piątek, 31 marca 2023



Jak twierdzą autorzy listu opublikowanego na stronach ośrodka Future of Life Institute, zaawansowana sztuczna inteligencja może stanowić "głęboką zmianę w historii życia na Ziemi" i do jej rozwoju powinno się podchodzić z ostrożnością.

"Niestety, do tego poziomu planowania i zarządzania nie dochodzi, mimo że w ostatnich miesiącach widzieliśmy laboratoria AI zaangażowane w niekontrolowany wyścig, by rozwijać i wdrażać coraz potężniejsze cyfrowe umysły, których nikt - w tym nawet ich twórcy - nie potrafi zrozumieć, przewidzieć, czy porządnie kontrolować" - czytamy w liście.

(...)

Wzywają przy tym do sześciomiesięcznej przerwy w trenowaniu systemów przewyższających wypuszczony niedawno przez firmę OpenAI GPT-4, który m.in. zdolny jest do zdawania testów różnego rodzaju na poziomie zbliżonym do najlepszych zdających ludzi. Apelują też o wdrożenie kompleksowych rządowych regulacji i nadzoru nad nowymi modelami.

bankier.pl


W XXX debacie "Strategie rynkowe TFI" zorganizowanej przez PAP Biznes udział wzięli przedstawiciele Eques Investment TFI, Opoka TFI, Pekao TFI, TFI PZU oraz Skarbiec TFI.

"Chinami interesują się wszyscy. Skutki otwarcia chińskiej gospodarki są trudne do przewidzenia, bo z jednej strony powszechnie większość inwestorów oczekuje, że to przyniesie ożywienie dla sektora przemysłowego zarówno w Chinach, jak i na świecie. Wydaje się również, że otwarcie powinno działać proinflacyjnie, ponieważ rośnie presja na surowce i towary w związku ze zwiększeniem produkcji i konsumpcji ze względu na zakończenie lockdown’u" - powiedział Prezes Zarządu Eques Investment TFI, Tomasz Korab.

"5 proc. wzrostu PKB, biorąc pod uwagę chińskie standardy i to czego Chińczycy oczekują, to nie jest dużo, ale czy to będzie 5 proc. czy 4,5 proc., ma chyba drugorzędne znaczenie, bowiem najważniejszym pytaniem jest, co będzie się działo w perspektywie długoterminowej, a kluczowe mogą się okazać ostatnio publikowane dane dotyczące chińskiej demografii" - dodał.

Podobny pogląd względem prognozowanego wzrostu gospodarczego Chin miał wiceprezes TFI PZU, Piotr Dmuchowski, który zakłada, że taki scenariusz się nie sprawdzi.

"Po otwarciu Chin widać, że systemowe problemy są dużo głębsze niż się wydawało. Z naszej perspektywy, szczególnie krajów Europy Zachodniej prognozowany na ok. 5 proc. wzrost PKB jest dynamiczny, ale mówimy o gospodarce, która przez ostatnie lata działała na sterydach – jest przyzwyczajona do dynamicznego wzrostu, który ukrywał wiele systemowych problemów. Chiny poza demografią mają duże problemy z systemem finansowym. Dlatego scenariusz, w którym Chiny miały uratować świat przed recesją, odchodzi w zapomnienie" - powiedział Dmuchowski.

Z kolei prezes Opoka TFI, Tomasz Tarczyński wskazywał, że otwarcie chińskiej gospodarki, nie zmieni diametralnie sytuacji na rynku surowcowym.

"Otwarcie chińskiej gospodarki nie zmienia naszego podejścia do rynków surowców. Od dłuższego czasu wydaje nam się, że początek wojny na Ukrainie był zwieńczeniem trendu na surowce, który trwał od 2020 roku. Surowce, jako klasa aktywów muszą trochę odpocząć i to się dokonuje, aczkolwiek - w naszej opinii - ten proces jest już zaawansowany. Patrząc chociażby na ropę, wydaje się, że korekta spadkowa, która trwa od ubiegłego roku, zbliża się do końca" - powiedział Tarczyński.

Dyrektor Zespołu Zarządzania Akcjami Rynku Krajowego w Pekao TFI, Piotr Grzeliński powiedział, że zagrożenie na rynku surowców mogą przynieść napięcia na linii Izrael - Iran - USA.

"Istotny wpływ na ryzyka geopolityczne w następnym czasie mogą mieć napięcia na linii Izrael - Iran - Stany Zjednoczone. Ostatnio pojawiły się informacje, że Iran na nowo zaczął wzbogacać uran do poziomów, które umożliwią budowę broni atomowej. To może spowodować, że napięcie połączone z reakcją w postaci nakładania sankcji, wzrośnie, co z kolei może mieć potencjalnie wpływ na ceny ropy naftowej i znowu możemy znaleźć się w sytuacji, w której inflacja o charakterze podażowym będzie nabierała na sile" - powiedział Grzeliński.

Według Radosława Cholewińskiego, członka zarządu Skarbiec TFI, istnieje ryzyko, że Chiny będą chciały wejść ma ścieżkę kolizyjną z rynkami zachodnimi.

"Napięcia geopolityczne związane z Chinami - niektórzy komentatorzy podnoszą argument, że długoterminowe tendencje gospodarcze powodują, że Chiny będą chciały stanąć do konfrontacji z rynkami zachodnimi i musimy mieć to ryzyko na radarze" - powiedział.

Odmiennego zdania był Tomasz Tarczyński, który wskazywał, że Chiny nie mają żadnego interesu w zaostrzaniu relacji z zachodem.

"Chiny robią wszystko, żeby nie wejść w kurs kolizyjny i przyjmują wszystkie ciosy, które Amerykanie zadają im na polu technologii i nie odpowiadają. Zresztą Europa Zachodnia stara się jak może, żeby nawiązać z Chinami relacje. Co ważne, patrząc na to, co się dzieje można również odnieść wrażenie, że Chiny obecnie wasalizują Rosję i robią sobie z niej zaplecze surowcowe" - powiedział Tarczyński. 

PAP


Epopeja pt. "Musk zarządza Twitterem" trwa w najlepsze. Okazało się, że jego pomysły walnie przyczyniły się do spadku wartości platformy. Nic dziwnego. Zdaje się, że postawił sobie za cel udowodnienie wszystkim, że zmuszanie go do finalizacji transakcji było złym pomysłem. Masowo zwalniał pracowników, wprowadził opłatę za "niebieski znaczek" - każdy mógł go sobie kupić - a więc pojawiła się masa fałszywych kont podających fałszywe informacje, które spowodowały niestety prawdziwe tąpnięcia na kursach akcji prawdziwych spółek.

W międzyczasie poprosił część dopiero co zwolnionych osób o powrót. Wraz z nimi na Twittera wrócił zablokowany wcześniej Donald Trump. Do jeszcze trwających na swoich stanowiskach wysłał maila z ultimatum: "albo będziecie pracować ciężej, albo zostaniecie bez pracy". To oczywiście nie spotkało się z dobrym przyjęciem i ruszył prawdziwy exodus pracowników. W konsekwencji systemy, na których oparta była platforma, zaczęły trząść się w posadach.

Teraz okazało się, że Twitter wart jest połowę tego, co zapłacił za niego multimiliarder. Oszacowanie jego wartości zostało oparte na ofercie Muska dotyczącej dotacji dla pracowników. Ale dyrektor generalny nic sobie z tego nie robi. Co więcej, ma dość huczne plany. - Widzę wyraźną, choć trudną, ścieżkę prowadzącą do sukcesu - do wyceny 250 mld dolarów - zapowiedział Musk. To oznaczałoby ponad 10-krotny wzrost obecnej wyceny Twittera. 

BBC News poprosiło o komentarz w tej sprawie biuro prasowe. Nadawca otrzymał automatyczną odpowiedź, którą wcześniej zapowiadał Musk. 

bankier.pl


„Unia Europejska zbyt długo myślała, że rynek samodzielnie rozwiąże wszystkie problemy. Teraz rozumiemy, że strategiczne wybory Chin, które zostały podjęte dekadę temu, zaczynają przynosić temu państwu konkretne efekty. My również musimy podjąć podobne strategiczne decyzje, które będą rzutować na następne dekady" – powiedział, cytowany przez Politico, wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans podczas publikowania kluczowych unijnych dokumentów mających wprowadzić UE na tor klimatycznej rywalizacji z ChRL. Słowa komisarza traktować można jako zapowiedź ostrych zmagań Brukseli z Pekinem, których celem jest budowa nowego, neutralnego klimatycznie przemysłu. Skorzystać może na tym energetyka jądrowa, która przez lata była na forum unijnym marginalizowana.

energetyka24.com


W dniach 5–13 marca miała miejsce piąta, ostatnia sesja rozpoczętej w 2018 r. XIII kadencji Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych (OZPL) – parlamentu Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL). Towarzyszyły jej, zgodnie z utartą praktyką, prace Komitetu Krajowego Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej Chin (LPKKCh). W czasie sesji wyłoniono najwyższe władze państwowe na najbliższe pięć lat, m.in. zatwierdzono trzecią kadencję Xi Jinpinga jako przewodniczącego ChRL. Dokonano też restrukturyzacji aparatu państwowego odpowiadającej bieżącym priorytetom władz. Skupiła się ona na kwestiach stabilności finansowej, rywalizacji technologicznej i wzrostu budżetu wojskowego.

Sesję OZPL poprzedziło II Plenum XX Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin (KC KPCh) w dniach 26–28 lutego. Opracowano tam listę kandydatów na najwyższe stanowiska państwowe do zaakceptowania przez OZPL oraz przyjęto część propozycji Rady Państwowej dotyczących zmian instytucjonalnych, które przedłożono do formalnego przyjęcia przez parlament. Obrady OZPL nie kończą procesu rotacji personalnych i zmian strukturalnych w centralnych władzach partii i państwa. Dalsze roszady i nominacje mają zostać ujawnione w najbliższych tygodniach, kiedy zostaną zatwierdzone przez Stały Komitet (SK) OZPL lub Radę Państwową. W tym samym okresie ma być również przeprowadzona reforma organów KPCh. Wstępne propozycje znalazły się we wspólnym dokumencie KC KPCh i Rady Państwowej opublikowanym 16 marca.

Komentarz

Coroczna sesja OZPL odgrywa głównie rolę propagandową i tworzy pozory parlamentaryzmu w ChRL. Organ wyłaniany jest w złożonym procesie wielostopniowych nominacji kontrolowanych przez aparat partyjny. Formalnie stanowi on najwyższą władzę w państwie, lecz nigdy w swojej historii nie odrzucił propozycji personalnych czy legislacyjnych przedłożonych przez przywódców państwa. LPKKCh to ciało doradcze niemające znaczenia politycznego, a jej główne zadanie polega na symulowaniu konsultacji ze środowiskami społecznymi funkcjonującymi w teorii poza KPCh, ale w praktyce przez nią nadzorowanymi. Decyzje personalne i zmiany w strukturach administracji państwowej dokonywane na pierwszej sesji OZPL mają przede wszystkim dostosować organizacje i obsadę organów państwowych do nowego układu najwyższych władz partyjnych, wyłonionego na XX Zjeździe KPCh w październiku ub.r. (...).

Przebieg obrad OZPL potwierdził dominację frakcji Xi Jinpinga w aparacie partyjno-państwowym. Świadczy o tym nie tylko otrzymanie przez niego trzeciej kadencji na stanowisku przewodniczącego ChRL, lecz zwłaszcza skład najwyższych organów państwowych (...). Odzwierciedla on naczelną pozycję osób związanych personalnie z Xi Jinpingiem we władzach KPCh. Wiceprzewodniczącym ChRL został Han Zheng, wicepremier w latach 2018–2023. Należy on do grona bliskich współpracowników Xi Jinpinga i sam nie posiada rangi politycznej w KPCh. W efekcie nie może być poważnym kandydatem na stanowisko przewodniczącego ChRL i sekretarza generalnego KPCh, co wskazuje, że Xi Jinping nie planuje przejścia na polityczną emeryturę po zakończeniu trzeciej kadencji. Nominalnie druga osoba w hierarchii partyjnej i w porządku konstytucyjnym to premier Li Qiang. W przeciwieństwie do swojego poprzednika – Li Keqianga, powiązanego z konkurencyjną grupą działaczy wywodzących się z Ligii Młodzieży Komunistycznej – jest on w pełni zależny od sekretarza generalnego KPCh i nie dysponuje samodzielnością polityczną. Podobnie jest w przypadku pierwszego (wykonawczego) wicepremiera Ding Xuexianga – poprzednio (w latach 2017–2023) dyrektora Biura Generalnego KC KPCh i szefa Biura Sekretarza Generalnego KPCh. Przewodniczącym SK OZPL, czyli przewodniczącym parlamentu i formalnie trzecią osobą w państwie, został Zhao Leji, trzeci w hierarchii partyjnej. To najwyżej postawiona osoba w aparacie partyjno-państwowym, która – mimo lojalności względem sekretarza generalnego – nie zawdzięcza mu kariery i ma własne zaplecze polityczne w KPCh.

