wtorek, 30 maja 2023


W nocy tuż przed wybuchem wojny piloci 31 Bazy Lotnictwa Taktycznego trzymali dyżur bojowy.

Tak. Z tego co wiem, było dość spokojnie, w ciągu dnia nie było ani jednego wylotu na sygnał alpha scramble. Wszystko zaczęło się o czwartej nad ranem. Wiem, że chłopaki najpierw odebrali telefon z informacją, że się dzieje, włączyli jakieś kanały informacyjne, a chwilę potem zawył alarm. I się zaczęło. Od tego momentu nasze samoloty nie stygły, byliśmy non stop w powietrzu.


Żeby obserwować to, co dzieje się za wschodnią granicą?

Nie o to chodzi. Jeśli chcesz bronić przestrzeni powietrznej, masz dwie opcje – albo trzymasz samoloty na ziemi i stratujesz w trybie alarmowym, albo trzymasz samoloty w powietrzu i jesteś ciągle na miejscu. Wszystko zależy od tego, co robi przeciwnik, jakie jest natężenie jego działań, jak szacujesz prawdopodobieństwo tego, że coś się wydarzy. Kiedy masz samoloty na ziemi, czas reakcji wynosi kilkanaście minut, do tego trzeba dodać kilkanaście minut na dolot do wschodniej granicy. No i trzeba pamiętać, że my wykonujemy rozkazy. Za naszymi działaniami jest cały łańcuch dowodzenia. Podejmowanie decyzji trwa. Jak samoloty są w powietrzu, sytuacja jest korzystniejsza. Dodatkowa korzyść jest taka, że przeciwnik widzi…

Że się nie boimy?

Też. Siły zbrojne mają dwa zasadnicze zadania: walki zbrojnej i odstraszania. I my wraz z całym NATO w pierwszej fazie wojny byliśmy skupieni na odstraszaniu. To jest taka sytuacja jak wtedy, gdy złodziej widzi, że dom jest chroniony alarmami. Jeśli jest rozsądny, to nie będzie próbował się do niego włamać. I o to chodziło, by być w powietrzu i pokazać, że nie ma z nami żartów. Ale to nie wszystko. Jeśli my jesteśmy w powietrzu, oni też są, jeśli my zużywamy paliwo i resurs sprzętu, oni też. I wiesz, co jest najlepsze? Że gdy nam skończy się paliwo i będziemy musieli wracać, zmienią nas Niemcy, Francuzi, Amerykanie. A ich? Nie stoi za nimi nikt. Zużywają się im części, zużywa się im paliwo, zużywają się inne tego typu zasoby. Ich piloci nie mogą się szkolić, bo mają zwiększone obciążenie operacyjne. I tak ma być.

Ale dla nas to też musiało być wyzwanie…

Najważniejsze były ograniczone zasoby ludzkie. Wszystko trzeba było bardzo mądrze poukładać, żeby nie zamęczyć ludzi. Jesteśmy szkoleni do walki w powietrzu, więc byłoby kuriozalne, gdybyśmy stracili samolot i człowieka tylko dlatego, że pilot był zmęczony, bo nie miał go kto zmienić.

Opowiedz o tym, jak to wszystko układaliście, jak wyglądała sytuacja w bazie w pierwszych dniach wojny.

Wciąż spływały do nas dane rozpoznawcze, bez przerwy analizowaliśmy to, co się dzieje w Ukrainie. Dla mnie kluczowa była sobota, ta pierwsza po wybuchu wojny. Pamiętam, że dotarło do mnie z całą mocą, jakie błędy popełnia strona rosyjska. Nie będę wdawał się w szczegóły, ale powiem tyle: zobaczyłem, że Rosjanie nie są w stanie prowadzić konwencjonalnego konfliktu zbrojnego na taką skalę, jak się spodziewałem. Przyznaję, że wtedy odetchnąłem. Wracając tego dnia z bazy, pojechałem do sklepu. Czułem się, jakbym opuszczał jakąś grę komputerową.

(...)

polska-zbrojna.pl

Nocą 28 maja Rosjanie przeprowadzili zmasowany (w ocenie Kijowa największy z dotychczasowych) atak z wykorzystaniem dronów kamikadze Shahed-136/131. Według Sztabu Generalnego z wystrzelonych przez agresora 59 bezzałogowców do celu miał dotrzeć tylko jeden (wcześniej Dowództwo Sił Powietrznych informowało o strąceniu 52 z 54). Zneutralizowanie wszystkich atakujących dronów (ponad 40) deklarowała administracja wojskowa Kijowa, niemniej w trzech rejonach miasta miało dojść do zniszczeń od spadających odłamków, zginęła jedna osoba, a dwie zostały ranne. W rezultacie uderzenia w stolicy miały miejsce wstrząsy charakterystyczne dla trzęsienia ziemi, które mer Witalij Kliczko tłumaczył przesuwaniem na front nowej, potężnej broni. Poza Kijowem celem rosyjskich dronów był Żytomierz.

Do ponownego ataku doszło nocą 29 maja. Według Dowództwa Sił Powietrznych Ukrainy obrońcy strącili 37 z 40 użytych przez agresora pocisków manewrujących Ch-101/Ch-555 oraz 29 z 35 dronów kamikadze Shahed-136/131. Tak jak poprzednio głównym celem był Kijów, którego obrona powietrzna miała unieszkodliwić wszystkie rakiety i drony (łącznie ponad 40 obiektów). W wyniku upadku odłamków miało dojść do zniszczeń budynków i infrastruktury w kilku rejonach miasta oraz w jego okolicach (m.in. w Browarach). Najpoważniejsze zniszczenia zanotowano w obwodzie chmielnickim, gdzie lokalna administracja oznajmiła o trafieniu kilku obiektów, w tym wojskowego (składy materiałów pędnych i smarów) oraz niesprecyzowanego mienia wojskowego. W Odessie odłamki drona miały uszkodzić port. O szkodach w wyniku upadku odłamków donoszono również z rejonu złoczowskiego w obwodzie lwowskim oraz z obwodu kirowohradzkiego, gdzie miało dojść do zniszczenia infrastruktury kolejowej.

Około południa czasu kijowskiego 29 maja pojawiły się informacje o kolejnej fali ataku. Do wybuchów i upadku odłamków miało dojść w dwóch rejonach Kijowa. Ze względu na stosunkowo krótki czas od ogłoszenia alarmu do rozpoczęcia uderzenia rzecznik Dowództwa Sił Powietrznych pułkownik Jurij Ihnat nie wykluczył, że agresor wykorzystał w nim pociski balistyczne Iskander-M lub rakiety z systemów S-300/S-400.

Najeźdźcy kontynuowali też ataki z wykorzystaniem rakiet i dronów w strefie przyfrontowej. Celami były Kramatorsk (rosyjskie rakiety, w tym prawdopodobnie pociski Iskander, spadały na miasto dwukrotnie), Łypci w obwodzie charkowskim i Olhiwśke w obwodzie zaporoskim. Do czworga zabitych i 32 rannych wzrosła liczba ofiar uderzenia na placówkę medyczną w Dnieprze, do którego doszło w trakcie ataków rakietowych na to miasto 26 maja. Artyleria i lotnictwo wciąż ostrzeliwują i bombardują tereny wzdłuż linii styczności i przy granicy. Poza rejonami walk głównymi celami na bliskim zapleczu obrońców pozostają Chersoń, Nikopol i Oczaków.

Armia ukraińska zintensyfikowała ostrzał zaplecza sił wroga. Praktycznie codziennie dochodziło do ataków na Berdiańsk, Mariupol (według lokalnych władz ukraińskich agresor wywoził z miasta zabitych i rannych) oraz Melitopol. Według ministra Ołeksija Reznikowa otrzymane z Wielkiej Brytanii pociski manewrujące Storm Shadow mają się wykazywać stuprocentową skutecznością. Strona rosyjska donosi z kolei, że drony przeciwnika po raz kolejny atakowały elektrociepłownię w Biełgorodzie i rafinerię w Kraju Krasnodarskim. Celem dywersji miał być także obiekt infrastruktury przesyłowej w obwodzie pskowskim. Nie ma jakichkolwiek informacji o skutkach tych uderzeń.

W rejonach walk doszło do dalszego spadku aktywności obu stron. Ukraiński Sztab Generalny szacował liczbę wrogich ataków na 20 na dobę, przy czym ponad połowa z nich (27 maja – 14, 28 maja – 12) przypadła na Marjinkę i jej okolice. W rejonie Bachmutu do starć dochodziło sporadycznie, a Rosjanie każdej doby atakowali pozycje przeciwnika w innym miejscu – w rejonie sąsiadujących z miastem Chromowego i Iwaniwśkego, leżącej na północny zachód od Bachmutu Orichowo-Wasyliwki (według części źródeł obrońcy mieli tam zająć fragment tzw. ziemi niczyjej) oraz Predteczynego na wschodnich obrzeżach Konstantynówki (co potwierdza, że agresor utrzymał pozycje po zachodniej stronie kanału Doniec–Donbas). Według wiceminister obrony Hanny Malar obrońcy wstrzymali przesuwanie się w rejonie Bachmutu w celu realizacji innych zadań. Siły najeźdźcze miały nieznacznie poszerzyć kontrolowany przez siebie obszar w okolicach Masiutiwki na północny wschód od Kupiańska. W weekend doszło natomiast do wstrzymania aktywnych działań na pograniczu obwodów ługańskiego i donieckiego, a 28 maja – także w rejonie Awdijiwki, gdzie najprawdopodobniej trwa rotacja jednostek.

osw.waw.pl

poniedziałek, 29 maja 2023


Czym jest "Projekt K"?

Pomysł, żeby wysłać skazanych na front, nie należy do Prigożyna. Od początku był to kremlowski projekt, który kontrolowało FSB, a aprobował osobiście Putin.

Wszystko zaczęło się jeszcze w pierwszych miesiącach wojny. Wewnętrzna analiza FSB pokazała, że nawet 30 proc. składu oficerskiego regularnej armii uchyla się od wykonywania zadań bojowych.

Oczywiście w rosyjskich strukturach siłowych istnieją specjalne jednostki, zdolne do prowadzenia czystek i zabijania cywilów, ale większość zwykłych wojskowych nie chciała brać na siebie tej odpowiedzialności. Z kolei przymuszanie albo wewnętrzne represje mogłyby doprowadzić do buntu.

Reżimowi byli potrzebni ludzie od najczarniejszej roboty. Tacy, którzy nie będą grzeszyć intelektem i moralnością, a w dodatku nie upomną się o swoje prawa. Kryminaliści nadawali się do tej roli idealnie.

Pierwszych skazanych zrekrutowano w petersburskich koloniach karnych. W FSB szybko pojęli, że to niewyczerpalne źródło mięsa armatniego. Skazanych można wykorzystać jako żywe tarcze, wysłać do ataku, który już z założenia będzie samobójczy. Wreszcie można wykrwawić nimi Ukraińców, a przy tym nie ponosić żadnego ryzyka, że gigantyczne straty wpłyną na morale w wojsku.

Tak powstał "Projekt K".

(...)

Jak doszło do tego, że to Prigożyn stał się twarzą "Projektu K"?

Kreml od początku nie chciał mieć oficjalnych powiązań z "Projektem K". Dlatego potrzebny był ktoś z bliskiego kręgu. Ktoś, kto zapewni organizację, masowość i finansowanie.

Prigożyn ma odsiadkę na koncie, co uwiarygodniało go w oczach skazanych. Oprócz tego jest właścicielem dziesiątek firm, z których pomocą można wyprowadzać miliardy z państwowego budżetu na opłacanie najemników, a jednocześnie uniknąć oskarżeń o finansowanie terroryzmu.

Według naszych informacji firmy związane z Prigożynem masowo zawierały kontrakty ze spółkami skarbu państwa i lokalnymi władzami. W cenach świadczonych usług uwzględniano 25-30 procent "marży", którą przeznaczano na finansowanie Grupy Wagnera. W ten sposób Prigożyn wyciągnął z budżetu około 20 mld rubli.

