wtorek, 31 stycznia 2023


Jak podaje Roskomnadzor (Federalna Służba ds. Nadzoru w Sferze Łączności, Technologii Informacyjnych i Komunikacji Masowej), w 2022 roku do agencji wpłynęło 284 tys. skarg – to o 26,5 proc. więcej stosunku do roku poprzedniego, przy czym najczęściej obywatele donosili w sprawie „fejków” na temat wojny. Jednocześnie szczyt donosów Rosjan przypadł na marzec, kiedy to Władimir Putin wezwał do ujawniania „zdrajców narodowych” i stwierdził, że naród rosyjski „zawsze będzie umiał odróżnić prawdziwych patriotów od szumowin”.

Jednak praktyka donosicielstwa wróciła do postsowieckiej Rosji na długo wcześniej. Jak zauważa antropolog Aleksandra Archipowa, od około 2017 roku władze aktywnie zachęcają do donosicielstwa w ramach walki z działalnością opozycyjnej Fundacji Walki z Korupcją więzionego Aleksieja Nawalnego.

Wraz z uchwaleniem w 2020 roku ustawy o rozprzestrzenianiu nieprawdziwych informacji dotyczących koronawirusa, donosicielstwo stało się znacznie bardziej powszechne. Ale dramatyczna zmiana, zdaniem badaczki, nastąpiła w maju 2022 roku. Od tego momentu zaczęto skazywać za wypowiedzi wyłącznie na podstawie słów donosiciela, bez jakichkolwiek innych dowodów.

– Jakaś starsza pani może usłyszeć, że jej sąsiadka dyskutuje z kimś o wojnie, donosi na nią i sąsiadka zostaje ukarana grzywną – przytacza przykład Archipowa.

Nie sposób dokładnie ocenić, ile spraw karnych jest wszczynanych właśnie na podstawie donosu. Od portalu OWD-info, monitorującego motywowane politycznie zatrzymania, uzyskaliśmy informację, że w większości przypadków w aktach sprawy nie podaje się, jak służby dowiedziały się o danej osobie i dlaczego postanowiły ją sprawdzić. Obrońcy praw człowieka oszacowali, że do połowy lata na 1 303 sprawy o „dyskredytację” armii 110 zostało wszczętych po donosie.

– Po wybuchu wojny pojawiło się wiele prawnych instrumentów kontroli i coraz częściej, gdy ludzie słyszą rozmowy, podczas których ktoś wyraża się o wojnie w negatywnym kontekście, dzwonią na policję lub składają skargi do organów ścigania – mówią przedstawiciele OWD-info.

Zdaniem komentatora politycznego Borysa Grozowskiego autorytarne społeczeństwo rosyjskie nabiera niektórych „rozmytych” cech społeczeństwa totalitarnego. W rozmowie z Vot Tak publicysta zauważa, że w rosyjskim społeczeństwie rośnie liczba osób, które wojna zainspirowała do działania i chętnie robią co tylko w ich mocy, by „przybliżyć zwycięstwo” – jak twierdzi Grozowski, można założyć, iż „część donosów jest inspirowana tym szczerym pragnieniem”.

Chociaż współczesne donosicielstwo jest w pewnym sensie podobne do tego z czasów sowieckich, istnieje między nimi zasadnicza różnica: w przeciwieństwie do lat 30. XX wieku, obecnie donoszenie nie jest obowiązkiem obywatela, jak zauważa Grozowski, jest dobrowolne.

– Powiedzmy w 1937 roku, jeśli ujawniono, że masz w jednostce wroga, ale to nie ty go ujawniłeś, mogłeś zostać ukarany jako jego wspólnik – wyjaśnia ekspert.

Zdaniem Grozowskiego sowieckie władze starały się stworzyć w społeczeństwie atmosferę histerii i paranoi.

– Wrogowie są wszędzie, są wśród nas, są odpowiedzialni za wszystkie klęski i nieszczęścia których doświadczamy, a obowiązkiem każdego uczciwego obywatela jest zachować czujność, zdemaskować podstępne machinacje wrogów w swoim najbliższym otoczeniu i dostarczyć informacji o nich właściwym organom – mówi.

Tymczasem w Rosji system polityczny w przeciwieństwie do stalinowskiego, przez ostatnie 30 lat nie był nastawiony na udział obywateli w polityce, ale wręcz przeciwnie – na trzymanie ludzi z dala od polityki.

– Obecnie sytuacja się zmienia, ale nie jest to szybki proces – podsumowuje nasz rozmówca.

