldo na rachunku obrotów bieżących FR w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2023 r. wyniosło 39,6 mld dolarów, podczas gdy rok wcześniej – 196 mld dolarów. Wartość eksportu spadła, lecz import utrzymuje się na wysokim poziomie. Zarazem niedobór walut zachodnich powoduje problemy z realizacją transakcji finansowych. O ile eksport w większości opłacany jest w rublach lub w walutach państw uznawanych przez Kreml za przyjazne (juany, rupie, dirhamy) i finalizacja operacji odbywa się z wielomiesięcznym opóźnieniem, o tyle za import najczęściej trzeba płacić awansem w walutach wymienialnych. Ponadto Rosja tradycyjnie odnotowuje ujemne saldo handlu usługami, a niepewna sytuacja polityczno-gospodarcza przyczynia się do odpływu kapitału. W pierwszych ośmiu miesiącach br. wywieziono z kraju prawie 30 mld dolarów netto (a w całym 2022 r. – ponad 240 mld). W rezultacie starania rządu o zahamowanie dewaluacji rubla przynoszą jedynie krótkoterminowe efekty i nie są w stanie odwrócić obserwowanego trendu.

Również postępujący wzrost cen stanowi ważny czynnik zwiększający dochody (np. z VAT). Podana przez Rosstat oficjalna roczna inflacja we wrześniu br. wyniosła 6% (jest to podstawa indeksacji wypłat socjalnych z budżetu państwa), jednak ta tzw. odczuwana przez obywateli jest znacznie wyższa. Z monitoringu prowadzonego przez rosyjski ośrodek badawczy Romir wynika, że roczny wzrost cen towarów pierwszej potrzeby wyniósł w sierpniu br. prawie 20%. Rosnąca inflacja negatywnie wpływa na dochody ludności i popyt konsumpcyjny.

Rząd stara się podwyższyć wpływy do budżetu również za pomocą zwiększenia obciążeń fiskalnych nakładanych na biznes i obywateli. W 2023 r. podniósł m.in. akcyzę na papierosy i samochody, dodatkowo opodatkował Gazprom, wprowadził podatek od ponadnormatywnego dochodu (tzw. windfall tax) za lata 2021–2022 (zapłacą go głównie sektory metalurgiczny i nawozów mineralnych), opodatkował też dochody ze sprzedaży rosyjskich aktywów przez zagranicznych inwestorów wycofujących się z FR. Od 1 października wprowadzono ponadto elastyczne cła eksportowe na szereg towarów (poza ropą, gazem i zbożem), które są zależne od kursu rubla (de facto rząd zamierza zabrać eksporterom część zysków osiąganych dzięki słabości rodzimej waluty). Wszystkie te działania podnoszą koszty prowadzenia biznesu w Rosji i zniechęcają do inwestowania.

W pierwszych dziewięciu miesiącach 2023 r. łączne dochody budżetowe Rosji wyniosły 19,7 bln rubli i sięgnęły podobnego poziomu co przed rokiem. Zgodnie z szacunkami rządu w całym 2023 r. mogą one jednak być o ok. 10% wyższe, niż założono w ustawie budżetowej, i wynieść ostatecznie ok. 28,7 bln rubli. Motorem tego wzrostu są wpływy spoza sektora naftowo-gazowego, które w ciągu pierwszych trzech kwartałów br. zwiększyły się o ponad 25% r/r. Branża surowcowa odnotowuje natomiast znacznie słabsze wyniki i to mimo dodatkowego opodatkowania Gazpromu na 0,6 bln rubli w 2023 r. W okresie od stycznia do września br. były one niższe o 35% r/r i wyniosły 5,5 bln rubli. Najprawdopodobniej zatem nie uda się osiągnąć zaplanowanych w budżecie na 2023 r. dochodów z sektora naftowo-gazowego w wysokości 8,9 bln rubli.

Od początku pełnoskalowej inwazji na Ukrainę rząd nie jest w stanie pokryć dynamicznie rosnących wydatków bieżącymi dochodami budżetowymi. Niedobór środków w państwowej kasie w 2023 r. zaplanowano na 3 bln rubli, tj. niespełna 2% PKB. Po dziewięciu miesiącach wykorzystano połowę tej sumy. Niemniej, jaki będzie realny deficyt, dowiemy się dopiero na koniec roku, bowiem dotychczas to zazwyczaj w grudniu rząd intensyfikował wydatki (przykładowo w 2022 r. całość deficytu przypadła na ostatni miesiąc).

Zgodnie z założeniami dwie trzecie deficytu (2 bln rubli) ma zostać sfinansowane ze środków Funduszu Dobrobytu Narodowego, a pozostała część z emisji obligacji państwowych.

Według stanu na 1 października br. FDN dysponował płynnymi środkami w wysokości ponad 7 bln rubli, tj. 73 mld w ekwiwalencie dolarowym (aktualnie w juanach i złocie oraz w niewielkiej części w euro i rublach), wobec 6,1 bln rubli, tj. 87 mld dolarów na początku roku. Zmiana wartości ekwiwalentu to głównie wynik dewaluacji rosyjskiej waluty. Pozostałe środki zainwestowano w spółki państwowe (Sbierbank) oraz przedsięwzięcia realizowane w Rosji – de facto są one dodatkowym źródłem finansowania gospodarki. W br. na takie projekty rząd zamierza wydać z FDN ok. 1,6 bln rubli.