Ministerstwo obrony Rosji udostępniło Prigożynowi wojskowy helikopter, a FSB otworzyło mu drzwi do wszystkich zakładów karnych. Napisali mu nawet przemówienie. Stawał na środku więziennego dziedzińca i opowiadał:

"Patrzcie na mnie! Kiedyś siedziałem jak wy, a teraz noszę na kurtce odznaczenie - gwiazdę Bohatera Rosji. Mam szacunek i pieniądze".

Chyba nie musiał ich szczególnie namawiać, skoro według pańskich informacji na front wyjechało około 40 tys. kryminalistów.

Kiedy mieliśmy już pewność, że "Projekt K" rzeczywiście działa, przeżyłem załamanie. Od kilkunastu lat walczę o prawa skazanych. Wiele poświęciłem w imię tego celu. A tu okazuje się, że oni z własnej woli biorą broń do rąk i jadą zabijać Ukraińców. To był dla mnie olbrzymi cios. Miałem ochotę zakończyć działalność.

Dlaczego pan tego nie zrobił?

Bo dowiedziałem się, że ok. 80 proc. osadzonych nie chce jechać na front.

To dlatego, że walka po stronie Putina nie mieści się w "kodeksie" rosyjskich kryminalistów?

Według więziennych pojęć przejście na stronę służb to niedopuszczalna, niewyobrażalna wręcz, zdrada. Dlatego wszystkich "worów w zakonie", czyli liderów przestępczego świata, którzy twardo rządzą w więzieniach, odwiedziło FSB.

Wyraźnie im wytłumaczyli, że jeśli będą podburzać skazanych lub przeszkadzać w rekrutacji, trafią do katowni. W praktyce oznacza to, że zostaną zgwałceni, a nagranie gwałtu upublicznione. To automatycznie spowoduje spadek do "kasty uniżonych", czyli do najniższej w więziennej hierarchii.

Wory w zakonie pomagali w rekrutacji więźniów na front?

W każdym razie w tym nie przeszkadzali, a to już dużo.

Służby więzienne aktywnie zajmowały się "agitacją". Stawały na głowie, żeby stworzyć w zakładach karnych jeszcze bardziej nieludzkie warunki - tortury, gwałty, poniżenia, katorżnicza praca, masowa odmowa warunkowych zwolnień, a nawet morzenie głodem.

W końcu masz poczucie, że nie wyjdziesz z więzienia żywy. A wtedy staje przy tobie strażnik i mówi: "I tak wylądujesz na froncie. Różnica jest taka, że teraz proponują ci pieniądze. Potem pojedziesz za darmo".

FSB i FSW [federalna służba więzienna – red.] zrobiły wszystko, żeby zakłady karne stały się magazynem mięsa armatniego dla ministerstwa obrony i Grupy Wagnera.

Tłumaczy pan wagnerowców?

Wagnerowcy masowo zabijali cywilów i jeńców, dobijali rannych. To są zbrodnie przeciwko ludzkości, których nic nie jest w stanie wytłumaczyć. Grupa Wagnera jest terrorystyczną organizacją.

To absolutne zło. I część skazanych świadomie zgadzała się jechać na front. Jednych kusiły pieniądze, drudzy mieli dosyć gułagu. Jeszcze inni byli mordercami i chcieli zabijać.

Ale mam też świadomość, że część tych ludzi jest ofiarami systemu przemocy. Znam osoby, które były w więzieniu brutalnie zgwałcone i torturowane. Pół roku później same stawały się oprawcami. Gwałciły innych więźniów.

Ten system odczłowieczenia został w pełni przeniesiony do Grupy Warnera. Trafiasz tam jako ofiara, podczłowiek, którego mogą rozstrzelać za najmniejsze wykroczenia, ale z czasem sam stajesz się katem.

Uważam, że kiedyś "Projekt K" będą badać naukowcy jako fenomen czy eksperyment, w którym człowiek tracił moralny kompas, dochodził do maksymalnego zezwierzęcenia.

W jaki sposób odbywa się ta przemiana - dla mnie jest to największa tajemnica. Kiedy przesłuchiwałem byłych wagnerowców, nie dawałem rady. Wymiotowałem. Takich szczegółowych opisów zabójstw i przemocy nie czytałem nawet w książkach o nazistach.

Co było najbardziej wstrząsające?

Są dwie historie, które mnie powaliły. Jedną z nich opowiedział Azamat Uldarow. Zanim został zwerbowany na front, przeszedł przez piekło w Regionalnym Szpitalu Gruźliczym nr 1 (RSG-1) w Saratowie. To właśnie tam rosyjskie służby urządziły jedną z fabryk tortur.

Uldarow był gwałcony, poniżany, a kiedy trafił na front, sam stał się oprawcą. Dowódcy rozkazali jego grupie "wyzerować" zajęty w Bachmucie teren. W slangu oznacza to zabić każdego napotkanego człowieka.

Uldarow i jego grupa wchodzili do piwnic bloków mieszkalnych i otwierali ogień. Rozstrzeliwali wszystkich: ukraińskich żołnierzy, którym zabrakło amunicji, cywilów, kobiety, dzieci, starców. Potem każdego dobijali kontrolnym strzałem w głowę.

Uldarow pokazywał mi swoje dłonie i mówił: "Zobacz, tymi rękoma zabiłem dziecko. Dziewczynkę. Miała może pięć, może sześć lat. Wrzeszczała, a ja oddałem do niej kontrolny. Zastrzeliłem ją, rozumiesz?".

I to nie była pierwsza akcja "wyzerowania". Wcześniej wagnerowcy zrobili to samo w Soledarze. Rozstrzelali setki ukraińskich cywilów.

A druga historia?

To świadectwa Aleksieja Sawicziewa. Zwerbowano go w woroneskiej kolonii karnej [odbywał karę 30 lat pozbawienia wolności za zabójstwo – red.]. We wrześniu zeszłego roku został ułaskawiony i trafił na front pod Bachmutem. Dowódcy rozkazali mu dobić rannych.

Sawicziew stanął przed wielkim rowem wypełnionym ciałami. W dole "była dysząca masa", jak sam to określił. Ukraińcy i wagnerowcy. Część jeszcze żywa. Zgłosił to dowódcom, że ale usłyszał rozkaz: "Zajebać wszystkich".

I on systematycznie wrzucał do tego rowu granaty. Potem podlał ciała benzyną i podpalił.

Inne nasze źródła potwierdzają, że takich masowych grobów na wchodzie Ukrainy mogą być dziesiątki, jeśli nie setki. Wagnerowcy zdejmują z poległych i rannych nieśmiertelniki, żeby nie można było odróżnić Ukraińców od Rosjan.

Niektórych spalają w "mobilnych krematoriach", które w rzeczywistości są mobilnymi spalarniami śmieci, które wagnerowcy otrzymali od służb komunalnych. Ale te samochody ciągłe się psują, więc częściej ciała są podlewane benzyną, palone, a następnie zakopywane w rowach.

Polegli wagnerowcy trafiają na listy zaginionych, a Prigożyn nie musi wypłacać rodzinom po pięć milionów rubli "grobowych"?

Na zaginionych Prigożyn robi najlepszy interes. Według naszych informacji, za każdego zabitego Grupa Wagnera otrzymuje od firm ubezpieczeniowych 7 mln rubli. Pięć milionów przekazują rodzinom, ale dwa zostają w kieszeniach Prigożyna i całej sieci rosyjskich generałów.

Tyle że w rzeczywistości "grobowe" dostają tylko nieliczne rodziny. Grupa Wagnera ma bowiem dwa rodzaje dokumentów. Jedne do ewidencji, którą przekazuje do ministerstwa obrony i na podstawie których rozliczają się za "martwe dusze". Drugie przeznaczone dla krewnych zabitych wagnerowców.

Ta sama osoba dla ministerstwa obrony będzie martwa, a dla rodziny – zaginiona. Zamiast dwóch milionów Prigożyn, oszukując, dostaje wtedy siedem.

Przy tym straty wśród wagnerowców są kolosalne. Szacujemy, że ze zrekrutowanych 40 tys. skazanych aż 35 tys. zostało zabitych. W FSB nawet podliczyli, że zdobycie jednego metra ziemi w Bachmucie kosztowało życie jednego wagnerowca. Żeby zdobyć 100 metrów, trzeba było poświęcić stu ludzi.

Aby "zapasy" się nie wyczerpały, samoloty ministerstwa obrony codziennie dostarczają kolejne "partie" mięsa armatniego. Wojsko daje im mundury i broń. Instruktorzy z GRU i specnazu szkolą, formują małe oddziały i wysyłają na pewną śmierć. W tym czasie dowództwo nawet nie wychyla nosa z ukrycia.

Co robią z tymi, którzy jednak nie chcą walczyć?

Mogą rozstrzelać ich na miejscu, rozerwać granatem. Albo odesłać do więzienia Grupy Wagnera, z którego i tak mało kto wraca.

Mieści się ono w Pierwomajsku, w obwodzie ługańskim. Tam, w podziemiach fabryki obuwia, wagnerowcy urządzili sobie coś w rodzaju biura, skład amunicji i warsztat. Obok zbudowali cele, w których trzymają ukraińskich jeńców. To tam trafiają również "kaszyści", czyli dezerterzy albo ci, którzy nie wykonali rozkazów dowództwa.

Gwałty i najbardziej sadystyczne tortury są tam normą. Jeden wagnerowiec opowiedział nam, że w jego malutkiej celi tłoczyło się 30 osób. Nikt się nie odzywał. Na środku, na drewnianym taborecie leżała odcięta głowa. Należała do człowieka, którego kilka godzin wcześniej wyciągnięto na "przesłuchanie".

Nasz informator uważał, że miał podwójne szczęście. W więzieniu Grupy Warnera odcięto mu tylko palec. Potem Dmitrij Utkin, głównodowodzący darował mu życie. Wrócił na front, został ciężko ranny, ale przeżył.

Co się dzieje z wagnerowcami, którym udaje się wrócić do Rosji?

Rozsadzają ją od środka. Wracają odhumanizowani, nauczeni zabijać, a w dodatku z dużymi pieniędzmi. Przepuszczają je na alkohol, narkotyki i prostytutki. Urządzają bójki i porachunki z użyciem broni. Uważają się za "bohaterów świętej wojny", a w dodatku są bezkarni.

Służby nie chcą dopuścić do dyskredytacji "Projektu K" i Putina, który przecież wypuścił na wolność tych morderców i gwałcicieli. Więc lokalne prokuratury otrzymały z Moskwy rozkaz, aby przymykać oczy na przestępstwa popełniane przez wagnerowców. Powstała nawet gorąca linia, pod którą mogą się zgłosić w razie kłopotów.

Więc miejscowa ludność jest zastraszona. Prokuratorzy i sędziowie, którzy kiedyś poświęcili lata, żeby tych "bohaterów" złapać i wsadzić za kraty, są zdemoralizowani. Reżim Putina doszczętnie zniszczył pojęcie prawa i moralności. Za jego sprawą Rosja stacza się w przepaść przemocy. Staje się państwem upadłym.

A jednak pańska organizacja pomaga niektórym wagnerowcom przedostać się do Unii Europejskiej. Nie wydaje się panu, że to również jest niemoralne?

Grupa Wagnera jest organizacją terrorystyczną, a my nie pomagamy terrorystom. My przesłuchujemy wagnerowców, zbieramy informacje, ale nigdy ich nie ewakuowaliśmy z Rosji.

Ale Andriej Miedwiediew, dowódca jednego ze szturmowych plutonów Grupy Wagnera jakimś sposobem trafił do Norwegii.

Miedwiediew przekroczył granicę nielegalnie, a następnie poddał się norweskim władzom. To była jego osobista decyzja. My, jako organizacja, nie uczestniczyliśmy w tym. Był moment, kiedy jeszcze w Rosji chował się przed służbą bezpieczeństwa Grupy Wagnera i ich słynnym młotkiem.

Wtedy faktycznie kupiliśmy mu telefon komórkowy, ubrania i kompas. W zamian za to otrzymaliśmy świadectwa, które są niezwykle użyteczne dla międzynarodowego śledztwa w sprawie zbrodni wojennych.