Jedną z pierwszych figurantek spraw dotyczących „fejków” na temat o rosyjskiej armii była petersburska artystka i aktywistka Sasza Skoczilenko. W kwietniu 2022 roku doniosła na nią 72-letnia emerytka z „jastrzębim wzrokiem”: zauważyła, że Skoczilenko w sklepie zastąpiła cenniki antywojennymi ulotkami. Dotyczyły one rosyjskiego ataku na szkołę artystyczną w Mariupolu, w której schronili się cywile.

Przesłuchiwana w sądzie kobieta powiedziała, że oburzyły ją „pomówienia” wobec rosyjskich wojskowych, gdyż była pewna, że nie pozwoliliby oni na bombardowanie obiektów cywilnych i ludności cywilnej.

– Bardzo się martwię o rosyjskich żołnierzy na Ukrainie, oglądam wszystkie wiadomości na ten temat… Oczywiście informacje z ulotek są kłamstwem – powiedziała emerytka i dodała, że wręcz trzęsą jej się ręce z oburzenia.

W czerwcu tego samego roku za rozprzestrzenianie „fejków” na temat armii sąd aresztował 54-letniego mieszkańca Petersburga Olega Biełousowa. Doniósł na niego znajomy, któremu nie spodobały się komentarze Biełousowa na portalu społecznościowym. Po jednym z przesłuchań wyjaśnił dziennikarzom swoją motywację: jego zdaniem informacje o zbrodniach wojsk rosyjskich w Buczy, szabrownictwie i gwałtach były kłamstwami. Mężczyzna dodał, że „bezinteresownie pomaga” wojsku, jego najstarszy syn walczy, a on sam jest gotów pójść na front, jeśli będzie taka potrzeba.

Donosiciel zaznaczył również, że wierzy w broń biologiczną – roznoszące wirusa komary [w początkowych miesiącach wojny rosyjska propaganda aktywnie rozprzestrzeniała fałszywą informację na temat rzekomych ukraińskich laboratoriów, gdzie opracowuje się broń biologiczną wymierzoną w Rosjan – Belsat.eu] i popiera byłego sowieckiego wojskowego i handlarza bronią Wiktora Buta. Jak twierdzi mężczyzna, jego decyzja o złożeniu skargi na znajomego spotkała się z aprobatą.

– Wszyscy ludzie mnie wspierają, wszyscy są po mojej stronie, nikt z moich przyjaciół nie krytykował mnie za to – oświadczył.

W lipcu mieszkaniec obwodu moskiewskiego Siergiej Obrazcow doniósł na swoją żonę Ukrainkę, ponieważ ta „wyrażała antyrosyjskie opinie” w kwestii wojny i „zwróciła ich wspólne dziecko przeciwko rosyjskim władzom”. Jak powiedział Siergiej portalowi Moskowskij Komsomolec, bał się, że żona zabierze ich syna do swoich krewnych na Ukrainie.

– W przedszkolu powiedziano nam, że nasz syn powtarza antyrosyjskie hasła, kłóci się z innymi dziećmi. Powtarza po swojej matce, a ja jako odpowiedzialny rodzic nie mogę na to pozwolić – tłumaczył mężczyzna.

belsat.eu/vot-tak.tv

BiznesAlert.pl: Jaka jest sytuacja gospodarcza Białorusi na początku roku?

Bartosz Tesławski: Sytuacja gospodarcza Białorusi jest zła ze wskazaniem na fatalną. Budżet na rok 2023 zakłada 3 mld białoruskich rubli deficytu, a 5 mld białoruskich rubli w budżecie zabezpiecza im najprawdopodobniej pożyczka czy darowizna od Rosji. Oznacza to, że Mińskowi brakuje 8 mld białoruskich rubli do zbilansowania budżetu, a stanowi to ponad 20 procent całości budżetu Białorusi. Gospodarka białoruska skurczyła się w roku 2023 prawdopodobnie o ponad 5 procent, czekamy na ostateczne informacje o zmianie PKB za grudzień i tym samym całościowy wskaźnik spadku Produktu Krajowego Brutto w 2022 roku. Sankcje, zwłaszcza te, które zostały nałożone na Białoruś jeszcze w 2021 roku po porwaniu samolotu z Ramanem Pratasiewiczem na pokładzie skutecznie duszą białoruski eksport, a restrykcje wprowadzone po 24 lutego 2022 sprawiają, że sytuacja gospodarcza jest najprawdopodobniej podstawowym zmartwieniem Mińska.

Czy te problemy gospodarcze przekładają się na decyzje władz i nastrój społeczeństwa?