Z dostępnych informacji wynika, że w 2023 r. Kreml zwiększa zadłużenie znacznie intensywniej, niż zakładał. Na koniec roku dług państwowy ma wzrosnąć do 29 bln rubli (wobec wcześniej planowanych 25 bln rubli), tj. 17,5% PKB (rok wcześniej – 15%), co dla stabilności finansowej kraju stanowi wciąż bezpieczny poziom. Obligacje rządowe w większości wykupywane są jednak przez państwowe banki, które uzyskują za nie wysokie oprocentowanie (ok. 12%). W konsekwencji obciążenia budżetu z tytułu obsługi długu dynamicznie rosną.

Kreml zapowiada utrzymanie impulsu fiskalnego na wysokim poziomie także w 2024 r., lecz coraz trudniejsze staje się znalezienie środków na ten cel. Od początku inwazji władze intensywnie poszukują nowych źródeł finansowania rosnących wydatków – w efekcie zwiększane są m.in. obciążenia fiskalne przedsiębiorstw. Rząd nie chce pozbawić się rezerw finansowych, które zostały mocno naruszone już w 2022 r. Dewaluacja rubla poprawiła co prawda sytuację FDN, niemniej potrzeby finansowe państwa zaangażowanego w wojnę są ogromne i – biorąc pod uwagę, że prezydent Putin jest zdeterminowany, aby ją kontynuować – muszą wystarczyć na dłuższy okres. Dalszy wzrost zadłużenia wewnętrznego również ma swoje ograniczenia, gdyż pożyczanie środków staje się coraz kosztowniejsze.

Trudno wyrokować, na ile Kremlowi wystarczy funduszy do stymulowania gospodarki na obecnym poziomie. Niewątpliwie można się spodziewać, że po wyborach prezydenckich w marcu 2024 r. rząd będzie chciał wprowadzić zmiany do swojej polityki. Przykładowo od lipca 2024 r. ma zostać wycofany program dofinansowania kredytów hipotecznych, będący w ostatnich latach kołem zamachowym budownictwa. Na przyszły rok zapowiedziano także znaczną podwyżkę (o 10%) taryf komunalno-mieszkaniowych i opłat za dostawy gazu do gospodarstw domowych (90% dodatkowych dochodów z tego tytułu ma trafić bezpośrednio do budżetu). Należy również oczekiwać dalszego wzrostu opodatkowania biznesu.

Po wyborach Kreml najpewniej zaniecha też obrony wartości rubla, pozwalając, aby to rynek regulował jego cenę. Aktualnie bank centralny – głównie ze względów propagandowych – stara się bronić rodzimą walutę przed przekroczeniem psychologicznej bariery 100 rubli za dolara. Biorąc pod uwagę, że instrumentarium banku centralnego jest ograniczone, a presja ze strony bilansu płatniczego ogromna, prawdopodobne wydaje się jednak jego dalsze osłabianie się.

Ponadto należy spodziewać się dalszego wzrostu inflacji, na co wpływ ma przede wszystkim niedobór siły roboczej w Rosji. Przyczynia się on do podnoszenia płac, co z kolei przekłada się na wyższe ceny produkowanych towarów. Co więcej, w obecnych warunkach sektorowi cywilnemu coraz trudniej jest konkurować o pracowników z sektorem zbrojeniowym, co oddziałuje na jego efektywność.

Mimo to nie należy oczekiwać zmiany priorytetów budżetowych. Kluczowym zadaniem rządu w najbliższym czasie pozostanie finansowanie potrzeb walczącej na froncie ukraińskim armii. Paradoksalnie pogarszający się poziom życia obywateli może dodatkowo motywować młodych mężczyzn do zaciągnięcia się do wojska i sfinansowania utrzymania ich rodzin z wysokich zarobków i świadczeń. Dotychczasowa cierpliwość Rosjan sugeruje, że nie należy się spodziewać protestów społecznych, które mogłyby wymusić na władzach zmianę polityki, zwłaszcza że w rękach Kremla znajduje się rozbudowany aparat represyjny.

W obecnej sytuacji nie ma jednak pewności, jak zachowywać się będzie biznes, który coraz znaczniejszą część swoich zysków musi oddawać budżetowi państwa. Dotychczas rosyjscy przedsiębiorcy wykorzystywali swoje wieloletnie doświadczenie w obchodzeniu barier administracyjnych do zaopatrywania rynku w potrzebne towary mimo sankcji, czym mocno pomagali rządowi w ustabilizowaniu gospodarki po inwazji na Ukrainę. Zwiększane przez Kreml obciążenia fiskalne i bariery dla prowadzenia biznesu będą ich jednak zapewne motywować do ukrywania zysków, co może prowadzić do nasilenia odpływu kapitału z Rosji. Przykładem może być działalność sektora naftowego (kontrolowanego przez Kreml), który skutecznie przeciwstawił się rządowym planom obłożenia go kolejnymi opłatami.

osw.waw.pl

środa, 25 października 2023



Chiny zmniejszają swoje udziały w amerykańskich obligacjach rządowych do najniższego poziomu od dwunastu lat. Były doradca chińskiego banku centralnego Yu Yongding, wypowiedział się już na ten temat na majowym forum w Pekinie. Wyraźnie zalecił Chinom dostosowanie swojego portfela aktywów zagranicznych do nowych realiów. Wezwał on do ograniczenia posiadania amerykańskich obligacji rządowych — zwłaszcza w obliczu rosnącego ryzyka konfliktu z USA.