Współpracujemy z ukraińską policją, biurem generalnego prokuratora, Międzynarodowym Trybunałem Karnym, ONZ. Potrzebujemy informacji, które mogą okazać się pomocne w śledztwie. Dlatego stosujemy żelazną zasadę: pomagamy tylko tym, którzy są gotowi złożyć zeznania. Nie jesteśmy biurem turystycznym dla wojskowych i wagnerowców.

Na początku inwazji pańska organizacja ogłosiła, że zamierza pomagać rosyjskim wojskowym, którzy nie chcą walczyć. Ilu ewakuowaliście do Europy?

Nie pomagamy wojskowym, tylko międzynarodowemu wymiarowi sprawiedliwości.

Konkretnych liczb nie mogę podać. Część z tych osób jest objęta programem ochrony świadków. Łącznie otrzymaliśmy ponad tysiąc wniosków o ewakuację. Duża część tych ludzi była ewidentnie podstawiona przez FSB. Część po prostu chciała skorzystać z okazji, żeby wyjechać z Rosji.

Dlatego, po weryfikacji, pozytywnie rozpatrzyliśmy mniej niż 10 proc. wniosków. Byli wśród nich wojskowi obciążający dowództwo za zbrodnie wojenne, a także współpracownicy FSW, którzy mieli wiedzę o obozach koncentracyjnych, które powstały w Rosji dla ukraińskich jeńców.

Wszyscy złożyli oficjalne zeznania i okazali się pomocni w śledztwach. Oprócz jednego przypadku.

Pawła Filatiewa? Spadochroniarza, któremu pan pomógł wyjechać do Francji. Stał się gwiazdą mediów, opowiadał o honorze rosyjskich żołnierzy. Tylko potem okazało się, że Filatiew, podczas okupacji obwodu kijowskiego, uczestniczył w zatrzymaniu grupy ukraińskich cywilów. Później tych ludzi rozstrzelano lub powieszono.

Filatiew nas okłamał. Naruszył wszystkie umowy. Miał przekazać dochody od swojej książki "ZOV" na rzecz Ukraińców, którzy ucierpieli od wojny, ale tego też nie zrobił. Ale przede wszystkim warunkiem jego ewakuacji było, że spotka się ze śledczymi w ambasadzie Ukrainy w Paryżu.

Ale on po prostu uciekł przed ukraińskimi śledczymi.

Umówił się ze śledczymi w kawiarni w pobliżu ambasady Ukrainy. Chciał usłyszeć, czego od niego chcą. Oni mu wytłumaczyli, że opowiada w wywiadach rzeczy, które mogą przydać się śledztwu, ale zeznania muszą być złożone według protokołu i nagrane na kamerę. Wtedy Filatiew poprosił ich o pokazanie dokumentów. Kiedy to zrobili, zerwał się z miejsca i uciekł.

Godzinę później na jego Facebooku pojawił się post pełen kłamstw.

Filatiew twierdził, że wraz z ukraińskimi śledczymi uknuliśmy spisek przeciwko niemu. Mieliśmy jakoby zwabić go do ambasady, żeby zawieźć do Ukrainy, a następnie wymienić za jeńców. Stek bzdur.

Filatiew mógł być od początku prowokacją rosyjskich służb?

Później dowiedzieliśmy się, że odwiedzał bazę Grupy Wagnera w Rosji. Spędził tam jakiś czas na rozmowach z dowódcami. Nie wykluczam, że od początku jego rolą była dyskredytacja naszej organizacji. Możliwe też, że po dwóch miesiącach współpracy, Grupa Wagnera odnalazła jego matkę i siostrę w Rosji. Mogli go szantażować i w końcu się zgodził się zostać marionetką w ich rękach. Myślę, że z czasem prawda wyjdzie na jaw.

Ale na razie prowadzi komfortowe życie we Francji, choć może być jednym z rzeźników z Buczy.

Filatiew złożył wniosek o azyl polityczny we Francji, ale z tego, co wiem, do tej pory nie otrzymał zgody. Przebywa w UE na podstawie tymczasowego zezwolenia na pobyt.

Czy zostanie oskarżony? Wiem, że zarówno ukraińskie, jak i europejskie służby, sprawdzają jego udział w egzekucjach. Na razie wiemy, że co najmniej utajnia informacje o wojennych zbrodniarzach. Zna ich nazwiska, ale nigdy nie podał je do publicznej wiadomości.

Po historii z Filatiewym wyciągnęliśmy wnioski. Wstrzymaliśmy wszystkie ewakuacje wojskowych z Rosji. Pracujemy tylko nad tymi, które były rozpoczęte wcześniej. Zaczęliśmy stosować też bardzo szczelne metody fact checkingu.

Nie utrudnia to panu współpracy z ukraińską prokuraturą?

Nie, na podstawie ostatnich zeznań Uldatowa i Sawicziewa Służba Bezpieczeństwa Ukrainy wszczęła śledztwo, a prokuratura zwróciła się do nas z prośbą o przekazanie wszystkich materiałów. Co oczywiście zrobiliśmy.

Nigdy nie spotkałem się z jakąś formą żalu albo niezadowolenia ze strony Ukrainy. Odwrotnie, zarówno Ukraina, jak i międzynarodowe instytucje, prowadzące śledztwa nad zbrodniami wojennymi, są nam wdzięczne za nasz wkład.

Przez wiele lat pracy na rzecz skazanych zdobyliśmy ogromną liczbę źródeł w rosyjskich służbach. Dzięki nim możemy weryfikować niektóre informacje i pokazywać, co naprawdę dzieje się w Rosji.

Ostatnio w swoich mediach społecznościowych pisał pan, że rosyjskie ministerstwo obrony przyśpieszyło rekrutację skazanych. Śpieszy się przed ukraińską kontrofensywą?

Tak, bardzo się tej kontrofensywy boją. Wiemy, że w ostatnim czasie w więzieniach zwerbowano około 10 tysięcy najemników. Jeśli dalej będą to robić w takim tempie, to uzbierają kolejne ok. 20 tys. skazanych.

Część z nich ma trafić do Soledaru i Bachmutu, a część na Krym. Utrata półwyspu jest największym koszmarem Putina. Więc ministerstwo obrony chce na podejściu do półwyspu stworzyć Bachmut w wersji 2.0.

Innymi słowy, chcą wybrać jedną miejscowość, której kosztem skazanych będą bronili do upadłego. Według naszego źródła sztab generalny rozważał miasto Tokmak, w obwodzie zaporoskim.

A Grupa Wagnera? Prigożyn ogłosił, że przekazują Bachmut w ręce wojska, a sami się wycofują.

Nie wykluczam, że to koniec działalności Grupy Wagnera na ukraińskim froncie. Prigożyn stracił "Projekt K". Według naszych źródeł już nie otrzymuje nowych najemników. Odeszło od niego około 30 najważniejszych współpracowników, którzy tworzyli trzon grupy.

Miejsce Grupy Wagnera zajmą teraz mniejsze firmy typu "Północ-Z", tworzone przez kolejnych putinowskich oligarchów pokroju Konstantina Małofiejewa.

Co to zmieni?

Da ministerstwu obrony możliwość kontroli. Małe formacje najemników będzie łatwiej kontrolować niż jedną dużą formację. Ale cel się nie zmieni. Te nowe firmy są "projektowane" na wzór Grupy Wagnera. Mają taki sam system przemocy, zdolny wydobyć z człowieka najgorsze cechy.

Mięso armatnie nadal będzie jechało na linię frontu. Tylko teraz miliardy rubli "grobowych" będą zostawać w innych kieszeniach.

wp.pl

niedziela, 28 maja 2023


Dyskusje na temat doniesień o rosyjskich stratach w Bachmucie nasyciły prowojenną przestrzeń informacyjną i zagłuszają wszelkie pozostałe pozytywne efekty informacyjne wynikające ze zdobycia miasta. Finansista Grupy Wagnera, Jewgienij Prigożyn, stwierdził podczas wywiadu z rosyjskim strategiem politycznym Konstantinem Dołgowem 23 maja, że ​​Wagner stracił 10.000 rekrutów skazańców i 10.000 pełnoetatowych zawodowych bojowników Wagnera zabitych w akcji w trakcie bitwy o Bachmut. Prigożyn wyraźnie zauważył, że Wagner zwerbował 50.000 więźniów, z których 20 procent (10.000) zginęło w walce za Bachmut. Rosyjscy blogerzy natychmiast podchwycili zgłoszone straty, odwracając w ten sposób ogólną rosyjską rozmowę od dyskusji o znaczeniu schwytania Bachmutu w kierunku wzmocnienia spekulacji dotyczących zgłoszonych strat. Nacjonalistyczna frakcja prowojenna, której przykładem są poglądy byłego rosyjskiego oficera Igora Girkina, który odniósł się do ogromnej skali zgłoszonych strat i spekulował, że rzeczywiste straty mogą być znacznie większe. Rosyjski polityk Wiktor Alksnis po prostu zauważył, że Armia Radziecka straciła znacznie mniej żołnierzy (15.051) w ciągu dziewięciu lat w Afganistanie. Girkin stwierdził, że wierzy, że rzeczywiste straty Wagnera mogą być ponad 1,5 razy wyższe niż twierdzenia Prigożyna i zwrócił uwagę, że z 50.000 rekrutów, których Wagner otrzymał z więzień, 10.000 zginęło w akcji, a 26.000 podobno otrzymało ułaskawienie i wróciło do Rosji, pozostawiając 14.000 rekrutów więziennych nieuwzględnionych. Girkin zasugerował, że duża część z tych 14.000 niewyjaśnionych rekrutów więziennych mogła również zginąć w akcji i twierdził, że Wagner prawdopodobnie przyniósł śmierć w akcji ponad 40.000 swoich bojowników.

Ogólna odpowiedź rosyjskiej przestrzeni informacyjnej na przejęcie Bachmutu skupiła się na przypisywaniu odpowiedzialności za jego przejęcie i spekulowaniu na temat związanych z tym kosztów operacji, pozbawiając w ten sposób rosyjskie Ministerstwo Obrony tlenu niezbędnego do pozytywnego sformułowania zajęcia miasta. Jak donosiło ISW 22 maja, frakcje w prowojennej przestrzeni informacyjnej natychmiast zaczęły spierać się o to, czy Wagner, a może to regularne rosyjskie jednostki i dowódcy powinni otrzymywać medale i odznaczenia za operacje w Bachmucie. Podobnie twierdzenia Prigożyna o stratach Wagnera w Bachmucie stały się wyraźnym punktem napięcia w przestrzeni informacyjnej i zdefiniowały dominujący dyskurs na temat całej rosyjskiej kampanii w Bachmucie. Przesuwając rozmowę w kierunku rzekomych strat Wagnera, Prigożynowi w dużej mierze udało się jeszcze bardziej pozbawić rosyjskie MON możliwości ogłoszenia zwycięstwa informacyjnego nad Bakhmutem, i prawdopodobnie będzie nadal definiował i prowadził rozmowy na temat Bakhmutu w przyszłości, ale kosztem podkreślania ogromnych strat jego własnych sił, które ucierpiały z powodu znikomego zysku prowadzonych operacji.

(...)