Wydaje się, że chęć doprowadzenia do zniesienia sankcji, przy świadomości, że Rosja jest obecnie maksymalnie wrażliwa na jakiekolwiek prozachodnie odchylenia jest czymś co ma stanowić główne zadanie dla dyplomacji Siarhieja Aleinika. Mińsk nie chce dać wmanewrować się w wojnę z Ukrainą, bo oznacza to ostateczne stanięcie po stronie Rosji i powiązanie losu Białorusi z wynikiem tego konfliktu. Najprawdopodobniej Białoruś pozostałaby pod sankcjami zachodnimi znacznie dłużej niż Rosja, nawet w sytuacji, gdy wojna dobiegnie końca. Równocześnie Alaksandr Łukaszenka na pewno zdaje sobie sprawę, że nie może sobie obecnie pozwolić na żadne demonstracyjne dystansowanie się od Rosji, o faktycznym nawet nie wspominam. Białoruś pozostaje zależna od finansowej kroplówki z Rosji, ale ta docelowo też może przestać płynąć, jeżeli problemy gospodarki rosyjskiej zaczną się nasilać. Wynegocjowanie kolejnych 5 mld rubli dla budżetu w roku 2024 może być dla Mińska skrajnie trudne.

Społeczeństwo po 2020 roku wydaje się być niestety spacyfikowane, ale na pewno problemem będzie dla niego zmiana kodeksu podatkowego i de facto podwyżka podatków. Te dotkną w dużym stopniu małych, indywidualnych przedsiębiorców, którym biznes może po prostu przestać się “spinać”. Wzrost podatku dla “nierobów” to kolejna próba uzyskania dodatkowych środków dla budżetu bez naruszania jeszcze kluczowego elektoratu Alaksandra Łukaszenki. Mimo powyższych problemów zakładam jednak, że sytuacja gospodarcza może przełożyć się na wzrost emigracji, ale raczej nie doprowadzi do wyjścia Białorusinów na ulicę. Wspomnienie pacyfikacji protestów 2020 roku jest wciąż żywe i raczej na ten moment tylko wejście Białorusi w wojnę z Ukrainą mogłoby stanowić wystarczający impuls do wybuchu otwartych protestów.

Czy Białoruś pomaga Rosji omijać sankcje zachodnie? Przed wyborami w 2020 roku tak było. Były przypadki np. Krewetek made in Białoruś czy bananów. 

Na ten moment skala takiego procederu jest zdecydowanie mniejsza, bo handel z Białorusią jest również utrudniony, a wiele sankcji obejmujących Rosję po inwazji objęło również Białoruś. Obecnie to chyba przede wszystkim Turcja pełni rolę takiej “obwodnicy”, a Białoruś w wyniku nałożonych sankcji staje się uzależniona od eksportu do Rosji. Obecnie poziomy eksportu białoruskiej produkcji do Federacji Rosyjskiej osiągają poziomy, które z pewnością nie są zdrowe dla ich gospodarki. Z czego zatem wynika, że Białoruś nie jest obłożona sankcjami tak jak Rosja? Wszak jej udział w rosyjskiej inwazji na Ukrainę, poza bezpośrednim udziałem, jest oczywisty.

Prawdopodobnie właśnie dlatego, że Białoruś nie zdecydowała się na bezpośredni udział w konflikcie. Zakładam też, że istotną rolę mogło mieć tutaj również zakulisowe stanowisko Ukrainy, która do tej pory utrzymuje relacje z Białorusią na poziomie ambasadorów. Zakładam, chociaż Kijów to na ten moment kategorycznie wyklucza, że Zachód liczy na możliwość jakiegoś pośrednictwa ze strony Białorusi w prowadzeniu rozmów pokojowych lub także na to, że bardziej miękkie stanowisko wobec Mińska, przy ostrym wobec Moskwy ma być dla Białorusi sygnałem, że w przypadku dołączenia do wojny ich sytuacja może się jeszcze pogorszyć.

Były momenty, gdy Białoruś dawała sygnały, że chce w tym konflikcie zachowywać stanowisko idące w kierunku neutralności oczywiście z uwzględnieniem tego, że swoje lotniska i poligony bez ograniczeń udostępnia rosyjskiej armii. Pojawiły się informacje, że Mińsk pomógł Polsce w dostawach węgla, mówił o tym Jarosław Kaczyński czy o tym, że eksport ukraińskiego zboża miał się według jednego ze scenariuszy odbywać z litewskich portów za pośrednictwem białoruskiej kolei. Mińsk ma mało miejsca na manewry, ale widać, że w niektórych kwestiach stanowi “wentyl”.