W szczytowym momencie w listopadzie 2013 r. Chiny posiadały 1,32 bln dol. (5 bln 600 mld dol.) w amerykańskich obligacjach skarbowych. Od tamtej pory Chiny pozbyły się prawie 40 proc. z tej kwoty, z czego aż 28 proc. tylko od czasu objęcia urzędu przez Joe Bidena.

Według amerykańskiej agencji informacyjnej Bloomberg w sierpniu chińscy inwestorzy ponownie pozbyli się amerykańskich obligacji o wartości ponad 16 mld dol. (67 mld 820 mln zł). Obecnie Chiny posiadają amerykańskie obligacje rządowe o wartości zaledwie 805 mld dol. (3 mld 400 mln zł).

Duże banki i instytuty badań ekonomicznych zarejestrowały tę sprzedaż amerykańskich obligacji. Profesor Ferdinand Fichtner z Niemieckiego Instytutu Badań Ekonomicznych w Berlinie potwierdza, że Chińska Republika Ludowa żegna się z bliskimi powiązaniami z dolarem amerykańskim.

Departament Skarbu USA, który spłaca odsetki od amerykańskiego długu narodowego, mógłby przestać obsługiwać dług w przypadku konfliktu, a tym samym pozbawić Chiny dochodów z odsetek. Aktywa te zostałyby de facto zamrożone.

Zajęcie przez amerykańską Rezerwę Federalną około 300 mld dol. (1 bln 271 mld zł) rosyjskich aktywów — zamrożonych wkrótce po inwazji rosyjskiej armii na Ukrainę — dostarczyło Chińczykom materiału ilustrującego ich własną słabość.

"Bezpieczeństwo chińskiego środka przechowywania wartości stało się kwestią geopolityczną" — cytuje pekińskiego eksperta do spraw finansów gazeta "South China Morning Post".

Chiny rozwijają zatem własny system płatności elektronicznych, zwany Transgranicznym Systemem Płatności Międzybankowych, który działa od końca 2015 r. w konkurencji z zachodnim systemem płatniczym Swift, a obecnie odpowiada również za przepływy płatnicze dla rosyjskiej gospodarki.

W ten sposób Chiny uzyskują niezależność gospodarczą, co może pozwolić im na niezależne działania militarne – np. w kwestii Tajwanu.

Amerykanie odczuwają chińskie działania, ponieważ powodują one spadek cen obligacji rządowych. Rezerwa Federalna USA przeciwdziała wysokim stopom procentowym wynoszącym około 7,5 proc. dla 30-letnich amerykańskich obligacji skarbowych — przykładowo jest to o dobre dwa proc. więcej niż płaci się za niemieckie obligacje rządowe o tym samym terminie zapadalności.

Według amerykańskiej agencji informacyjnej Bloomberg w poniedziałek 23 października rentowność dziesięcioletnich amerykańskich obligacji skarbowych wzrosła powyżej poziomu pięciu proc. — po raz pierwszy od 2007 r.

"To szczyt trwającej od tygodni wyprzedaży na amerykańskim rynku obligacji" — skomentowała tę sytuację niemiecka gazeta Handelsblatt.

Dla Amerykanów wycofanie się Chińczyków przychodzi w najgorszym możliwym momencie, ponieważ kraj ten jest uzależniony od kredytów jak nigdy dotąd. Tylko do września tego roku deficyt budżetowy USA wzrósł o 23 proc. do około 1,7 bln dol. (7 bln 210 mld zł).

Oznacza to, że Stany Zjednoczone piętrzą górę długu w wysokości około 33,5 bln dol. (141 bln 960 mld zł). Wojny w Europie i na Bliskim Wschodzie, w połączeniu z wysokimi wydatkami na ustawę o redukcji inflacji, mogą prowadzić do tego, co eksperci nazywają "imperialnym przeciążeniem" — nadmierną ekspansją i rozciągnięciem uwagi światowego mocarstwa.

onet.pl

Prof. Antoni Dudek zaznacza, że nie ma nawet cienia wątpliwości – za nami kampania wyborcza, która była wielkim festiwalem populizmu.

– Chyba największym, jeśli liczyć to w miliardach obietnic i ich wartości. W tym sensie żadna poprzednia kampania nie była tak kosztowna – mówi Onetowi historyk i politolog Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Zdaniem naszego rozmówcy to był jednak tylko jeden wymiar kampanii. Później wyłonił się drugi, ważniejszy – plebiscyt na temat przedłużenia rządów Prawa i Sprawiedliwości.