Obecne przekształcenia w strukturze partyjno-państwowej zachodzą po dziesięciu latach rządów Xi Jinpinga, który przez dwie kadencje skutecznie kształtował je zgodnie ze swoją wizją. Z tego powodu wprowadzane na tegorocznym OZPL zmiany mają bardziej charakter rutynowej korekty, która ma je dostosować do nowych wyzwań stojących przed ChRL (...). O ile reorganizacje rządów realizowano po 1978 r. cyklicznie, o tyle od czasu objęcia sterów władzy przez Xi Jinpinga w latach 2012–2013 tworzą one nową jakość. Polega ona na odwróceniu trwającego od końca lat siedemdziesiątych procesu instytucjonalizacji rządów KPCh, czyli przekazywania rzeczywistych uprawnień z partii do organów państwa. Aktualnie, zgodnie z nieformalnym określeniem „partia zjada państwo”, KPCh nie tylko sprawuje kierownictwo polityczne, lecz także na nowo przejmuje role wykonawcze i nadzorcze od struktur państwowych, pozostawiając im tylko funkcję administracyjną (...). W konsekwencji zmniejszenia znaczenia administracji centralnej podjęto decyzję o redukcji zatrudnienia w niej o 5%.

Tegoroczna sesja OZPL stanowi również platformę do zaprezentowania najważniejszych kierunków polityki przywódców ChRL i dostosowania struktur państwa do czekających je wyzwań. W swych przemówieniach dygnitarze mocno akcentowali trzy kluczowe kwestie. Pierwsza to potwierdzenie problemów gospodarczych. Wiązały się one głównie z wyczerpywaniem się modelu rozwoju, a pogłębiło je kilka lat strategii „zero COVID”. Skutkuje to zaplanowaniem na 2023 r. wzrostu PKB na poziomie 5%, a więc poniżej 9% notowanych średnio w latach 1989–2022 czy ponad 6% w ostatniej dekadzie. Nowy premier zapewnił przy tym prywatnych przedsiębiorców, że będą mogli nadal prowadzić działalność na równych zasadach z firmami państwowymi, co jest próbą odpowiedzi na rosnące obawy biznesu, że Chiny odchodzą od elementów gospodarki wolnorynkowej wprowadzanych od lat osiemdziesiątych. Drugi dominujący temat to konieczność głębokiej przebudowy zarządzania sektorami finansowym i technologicznym oraz kontroli nad nimi. Trzecim jest dalsza rozbudowa sił zbrojnych, które Xi Jinping nazwał Wielkim Murem ze stali. Wiąże się to ze zwiększeniem budżetu obronnego o 7,2%, a więc znacznie przewyższającym zapowiadany wzrost PKB, przez lata oficjalnie wyznaczającym stopień podnoszenia finansowania armii. To reakcja na zaostrzającą się rywalizację Pekinu z Waszyngtonem.

Największe zmiany strukturalne w obrębie organów państwa przeprowadzone w czasie obrad OZPL dotyczą sektora finansowego oraz szeroko rozumianego rozwoju nowych technologii – dwóch dziedzin wymagających zdaniem kierownictwa KPCh zwiększonego nadzoru. Zadłużenie gospodarki, bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości i nietrafione inwestycje infrastrukturalne coraz bardziej obciążają system finansowy ChRL. Nowo powołane ciało nadzorcze – Krajowa Administracja Nadzoru Finansowego – ma ułatwić władzom kontrolę nad nim w okresie spodziewanych poważnych trudności. Z kolei narastająca rywalizacja ze Stanami Zjednoczonymi, które odcinają Chinom dostęp do wielu zaawansowanych technologii, wymaga mobilizacji zasobów i działań zarówno państwa, jak i sektora prywatnego nakierowanych na rozwijanie własnych rozwiązań. Dalekosiężny cel KPCh to w pierwszej kolejności zdobycie niezależności technologicznej, przede wszystkim w branży półprzewodników, a także budowa alternatywnego wobec zachodniego systemu norm i standardów technologicznych. Wynikiem tego jest wzmocnienie Ministerstwa Przemysłu i Technologii Informacyjnych oraz Ministerstwa Zasobów Ludzkich i Bezpieczeństwa Społecznego. Zgodnie z zapowiedziami z 16 marca równocześnie zostaną utworzone Komisja ds. Finansów KC, Komisja Robocza ds. Finansów KC (nie jest jasne rozróżnienie kompetencji między nimi) oraz Komisja ds. Nauki i Technologii KC, które z ramienia partii będą nadzorować prace tych organów. Dodatkowo mają powstać Wydział Roboczy Spraw Społecznych KC oraz Biuro ds. Hongkongu i Makau KC.

osw.waw.pl


Chińscy ekonomiści rządowi przewidywali, że do 2049 roku PKB Chin na głowę mieszkańca wzrośnie do połowy lub do trzech czwartych wartości tego wskaźnika w Stanach Zjednoczonych, a PKB nominalne przerośnie wskaźnik produktu krajowego rywala dwa albo trzy razy. Te prognozy były jednak oparte na założeniu, że w 2049 roku liczba mieszkańców Chin będzie czterokrotnie większa od populacji USA. Z realnych danych wyłaniają się zupełnie inne wnioski. Zakładając, że Chinom uda się ustabilizować współczynnik dzietności na poziomie 1,1 dziecka na każdą kobietę, to ich liczba mieszkańców w 2049 roku będzie większa od ludności USA tylko 2,9 razy, a wszystkie kluczowe parametry świadczące o demograficznej i gospodarczej witalności będą znacznie gorsze.

Te wadliwe prognozy wpływają nie tylko na sytuację Chin. Mają potencjał, by wywołać efekt motyla i zniszczyć cały obecny globalny ład. Chińskie władze kierują się do dziś (a przynajmniej kierowały się do niedawna) ugruntowanym od wielu lat przekonaniem, że Wschód rośnie w siłę, a Zachód wszedł w fazę schyłkową. Na tej zasadzie rosyjski prezydent Władimir Putin uważał, że dopóki Rosja utrzymuje stabilne relacje ze wzmacniającymi się Chinami, słabnący Zachód nie będzie mógł zrobić nic, żeby pociągnąć go do odpowiedzialności za inwazję na Ukrainę. A pośpiech, z jakim Amerykanie opuścili Afganistan, by skoncentrować środki na Chinach, mógł sprawić, że bezwiednie jeszcze bardziej ośmielili Putina.

Starzenie się społeczeństwa będzie stałym czynnikiem spowalniającym chińską gospodarkę. W końcu doświadczenia Włoch pokazują, że stosunek liczby osób starszych niż 64 lata do liczby osób w wieku 15–64 lata ma silną ujemną korelację ze wzrostem PKB. Podobnie jest z medianą wieku i odsetkiem osób powyżej 64. roku życia.

W 1950 roku mediana wieku w Japonii wynosiła 21 lat, podczas gdy w USA – 29. Następnie, jak należało się spodziewać, Japonia przez wiele lat cieszyła się szybszym wzrostem gospodarczym. Jednak od 1994 roku odsetek osób w wieku produkcyjnym w państwie azjatyckim zaczął się zmniejszać, a w Stanach Zjednoczonych ten proces ma się zacząć dopiero w 2048 roku.

W 1992 roku mediana wieku w Japonii była już o 5,5 roku wyższa od amerykańskiej, a stosunek liczby osób starszych niż 64 lata do liczby osób młodszych zaczął przewyższać wartości notowane w USA. Nic dziwnego, że od tamtej pory Japonia ma stale niższy wzrost gospodarczy. Z początku PKB per capita Japonii wzrosło z 16 proc. produktu krajowego brutto na głowę mieszkańca USA w roku 1960 do 154 proc. w 1995 roku. Do 2022 roku jednak wskaźnik ten zdążył spaść do 46 proc., a w przyszłości prawdopodobnie osiągnie jeszcze niższy poziom, około 35 proc.

Mniej więcej to samo można powiedzieć o Tajwanie i Korei Południowej, które dzięki młodej populacji przez ponad pięć dekad szybko zbliżyły się gospodarczo do Stanów Zjednoczonych. W 1960 roku wskaźniki PKB na mieszkańca obu krajów wynosiły po 5 proc. wartości produktu krajowego brutto per capita w USA, po czym poszybowały w górę i w 2014 roku wyniosły odpowiednio 42 i 53 proc. Jednak od tamtego czasu, w miarę zmniejszania się siły roboczej, wzrost gospodarczy w obu państwach spowolnił i PKB per capita spada w kierunku 30 proc. wskaźnika amerykańskiego.

Teraz przyjrzyjmy się Chinom. W 1980 roku mediana wieku mieszkańców wynosiła 21, czyli była niższa o osiem lat od mediany wieku Amerykanów, a w latach 1979–2011 wzrost PKB wynosił rocznie średnio 10 proc. Ale w 2012 roku odsetek osób w wieku produkcyjnym zaczął się zmniejszać, a do 2015 roku wzrost gospodarczy spowolnił do 7 proc. Hamowanie trwało i w 2022 roku wskaźnik wzrostu wyniósł już 3 proc. Chiny stały się „światową fabryką” dzięki temu, że w latach 1962–1990 rodziło się tam średnio 23,4 mln dzieci rocznie.

Nawet oficjalne, wyolbrzymione dane przygotowane przez chińskie władze mówią o tym, że w zeszłym roku na świat przyszło tam 9,56 mln dzieci. Z tego powodu chińska produkcja przemysłowa będzie nadal słabnąć, co stworzy nowe czynniki presji inflacyjnej w USA i wszystkich innych krajach świata.

Chociaż w 1975 roku liczba mieszkańców Chin była o połowę większa niż Indii, to nawet propagandowe statystyki Pekinu wskazują, że w zeszłym roku była ona już niższa (1,411 do 1,417 miliarda). W rzeczywistości populacja Indii przerosła populację Chin dziesięć lat temu i jej wzrost utrzymuje się na dobrej drodze, by w 2050 roku była o połowę większa od liczby ludności sąsiadów. Mediana wieku mieszkańców Indii powinna osiągnąć wtedy 39 lat, czyli będzie o całe pokolenie niższa niż mediana w Chinach, która ma wynieść 57 lat.

Do 2030 roku mediana wieku w Chinach przekroczy już amerykańską o 5,5 roku, a do 2033 roku stosunek liczby osób starszych niż 64 lata do liczby osób młodszych również przewyższy ten wskaźnik w USA. Wzrost chińskiego PKB zacznie spadać poniżej poziomów osiąganych w USA w latach 2031–2035, a PKB per capita będzie w tym okresie ledwo osiągał 30 proc. wartości wskaźnika rywala. O wynikach na poziomie 50–75 proc., które prognozują chińscy państwowi ekonomiści, nie ma nawet co myśleć. Jeśli jakiś kraj zdetronizuje USA jako największą gospodarkę świata, będą to Indie, a nie Chiny.

Trzeba zauważyć, że Chiny mocno inwestują w sztuczną inteligencję i robotykę, aby zrównoważyć efekt spowalniania gospodarki związany ze starzeniem się społeczeństwa. Lecz te wysiłki nie rozwiążą do końca problemu, bo postęp innowacji opiera się na umysłach młodych. Co więcej, pracownicy-roboty niczego nie konsumują, a konsumpcja jest jedną z najważniejszych sił napędowych każdej gospodarki.

Zmierzch Chin będzie stopniowy. Jeszcze przez wiele kolejnych dekad będą one drugą lub trzecią co do wielkości gospodarką świata. Jednak ogromna rozbieżność między ich malejącą siłą demograficzną i ekonomiczną a coraz większymi ambicjami politycznymi może sprawić, że staną się bardzo podatne na błędne decyzje strategiczne. Wspomnienia minionej chwały lub strach przed utratą statusu mogą skierować Chiny na tę samą niebezpieczną ścieżkę, która doprowadziła Rosję do napaści na Ukrainę.

krytykapolityczna.pl


Narodowa Komisja Komunikacji Tajwanu (National Communications Commission NCC), powołując się na wyspiarskie służby telekomunikacyjne, obwiniła dwa chińskie statki o przecięcie kabli telekomunikacyjnych z Tajwanu na Matsu, wyspę pod kontrolą przez Tajpej u wybrzeży Chin. Według komisji chiński kuter rybacki przeciął kabel 2 marca około 50 km od wybrzeży Matsu. Sześć dni później, 8 lutego, chiński statek towarowy przeciął drugi. Jak do tej pory rząd tajwański nie określił tego celowym działaniem ze strony Pekinu i nie przedstawił bezpośrednich dowodów na udział chińskich statków.

Tajwańska straż przybrzeżna ścigała kuter rybacki, który przeciął pierwszy kabel, ale wrócił on na chińskie wody, według anonimowego urzędnika, który został poinformowany o incydencie, ale nie jest upoważniony do publicznego omawiania sprawy. Władze zidentyfikowały dwie chińskie jednostki w obszarze, gdzie kable zostały przecięte, w oparciu o dane automatycznego systemu identyfikacji, który pokazuje lokalizację statku. To by wskazywało, że doszło do wypadku.

Kable telekomunikacyjne, które mogą mieć szerokość od 20 do 30 milimetrów, są obudowane stalowym pancerzem na płytkich wodach, gdzie istnieje większe prawdopodobieństwo natrafienia na statki. Pomimo ochrony, kable mogą zostać dość łatwo przecięte przez same jednostki i ich kotwice lub kutry rybackie używające stalowych sieci. I faktycznie, kable telekomunikacyjne  miały być przecięte w sumie 27 razy w ciągu ostatnich pięciu lat w tym regionie. Jednak zdaniem cytowanego przez AFP Geoffa Hustona, z Asia Pacific Network Information Centre, organizacji non-profit, która zarządza i dystrybuuje zasoby internetowe, takie jak adresy IP dla regionu, „taki poziom uszkodzeń jest bardzo nietypowy dla kabla, nawet na płytkich wodach Cieśniny Tajwańskiej.” Dlatego moim zdaniem można postawić tezę, że służby z kontynentu dosyć regularnie sabotują te kable. Wydaje się, że w ten sposób testują Tajwańczyków, ale też osłabiają ich czujność. Uszkodzenie kabli telekomunikacyjnych będzie jednym z pierwszych kroków przed inwazją i będzie sygnałem ostrzegawczym, że coś się dzieje, ale częste akty sabotażu mogą spowodować opóźnioną reakcję.1 Niemniej, wciąż uważam, że ALW nie ma jeszcze zdolności do ataku, więc nie spodziewam się desantu na Tajwan w najbliższych latach. Oczywiście, nigdy nie wiadomo, czy w Pekinie nie utracą kontaktu z rzeczywistością i to wprowadza zawsze element niepewności.