Kreml kontynuuje starania, aby przedstawiać Rosję jako posiadającą znaczące partnerstwa dyplomatyczne. Prezydent Rosji Władimir Putin przemawiał do uczestników 11 Międzynarodowego Spotkania Wysokich Przedstawicieli ds. Bezpieczeństwa w Moskwie 24 maja w celu przedstawienia szablonowej retoryki oskarżającej Zachód o generowanie globalnej niestabilności i wzywającej państwa Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej do utworzenia wielobiegunowego ładu światowego. Putin uczestniczył później w Eurazjatyckim Forum Ekonomicznym w Moskwie wraz z prezydentem Białorusi Aleksandrem Łukaszenką, prezydentem Kazachstanu Kassymem-Żomartem Tokajewem, prezydentem Kirgistanu Sadyrem Japarowem i wicepremierem Armenii Mherem Grigorjanem. Putin spotkał się także z Miloradem Dodikiem, prezydentem Republiki Serbskiej (serbskiej jednostki politycznej w Bośni i Hercegowinie), a Dodik demonstracyjnie poparł rosyjską narrację o wojnie na Ukrainie, stwierdzając, że Rosja została zmuszona do rozpoczęcia „specjalnej operacji wojskowej” i że wojna jest starciem z Zachodem. Kreml wcześniej wykorzystywał współpracę energetyczną i wojskową z Republiką Serbską do prób rozszerzenia rosyjskich wpływów na Bałkanach, chociaż wpływy rosyjskie w innym ważnym państwie-partnerze w regionie, Serbii, wydają się słabnąć. Kreml wykorzystywał wcześniejsze międzynarodowe fora i spotkania z głowami państw do przedstawiania Rosji jako silnego partnerstwa międzynarodowego i opowiadania się za utworzeniem potencjalnej koalicji antyzachodniej. Putin przede wszystkim próbował i nie udało mu się zapewnić dwustronnego partnerstwa bez ograniczeń z chińskim prezydentem Xi Jinpingiem pod koniec marca, i sprzymierzyć Chin z Rosją w przewidywanym przez Putina konflikcie geopolitycznym z Zachodem.

understandingwar.org

Akcje dywersyjne na terenie Rosji, takie jak zbrojny rajd w obwodzie biełgorodzkim nie mają potencjału, by znaleźć w Rosji aktywne poparcie; Rosjanie pozostają bierni, choć znów zobaczyli, że państwo ich nie broni – powiedział ekspert Iwan Preobrażeński.

– Rosjanie nie są gotowi poprzeć walki zbrojnej z putinizmem – powiedział politolog i ekspert mediów niezależnych, mieszkający poza Rosją.

Wyraził przekonanie, że większość Rosjan przy tym nie popiera wojny przeciwko Ukrainie.

– Jeśli przedstawić opór zbrojny jako walkę z rosyjską klasą rządzącą, to jej akceptacja jest możliwa, ale bierna, a nie aktywna – dodał.

Z tego powodu – jego zdaniem – akcje tego rodzaju “nie mają perspektyw – poza celami militarnymi armii ukraińskiej – w tym sensie, że nie mogą zmienić radykalnie sytuacji w Rosji”.

Podczas trwających dobę incydentów w obwodzie biełgorodzkim Rosjanie znowu zobaczyli postawę państwa, które – jak mówi Preobrażeński – “nie chroni” ludzi i “tym bardziej nie uważa ich za obywateli mających jakieś prawa”. Ekspert uważa, że jednym ze skutków operacji może być tworzenie przez mieszkańców pogranicza oddziałów samoobrony, najprawdopodobniej jednak armia rosyjska wprowadzi do strefy przygranicznej regularne oddziały albo wojskowych zmobilizowanych na front.

PAP

sobota, 27 maja 2023


Przez wiele lat pracowałeś blisko rosyjskich decydentów. Jaka będzie reakcja propagandystów na wydarzenia w obwodzie biełgorodzkim?

Już widać, że na początku starali się milczeć i nie poruszać tego tematu. Kiedy zdali sobie sprawę, że to nie zadziała, zaczęli próbować bagatelizować znaczenie tego, co działo się wokół Biełgorodu. Teraz próbują pokazać to jako próbę odwrócenia uwagi zszokowanych Ukraińców od Bachmutu, gdzie wojska rosyjskie odnoszą "niesamowite sukcesy". To jest narracja. Nie mogli ukryć tej historii. Teraz próbują ją rozmyć, żeby starcia nie wyglądały na znaczące.

Jakie jest zagrożenie dla Putina z powodu takiego osłabienia reżimu?

Potencjalnie grozi to rewolucją lub zamachem stanu. Reżim bez stabilnej bazy społecznej nie może być trwały. Teoretycznie moim zdaniem może dojść zarówno do powstania ludowego, jak i buntu elit. Ogólnie rzecz biorąc, obie te opcje nie wykluczają się wzajemnie i nie są ze sobą sprzeczne. W procesie tym mogą brać udział niektóre grupy ludności i niektóre grupy elit. Ostatecznie więc wszystko to grozi Putinowi utratą władzy. A jego reżim jest już na skraju upadku.

Jak daleko od tego jesteśmy? Mam wrażenie, że mówimy o perspektywie wielu lat.

Niezadowolenie z wojny wśród elit jest duże nawet teraz. Myślę, że takich osób może być nawet 90 proc. A im dłużej trwa, tym niezadowolenie jest większe. Pojawia się jednak inne pytanie. Rosyjskie elity są przestraszone i słabe. Selekcję negatywną prowadzono przez 20 lat. Dlatego w kręgu Putina prawie nie ma ludzi, którzy mają własne zdanie i są zdolni do samodzielnego działania. Dlatego ich niezadowolenia nie da się teraz przekuć w działanie. Jednak może to nastąpić w momencie, gdy ostatecznie przekonają się, że Putin osłabł i stracił kontrolę nad sytuacją. I oni też są już mocno dotknięci procesem utraty popularności wśród ludzi.

Co masz na myśli?

Przez prawie ćwierć wieku Putin był magikiem wszystkich elit. Potrafił coś, co elitom wydawało się magią: wyborcy lubili Putina w każdej sytuacji. W ten sposób zapewnił stabilność polityczną reżimu. A teraz traci tę umiejętność i coraz bardziej panuje nad Rosjanami przy pomocy represji.

Poczucie jego magii zanika wśród elit. I widzą, że Putin nie jest magikiem. Rośnie rozczarowanie. Prędzej czy później osiągnie punkt, w którym stanie się znienawidzonym tyranem. A potem można spodziewać się jakiejś próby zamachu stanu

Armia jest teraz zdezorientowana i pozbawiona podmiotowości. Okazało się, że nie jest w stanie pokonać Ukraińców, których nawet nie uważano za naród. I teraz rozumieją, że Ukraińcy ich pokonują. To demoralizuje wojsko. Dlatego mogą wziąć udział w próbie zamachu stanu. Aby odzyskać szacunek do siebie.

W jakiej perspektywie ten scenariusz może się zrealizować?

Temat wyborów prezydenckich w marcu 2024 r. może tu zadziałać. Jeśli Putin je odwoła i będzie próbował dalej rządzić krajem w stanie wojennym, proces delegitymizacji przyspieszy. W ciągu sześciu miesięcy do roku, nic nie pozostanie z jego legitymacji. I w tym momencie wzrasta prawdopodobieństwo zamachu pałacowego z udziałem sił bezpieczeństwa. To samo, jeśli wybory zostaną sfałszowane. Teraz Putin, przegrywając wojnę, nie pozostawia wyborcom żadnych argumentów, dlaczego powinni go poprzeć.

Gospodarka jest złym stanie, sankcje, izolacja, poziom życia spada, a on wciąż nie może wygrać wojny, którą rozpoczął. A jego sytuacja pogorszy się, jeśli sprawy na froncie będą się dalej tak układać

Dla elit, jeśli odważą się na zamach stanu, odpowiedni moment i powód jest bardzo ważny. Jeśli zostaną dobrze wybrane, nie będzie to wyglądać na pucz, ale na próbę przywrócenia legalności. A jeśli można to pokazać w ten sposób, to niektórzy ludzie, którzy się wahają, zaczną ją wspierać. A zbliżające się wybory — ich sfałszowanie lub unieważnienie — mogą stać się taką okazją i nadać rozmach temu, o czym mówię.

I czy na ten proces może mieć wpływ znaczna porażka na froncie?

Może się też to zdarzyć po jakiejś bardzo dotkliwej klęsce na froncie. Jednak w tym przypadku ten sam zamach będzie miał łagodną formę. Jeśli mówimy o klęsce militarnej, która nie pozbawia Putina prawowitego statusu prezydenckiego, to stworzy to poczucie impasu. A elity będą próbowały znaleźć wyjście. Przyjdą do Putina ze słowami "Władimirze Władimirowiczu, więc co zrobimy? Wojna została przegrana, Haga jest niedaleko. Jaki jest plan?".

Jeśli nie zaproponuje im rozsądnego planu, a najwyraźniej jeszcze go nie ma, to zaczną się rozmowy o następcy. Będą próbowali z tego wszystkiego wyjść, żeby nie skończyć jak Ceausescu czy Milosevic. A elity mogą przekonać Putina o potrzebie pokojowego przekazania władzy. Sam Putin będzie mógł wybrać następcę, który z jednej strony będzie dążył do pokoju, a z drugiej będzie starał się płacić za niego mniejsze reparacje. A Putin może się na to zgodzić. W końcu w pewnym momencie będzie zdezorientowany.

A czy na 100 proc. przewidujesz zwycięstwo Ukrainy i upadek reżimu w Rosji?

W końcu do tego dojdzie, oczywiście. W tej kwestii wiele zależy od Zachodu: jak szybko i zdecydowanie poprą Ukrainę. Ale Ukraina wygrała już w momencie, gdy Rosjanie nie zdobyli Kijowa w ciągu trzech dni i nie osadzili tam Wiktora Janukowycza na fotelu prezydenckim. Wszystko inne jest już porażką Rosji.

W każdym scenariuszu, nawet jeśli reżim się utrzyma, gospodarka kraju będzie nadal słabnąć. Agenda informacyjna zacznie się zmieniać: bez wojny wewnętrzne problemy powrócą do ludzkich umysłów. A Putin nie ma tam żadnej karty przetargowej. Jego ocena spada od 2015 r. A po 2020 r. Rosjanie w ogóle przestali publikować rankingi wyborcze. Bez wojny wszystkie problemy wewnętrzne wysuną się na pierwszy plan.

Tylko całkowite zwycięstwo mogło uratować Putina: dotarcie do Kijowa, obalenie Zełenskiego, zainstalowanie tam własnego człowieka, aresztowanie wszystkich ukraińskich "faszystów". I tylko w ten sposób ludzie, myśląc o swoich kosztach ekonomicznych, uznaliby, że było warto. A jeśli nie ma zwycięstwa, to nie jest jasne, dlaczego to wszystko się wydarzyło. Dlaczego poświęcono tyle pieniędzy i wysiłku, aby przejąć Bachmut. Tak więc na dłuższą metę Putin wyraźnie przegrał.

Może nie wypada tak powiedzieć, bo tylu ludzi ginie na froncie, ale Ukraińcy już zasmakowali sukcesu. Czują, że tworzą się jako naród. Są na scenie, a cały świat bije im brawo na stojąco. Wcześniej w skali światowej polityki byli dość daleko. Nie każde pokolenie dostaje taką rolę. Powiedziałbym, że może się to zdarzyć raz w historii narodu. A Ukraińcy mają takie poczucie, że wytrwają do końca.

onet.pl

piątek, 26 maja 2023


Instytut publicznie wyjaśnił, że "(...) jesteśmy w stu procentach pewni, że to wszystko dotyczy wyłącznie nauk podstawowych. Materiały naszych kolegów były wielokrotnie sprawdzane przez komisję ekspertów naszej organizacji pod kątem obecności w nich zastrzeżonych informacji i takich informacji w nich nie znaleziono. Przedstawienie takich wyników nie tylko nie może zaszkodzić bezpieczeństwu naszej Ojczyzny, ale wręcz przeciwnie, podnosi prestiż rosyjskiej nauki w świecie".

Co ważne, pomimo represji, jakie w tej chwili ogarnęły całą Rosję, środowisko naukowe oficjalnie skrytykowało rosyjskie służby bezpieczeństwa. Naukowcy z ITAM przede wszystkim podali w wątpliwość ekspertyzy określające, co w publikacjach i prezentacjach naukowych było jawne, a co tajne. Stawiane są więc opinie osób, które są znanymi "ekspertami w różnych dziedzinach nauki i techniki", którzy "posiadają również duże doświadczenie w sprawach związanych z ochroną tajemnicy państwowej oraz kontrolą eksportu technologii".

Z drugiej strony, FSB przyjmuje oceny osób, które "na zlecenie śledztwa dokonały oceny naukowo-technicznej części działań naszych kolegów, i które znane są jedynie organom prowadzącym śledztwo". Naukowcy z ITAM wprost zadają pytania: "Kim są ci eksperci? Jaki jest ich poziom zawodowy? Czy są kompetentni do podejmowania decyzji, które z jednej strony wymagają najwyższych kwalifikacji, a z drugiej najbardziej odpowiedzialnego podejścia, bo ceną za najmniejszy nawet błąd w tej sprawie jest życie, wolność i godność człowieka?"