Ostatnie pytanie dotyczy integracji Rosji i Białorusi. Czy jest realizowana w praktyce?

Wydaje się, że na ten moment realizacja znowu utknęła. Podpisanie map drogowych integracji w 2021 roku, chociaż stanowiło pewien przełom, to jednak nie oznaczało wprowadzenia tego procesu na szybsze tory, a jedynie pokonanie dużej bariery natury politycznej. Obecnie jednak mnóstwo mniejszych barier politycznych i proceduralnych pojawia się na poziomie współpracy obydwu parlamentów, synchronizacji szeregu ustaw etc. W tym roku ma dojść do jakiejś synchronizacji polityki celnej Białorusi i Rosji, ale na duże zmiany, jak na przykład wprowadzenie wspólnej (patrz rosyjskiej) waluty jest zdecydowanie za wcześniej (i mówią o tym nawet sami Rosjanie). Podsumowując, w tym roku nie spodziewam się przełomów.

biznesalert.pl

Gdy stało się jasne, że inwazja na Ukrainę nie idzie po myśli Putina, Kreml próbował "zamrozić" Europę, odcinając ją od surowców. Wiele krajów europejskich postawiło sobie więc za cel uniezależnienie się od rosyjskich surowców energetycznych i spędziło ostatni rok na uczeniu się życia bez nich. I zrobiły to lepiej, niż się spodziewano. Jak Europie udało się ominąć gazowy szantaż Kremla?

Już w grudniu europejskie ceny gazu ziemnego, które skoczyły wiosną, spadły do najniższego poziomu od początku wojny, w styczniu zaś wróciły nawet do poziomu sprzed jej wybuchu.

Josep Borrell, wysoki przedstawiciel Unii Europejskiej do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, obiecał niedawno, że wszystkie kraje Unii, z wyjątkiem Węgier, zrezygnują z rosyjskiego gazu, ropy i węgla do końca roku, stwierdzając, że sektor energetyczny Europy nie jest już zależny od Rosji. Oto cztery czynniki, które umożliwiły osiągnięcie tego celu.

Przed wojną Rosja była czołowym dostawcą surowców energetycznych w Europie — ropy, gazu, węgla i paliwa uranowego. Kraje europejskie były najbardziej uzależnione od rosyjskiego gazu. W 2021 r. stanowił on około 45 proc. europejskiego importu.

Taką kartą postanowił grać Kreml w czasie wojny. W ostatnim raporcie Komisja Europejska wskazuje, że Rosja celowo wywierała silniejszą presję na europejski rynek gazu: między lipcem a wrześniem 2022 r., w szczycie sezonu, Rosja stopniowo zmniejszała ilość gazu w gazociągu Nord Stream, co doprowadziło do bezprecedensowego wzrostu cen tego surowca pod koniec lata. Do tego czasu udział gazu ziemnego importowanego z Rosji spadł do 17 proc.

We wrześniu Rosja całkowicie odcięła dostawy gazu przez Nord Stream, co groziło pełnym kryzysem energetycznym w UE. Uratowały ją jednak specjalne środki wprowadzone przez kraje Zachodu. Co warto podkreślić, nie bez znaczenia okazało się tempo wprowadzanych zmian.

Pierwszy i najważniejszy pakiet środków antykryzysowych, RePowerEU, został przyjęty jeszcze w maju. Obejmował dywersyfikację źródeł energii, przyspieszone przejście na "czyste" źródła, oszczędności energii — wszystko, co jest potrzebne do osiągnięcia pełnej niezależności od importu z Rosji do 2027 r.

W efekcie pozycję głównego dostawcy gazu do Europy zajęła Norwegia, która przygotowuje się do dalszego zwiększenia eksportu gazu. Przykładowo już teraz jest głównym eksporterem gazu ziemnego do Niemiec, które od pięciu miesięcy pozostają bez gazu rurociągowego z Rosji.

Aby to się udało, niemiecki rząd musiał czasowo przedłużyć pracę elektrowni węglowych i reaktorów jądrowych, ale przede wszystkim przestawić się na zakup skroplonego gazu ziemnego (LNG). Podobnie jak inne kraje UE, Niemcy aktywnie wyposażają swoje porty w terminale do rozpakowywania LNG napływającego z USA, Kataru i Australii. We wrześniu niemieckie magazyny gazu ziemnego — największe w Europie — były wypełnione w ponad 90 proc., a Christian Lindner, niemiecki minister finansów, poinformował niedawno, że jego kraj nie jest już zależny od rosyjskiej energii.