Władze tajwańskie zdają sobie z tego sprawę. Po analizie rosyjskich cyberataków i ataków fizycznych na infrastrukturę telekomunikacyjną w czasie inwazji na Ukrainę tajwańskie Ministerstwo Spraw Cyfrowych publicznie poprosiło o oferty od operatorów satelitarnych na niskiej orbicie okołoziemskiej, aby zapewnić internet w trybie awaryjnym na wypadek konfliktu. Jednak plan pozostaje martwy, ponieważ prawo na Tajwanie wymaga, aby dostawcy byli w co najmniej 51% własnością krajowego udziałowca, a żadem tajwański podmiot nie operuje satelitów telekomunikacyjnych na niskiej orbicie. Rzecznik Ministerstwa Cyfryzacji skierował pytania mediów o postępy w realizacji planów ewentualnościowych do NCC. NCC powiedziała, że zainstaluje… system nadzoru dla kabli podmorskich, jednocześnie polegając na transmisji mikrofalowej jako opcji zapasowej.

zawielkimmurem.net


Holenderski rząd potwierdził oficjalnie w wtorek /7.3.2023/, że zostają wprowadzone ograniczenia w eksporcie do Chin maszyn do produkcji półprzewodników firmy ASML. Minister handlu zagranicznego Liesje Schreinemacher stwierdziła w piśmie do parlamentu, że jest to konieczne dla „bezpieczeństwa narodowego.” Gabinet nie chce, by ta wrażliwa technologia trafiła w ręce Chin.

Chodzi o „bardzo specyficzne technologie w cyklu produkcji półprzewodników, na których Holandia ma wyjątkową i wiodącą pozycję, jak np. najbardziej zaawansowana litografia immersyjna i osadzanie w głębokim ultrafiolecie (DUV).” – pisze minister. Schreinemacher zastrzegła, że każdy wniosek o pozwolenie na eksport będzie rozpatrywany indywidualnie. Powinno to zapobiec wykorzystaniu półprzewodników do niepożądanych celów wojskowych. Będzie to jednak wymagało oceny, czy wiodąca pozycja Holandii w tej technologii nie będzie zagrożona.

Już pod koniec stycznia br. pojawiły się przecieki, że Holandia, Stany Zjednoczone i Japonia osiągnęły porozumienie w sprawie ograniczeń eksportu technologii półprzewodników do Chin. Waszyngton wcześniej sam ograniczył przekazywanie tych technologii do ChRL. Amerykanie wywarli także presję na Holandię, gdyż tutejsza firma ASML przewodzi na świecie w rozwoju maszyn do produkcji półprzewodników. Przy czym ASML wykorzystuje do tego amerykańskie technologie, więc gdyby Holandia nie przyłączyła się do ograniczeń, to sama mogłaby zostać odcięta od kluczowych rozwiązań.

W odpowiedzi ASML powiedział, że oczekuje, iż ograniczenie eksportu nie będzie miało większego wpływu na firmę. Restrykcje dotyczy tylko najbardziej zaawansowanej technologii, a nie bardziej powszechnych maszyn – podkreśliła firma. Z tego co wczoraj sprawdzałem, to notowania firmy nie zmieniły się gwałtownie i odnotowały spadek 0,29%, czyli w granicach normalnej fluktuacji.

zawielkimmurem.net


Narracje antyzachodnie zarówno w tureckim dyskursie wewnętrznym, jak i w tamtejszej polityce zagranicznej uległy w ostatnich miesiącach nasileniu. Ujawniły się one m.in. podczas negocjacji na temat członkostwa Finlandii i Szwecji w NATO czy impasu w relacjach dwustronnych z USA oraz w napięciach turecko-greckich. Powtarzają się zarzuty ignorowania interesów bezpieczeństwa Turcji (w kwestiach kurdyjskich lub w sporach granicznych z Grecją) oraz utrzymywania wrogich wobec Ankary amerykańskich sankcji i ograniczeń. Silnie akcentowane są oskarżenia wobec Zachodu o turko- i islamofobię, których sygnałów upatruje się w manifestacjach z paleniem kukieł tureckiego prezydenta oraz Koranu w Sztokholmie. Antyzachodnia retoryka chwilowo osłabła w związku z katastrofalnym trzęsieniem ziemi z 6 lutego br. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal pozostaje nośnym tematem w polityce wewnętrznej kraju – zwłaszcza w kontekście zbliżających się wyborów prezydenckich i parlamentarnych (planowanych na 14 maja lub 18 czerwca). Obecnie takie wątki szczególnie aktywnie rozgrywa obóz rządzący, choć rezonują one również w większości społeczeństwa i pozostają głęboko wpisane w kulturę polityczną Republiki Tureckiej.

Zachód jako problem dla AKP

Interesy narodowe w polityce zagranicznej kraju to stały i żywy element debaty publicznej w Turcji. Dla całej klasy politycznej i obywateli wspólnym punktem odniesienia zarówno pozytywnej, jak i negatywnej percepcji jest Zachód, a przede wszystkim USA, ale w istotnym stopniu również UE. Z perspektywy obozu rządzącego ważniejsze i wygodniejsze politycznie jest akcentowanie kwestii spornych z państwami zachodnimi oraz problemów, za które ponoszą one odpowiedzialność – ich wspólnym mianownikiem pozostaje przekonanie o przedmiotowym traktowaniu Turcji, pomniejszaniu jej znaczenia i lekceważeniu interesów. Taka postawa pozwala również podkreślać asertywność rządu i pozycję państwa, mobilizować elektorat własny i odwoływać się do reszty społeczeństwa.

Najbardziej nośne są ostatnio twierdzenia, że Zachód zarówno wspiera, jak i toleruje ugrupowania uznawane przez Turcję za terrorystyczne. W minionych miesiącach wątki te wybrzmiewały w debacie politycznej w kraju i dotyczyły ostrej krytyki wsparcia, którego państwa zachodnie rzekomo udzielają m.in. kurdyjskim środowiskom powiązanym z terrorystyczną Partią Pracujących Kurdystanu PYD/YPG, a także z – uznawanym za terrorystyczny w Turcji – ruchem Gülena. Okazją do nagłośnienia tych spraw stały się trwające od maja ub.r. negocjacje na temat ratyfikacji przez Ankarę członkostwa Szwecji i Finlandii w NATO. Przyjęcie obu krajów do Sojuszu władze tureckie warunkują podjęciem, zwłaszcza przez Sztokholm, działań na rzecz np. przeprowadzenia zmian w kodeksach karnych odnośnie do zwalczania terroryzmu na swoich terytoriach oraz rozpatrzeniem tureckich wniosków o deportację osób podejrzanych o terroryzm.

Żywym wątkiem pozostaje zarzut aktywnego marginalizowania międzynarodowej pozycji Turcji. Akcentowane są m.in. kwestia blokady przez Kongres USA sprzedaży Ankarze F-16 oraz sprawa utrzymywania sankcji będących efektem sporu związanego z zakupem przez Turcję systemu obronnego S-400 od Rosji. Władze upatrują też umniejszania swoich interesów w aktywnym dozbrajaniu przez Zachód regionalnych oponentów, tj. Grecji i Kurdów syryjskich. Tematy te powracały wielokrotnie na spotkaniach pomiędzy Turcją a Stanami Zjednoczonymi (m.in. na poziomie ministrów spraw zagranicznych czy w ramach „mechanizmu strategicznego”), podczas których Ankara systematycznie podnosiła sprzeciw wobec polityki Waszyngtonu.

Pomimo zbieżnego z NATO-wskim stanowiska w kwestii wojny na Ukrainie w tureckiej debacie politycznej i medialnej pojawiają się też zarzuty o instrumentalizację tego konfliktu przez USA mającą na celu umocnienie amerykańskiej dominacji na świecie. Przykładem tego jest chociażby wypowiedź przewodniczącego Partii Ruchu Nacjonalistycznego (MHP) – koalicjanta AKP – w której obwinił on Stany Zjednoczone o podżeganie do zmiany reżimu w Rosji oraz o wykorzystywanie wojny na Ukrainie do rywalizacji z Moskwą i szerzenia własnych interesów globalnych przy pomocy NATO.

Zarówno elity, jak i opinia publiczna żywo reagują na poszlaki mające udowadniać rzekome antytureckie i antyislamskie nastroje na Zachodzie. Dyskurs ten wewnątrz Turcji uległ zaostrzeniu w styczniu br., po manifestacjach w Sztokholmie, podczas których spalono Koran oraz dwukrotnie powieszono kukły tureckiego prezydenta. Skutkowały one licznymi protestami w Ankarze i Stambule, które posłużyły jako uzasadnienie czasowego zamknięcia konsulatów i ambasad przez dziewięć krajów Zachodu (m.in. USA, Francję, Wielką Brytanię, Niemcy i Szwecję). Szef tureckiej dyplomacji jednoznacznie uznał ten ruch placówek dyplomatycznych za celową próbę oczernienia kraju oraz za pośredni atak na jego stabilność i wiarygodność gospodarczą.

Interesy i resentymenty

Antyzachodnie i antyamerykańskie wątki w polityce obecnych władz w Ankarze nie są nowym zjawiskiem. Główny cel polityki Recepa Tayyipa Erdogana to odbudowa świetności Turcji jako bieguna cywilizacyjnego i politycznego w skali globalnej. Warunek podstawowy tego programu stanowi jej „upodmiotowienie się” w relacjach z Zachodem, czemu wcześniej miały służyć zabiegi o członkostwo w UE, a wobec fiaska tego procesu – asertywność w stosunku do UE, próby wzmocnienia swojej pozycji w ramach NATO oraz aktywna i autonomiczna polityka np. na Bliskim Wschodzie. Z ostrą turecką krytyką spotykały się powszechne na Zachodzie zarzuty na temat m.in. sprawowania autorytarnych rządów przez Erdogana, brutalności władzy podczas pacyfikacji protestów w 2013 r. i represji po nieudanym puczu w 2016 r. Ankara permanentnie sprzeciwia się też jakiemukolwiek ograniczaniu przez państwa zachodnie jej asertywności w polityce zagranicznej – działania takie odbierane są w Turcji jako de facto wrogie. Niezależnie od trwałości związków instytucjonalnych, politycznych i gospodarczych z Zachodem retoryka antyzachodnia i antyamerykańska pozostają za czasów AKP stałym instrumentem mobilizacji społecznej.

Wykorzystywanie resentymentów antyzachodnich w dyskursie publicznym nie wynika jedynie z polityki obozu rządzącego. Wpisują się one w nurt silnych emocji i przekonań, które strukturyzują scenę polityczną od czasu rozpadu Imperium Osmańskiego i powstania Republiki Tureckiej. Mit założycielski państwa – wojna o niepodległość w latach 1919–1922 i powołanie republiki w 1923 r. – wyrasta ze zwycięstwa wojsk Mustafy Kemala Atatürka nad aliantami, co zapobiegło podziałowi Turcji (traktat z Sevres w 1920 r.). W tradycji kemalizmu, do której odwołuje się niemal cała opozycja (CHP, IYI) i koalicjant AKP – MHP, modernizacja na wzór zachodni jest silnie związana z tureckim nacjonalizmem, czemu jednocześnie towarzyszy daleko posunięta nieufność wobec Zachodu. Wrogość w stosunku do państw zachodnich (zwłaszcza względem USA) ma również silne korzenie w pozaparlamentarnej lewicy oraz środowiskach islamistycznych, do których należy AKP. Od dekad znajduje to wyraz w sondażach – 67% obywateli postrzega rolę Waszyngtonu na arenie międzynarodowej negatywnie, a tylko 23% pozytywnie (dane z sondażu German Marshall Fund - Transatlantic Trends 2022).

Prognoza

W obliczu trzęsienia ziemi wątki antyzachodnie chwilowo uległy stonowaniu, lecz w związku z ich nośnością i atrakcyjnością – zwłaszcza dla obozu rządzącego – szybko powrócą na agendę polityczną wraz z nasilaniem się kampanii. Szanse na przełom w okresie przedwyborczym, jakim byłaby choćby ratyfikacja członkostwa krajów nordyckich uwarunkowana odblokowaniem programu sprzedaży i modernizacji F-16 przez USA, wydają się niewielkie. Nieuniknione kontrowersje wokół kampanii wyborczej mogą zaś podsycać krytykę ze strony Zachodu i kontrdziałania tureckie.