Sprawa dla rosyjskiego środowiska naukowego jest o tyle bulwersująca, że "nazwiska osób, które na zlecenie śledztwa dokonały oceny naukowo-technicznej części działań naszych kolegów, znane są jedynie organom prowadzącym śledztwo". Grozi się wprost, że takie działanie rosyjskiej bezpieki może bardzo mocno przystopować prace naukowe w Federacji Rosyjskiej.

"Z jednej strony, głównym wyznacznikiem jakości naszej pracy w ramach zadań państwowych i projektów z rosyjskich funduszy oraz resortów państwowych jest stopień, w jakim nasze wyniki są prezentowane środowisku naukowemu, w tym publikacje naukowe i prezentacje na konferencjach. Z drugiej strony, widzimy, że każdy artykuł lub raport może prowadzić do oskarżeń o zdradę stanu. To, za co dzisiaj jesteśmy nagradzani i czym dajemy przykład innym, jutro staje się powodem do wszczęcia postępowania karnego".

Jaki może być efekt takiego działania? "Brak publikacji i wystąpień na konferencjach to nie tylko niespełnienie zadania państwowej organizacji, to przyczyna gwałtownego spadku poziomu badań, którego niezbędnym warunkiem utrzymania i zwiększania jest aktywna komunikacja naukowa".

Rosyjscy naukowcy stwierdzili również, że przy takiej polityce "niemożliwe jest działanie naszego instytutu, jedynej w kraju organizacji akademickiej dysponującej rozbudowaną bazą do eksperymentalnych i numerycznych badań aerodynamicznych".

defence24.pl

czwartek, 25 maja 2023


Piotr Horki: Co wiemy o rosyjskim społeczeństwie na ponad rok od wybuchu wojny w Ukrainie?

Władimir Sorokin: Jest bierne. Problem polega na tym, że w Rosji o wszystkim decyduje "mała główka" — Moskwa. Wszyscy biernie czekają na to, co się w tej małej główce, którą na szyi nosi Władimir Putin, uroi.

Co się teraz dzieje z pana społeczeństwem?

To wielka szkoda, że w latach 90. nie udało się tak naprawdę pogrzebać zwłok Związku Radzieckiego. Ówcześni reformatorzy odsunęli go w kąt, myśląc, że sam zgnije. Ale tak się nie stało. Nie zgnił. Putinowi udało się go ożywić. Trup powstał niczym zombie — a teraz grozi całemu światu bombą atomową.

Czy uważa pan, że Rosja tylko grozi użyciem broni nuklearnej, czy rzeczywiście może to zrobić?

Rosja jest kontrolowana przez ludzi o mentalności ulicznych bandytów. Jeśli zatrzymają cię tacy nocą w bramie i będą się przechwalać, że mają nóż w kieszeni i zamierzają cię nim pociąć, to wiedz, że to tylko ich małe ego i raczej tego nie zrobią. Jeśli uliczny bandyta będzie chciał cię skrzywdzić, podejdzie do ciebie po cichu i dopiero wtedy wymierzy cios.

(...)

Wojna w Ukrainie jest początkiem końca reżimu Putina? Skąd ta nadzieja?

Opiera się ona tym, że ten reżim po prostu nie ma strategii. Wykonuje tylko pojedyncze manewry taktyczne. Reaguje na sytuacje, nie tworzy własnych. To jest jego główna cecha.

Co pan przez to rozumie?

Putin nie jest żadnym szachistą. To, co robi z Rosją, to raczej gra w warcaby.

(...)

W Ukrainie usunięto ponad sto pomników pisarza Aleksandra Puszkina.

Bardzo dobrze rozumiem ten demontaż. Odpowiada to prawom czasu wojny. Myślę, że w ten sam sposób podczas II wojny światowej Francuzi, Holendrzy czy mieszkańcy Bałkanów mówili, że już nigdy w życiu nie przeczytają Goethego. Takie są konsekwencje wojny. Pamiętam, że jakiś miesiąc po rozpoczęciu tej szalonej wojny widziałem w internecie zdjęcie z kijowskiego śmietnika, na którym leżał portret Puszkina. I myślę, że to zupełnie normalne. Kiedy wojna się skończy, relacje z rosyjską literaturą będą spokojniejsze.

Teraz często słyszę wokół siebie głosy panikujących Rosjan, którzy mówią: rosyjska kultura jest niszczona, panuje rusofobia. Uważam, że to kompletny nonsens. Rosyjska kultura nie może zostać zniszczona, ponieważ już dawno stała się częścią kultury światowej. Tołstoj, Dostojewski i Skriabin nie są autorami narodowymi, lecz światowymi. Nie są oni zagrożeni. To całkowicie normalne, że Ukraińcy reagują w ten sposób i mają do tego prawo.

onet.pl/Respekt

Tomasz Fiałkowski: Zbliża się nowe stulecie; czas kontynuować naszą rozmowę o sytuacji Polski. Chodzi mi o pański subiektywny sąd.

Stanisław Lem: Co do subiektywizmu: z pewnym zdziwieniem i bez zachwytu oglądałem olbrzymi i dość kosztowny album Sto lat Polaków, wydany nakładem firmy Philip Morris, który mi właśnie przysłano jako prezent. Znaleźć w nim można i Bieruta, i Gierka wieszającego komandorię na Breżniewie, nasz Papież natomiast zasłania sobie twarz ręką. Objaśnienie brzmi, że ma to być obraz subiektywny i posłużono się amatorskimi zdjęciami. Nadmiar subiektywizmu nie bardzo mu jednak wyszedł na dobre. A przechodząc do właściwego tematu — mówiłem już panu, że nie spodziewałem się dożyć upadku Sowietów, sądziłem bowiem, opierając się na danych CIA o udziale wydatków na zbrojenia w budżecie ZSRR, że nastąpi to później, w pierwszej ćwiartce XXI stulecia. Dane jednak były fałszywe — Rosjanie przeznaczali na zbrojenia nie 15 procent, ale ćwiartkę dochodu narodowego brutto. Siedzimy sobie tutaj w spokoju, przy herbatce z rumem, o miedzę mamy supermarket, otwarto nawet nowy kawałek autostrady… Ale nadal, czy tego chcemy, czy nie, w dużej mierze jesteśmy uzależnieni od naszego geograficznego położenia. Z jednej strony mamy Niemcy po klęsce Kohla — CDU bardzo jest teraz rozszarpywane — z drugiej Putin i rozpętana przez Rosjan krwawa awantura na Kaukazie... Rosjanie zachowywali się zrazu bardzo buńczucznie — bez względu na straty i tak dalej. Tymczasem już za zdobytymi rzekomo liniami obrony pojawili się znowu partyzanci. Obie strony produkują propagandowe wideokasety i oskarżają się wzajemnie o fałszowanie zdjęć. Pewien rosyjski generał powiedział, że wojny w Czeczenii nie można wygrać; można ją prowadzić dwa albo i pięć lat, niszcząc pomału ludzki potencjał.

W artykule dla „Tygodnika” ostrożnie zasugerowałem — nie jest to zresztą moja myśl — że jednym z powodów ataku na Czeczenię jest próba nie tyle odzyskania całego Kaukazu, ile uniemożliwienia tego, by jakiekolwiek ropociągi w tym rejonie przebiegały poza granicami państwa rosyjskiego. Jeśli wśród generałów rosyjskich są ludzie przewidujący — a generalicja ma tam teraz dużo do gadania — pewnie o tym marzą.

Otrzymałem od Jerzego Pomianowskiego pierwszy numer „Nowej Polszy”, pisma o Polsce dla Rosjan. Potrzebne było takie pismo, ale kwartalny abonament kosztuje piętnaście dolarów, kto w Rosji może sobie na to pozwolić? Jego tytuł nasunął mi przykrą myśl, że Rosjanie nie do końca jeszcze odzwyczaili się od mówienia nie tylko „nasza Kirgizja”, ale i „nasza Polsza”. Jestem w jak najlepszych stosunkach z moimi tłumaczami i agentami rosyjskimi, nie mam jednak zaufania do Rosji jako takiej. Kotłują się tam wolno pod powierzchnią nieobliczalne siły. A niestety przyszłość nasza jest nadal w trudny do określenia sposób zależna od tego, co się dzieje na wschodzie.

— Zachowanie rosyjskich elit wobec wojny w Czeczenii, także tych, co wywodzą się z kręgów dawnej opozycji, wydaje się przerażające. Choćby to, co w „Gazecie Wyborczej” powiedział Mścisław Rostropowicz: terrorystów trzeba było zgnieść, a że giną niewinni cywile — trudno.

— Rozpaczliwa historia. Sołżenicyn też uważa, że wojna jest słuszna. Czytałem z aprobatą listy ludzi, którzy protestowali przeciw nazywaniu walczących z Rosjanami Czeczeńców rebeliantami, albo nawet bandytami. Zupełnie jakby ktoś naszych partyzantów czy  powstańców nazwał rebeliantami.

Odmówiłem wypowiedzi dwóm rosyjskim gazetom, w tym „Komsomolskiej Prawdzie”, która wychodzi nadal, choć Komsomołu już nie ma. Żona krytykowała moją decyzję, uważała bowiem, że powinienem właśnie zabrać głos i powiedzieć, co sądzę o wojnie w Czeczenii. Ja jednak, po pierwsze, nie mam żadnej gwarancji, czy to, co powiem, zostanie w ogóle wydrukowane, po drugie, wiem, że nie będzie to miało żadnego wpływu na przebieg wydarzeń, a po trzecie, a może najpierwsze, głos już zabrałem. Podpisałem wspomniany już list do Rosjan w sprawie tej wojny, choć ze świadomością, że minęły czasy, kiedy każdy podpis wywoływał Bóg wie jakie reakcje. Jedna rzecz wydaje mi się smutnie charakterystyczna. Kiedy trwała wojna w Afganistanie, Amerykanie posyłali tam stingery i inną broń. Do Czeczenii nikt niczego nie posyła — że Ameryka się nie kwapi, to jeszcze rozumiem, ale że kraje muzułmańskie cicho siedzą, to zastanawiające.

A przekonany jestem, że gdy Rosjanie opanują Czeczenię, to Szewardnadze, czy jego następca, powinien mieć się na baczności, bo Gruzja czeka następna w kolejce.

Tomasz Fiałkowski Stanisław Lem - Świat na krawędzi

środa, 24 maja 2023


Jewgienij Prigożyn udzielił obszernego wywiadu prokremlowskiemu technokracie Konstantinowi Dołgowi, w którym – jak sam stwierdził – "odpowiedział na wszystkie niewygodne pytania".

O przebiegu i celach "operacji specjalnej"

W chamski sposób weszliśmy z butami do Ukrainy w poszukiwaniu nazistów. Szukając ich, zabijaliśmy każdego, kogo się dało. Zbliżyliśmy się do Kijowa — nazywam to po rosyjsku — zes…śmy się w gacie i wycofaliśmy. Dalej poszliśmy w kierunku Chersonia, tam też zes…śmy się i wycofaliśmy. Jakoś nie wszystko nam (rosyjskim wojskom — red.) wychodzi.

"Specjalną operację wojskową" zaczęliśmy w imię "denazyfikacji", a z Ukrainy zrobiliśmy naród znany na całym świecie. Są jak Grecy czy Rzymianie w czasach prosperity. Co do "demilitaryzacji" — na początku operacji specjalnej mieli około 500 czołgów, teraz mają ich pięć tysięcy.

Na początku inwazji mieli 20,4 tys. bojowników, teraz mają ich 400 tys. Jak my ich zdemilitaryzowaliśmy? Teraz okazuje się, że wyszło raczej na odwrót, że Ukrainę zmilitaryzowaliśmy.

O ukraińskiej armii

Dziś Grupa Wagnera jest najlepszą armią na świecie. Oczywiście muszę powiedzieć, dbając o poprawność, że następna w kolejności jest armia rosyjska, jednak myślę, że Ukraińcy są dziś jedną z najsilniejszych armii. Mają wysoki poziom organizacji, wysoki poziom wyszkolenia, wysoki poziom inteligencji, różne rodzaje uzbrojenia.