– W tym momencie paradoksalnie to już nie była kampania na obietnice. Gdyby dalej taka trwała, to PiS dostałby chyba lepszy wynik. Chociaż trzeba przyznać, że najkosztowniejszą obietnicę złożyła Koalicja Obywatelska, a mianowicie podniesienia kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł. Tak przynajmniej szacowali eksperci. Mimo to KO nie dostała pierwszego miejsca, a wybory wygrało PiS, właśnie dzięki temu, że było populistycznie najbardziej wiarygodne. Ostatecznie jednak przegrało, bo okazało się, że jednak mieliśmy do czynienia z plebiscytem – uważa ekspert.

Prof. Antoni Dudek zaznacza, że tak właśnie trzeba patrzeć na wyniki każdego ugrupowania, łącznie z Konfederacją. Różnica głosów jest dla PiS bezlitosna.

– Przecież nawet Konfederacja krzyczała, że nie będzie rządzić wspólnie z PiS-em. Zresztą PiS też nie mówił, że chce z kimkolwiek robić koalicję. To było dość kuriozalne, ale doprowadziło polską politykę do takiej polaryzacji, że tak naprawdę nikt nie brał pod uwagę nawet rozważania koalicji z rządzącymi – podkreśla.

PiS do końca liczyło na samodzielne rządy i robiło wszystko, by przekonać do takiego scenariusza jak największą liczbę Polaków. Problem w tym, że zbyt mocno postawiło na polaryzację społeczeństwa i przeszarżowało.

– To jest model uprawiania polityki przez Jarosława Kaczyńskiego. Mówił wprost, że PiS jest jedyną formacją patriotyczną – przypomina prof. Dudek.

– Poziom niekonsekwencji intelektualnej Kaczyńskiego jest niebywały na prostym poziomie logicznym. Jeżeli ciągle uważa, że PiS jest partią demokratyczną i sam jest zwolennikiem demokracji, to przecież zawsze w takiej sytuacji obok obozu władzy jest opozycja. Niby Kaczyński dopuszcza jej istnienie, ale zarazem ją dezawuuje, mówiąc, że to jest obca agentura, która właściwie powinna siedzieć w więzieniu, a nie w parlamencie. To naprawdę jest poziom zupełnej nielogiczności w atakach prezesa PiS i to nie tylko na Donalda Tuska. Oczywiście on był głównym bohaterem, ale w istocie rzeczy właściwie wszyscy byli w tym systemie Tuska jakimiś pacynkami, marionetkami czy "pożytecznymi idiotami" – dodaje.

Zbyt duży populizm i polaryzacja polskiej sceny politycznej to nie jedyne błędy, jakie w ostatniej kampanii popełnili liderzy obozu władzy. Zdaniem prof. Dudka PiS za bardzo skupiło się też na przekazie pełnym negatywnych aspektów.

– Pozytywne rzeczy były gdzieś daleko w cieniu. Warto zwrócić uwagę na to, że o takich sprawach mówiło się tylko na początku kampanii – podkreśla politolog UKSW.

– Gdy Jarosław Kaczyński na słynnym ulu programowym wyskoczył z "800 plus", nie było skoku sondażowego PiS-u, a później nastąpił marsz 4 czerwca, gdzie Kaczyński zobaczył gigantyczne tłumy idące za Tuskiem ulicami Warszawy. Wtedy się ewidentnie wystraszył i mam wrażenie, że zaczął wykonywać ruchy, których celem było zaostrzenie retoryki – dodaje.

To właśnie w tym okresie m.in. doszło do wymiany szefa sztabu wyborczego PiS – Tomasza Porębę zastąpił europoseł Joachim Brudziński. Wówczas też Jarosław Kaczyński miał podjąć decyzję o organizacji referendum. – To był potężny błąd PiS-u. Kaczyński dzięki referendum chciał jeszcze bardziej spolaryzować sytuację. Tak się stało, ale w sposób niekorzystny dla rządzących – uważa nasz rozmówca.

Prof. Antoni Dudek przyznaje, że zaskoczyła go nie tylko bardzo wysoka frekwencja w wyborach parlamentarnych, ale także niska w zorganizowanym w ten sam dzień referendum. Jego wyniki uważa za symboliczny.

– Te niewiele ponad 40 proc. to jest górna granica ludzi, którzy dali się zwieźć PiS-owi. To jest niezwykle mało, to pokazuje jak cała reszta miała świadomość, że kto dotyka kartki referendalnej, ten de facto pomaga PiS-owi – mówi. – Można powiedzieć, że ci którzy wzięli udział w referendum, dopuszczali kolejne rządy PiS-u. To z jednej strony pokazuje, że PiS był jednak potężny, bo 40 proc. to gigantyczny wynik, ale nie przełożył się on na większość w Sejmie – dodaje.

Wiele osób zwróciło też uwagę na nieudaną zagrywkę Jarosława Kaczyńskiego, którą był start w wyborach nie z Warszawy a z Kielc. Prezes PiS co prawda zdobył tam najwięcej głosów, pobił historyczny rekord Przemysława Gosiewskiego, ale to była jedyna dobra informacja – w okręgu świętokrzyskim PiS miało do tej pory 10 mandatów, a teraz zdobyło tam zaledwie osiem.