Import zamorskiego gazu skroplonego okazał się największym zbawcą UE: europejski rynek LNG w 2022 r. niemal podwoił się, bijąc do grudnia swój historyczny rekord. We Włoszech, gdzie zakupy rosyjskiego gazu spadły o 87 proc., do poziomu z 1990 r., LNG stał się podstawą dywersyfikacji energetycznej. Od listopada do grudnia 2021 r. jego import wzrósł o 99 proc., co pozwoliło włoskiemu operatorowi przesyłu gazu Snam na maksymalne wypełnienie magazynów i zaopatrzenie kraju na całą zimę.

Kolejny lipcowy pakiet energetyczny nosił nazwę "Save Gas for a Safe Winter". Jego celem było zmniejszenie zużycia gazu w Europie o 15 proc. do końca marca 2023 r. Plan ten postulował zastąpienie gazu innymi źródłami energii, ale przede wszystkim mniejsze zużycie go w domu, biurze, firmach, budynkach rządowych, na basenach publicznych i w pałacach prezydenckich.

W efekcie Europejczycy rzeczywiście zużyli mniej gazu: według Eurostatu od sierpnia do listopada aż o 20 proc. mniej niż średnio w poprzednich pięciu latach, a w niektórych krajach, np. we Włoszech, zużycie spadło o 30 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Według niektórych prognoz zużycie gazu w Europie w 2023 r. prawdopodobnie pozostanie poniżej średniej pięcioletniej, spadając o 16 proc.

Ponadto we wrześniu Unia Europejska interweniowała w sprawie rosnących cen energii, aby zmniejszyć obciążenia finansowe konsumentów i przedsiębiorstw. Kraje europejskie wprowadziły programy pomocy publicznej, a niektóre — na przykład Hiszpania i Francja — tymczasowo całkowicie zamroziły taryfy za energię elektryczną. W sumie rządy UE wydały ponad 700 mld dol. na wsparcie swoich obywateli. Część z tych pieniędzy przeznaczono na zwiększenie dostępności energii odnawialnej.

Ratujący życie LNG to nic innego jak paliwa kopalne. A kraje takie jak Niemcy, Francja, Austria, Holandia i Włochy nieśmiało wróciły nawet do węgla.

Ogólnie jednak inwazja na Ukrainę przekierowała uwagę europejskich przywódców na alternatywne zasoby. Unia Europejska z większym entuzjazmem podchodzi do inwestowania w energię odnawialną, a w okresie od maja do sierpnia wytworzyła rekordową ilość 12 proc. energii elektrycznej z energii słonecznej i 13 proc. z energii wiatrowej.

Patrząc na to, jak kraje rozbudowują zieloną infrastrukturę w obliczu kryzysu energetycznego, Międzynarodowa Agencja Energetyczna skorygowała swoją prognozę dla odnawialnych źródeł energii i obecnie oczekuje, że ich rozwój w ciągu najbliższych 5 lat będzie porównywalny z wynikami z całego ostatniego dwudziestolecia.

Czwarty i ostatni pakiet środków, zatwierdzony przez Unię Europejską w grudniu, ma również na celu przyspieszenie wprowadzania czystej energii. Powinna ona zbliżyć kraje UE do wspólnego zakupu gazu ziemnego i pomóc w dostosowaniu rynku. Szwajcaria, która nie ma własnych magazynów gazu ziemnego, liczy na swoje elektrownie wodne i pomoc sąsiadów — Niemiec, Włoch i Francji, które ostatnio zwiększyły produkcję energii jądrowej.

Szwajcarska Federalna Komisja Energii Elektrycznej zwraca jednak uwagę na to, że jednym z najważniejszych powodów, dla których Europa ma zagwarantowany bezpieczny sezon grzewczy, jest wyjątkowo ciepła zima. Europejczycy przeżywają jedną z najcieplejszych zim w historii, co spowodowało słabsze ogrzewanie domów. Gaz wpompowany do zbiorników w czasie ciepłej pogody przeszedł bez szwanku i chociaż w Europie znów jest zimno, w magazynach jest wystarczająco dużo gazu — nawet jeśli przez resztę zimy temperatury spadną poniżej normy.

Tej zimy Europa skutecznie pokonała Kreml. Eksperci ostrzegają jednak, że następna zima może okazać się znacznie trudniejsza — głównie dlatego, że UE będzie musiała polegać na całkowitym braku dostaw rosyjskiej energii. Europa albo powróci do sporadycznego zakupu rosyjskiego gazu, albo całkowicie przestawi się na alternatywne źródła energii, kładąc kres rosyjskiemu szantażowi energetycznemu.

onet.pl/Nowa Gazieta

Omawiamy tekst rosyjskiego analityka prof. Dmitrija Trenina. Jego zdaniem Rosja, stając się oblężoną twierdzą, musi całkowicie na nowo zarysować swoją strategię na przyszłość. Jaki scenariusz rysuje?

