piątek, 30 czerwca 2023


Władze miasta Nanning w położonej na południu prowincji Guangxi podniosły w maju br. ceny biletów parkingowych. W efekcie dla mieszkańców podróżujących samochodami do i z pracy koszt parkowania wzrósł do nawet 100 juanów dziennie (57 zł).

W Pekinie czy Szanghaju nie wywołałoby wielkiego poruszenia, ale w Guangxi, jednej z biedniejszych prowincji Państwa Środka, sprawa wygląda zupełnie inaczej. Przy sześciodniowym tygodniu pracy utrzymania takiej stawki oznacza w skali roku wydatek ok. 30 tys. juanów (ok. 17 tys. zł) - blisko 1/3 przeciętnego rocznego dochodu w regionie..

W mediach społecznościowych zaczęła się burza, po której burmistrz miasta, Hou Gang wycofał się z podwyżki i na specjalnej konferencji prasowej przeprosił mieszkańców. Skandal był tak duży, że w następnych dniach władze prowincji Zhejaing, Jiangsu i Shandong przystąpiły do walki ze zbyt wygórowanymi cenami biletów parkingowych w miastach.

W prowincji Henan w środkowych Chinach władze lokalne zaczęły fałszować odczyty z kontroli wagi ciężarówek i TIR-ów. Szacuje się, że wymuszone w ten sposób kary przyniosły prowincjonalnemu budżetowi w ciągu ostatnich dwóch lat ponad 270 tys. juanów (154 tys. zł).

Jednak ulubionym sposobem zdobywania funduszy przez władze lokalne stały się grzywny, w których wymierzaniu urzędnicy wykazują się wyjątkową kreatywnością. W Szanghaju pewien restaurator został ukarany mandatem w wysokości 5 tys. juanów (2860 zł) za… podanie pokrojonego ogórka bez odpowiedniej licencji. To kolejna sprawa, która wywołała oburzenie w mediach społecznościowych.

Z kolei w prowincji Shaanxi w centralnych Chinach jeszcze w ubiegłym roku sklep spożywczy został ukarany grzywną 66 tys. juanów (blisko 36 tys. zł) za sprzedaż 2,5 kg selera obniżonej jakości.

Niezależnie od absurdalności części grzywien stają się one coraz ważniejszym źródłem dochodu. Według analizy magazynu Caijing, opierającego się na oficjalnych danych rządowych, kary pieniężne w ciągu roku zwiększyły swój udział w dochodach władz prowincji Guangxi z 9 do 13,9 proc.

W przypadku położonej na północy prowincji Liaoning zanotowano wzrost z 7,1 do 10,6 proc, a w Yunanie, którego zadłużenie ocenia się na 1000 proc. w stosunku do dochodów, z 6,1 do 7,5 proc.

Niekiedy władze lokalne chodzą po prośbie. Jak poinformował lokalny oficjalny dziennik Changjiang Wang pod koniec maja władze miasta Wuhan zażądały od miejscowych firm, by jak najszybciej spłaciły długi wobec ratusza. Gazeta szacuje, że chodzi o 259 podmiotów - od firm prywatnych, przez państwowe, aż po agendy rządowe, które są winne miastu ponad 100 milionów juanów (57 mln zł).

Metoda nie przyniosła oczywiście zadowalających rezultatów, w związku z czym władze zaczęły oferować nagrody za przydatne informacje na temat zasobów finansowych swoich dłużników.

W kwietniu władze prowincji Guizhou w płd.-zach. Chinach oficjalnie przyznały, że są zagrożone bankructwem i zwróciły się do Pekinu z prośbą o pomoc.

Tymczasem zwykli ludzie zaczynają coraz mocniej odczuwać problemy finansowe władz lokalnych. Najprostszą reakcją na brak pieniędzy jest cięcie wydatków. Trwa ono już od kilku lat i najpierw dotyczyło sfery budżetowej. Oprócz obniżania wynagrodzenia, zaczęto redukować wszelkie benefity w postaci dodatków mieszkaniowych czy na ogrzewanie. Pogorszyło to sytuację urzędników i nauczycieli, których zarobki także w Chinach nie są oszałamiające.

W ostatnich miesiącach okazało się, że cięcia muszą iść dalej... "Pod nóż" poszła służba zdrowia, w pierwszej zaś kolejności opieka medyczna dla seniorów. To jednak nie wystarcza.

Na początku czerwca miasto Shangqiu w prowincji Henan o mały włos nie straciło komunikacji autobusowej. Tamtejszy zakład komunikacji miejskiej nie był w stanie zapłacić za ubezpieczenie swoich pojazdów, a nawet wypłacić pensji kierowcom. Zarząd firmy jako przyczynę tych problemów wskazał obcięcie rządowych subsydiów.

Przyczyny problemów finansowych chińskich władz lokalnych są złożone. Pierwotnego źródła można dopatrywać się w reformie administracyjno-finansowej końca lat 90. Pekin pozbawił wówczas władze lokalne większości dochodów z podatków.

Chodziło - z jednej strony - o koncentrację zasobów do dyspozycji rządu centralnego, z drugiej zaś - o ograniczenie środków, a tym samym ambicji bogatszych prowincji nadbrzeżnych, które coraz częściej lekceważyły polecenia płynące ze stolicy.

Jednocześnie rząd zaczął stawiać władzom lokalnym coraz bardziej ambitne cele rozwojowe. Głównym źródłem pieniędzy na ich realizację stało się dzierżawienie gruntów.

Władze lokalne miały gotówkę, ale ceną za to była niemalże nieskrępowana, chaotyczna działalność deweloperów, wiele chybionych inwestycji i wzrost korupcji. Gdy w chińskim sektorze nieruchomości zaczął się kryzys, prowincje i miasta utraciły najważniejsze źródło dochodów.

Na to wszystko nałożyła się pandemia, wraz z drenującymi zasoby ciągłymi lockdownami i testami. Szacunkowo w ub.r. dochody władz lokalnych spadły o 23 proc. podczas, gdy wydatki wzrosły o 6 proc. Zaczęły rozkwitać skomplikowane instrumenty finansowe, które - w imieniu władz - zaciągają długi. Po prawdzie pojawiły się one zresztą znacznie wcześniej i służyły zdobywaniu środków na inwestycje infrastrukturalne, często również chybione.

Najczęstszą metodą ich działania jest emisja obligacji, często jednak pożyczki są zaciągane z nieznanych źródeł i pozostają poza oficjalnym budżetem. Kryzysy w branży nieruchomości zmusił firmy operujące instrumentami finansowymi do przejęcia ponad połowy gruntów wydzierżawionych pod budownictwo mieszkaniowe, pogłębiając tym samym problemy budżetowe.

Jakie jest zadłużenie chińskich władz lokalnych? Pełnych danych nie ma, a wiarygodność tych oficjalnych jest kwestionowana w samych Chinach. Według hongkońskiej grupy inwestycyjnej CLSA w 2010 r. wynosiło ono 10,7 bln juanów (6,12 bln zł), a do końca 2022 r. osiągnęło rekordowe 79,1 bln juanów (45,2 bln zł); kwota ta uwzględnia ok. 10 bln juanów ukrytego długu.

Problem zadłużenia władz lokalnych ma charakter strukturalny i rozwiązanie zależy od rządu centralnego. Ten jednak unika decyzji, która w praktyce oznaczałaby wybór, kto poniesie koszty spisania na straty przewartościowanych aktywów infrastrukturalnych. To zaś stanowi kolejny czynnik destabilizujący - i tak już rozchwiany - system finansowy.

Na razie Bank Ludowy Chin obniża stopy procentowe, zmniejszając koszt obsługi długów, a premier Li Keqiang wzywa władze lokalne, by „z całą stanowczością położyły kres arbitralnym opłatom i grzywnom”. Tymczasem na rynkach rosną obawy, że jeszcze w tym roku zadłużenie chińskich władz lokalnych może doprowadzić do kolejnego kryzysu - jeszcze gorszego niż ten w sektorze nieruchomości.

wnp.pl

Po miesiącach dyplomatycznych przepychanek Pekin zgodził się na wizytę amerykańskiego sekretarza stanu mającą na celu ustabilizowanie pogarszających się relacji i otwarcie kanałów komunikacji. Różnice między stronami mają jednak zbyt fundamentalny charakter, aby liczyć na przełom w przewidywalnej przyszłości.

Sekretarz stanu USA Antony Blinken złożył pierwszą od objęcia urzędu w styczniu 2021 r. wizytę w Chińskiej Republice Ludowej (ChRL). Ostatnim szefem amerykańskiej dyplomacji, który odwiedził to państwo, był Mike Pompeo i miało to miejsce w październiku 2018 r. 18 czerwca br. Blinken rozmawiał w Pekinie z ministrem spraw zagranicznych ChRL Qin Gangiem, a dzień później również z Wang Yi, członkiem Biura Politycznego Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin (KC KPCh) i równocześnie dyrektorem Biura Komisji Spraw Zagranicznych KC KPCh. Został też przyjęty przez Xi Jinpinga, sekretarza generalnego KPCh i przewodniczącego Chin.

Obie strony zgodziły się na utrzymanie kontaktów na wysokim szczeblu. Blinken zaprosił Qin Ganga do złożenia wizyty w Stanach Zjednoczonych, a ten wyraził chęć podróży „w dogodnych dla obu stron okolicznościach”. Podjęto również decyzję o kontynuowaniu konsultacji w ramach wspólnej grupy roboczej w celu rozwiązania konkretnych problemów we wzajemnych stosunkach. Oba państwa mają także zachęcać do rozszerzania dwustronnej wymiany kulturalnej i edukacyjnej. Komunikaty stron po spotkaniu Blinkena z Xi Jinpingiem nie wskazują, aby rozmowa wpłynęła na realne zbliżenie ich stanowisk.

Relacje między obydwoma państwami znajdują się w tej chwili w najtrudniejszym momencie od tzw. III kryzysu tajwańskiego w 1996 r., kiedy to prezydent Bill Clinton skierował flotę do ochrony Tajwanu. Pekin aktywnie zmienia status quo w Cieśninie Tajwańskiej i na Morzu Wschodniochińskim, nasilając presję wojskową na Tajwan i Japonię. Wciąż militaryzuje również obszary lądowe na Morzu Południowochińskim. Na arenie międzynarodowej – utrzymując pozory naturalności – wspiera Rosję politycznie i gospodarczo: zwiększa nie tylko import surowców energetycznych, lecz także eksport produktów podwójnego zastosowania cywilno-wojskowego. Waszyngton dąży do pogłębienia izolacji technologicznej ChRL, zwłaszcza w sektorze półprzewodników. Intensyfikuje też zabiegi o rozwinięcie koordynacji z sojusznikami w Europie i Azji w celu zminimalizowania ryzyka (de-risking) związanego ze zbyt bliskimi powiązaniami gospodarczymi z Chinami. Taka dynamika relacji bilateralnych rodzi groźbę, że ewentualny drobny incydent wywoła eskalację i niekontrolowany rozpad wzajemnych stosunków.

Obydwie strony podjęły próbę stabilizacji relacji jeszcze w czasie szczytu G20 na Bali w listopadzie ub.r. (zob. Taktyczna pauza wobec Zachodu: chińska gra nadziejami na pokój), co doprowadziło do przygotowania wizyty Blinkena w Pekinie w lutym br. Została ona jednak odwołana ze względu na incydent z chińskim balonem szpiegowskim, który wykryto i zestrzelono nad terytorium Stanów Zjednoczonych (zob. Chiński balon nad USA), kiedy Pekin wstrzymał dialog między wyższymi dowódcami wojskowymi obydwu państw. Przed wyrażeniem zgody na wyznaczenie jej nowego terminu przedstawiciele ChRL wyartykułowali względem USA szereg oczekiwań, wśród których znalazły się „uznanie kwestii Tajwanu za sprawę wewnętrzną Chin” i zaprzestanie „podważania suwerenności, bezpieczeństwa i interesów rozwojowych Chin w imię konkurencji”. W ten sposób oczekiwali de facto zniesienia sankcji technologicznych, szczególnie w dziedzinie półprzewodników. Sytuacja ta doprowadziła do kilkumiesięcznego impasu w relacjach Pekinu i Waszyngtonu oraz znacznego ograniczenia komunikacji pomiędzy nimi.