– To nie zapisze się jakoś bardzo w naszej pamięci – mówi Onetowi prof. Dudek. – Bardziej chyba ludzie zapamiętają wynik Romana Giertycha, który będzie chyba pierwszym posłem w dziejach III RP, który w ogóle nie prowadził żadnej kampanii, poza internetową. Wiemy, że ani razu nie pojawił się w swoim okręgu, a i tak został wybrany. Oczywiście zawdzięcza to z jednej strony popularności i temu, że jest rozpoznawalną osobą z racji swojej wcześniejszej aktywności, a po drugie temu, że jednak PiS przegrało cały plebiscyt, o którym już wspomnieliśmy – dodaje.

Jednocześnie nasz rozmówca przyznaje, że największe zaskoczenie minionych wyborów parlamentarnych to wynik Trzeciej Drogi. Politolog UKSW również nie wykluczał, że ludzi Szymona Hołowni i Władysława Kosiniaka-Kamysz w ogóle zabraknie w Sejmie.

– Ten dwucyfrowy wynik wziął się ze zjawiska "wyborców taktycznych" – uważa prof. Dudek. – Tak jak wielu wyborców zachowało się świadomie nie biorąc kartki referendalnej, tak również wielu, głównie kosztem Koalicji Obywatelskiej, zagłosowało taktycznie na Trzecią Drogę. Oni nie poparli wprost Tuska. W tej grupie byli też tzw. centrowi niezdecydowani. To byli ci, których Kaczyński wystraszył swoją ostrą, apokaliptyczną wręcz retoryką. Oni uznali, że Trzecia Droga jest optymalnym wyborem, bo jednak wciąż mają uraz do Tuska – dodaje.

O ile politycy Trzeciej Drogi mogą świętować, o tyle raczej jęki zawodu wciąż słychać z obozu Konfederacji. Nic dziwnego, skoro niektóre sondaże dawały temu ugrupowaniu nawet 15-proc. poparcie.

– Sądziłem, że Konfederacja będzie miała ostatecznie lepszy wynik. Moim zdaniem zaszkodziły jej dwie rzeczy – przekonuje ekspert.

– Pierwsza to jednak ogromny wzrost frekwencji. Konfederacja jest partią skrajną, a takie mają bardzo zdyscyplinowane elektoraty, które są np. aktywne w internecie, ale nie są zbyt liczne. Kiedy do urn wyborczych idzie więc bardzo dużo ludzi, to ich małe elektoraty toną w tej powodzi. Gdyby frekwencja była o 15 proc., a nawet jak się zdarzało o 20 proc. niższa, to nie obniżałaby się proporcjonalnie we wszystkich grupach wyborców. Można więc przypuszczać, że wyborcy Konfederacji stanowiliby wówczas większy odsetek głosujących – zaznacza.

Zdaniem prof. Dudka Konfederacji zaszkodziły też słowa i występy niektórych kandydatów, na czele z Januszem Korwinem-Mikke. – Nawet Bosak z Mentzenem przyznali, że nie pomogły im wypowiedzi Korwina, a także Brauna, chociaż jego w ostatniej fazie udało się wyciszyć. Wypowiedzi jednak zwłaszcza na temat kobiet wpłynęły na wyborców. Widać, że liderzy Konfederacji są wściekli i ja ich rozumiem. Stracili dużo głosów, dziś oczywiście nikt nie odpowie na pytanie ile, ale na pewno sporo – uważa ekspert.

onet.pl

wtorek, 24 października 2023


Charles Gati – historyk z solidną uniwersytecką pozycją, w młodości uczestnik powstania październikowego na Węgrzech, później od wielu lat w Stanach Zjednoczonych, opublikował kapitalną książkę o tym powstaniu. Skonfrontował wyobrażenia i politykę głównych aktorów sceny politycznej na Węgrzech oraz dwóch potęg zewnętrznych, Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych. Sięgnął do uprzednio niedostępnych źródeł, poradzieckich i amerykańskich, z dokumentacją CIA włącznie. Dokonał rzeczy niezwykle trudnej. Z pietyzmem złożył hołd bohaterom i ofiarom węgierskiego zrywu wyzwoleńczego, a jednocześnie w analizie i ocenie wydarzeń zachował naukowy dystans i poznawczy krytycyzm najwyższej próby. Jego ustalenia i hipotezy są nowatorskie i pouczające. Dzieło to nie ma nic wspólnego z typowymi dla naszych czasów kombatanckimi powiastkami „ku czci”, ale też świadczy o prawdziwym szacunku dla przeszłości, dla jej dokonań i doświadczeń. Można jedynie pozazdrościć.

Powstanie węgierskie zostało zdławione przez armię radziecką, jakby w repetycji dramatu 1849 r., kiedy to wojska cesarstwa rosyjskiego dowodzone przez feldmarszałka Iwana Paskiewicza, „kniazia warszawskawo” i „grafa jerywanskawo”, pomaszerowały za Karpaty i „uśmierzyły” rewolucję węgierską. Gati sądzi, że w 1956 r. mogło być inaczej, że los Węgier nie był z góry przesądzony, że wiele szans nie zostało wykorzystanych. I wspiera to przekonanie poważnymi argumentami.