W rosyjskim świecie zdominowanym przez wojenną propagandę zdumiewająco klarowny tekst ukazał się w oficjalnym periodyku „Rossija w globalnoj politikie”, wydawanym pod auspicjami tamtejszego MSZ. Jego autorem jest ceniony na Zachodzie politolog i były pułkownik wywiadu prof. Dmitrij Trenin. Wspierając „specjalną operację wojskową na Ukrainie”, bez złudzeń wylicza strategiczne porażki wojskowe, geopolityczne i gospodarcze, jakie Moskwa poniosła w 2022 r. Jego zdaniem niezależnie od tego, jak zakończy się wojna, nie ma powrotu do żadnego z wzorców ZSRR i Rosji od 1945 i 1989 r.

Według Trenina najazd na Ukrainę 24 lutego to już nie punkt zwrotny, lecz narastające od lat załamanie całej rosyjskiej polityki. Już w 2000 r. stało się jasne, że polityka Moskwy zmierzająca do integracji Rosji jako wielkiego mocarstwa z Zachodem i zdominowanym przez USA ładem światowym wymaga korekty. Bez powodzenia podjęto ją w 2010 r. w postaci „resetu” w relacjach z USA oraz „partnerstwa modernizacyjnego” z Niemcami i „innymi państwami europejskimi”. Kryzys ukraiński z 2014 r. ostatecznie pogrzebał ideę integracji Rosji ze wspólnotą zachodnią i związany z nią projekt „wielkiej Europy od Lizbony po Władywostok”.

Relacje z Zachodem zaczęły się pogarszać. „Sankcje gospodarcze USA i UE, rywalizacja polityczna, wojna informacyjna zamieniły dawne partnerstwo w konfrontację, którą wielu nazwało, analogicznie do konfrontacji drugiej połowy XX w., wojną hybrydową. W lutym 2022 r. wojna hybrydowa nabrała wymiaru militarnego, nastąpiła konfrontacja – na razie pośrednia, jeśli mówimy o konflikcie między Rosją a państwami NATO na czele z USA. Ten stan całkowicie zrywa z dziedzictwem partnerstwa, załamały się ostatnie nadzieje”.

Konflikt zbrojny na Ukrainie otworzył zupełnie nowy etap w sytuacji wewnętrznej i zagranicznej Rosji. Zmieniają się granice kraju, jego demografia, system gospodarczy, stosunki i nastroje społeczne, otoczenie polityczne, postawy ideowe itd. Dramatycznie zmieniła się też międzynarodowa pozycja Rosji, która się już nie globalizuje, a regionalizuje i dzieli na przeciwstawne bloki. Już nie obowiązuje zasada Clintona it’s the economy, stupid, teraz to »geopolityka, głupcze!«”.