Problem napięć między Ankarą a państwami zachodnimi należy traktować jako systemowy i długofalowy. Różnice w zakresie interesów i punktów widzenia obu stron są duże i niezależne od podziałów na tureckiej scenie politycznej – rozwiązanie sporów utrudniają dynamika międzynarodowa, a także sytuacja wewnętrzna. Pomimo takiego stanu rzeczy nie należy się jednak spodziewać, że Ankara zaryzykuje zerwanie relacji z Zachodem, którego nie jest w stanie zastąpić jakiekolwiek państwo czy grupa państw.

osw.waw.pl


Według doniesień mediów Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (BMI, Bundesministerium des Innern und für Heimat) nakazało firmom dostarczającym usługi telekomunikacyjne, by do kwietnia przedłożyły listę urządzeń wykorzystywanych w infrastrukturze sieciowej. W razie stwierdzenia, że zastosowane instalacje stanowią zagrożenie dla „porządku publicznego lub bezpieczeństwa Republiki Federalnej”, resort może podjąć decyzję o zakazie ich dalszego użytkowania oraz nakazać ich usunięcie.

Inicjatywa ministerstwa to wynik działań kontrolnych, które w ostatnich miesiącach podjął Federalny Urząd ds. Bezpieczeństwa Techniki Informacyjnej (BSI, Bundesamt für Sicherheit in der Informationstechnik). Miały one na celu oszacowanie ryzyka związanego z wykorzystaniem w budowanej właśnie sieci 5G instalacji podatnych na włamanie, szpiegostwo i nielegalne przekazywanie danych. Choć władze nie znalazły bezpośrednich dowodów na zagrożenia płynące ze współpracy z konkretnymi dostawcami, to wskazały potrzebę daleko idącej prewencji.

Podstawą do posunięć BMI i BSI jest uchwalona jeszcze w poprzedniej kadencji Bundestagu tzw. druga ustawa o zwiększeniu bezpieczeństwa w systemach informatyczno-technicznych (nazywana IT-Sicherheitsgesetz 2.0). Zgodnie z nią od września 2021 r. dostawcy usług telekomunikacyjnych muszą ubiegać się o pozwolenie na zainstalowanie nowych urządzeń w infrastrukturze sieciowej. Ta sama podstawa prawna pozwala również na dalej idące działania: kontrolę i – w razie stwierdzenia zagrożenia – usunięcie już zainstalowanego sprzętu.

Komentarz

Oficjalnie rząd nie wiąże zaostrzenia kursu w polityce bezpieczeństwa informatycznego z konkretnymi podmiotami. Wiadomo jednak, że chodzi o firmy Huawei i ZTE – chińskich dostawców instalacji sieciowych. Duży udział w niemieckiej infrastrukturze ma szczególnie pierwsza z tych firm: systemy Deutsche Telekom, Vodafone i Telefonica nawet w 60% opierają się na jej urządzeniach.

Niemieckie władze zakładają, że tak wysoki poziom uzależnienia może stanowić ryzyko dla bezpieczeństwa narodowego – zwłaszcza ze względu na powiązania Huaweia ze strukturami rządowymi w Chinach. W tym kontekście przytacza się np. korzystanie przez producenta z ogromnych dotacji państwowych. Największe zastrzeżenia budzi jednak potencjalna współpraca chińskich firm ze służbami specjalnymi. Zgodnie z prawem ChRL nie mogą się one uchylić od udostępnienia danych. Jeżeli relacje z Pekinem ulegną pogorszeniu – np. w związku z dostawami broni dla Rosji lub inwazją na Tajwan – to Huawei może zostać wykorzystany jako narzędzie presji politycznej na RFN. Działania koncernu nie musiałyby być przy tym otwarcie konfrontacyjne – by wywołać poważne zakłócenia w funkcjonowaniu sieci, wystarczyłyby rzekome awarie urządzeń i problemy z aktualizacją oprogramowania.

Działania władz można tłumaczyć także nową oceną warunków technicznych infrastruktury teleinformatycznej. Dotąd dostawcy usług twierdzili, że gwarancją bezpieczeństwa w dominującym obecnie standardzie LTE jest rozróżnienie między siecią przesyłową – składającą się z anten łączących się z urządzeniami odbiorczymi (głównie telefony) – oraz rdzeniową – z serwerami zarządzającymi przepływem danych. Urządzenia chińskich firm miały się znajdować jedynie w sieci przesyłowej, która nie generuje aż tak znacznego ryzyka. Problem polega jednak na tym, że w sieci 5G takie rozróżnienie prawdopodobnie nie będzie możliwe. Wątpliwości urzędników BSI zwiększa fakt, że w okresie przejściowym infrastrukturę LTE często wykorzystuje się do zwiększania zasięgu 5G.

Koncerny telekomunikacyjne – Deutsche Telekom, Vodafone i Telefonica – zareagowały na zapowiedź rządu dość powściągliwie, mimo że oznacza ona dla nich potencjalnie wielomiliardowe koszty. Liczą jednak na to, że w razie konieczności demontażu urządzeń będą mogły uzyskać rekompensaty finansowe lub że władze wyznaczą długi okres przejściowy. W ten sposób możliwe byłoby stopniowe zastępowanie dotychczasowych chińskich urządzeń nowymi instalacjami pochodzącymi od sprawdzonych producentów – przede wszystkim Ericssona i Nokii. Kalkulacja koncernów ma racjonalne podstawy. Rząd zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że konieczność przebudowy sieci spowolni przejście do wyczekiwanego przez przemysł standardu 5G. Bez niego trudno sobie wyobrazić np. autonomiczny transport i budowanie zautomatyzowanych linii produkcyjnych.

Mimo wątpliwości co do zakresu i czasu wdrażania inicjatywy BMI sygnalizuje ona z pewnością zmianę podejścia niemieckich władz do problemu zewnętrznych zależności ekonomicznych. Berlin nie chce powtórzyć błędów, które popełnił w polityce energetycznej, a które ostatecznie doprowadziły do nadmiernego uzależnienia od rosyjskich dostawców, chaosu na rynkach i ogromnych kosztów. W sferze technologii komunikacyjnych Niemcy chcą zawczasu ograniczyć ryzyko, dlatego – choć na razie nie ma twardych dowodów na podejrzaną aktywność Huaweia i ZTE – zdecydowano się na interwencję. Rosną szanse, że wkrótce ten model postępowania zostanie zastosowany do innych obszarów infrastruktury krytycznej. Resort spraw wewnętrznych pracuje nad nowelizacją ustawy o BSI pozwalającej na objęcie nadzorem rurociągów i portów oraz szybszą delegalizację wszystkich instalacji danego dostawcy bez konieczności podejmowania skomplikowanego badania jego „wiarygodności”. W ten sposób Niemcy dołączą do grona państw europejskich (m.in. Wielkiej Brytanii, Francji, Polski, Rumunii, Szwecji i państw bałtyckich), które odrzucają współpracę z chińskimi producentami przy rozwijaniu strategicznej infrastruktury teleinformatycznej.

Przepis nie ustanawia wprawdzie formalnego zakazu, ale de facto prowadzić będzie do usunięcia dostawców z ChRL z kluczowego segmentu rynku. Ceną może być pogorszenie relacji z Pekinem, który zresztą szybko zareagował oświadczeniem opublikowanym przez ambasadę w Berlinie podkreślającym „zaskoczenie i niezadowolenie” z podjętych decyzji. Biorąc pod uwagę znaczenie chińskiego rynku dla niemieckiego przemysłu (obroty handlowe między ChRL a RFN wyniosły w 2022 r. 297,9 mld euro), trzeba zakładać, że ewentualne retorsje mogłyby być bolesne. Prawdopodobieństwo ich nałożenia wydaje się jednak niewielkie. Władzom w Pekinie nie zależy obecnie na zaostrzaniu konfliktu, gdyż wzmocniłby on w Europie zwolenników decouplingu i pogłębienia współpracy z USA w ramach antychińskiego sojuszu gospodarczo-politycznego.

osw.waw.pl


Nowym, największym zagrożeniem dla światowego pokoju, są maleńkie cząsteczki znajdujące się głęboko w sercu szaro-brązowego masywu górskiego w Iranie. Szef tamtejszej organizacji zajmującej się energią nuklearną Mohammad Eslami twierdzi, że są one tak małe, że nie sposób ich dostrzec nawet pod mikroskopem. Chodzi o ślad uranu, który zabezpieczyli inspektorzy Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA). To, że w irańskim podziemnym zakładzie wzbogacania uranu Fordo znaleziono ślady pierwiastka, nie jest zaskakujące. Niepokojące jest co innego.

Stopień wzbogacenia znalezionych cząsteczek uranu wynosi 83,7 proc. Są to atomy typu U-235, czyli łatwo rozszczepialne. Nie potrzeba tak wysokiego poziomu wzbogacenia cząsteczek do działania elektrowni atomowych — do tego wystarczy zaledwie 3,5 proc. Jednak od 83,7 proc. blisko już do 90 proc. — a to poziom wzbogacenia potrzebny do stworzenia bomby atomowej. Jeśli Iran osiągnie ten próg, na Bliskim Wschodzie prawdopodobnie wybuchnie wojna, co Europa z pewnością odczuje, przynajmniej pośrednio.

Od ponad 20 lat świat z zaniepokojeniem przygląda się irańskiemu programowi atomowemu. Najpierw negocjacje z Teheranem w tej sprawie podejmowali Europejczycy, później Amerykanie. Nie udało się jednak przekonać Iranu do podjęcia działań, które zapewniłyby pokojowy charakter programu. Dlatego też nałożono na niego kompleksowe sankcje, które niezwykle osłabiły irańską gospodarkę.

W 2015 r. pięć mocarstw z prawem weta w ONZ oraz Niemcy osiągnęły jednak porozumienie z Teheranem. Umowa nuklearna, tzw. Joint Comprehensive Plan of Action (JCPoA) znosiła sankcje, ale przewidywała rozszerzone kontrole programu nuklearnego, a także ograniczenia ilości wzbogaconego uranu, który Iran może trzymać w magazynach. Ustalono też maksymalny poziom jego wzbogacenia — 3,67 proc.

Wielu ekspertów uważa jednak, że określone wówczas warunki są zbyt łagodne, by zapobiec stworzeniu przez Iran bomby, a w 2018 r. ówczesny prezydent USA Donald Trump ogłosił, że wycofuje się z umowy. Od 2019 r. Teheran łamie jej zasady i obecnie jest bliżej niż kiedykolwiek możliwości skonstruowania bomb atomowych.

Wiadomo, że Iran zgromadził już tak dużą ilość uranu wzbogaconego do 60 proc., że przy dalszym wzbogacaniu mógłby w ciągu kilku tygodni wyprodukować ponad dwa urządzenia jądrowe.

Od czasu odkrycia w laboratorium Fordo pytanie, które od lat nurtuje dyplomatów i naukowców, stało się jeszcze bardziej palące: czy Teheran chce jedynie stworzyć presję, by poprawić swoją pozycję negocjacyjną, czy też reżim naprawdę dąży do tego, by postawić się w sytuacji umożliwiającej zbudowanie mu broni jądrowej?

Negocjacje w sprawie ożywienia porozumienia z 2015 r. są oficjalnie zawieszone. W poufnych kanałach prowadzone są jednak rozmowy o tym, jak je wznowić. Obecny rozwój wydarzeń utrudnia jednak znalezienie rozwiązania. Dostarczając drony bojowe na wojnę Rosji w Ukrainie, Iran stworzył nowy konflikt z Zachodem.

Jednocześnie Teheran odczuwa presję retorycznego poparcia Europy i Ameryki dla fali protestów w Iranie. Rośnie ryzyko, że będzie podejmował ryzykowne decyzje. Osoby mające dostęp do irańskiego kierownictwa twierdzą, że nasilają się tam głosy wzywające do "wybuchu", czyli wzbogacenia uranu do 90 proc., co dałoby Teheranowi możliwość budowy bomb.

Nie wiadomo, czy znalezisko w Fordo wskazuje już na początek "breakoutu", czy też jest to tylko zbieg okoliczności, jak tłumaczy to Teheran.

— Irańska relacja o znalezisku jest rażąco zniekształcona — mówi fizyk i były inspektor nuklearny David Albright, który kieruje Instytutem Nauki i Bezpieczeństwa Międzynarodowego w Waszyngtonie. — W przypadku próbek pobranych z okolic wirówki, jak to miało miejsce w tym przypadku, ilości, które można znaleźć, są z definicji bardzo małe.

Poza tym trudno sobie wyobrazić, aby wzbogacanie do 60 proc. przypadkowo dało wynik 83,4 proc. Takie odchylenie byłoby bardzo nietypowe. Wygląda raczej na to, że Irańczycy przeprowadzili eksperymenty, aby przetestować wzbogacanie uranu do prawie 90 proc., być może w celu jeszcze szybszego wybuchu, jeśli zajdzie taka potrzeba — powiedział Albright.

— Poziom 83,7 proc. jest już jednak krytyczny. Plany głowic nuklearnych, które Iran opracował przed 2003 r. i które Izrael przechwycił w operacji wywiadowczej w 2018 r., były rzeczywiście zaprojektowane dla uranu o poziomie wzbogacenia 90 proc. — powiedział Albright.

— Ale ten sam projekt może być użyty do skutecznej detonacji uranu przy poziomie wzbogacenia powyżej 80 proc. Iran mógł już eksperymentalnie przekroczyć ten próg — dodaje specjalista.