Radziecki postalinowski zespół przywódczy, uwikłany w wewnętrzne rywalizacje i walki sukcesyjne, w połowie lat 50. nie miał – według Gatiego – w sprawie państw zwasalizowanych skrystalizowanej polityki. Nie zamierzał demontować imperium, ale też odczuwał potrzebę dostosowania do nowych warunków, do innego już etapu zimnej wojny. W konfrontacji z węgierskim kryzysem szefowie Kremla nie od razu nastawiali się na brutalną interwencję, nie wykluczali eksperymentowania i ustępstw. Imre Nagy, wyrastający na przywódcę sił reformatorskich i narodowych, początkowo cieszył się ich zaufaniem. Szanse Węgier zwiększało położenie na uboczu od głównej linii radzieckich interesów strategicznych i na styku z titowską Jugosławią, z którą ZSRR właśnie normalizował swoje stosunki, dramatycznie zaostrzone w czasach stalinizmu.

Gatiego analizy ówczesnej polityki ZSRR odbiegają od najchętniej dziś lansowanych: „Ukształtowany przez Stalina system relacji między wątpliwymi sojusznikami skończył się niepowodzeniem, ponieważ polityczne i ekonomiczne koszty utrzymania imperium były ogromne… Podobnie jak terror wewnętrzny paraliżował funkcjonowanie elit, a konfrontacja z Zachodem szkodziła sowieckim interesom, także stalinowska dominacja nad innymi krajami komunistycznymi stała się ciężarem. Dla dobra interesów sowieckich należało ten balast zmniejszyć. A zatem zmiany były konieczne. Powinny one jednak wydawać się skromne i niepozorne, by nie naruszyć delikatnej równowagi sił w sowieckiej polityce. Gdyby w ciągu kilku lat wojska sowieckie wycofały się z Węgier, kraj mógłby ewoluować w tę stronę co gomułkowska Polska lub titowska Jugosławia…Węgry jednak nie chciały być drugą Polską… Imre Nagy nie był Gomułką, kardynał Mindszenty nie był Wyszyńskim, a Redakcją Węgierską RWE nie kierował Nowak.

30 października komuniści węgierscy nie rządzili swoim państwem… Dwa wydarzenia tego dnia w Budapeszcie – dokonany rano na placu republiki lincz na funkcjonariuszach urzędu bezpieczeństwa i popołudniowa deklaracja powrotu do systemu wielopartyjnego – najwyraźniej przekonały Chruszczowa, że Nagy i inni komuniści są zbyt słabi, by utrzymać porządek…”. Charles Gati wnikliwie zwraca uwagę na to, że Kreml w swej polityce wobec państw socjalistycznych brał pod uwagę dwa różne kryteria, dbał zarówno o „spójność bloku”, jak też liczył się ze „sprawnością reżimu”. Łatwiej tolerował nawet znaczne odrębności ustrojowe i dysydencje polityczne, jeśli rządzące narodowo-komunistyczne partie mocno trzymały w ręku ster rządów. Na ostatecznym stanowisku radzieckim wobec kryzysu węgierskiego zaważył – jak pisze – również „głęboko zakorzeniony w rosyjskiej kulturze politycznej strach przed rozruchami i zamieszkami”.

Ważkie przyczyny niewykorzystania szans powstania węgierskiego Gati dostrzega więc w słabościach koncepcyjnych i pragmatycznych węgierskich aktorów sceny politycznej, przede wszystkim w nieobecności realpolitik. W kręgach kierowniczych rządzącej partii przeważała orientacja neostalinowska i nadzieja na opanowanie społecznego poruszenia siłą, i to radziecką. Frakcja reformatorska była słaba, doszła do władzy za późno i przez kilka kluczowych dni nie umiała ani skrystalizować swego stanowiska, ani zdyscyplinować swych zwolenników i sojuszników. Powstanie zbrojne wybuchło żywiołowo i rozwijało się niejako obok nowego, już reformatorskiego rządu Imre Nagya. Pozbawione jednolitego kierownictwa, zachowało żywiołowy charakter i formułowało spontanicznie, a częściowo pod wpływem RWE maksymalistyczne i pozbawione realizmu żądania.

Ruch miał rozmach i ideowe oblicze narodowego powstania, ale w organizacyjnych i politycznych formach nie wyszedł poza ramy potężnej ludowej rewolty. Nieprzypadkowo chyba w tytule swej książki Gati użył określenia „1956 Hungarian Revolt”, co w polskim wydaniu przełożono niezbyt ściśle, lecz bardziej poprawnie politycznie jako „powstanie”.

Gati nie oszczędza amerykańskiej polityki. Administracji Eisenhowera ma za złe przede wszystkim hipokryzję. W deklaracjach propagandowych głosiła ona politykę „wyzwalania” krajów zależnych od ZSRR, w rzeczywistości nigdy nie zamierzała jej realizować, a żadnych alternatywnych pomysłów i planów nawet wstępnie nie opracowała. Gati wysuwa sugestie, że zmarnowano wówczas szansę negocjowanego zakończenia zimnej wojny oraz zastąpienia uzależnienia państw Europy Środkowej przez ustanowienie tam reżimów przypominających jugosłowiański titoizm. Ta hipoteza chyba idzie zbyt daleko. Zimna wojna miała głębsze źródła i nie toczyła się wyłącznie o Europę Środkową. Jednak jakieś szanse na pewno zmarnowano.