Pogarszanie się stosunków chińsko-amerykańskich przyśpieszyło w sierpniu ub.r. po wizycie na Tajwanie Nancy Pelosi, wówczas przewodniczącej Izby Reprezentantów (zob. Chińsko-amerykańska próba sił wokół Tajwanu). W lutym br. doszło nie tylko do zestrzelenia nad Stanami Zjednoczonymi balonu, lecz także do konfrontacji między Blinkenem i Wang Yi na marginesie Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, kiedy strona amerykańska oskarżyła chińską o rozważanie dostarczenia broni Rosji. ChRL odpowiedziała na te działania zamrożeniem niektórych ważnych kontaktów dyplomatycznych i nasileniem antyamerykańskiej retoryki. Waszyngton kontynuował nakładanie sankcji technologicznych, również w koordynacji z sojusznikami. Na tydzień przed podróżą Blinkena do Pekinu w mediach pojawiły się informacje, że chińska armia prowadzi na Kubie bazę wywiadu elektronicznego.

Mimo mnogości punktów spornych oba państwa w ostatnich tygodniach poczyniły jednak kroki mające przywrócić kontakty na wysokim szczeblu, aby lepiej zarządzać napięciami. Amerykanie podkreślają, że utrzymywanie regularnego dialogu na tym poziomie jest ważne samo w sobie, ponieważ pozwoli stronom szybko reagować na jakiekolwiek kryzysy, które mogą się pojawić, skoro chińskie i amerykańskie siły zbrojne coraz częściej wchodzą ze sobą w bezpośredni kontakt.

Daleko idące żądania Pekinu i ignorowanie sygnałów Waszyngtonu (nie tylko ze strony Departamentu Stanu, lecz także Pentagonu) dotyczących chęci przywrócenia komunikacji na wyższym szczeblu były skierowane przede wszystkim na użytek wewnętrznej narracji propagandowej. Kierownictwo KPCh musi zdawać sobie sprawę, że nie zostaną one uwzględnione. Niemniej przywódcy ChRL starają się równocześnie prezentować na arenie międzynarodowej – zwłaszcza względem partnerów europejskich – jako strona racjonalna i otwarta na dialog. Dlatego w końcu zdecydowano się na wyrażenie zgody na wizytę Blinkena, mimo że Waszyngton nie wykonał żadnego gestu, który KPCh mogłaby przedstawić jako zwycięstwo – nie można za nie uznać drobnych posunięć, jak stwierdzenie przez prezydenta Joego Bidena, że Xi Jinping nie wiedział o misji szpiegowskiej balonu itp.

W tym kontekście istotne jest też równoległe rozpoczęcie pierwszej podróży zagranicznej przez nowego premiera ChRL Li Qianga do Niemiec i Francji. Pekin liczy na osłabienie zdolności państw europejskich do koordynacji z Waszyngtonem ws. Chin. Wydaje się, że także strona amerykańska kieruje się potrzebą pokazania partnerom ze Starego Kontynentu czy państwom rozwijającym się gotowości do rozmów z Pekinem. Administracja Bidena postępuje zgodnie z przekonaniem, że aktualnie UE nie jest gotowa, aby podjąć równie daleko idące co amerykańskie działania przeciwko ChRL, i pragnie utrzymać kanały kontaktu z nią. Zachowanie spoistości Zachodu to obecnie priorytet Waszyngtonu, dlatego Blinken pojechał do Pekinu mimo doniesień o chińskiej bazie na Kubie. Z kolei przyjęcie go przez Xi Jinpinga ma sygnalizować partnerom w Europie czy na Globalnym Południu, że ChRL też dąży do ustabilizowania relacji. Spełnia również oczekiwania międzynarodowego biznesu, który ogranicza inwestycje w Chinach w obawie o konsekwencje rywalizacji Pekinu z Waszyngtonem.

O ile odtworzenie i utrzymanie kanałów komunikacji leży w interesie zarówno ChRL, jak i Stanów Zjednoczonych, o tyle nie należy się spodziewać, że kroki te doprowadzą do znacznej poprawy relacji między nimi. Po pierwsze rywalizacja chińsko-amerykańska ma charakter strukturalny i żadna ze stron nie jest gotowa do ustępstw, które pozwoliłyby na trwałe porozumienie i usunięcie punktów spornych. Po drugie kalendarz polityczny nie sprzyja dalszej stabilizacji stosunków. W styczniu przyszłego roku na Tajwanie zostaną przeprowadzone wybory prezydenckie i parlamentarne. Pekin – podobnie jak to robił w przeszłości – zwiększy, zapewne już na jesieni, presję militarną na wyspę w nadziei, że wpłynie w ten sposób na wynik elekcji. W efekcie Kongres zintensyfikuje naciski na administrację Bidena, aby silniej sygnalizować poparcie dla demokracji tajwańskiej. Na wiosnę w Stanach Zjednoczonych ruszy kampania przed wyborami prezydenckimi i do Kongresu w listopadzie 2024 r. Kwestia relacji z ChRL stanie się – jak w poprzednim cyklu wyborczym – jednym z jej głównych tematów, co będzie sprzyjać zaostrzeniu polityki wobec Pekinu.

osw.waw.pl

Między 7 a 14 czerwca turecka lira odnotowała łącznie ok. 9-procentowy spadek wartości względem dolara, a jej kurs wobec tej waluty jest najniższy od czasu objęcia władzy przez Partię Sprawiedliwości i Rozwoju w 2002 r. W ciągu ostatnich dwóch lat deprecjacja liry w stosunku do dolara wyniosła ok. 60%. 9 czerwca prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan mianował nową szefową tureckiego banku centralnego – Hafize Gaye Erkan. W przeszłości pracowała ona m.in. na stanowisku dyrektora zarządzającego w amerykańskim banku inwestycyjnym Goldman Sachs.

Komentarz

Na spadek wartości liry w ostatnich latach wpłynęło wiele czynników, w tym m.in. dążenie Erdoğana do podtrzymania wzrostu gospodarczego za pomocą ekspansywnej polityki pieniężnej, tj. niskich stóp procentowych narzucanych przez władzę i podporządkowany jej bank centralny. Działania te przyczyniły się jednak do znacznej zwyżki inflacji i stopniowego słabnięcia liry. Sytuację pogarszały zmniejszenie napływu inwestycji zagranicznych do kraju powodowane utratą wiarygodności Turcji wśród inwestorów międzynarodowych, a także postępujący spadek zaufania obywateli do stabilności tureckiego systemu finansowego. W celu spowolnienia procesu deprecjacji liry bank centralny wyprzedawał rezerwy walutowe, licząc, że przy okazji uda się zahamować inflację w okresie przedwyborczym. W rzeczywistości doszło do niemal całkowitego ich wyczerpania (według jednej z metod liczenia zobowiązań walutowych obecnie ich wartość netto jest ujemna i wynosi -5,7 mld dolarów, zaś braki uzupełniane są dalszymi pożyczkami od państw Zatoki Perskiej oraz rezerwami złota), co w ostatnich dniach jeszcze zwiększyło tempo słabnięcia liry.

Przyczyną gwałtownego spadku kursu tureckiego pieniądza w ostatnich dniach jest również domniemana decyzja władz o zaprzestaniu obrony jego wartości. Jak twierdzą ekonomiści, w nadchodzących miesiącach może to doprowadzić do osłabienia się liry względem dolara o kolejne 20%. Decyzję tę łączyć należy z zapowiedziami nowego ministra finansów Mehmeta Şimşeka o powrocie do bardziej tradycyjnej polityki pieniężnej. Rynki liczą na podniesienie bazowej stopy procentowej nawet do 25% (obecnie wynosi ona 8,5%). Na poprawę sytuacji finansowej Turcji korzystnie będą też wpływać ustabilizowanie cen surowców naturalnych (gazu i ropy), od których importu kraj jest w dużej mierze uzależniony, oraz sezon turystyczny, będący jednym ze źródeł napływu walut obcych. Korekta polityki pieniężnej, w tym odbudowa rezerw walutowych, pozwoli uniknąć zagrożenia w postaci niewypłacalności państwa. Podjęcie tego typu działań będzie sprawdzianem niezależności nowej prezes banku centralnego, a także testem autonomii nowego ministra finansów wobec wpływającego do tej pory na politykę monetarną państwa prezydenta Erdoğana.

W perspektywie krótkoterminowej skutkiem ubocznym dążeń do naprawy tureckiej gospodarki oraz utrzymania się trendu osłabiania się liry będą coraz wyższe koszty importu. Państwo w mniejszym wymiarze niż do tej pory będzie w stanie kontrolować wzrost cen sprowadzanych towarów, m.in. poprzez subsydia. W efekcie przyczynić się to może do ponownego nasilenia presji inflacyjnej. W perspektywie długoterminowej podniesienie stóp procentowych spowolni jednak inflację i ustabilizuje kurs liry, ale wpłynie też na wyhamowanie wzrostu gospodarczego, co odbije się negatywnie na tureckim rynku pracy oraz potęgować będzie niezadowolenie społeczne. Mimo to na szczeblu politycznym zaczyna się utrwalać konsensus co do tego, że strategia ta jest konieczna, aby rozpocząć proces wyprowadzenia Turcji z wieloletniego kryzysu finansowego. Biorąc pod uwagę zwycięskie dla rządzących wybory parlamentarne i prezydenckie, jest to najdogodniejszy z politycznego punktu widzenia moment na podejmowanie tego typu działań. 14 czerwca w wywiadzie dla mediów prezydent Erdoğan wstępnie zaaprobował potrzebę zmiany polityki monetarnej Turcji.

osw.waw.pl

W Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski trwają ostatnie prace nad wystawą chińskiego artysty Badiucao Chiny. Opowieść prawdziwa [Tell China’s Story Well], której otwarcie jest planowane na piątek 16 czerwca 2023.

Badiucao jest chińskim artystą i dysydentem mieszkającym obecnie w Australii. Jest on znany przede wszystkim z grafik i obrazów, instalacji oraz akcji ulicznych, które koncentrują się wokół tematyki łamania praw człowieka i ograniczeń wolności słowa we współczesnych Chinach.

Pierwsza w Polsce wystawa Badiucao przedstawia opowieść o Chinach odmienną od tej, którą proponują chińskie władze, posługując się propagandowym sloganem „Tell China’s Story Well”. Opowieść przedstawiana przez artystę to kronika wciąż trwającego gwałcenia praw człowieka, manipulacji pamięcią historyczną o wydarzeniach na placu Tiananmen w 1989 roku, cenzury nałożonej na obywateli Chin podczas pandemii Covid-19, przymusowej asymilacji kulturowej Ujgurów, protestów, w których mieszkańcy Hongkongu walczyli przeciwko polityce rządu oraz niepokojących relacji między Chinami a Rosją w sprawie inwazji rosyjskiej na Ukrainie.

Chcemy wyrazić zaniepokojenie i zdumienie działaniami Ambasady Chin w Warszawie podejmowanymi wobec Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, które prowadzone są od kilku dni, a których celem jest powstrzymanie otwarcia wystawy. Wysoki rangą przedstawiciel chińskiej Ambasady odwiedził Zamek Ujazdowski, domagając się zatrzymania wystawy, a do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego napływają listy domagające się cenzorskiej ingerencji w program Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski. Jednocześnie strona internetowa Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski została zablokowana na terenie Chińskiej Republiki Ludowej przez władze tego państwa.