Jedno jest jednak w miarę pewne: poziom wzbogacenia uranu wynoszący 90 proc. oznacza wojnę. Jeśli Iran osiągnie ten punkt, pozostali sygnatariusze JCPoA najpewniej przywrócą wszystkie sankcje, a Izrael z dużym prawdopodobieństwem przeprowadzi naloty na irańskie obiekty nuklearne.

onet.pl/Die Welt

czwartek, 30 marca 2023


Jewgienij Prigożyn, szef rosyjskiej Grupy Wagnera, powiedział, że bitwa o miasto Bachmut "praktycznie zniszczyła" ukraińską armię, ale przyznał, że jego siły również zostały "poważnie uszkodzone". Pytany o obietnicę Wołodymyra Zełenskiego, że będzie bronił Bachmutu do końca, CNN cytuje Prigożyna jako mówiącego, że jego siły wygrają w " największym zwrocie w tej wojnie i w całej współczesnej historii".

onet.pl

Według "La Stampy" 33-letnia partnerka Berlusconiego, posłanka Marta Fascina, bardzo poważnie traktuje wiadomości o rosyjskiej broni jądrowej, w tym ostatnie wypowiedzi prezydenta Rosji na ten temat. Para planuje ucieczkę do bunkru, jeśli Putin rzeczywiście zdecyduje się na użycie broni w ramach eskalacji wojny w Ukrainie.

Wokół Berlusconiego unosi się atmosfera niepokoju. Polityk sporządził nawet w swojej rezydencji "listę osób do uratowania w razie nuklearnej apokalipsy". Polityk wraz z partnerką przewidują, że do ataku dojdzie w Wielkiej Brytanii, zanim radioaktywna fala dotrze do Brianzy w północnych Włoszech, gdzie Berlusconi przebywa najczęściej.

Teraz były premier próbuje znaleźć dom ze schronem przed radioaktywnym opadem. Na rynku nie ma jednak prawie żadnych odpowiednich propozycji, ze względu na wysokie wymagania polityka. Przykładowo w okolicach Mediolanu są domy z bunkrami, ale rozmiary schronów są niewielkie i "mogą pomieścić jedynie psy Berlusconiego" — pisze włoska gazeta "Libero Quotidiano". Alternatywą byłoby zbudowanie własnego schronu przeciwbombowego w posiadłości polityka w Arcore.

Jednocześnie, według dziennikarzy, na terenie innej willi byłego premiera — Certosy, polityk posiada już schron przeciwatomowy. 130-hektarowa posiadłość z pięcioma basenami, boiskiem piłkarskim, grecko-rzymskim amfiteatrem i sztucznym wulkanem była kilkakrotnie odwiedzana przez Władimira Putina, który nazwał Berlusconiego "pierwszym z pięciu swoich prawdziwych przyjaciół". Ponieważ jednak willa znajduje się na Sardynii, włoski polityk w razie ataku nie miałby czasu, aby dojechać na wyspę na czas.

onet.pl/The Moscow Times

Dziennik „Financial Times" pisze o sprawie, która porusza obecnie Norwegię – to kwestia budowy nowej fabryki firmy Nammo produkującej amunicję i będącej jednym z największych przedsiębiorstw tego sektora w Europie.

Nammo nie może obecnie rozbudować swojej infrastruktury produkcyjnej, bo w Raufoss (w środkowej Norwegii) nie starczy na to energii elektrycznej – pisze londyński dziennik. Wszystko przez zlokalizowane w okolicy centrum przetwarzania danych TikToka, które pobiera tak dużo mocy, że zasobu tego nie starczy już dla innej działalności, kluczowej przecież z punktu widzenia Europy, ze względu na toczącą się w Ukrainie wojnę.

„Martwimy się, bo widzimy przeszkody dla naszego rozwoju stwarzane przez przechowalnię filmów wideo z kotami" – powiedział cytowany przez „FT" szef Nammo Morten Brandztaeg.

Jak podkreślił w rozmowie z dziennikiem, obecnie zapotrzebowanie na produkcję amunicji jest ok. 15 razy wyższe niż przed inwazją Rosji na Ukrainę.

Cała branża musi zainwestować ok. 2 mld euro w rozwój nowych fabryk, aby sprostać popytowi i zarazem potrzebie wsparcia naszego wschodniego sąsiada, a także zapewnić środki na dozbrajanie Europy. Szef Nammo zaznacza, że popyt na jego produkty nigdy w historii nie był jeszcze tak wysoki.

cyberdefence24.pl

środa, 29 marca 2023


Jakub Wiech: Po co Rosji Chiny, a po co Chinom Rosja?

Prof. Michał Lubina: Te relacje zasadzają się na trzech filarach. Po pierwsze, kraje te są dla siebie bezpiecznymi tyłami. Chińczycy mówią na to „plecy w plecy". Rosja dla Chin to bezpieczeństwa od północy, Chiny dla Rosji to bezpieczeństwo od wschodu. To ważne m.in. ze względów psychopolitycznych. Każdy lubi mieć zabezpieczone zaplecze. Co więcej, Rosja nie jest specjalnie zainteresowana Azją, chce mieć spokój na tym kierunku, a dzięki Chinom ten spokój ma – i dzięki temu Moskwa może skupiać się na Zachodzie, „bliskiej zagranicy" czy na Bliskim Wschodzie. To są najważniejsze kierunki rosyjskiej polityki zagranicznej. Z kolei w chińskim psyche zakorzeniony jest strach przed nomadami z północy, przed najazdem z tego kierunku – więc zabezpieczenie z tej strony jest dla nich bardzo ważne. Dzięki takiemu układowi oba te kraje mogą skupiać się na drugim, obecnie ważniejszym elemencie.

Czyli?

Na antyamerykanizmie. Zarówno Chinom, jak i Rosji źle się żyje w obecnym, słabnącym Pax Americana. Pekin i Moskwa uważają, że Waszyngton chce podminować ich reżimy, że ze strony USA ciągle grozi „demokratyczny sabotaż", który jest wycelowany w państwa autorytarne. Chiny utożsamiają demokrację z chaosem i anarchią. Z kolei w Rosji putinowskiej silny jest antyrewolucyjny nastrój, który zasadza się na założeniu, że Rosjanie już wyczerpali swój limit rewolucji, a Zachód tylko czeka, by taką rewolucję znów wywołać. Zatem mamy tu wspólny mianownik w myśleniu o Amerykanach jako o sabotażystach, którzy chcą wywrócić pewien porządek. Ale jest jeszcze jeden fundament chińsko-rosyjskiego antyamerykanizmu: niewidzialna ręka Stanów Zjednoczonych, która blokuje Chinom i Rosji rozwój, np. przez rozmaite międzynarodowe instytucje i narzucanie wartości.

A trzeci filar?

To element gospodarczy – ale, co może wydać się paradoksalne, jest on mniej ważny od pozostałych dwóch. Przez prawie trzydzieści lat relacji chińsko-rosyjskich podstawowym spoiwem gospodarczym był handel bronią. To było widoczne zwłaszcza w latach 90., kiedy broń była głównym towarem sprzedawanym Chińczykom przez Rosjan. Ale w międzyczasie Chiny dokonały skoku technologicznego i nie są już zależne od rosyjskich dostaw. Z kolei od 2008 roku, czyli od podpisania porozumienia o ropociągu WSTO, kraje te zaczęły handlować ze sobą energią na dużą skalę. Rosja zgodziła się wtedy być głównym dostawcą ropy do Chin, prześcignęła w tym Arabię Saudyjską. Z czasem do tego doszedł gaz, zarówno słany gazociągiem Siła Syberii, jak i w formie LNG. Do tego dochodzą jeszcze inne surowce: na przykład węgiel czy drewno. Natomiast widać w tym wszystkim pewien neokolonialny układ: Rosja sprzedaje nieobrobione surowce, a Chiny – bardziej wyrafinowane, przetworzone produkty. Ale taki porządek obu stronom pasuje.

Skupmy się na tym „neokolonialnym układzie". Ile jest prawdy w tym, że Chiny kolonizują sobie Rosję, traktując ją jako rezerwuar surowców?

Niewiele. Dlatego właśnie ten układ pasuje obu stronom. Rosja sprzedaje ropę czy gaz, Chiny go kupują, ale to Rosja kontroluje złoża i przesył. To nie chińskie firmy wydobywają surowce np. na Syberii. Oczywiście, te kontrakty są korzystne dla Chin, ale – jak to mówił wybitny amerykański intelektualista –the art of the deal polega na tym, że zarówno Chińczycy, jak i Rosjanie zarabiają tyle, żeby się to opłacało.

Komu dokładnie się to opłaca?

Powiem tak: kiedyś dziennikarz zapytał Igora Sieczina, prochińskiego czynownika i szefa Rosniefti, jakiego słowa po chińsku się nauczył. On powiedział: юань, czyli „juan". Ostatnio ten sam dziennikarz dopytał, czy Sieczin nauczył się jakiś nowych słów, to padła odpowiedź много юаней, czyli „wiele juanów". Tu się kłania trochę rosyjski model myślenia o państwie i gospodarce: to państwo ma dawać pieniądze, bo jak bojarzy, otoczenie władzy, mają pieniądze od państwa, to car – w razie czego – może go tych zysków pozbawić. Jest kontrola, a to w Moskwie i Pekinie bardzo ważne słowo. Trzeba tu dodać, że współpraca z Chinami służyła Rosji także jako straszak dla Europy. Rosjanie wobec Zachodu stosowali narrację: nie podoba się wam? To pójdziemy z naszym gazem i ropą do Azji. I to działało na europejskie elity, więc taka polityka tym bardziej miała sens dla Rosji, bo dzięki temu rosyjskie spółki uzyskiwały korzystniejsze kontrakty na Zachodzie. Sam Putin powiedział, że ropociąg WSTO to projekt geopolityczny.

Chiny też tak na to patrzą?

Korzyści strony chińskiej są tu bardziej oczywiste: Chiny mają dostęp do surowców za pomocą infrastruktury biegnącej po lądzie. Nie muszą się już oglądać na Cieśninę Malakka, gdzie istnieje ryzyko amerykańskiej blokady morskiej. Dlatego Pekin zaczął budować ropociągi i gazociągi łączące ich np. z Birmą, Kazachstanem, Turkmenistanem oraz właśnie z Rosją. Tym połączeniom US Navy nie zagraża. Tu widać jeszcze wyraźniej, że podstawy współpracy rosyjsko-chińskiej są racjonalne i solidne. To zaś prowadzi do wniosku, że nie są one łatwe do zmiany, to dość trwały model.

Może jednak te podstawy same się zmienią? W jednym z wywiadów wspomniał Pan, że Chińczycy mogą poprosić Rosję np. o udziały w Gazpromie, co naruszałoby tę równowagę. Czy ostatnie spotkanie Xi-Putin w Moskwie, gdzie była omawiana sprawa gazociągu Siła Syberii-2 nie jest krokiem w tę stronę?

Chiński klucz do rosyjskiej duszy polega na tym, że Chiny zawsze komplementują Rosję oraz na tym, że znają granice. I w ciągu trzydziestu dwóch lat relacji chińsko-rosyjskich ani razu ich nie przekroczyli. Jednakże teraz mają ogromną przewagę – Rosja wisi na Chinach. Więc Pekin może tego zażądać. Ale może zażądać też wielu innych rzeczy. Chodzi nie tylko o udziały w Gazpromie, Rosniefti czy Transniefti, ale także o złoża syberyjskie, internacjonalizację Arktyki, wpływy w kosmosie czy nowoczesne technologie wojskowe w postaci np. hipersonicznych pocisków. Menu jest szerokie, ale wybór którejś z pozycji będzie oznaczał złamanie chińskiej polityki nieprzekraczania pewnych granic.

A jak Pan pod tym kątem ocenia rezultaty samego szczytu w Moskwie?

Szału nie ma. Mam wrażenie, że albo Chińczycy wciąż się hamują ze swoimi żądaniami względem Rosji, albo Rosjanie się im postawili i z rozmów niewiele nie wyszło, nie wyszedł m.in. projekt Siła Syberii-2. Podejrzewam, że Chiny rozegrają ten temat podobnie, jak pierwszą Siłę Syberii: Rosjanie negocjowali ten projekt chcąc wykorzystać go propagandowo wobec Zachodu, natomiast Pekin, widząc, że Rosja słabnie po 2014 roku, czyli po pierwszej inwazji na Ukrainę, poczekał aż Moskwa zacznie godzić się na ustępstwa i wynegocjował dobre dla siebie warunki. Podobnie może być i teraz – to nie Chiny potrzebują Siły Syberii-2. Czas jest po ich stronie.

A co z innymi kwestiami?

Jedynym konkretem jest w zasadzie współpraca na poziomie agencji informacyjnych. To lepsze niż niegdysiejsze umowy ws. królikarstwa i ochrony tygrysów, ale i tak wygląda na zapełnianie pustki.

Czy w takim razie Niedźwiedź naprawdę jest w objęciach Smoka, jak zatytułował Pan swoją książkę? Czy politykę Zachodu polegającą na przeciągnięciu Chin na swoją stronę można spisać na straty?

Przez długi czas Zachód nie doceniał Chin, lekceważąc je choćby z tego względu, że nie były demokracją. Zakładano, że Rosja i tak na końcu wybierze Zachód, bo Azja nie jest dla niej alternatywą. Tymczasem Chiny naprawdę rzuciły wyzwanie obecnemu porządkowi międzynarodowemu – i mogą wygrać. Nie mówię, że wygrają, ale mogą.

A jakie wnioski wyciągnęły Chiny z toczonej przez Rosję wojny na Ukrainie? Pytam zwłaszcza o Tajwan.