Praca Gatiego jest wielką zachętą do niemodnych obecnie studiów porównawczych w zakresie historii bloku radzieckiego. Panuje prawie niepodzielnie propagandowa skłonność do generalizacji. Wszystko wrzuca się do jednego „totalitarnego” worka. Tymczasem właśnie w 1956 r. uderza odmienność sytuacji Węgier i Polski.

Przede wszystkim pod względem przebiegu wydarzeń i ich rezultatu. W Polsce inicjatywa wykorzystania pomyślnych okoliczności geopolitycznych dla zmniejszenia zależności od ZSRR i modernizacji oraz liberalizacji systemu wyszła z szeregów rządzącej partii. Wyłoniła się w niej potężna frakcja reformatorska, która w mniejszym lub większym stopniu utrzymała kontrolę wydarzeń, nawet w okresie silnego wzburzenia społecznego. Ulica nie rządziła tym procesem. Zaskakująco silne okazało się myślenie w kategoriach realizmu politycznego. Mierzono zamiary na siły i szanse.

Wydaje się jednak, że w grę wchodziły również różnice głębsze, nie tylko sytuacyjne, związane z kryzysem 1956 r. Ze źródłowo udokumentowanego opisu Charlesa Gatiego wynika, że węgierska partia komunistyczna zarządzana była z Kremla prawie bezpośrednio, jak w kraju inkorporowanym. Szefów tej partii wzywano na odprawy, besztano, dyktowano decyzje personalne. Jeszcze w lipcu 1956 r. Anastas Mikojan osobiście rekomendował komitetowi centralnemu węgierskiej partii kandydaturę Ernő Gerő na stanowisko pierwszego sekretarza. W przypadku Polski było to niemożliwe już od lata 1945 r., czyli od zakończenia wojny i powstania Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Brutalne zbesztanie Bieruta przez Stalina w październiku 1944 r. nigdy się nie powtórzyło. Owszem, kierownictwo PPR i później PZPR jeździło do Moskwy „po rady” generalissimusa, ale nie traktowało ich jak rozkazów i też nie zawsze się do nich stosowało. Wbrew Stalinowi przeprowadzono nieudane referendum w 1946 r., inaczej, niż on sugerował, rozegrano wybory 1947 r. Nie posłuchano „rady”, aby funkcję premiera powierzyć Oskarowi Langemu.

Wbrew opinii Stalina utworzono Ministerstwo Ziem Odzyskanych i szefostwo tego resortu powierzono Gomułce. Przesiadywanie radzieckich przywódców w stolicy i bezpośrednie sterowanie miejscowymi sprawami było nie do pomyślenia nawet w okresie stalinowskim. Wyjątkowy przypadek pojawienia się Chruszczowa na obradach Komitetu Centralnego PZPR (6. plenum KC 20 marca 1956 r.) zakończył się awanturą z salą i opuszczeniem przezeń posiedzenia.

Zastanawiając się nad odmiennym zachowaniem się Kremla wobec Polski i Węgier nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wiąże się to z II wojną światową i jej zakończeniem. Węgry były państwem pokonanym, okupowanym i zarządzanym przez Związek Radziecki. Mimo zawarcia w 1947 r. traktatu pokojowego wiele z tego pozostało. Polska była państwem sojuszniczym i nawet zwasalizowana miała inną, mocniejszą pozycję. Nie pozostało to bez wpływu również na przebieg i wynik kryzysu roku 1956.

Niejako na marginesie książki Gatiego godzi się przypomnieć stosunek Władysława Gomułki do dramatycznego finału powstania węgierskiego i losu Imre Nagya. O zamiarze interwencji zbrojnej dowiedział się od Chruszczowa w czasie krótkiego spotkania w Brześciu 1 listopada. Przyjął to do wiadomości, ale podtrzymał zasadnicze stanowisko, że interwencja obcych wojsk „jest złem” w każdych warunkach. Nie miał zrozumienia dla polityki Imre Nagya przede wszystkim z pozycji realpolitik, obawiał się o los Polski. W odróżnieniu jednak od Tita, który pomógł władzom radzieckim w oszukańczym ujęciu Nagya i współtowarzyszy, Gomułka przez wiele miesięcy, jako jedyny przywódca państwowy w bloku radzieckim, podejmował zabiegi o uratowanie życia węgierskiego premiera. Interweniował bezpośrednio u Chruszczowa w maju 1957 r., także wielokrotnie kanałami dyplomatycznymi u Kadara. Wyrokiem i egzekucją Nagya w czerwcu 1958 r. był zaskoczony. Przez 10 dni zwlekał, zanim zdecydował się publicznie zaakceptować fakt dokonany.

pazdziernik56.pl

Tow. Gomułka: Wasz przyjazd jest ingerencją w nasze sprawy.

Tow. Chruszczow: Chcą nas oderwać od naszych wojsk w Niemczech Zachodnich.

Tow. Gomułka: Kto chce?

Tow. Chruszczow: Polska. Macie zamiar usunąć z Biura Politycznego tow. tow. Rokossowskiego, Jóźwiaka, Nowaka, Gierka, a wprowadzić – Morawskiego. Nie możemy do tego dopuścić i jeśli postawicie nas przed faktami dokonanymi, będziemy zmuszeni brutalnie ingerować.