Używając dowolnych systemów — radzieckich lub tych z NATO — są równie skuteczni. Robią wszystko, aby osiągnąć najwyższy cel, tak jak my podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (tak Rosjanie nazywają II wojnę światową — red.).

O dzieciach rosyjskiej elity

Zięć Szojgu (minister obrony Rosji — red.) chodzi i trzęsie knykciami, a jego córka otwiera forty w Kronsztadzie. Czy zarobiłeś pieniądze na te forty? Czy wydajesz pieniądze na te forty? Wydaj je, ku...a, na amunicję (Prigożyn zwraca się do Szojgu, nawiązując do niedoborów amunicji, z którymi rzekomo zmagają się wagnerowcy — red.).

Jakiemuś p...bowi, który jest blogerem (szef Grupy Wagnera mówi o Aleksieju Stołjarowie — mężu córki ministra obrony Szojgu — red.) do tego nie podoba się operacja specjalna (rosyjskie media odkryły, że Stołjarow "polubił" serię antywojennych postów w mediach społecznościowych — red.).

To nie my wymyśliliśmy tę operację specjalną. Wzięliśmy jednak przyłbicę i stwierdziliśmy, że skoro wszystko jest w rozsypce, skoro poszliśmy wku...ć sąsiadów, to lepiej wku...ć do końca. I okazuje się, że mężczyźni walczą, a niektórzy po prostu lubią robić z siebie głupków.

Dzieci elit w najlepszym wypadku mają zamknięte gęby, a niektóre pozwalają sobie na publiczne chwalenie się ociekającym w luksusy, beztroskim życiem. Ważne jest, że nie tylko elita ma dzieci. Kiedy dzieci elit smarują się kremami i pokazują to w internecie, dzieci zwykłych ludzi rozrywane są na strzępy, a matki płaczą nad poległymi synami.

To rozwarstwienie może skończyć się jak rewolucja w 1917 r., kiedy najpierw do walki podnieśli się żołnierze, a po nich ich bliscy. Krewnych zabitych są dziesiątki tysięcy. Z pewnością będą ich setki tysięcy. Nie ma od tego ucieczki, a wszystko skończy się w mgnieniu oka nocą św. Bartłomieja (potoczne określenie rzezi na kalwinach dokonanej przez katolików w Paryżu, która miała miejsce w nocy z 23 na 24 sierpnia 1572 r. — red.).

Tuczenie dzieci elit skończy się tym, że ludzie wezmą je na widły. Polecam elitom Federacji Rosyjskiej, zbierzcie swoje pie...e dzieci, wyślijcie je na wojnę, a kiedy przyjdziecie na ich pogrzeb i zaczniecie je grzebać, ludzie powiedzą: "teraz wszystko jest w porządku".

O Grupie Wagnera

W Grupie Wagnera jest dziś sześć tysięcy ludzi, którzy są w stanie zarządzać firmą. Oznacza to, że mogą zarządzać co najmniej 600 tys. ludzi. Gdybyśmy dostali, jak prosiłem, 200 tys. ludzi, przesunęlibyśmy linię frontu o 50-150 km w różnych kierunkach, przejęlibyśmy kontrolę nad Donbasem. Jesteśmy pełnoprawną armią.

Dlaczego nam na to nie pozwolono? Stało się tak z powodu intryg, ze strachu, że gdy jakaś struktura urośnie, może zacząć dyktować warunki i przyjechać czołgami do Moskwy.

O Ministerstwie Obrony Federacji Rosyjskiej

System jest zbudowany na tym, że trzeba lizać d...ę, a w Grupie Wagnera tego nie robimy. Głównym problemem są Szojgu i Gierasimow (Szef Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej — red.). To są dwaj ludzie, którzy swoją decyzją wszystko dla nas zablokowali, pomimo oświadczenia prezydenta, że amunicja była (przeznaczona dla wagnerowców — red.).

Gdyby dziś Mizincew (rosyjski generał pułkownik — red.) został ministrem obrony, a Surowikin (rosyjski wojskowy w stopniu generała armii — red.) szefem sztabu generalnego, wtedy byłaby to normalna struktura.

Moje polityczne motto brzmi: kocham swoją ojczyznę, jestem posłuszny Putinowi, chcę pozbyć się Szojgu, będziemy walczyć dalej.

O scenariuszach przebiegu wojny

Są scenariusze optymistyczne i pesymistyczne. Nie bardzo wierzę w ten pierwszy.

Europa i Ameryka zmęczą się ukraińskim konfliktem. Chiny przyciągną wszystkich do stołu negocjacyjnego. Zgodzimy się, że to, co już zagarnęliśmy, jest nasze, a to, czego nie zagarnęliśmy, nie jest nasze. Ten scenariusz jest mało prawdopodobny.

Pesymistyczny scenariusz — Ukraińcy dostają rakiety, przygotują wojska, na pewno będą kontynuować ofensywę, spróbują kontratakować. Może ta kontrofensywa gdzieś się powiedzie, przywrócą granice z 2014 r., to może się łatwo zdarzyć. Zaatakują Krym, spróbują wysadzić most krymski, odciąć szlaki zaopatrzeniowe. Dlatego musimy przygotować się na ciężką wojnę.

O przyszłości Rosji

Jesteśmy teraz w stanie, w którym możemy po prostu roz...ć Rosję. Musimy więc wprowadzić stan wojenny, ogłosić nową falę mobilizacji, przyporządkować wszystkich do produkcji amunicji. Musimy przestać się tuczyć, przestać budować nowe drogi i nową infrastrukturę. Musimy pracować tylko na wojnę.

Rosja przez pewną liczbę lat musi żyć jak Korea Północna, zamknąć wszystkie granice, przestać być nieśmiała, zabrać całą swoją młodzież z zagranicy i ciężko pracować. Wtedy dojdziemy do jakiegoś rezultatu.

O perspektywach konfliktu nuklearnego

Podjęliśmy tę walkę. Sąsiedzi się pokłócili. Przychodzisz do sąsiada, możesz rozbić mu twarz, możesz rozbić mu naczynia. Jednak jeśli sąsiad każe ci sp...lać, a ty bierzesz siekierę i rozwalasz mu łeb, to jest to jakaś dziwna sytuacja.

Bomba atomowa to siekiera. Nie atakuje się sąsiada siekierą. Musisz być uczciwy, musisz albo skopać mu tyłek, albo przyznać się, że on skopał twój. Musisz udowodnić swoją rację na polu bitwy.

onet.pl

Siergiej Ławrow, rosyjski minister spraw zagranicznych, podczas konferencji rozbrojeniowej w Genewie, stwierdził, że Kijów dąży do pozyskania atomu. Twierdził, że to prawdziwe zagrożenie, któremu należy zapobiec. - Ukraina wciąż dysponuje sowiecką technologią i umiejętnościami dostarczenia takiej broni. Nie możemy nie zareagować na to prawdziwe zagrożenie - mówił w marcu, powielając propagandowy i nieprawdziwy przekaz Kremla. Do tematu wróciła we wtorek (23 maja) Olga Skabiejewa - podaje agencja UNIAN. - Po pierwsze mamy kwestię transferu do Ukrainy broni jądrowej, postawmy tu kreskę raz na zawsze, taka sytuacja nie wchodzi w grę, to jest po prostu niemożliwe. Nie warto nawet się nad tym rozwodzić - powiedział propagandystce jeden z gości.

Słowa eksperta okazały się punktem zapalnym. Uruchomiły Skabiejewą, która zaczęła wyliczać, ile scenariuszy miało być "niemożliwych". - A wojownicy? A HIMARS-y? A artyleria? A Storm Shadow (pocisk manewrujący dalekiego zasięgu o niskiej wykrywalności - red.)? Atak na Biełgorod - też wydawał się niemożliwym jeszcze do przedwczoraj - wykrzyczała. Przypomnijmy, Ukraina oficjalnie nie posiada broni atomowej od początku lat 90. XX wieku, gdy na mocy porozumień międzynarodowych zgodziła się oddać ją Rosji.

gazeta.pl

wtorek, 23 maja 2023


– Właśnie coś strasznie wybuchło nad moją głową, jesteśmy po prostu w szoku. My oczywiście mamy piwnicę w domu, jak coś, to do niej zejdziemy. Nasze czołgi są wszędzie, nadchodzi pomoc.

Przedarli się przez granicę w Dronowce. W biełgorodzkich kanałach w Telegramie piszą, że zajęli wieś Głotowo. Trwa ewakuacja mieszkańców, zajęli tam dom kultury. Nie wiem co tam się teraz dzieje: to było między dwunastą trzydzieści a pierwszą. O godzinie drugiej [rajd przez terytorium Federacji Rosyjskiej] potwierdził [gubernator Wiaczesław] Gładkow, choć początkowo mówiono, że to fejk. Jaki fejk! Pracuję w Centralnym Szpitalu Rejonowym w Grajworonie. Od dziewiątej rano obserwujemy, jak rozpoczął się ostrzał w Gołowczynie. Mamuśka stamtąd była u nas na USG. Ona i nasz lekarz otrzymali SMS-a o ostrzale.

Potem kazano nam zejść do piwnic, jako do schronu przeciwlotniczego. Zaczął unosić się zapach podobny do dichlorfosu i spalenizny. Dymiło. Coś się paliło — benzyna, ropa, olej napędowy. W naszym szpitalu było czuć. Kłamali, że to farba. Ale to nie farba, znam jej zapach.

Wypuścili nas z Centralnego Szpitala Rejonowego, powiedzieli: „Uciekajcie do domów”. Pobiegłam. Obok szpitala jest Park Troicki, tam stało wojsko. Teraz czołgi jeżdżą po wszystkich ulicach. U moich krewnych w Grajworonie spadły fragmenty jakiegoś drona, zestrzelonego przez obronę przeciwlotniczą.

W domu co trzy minuty słyszałam wybuchy. Rozmawiałam z lekarzem i nawet zerwało nam się połączenie: może dlatego, że mam starego iPhone’a — amerykańskiego.

Jest dwóch rannych: jeden w ciężkim stanie, drugi w średnim. Osobiście go nie widziałam, ale wiem z sieci społecznościowych i od mieszkańców. Ale wybuchy sama słyszę. To straszne, straszne! Daj Boże, żeby piwnica nas uratowała, żebyśmy zdążyli się tam schować, dobiec do niej.

Oczywiście piszą o wyłomach w granicy, że ci sabotażyści przedostali się do Dronowki, Głotowa i Kozinki. Moim zdaniem ostrzelano też urząd celny. Znowu walą! Aż budynki chodzą, szyby drżą. Nie możemy otwierać okien. W internecie piszą (ale może to fejk), że ​​w jednostce wojskowej w Antonowce doszło do wybuchu [amunicji] i mogą być wyziewy.

Proszę posłuchać, zaraz wyjdę na ulicę — jak mnie zabiją, to trudno. Proszę posłuchać [Słychać odgłosy eksplozji]. Stoję przed swoim domem. To niedopuszczalne! Ja wszystko rozumiem, że trwają działania wojenne, specjalna operacja wojskowa [inwazja Rosji na Ukrainę], ale przecież swoich się nie porzuca! Oczywiście ludzie są w koszmarnym stanie. Szkoda wojskowych i cywili.

Wczoraj o 23.00 w sieciach społecznościowych podali, że spłonął gmach administracji w Gołowczynie, a dziś zapytaliśmy w pracy o to mieszkańców. Oni widzieli ten budynek. Teraz nie wiadomo, gdzie spadają te pociski. Możliwe, że strąca je obrona przeciwlotnicza. O, znowu walą! To nie jest normalne. To się nie zdarza. Chociaż nie, zdarza się — na terytorium Ukrainy, a na terytorium Rosji tak być nie powinno. To jakiś dom wariatów.

W samym Grajworonie jest teraz bardzo głośno. Jesteśmy siedem kilometrów od granicy. Nie może być tak głośno.

Wysłali nas do domów. Wszystkie instytucje są zamknięte. Sklepy Magnit pozamykali. Wszyscy są albo w domach, albo w piwnicach. Cały Grajworon i pobliskie wioski.