Chińczycy bardzo nie lubią tego porównania, bo uważają, że nie można porównywać niepodległego państwa, jakim jest Ukraina oraz prowincji, którą w ich mniemaniu jest Tajwan. Ale ja uważam, że jest ono trafne, bo oddaje element wielkoruski i wielkochiński: nie ma Wielkiej Rosji bez Ukrainy, nie ma Wielkich Chin bez Tajwanu. A co do chińskich wniosków, po pierwsze: Zachód pomógł. Pekin zdaje sobie sprawę, że jeśli Tajwan będzie się bronił dostatecznie długo, a do wojny włączą się USA, Japonia czy Australia, to Chiny mogą tę wojnę przegrać. Wniosek drugi: szybka operacja polegająca na przerzucie spadochroniarzy do Tajpej, którzy opanują pałac prezydencki i w ten sposób zdobędą Tajwan może się nie powieść. Tak przecież chcieli zrobić Rosjanie na Ukrainie – i to się nie udało. Więc z Ukrainy Chiny wyciągają jedną podstawową konkluzję: jeszcze nie czas na Tajwan, a jak ten czas przyjdzie, to trzeba być lepiej przygotowanym.  

energetyka24.com

Inwazja Rosji na Ukrainę i będące jej konsekwencją sankcje przyniosły rosyjskiemu wielkiemu biznesowi miliardowe straty. Skala ciosów, jakie spadły na jego czołowych przedstawicieli, doprowadziła do zmiany dotychczasowego modelu biznesowego. Mimo poniesionych strat miliarderzy, podobnie jak społeczeństwo, w znakomitej większości milcząco pogodzili się z agresywną polityką Moskwy. Nawet ci przebywający za granicą nie odważyli się na krytykowanie Kremla i skoncentrowali się na dostosowaniu funkcjonowania swoich firm do nowych warunków ekonomicznych. Jako główną strategię obronną wybrali zaś milczenie, dzięki czemu unikają skupiania na sobie uwagi władz.

W ostatnich miesiącach, w sytuacji kurczących się dochodów Federacji Rosyjskiej, własność miliarderów spoza najbliższego otoczenia Kremla stała się mocno zagrożona. Jest wielce prawdopodobne, że to ich kosztem proputinowska elita rozszerzać będzie swój stan posiadania. Ponadto okazało się, że aktywa latami wyprowadzane na Zachód także nie są bezpieczne, m.in. ze względu na zachodnie sankcje. Mimo swojej pasywności wobec władz miliarderzy przejawiają za granicą dość dużą aktywność, by zachować swój majątek i utrzymać dotychczasowy poziom życia.

Jeśli natomiast chodzi o osoby z najbliższego otoczenia Władimira Putina, to Kreml stara się częściowo rekompensować im straty, pozwalając zarabiać na obsłudze działań wojennych. Korzystają oni również na zamówieniach publicznych i przejmowaniu atrakcyjnych aktywów od rosyjskiego prywatnego biznesu i zagranicznych spółek wycofujących się z Rosji. Co ciekawe, nawet przedsiębiorcy blisko związani z elitą władzy nie są skłonni do publicznego deklarowania poparcia dla polityki Kremla i w większości przypadków nie wypowiadają się na temat wojny. Putin wykorzystuje inwazję na Ukrainę do dalszego zwiększania roli państwa w rosyjskiej gospodarce i umacniania państwowego kapitalizmu budowanego w czasie jego rządów. W efekcie w Rosji dochodzi do kolejnego podziału własności, ograniczania konkurencji i rozwijania mechanizmów korupcyjnych.

Zgodnie z szacunkami agencji Bloomberg wartość majątków 23 najbogatszych rosyjskich biznesmenów zmniejszyła się w ciągu pierwszego roku trwania pełnoskalowej wojny o ok. 65 mld dolarów, tj. o ok. 20%. Wśród osób, które straciły najwięcej, jest Roman Abramowicz – wartość jego aktywów spadła o ponad 50% (...). Rosyjscy miliarderzy musieli się mierzyć nie tylko ze spadkiem notowań należących do nich spółek, lecz także ze zmianą modelu prowadzenia biznesu. Przede wszystkim wielu tamtejszych eksporterów i importerów utraciło dostęp do dochodowych rynków zachodnich, w tym również kapitałowych. Proces adaptacji do nowych warunków ekonomicznych oznaczał dla nich: konieczność nasilenia współpracy z państwami azjatyckimi, które oferują znacznie niższą marżę (dotyczy to zwłaszcza surowców); regres technologiczny (ze względu na brak dostępu do zachodnich technologii i towarów inwestycyjnych); zwiększenie kosztów logistyki i operacji finansowych. Dodatkowo, ze względu na wysokie ryzyko związane ze współpracą z Rosją, rosyjscy eksporterzy sprzedają surowce po zaniżonej cenie, a importerzy przepłacają za towary.

Kolejnym ciosem dla wielu rosyjskich biznesmenów były sankcje personalne. W wyniku restrykcji ich aktywa w państwach zachodnich (finansowe, nieruchomości i ruchomości) o łącznej wartości ok. 60 mld dolarów zostały zamrożone. Ponadto majątek ten zagrożony jest konfiskatą na potrzeby zniszczonej Ukrainy. W wyniku nałożonych sankcji rosyjscy biznesmeni oraz członkowie ich rodzin zostali zmuszeni również do zmiany dotychczasowego stylu życia, m.in. utracili możliwość podróżowania po państwach zachodnich, a także swoją pozycję w międzynarodowych kręgach polityczno-biznesowych, jako że kontakty z nimi stały się toksyczne.

Kryzys gospodarczy w Rosji, przy rosnących kosztach wojny, zmusza Kreml do zwiększania nakładanych na biznes obciążeń fiskalnych. W 2022 r. rząd sięgnął głównie po zyski Gazpromu, jednak swoimi dochodami musiały podzielić się również sektory metalurgiczny, węglowy i nawozów mineralnych. W 2023 r. zmiany fiskalne dotknęły znacznie szerszą grupę przedsiębiorstw. Władze nie tylko po raz kolejny podniosły obciążenia podatkowe sektora naftowo-gazowego, lecz zamierzają także odebrać dużemu biznesowi z różnych branż znaczną część ich zysków z ostatnich dwóch lat. Nie ma przy tym pewności, że w ciągu roku nie nastąpi dalszy wzrost podatków.

Przez ostatnie 20 lat rosyjski wielki biznes został całkowicie podporządkowany Kremlowi. Jego działalność zarówno w kraju, jak i poza granicami pozostawała pod silną kontrolą władz. W efekcie z systemu polityczno-ekonomicznego zniknęli tzw. oligarchowie. Elita putinowska pozwalała bogacić się miliarderom, jednocześnie budując instrumentarium nacisku na nich (m.in. aparat przymusu i będący na usługach władz system sprawiedliwości), które mogło zostać wykorzystane do odebrania im aktywów, a nawet pozbawienia ich zdrowia lub życia. Rosyjski biznes zaakceptował te reguły gry – m.in. dzielił się z Kremlem zarabianymi środkami finansowymi, sponsorował ważne dla niego projekty, był też wykorzystywany do lobbowania rosyjskich interesów za granicą. W ostatnich miesiącach, w sytuacji kurczących się środków do podziału, własność miliarderów spoza najbliższego otoczenia Kremla została zagrożona. Jest wielce prawdopodobne, że ich kosztem putinowska elita rozszerzać będzie swój stan posiadania. Rosną zatem obawy przed nacjonalizacją części aktywów lub ich przejęciem przez osoby bardziej lojalne wobec Kremla.

W rezultacie większość miliarderów – niezależnie od tego, czy przebywających w Rosji, czy za granicą – nie chcąc narażać się Kremlowi, wybrała milczenie jako najlepszy sposób ochrony swoich interesów. Mimo poniesionych strat duży prywatny rosyjski biznes jak dotąd nie odważył się na krytykowanie Kremla. Nieliczne osoby w pierwszych tygodniach inwazji zdecydowały się jedynie na publiczne nawoływanie do pokoju (np. kierownictwo Łukoilu i Novateku, Oleg Deripaska czy Michaił Fridman). Dotychczas z najostrzejszymi słowami przeciw wojnie i jej konsekwencjom („państwa powinny wydawać pieniądze na leczenie ludzi, nie na wojnę”) wystąpił mieszkający poza Rosją biznesmen Oleg Tińkow, który nie należał do bliskiego otoczenia Kremla. W efekcie został pozbawiony swoich aktywów w tym kraju. Zdaniem Tińkowa poglądy większości jego znajomych biznesmenów są podobne do jego, jednak boją się oni artykułować je publicznie.

Rosyjscy miliarderzy okazali się znacznie aktywniejsi, jeśli chodzi o ochronę ich własności za granicą. Aby uchronić majątek przed zamrożeniem, osoby zagrożone sankcjami personalnymi przede wszystkim sprzedawały lub przepisywały swoje aktywa, głównie na członków rodziny. Aleksiej Mordaszow (właściciel m.in. Siewierstali) przepisał majątek na żonę, natomiast Roman Abramowicz (m.in. współudziałowiec Evrazu) przekazał kontrolę nad znaczną częścią aktywów swoim dzieciom. Z zarządu holdingu inwestycyjnego LetterOne odeszli Michaił Fridman i Piotr Awen. Ponadto ich partnerzy biznesowi – Aleksiej Kuzmiczew i German Chan – sprzedali udziały w LetterOne i Alfa-Banku (zmniejszając tym samym kontrolę rosyjskich udziałowców objętych sankcjami do poziomu poniżej 50%). Znaczną część majątku, w tym jachty czy samoloty, udało się rosyjskim biznesmenom wyprowadzić spod zachodniej jurysdykcji, zanim zachodnie ograny nałożyły na nie ograniczenia. W większości przekierowywali oni swój majątek do państw, które nie objęły Rosji sankcjami, głównie do krajów Zatoki Perskiej, Izraela czy Turcji.

Ponad stu rosyjskich miliarderów objętych sankcjami personalnymi (m.in. Abramowicz i Fridman) zdecydowało się złożyć do zachodnich sądów pozwy, w których podważają oni zasadność nałożonych na nich ograniczeń. Nieliczni biznesmeni zadeklarowali wsparcie finansowe dla ofiar wojny, co wykorzystywali następnie do zabiegania o usunięcie z list sankcyjnych. Przykładowo fundusz charytatywny kontrolowany m.in. przez Fridmana i Awena pod koniec lutego 2022 r. zapowiedział wsparcie w wysokości 10 mln dolarów dla Żydów dotkniętych „kryzysem na Ukrainie”. Również Abramowicz zadeklarował, że pieniądze ze sprzedaży klubu piłkarskiego Chelsea przekaże na pomoc humanitarną dla ofiar wojny po obu stronach konfliktu. Jego wizerunek na Zachodzie miało także poprawić zaangażowanie w charakterze rzekomego pośrednika Kremla w rozmowach pokojowych z Ukrainą toczących się w pierwszych miesiącach pełnoskalowej wojny oraz przy wymianie jeńców wojennych.

Część biznesmenów próbowała też odzyskać kontrolę nad swoimi aktywami nielegalnie. Oleg Deripaska z pomocą wielu podstawionych osób i firm kontynuował działalność w USA (mechanizm został wykryty jesienią 2022 r.). Z kolei objęci unijnymi ograniczeniami personalnymi Dmitrij Mazepin i Aliszer Usmanow uprowadzili swoje jachty „zamrożone” odpowiednio przez władze Włoch i Chorwacji.

Większość rosyjskich miliarderów mimo sankcji pozostała poza granicami Rosji, przy czym znaczna część z nich wyprowadziła się z państw zachodnich, głównie do Izraela (Abramowicz) bądź państw Zatoki Perskiej (Andriej Mielniczenko). Blisko współpracujący z Kremlem Usmanow zdecydował się natomiast przeprowadzić do rodzinnego Uzbekistanu i ograniczyć działalność w Rosji. Niektórzy biznesmeni zrzekli się ponadto rosyjskiego obywatelstwa. Wśród nich znalazł się Jurij Milner (aktywny w branży technologicznej), przebywający poza Rosją już od 2014 r. Po agresji na Ukrainę, podobnie jak Paweł Durow (miliarder z branży technologicznej, właściciel komunikatora Telegram), poprosił on czasopismo „Forbes”, by nie nazywać go rosyjskim biznesmenem. Obecnie związki z Rosją są bowiem obciążeniem przy prowadzeniu biznesu na Zachodzie. Z dostępnych informacji wynika, że tylko jeden miliarder – German Chan – zdecydował się na powrót do kraju.

Milczenie miliarderów okazało się niewystarczające dla Kremla, który coraz mocniej wymaga od obywateli i biznesu czynnego wspierania władz, w tym przyjazdu do Rosji. Władze nasiliły też działania wymuszające przerejestrowywanie spółek z zagranicy do kraju. Dla przykładu w ostatnich miesiącach rosyjskie stały się firmy należące do Władimira Potanina, za pomocą których kontroluje on m.in. Norylski Nikiel. Niebawem rosyjską rejestrację uzyska także spółka technologiczna VK kontrolowana przez bliskiego przyjaciela Putina – Jurija Kowalczuka. Miliarderzy niechętni do powrotu do kraju coraz częściej pozbywają się rosyjskich aktywów. Arkadij Wołoż, założyciel i udziałowiec spółki technologicznej Yandex, pracuje obecnie nad wydzieleniem ich i przekazaniem kontroli nad nimi najprawdopodobniej kierownictwu spółki. LetterOne, której udziałowcami są Fridman i Awen, usiłuje natomiast odsprzedać managementowi rosyjską część operatora telefonii komórkowej VimpelCom. Obaj miliarderzy zamierzają też zbyć udziały (łącznie 45,3%) w Alfa-Banku (objętym sankcjami m.in. UE i USA) przebywającemu w Rosji partnerowi biznesowemu Andriejowi Kosogowowi (posiada on już 41%, po tym jak w marcu 2022 r. przejął aktywa od innych akcjonariuszy – Germana Chana i Aleksieja Kuzmiczewa). Nie ma jednak pewności, jak będzie wyglądało sfinalizowanie tych transakcji, kto zostanie ostatecznym beneficjentem i czy obecni udziałowcy otrzymają za swoje aktywa realne fundusze.