Zdaniem Trenina 24 lutego 2022 to cezura, która uruchomiła nieoczekiwane procesy:
  • Od początku wojny na Ukrainie stopień jedności krajów anglojęzycznych, Europy i azjatyckich sojuszników wokół USA osiągnął niespotykane dotąd wartości. Nie tylko Wielka Brytania, Polska i kraje bałtyckie, ale także Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania zajęły ostro antyrosyjskie stanowisko. Po raz pierwszy w historii Rosja nie ma na Zachodzie już nie tylko sojuszników, ale nawet rozmówców zdolnych do odgrywania roli pośredników, „tłumaczy” itp. Rozwiała się tradycyjna neutralność wielu krajów europejskich. Do antyrosyjskiego sojuszu przystąpiły nie tylko Finlandia i Szwecja, które zdecydowały się na przystąpienie do NATO, ale także Austria, Irlandia, a nawet nienależąca do żadnych stowarzyszeń Szwajcaria. Po stronie tej koalicji, liczącej ok. 50 krajów na całym świecie, stoi również Watykan.
  • Zachód nie zdołał kompletnie izolować Rosji, ale potrafił wykorzystać instytucje międzynarodowe. Uzyskał większość głosów poparcia dla antyrosyjskich rezolucji. ONZ i OBWE opowiedziały się przeciwko Rosji. Nawet fizyczny udział rosyjskich przedstawicieli na forach tych organizacji uzależnia się od decyzji władz amerykańskich i europejskich. Kwestionowany jest status Rosji jako stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, a prawo weta Rosji w Radzie Bezpieczeństwa jest obchodzone poprzez kierowanie spraw do Zgromadzenia Ogólnego.
  • Przestało działać odstraszanie nuklearne, na które liczyło rosyjskie przywództwo. Ostrzeżenia o najpoważniejszych konsekwencjach w przypadku mieszania się przez Zachód do konfliktu ukraińskiego nie przeszkodziły państwom NATO w uzbrajaniu i szkoleniu armii ukraińskiej, przekazywaniu informacji wywiadowczych do Kijowa w czasie rzeczywistym, szerokiej pomocy finansowej, gospodarczej i technicznej – a więc w aktywnej interwencji bez wysyłania własnych sił zbrojnych. Ponadto rosyjskie akcentowanie potencjału nuklearnego Rosji i ćwiczenia strategicznych sił nuklearnych interpretowano na Zachodzie i powielane na całym świecie jako dowód przygotowań Moskwy do rozpętania wojny nuklearnej.
Paradoksalnie – dziwi się Trenin – ta kampania informacyjna nie doprowadziła do publicznego protestu na Zachodzie przeciwko zagrożeniu nuklearnemu i na rzecz zakończenia militarnego wsparcia dla Ukrainy. Czynnik strachu już nie działa. Wojna zastępcza NATO z supermocarstwem nuklearnym Rosją nie jest już uważana za coś naprawdę niebezpiecznego. Atak na USA lub kraje NATO uchodzi za nieprawdopodobny ze względu na jego samobójczy charakter, a użycie broni nuklearnej na terytorium Ukrainy miałoby jedynie ograniczone skutki i zdemaskowałoby Rosję jako wroga całej ludzkości.

Zerwane więzi gospodarcze, energetyczne i geopolityczne:
  • Zniszczone zostały gospodarcze więzi Rosji z Zachodem. Sankcje USA i UE przeciwko Federacji Rosyjskiej, rozpoczęte w roku 2014 r., przekształciły się w totalną wojnę gospodarczą, monetarną i finansową. W efekcie model geoekonomiczny, którym kierowała się Moskwa od rozpadu ZSRR i przejścia do relacji rynkowych, załamał się w jego najważniejszym segmencie – relacji z Zachodem. Rosja stanęła przed czymś, czego zupełnie się nie spodziewała – zamrożeniem i konfiskatą suwerennych rezerw walutowych, aktywów prywatnych przedsiębiorców, a w istocie wykluczeniem z systemu transakcji finansowych z walutami zachodnimi. W rezultacie kraj stracił nie tylko połowę rezerw banku centralnego, ale także dostęp do zachodnich rynków. Tym samym nie spełniło się oczekiwanie, że zachodni gracze ekonomiczni, działając we własnym interesie, złagodzą skutki geopolitycznych starć.
  • Szczególnie bolesnym rozczarowaniem dla Moskwy jest zerwanie więzi energetycznych z Europą, tworzonych i pielęgnowanych przez rosyjskie kierownictwo przez 50 lat, już od czasów zimnej wojny. Były one uważane za gwaranta stabilności relacji z Europą – w przeciwieństwie do stosunków z USA, w których nic takiego nie istniało. Rosja dbała o swój wizerunek ultrapewnego dostawcy energii do krajów UE, zakładając zarazem, że Europa nie ma innych możliwości niż dostawy rosyjskiego gazu. Te rachuby także spełzły na niczym. Polityczna decyzja UE o odmowie importu rosyjskiej ropy i węgla oraz wprowadzanie ograniczeń – także stopniowych odmów – w imporcie gazu zerwały najważniejszą więź materialną między Rosją a Europą, czego symbolem stało się sabotażowe zniszczenie drugiej nitki gazociągu bałtyckiego.
  • Najważniejszym wydarzeniem w geopolityce Europy jest przyspieszony demontaż partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, opartego – podkreśla Trenin – na fenomenalnym pojednaniu między Rosją a Niemcami po drugiej wojnie światowej, a także na roli, jaką Związek Radziecki odegrał w kwestii zjednoczenia Niemiec po zakończeniu zimnej wojny. Relacje między Moskwą a Berlinem znów stają się wrogie: w niemieckiej opinii publicznej szybko odbudowuje się obraz zacofanej, reakcyjnej i agresywnej Rosji, a w opinii rosyjskiej w związku z bronią dostarczaną przez Niemcy na Ukrainę – wspomnienia o najeździe 1941 r. Zatrute relacje między dwoma największymi graczami w Europie służą geopolitycznym interesom USA i Wielkiej Brytanii, ale w przyszłości będą ważnym czynnikiem niestabilności w Europie.
Utrata sojuszników i respektu na świecie:
  • Specjalna operacja wojskowa Rosji na Ukrainie – ciągnie dalej Trenin – pokazała, że z formalnych sojuszników i partnerów Rosji w ramach powstałej w 1992 r. Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ) jedynie Białoruś stanęła po stronie Moskwy. Wszyscy pozostali sojusznicy, a także partnerzy w Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej (EAEU), zajęli stanowisko neutralne. Ich głównym motywem było uniknięcie jakiegokolwiek psucia stosunków z USA i Zachodem oraz wykorzystanie skupienia Moskwy na Ukrainie do dalszej dywersyfikacji polityki zagranicznej i dystansowania się od Rosji. Sytuacja ta stawia przed Moskwą pytanie o przyszłość jej podejścia do problemów sojuszu i integracji z byłymi republikami radzieckimi.
  • Niezdolność Rosji do szybkiego wykonania zadań specjalnej operacji wojskowej w wielu krajach europejskich dramatycznie zmniejszyła respekt wobec rosyjskiej siły militarnej i rosyjskiego uzbrojenia. Obnażyła także poważne problemy ze strategią oraz taktyką polityczną i wojskową; luki w szkoleniu, uzbrojeniu, wyposażaniu i obsadzie Sił Zbrojnych; w gotowości mobilizacyjnej kraju, w tym przemysłu; w ideologicznym wymiarze polityki państwa; w zachowaniu części elit i społeczeństwa. Te i inne problemy zniechęcają sojuszników i zachęcają przeciwników Rosji do wyznaczania bardziej zdecydowanych celów – aż po „ostateczne rozwiązanie kwestii rosyjskiej” poprzez zadanie Rosji strategicznej klęski i spowodowanie zmiany ustroju w kraju, jego demilitaryzacją (w tym denuklearyzacją), przeformatowaniem geograficznym i politycznym, reedukacją i zmianą elit, a w rezultacie z ogólną marginalizacją Rosji.
Jednak Trenin widzi także dla Moskwy „światełko w tunelu”. Jest nim – jak to nazywa – „światowa większość” stojąca jakoby po stronie Rosji. To największe kraje Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Chiny, Indie, Turcja, Iran, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Brazylia, RPA, Indonezja dążące do wzmocnienia swojej suwerenności i udziału w zarządzaniu światem. Zajęły stanowisko neutralne, a Iran i Chiny – prorosyjskie lub wyraźnie życzliwe wobec Moskwy. Także postępowanie Turcji, członka NATO i sojusznika USA, obiektywnie służy interesom Rosji.