Głośno jest nie tylko tutaj: w Biełgorodzie, Briańsku i innych obszarach przygranicznych. Mszczą się na nas. Wiemy za co. Ale choćby nas mieli rozszarpać, nigdzie stąd nie pójdziemy. Powinniśmy zlikwidować wroga na granicy.

Jesteśmy w Federacji Rosyjskiej, na własnej ziemi. Tu się urodziliśmy i tu umrzemy. I nie trzeba proponować nam wyjazdu gdzieś: niech zapewnią nam ochronę, a nie mówią, żebyśmy gdzieś zniknęli. Nie po to wspieramy specjalną operację wojskową [inwazję Rosji na Ukrainę], żeby stąd wyjeżdżać, opuszczać swoje domy, żeby nas zabijali, a domy burzyli. Ludzie już wariują, są wściekli. Prosimy Federację Rosyjską, aby nas chroniła, a nie tylko milczała.

To okrutne i nieludzkie wobec mieszkańców swojego państwa. Czasami wydaje się, że nikt nas nie potrzebuje: ratuj się tak, jak umiesz! Przydaliby się nam tu wagnerowcy, którzy by nas obronili. Chłopaki tu oczywiście walczą. I znam kilku strażników granicznych, którzy opowiadają, co się dzieje. Gwardia Narodowa i wszystkie służby walczą na ura!

Wyje syrena, słyszycie? Komu jesteśmy potrzebni? Kto nam powie? Przyjmowaliśmy uchodźców, żeby znaleźli schronienie. Przyjechali mieszkańcy Biełgorodu z Charkowa — na Majakowskiego w Biełgorodzie ich zabiło. Po co? Droga do Biełgorodu jest bombardowana, gdzie jechać? Oczywiście, pomagamy już przecież naszym terytoriom — Ługańskiej Republice Ludowej, Donieckiej Republice Ludowej. Bardzo im współczujemy. Ale my zawsze byliśmy terytorium Rosji. Za co nas to spotkało? Oczywiście, potrzebne są bardziej drastyczne działania. Brakuje Stalina.

Mój znajomy, przyjaciel krewnego, postanowił wyjechać [z rajonu grajworońskiego], więc wrócił po dokumenty do wsi Głotowo. Właśnie tam, gdzie polują dywersanci. To wszystko nie jest fejkiem. Wrócił, dywersanci go zatrzymali, wpadł w ich łapy. Zabrali mu samochód, laptop, dowód i paszport. Ostatecznie nie dojechał do domu, żeby zabrać dokumenty. Był duchownym w cerkwi. Nie wiem, czy miał na sobie sutannę. Wypuścili go, może modlitwa pomogła. Kazali mu uciekać. 

No, więc uciekał krzakami, drogami, chował się. Uciekając, widział jeszcze inne potłuczone, rozstrzelane samochody. Ktoś go podwiózł i przyjechał do moich krewnych, a potem już razem wyjechali do Biełgorodu. Tak się uratował, ale zabrali mu samochód. Dywersantów w Głotowie było 80, ktoś z nich już odjechał, ktoś został. Teraz trwają tam walki.

vot-tak.tv/belsat.eu

Jak informuje CNN, do ataku w południowo-zachodnim regionie Biełgorodu przyznała się grupa antyputinowskich Rosjan sprzymierzonych z ukraińską armią. Według gubernatora rosyjskiego regionu co najmniej osiem osób zostało rannych przez działania podjęte przez ukraińską grupę "sabotażową". Natomiast ukraiński urzędnik powiedział, że grupa składa się z obywateli Rosji i podkreślił, że działają niezależnie.

W niedzielę w obwodzie biełgorodzkim wprowadzono stan "operacji antyterrorystycznej". Miało to związek z wkroczeniem na terytorium Federacji Rosyjskiej antyputinowskich oddziałów partyzanckich i trwającymi od rana walkami. Według rosyjskich serwisów internetowych Baza i Shota, po obu stronach byli zabici i ranni. 

Rosyjskie władze wydały komunikat, w którym przekazano, że "w celu zapewnienia bezpieczeństwa obywatelom w regionie Biełgorodu wprowadzono reżim operacji antyterrorystycznej, który ustanawia specjalne środki i tymczasowe ograniczenia. Począwszy od sprawdzenia dokumentów tożsamości, a skończywszy na zawieszeniu działalności branż i organizacji, które używają materiałów wybuchowych, substancji radioaktywnych, chemicznie i biologicznie niebezpiecznych". W sieci pojawiły się między innymi nagrania rosyjskiego śmigłowca Mi-8, który miał rozbić się w miejscowości Prochorowka w obwodzie biełgorodzkim.

Wśród mieszkańców obwodu wybuchła panika. Korespondent Kyiv Post, Jason Smart informował, że podczas masowej ewakuacji, sznury aut ustawiały się w kolejce, aby opuścić Biełgorod. Rosjanie mogli usłyszeć taki komunikat w radiu: "Mieszkańcy Biełgorodu, wzywamy was do szybkiej ewakuacji. Pozostanie w Biełgorodzie nie jest bezpieczne. Biełgorod będzie wolny". Rosyjskie media przekazały, że władze pomagały mieszkańcom Grajworonu opuścić terytorium. "Sytuacja w dzielnicy miejskiej Grajworon pozostaje napięta, na teren wkroczyła grupa sabotażowo-zwiadowcza. (...) Większość ludzi opuściła teren. Tym, którzy nie mają możliwości, pomagamy własnym transportem, ci, którzy mają taką możliwość, wyjeżdżają własnym transportem" - przekazał gubernator obwodu biełgorodzkiego Wiaczesław Gładkow. W sieci pojawiły się nagrania z ewakuacji ludności.

gazeta.pl

poniedziałek, 22 maja 2023


Elementy ogólnorosyjskiego proukraińskiego Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego (RDK) i Legionu Wolności Rosji (LSR) przeprowadziły nalot na obwód biełgorodzki 22 maja. Rosyjskie źródła zaczęły donosić rankiem 22 maja, że ​​oddział RDK i LSR składający się z dwóch czołgów, transportera opancerzonego i dziewięciu innych pojazdów opancerzonych przekroczył granicę międzynarodową i zajął osadę Kozinka w regionie Grayvoron w obwodzie biełgorodzkim w promieniu 600 metrów od granicy z obwodem sumskim[1]. Kilka źródeł rosyjskich twierdziło, że ugrupowanie zajęło następnie osady Głotowo i Góra Podol (odpowiednio 3 km i 5 km od granicy), chociaż niektórzy milbloggerzy kwestionowali twierdzenia, że ​​atak całkowicie zajął Głotowo lub Górę Podol, zamiast tego donosili, że siły RDK dotarły tylko do Głotowski Dom Kultury.[2] ISW nie zaobserwował jeszcze geolokalizacyjnego potwierdzenia, że ​​RDK lub LSR dotarły do ​​Głotowa lub Góry Podol.

(...)

Rosyjska przestrzeń informacyjna zareagowała z podobnym stopniem paniki, frakcyjności i niespójności, jak zwykle, gdy doświadcza znaczących szoków informacyjnych. Niektórzy milbloggerzy skupili się na fakcie, że RDK i LSR składają się głównie z Rosjan i nazwali ich zdrajcami Rosji, bezpodstawnie oskarżając ich o współpracę z GUR. Kilku blogerów dodatkowo spekulowało, że atak był celową operacją informacyjną mającą na celu odwrócenie uwagi od niedawnego rosyjskiego schwytania Bachmutu i zasianie paniki w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej przed potencjalną ukraińską kontrofensywą. Były rosyjski oficer i zagorzały nacjonalistyczny bloger Igor Girkin zauważył, że od dawna ostrzegał, że takie transgraniczne naloty mogą być częścią szerszej ukraińskiej strategii kontrofensywy. Finansista Grupy Wagnera, Jewgienij Prigożyn, wykorzystał incydent, aby oskarżyć rosyjski rząd i jego biurokratyczną inercję o przyczynienie się do ataku i skrytykował rosyjskie MON za niezdolność do wzmocnienia rosyjskich granic i obrony Rosji. Pierwsza zaobserwowana linia rosyjskich fortyfikacji obronnych biegnie w szczególności 2 km przed Górą Podol, a sugestia, że ​​siłom RDK udało się przebić linię obronną, podkreśla słabość takich fortyfikacji, przynajmniej wtedy, gdy nie są one w pełni obsadzone przez dobrze przygotowanych i dobrze wyposażonych żołnierzy. Podczas gdy większość milbloggerów reagowała z relatywnie zróżnicowanym niepokojem, niepokojem i złością, przestrzeń informacyjna nie skupiła się wokół jednej spójnej odpowiedzi, co wskazuje przede wszystkim na to, że atak zaskoczył rosyjskich komentatorów.

understandingwar.org

niedziela, 21 maja 2023


"Nasze wojska wzięły miasto w półokrążenie, co daje nam możliwość zniszczenia wroga. Dlatego wróg musi się bronić w kontrolowanej przez siebie części miasta"- napisała Hanna Malar. Jak dodaje, oznacza to postęp wojsk ukraińskich na przedmieściach, co bardzo utrudnia wrogowi pozostanie w Bachmucie.

"Nasi obrońcy utrzymują kontrolę nad obiektami przemysłowymi i infrastrukturalnymi oraz sektorem prywatnym Bachmutu w dzielnicy "Litak"- informuje we wpisie na Telegramie ukraińska wiceminister obrony.

(...)

Szef Grupy Wagnera Jewgienij Prigożyn w sobotę informował o przejęciu kontroli nad Bachmutem. Prigożyn opublikował w mediach społecznościowych nagranie, w którym twierdzi, że miasto zostało zdobyte i że zostanie do 25 maja przekazane armii rosyjskiej. Informacje w niedzielę potwierdził Kreml.

"W wyniku ofensywnych działań dywizjonów szturmowych Wagnera, przy wsparciu artylerii i lotnictwa Południowej Grupy Wojsk, na taktycznym kierunku wyzwolenie miasta Artemowsk zostało zakończone" – poinformowało rosyjskie ministerstwo obrony, które cytuje TASS.

''Ogłoszone przez Prigożyna zwycięstwo nad [...] obszarami Bachmutu jest czysto symboliczne, nawet jeśli jest prawdziwe. Kilka ostatnich bloków miejskich wschodniego Bachmutu, które - jak twierdzi Prigożyn - zostały zdobyte przez siły Grupy Wagnera, nie mają znaczenia taktycznego ani operacyjnego. Ich przejęcie nie daje siłom rosyjskim operacyjnie znaczącego terytorium do kontynuowania operacji ofensywnych, ani żadnej szczególnie silnej pozycji, z której można by bronić się przed ewentualnymi ukraińskimi kontratakami" - czytamy w codziennym raporcie Instytutu Studiów nad Wojną. Zdaniem analityków amerykańskiego think tanku siły rosyjskie są zbyt osłabione, by realizować cel wyznaczony w styczniu - prowadzenie dalszych działań ofensywnych i osiągnięcie granic obwodu donieckiego.

gazeta.pl

sobota, 20 maja 2023


- Regularne oddziały armii rosyjskiej - to amatorzy. Przypomnę, że "druga armia świata" składa się w 90 proc. z poborowych, więc jakość ich działania jest bardzo wątpliwa. Na front trafiają właściwie świeżo zmobilizowani ludzie, którzy nie mają pojęcia ani dlaczego tam są, ani co robią – mówi Koreń. Przypomina, że na początku inwazji na pełną skalę Rosjanie wysyłali na Ukrainę oddziały zawodowych żołnierzy. - Po ponad roku wojny widać, że niewiele z nich zostało – dodaje.

Wyjaśnia, że taktyka armii rosyjskiej nie należy do skomplikowanych. Jak mówi, na pierwszy ogień Rosjanie "wypychają" poborowych. - Wysyłają ich na pewną śmierć licząc na to, że napierająca masa osłabi naszą linię. Za nimi idą zawodowi żołnierze, ale jest ich zdecydowanie za mało, by zadać nam znaczący cios – podkreśla.

Zdaniem Kornia Rosjanie nieefektywnie wykorzystują swoje zasoby. Zauważa on, że rosyjska taktyka spalonej ziemi wymaga ogromnych nakładów finansowych.