Odczytujemy wskazane powyżej działania jako akty cenzury prewencyjnej, przeciwko którym stanowczo protestujemy. Zachęcamy także wszystkich tych, dla których wolność słowa i ekspresji jest cenna do wspierania artysty i naszej instytucji przede wszystkim poprzez obecność na wernisażu, a także wszelkiego rodzaju inne działania, które pomogą zatrzymać antywolnościowe naciski.

u-jazdowski.pl

3 czerwca w Ankarze miała miejsce ceremonia zaprzysiężenia Recepa Tayyipa Erdoğana na trzecią kadencję prezydencką. W wydarzeniu wzięły udział delegacje najwyższego szczebla (szefów państw lub rządów) z krajów sąsiadujących z Turcją – Azerbejdżanu, Gruzji i Bułgarii oraz, po raz pierwszy, Armenii – a także m.in. z Węgier, Kazachstanu i Wenezueli. Był tam również obecny sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg. Tego samego dnia prezydent ogłosił skład nowego rządu. Tylko dwa resorty (zdrowia oraz kultury i turystyki) z siedemnastu zachowały dotychczasowych szefów. Do najważniejszych zmian należą powrót Mehmeta Şimşeka (wicepremiera w latach 2009–2015) na stanowisko ministra finansów oraz powołanie Hakana Fidana (od 2010 r. szefa wywiadu) na ministra spraw zagranicznych.

Komentarz

Nowy rząd ma charakter technokratyczny. Nominacje doświadczonych ekspertów w swoich dziedzinach, takich jak Şimşek, oraz odsunięcie ministrów znanych z antyzachodnich wypowiedzi, jak Süleyman Soylu (były szef MSW), mogą stanowić zapowiedź powrotu do bardziej konserwatywnej – i wiarygodnej dla zewnętrznych obserwatorów – polityki gospodarczej i finansowej, a także pewnego złagodzenia kursu w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Otwartą kwestią pozostaje rzeczywista swoboda działania zaprzysiężonych ministrów, gdyż turecki system polityczny jest zdominowany przez prezydenta, pełniącego również funkcję szefa rządu.

Trudno spodziewać się, aby przetasowania na stanowiskach ministerialnych, choć istotne, doprowadziły do fundamentalnych zmian w polityce i gospodarce. Większość kłopotów, z którymi mierzy się dzisiaj Ankara – zarówno w wymiarze wewnętrznym, jak i zewnętrznym – ma charakter strukturalny (przykładowo w relacjach z Zachodem wynikają one z wieloletnich konfliktów i różnic w postrzeganiu interesów politycznych i bezpieczeństwa). Same roszady kadrowe, bez istotnych przewartościowań postawy Erdoğana, będą miały znikome znaczenie dla rozwiązania tych problemów – zwłaszcza biorąc pod uwagę łatwość, z jaką prezydent wymieniał dotąd szefów najważniejszych resortów.

Objęcie przez Fidana szefostwa w MSZ oznacza, że odpowiedzialność za politykę Turcji w tym obszarze przejął jeden z najbardziej zaufanych współpracowników głowy państwa. Jednocześnie człowiek ten, kierując przez ponad dekadę Narodową Agencją Wywiadowczą (MIT), i tak w istotnej mierze współkształtował politykę zagraniczną, i to w jej najbardziej newralgicznych aspektach. Pytanie o to, w jaki sposób jego nominacja wpłynie na relacje Ankary z najważniejszymi partnerami, pozostaje otwarte. Niewątpliwie jednak Fidan jest dobrze znany za granicą i – generalnie – uważany za wiarygodnego, choć ponosi też odpowiedzialność za agresywne działania tureckich służb, takie jak porwania przeciwników politycznych czy operacje służb specjalnych w Libii i Syrii.

Najważniejsze problemy stojące przed nowym ministrem spraw zagranicznych to ułożenie stosunków z USA oraz – w dużej mierze z tym powiązane – sformułowanie stanowiska Turcji wobec akcesji Szwecji do NATO. Kolejnym kontrowersyjnym tematem będzie dalsza współpraca polityczna i gospodarcza Ankary z Moskwą w kontekście rosyjskiej pełnoskalowej inwazji na Ukrainę, co potencjalnie grozi Turcji sankcjami. Wydaje się jednak, że jej polityka zagraniczna może ulec istotnej korekcie jedynie w wymiarze bliskowschodnim. Fidan stanie m.in. przed wyzwaniem uregulowania relacji z Syrią. To warunek konieczny umożliwienia repatriacji syryjskich uchodźców (3,7 mln osób na terenie Turcji), która stanowiła istotny motyw kampanii. We wszystkich tych kwestiach Fidan będzie jednak przede wszystkim wykonawcą woli Erdoğana, a nie niezależnym graczem. Na stanowisku szefa MIT ma go zastąpić były główny doradca, a następnie rzecznik prasowy prezydenta – İbrahim Kalın.

Polityka gospodarcza Turcji prawdopodobnie zostanie poddana częściowej rewizji przez nowego ministra finansów. Ma to związek przede wszystkim ze złym stanem finansów państwa – skutkiem kontrowersyjnej polityki monetarnej. Polegała ona na obniżaniu stóp procentowych mimo wysokiej inflacji w celu stymulacji wzrostu gospodarczego przy jednoczesnym wspieraniu wartości liry rezerwami walutowymi. Mianowanie Şimşeka – osoby uważanej przez międzynarodowe gremia finansowe za racjonalnego i doświadczonego ekonomistę – sugeruje, że może dojść do zmiany strategii rządu w dziedzinie gospodarki, w tym do częściowego powrotu do bardziej konwencjonalnej polityki pieniężnej. Pierwszym sygnałem byłoby wymuszenie na nowym szefie Banku Centralnego (stanowisko aktualnie wakuje) podniesienia stóp procentowych, aby wyhamować presję inflacyjną. Będzie to jednak wymagało zielonego światła ze strony Erdoğana, który do tej pory odwoływał ministrów finansów i szefów Banku Centralnego za próby podważenia jego polityki niskich stóp procentowych oraz przyznania szefowi resortu finansów rzeczywistej autonomii.

osw.waw.pl

- Śledzimy, co się dzieje w Czechach. W polskich mediach, o tym się prawie nie mówi, ale tam szef banku centralnego wprost krzyczy na rząd, żeby się nie zadłużał, bo to utrudni zejście inflacji do celu. U nas w najbliższych kwartałach wygenerujemy blisko 2-proc. impuls fiskalny prosto w portfele Polaków, co w najbliższym czasie wpłynie pośrednio na procesy cenotwórcze - mówi w rozmowie z money.pl pracownik Ministerstwa Finansów, który chce zachować anonimowość.

- Oby tylko nasi rodacy wzmocnili nimi swoje oszczędności, a nie poszli od razu je wydać na rynek - podkreśla.

Co więcej, jak przekonuje, w resorcie potworzyły się tajne grupki, które pracują nad kolejnymi programami wyborczymi PiS-u. - Powoli to zbieramy w całość i liczymy, ale niewiele osób ma do tego dostęp - dodaje. Według niego jednak, jak na ironię, w najbardziej newralgicznym momencie główna wyborcza broń rządu jakby się zacięła.

Od kilku osób z resortu słyszymy, że coś zgrzyta w polityce socjalnej rządu. Polacy przestali bardzo entuzjastycznie podchodzić do prostych transferów socjalnych - zauważają nasi rozmówcy. Tym samym władza straciła ich zdaniem swój główny atut, a MF może na tym paradoksalnie zyskać.

- Tego jeszcze nie było. Strzelba PiS się popsuła. Nie da się bez końca sypać pieniędzy. Wszyscy widzą, że to błędne koło - mówi nam inny wysoko postawiony urzędnik resortu z wieloletnim stażem.

- Proszę spojrzeć. Ostatnie dane o inflacji są przełomowe i pozytywne. W końcu spadła inflacja bazowa. Mamy jasny dowód dezinflacyjny, co, łącznie ze spadkiem cen żywności na światowych rynkach czy danymi PMI, tworzy nam pozytywny obraz. Jednak inflacja superbazowa bez cen administrowanych wyliczana na wzór amerykańskiego banku centralnego, która pokazuje czystszy obraz siły popytowej, wcale nie jest skora do aż takich spadków - wylicza nasz rozmówca.

(...)

- Moim zdaniem ludzie zauważyli, że puste dosypywanie pieniędzy kończy się tym, że i tak muszą więcej zapłacić w sklepie lub za wszelkiego rodzaju usługi. Do tego dochodzi jeszcze argument góry (władz MF - przyp.red.), która kilka miesięcy temu mówiła, że pieniędzy nie ma, a teraz nagle musimy znaleźć 25 mld zł (tyle ma kosztować 800 plus - przyp.red.). Ludzie to wszystko widzą. Ciekawe, ile jeszcze razy do października będziemy musieli połknąć swój własny język - zastanawia się nasz informator, mając na myśli październikowe wybory parlamentarne.

Kolejna osoba, z którą rozmawiamy, również wspomina o grupach pracowników MF oddelegowanych do konkretnej pracy wyborczej. Ona także słyszała o utyskiwaniach politycznych, że 800 plus i prawdopodobnie kolejne transfery nie będą już tak atrakcyjne dla dużych grup elektoratu (choć dla tych najgorzej uposażonych wciąż jest to ważna karta przetargowa w wyborach).

- Dla nas to jednak bardzo dobra wiadomość. W MF jest mnóstwo osób, które pamiętają fantastyczną pracę merytoryczną nad reformami strukturalnymi, które rzeczywiście coś w życiu społeczno-ekonomicznym naprawiały, a nie jedynie konieczność rezerwowania kolejnych miliardów na kolejne dopłaty. Oczywiście, rozumiem, że rząd nie miał wyjścia przy takiej kumulacji kryzysów, ale jak na to patrzę z perspektywy lat, to inne resorty mają dużą lekcję do odrobienia - wyjaśnia.

O co chodzi naszemu informatorowi? W jego opinii w przestrzeni publicznej przebija się coraz bardziej postulat poprawy usług publicznych i walki z drożyzną, a nie pomysłów typu 800 plus.

- Co z tego, że, jak to mówią zwykli ludzie, "władza da do ręki kolejne pieniądze", skoro tyle jest do zrobienia wokół. Widzę to nie z perspektywy klienta usług publicznych, tylko osoby, która obserwuje, co przychodzi do resortu w formie propozycji ustawowych z innych gmachów. Cyfryzacja administracji idzie dobrze, nieco rusza się mieszkaniówka, przebudził się MON, ale reszta ministerstw śpi. Działają wtedy, kiedy dostają polecenie polityczne pod konkretne zamówienie - ocenia inny pracownik MF.

- Jeśli mogę sobie pozwolić na ocenę polityczną tego wszystkiego, to emocje ludzi zaczynają najwyraźniej wędrować właśnie w kierunku realnej zmiany funkcjonowania naszej przestrzeni publicznej, a nie w stronę: dajcie nam więcej pieniędzy, to na was zagłosujemy. Tak mi się zdaje, szczególnie że i tak spora większość uważa, że inflacja zabrała im jeszcze więcej pieniędzy, więc każdy transfer niejako im się należy i nie jest premiowany politycznie - podsumowuje.

money.pl

czwartek, 29 czerwca 2023


Dobrze pamiętam swoje 30. urodziny. Był rok 2013. Nie najłatwiejszy, ale wciąż pełen nadziei.

Putin dopiero co powrócił na Kreml pośród powszechnych protestów i czuł się niepewnie. Jego notowania spadały, a zapotrzebowanie na reformy wciąż rosło. Opozycja była ścigana karnie, a propaganda wymyślała kolejne oskarżenia i prowokacje. Jednak wyglądało to na nic więcej niż próbę zatrzymania naturalnego biegu historii. W powietrzu unosił się zapach wolności, a zmiany wydawały się nieuniknione.

Kilkadziesiąt osób zebrało się w mojej ukochanej (a teraz zamkniętej) kawiarni na Bulwarze Nikitskim. Przyjąłem zasadę: żadnych krawatów i toastów. Wszyscy byli radośni i zrelaksowani, pomimo dyżurującego radiowozu po drugiej stronie ulicy i fotografów kremlowskich mediów ukrywających się w krzakach. Niemcow zażartował: "Co mają wspólnego jubileusz Jaszyna i urodziny złodzieja prawa? Mnóstwo policjantów i paparazzi!".

Kilka tygodni później Niemcow poprosił mnie, abym stanął na czele jego sztabu wyborczego w Jarosławiu, a jesienią został posłem do lokalnego parlamentu. W tym samym czasie Nawalny prowadził bezprecedensową kampanię wyborczą w Moskwie, zdobywając poparcie jednej trzeciej mieszkańców miasta [27,24 proc.]. Dziesiątki tysięcy naszych zwolenników będą regularnie wychodzić na ulice. Będziemy wytrwale, krok po kroku, odzyskiwać przestrzeń wolności od rządu. Ale potem nastąpi rok 2014 i aneksja Krymu.