Tow. Ochab: Polscy komuniści siedzieli w waszych więzieniach i widocznie znowu będą siedzieć.

Tow. Chruszczow: Ja tak nie powiedziałem, nie przekręcajcie. Chcecie popsuć naszą przyjaźń. Dla dobra naszych interesów, interesów całej międzynarodowej klasy robotniczej i przede wszystkim dla dobra Polski, nie możemy tego znosić.

Tow. Kaganowicz: Po to właśnie przyjechaliśmy, żeby przed faktem dokonanym porozmawiać z wami.

Tow. Gomułka: Naprawdę uważacie, że tylko ci towarzysze (Rokossowski i inni) są gwarancją przyjaźni z wami? My też nie chcemy jej naruszać.

Tow. tow. Kaganowicz i Mikojan: Nie, nie tylko oni są gwarancją przyjaźni, ale oni i wy razem.

Tow. Chruszczow: Zrozumcie, że nie przyjechaliśmy po to, żeby was wykorzystywać i coś wam zabrać. Nigdy nie wtrącaliśmy się do waszych spraw.

Tow. Gomułka: Chodzi o to, że skoro nie wtrącaliście się, to niech wszystko zostanie po staremu i teraz też się nie wtrącajcie.

Tow. Chruszczow: Chcecie postawić nas przed faktem dokonanym. Wasza prasa oskarża nas, właśnie teraz, że pod koniec wojny wywieźliśmy z Polski jakieś drobiazgi, a faktycznie Związek Radziecki zawsze pomagał i pomaga Polsce Ludowej.

Tow. Mikojan: Proponowaliśmy wam zwrot terenów z rudami uranu, ale odpowiedzi od was nie ma, chociaż minęło wiele miesięcy.

Tow. Chruszczow: Mógłbym wręczyć wam, drogi tow. Gomułka, listę osób, zjedzonych w latach 1946-47 podczas głodu na Ukrainie, gdy w tym samym czasie dawaliśmy wam zboże, dawaliśmy wam nie jego nadwyżki, a odrywaliśmy je od żywego ciała naszego narodu. Oto, jaki jest nasz stosunek do Polski.

Tow. Mołotow: Uwzględniając szczególną wagę kwestii przyjaźni polsko-radzieckiej, nie możemy kierować się formalnym punktem widzenia na równoprawność. Nie bylibyśmy komunistami, gdybyśmy w obecnych warunkach tak postąpili.

Tow. Gomułka: Przedyskutujemy te kwestie i przyjdziemy do was za dwie, trzy godziny.

Tow. Kaganowicz: Dlaczego aż tak późno?

Tow. Chruszczow: Towarzyszu Gomułka, taki towarzysz jak Rokossowski zrobił dla wyzwolenia Polski nie mniej od każdego z was, a być może więcej. Odrzućcie emocje, wzburzone w wyniku naszej ostrej rozmowy i porozmawiajmy spokojnie. Zrozumcie, że bez Związku Radzieckiego Polska nie może zapewnić swojej niepodległości i nienaruszalności granic. A rewanżyści Zachodnich Niemiec są coraz bardziej zuchwali.

Tow. Gomułka: Pójdziemy już. Musimy przecież porozmawiać o początku plenum. Później wrócimy.

O godz. 12.00 rozmowy zostały wznowione. Uczestniczyli członkowie Biura Politycznego KC PZPR, tow. tow.: Gierek, Dworakowski, Zawadzki, Zambrowski, Z. Nowak, R. Nowak, Ochab, Rapacki, Rokossowski, Jóźwiak, Cyrankiewicz oraz zastępcy członków Biura Politycznego KC PZPR tow. tow.: Jędrychowski, Stawiński, Chełchowski. W rozmowie uczestniczył tow. Gomułka (dalej wykreślono słowa: Podczas rozmowy obecny był tow. Ponomarienko).

Ze strony radzieckiej w rozmowie uczestniczyli członkowie Prezydium KC KPZR tow. tow.: Kaganowicz, Mikojan, Mołotow, Chruszczow. Obecny był tow. Ponomarienko.

Spotkaniu przewodniczył tow. Ochab. Uczestnicy zdecydowali, że nie będzie ono oficjalnie protokołowane.

Tow. Ochab: Muszę powiedzieć, że nasi towarzysze są szczególnie zaniepokojeni uwagą tow. Chruszczowa o ingerencji. Trzeba wyjaśnić, o jakim ingerowaniu jest mowa.

Tow. Gomułka: Chcemy, żebyście przedstawili swoją ocenę sytuacji w Polsce i żebyście powiedzieli, co znaczy oświadczenie tow. Chruszczowa, że gotowi jesteście zdecydowanie interweniować, by nie dopuścić do naruszenia przyjaźni polsko-radzieckiej. Trudno byłoby mi pracować w takiej atmosferze. Jest to trudne dla większości naszych towarzyszy. Powiedzcie, tow. Chruszczow, co myślicie o tym, by stworzyć sprzyjającą atmosferę dla rozmów między nami, jak między komunistami.

(…)

pazdziernik56.pl