Miliarderzy pozostający w Rosji koncentrują się natomiast przede wszystkim na utrzymaniu biznesu, minimalizowaniu strat, a także na wykorzystaniu obecnej sytuacji do dalszego pomnażania zysków. Lojalni wobec Kremla mogą liczyć na dostęp do zamówień publicznych i państwowego wsparcia finansowego oraz na różnego rodzaju ulgi ekonomiczne. Dodatkowo czerpią oni korzyści z wycofywania się z Rosji części firm, które udaje się im przejmować poniżej wartości rynkowej. Jednym z największych beneficjentów okazał się Władimir Potanin (m.in. odkupił po zaniżonej cenie 35% udziałów w Tinkoff Bank od Olega Tińkowa).

Wojna stała się dla osób powiązanych z rosyjskim sektorem zbrojeniowym okazją do wzbogacenia się, a jednocześnie pozwoliła im zatrzeć ślady ogromnej korupcji, do której dochodziło w tej branży w ostatnich latach. W 2022 r. wydatki budżetowe na obronę narodową wzrosły o co najmniej 35% (tj. o 1,2 bln rubli, co stanowi równowartość 18 mld dolarów) – do 4,7 bln rubli (ok. 70 mld dolarów). Nie są to jednak wszystkie koszty wojny – wiele z nich pozostaje ukrytych w innych pozycjach budżetowych, w tym dotyczących polityki społecznej, cyfryzacji czy rozwoju gospodarki. Większość tych środków przeznaczono na państwowe zamówienia obronne rozdzielane uznaniowo, bez przeprowadzania konkursów. W dużej mierze były one realizowane przez państwową korporację Rostech, kontrolującą gros przedsiębiorstw sektora zbrojeniowego i nadzorowaną przez Siergieja Czemiezowa (razem z Putinem służył on w latach osiemdziesiątych w KGB w Dreźnie). Ponadto korporacja ta jest głównym odbiorcą przeznaczanych na program substytucji importu pieniędzy z budżetu państwa. O rosnących wpływach Czemiezowa świadczy też awansowanie w lipcu 2022 r. do rangi wicepremiera Denisa Manturowa (wcześniej ministra przemysłu i handlu), uważanego za jego protegowanego. Manturow skumulował w swoich rękach kontrolę nad zbrojeniowymi zamówieniami publicznymi oraz polityką substytucji importu.

W ostatnich miesiącach bezpośredni dostęp do środków budżetowych, w tym na zamówienia obronne, uzyskał także Jurij Borisow, którego w lipcu 2022 r. mianowano na stanowisko prezesa korporacji państwowej Roskosmos (wcześniej był wicepremierem odpowiedzialnym za sektor zbrojeniowy). Roskosmos ściśle współpracuje z rosyjskimi Siłami Powietrzno-Kosmicznymi. Na państwowych zamówieniach obronnych korzystają również spółki powiązane z rodziną Borisowa (np. technologiczna firma Moduł czy produkujące i remontujące silniki dieslowe Kingiseppskie Zakłady Maszynowe).

Kolejnym ważnym źródłem bogacenia się elity w czasie wojny jest Federalna Agencja Rezerw Państwowych (Gosriezierw), która odpowiada za gromadzenie zapasów materiałowych na wypadek wojny czy sytuacji nadzwyczajnych (np. klęsk żywiołowych). Głównymi beneficjentami zamówień na potrzeby tej agencji są firmy powiązane z rodzinami m.in. Siergieja Czemiezowa, Nikołaja Patruszewa (sekretarz Rady Bezpieczeństwa) czy Arkadija Rotenberga (miliardera, od czasów młodości sparingpartnera prezydenta Putina w judo).

Przedstawiciele putinowskiej elity umacniają się na rynku także dzięki przejmowaniu atrakcyjnych aktywów od wycofujących się z Rosji zachodnich spółek, zwłaszcza energetycznych. W większości warunki zmiany właściciela nie są znane. Z dostępnych informacji wynika jednak, że aktywa nabywane są po zaniżonej cenie, a niekiedy uzyskiwane w efekcie wywłaszczenia dotychczasowych udziałowców (np. projekty energetyczne Sachalin-1 i Sachalin-2).

Lojalność osób z najbliższego otoczenia prezydenta nagradzana jest również poprzez umożliwianie im żerowania na państwowych koncernach. Dla przykładu Aurora – spółka powiązana z młodszym synem Patruszewa – Andriejem – dzięki wydzierżawieniu od Gazpromu arktycznej floty (m.in. trzy platformy z czterech posiadanych przez Gazprom oraz statki) i uzyskaniu zgody na korzystanie z logo koncernu (Gazprom Szelfprojekt) stała się głównym usługodawcą zajmującym się odwiertami na szelfie arktycznym, w tym dla Gazpromu i Novateku (koncernu powiązanego z osobami z bliskiego otoczenia Putina). Starszy syn Patruszewa – Dmitrij – wykorzystuje natomiast swoje stanowiska ministra rolnictwa oraz prezesa Rady Nadzorczej Rossielchozbanku (państwowego banku rolnego) do konsolidacji sektora i czerpania z niego zysków. Służą temu m.in. wprowadzane regulacje rynkowe (w tym podział kwot eksportowych), jak również kontrola nad dystrybucją wsparcia państwowego dla firm czy dostępem do preferencyjnych kredytów Rossielchozbanku. Ponadto jeden z najbardziej dochodowych segmentów rynku, czyli eksport zbóż, został silnie skonsolidowany. Na dziesięciu największych eksporterów w 2022 r. przypadało ponad 70% wywożonego z Rosji zboża (wobec 64% w 2021 r.). Co więcej, wśród największych traderów zbożowych co najmniej dwóch wiązanych jest z Dmitrijem Patruszewem.

W sektorze IT i mediach umacniają się natomiast struktury powiązane z Jurijem Kowalczukiem. Kontrolowana przez niego spółka Sogaz w sierpniu 2022 r. przejęła od Yandexu serwisy informacyjne Dzen i Novosti. Państwowe przedsiębiorstwo telekomunikacyjne Rostelecom zamierza zaś zdominować rynek łączności komórkowej, m.in. poprzez przejęcie operatora komórkowego MegaFon, kontrolowanego obecnie przez Aliszera Usmanowa. Rosyjskie media spekulują także, że mogłaby ona uzyskać kontrolę również nad VimpelComem.

Mimo wojny i kurczących się zasobów bracia Rotenberg rozwijają swój dotychczasowy model biznesowy oparty na pasożytowaniu na spółkach państwowych i zamówieniach publicznych. Firmy budowlane powiązane z Arkadijem Rotenbergiem i bankiem WEB wymienia się wśród głównych beneficjentów projektów rozwoju infrastruktury kolejowej i drogowej. Latem 2022 r. Borys Rotenberg wszedł natomiast na rynek usług dla sektora nuklearnego, przejmując 36% udziałów w spółce TiechAtomStroj, będącej jednym z podwykonawców państwowego Rosatomu.

W rezultacie inwazji na Ukrainę i nałożonych w jej następstwie sankcji straty finansowe poniósł cały rosyjski biznes państwowy i prywatny. Na razie jednak jedynie nieliczni miliarderzy odważyli się na nieśmiałe nawoływanie do pokoju. Posłuszeństwo przedstawicieli prywatnego biznesu spoza najbliższego otoczenia Kremla, także miliarderów żyjących poza Rosją, wynika z ich zastraszenia. Obawiają się oni utraty aktywów, a nawet – w przypadku otwartego sprzeciwu wobec Putina – życia. De facto oznacza to, że biznes nadal pozostaje pod silnym wpływem Kremla.

Władze w Moskwie wykorzystują wojnę i pogłębiający się kryzys gospodarczy w kraju do kolejnego podziału własności i dalszego umacniania kapitalizmu państwowego. W miarę swoich kurczących się możliwości państwo wspiera przede wszystkim spółki z najbliższego otoczenia Kremla – oferuje im m.in. ulgowe kredyty czy dofinansowanie projektów. Ponadto w rezultacie zmian prawnych (m.in. rezygnacji z konkursów przy wyborze wykonawcy zamówień publicznych, utajnieniu informacji o beneficjentach kontraktów państwowych oraz finansach państwowych spółek) wzrósł w Rosji poziom korupcji.

Lojalność osób z najbliższego otoczenia Kreml usiłuje utrzymać, rekompensując im częściowo straty finansowe i umożliwiając bogacenie się na zamówieniach publicznych oraz poprzez przejmowanie aktywów – zarówno firm zachodnich, wycofujących się z kraju, jak i rosyjskich, należących do ludzi spoza kremlowskiej elity. Pozwalając im zarabiać dzięki wojnie, Putin de facto zwiększa ich współodpowiedzialność za nią i za dokonywane w jej trakcie zbrodnie wojenne. W ten sposób jeszcze bardziej uzależnia przyszłość tych osób od utrzymania obecnego reżimu. Ze względu na hermetyczność rosyjskiego systemu władzy trudno jest wnioskować o nastrojach wśród elity rządzącej. Jak dotąd nie widać ostrych konfliktów o aktywa, choć oznaki napięć w jej szeregach są dostrzegalne. Dotyczą one jednak głównie rywalizacji między bezpośrednio zaangażowanymi w działania wojenne.

Dotychczas Putin skutecznie odgrywał rolę arbitra, rozstrzygając konflikty, i zapewniał środki finansowe do podziału, które były w stanie zadowolić jego otoczenie. Niemniej przedłużająca się wojna i rosnące jej koszty rodzą wątpliwości, na jak długo Kremlowi wystarczy funduszy na zaspokajanie potrzeb elity. Już obecnie władze zmuszone są – poprzez rosnące obciążenia podatkowe – sięgać również do kieszeni osób z najbliższego otoczenia. Jeśli potwierdzą się prognozy mówiące o tym, że sytuacja finansowa Rosji w 2023 r. może być trudniejsza niż w pierwszym roku pełnoskalowej wojny, wówczas także należący do najściślejszego kręgu Putina będą musieli ograniczyć swoje apetyty.

Dotychczasowy model biznesowy został w Rosji trwale zburzony. Bez dostępu do zachodnich rynków, technologii i towarów inwestycyjnych tamtejszy wielki biznes będzie się coraz bardziej uzależniał od rynku azjatyckiego, głównie chińskiego. Pozycja negocjacyjna Moskwy w tych relacjach będzie znacznie słabsza, przez co warunki współpracy dyktować będzie Pekin i najprawdopodobniej będą one o wiele mniej korzystne od tych, jakie obowiązywały w kooperacji z Zachodem.

osw.waw.pl

Często słyszę od żołnierzy, którzy mają za sobą doświadczenie misji zagranicznych w Afganistanie, w Iraku, w Syrii czy w Bośni, że ta wojna jest absolutnie inna od czegokolwiek, co widzieli. Zwracają uwagę, że na tamtych wojnach mieli uzbrojoną bazę, mieli za sobą zachodnią technologię, medavaki [transporty rannych z pola walki – red.] i tak dalej. Tu jest zupełnie inaczej. W jaki sposób ta wojna jest inna z twojej perspektywy?

Dam ci przykład. Chłopcy z Iraku mówili, że jak tam leciał helikopter, to oni mu bili brawo, a tutaj jak słyszą helikopter, to się chowają, bo to prawdopodobnie ruski. Jest tak dużo zadań, że idziemy na misję na 24 godziny, wracamy do safehouse'u [kryjówki – red], śpimy, jemy i po 24 godzinach znowu jedziemy na misję.

Zupełnie inaczej niż na tamtych wojnach, gdzie żołnierze mieli znacznie dłuższe przerwy.

Dodatkowo czasem nie da się zaplanować misji w taki sposób, jak było planowanie w Iraku. Czasem się okaże, że dzisiaj nie ma medyka dla nas. Jest ambulans, ale 20 kilometrów dalej. A jak na naszym stanowisku, gdzie jest błoto do kolan, ktoś zostanie ranny, to przez dwa i pół kilometra musimy go sami nieść w tym błocie. Dwa i pół kilometra w błocie po kolana z rannym to są dwie godziny. Bo masz zaminowane pole, nie wszędzie możesz wyjść na otwartą przestrzeń, bo cię ostrzelają. Musisz iść jakąś przecinką drzew, często drzewa są zwalone. Cały czas pod ostrzałem artyleryjskim. Po dwóch godzinach ręce cię pieką z bólu.

A często waszymi przeciwnikami nie są żołnierze z tzw. świeżej mobilizacji, tylko na przykład specnaz. Często wam się zdarza z nimi spotykać?

Jeżeli chodzi o naszą pracę na pierwszych liniach, to głównie to był kontakt z oddziałami specjalnymi, bo my bardzo dużo w nocy pracujemy, a tylko rosyjskie oddziały specjalne dostają noktowizję i pracują w nocy.