Agresja militarna na sąsiednie państwo wywróciła nasz kraj do góry nogami i oddała Putinowi inicjatywę strategiczną. Warto przyznać: nie byliśmy przygotowani na to, że złodziejski reżim odważy się walczyć z bronią w ręku, że oszuści okażą się prawdziwymi zabójcami.

W ciągu następnych kilku lat Kreml rozpętał masakrę w Donbasie. Niemcow został zastrzelony w centrum Moskwy. Nawalny został otruty, a następnie wysłany do więzienia. Wszystkie partie i ruchy opozycyjne zostały uznane za ekstremistyczne i zdelegalizowane. Niezależne gminy i media zostały zmiażdżone. Musieliśmy wytrzymać cios, który nadszedł w 2022 r., kiedy Putin rozpoczął wojnę na pełną skalę zarówno przeciwko Ukrainie, jak i dysydentom w Rosji.

W rezultacie moje 40 lat w niczym nie przypomina 2013 r., beznadziejnie odległego pod każdym względem. Dziś nie zobaczę mojej rodziny i przyjaciół. Spośród tych, którzy byli na moim przyjęciu 10 lat temu, większość została zmuszona do emigracji. Nie wszyscy zachowali wolność. Nie wszyscy przeżyli. Wieczorem moi współwięźniowie w areszcie tymczasowym dotrzymają mi towarzystwa przy stole: król kokainy, wielki oszust, handlarz bronią...

A następna dekada nie zapowiada się dobrze. Jak będą wyglądały moje 50. urodziny? Gdzie będę je świętować? Jaka będzie Rosja? Czy w ogóle przetrwa?

Nie mam odpowiedzi na te wszystkie pytania. Ale, choć może się to wydawać dziwne, rośnie wewnętrzna pewność, że przetrwamy i poradzimy sobie. Nie ma już żadnego rozluźnienia. Wszyscy staliśmy się bardziej doświadczeni, silniejsi, bardziej zahartowani. Pozbyliśmy się iluzji i staliśmy się bardziej muskularni.

Istnieje poczucie, że przez lata Putin zepchnął nas na dno. Są tu dwie opcje. Albo leżeć na tym dnie, użalając się nad sobą i pogodzić się ze smutnym losem, jaki nam zgotowano. Albo zebrać siły, odepchnąć się i popłynąć.

Ja spróbuję popłynąć. A wy?

ILJA JASZYN

onet.pl/meduza.io

"Wall Street Journal" opisuje między innymi nagłą podróż rosyjskiego wiceministra spraw zagranicznych do Damaszku. Według amerykańskich dziennikarzy wiceszef dyplomacji w stolicy Syrii spotkał się z Baszarem al-Asadem i poinformował, że od tej pory najemnicy z grupy Wagnera, którzy przebywają w jego kraju, nie będą działać niezależnie. Inny wysoki rangą przedstawiciel MSZ Rosji zadzwonił do prezydenta Republiki Środkowoafrykańskiej, który wśród członków swojej osobistej ochrony ma wagnerowców. Jak podaje gazeta, miał go uspokajać, że sobotnie wydarzenia nie zakłócą ekspansji Rosji w Afryce. Rosyjscy wysłannicy złożyli również wizytę w Mali, kolejnej - jak pisze "WSJ" - "kluczowej placówce" Grupy Wagnera za granicą. 

Dziennikarze zwracają, że pośpiech tych działań dyplomatycznych odzwierciedlał próby Władimira Putina zażegnania kryzysu w kraju. Celem było zapewnienie partnerów Rosji w Afryce i na Bliskim Wschodzie, że tamtejsze działania Grupy Wagnera będą kontynuowane, choć samych najemników przejmie nowe kierownictwo. - Grupa Wagnera pomogła zbudować Rosji wpływy, a teraz rząd nie chce z tego rezygnować - powiedział w dziennikowi J. Peter Pham, ekspert od krajów afrykańskich i były specjalny wysłannik USA w regionie Sahelu. "WSJ" podaje, że działalność Grupy Wagnera w Afryce przynosiła setki miliony dolarów rocznie. Dziennikarze szacują, że poza Rosją i Ukrainą, gdzie trwa wojna, Grupa Wagnera ma około 6 tys. najemników.

gazeta.pl

Obecnie krążą pogłoski o zatrzymaniu lub przynajmniej izolacji generała Siergieja Surowikina, faktycznego dowódcy wojsk rosyjskich w Ukrainie. Jeśli to prawda, można śmiało powiedzieć, że bunt Jewgienija Prigożyna jest tylko wierzchołkiem ogromnej góry lodowej szerokiego spisku wojskowego przeciwko Władimirowi Putinowi i jego otoczeniu.

Wygodnie było nie angażować regularnych oddziałów w "marsz sprawiedliwości". Czarną robotę przejęcia władzy i wyeliminowania Putina — przy neutralności armii — wykonaliby najemnicy, a potem przemówiliby generałowie.

W tym przypadku nie chodzi o zachowanie i zalegalizowanie Grupy Wagnera, bo co ona obchodzi generałów. To w końcu ich konkurencja. Chodzi o obalenie nieudanej grupy Putina i wyjście z wojny ukraińskiej bez utraty twarzy.

Stąd kontakty spiskowców z amerykańskim wywiadem — co niemal otwarcie stwierdzają zarówno rzecznik Departamentu Obrony USA John Kirby, jak i sekretarz stanu USA Anthony Blinken. Stwierdzili oni, że amerykański wywiad znał szczegóły spisku, ale przekazał informacje o nim tylko kilku kongresmenom i urzędnikom dopuszczonym do najwyższego poziomu tajemnic państwowych.

(...)

Prigożynowi i jego armii pozwolono wycofać się na Białoruś — i to po wszystkich okrzykach Putina o zdradzie i ciosie w plecy. Wniosek nasuwa się prosty: Putin ma znacznie mniej władzy w czerwcu 2023 r., niż Hitler miał w lipcu 1944 r.

John Kirby powiedział, że USA przeprowadziły bardzo owocne rozmowy z Kremlem w sobotę i niedzielę, czyli w dniach buntu. Najwyraźniej nie chodziło tylko o bezpieczeństwo dyplomatów. Chodziło raczej o broń masowego rażenia. Zwycięstwo rebeliantów mogłoby odciąć Kremlowi dostęp do broni nuklearnej przynajmniej w niektórych częściach Rosji — a to postawiłoby cały świat na krawędzi.

Być może właśnie po to, aby temu zapobiec, zgodzono się na pozostanie Putina na Kremlu, podczas gdy dla rebeliantów wynegocjowano akceptowalne warunki wycofania się.

Jest również oczywiste, że Putin będzie starał się nie przestrzegać osiągniętych porozumień. W obliczu pozornej porażki w ukraińskiej wojnie będzie to jednak oznaczało dla niego tylko jedno — osiągnięcie akceptowalnego pokoju z Ukrainą i Zachodem, a tym samym utrzymanie władzy.

(...)

onet.pl/The Moscow Times

środa, 28 czerwca 2023


Jak donosi portal Meduza.io, Łukaszenka w piątek 23 czerwca jeszcze nie zwracał uwagi na informacje dobiegające z Rostowa w Rosji, ale w sobotę pojawił się niepokój. Putin miał nazwać marsz grupy Wagnera zamętem. - Wszyscy siedzieli pod miotłą. A po walce tylko umiemy wymachiwać rękami i radzić: Lać go, lać go, lać - mówił Łukaszenka. Putin miał poinformować go o swoich planach zaledwie 10 minut po wygłoszeniu przemówienia. - Pojąłem, że sytuacja jest trudna i że podjęto brutalną decyzję - lać ich - brzmiała relacja Łukaszenki.

Prezydent Białorusi miał zasugerować, żeby Putin nie śpieszył się z radykalnymi decyzjami i porozmawiał z Prigożynem i jego dowódcami. - Sasza, to nie ma sensu. Nie odbiera telefonu - odpowiedział Putin. Łukaszenka zapytał, gdzie przebywa szef grupy Wagnera. Kiedy dowiedział się, że ten jest w Rostowie, podjął próbę kontaktu. - Zły pokój jest lepszy niż jakakolwiek wojna - miał oznajmić Łukaszenka. Prezydent Rosji podobno stwierdził, że sytuacja na froncie jest "o dziwo lepsza niż kiedykolwiek". O godzinie 11:00 udało się skontaktować z Prigożynem poproszonym do telefonu przez wiceministra obrony Federacji Rosyjskiej Jewkurowa. - Prigożyn był w jakiejś euforii - relacjonował Łukaszenka. 

- Przez pierwsze 30 minut rozmawialiśmy wyłącznie wulgaryzmami - twierdził Łukaszenka. Prezydent Białorusi miał poinformować Prigożyna, że nikt nie da mu Szojgu ani Gierasimowa. Dodatkowo Putin miał odmówić spotkania i rozmowy telefonicznej z szefem wagnerowców. - Ale my chcemy sprawiedliwości! Chcą nas udusić! Pojedziemy na Moskwę! - miał krzyczeć Prigożyn, na co Łukaszenka miał odpowiedzieć: "W połowie drogi zgniotą cię po prostu jak robaka". Zdaniem prezydenta Białorusi przekonywanie zajęło dużo czasu, w końcu oznajmił, że przygotowano brygadę i Moskwa będzie broniona tak jak w 1941 r. - I nie chodzi o to, że Rosja jest naszą ojczyzną. Ale dlatego, że gdyby zamęt rozprzestrzenił się na całą Rosję, a istniały ku temu kolosalne przesłanki, to następni bylibyśmy my - relacjonował Łukaszenka i dodał, że nakazał swoim mediom, żeby nie heroizowały jego, Putina albo Prigożyna. 

Początkowo zarówno Putin, jak i Łukaszenka mieli przypuszczać, że sytuacja w Rosji się uspokoi, ale zamiast tego zaczęła się rozwijać. - Jewgienij, żadnego rozlewu krwi, inaczej nie będzie żadnych negocjacji - miał ostrzec Białorusin. Prigożyn miał w odpowiedzi około godziny 17:00 przysiąc i zrezygnować z żądań wydania Szojgu i Gieasimowa. - Akceptuję wszystkie warunki. Ale co mam zrobić? Jeśli przestaniemy, zaczną nas lać - miał stwierdzić Prigożyn. Łukaszenka zapewnił, że tak się nie stanie i namówił szefa rosyjskiego FSB Aleksandra Bortnikowa, żeby nie decydował się na rozwiązania siłowe. - Przecież nie jestem głupi, rozumiem, co może się wydarzyć - miał odpowiedzieć Bortnikow. Prigożyn otrzymał od Łukaszenki gwarancję, że zostanie przyjęty w Białorusi i będzie bezpieczny wraz z grupą Wagnera. 

Przed wieczorem pojawiła się pod Moskwą linia obrony. Putin miał poinformować Łukaszenkę, że nawet kadeci są uzbrojeni jak w trakcie wojny. W rezerwie znalazła się policja. Zarówno na Kremlu, jak i w pobliżu zgromadzono 10 tys. żołnierzy. Łukaszenka miał obawiać się, że jeżeli grupa Wagnera zbliży się do miasta, dojdzie do rozlewu krwi. W tym czasie szef rosyjskiego FSB rozmawiał z Prigożynem. Kiedy ustalili szczegóły porozumienia, Grupa Wagnera zawróciła do okopów w obwodzie Ługańskim. Zdaniem Łukaszenki minister Obrony Białorusi Wiktor Chrenin stwierdził, że przydałaby się taka jednostka jak grupa Wagnera w armii. - Nie zbudowaliśmy jeszcze żadnych obozów dla PKW Wagnera. Ale jeśli będą chcieli, to ich rozmieścimy - miał twierdzić Łukaszenka podczas przemowy do żołnierzy.

gazeta.pl

wtorek, 27 czerwca 2023


- Od samego początku wydarzeń natychmiast podjęto wszystkie niezbędne decyzje, aby zneutralizować zagrożenie, aby chronić porządek konstytucyjny, życie i bezpieczeństwo naszych obywateli - mówił Putin. O organizatorach buntu powiedział, że "zdradzili Rosję i swoich ludzi". - Tego chcieli naziści z Ukrainy i Zachód i wewnętrzni zdrajcy. To była zemsta [Ukrainy - red.] za jej porażki na froncie - stwierdził rosyjski dyktator. Jak mówił, "potrzebny był czas, żeby buntownicy mogli się opamiętać". Według Putina "bunt i tak zostałby stłumiony, a jego organizatorzy zdawali sobie sprawę, że ich działania były przestępcze".