- Zrównanie z ziemią całego miasta, to ogromny koszt, bo artyleria działa właściwie bez przerwy. Oprócz tego niszcząc budynki odbierają sobie możliwość ukrycia się. To działa w obie strony: oni widzą nas, ale my ich również – mówi. I dodaje, że większość żołnierzy rosyjskich nie potrafi posługiwać się sprzętem, który w efekcie często przejmują wojska ukraińskie.

Jak mówi, Rosjanie nie mają już żadnej motywacji do walki. - Na początku wojny kradli, rabowali i myśleli, że coś zyskają. Z terenów okupowanych wywieźli już wszystkie telewizory, dywany i klozety. Teraz stacjonują na zielonych rubieżach, których nie da się ograbić - podkreśla. Motywacją nie są też pieniądze, bo jak wynika z informacji ukraińskiego wywiadu, większość rosyjskich poborowych od miesięcy nie dostaje żołdu. - Chcą już tylko przeżyć. Wiedzą, że po naszej stronie czeka ich śmierć – zaznacza Koreń.

onet.pl

piątek, 19 maja 2023


Oddziały ukraińskie kontynuują działania zaczepne na zachód od Bachmutu. Głównym ogniskiem walk są wzgórza pomiędzy Iwaniwśkem a Kliszczijiwką, gdzie Rosjanie są powoli wypierani w kierunku tej drugiej miejscowości, zdobytej przez nich przed czterema miesiącami. Ukraińcy atakują także na 10-kilometrowej linii frontu przebiegającej od Orichowa-Wasyliwki do Chromowego. Postępy terenowe są niewielkie, średnio po kilkaset metrów na dobę, przy czym oddziały rosyjskiej armii regularnej podejmują walkę i – poza pojedynczymi przypadkami – nie wykazują paniki oraz nie porzucają swoich pozycji. Równolegle na zachodnich obrzeżach Bachmutu oddziały szturmowe Grupy Wagnera próbują zdobyć ostatnie ukraińskie punkty oporu (szacuje się, że pod kontrolą obrońców znajduje się zaledwie skrawek powierzchni miasta). Na pozostałych odcinkach frontu trwają starcia o charakterze lokalnym. W ostatnich dniach nie notowano też wprowadzenia do walki przez żadną ze stron operacyjnych czy strategicznych rezerw. Jednocześnie według rosyjskich półoficjalnych kanałów wojskowych (tzw. korespondentów wojennych) w maju w obwodach zaporoskim i dniepropetrowskim doszło do skoncentrowania dwóch ukraińskich korpusów (9. i 10.). Sformowano je jeszcze w zimie, a wchodzące w ich skład brygady przeszły szkolenie na ukraińskich i zagranicznych poligonach i w znacznym stopniu wyposażono je w ciężki sprzęt produkcji zachodniej.

Głośnym echem odbiły się w mediach wydarzenia z nocy z 15 na 16 maja, kiedy to Rosjanie zaatakowali Kijów m.in. pociskami hipersonicznymi Kindżał, które przed wybuchem wojny były przedstawiane przez ich propagandę jako broń zdolna do przełamania każdego systemu przeciwrakietowego na świecie. Jak informowały ukraińskie i zachodnie media, doszło do nieznacznego uszkodzenia elementów broniącego Kijowa systemu Patriot, czego przyczyną były spadające części zestrzelonych rakiet. Według oświadczenia Departamentu Obrony USA uszkodzenia te udało się szybko naprawić, bez konieczności wywożenia sprzętu za granicę.

W ciągu ostatnich dwóch dób Rosjanie kontynuowali intensywne ataki na tyły ukraińskie, używając w tym celu różnych kombinacji rakiet i dronów kamikadze. W nocy z 16 na 17 maja co najmniej dwie rakiety typu Kalibr trafiły w obiekty w Mikołajowie. Według strony ukraińskiej zniszczona została infrastruktura cywilna, zaś według strony rosyjskiej – magazyny amunicji położone na terenie zakładów przemysłowych. Zgodnie z komunikatem ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych w nocy z 17 na 18 maja Rosjanie wystrzelili 30 rakiet (6 typu Kalibr, 22 pociski manewrujące Ch-101/Ch-555, 2 rakiety Iskander-K), z czego 29 zestrzelono, a jeden pocisk Ch-101/Ch-555 trafił w cel w obwodzie chmielnickim. Ponadto, w wyniku upadku zestrzelonej rakiety, miało dojść do zniszczenia „obiektu przemysłowego” w Odessie. Z kolei w nocy z 18 na 19 maja ukraińska obrona przeciwlotnicza zadeklarowała unieszkodliwienie 16 z 22 dronów kamikadze Shahed-136/131 oraz trzech z sześciu wystrzelonych pocisków Kalibr. Po raz kolejny 100-procentową skutecznością miała się według strony ukraińskiej wykazać obrona powietrzna Kijowa. Rosjanom udało się natomiast trafić w obiekty w Krzywym Rogu.

Poza kierowaniem dronów kamikadze i rakiet w cele położone na głębokich tyłach ukraińskich wojsk agresor cały czas atakuje miejscowości w strefie przyfrontowej – za pomocą bomb kierowanych, wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych Smiercz oraz rakiet S-300. W ostatnich dniach głównymi celami były miejscowości położone na zapleczu frontu w Donbasie (na czele z Konstantynówką) oraz Chersoń i okoliczne wsie.

18 maja Norwegia ogłosiła, że dostarczy Ukrainie trzy radary artyleryjskie ARTHUR oraz przekaże Wielkiej Brytanii osiem wycofanych z użytku wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych w starszej wersji M270, które nie dają możliwości strzelania amunicją precyzyjną (GMLRS). Dzięki temu Londyn będzie mógł odstąpić Ukrainie swoje nowsze wyrzutnie M270A1 bez utraty własnych zdolności (pojazdy norweskie zostaną w przyszłości zmodernizowane). Na tej samej zasadzie w 2022 r. Kijów otrzymał już od Wielkiej Brytanii trzy wyrzutnie M270A1.

Według agencji Reuters administracja Joego Bidena miała pomylić się przy wyliczaniu wartości dostarczanej Ukrainie pomocy wojskowej, co skutkowało jej zawyżeniem o ponad 3 mld dolarów. Sprawa dotyczy głównie uzbrojenia i sprzętu wojskowego pobieranego z jednostek wojskowych w ramach Presidential Drawdown Authority. Oznacza to, że prezydentowi USA pozostało do rozdysponowania w obecnym budżecie więcej środków finansowych na pomoc wojskową dla Ukrainy.

Belgia i Holandia zaoferowały Wielkiej Brytanii pomoc przy szkoleniu ukraińskich pilotów na samoloty F-16, odrzuciły natomiast możliwość przekazania Kijowowi własnych maszyn. Z kolei Siły Powietrzne USA, po przetestowaniu dwóch doświadczonych ukraińskich pilotów (Su-27 i MiG-29), ustaliły, że czas przygotowania ich do sterowania myśliwcami F-16 może – po odpowiednim okrojeniu szkolenia – wynosić zaledwie 17 tygodni, a nie, jak wcześniej zakładano, 18 miesięcy.

Wzmożone ataki rakietowe na Kijów postawiły na porządku dziennym kwestię zagrożenia, jakie rodzą sposoby pozyskiwania przez Rosjan informacji natury wojskowej. 17 maja Służba Bezpieczeństwa Ukrainy zatrzymała sześć osób, które w sieciach społecznościowych relacjonowały na żywo aktywność obrony powietrznej podczas ataków na stolicę, ujawniając przy tym lokalizację i specyfikę działania ukraińskiej obrony powietrznej. Ponadto SBU poleciła władzom lokalnym wyłączenie kamer monitoringu miejskiego ze względu na powtarzające się próby uzyskania dostępu do systemu przez rosyjskich hakerów. Dowódca Sił Powietrznych Ukrainy Jurij Ihnat przyznał, że trudno jest zapewnić bezpieczne funkcjonowanie monitoringu obiektów handlowych, stacji benzynowych czy budynków mieszkalnych. Zaapelował, aby mieszkańcy przestrzegali zaleceń władz i nie publikowali informacji o aktywności sił ukraińskich. Sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy Ołeksij Daniłow przypomniał, że takie osoby będą pociągane do odpowiedzialności karnej.

Szef ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR) Kyryło Budanow stwierdził 16 maja, że w jego ocenie siły wroga utraciły zdolność prowadzenia poważnych działań ofensywnych, posiadają jednak dobrze rozbudowane pozycje obronne. Dodał, że agresor zaangażował do działań zbrojnych ok. 370 tys. żołnierzy, ponad 20 tys. ludzi z Gwardii Narodowej i ok. 7 tys. osób z różnego rodzaju formacji paramilitarnych. Dzień później Budanow odniósł się do swojej kontrowersyjnej wypowiedzi, że Rosjanie będą zabijani w każdym zakątku świata. Stwierdził, że media przekazały ją nieprecyzyjnie. W rzeczywistości, mówiąc o „likwidacji”, odnosił się do zbrodniarzy wojennych, a nie wszystkich Rosjan.

16 maja Ukraina oficjalnie stała się pełnoprawnym członkiem Centrum Doskonalenia Cyberobrony NATO (CCDCOE) w Tallinnie. Decyzję o jej przyjęciu podjęło 27 państw NATO jeszcze w marcu 2022 r. Centrum jest akredytowaną przy NATO instytucją analityczną zajmującą się kwestiami bezpieczeństwa cybernetycznego.

17 maja przedstawiciel Białorusi w ONZ Walancin Rybakou oświadczył, że jak dotąd Rosja nie dostarczyła Mińskowi taktycznej broni jądrowej. Podkreślił, że jeśli jakakolwiek decyzja w tej sprawie zostanie podjęta, to będzie to „decyzja rządu Białorusi, a nie jakiegokolwiek innego państwa”. Z kolei niezależne media białoruskie potwierdziły, że na głównych drogach w pobliżu granicy Białorusi z Ukrainą rozmieszczono przeciwczołgowe zapory inżynieryjne. Jedna z linii umocnień znajduje się na autostradzie M8, 10 km na południe od Homla. Tego samego dnia z lotniska pod Baranowiczami Rosjanie przebazowali na lotnisko Maczuliszczy – bliżej granicy z Ukrainą – osiem myśliwców Su-34 i dwa Su-30.

18 maja władze okupacyjne na Krymie potwierdziły przypadki ukraińskiej dywersji. W wyniku zniszczenia przy użyciu ładunku wybuchowego torowiska w rejonie Symferopola wykoleił się skład przewożący zboże. Dzień później ukraiński dron przeciął przewody energetyczne, które spadły na tory w okolicy miasta Dżankoj. Przedstawiciel HUR Andrij Jusow wskazał, że szlakami kolejowymi transportuje się broń, amunicję, pojazdy opancerzone i inne środki wykorzystywane do okupowania terytoriów południowej Ukrainy. W ocenie brytyjskiego wywiadu wojskowego niszczenie linii kolejowych na Krymie może zakłócić dostawy pocisków Kalibr do bazy Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu.

Komentarz

Trwające od 10 dni ukraińskie działania zaczepne pod Bachmutem mają ograniczony charakter i są realizowane przez brygady walczące w tym rejonie od co najmniej paru tygodni, bez zaangażowania odwodów operacyjnych czy strategicznych. Ukraińcy przejęli inicjatywę dzięki postępującemu osłabieniu Grupy Wagnera, wynikającemu z ponoszonych strat oraz zwolnienia z jej szeregów kryminalistów, którzy odsłużyli sześć miesięcy i – zgodnie z zapisem w kontrakcie – uzyskali wolność. Obrońcy wykorzystują także zamieszanie wywołane przekazaniem przez wagnerowców kolejnych odcinków frontu oddziałom armii regularnej. Działaniom ukraińskim sprzyja otwarty konflikt pomiędzy Jewgienijem Prigożynem a kierownictwem Ministerstwa Obrony FR. Jak się wydaje, celem ukraińskiej operacji jest obecnie związanie jak największych sił przeciwnika w rejonie Bachmutu poprzez atakowanie oddziałów Grupy Wagnera na wzgórzach wokół miasta.

osw.waw.pl