Jak wygląda taki kontakt ze specnazem? W jakim sensie to jest inny rodzaj walki?

Jeżeli chodzi o radio, to musisz być bardzo ostrożny w słowach, bo mieliśmy przypadek, że podaliśmy naszym lokalizację wroga i swoją, i zostaliśmy ostrzelani. Okazało się, że to nie nasi strzelali do Ruskich, tylko Ruscy do nas.

Jaka jest praktyczna różnica w walce pomiędzy walką z taką "świeżą mobilizacją" a specnazem?

Jeżeli chodzi o nową mobilizację, to oni są przeważnie wrzucani do okopów. Mają jakieś kałasznikowy, może jakiś pojedynczy karabin maszynowy. Ta broń zwykle nie jest odpowiednio wyzerowana, czyli nie są w stanie celnie strzelać, nie mają wyrzutni granatów. Ich siła ognia jest niewielka, nie mają motywacji do walki. Bardzo się boją, oni nie chcą tam być.

Z drugiej strony specnaz.

Z drugiej strony masz superwyszkolone i uzbrojone oddziały specjalne Wagnerowców, które już nie chodzą w rosyjskich mundurach, tylko mają kamuflaż multicam, mają wyposażenie takie jak my, a nawet lepsze. Jak szliśmy z ofensywą na Kupiańsk, to bardzo dużo sprzętu po nich zebraliśmy.

I to był dobry sprzęt?

Jeśli chodzi na przykład o noktowizję, to ja noktowizji tak dobrej jakości nie miałem.

Czyli nie ma co przesadzać z tymi śmieszkami, że Rosjanie są tak słabo uzbrojeni?

U nas też świeże chłopaki nie dostają najwyższej klasy uzbrojenia. My jako Legiony jesteśmy w dobrej sytuacji, bo nam nigdy nie brakuje amunicji. My mamy taki sprzęt, jaki sobie zażyczymy. Jeżeli chcemy coś nowego, mamy dobrych logistyków, którzy szukają dla nas w Stanach Zjednoczonych, w Polsce, jest pomoc od wolontariuszy.

(...)

A taki moment, który dla ciebie był najbardziej skomplikowany?

Była taka misja, taka prawie hollywoodzka. Naszym zadaniem było zaminować jedną z dróg przy lesie za Kupiańskiem. Jak już się tam pojawiliśmy, to okazało się, że są Ruscy i to całkiem dużo. Była noc, byliśmy małą grupą, więc szanse powodzenia niewielkie. No ale jak już byliśmy na miejscu, to chcieliśmy coś tam zrobić. Pierwszą noc spędziliśmy w jakimś zniszczonym hotelu. Szyby powybijane, ściany porozwalane. Ja akurat spałem na dole, a na górze były dwa pokoje, trzech chłopaków miało spać w jednym, trzech chłopaków miało spać w drugim. Przed snem jeszcze rozmawialiśmy. I ci trzej, co mieli spać w tym drugim pokoju na górze, mieli już tam iść, ale nagle w nasz budynek uderzył pocisk artyleryjski. No i ten pokój się zawalił, po prostu spadł na dół.

Ktoś ucierpiał?

Na szczęście nikomu nic się nie stało. Następnego dnia mieliśmy wykonać zadanie. Poszliśmy na skraj miasta oddalonego o dobre 300, 400 m od naszej ostatniej linii piechoty.

Czyli poza linię zero.

Przeszliśmy za płot, a przy płocie był rów. Nie był to okop, ale zagłębienie z górką, fajnie można było się tam schować. My tam sobie w pięciu usiedliśmy i tak sobie po cichutku siedzimy, przyglądamy się, bo przy obserwacji najważniejszy jest spokój. Nagle 100 m od nas zobaczyliśmy maszerującą kolumnę Ruskich. Nie mieliśmy rozkazu, żeby atakować, ale przyglądaliśmy się.

Oni sobie przeszli i zaczęli wchodzić do lasu. Na jednym z Ruskich zobaczyliśmy kamuflaż snajpera. Chłopak od nas, który miał największy kaliber, M-14, przycelował i strzelił. Wycofaliśmy się do budynku obok. Tam był warsztat mechanika. Weszliśmy do środka i wysyłamy koordynaty do ostrzału Ruskich, ale też podaliśmy swoje.

Trafiliście w tego Rosjanina?

Nasz dowódca, który był w sztabie, nie wierzył, że my tak daleko doszliśmy. Ale słyszy na radiu, jak Ruscy mówią: "mamy ciężko rannego w rękę i w bok". Wtedy dowiedzieliśmy się, że trafiliśmy. Podaliśmy też nasze koordynaty i niestety Ruscy je przejęli, i nagle zaczęły lecieć pociski artyleryjskie. Pierwszy pocisk poleciał tak z 200 m od nas, drugi już był 50 m od nas. Krzyczymy do radia: "nie jeb..., nie jeb... z artylerii", bo myśleliśmy, że to nasi walą.

A to strzelali już Rosjanie.

Kolejny pocisk walnął tak blisko, że zrozumieliśmy, że to my jesteśmy celem. I od razu po nim wybiegliśmy. Ja biegłem jeszcze z dwoma javelinami [przeciwpancerny pocisk kierowany – red.] to trochę ciężaru miałem. Przeskoczyliśmy przez płot i pobiegliśmy do kolejnego budynku, w stronę naszych pozycji.

Tam stanęliśmy na pięć minut i usłyszeliśmy strzały. Weszła do tego warsztatu mechanika specjalna jednostka Ruskich, żeby nas wystrzelać. Chcieli pomścić swojego. My tak samo byśmy działali, gdyby naszego zabili. Nie czekalibyśmy na rozkazy ze sztabu, z dowództwa. Nie, my byśmy tam poszli. Bo tak trzeba. Wróciliśmy biegiem na naszą linię piechoty i oni się pytają, czy my żyjemy. Bo w momencie jak wychodziliśmy, zawalił się dach budynku, w którym się ukrywaliśmy. Byliśmy cały czas pod obserwacją drona, cały czas pod ostrzałem. Trzy minuty dłużej w tym domu, a pewnie byśmy nie żyli. Gdyby ta artyleria za pierwszym razem uderzyła 10 m bliżej, możliwe, że byśmy zginęli.

onet.pl

Swoją analizę "The Guardian" rozpoczyna od relacji z towarzyskiego spotkania, do którego pod koniec grudnia miało dojść w domu wysokiego rangą rosyjskiego urzędnika. Na przyjęciu, jak podają źródła gazety, obecny był Dmitrij Pieskow, rzecznik prasowy Kremla. Dziennikarze przytaczają słowa, które miał wypowiedzieć przy wznoszeniu toastu. - Zgaduję, że oczekujecie, iż coś powiem. Sprawy będą trudniejsze. To zajmie bardzo, ale to bardzo dużo czasu - powiedział według tej relacji Pieskow.

Autorzy artykułu zwracają uwagę na zmianę retoryki samego Władimira Putina. Dyktator, jak piszą, od dłuższego czasu przedstawia agresję na Ukrainę jako egzystencjalną bitwę, w której stawką jest przetrwanie Rosji. "The Guardian" przywołuje niedawną wizytę Putina w fabryce lotniczej w Buriacji. - Dla nas to nie jest zadanie geopolityczne, ale zadanie dotyczące przetrwania rosyjskiej państwowości, stworzenia warunków dla przyszłego rozwoju kraju i naszych dzieci - mówił prezydent Federacji Rosyjskiej. Politolog Maksym Trudolubow dostrzega pewien wzorzec w ostatnich przemówieniach Putina. Jak zauważa, w ostatnich tygodniach wypowiedzi przywódcy coraz częściej nawiązują do pojęcia "wiecznej wojny" z Zachodem. - Putin praktycznie przestał mówić o jakichkolwiek konkretnych celach tej wojny. Nie proponuje żadnej wizji tego, jak mogłoby wyglądać przyszłe zwycięstwo. Wojna nie ma ani wyraźnego początku, ani przewidywalnego końca - mówi politolog. 

W podobne tony Putin uderzał w lutowym orędziu do narodu. Mówił wówczas m.in. o zagrożeniach dla istnienia Rosji. "The Guardian" cytuje anonimowego zachodniego dyplomatę, który interpretuje to wystąpienie jako przygotowanie rosyjskiego społeczeństwa do "wojny, która nigdy się nie kończy". (...)

gazeta.pl

wtorek, 28 marca 2023


Ostatnio coraz częściej pojawiają się głosy, że Ukraińcy szykują się do sporej kontrofensywy. Ppłk Maciej Korowaj, oficer wojsk pancernych, a także analityk rosyjskiej wojskowości, taktyki i strategii, również uważa, że takie uderzenie jest możliwe. – Pytanie tylko gdzie to zrobią i czym? – mówi w rozmowie z Onetem.

Zdaniem polskiego wojskowego Rosjanie mocno szykują się do takiego scenariusza. – Wskazują, że może to nastąpić późną wiosną. Oceniają, że Ukraińcy nie są teraz gotowi do przeprowadzenia większego ataku, ale sami też zaznaczają, że nie są gotowi, aby taką ofensywę przyjąć – dodaje.

Dlatego w Rosji panuje przekonanie, że obecnie na froncie trwa wyścig z czasem pomiędzy siłami zbrojnymi obu państw.

– Pytanie, kto lepiej przygotuje się do tej rozgrywki. Rosjanie raczej rozważają wariant przyjęcia ofensywy ukraińskiej, załamania jej, a później wyprowadzenia swojej ofensywy. To jest najczęstszy scenariusz wskazywany przez Rosjan i raczej na to się szykują – przypuszcza nasz rozmówca.

Jednocześnie ekspert przypomina, że wcześniej zakładał, że Rosja nie jest gotowa do długotrwałej wojny i cały czas to zdanie podtrzymuje.

– Dlatego Rosja będzie szukała szybkich rozwiązań operacyjnych, aby pokonać Ukrainę – przekonuje. – Zakładałem, że Rosjanie uderzą zimą, kiedy Ukraińcy naprawdę nie byli na to gotowi. Niemniej walki o Bachmut czy inne miejsca na froncie spowodowały dużą dewaluację sił ukraińskich. Spadła też jakość ich dowodzenia na poziomie taktycznym, m.in. przez straty w sztabach. To samo tyczy się sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Tak więc obie strony poświęciły część swoich zasobów na zimowe walki, które miały na celu osłabienie przeciwnika. Chciały wykorzystać do tego jednostki, które nie są pierwszorzutowe, ale jednak zarówno Rosjanie, jak i Ukraińcy musieli sięgnąć po rezerwy – dodaje.

Dlatego zdaniem ppłk. Korowaja kluczowe może być to, kto wspomniane rezerwy zachował większe i będzie mógł przeprowadzić ofensywę. – Rosjanie liczą, że gdyby udało im się pozbawić siły zbrojne Ukrainy możliwości ofensywnych w przyszłości, to Zachód zauważyłby, że Ukraina już nie ma szans na wygranie wojny. To z kolei dałoby możliwość rozpoczęcia rozmów negocjacyjnych, oczywiście na warunkach rosyjskich – zaznacza.

Dowodem na to, że Rosjanie chcą odeprzeć wzmocniony atak Ukrainy, mogą być zdjęcia z frontu, na których widać, że żołnierze budują nowe fortyfikacje. – To są widoczne działania, które układają się w pewien wzór, który może świadczyć, że celem Rosji jest przyjąć ofensywę ukraińską na swoich warunkach – uważa ekspert.

Z drugiej strony ważne są także przymiarki Kremla do rozmieszczenia na terenie Białorusi broni atomowej. Zdaniem polskiego wojskowego w takich sytuacjach Rosjanie zawsze chcą osiągnąć kilka celów.

– Patrzą na to o wiele szerzej. Przede wszystkim ta broń umieszczona na Białorusi ma wymóc na Europie Środkowej, a szczególnie na Polsce, negatywne postrzeganie swojego bezpieczeństwa, co zdaniem Rosjan, spowoduje pewne pożądane w ich mniemaniu zachowania społeczne, gospodarcze i militarne. Warto zauważyć, że niedługo mamy wybory, a koniec budowy tych elementów infrastruktury do przechowywania broni atomowej, wypada w przeddzień rozpoczęcia u nas oficjalnej kampanii wyborczej. Takie działania rosyjskie nie są przypadkowe. Drugim celem są Stany Zjednoczone, które zdaniem Rosjan, w tym wypadku będą pod presją podjęcia negocjacji deeskalacyjnej z Rosją. To typowa kremlowska gra na szantaż i na odstraszanie. Jeszcze są kwestie Ukrainy, Europy. Tych celów jest dużo, pytanie, czy my w tę grę będziemy grać, czy nie – mówi nasz rozmówca.

Ppłk Korowaj dodaje, że różne ruchy USA, takie jak działania floty bombowców B52, które miały miejsce kilka tygodni temu, a do tego spokój i stonowane wypowiedzi przedstawicieli naszych władz pozwalają na razie ze spokojem spoglądać w kierunku Białorusi.

– Moim zdaniem broń atomowa ma wyłącznie wymiar polityczny, a nie taktyczny. Jej użycie, bez względu na to, czy to będzie jedna, czy sto głowic, spotka się z jasną reakcją. Wszystkie państwa poza Rosją tego nie akceptują. W tym gronie są też Chiny. Tak więc tych czynników niesprzyjających posunięciom Rosji jest dużo, ale nie zmienia to faktu, że Kreml też chce osiągnąć swoje konkretne cele – podkreśla.

onet.pl