Rosyjski przywódca w swoim orędziu powiedział, że "zdecydowana większość bojowników i dowódców Grupy Wagnera to patrioci, oddani swojemu narodowi i państwu", co "udowodnili  swoją odwagą na polu bitwy, wyzwalając Donbas i Noworosję". Putin zapewnił, że żołnierze Grupy Wagnera mogą wyjechać na Białoruś lub wstąpić do armii. - Dziękuję żołnierzom i dowódcom Wagnera, którzy nie przelali krwi - możecie podpisać kontrakt z Ministerstwem Obrony, wrócić do domów, lub przenieść się na Białoruś - powiedział Władimir Putin. 

— Obietnica, którą złożyłem, zostanie spełniona. Powtarzam, wybór należy do was, ale jestem pewien, że będzie to wybór rosyjskich żołnierzy, którzy zrozumieli swój tragiczny błąd — zwrócił się do wagnerowców.

- Doceniam prezydenta Białorusi Alaksandra Łukaszenkę za wysiłki i wkład w pokojowe rozwiązanie sytuacji - zakończył.

Putin zaznaczył, że "odwaga i poświęcenie bohaterskich pilotów, którzy zginęli podczas sobotnich wydarzeń" uratowała kraj przed "strasznymi konsekwencjami".

— Dziękuję całemu personelowi wojskowemu, oficerom wywiadu, którzy stanęli na drodze rebeliantom — powiedział.

Przemówienie prezydenta Rosji trwało niecałe pięć minut.

onet.pl

poniedziałek, 26 czerwca 2023


„La Stampa” podała też informacje uzyskane przez portal „Agents.media”, że spośród 12 stałych członków Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej tylko pięć osób przyjęło twarde stanowisko wobec buntu Prigożyna. Inni milczeli. Lista „milczących” w czasie trwania puczu obejmuje też innych wysokich urzędników i funkcjonariuszy. W niedzielę późnym wieczorem przedstawił ją dobrze poinformowany kolektyw rosyjskich dziennikarzy.

Jak przekazuje dzisiejsza „La Stampa”: wśród milczących byli dyrektor FSB Aleksander Bortnikow, szef administracji prezydenta Anton Wajno, pierwszy zastępca szefa administracji prezydenta Siergiej Kirijenko, zastępca szefa administracji prezydenta, propagandysta Putina Aleksiej Gromow, premier Michaił Miszustin, minister spraw wewnętrznych Władimir Kołokolcew. Publicznie nie wypowiadali się też były wpływowy szef służb Nikołaj Patruszew, dowódca Federalnej Służby Wojsk Gwardii Narodowej Rosji Wiktor Zołotow czy były minister obrony Siergiej Iwanow.

Jak pisze gazeta pod ziemię zapadł się też minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. To milczenie jest zdaniem gazety bardzo znamienne.

W imieniu Putina piętnowali Prigożyna tylko Dmitrij Miedwiediew, przewodniczący Dumy Wiaczesław Wołodin, przewodnicząca Rady Federacji Walentina Matwienko oraz dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej Siergiej Naryszkin. Robili to też główni gubernatorzy, poczynając od petersburskiego Aleksandra Begłowa.

onet.pl

Po zwycięstwie Władimira Putina w wyborach prezydenckich w 2018 r. Dmitrij Miedwiediew pozostał premierem — był to jeden z warunków porozumienia zawartego między politykami podczas zamiany stanowisk z 2011 r. O takiej sytuacji poinformowały "Meduzę" dwa źródła zbliżone do Kremla, a także rozmówca bliski ówczesnym władzom rosyjskim.

— Miedwiediew chciał wrócić [do prezydentury], ale Putin mu na to nie pozwolił. Otrzymał jednak "gwarancje", że przez kolejne dwie kadencje prezydenckie będzie piastował urząd premiera — wyjaśnia "Meduzie" źródło bliskie Kremlowi.

Zastrzega jednak, że już wtedy u Miedwiediewa "zaczęły pojawiać się problemy". Przykładowo w 2018 r. organy ścigania zaczęły prześladować biznesmenów bliskich premierowi, a jeden z jego najbliższych współpracowników, Arkadij Dworkowicz, nie został włączony do nowego rządu. Według źródeł "Meduzy" osobiście nalegał na to prezydent Rosji.

— Putin chciał osłabić Miedwiediewa. Prawdopodobnie nie miał wątpliwości co do tego, że będzie on ubiegał się o kolejną kadencję w 2024 r. Ogólnie rzecz biorąc, Miedwiediew radził sobie jednak całkiem dobrze — byłby premierem przez [kolejne] sześć lat — powiedziało "Meduzie" źródło bliskie ówczesnemu rządowi.

Jego kariera na stanowisku premiera zakończyła się jednak na początku 2020 r. Miedwiediew podał się do dymisji natychmiast po tradycyjnym przemówieniu Putina do Zgromadzenia Federalnego, w którym ten zapowiedział kilka poprawek do konstytucji.

Jedna z poprawek przyznała rosyjskiemu parlamentowi prawo do mianowania szefów ministerstw federalnych — do tej pory ich nominacja była proponowana przez premiera i zatwierdzana przez prezydenta. Ponadto władza prezydencka została rozszerzona o "ogólne zarządzanie" rosyjskim rządem. W ten sposób premier stał się podrzędną postacią w utworzonym pionie władzy.

Według dwóch źródeł zbliżonych do Kremla poprawki te nie były wcześniej omawiane z Miedwiediewem — został on "postawiony przed faktem dokonanym". — Dla Miedwiediewa osłabienie pozycji premiera było naruszeniem porozumienia z 2011 r. Okazało się, że jego wpływy zostały odcięte, został oskubany — mówi jeden z rozmówców.

Nadal nie jest jasne, czy Miedwiediew sam podjął decyzję o rezygnacji, czy też został do niej zmuszony. Według źródeł "Meduzy" zbliżonych do Kremla poprawki wywołały "negatywną reakcję" premiera i możliwe, że sam podjął decyzję o ustąpieniu. Rosyjski serwis BBC opublikował wcześniej tę samą wersję, powołując się na osoby "bliskie Miedwiediewowi". Niemniej jednak inne źródła twierdziły, że Putin zmusił Miedwiediewa do ustąpienia — tak donosił chociażby Forbes.

— Putin [w owym czasie] potrzebował skutecznego rządu, który zwiększyłby efektywność wydatków socjalnych, a tym samym pomógł stworzyć dobre wrażenie na obywatelach przed wyborami do Dumy Państwowej w 2021 r. i wyborami prezydenckimi w 2024 r. — uważa politolog Nikołaj Pietrow.

Michaił Miszustin, były szef Federalnej Służby Podatkowej, stanął na czele skuteczniejszej, zdaniem Putina, wersji rosyjskiego rządu. Specjalnie dla Miedwiediewa utworzono nowe stanowisko: zastępcy przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa (po wojnie ten organ rządowy stał się znany jako jedno z kluczowych stanowisk w rosyjskim systemie rządów; przewodniczącym Rady Bezpieczeństwa jest Władimir Putin).

— To [stanowisko] zostało wymyślone przez Putina na spotkaniu z Miedwiediewem [po przemówieniu na Zgromadzeniu Federalnym]. Przesłanie brzmiało: jesteś moim zastępcą, a zastępca Putina to bardzo wysokie stanowisko. Z powodu pośpiechu początkowo jednak autorytet tego stanowiska był nikły, a obowiązki Miedwiediewa pozostały niejasne — mówi źródło "Meduzy" bliskie Kremlowi.

Rzeczywiście, ustawa ustanawiająca stanowisko wiceprzewodniczącego Rady Ministrów stwierdzała jedynie, że jego uprawnienia mają być określane przez prezydenta. Później Putin wydał dekret stwierdzający, że jego zastępca w Radzie Bezpieczeństwa może odbywać spotkania "w imieniu" prezydenta, "informować" go "o kwestiach bezpieczeństwa narodowego" oraz "uczestniczyć w opracowywaniu i wdrażaniu kursu polityki zagranicznej Federacji Rosyjskiej".

Jednak według dwóch rozmówców "Meduzy" bliskich Kremlowi to sekretarz Nikołaj Patruszew pozostaje prawdziwym "panem Rady Bezpieczeństwa", podczas gdy "Miedwiediew został odstawiony na boczny tor". Jego stosunki z niektórymi członkami Rady Bezpieczeństwa również się nie układały: wysokiej rangi urzędnicy bezpieczeństwa nie lubili "cywila" na takim stanowisku.

— Miedwiediew został wrzucony w środowisko, które było dla niego tak wrogie, jak to tylko możliwe — mówi Nikołaj Pietrow.

Rosyjski serwis BBC, cytując "osobę, która była częścią wewnętrznego kręgu byłego premiera", napisał, że Miedwiediew czuł się "naprawdę źle" na tym tle "po raz pierwszy" po swojej dymisji. "Siedział, odpoczywał, medytował. Nikt z nim, byłym prezydentem i premierem, nie rozmawiał o wyborze Miszustina na jego następcę".

Jeden z bliskich Kremlowi rozmówców "Meduzy" zauważa jednak: — Dzięki udziałowi w posiedzeniach Rady Bezpieczeństwa zachował jeden z najważniejszych zasobów w pionie władzy — regularny dostęp do pierwszej osoby w państwie.

W rezultacie, jak twierdzą źródła, nie minęło wiele czasu, zanim Miedwiediew "zbudował sobie nową ścieżkę kariery", która miała ponownie zbliżyć go do Putina — a może nawet go zastąpić.

Po swojej rezygnacji Dmitrij Miedwiediew nie tylko otrzymał stanowisko zastępcy szefa Rady Bezpieczeństwa, ale także zachował inną ważną funkcję — przewodniczącego partii Jedna Rosja, którą sprawował od jesieni 2011 r.

Dwa źródła "Meduzy" zbliżone do Kremla twierdzą jednak, że Miedwiediew zawsze był "mało zainteresowany" partią rządzącą: — Postrzegał ją jako dodatek do [premierostwa], coś w rodzaju dodatkowego plusa do statusu. Nawet nie próbował umieszczać swoich ludzi na stanowiskach kierowniczych.

Na nowej drodze kariery Miedwiediew oparł się na Jednej Rosji. Według rozmówców bliskich Kremlowi i źródła w samej partii były premier uznał, że w nowych warunkach stanowisko przewodniczącego Dumy Państwowej, które połączy z kierownictwem partii, będzie dla niego najlepszą pozycją.

— Oczywiście rozumiał, że wszystkie decyzje personalne dotyczące rządu będą zatwierdzane przede wszystkim przez Putina, ale sądził, że on, jako lider partii i przewodniczący, również będzie miał w tym swój udział. — [Spodziewałem się], że [nawet nowy] premier go odwiedzi" – mówi źródło "Meduzy" w Jednej Rosji.

Jednak według jednego ze źródeł partyjnych Miedwiediew dość szybko zdał sobie sprawę z tego, że praktycznie "nie ma realnego wpływu" na Jedną Rosję. Wszystkie znaczące stanowiska w partii zajmowali albo ludzie bliscy sekretarzowi generalnemu Jednej Rosji Andriejowi Turczakowi, albo współpracownicy Siergieja Kirijenki, szefa kremlowskiego bloku politycznego.

Z tego powodu Dmitrij Miedwiediew, formalnie pozostając szefem partii, faktycznie nie mógł uczestniczyć w jej operacyjnym zarządzaniu. Niemniej jednak nadal planował być jej przedstawicielem w wyborach do Dumy jesienią 2021 r. Według źródła "Meduzy" bliskiego obecnemu kierownictwu Jednej Rosji Miedwiediew liczył na Władimira Putina, z którym udało mu się utrzymać "dobre i równe stosunki".

"Meduza" napisała wówczas, że scenariusz z Miedwiediewem na czele listy partyjnej w wyborach był rzeczywiście "podstawowy" i "kluczowy" dla Jednej Rosji. "Kommiersant", powołując się na źródła w administracji prezydenckiej i Jednej Rosji, podkreślił, że Miedwiediew jako lider partii "nie może nie znaleźć się na liście". Źródło bliskie kierownictwu Jednej Rosji powiedziało "Meduzie": "Zgodnie z wszelką logiką, lider partii powinien znaleźć się na szczycie listy; nie było żadnych sygnałów sprzecznych z tą logiką".

Jednak w czerwcu 2021 r., w przeddzień przedwyborczego kongresu partii, pojawił się ów sygnał. Według dwóch źródeł zbliżonych do Kremla i rozmówcy z kręgu Jednej Rosji Putin osobiście ogłosił Miedwiediewowi, że nie znajdzie się na liście partii — i że nie zostanie przewodniczącym Dumy Państwowej.

— Putin nie lubi, gdy narzuca mu się jego decyzję, a Miedwiediew to zrobił. Tym bardziej w działalności Miedwiediewa można było podejrzewać pretensje do sukcesji. Prezydent upokorzył go więc, całkowicie usuwając z kampanii — wyjaśnia źródło bliskie administracji prezydenckiej.

— Rosyjski serwis BBC napisał, że był jeszcze jeden powód tej decyzji: Kreml był niezadowolony z wysokich "anty-ratingów" Miedwiediewa. Według agencji sondażowej VTsIOM z czerwca 2021 r. niemal 70 proc. ankietowanych Rosjan mu nie ufało.

W rezultacie na szczycie listy Jednej Rosji znalazła się następująca piątka: minister obrony Siergiej Szojgu, minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, szefowa centrum edukacyjnego Syriusz Anna Szmelewa, ówczesna rzecznik praw dziecka Anna Kuzniecowa oraz naczelny lekarz Denis Protsenko ze szpitala Kommunarka (jego popularność wzrosła podczas pandemii COVID-19). Wypowiadali się też publicznie w imieniu Jednej Rosji — w kampanii tej partii nie było miejsca dla Dmitrija Miedwiediewa.

— Putin jest dobrym kadrowcem, doskonale rozumie niezdolność Miedwiediewa do wykonywania odpowiedzialnej, poważnej pracy. Miedwiediew pracował jako premier, dopóki Putin nie potrzebował prawdziwego premiera. Miedwiediew jest niezdolny do bycia prawdziwym mówcą. Ale dopóki lider Jednej Rosji nie musi wykonywać żadnej prawdziwej pracy, Miedwiediew może siedzieć na tym stanowisku — mówi Nikołaj Pietrow.

Miedwiediew był do tego stopnia urażony decyzją Putina, że nie udał się do siedziby Jednej Rosji w dniu wyborów (19 września 2021 r.), powołując się na chorobę. Nie wyjaśnił nawet, dlaczego nie znalazł się na liście partii. — Możemy powierzyć partię ludziom, którzy pracują w najważniejszych sferach naszego życia, którzy są dobrze znani mieszkańcom naszego kraju — brzmiała jedyna publiczna odpowiedź byłego prezydenta.

Do końca 2021 r. Dmitrij Miedwiediew praktycznie zniknął z życia publicznego. Wojna zmieniła jednak wszystko.

W ciągu pierwszego roku wojny Miedwiediew — od dawna uważany za jednego z głównych rosyjskich liberałów systemowych — zmienił się w zaciekłego kremlowskiego jastrzębia. Były prezydent zaczął aktywnie działać na własnym kanale na Telegramie, w którym regularnie grozi Zachodowi bronią nuklearną, nazywając naród niemiecki "Szkopami", a Stany Zjednoczone "Pindostanem". Mieszkańcy Włoch są teraz dla Miedwiediewa "makaroniarzami", a Ukraińcy "Chochołami".

"Naszym głównym zadaniem jest zadać miażdżącą klęskę wszystkim wrogom: Ukronazistom, USA, ich sługusom w NATO, w tym podłej Polsce, i innym zachodnim gnidom. Musimy w końcu odzyskać wszystkie nasze ziemie. Chronić wszystkich naszych ludzi na zawsze" — pisze Miedwiediew w jednym ze swoich typowych wpisów.

Dwa źródła "Meduzy" bliskie Kremlowi i źródło bliskie rosyjskiemu rządowi uważają, że Miedwiediew świadomie wybrał tę retorykę. Zdaniem źródeł "Meduzy" ma on "przynajmniej edytować" posty, a nawet "samodzielnie pisać niektóre z nich".

Według źródeł "Meduzy" po posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa w przededniu inwazji na Ukrainę, podczas którego Putin otwarcie upokorzył każdego, kto opowiadał się za kontynuowaniem dialogu z Zachodem, Miedwiediew "zdał sobie sprawę z tego, że lepiej być ostrożnym — nie ma możliwości, aby przypomniano mu o jakimkolwiek liberalizmie". Źródła uważają, że atakując "kolektywny Zachód" i przeciwników wojny, Miedwiediew miał nadzieję nie tylko uchronić się przed kompromitacją, ale także wzmocnić swoją pozycję.

Użytkownicy mediów społecznościowych i blogerzy (nawet ci popularni) często tłumaczą metamorfozę Miedwiediewa w bardziej prozaiczny sposób. Przypisują emocjonalność jego postów rzekomemu problemowi z alkoholem. Nie ma jednak na to wiarygodnego potwierdzenia. Rozmówcy "Meduzy" również sugerują, że Miedwiediew może pić, ale nie ma na to żadnych dowodów.

Źródła "Meduzy" zbliżone do Kremla twierdzą, że oświadczenia Miedwiediewa "nie przeszkadzają najwyższemu kierownictwu": — Jest jasne, że to jego opinia; nic nie wynika z tych gróźb. Wszyscy już się do tego przyzwyczaili. Co więcej, krążą opinie, że Władimir Putin częściowo zgadza się z ocenami, których Miedwiediew nie wstydzi się wygłaszać.

Politolog Nikołaj Pietrow wskazuje w wywiadzie, że gdyby Miedwiediew zachowywał się inaczej podczas wojny, stosunek do byłego prezydenta byłby znacznie bardziej krytyczny wewnątrz systemu: — Dla Zachodu byłby on najbardziej naturalnym przedstawicielem kontr-elity, przeciwieństwem Putina. Robi wszystko, by nikt go o to nie podejrzewał. Demonstruje Putinowi, że jest poza podejrzeniami, a Zachodowi — że nie można z nim robić interesów.

Na tym tle państwowe i przychylne władzy media, które nie rozpieszczały Miedwiediewa w ciągu ostatnich dwóch lat, zaczęły regularnie cytować jego posty. Dwóch dziennikarzy pracujących dla takich mediów powiedziało, że administracja prezydencka "zdecydowanie zaleciła" propagandystom monitorowanie publikacji Miedwiediewa i publikowanie wiadomości na ich podstawie.

W rozmowie z "Meduzą" pracownicy prorządowych mediów sugerują, że zostało to zrobione celowo, aby "przyćmić" bardziej powściągliwego Władimira Putina. Jednocześnie źródła bliskie Kremlowi odrzucają tę wersję: według nich za dyrektywą cytowania rażących wypowiedzi byłego prezydenta nie kryje się żaden "przebiegły plan". Wpisuje się to jedynie w ogólną strategię Kremla podczas wojny.

Pod koniec grudnia 2022 r. Władimir Putin "wymyślił" kolejne nowe stanowisko dla Miedwiediewa. Obsadził go na pozycji swego pierwszego zastępcy w Komisji Wojskowo-Przemysłowej. Teraz były premier podróżuje po przedsiębiorstwach obronnych i otwarcie cytuje Stalina, grożąc represjami wobec tych, którzy zakłócają porządek państwowy.

Źródło bliskie rosyjskiemu rządowi podkreśla, że nowe stanowisko sprawiło, że rosyjskie elity bardziej liczą się z Miedwiediewem, ale nie dodało mu "prawdziwego autorytetu". Źródło zbliżone do Kremla wyjaśnia, że "Miedwiediew ma wpływy, ale w porównaniu z jego statusem premiera, spadły one bardzo znacząco". Z kolei rozmówca z Jednej Rosji opisuje Miedwiediewa jako "weselnego generała" partii. Inne źródło utrzymuje, że Miedwiediew jest po prostu nikim.

Mówiąc o miejscu Miedwiediewa w rosyjskim pionie władzy, jedno z kremlowskich źródeł opisuje go jako "pociąg pancerny na torze rezerwowym", którego Putin może jeszcze potrzebować. — Może zostać przywrócony na tor jako sprawdzony następca, ale może gnić tam, gdzie stoi. Prezydent nie zamierza jeszcze odchodzić.

Dwie osoby zbliżone do rosyjskiego rządu twierdzą, że sam Miedwiediew nie ma już nadziei na prezydenturę: — On chce tylko jednego — żeby wszyscy dali mu spokój, zarówno patrioci, jak i liberałowie

meduza.io

– Rebelia Prigożyna uderzyła w serce rosyjskiej armii i jeszcze bardziej ją rozczłonkowała – mówi ekspert Onetowi. – Zresztą ta armia i tak była już podzielona. Ja dzielę ją na "biznesmenów" i "patriotów" – dodaje.

Zdaniem wojskowego "biznesmeni" to ludzie, którzy tworzą rosyjską armię, ale tylko z myślą o pieniądzach. Ich działania nie podniosły jakości wojska.

– Tutaj chodzi po prostu o grupy interesów – przekonuje nasz rozmówca. – Z kolei grupa "patriotów", która też oczywiście zarabia na armii, bardziej patrzy jednak w przyszłość, robi również coś dla państwa. Ta grupa jest trochę mniejsza – dodaje.

Co najważniejsze, ppłk Korowaj zaznacza, że "patrioci" zawsze byli spychani przez Władimira Putina na drugi plan. Powód jest oczywisty.

– Biznesmenów jest łatwiej kontrolować, poprzez dostęp lub zamykanie im możliwości biznesowych. Trzeba pamiętać, że dziś Rosja to nie jest Związek Sowiecki z wszechobecną KGB, ale po prostu grupy interesów, które Putin rozgrywa, mając władzę i dostęp do pewnych służb. Natomiast gdyby te grupy się razem zebrały, to Kreml miałby większe problemy – przekonuje ekspert.

onet.pl

Wielu ludzi w Rosji szybko zidentyfikowało główną przyczynę rosyjskich porażek na froncie ukraińskim. To niezdecydowanie i zdrada elity, która nie chce walczyć na serio, a także rozbieżność między przywództwem a strukturą gospodarczą kraju w czasie wojny. Niepowodzenia na froncie zaostrzyły nastroje antyelitarne, częściowo zmieniając przebieg walk wewnątrz Rosji: aby wygrać wojnę zewnętrzną, trzeba najpierw wygrać wojnę wewnętrzną.

Umocniły się pozycje i wzrosła liczba tych, którzy uważają współczesne państwo rosyjskie za pośrednie i gorsze, żyjące w nienaturalnych granicach obcego sobie życia, pod przywództwem zbyt globalistycznej i burżuazyjnej elity. To, co niektórym wydaje się sukcesem masowej repatriacji elit, dla innych jest tylko pierwszym krokiem – nie końcem, a początkiem procesu.

Niepowodzenia na froncie przywróciły żądania kolektywizacji i nacjonalizacji gospodarki, powrotu administracji państwowej i nadzoru do najdalszych zakątków. Ta prośba jest odczuwalna także na Kremlu, gdzie zaczęto mówić o nowej formie Rosji jako ulepszonej wersji ZSRR bez jego ekonomicznych mankamentów.

Prigogine poszedł jeszcze dalej w swoim programie na przyszłość. Mówi nie o łagodniejszej, ale twardszej wersji ZSRR - gigantycznej Korei Północnej z powszechną mobilizacją obywateli i gospodarki, przynajmniej do zwycięstwa.

W tym poszukiwaniu nowej równowagi Putin okazał się obrońcą starej elity i gospodarki rynkowej, przez co stał się bardziej podatny na wojnę i żądania oczyszczenia i przeformatowania państwa.

Przez długi czas Prigożynowi pozwolono atakować elitę za swoją przydatność na froncie, a także za pewną przydatność dla samego Putina, obok którego odgrywał rolę przerażającej alternatywy, zachęcającej elitę, w tym niezadowolonych z przebiegu wojny, aby zbliżyć się do obecnego przywódcy. Jednak sam Prigożyn postanowił pełnić swoje antyelitarne funkcje w inny sposób - mniej przyjemny dla jego szefa.

Po odbiciu się od frontu ukraińskiego wojna skierowała się do Rosji i wywołała falę represji, wypędzeń, donosów, zakazów, a teraz naturalnie przeszła w fazę wewnętrznej konfrontacji zbrojnej na rzecz przeformatowania Rosji pod przywództwem Prigożyna. 

Za moment, w którym Prigożyn zdecydował się przekroczyć linię, można uznać 13 czerwca, kiedy to Putin nakazał podporządkowanie formacji ochotniczych Ministerstwu Obrony. Groziło to Prigożynowi utratą głównego atutu siłowego i rozwiązaniem jego armii w rosyjskich siłach zbrojnych.

(...)

carnegieendowment.org



Według "NYT" i "WSJ" amerykański wywiad wiedział o spisku Grupy Wagnera.

Jeśli wywiad USA wiedział, to głównodowodzący wojsk ukraińskich gen. Wałerij Załużny również. Najwyraźniej dlatego prowadził ofensywę. Dobrze jest atakować, gdy twój wróg ma u siebie przewrót wojskowy, rewolucję lub wojnę domową. Tak zaatakowali Niemcy Rosję w 1918 r. W ten sposób Putin zajął Krym. Nawiasem mówiąc, Rostów jest głównym węzłem logistycznym walczącej armii rosyjskiej. Jest tam cała żywność i amunicja. Samo zajęcie Rostowa przez Wagnera położyło kres zaopatrywaniu rosyjskiej armii.

Zajęcie przez Grupę Wagnera kwatery głównej operacji w Rostowie było jak detonacja bomby atomowej w głównym centrum logistycznym, komunikacyjnym i zaopatrzeniowym armii rosyjskiej w Ukrainie.

Wywiad USA wiedział, ponieważ przechwycił komunikację Grupy Wagnera. Kto jeszcze wiedział? To elementarne, drogi Watsonie — FSB powinna była wiedzieć. Putin jest paranoikiem. FSB w Rosji słucha wszystkich i wszystkiego. Towarzysze Putina chętnie zgodziliby się go wyrzucić, ale nie mogą — bo FSB ich słucha.

Powtórzę jeszcze raz: FSB nie mogła nie wiedzieć. Po pierwsze, bunt był przygotowywany z dużym wyprzedzeniem. Nie jest możliwe, by w ciągu godziny zebrać potężną pięść, która zajmie Rostów i ruszy w kierunku Moskwy, nawet jeśli w jej skład wchodzi nie 25 tys., jak powiedział Prigożyn, ale 4 tys. najemników.

Nie jest możliwe załadowanie czołgów na lawety w ciągu godziny (a czołgi, zauważmy, podróżowały na lawetach, poprawnie i wygodnie), czy zebranie paliwa i żywności. Znowu za grupą szturmową bardzo sprawnie ruszył tabor Prigożyna i oddziały drugiego rzutu. Co tam jest! Spójrzcie, gdzie znajdował się obóz Prigożyna — w pobliżu Jenakijewa. Spójrzcie na położenie Jenakijewa. Miejscowość ta leży 200 km po najlepszej autostradzie od Rostowa. Prosty strzał.

Prigożyn, kiedy wyszedł z Bachmutu, natychmiast rozbił swój obóz w strategicznym miejscu.

Myślę, że FSB wiedziała o wszystkim.

(...)

Najważniejszą rzeczą w każdym zamachu stanu z niewielkimi siłami jest zaskoczenie. Szybkość jest potrzebna na wojnie, a szybkość jest jeszcze ważniejsza w zamachu stanu. Państwo jest ogromną, skrzypiącą, niezdarną maszyną, ale kiedy się rozpędzi, jest przerażające.

Prigożyn działał błyskawicznie. Zaczął w piątek wieczorem, rano był w Rostowie, a wieczorem następnego dnia miał być w Moskwie. Liczył się z tym, że niektórzy nie zrozumieją, niektórzy nie będą mieli czasu, a niektórzy będą zwlekać i czekać, by zobaczyć, kto wygra. Każdy urzędnik może zwlekać sześć godzin, dziesięć, dzień. Potem trzeba coś zrobić. Kiedy państwo się odkręci, to koniec. Prigożyn zamierzał prześlizgnąć się między kołami zębatymi, zanim się obrócą.

I tak się stało. Wszyscy obserwowaliśmy te gorączkowe próby rozkopania autostrady przez lokalne władze za pomocą koparek oraz policjantów, wojsko i służby bezpieczeństwa, którzy nagle wszyscy zniknęli.

Jednak wszystko to odnosi się do państwa, które niczego się nie spodziewało. I zostało zaskoczone. A ja właśnie zasugerowałam, że FSB wiedziała. Nie mogła nie wiedzieć. Są ludzie, którzy zostali wyznaczeni do obserwowania Prigożyna.

Więc jak państwo zostało zaskoczone? Ogromne, niezdarne, ale świadome z wyprzedzeniem, mogło zastawić pułapkę na Prigożyna. Oczywiście, mogło też tylko zasugerować, że jest pułapka, a Prigożyn by się zatrzymał.

I zatrzymał się.

Ale wcześniej zniszczył wiarygodność Putina.

Zwróćmy uwagę, przeciwko komu maszerował Prigożyn. Przeciwko Szojgu. Mówił o armii i tłustych szczurach z MON. To oni, argumentował Prigożyn, są winni przegranej wojny.

Ale czy nie jest to wina FSB? Czy FSB nie doniosła Putinowi, że czekają na niego w Kijowie z kwiatami? Ale Prigożyn ani słowem nie wspomniał o FSB.

Ja widzę to tak, że Prigożyn został zapędzony w kozi róg. Zgromadził ogromny kapitał wojskowy, wszedł w konflikt z Ministerstwem Obrony i odkrył, że w nadchodzącej ukraińskiej kontrofensywie cały ten kapitał zostanie unieważniony: wagnerowcy zostaną wysłani na linię frontu i tam zginą.

Prigożyn miał sojuszników w Moskwie, którzy obiecali mu wsparcie. Byli to ci sami sojusznicy, których zadaniem było stłumienie rebelii Prigożyna. Prigożynowi dano czas na zniszczenie wiarygodności Putina (którego nie było w Moskwie, bo przez cały czas puczu siedział w Wałdaju), a następnie wyjaśniono, że jeśli wejdzie do Moskwy, zostanie zniszczony. Że czekają tam na niego.

Nie oznacza to jednak, że wszystko poszło gładko. Na przykład jest mało prawdopodobne, by wszystkie strony spodziewały się, że zgniły rząd Putina upadnie wzdłuż trasy Prigożyna z taką szybkością, a w Rostowie tłum pobiegnie do czołgów, wiwatując: "Wagner, Wagner!".

(...)

onet.pl/Nowa Gazieta

niedziela, 25 czerwca 2023


Gość WP przez wiele lat pracował dla rosyjskiego rządu jako ekspert ds. finansowych i gospodarczych. Jak wspominał, nie miał do czynienia z szefem Grupy Wagnera, ale miał dość bliskie kontakty z obecnym ministrem obrony Rosji. - To jest człowiek, któremu Putin może zawdzięczać to, że Rosja nie ma armii z prawdziwego zdarzenia. To jest korupcjonista na dużą skalę - mówił prof. Ponomariow pytany o relacje z Siergiejem Szojgu.

Z kolei na pytanie o wizerunek Putina po ciosie zadanym mu przez Prigożyna, ekspert odpowiedział, że pozycja przywódcy Rosji osłabiła się nie w oczach przeciętnych obywateli, lecz w oczach elit. - Dla najnędzniejszych warstw rosyjskiego społeczeństwa pieniędzy jeszcze nie brakuje - zwrócił uwagę. Przypuszczenia, według których za buntem wagnerowców stali rosyjski oligarchowie, uważa za mało prawdopodobne.

- Teraz trzeba śledzić nasilenie represji. To będzie znak, że Putin wzmocnił swoją pozycję wobec Rosjan, a dalej wszystko zależy od Ukrainy, od tego, jak będzie rozwijać się ofensywa ukraińska - podsumował gość WP.

wp.pl

Dwaj rosyjscy żołnierze, podlegający pod MON, zgodzili się anonimowo udzielić komentarza dziennikarzom naszej rosyjskojęzycznej redakcji. Takie były ich opinie o dzisiejszej sytuacji w Rosji.

Jeden z dowódców zmobilizowanych żołnierzy, stacjonujący na odcinku ługańskim:

“Osobiście odnoszę się do tego raczej negatywnie - trwa bardzo ciężka wojna, której końca nie widać. Nie rozumiem, po co Prigożyn postanowił zrobić to teraz. Zwyczajnie nie wystarczy mu sił na przeciwstawienie się armii, FSB, MSW i Rosgwardii. Nie ma nawet skąd brać broni, sprzętu czy amunicji. Ludzie dookoła są raczej zdziwieni i wsparcia Prigożynowi nikt nie okazuje."

”Wojskowy z trzeciego korpusu armii rosyjskiej, który znajduje się na froncie na odcinku ługańskim: 

“Dziś nocą wróciłem z pierwszej linii i ruszyło mnie to. Prigożyn mówi prawdę. Tuwińska kanalia i jego generałowie nas zdradzili. Z tych, z którymi zdążyłem porozmawiać, wiele osób go wspiera. Nawet oficerowie. Wszyscy wiedzą, że on powiedział prawdę o zdradzie ze strony Szojgu i innych. Ja jestem wojskowym. Sam fakt takiego pochodu świadczy o tym, że armia w większości jest po stronie Prigożyna. Przeciwko niemu mogą pójść Rosgawrdia i mundurowi prezydenta, ale oni nie mogą się równać z wagnerowcami. Czeczeni, oddani żołnierze Putina, nawet nie pisnęli w stronę wagnerowców, bo rozumieją świetnie, że jeden wagnerowiec jest wart tyle, co setki achmatowców.”

Ze względu na ograniczenia platformy usunęliśmy przekleństwa z wypowiedzi.

belsat.eu

24 czerwca wieczorem Jewgienij Prigożyn ogłosił, że wydał rozkaz zawrócenia oddziałów Wagnerowców zmierzających do Moskwy i zajmujących obiekty strategiczne w Rostowie nad Donem do ich baz. Decyzję uzasadnił koniecznością nie dopuszczenia do „przelania rosyjskiej krwi”, a najemnicy zaczęli opuszczać Rostów nad Donem. Do ugody miał się przyczynić Aleksandr Łukaszenka, który działając w porozumieniu i kontakcie z Putinem, przedstawił propozycję deeskalacji napięcia i opcję gwarancji dla wagnerowców. Do chwili rozkazu o powrocie do baz Wagnerowcy bez przeszkód zbliżyli się do Moskwy na dystans do 200 km. Poza ostrzałami z powietrza kolumn wagnerowców w rejonie Woroneża, nie odnotowano przeciwdziałania ze strony armii i służb rosyjskich. Liczebność sił, którymi dysponował Prigożyn szacuje się na 25 tys. ludzi choć kolumny zmierzające do Moskwy nie liczyły maksymalnie do 4 tys. Władze lokalne podjęły mało skuteczne działania mające utrudnić posuwanie się „buntowników”. Niszczono drogi lub ustawiano blokady z autobusów i samochodów ciężarowych, które bez trudności były usuwane. W Moskwie i obwodzie moskiewskim, gdzie obowiązuje stan operacji antyterrorystycznej pojawiły się na drogach wiodących do miasta posterunki blokadowe Gwardii Narodowej. Do miasta nie wprowadzono oddziałów regularnej armii. Według niepotwierdzonych informacji idący na Moskwę Wagnerowcy zajęli „kluczowe obiekty” w Woroneżu, czemu zaprzeczył gubernator Aleksander Gusiew, grożąc odpowiedzialnością karną za rozpowszechnianie fałszywych informacji.

Jeszcze kilka godzin przed ogłoszeniem powrotu Wagnerowców do baz przedstawiciele władz opisywali Prigożyna jako nieodpowiedzialnego watażkę dążącego do destabilizacji Rosji i działającego de facto w interesie Zachodu i Ukrainy. Wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Dmitrij Miedwiediew stwierdził, że „bunt” jest zaplanowaną operacją, której celem jest przejęcie władzy. Nie wykluczył, że wzięły w nim udział osoby, które wcześniej służyły w elitarnych jednostkach Sił Zbrojnych, a także „zagraniczni specjaliści”. Ostrzegł, że rebelianci mogą usiłować przejąć kontrolę nad bronią jądrową. Resort spraw zagranicznych odnosząc się do sytuacji ostrzegł państwa zachodnie przed wykorzystywaniem kryzysu wewnętrznego do realizacji ich „rusofobicznych celów”. Podkreślono, że rebelia działa na korzyść zewnętrznych wrogów Rosji.

Późnym wieczorem rzecznik Putina Dmitrij Pieskow oświadczył, że sprawa karna przeciwko Prigożynowi w sprawie zbrojnego buntu zostanie umorzona pod warunkiem, że oskarżony wyjedzie na Białoruś (rządzący państwem dyktator Alaksandr Łukaszenka jest długoletnim znajomym Prigożyna). Osoby walczące w formacjach wagnerowców będą przebywać w obozach polowych, a chętni będą mogli podpisać kontrakt z Siłami Zbrojnymi FR. Biorący udział w buncie nie będą pociągani do odpowiedzialności karnej.

Komentarz:

Zaniechanie przez Prigożyna dalszego marszu na Moskwę i przyjęcie niekorzystnych dla niego gwarancji bezpieczeństwa nie można uznać za sukces Kremla. Pozycja prezydenta Putina, który jeszcze kilka godzin wcześniej deklarował, że władze obronią kraj przed wewnętrzną zdradą, a uczestnicy buntu poniosą niechybną karę, uległa znaczącej erozji. W dyktatorskim systemie panującym w Rosji niezdolność do przykładowego surowego ukarania przeciwnika, który rzucił otwarte wyzwanie władzy, łamiąc wszelkie formalne i nieformalne zasady, zostanie uznana przez członków szerszej elity za przejaw słabości. Nie ma przy tym znaczenia, że odstąpienie od zniszczenia sił Wagnerowców zapewne wynikało, poza deficytem sił zdolnych do działania, z obawy, że będzie trudnym i kosztownym zadaniem dla rosyjskich sił zbrojnych. Wewnętrzny konflikt zbrojny byłby groźny biorąc pod uwagę stan i tak problematycznego morale w armii i mógł negatywnie wpłynąć na sytuację na froncie wojny na Ukrainie. Jest prawdopodobne, że sytuacja ta będzie prowadzić z jednej strony do roszad kadrowych a z drugiej do nasilenia się, początkowo zapewne niejawnej, rywalizacji wewnątrz elity.

Marsz Wagnerowców potwierdził tezę o narastającej słabości systemu bezpieczeństwa państwa. Władze, siły zbrojne czy służby specjalne nie podjęły zdecydowanych kroków na rzecz stłumienia buntu. Może to świadczyć, że wśród struktur państwowych narasta sceptycyzm co do poleceń płynących od władz centralnych. Wykonawcy rozkazów likwidacji Wagnerowców stanęli przed dylematem albo zabijać Rosjan jeszcze niedawno chwalonych za męstwo w wojnie z Ukrainą albo bojkotować polecenia Kremla.

Wszystko wskazuje na to, że Prigożyn wydając rozkaz marszu na Moskwę był przekonany, że manifestacja siły zmusi władze do uwzględnienia jego żądań co do zmiany ministra obrony i szefa Sztabu Generalnego. Liczył też, że jego desperacki krok wywoła kryzys wewnętrzny na szczytach władzy. Nie można wykluczyć, że posiadał informacje o tarciach w elitach politycznych i uznał, że jego działania przyśpieszą proces dezintegracji reżimu putinowskiego, a on sam zostanie wsparty np. przez część generalicji. Gambit Prigożyna zakończył się jednak fiaskiem, a jego kapitulacja została wymuszona szantażem (prawdopodobnie użyto argumentu, że zostanie on zlikwidowany bądź pozbawiony kontroli nad zgromadzonymi środkami finansowymi). Po wyjeździe na Białoruś straci on dotychczas zajmowaną pozycję populistycznego dowódcy wojskowego, który w warunkach wojny, kontestował politykę władz i podważał autorytet sił zbrojnych. Jego firma przejdzie zapewne pod kontrolę resortu obrony. Otwartą kwestią pozostaje dalszy los założyciela firmy „Wagner”. Nie jest wykluczone, że za przyzwoleniem Łukaszenki będzie próbował kontynuować podobną działalność z terytorium Białorusi, bądź uda się do jednego z państw afrykańskich lub bliskowschodnich gdzie działają Wagnerowcy.

osw.waw.pl

Według naszych źródeł na Kremlu władze negocjowały z Prigożynem od wieczora 23 czerwca, kiedy ogłosił on rozpoczęcie swojego "marszu sprawiedliwości". — Dowództwo wojskowe, urzędnicy administracji prezydenckiej, kierownictwo Rosgwardii i bliscy mu (Prigożynowi — red.) urzędnicy próbowali się z nim porozumieć. Był tak zdeterminowany do marszu, że nie było zbyt jasne, o czym w ogóle negocjować — mówi nasze źródło na Kremlu.

Prigożyn chciał usunięcia Szojgu z resortu obrony, więcej pieniędzy dla najemników oraz gwarancji, że Kreml nie będzie mieszał się w sprawy wagnerowców. Ale — jak twierdzi nasze źrodło — przeliczył się. — W pierwszych godzinach buntu całkowicie wypadł z systemu — mówi nasz informator.

Następnie Kreml nakazał rosyjskim gubernatorom i politykom publicznie potępić działania Prigożyna i ogłaszać, że jest zdrajcą. Około godz. 10 rano czasu moskiewskiego sam Putin wygłosił przemówienie telewizyjne, w którym oskarżył Prigożyna, nie wymieniając go z nazwiska, o "zdradę" i "wbicie noża w plecy", tym samym zdając się całkowicie wykluczać możliwość pokojowego rozwiązania sytuacji.

W odpowiedzi Prigożyn stwierdził, że "prezydent jest w głębokim błędzie" oraz że "nikt nie zamierza oddać się w ręce policji na żądanie prezydenta, FSB lub kogokolwiek innego". W tym czasie wagnerowcy kontrolowali już Rostów nad Donem; przez kilka następnych godzin poruszali się w kierunku Moskwy całkowicie bez przeszkód.

Jednak źródła Meduzy bliskie administracji prezydenckiej twierdzą, że w południe 24 czerwca to Prigożyn sam podjął próby dotarcia na Kreml. — Próbował nawet zadzwonić do Putina, ale prezydent nie chciał z nim rozmawiać — zdradza nasz informator.

Według źródeł Meduzy zbliżonych do Kremla i rosyjskiego rządu jest prawdopodobne, że Prigożyn zdał sobie sprawę, że "przekroczył nieprzekraczalną granicę". W tym czasie najemnicy byli już niedaleko rzeki Oka — to właśnie tam armia rosyjska i Rosgwardia postanowiły zbudować pierwszą linię obrony przed wagnerowcami. Jednocześnie w pierwszych godzinach powstania, dodatkowe wsparcie (o którym Prigożyn zapewniał w swoich oświadczeniach), nie pojawiło się.

Chwilę po południu Kreml — według naszych źródeł — zdecydował się nie dążyć do "krwawego starcia". Negocjacje były prowadzone przez dużą grupę urzędników, w skład której wchodzili m.in. szef administracji prezydenckiej Anton Wajno, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Nikołaj Patruszew i ambasador Rosji na Białorusi Borys Gryzłow.

Frontmanem tej grupy był Aleksander Łukaszenko. Według źródła na Kremlu Prigożyn nalegał, aby w negocjacjach uczestniczyli "najwyżsi urzędnicy"; biorąc pod uwagę niechęć Putina do kontaktu z Prigożynem, negocjatorzy nie mieli wielu opcji.

Prigożyn spanikował. Żeby wyjść z twarzą, potrzebował ważnego powiernika, a takim okazał się właśnie Aleksander Łukaszenko, dla którego stanie się "gołąbkiem pokoju" też było na rękę. Dyktator z Białorusi będzie mógł teraz opowiadać, jak to "uratował Rosję przed rozlewem krwi i wojną domową".

W efekcie tych rozmów Prigożyn przyjął ofertę zatrzymania się. Sam założyciel wagnerowców przez cały dzień nic nie mówił na temat rozmów z dyktatorem z Białorusi (chociaż podczas swojego buntu był niezwykle gadatliwy). Wkrótce jednak wersję Mińska potwierdził rzecznik Kremla, Dmitrij Pieskow. Co więcej, według Pieskowa, Prigożyn "pojedzie na Białoruś" — a sprawa karna przeciwko niemu o bunt zostanie zakończona. Nie wiadomo, co dokładnie Prigożyn będzie robił na Białorusi.

Źródła Meduzy bliskie Kremlowi i rosyjskiemu rządowi zgadzają się, że Prigożyn stracił w wyniku swojego radykalnego działania. Został zmuszony do opuszczenia Rosji, bo Putin nie wybacza takich rzeczy. Jednocześnie nasz rozmówca nie wykluczył, że po buncie mogą nastąpić zmiany personalne w kierownictwie resortu obrony.

Na samym początku buntu gen. Siergiej Surowikin (który dowodził grupą rosyjskich żołnierzy w Ukrainie od początku października 2022 r. do początku stycznia 2023 r.) nagrał wideo, w którym wezwał wagnerowców do zatrzymania się i "pokojowego rozwiązania". Gen. Władimir Aleksiejew nagrał dokładnie to samo wideo i w tym samym miejscu: nazwał działania Prigożyna "ciosem w plecy prezydenta" i "próbą zamachu stanu".

Kilka godzin później Prigożyn spotkał się z Aleksiejewem i wiceministrem obrony Junusem-Bekiem Jewkurowem w siedzibie Południowego Okręgu Wojskowego w Rostowie nad Donem. Biznesmen powiedział im, że zamierza udać się do Moskwy i chce "załatwić szefa Sztabu Generalnego (Walerija Gierasimowa — red.) i ministra obrony Siergieja Szojgu". Z naszych informacji wynika, że podczas tego spotkania Aleksiejew miał z uśmiechem odpowiedzieć Prigożynowi: "bierz".

Jak dotąd ani Siergiej Szojgu, ani Walerij Gierasimow nie odnieśli się słowem do buntu Prigożyna. Nie wiadomo również, gdzie przebywali przez cały ten czas.

Źródło Meduza bliskie rządowi wątpi jednak, aby decyzje personalne dotyczące rosyjskiego Ministerstwa Obrony mogły zostać podjęte w najbliższym czasie: "Putin prawie nigdy nie poddaje się okolicznościom i nie ugina się pod presją".

Źródła zbliżone do Kremla przyznają jednak, że bunt osłabił pozycję Putina: "nie mógł się pogodzić z Prigożynem, ale po przemówieniu telewizyjnym zniknął". Pieskow utrzymuje, że w dniu, w którym Prigożyn ruszył na Moskwę, Putin pracował nad dokumentami na Kremlu. Tymczasem samolot Putina wyleciał z Moskwy po południu 24 czerwca i zniknął z radarów w pobliżu Tweru.

onet.pl/Meduza