Co prawda, więzi Rosji z tymi krajami są zróżnicowane. Są trudności, sprzeczności, a nawet elementy rywalizacji, ale to „najważniejszy i najcenniejszy zasób współczesnej Rosji”, którego nie miał ZSRR, musiał więc wydawać znaczne środki na utrzymanie w swej orbicie krajów wschodniej Europy, z których tylko NRD i Czechosłowacja miały rozwinięty potencjał przemysłowy i technologiczny.

Położenie Rosji – zdaniem Trenina – jest trudne, ale nie beznadziejne. W każdym razie nie ma odwrotu. Teoretycznie możliwa jest kapitulacja, „ale i ona nie cofnie Rosji ani do czasów z lutego 2022, ani z 2013 r. To byłaby droga do narodowej katastrofy, prawdopodobnego chaosu i całkowitej utraty suwerenności. Jeśli chcemy tego uniknąć, to nasz ogólny kierunek ruchu jest tylko do przodu. Niezbędnym warunkiem sukcesu jest rozwiązanie problemu Ukrainy”. Oto możliwe opcje:
  • Przegrana wojna – mimo starań Rosji – a co za tym idzie, faktyczne zwycięstwo wroga, zapowiada wstrząs. W dziejach historii Rosji były przegrane wojny – choćby krymska, potem rosyjsko-japońska. Doprowadziły one do reform wewnętrznych i dalszego rozwoju. Były inne zyski z porażek. Pokój brzeski uratował potęgę bolszewików, traktat ryski zakończył nieudaną wojnę sowiecko-polską, ustabilizował zachodnią granicę powstającego ZSRR. Niezwykle wysoka cena zapłacona za sukces w wojnie fińskiej stała się pierwszym wkładem w zwycięstwo w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Jednak ci, którzy mają nadzieję na powtórkę z lat 1855–56, powinni zawsze pamiętać o tragedii z lat 1916–17.
  • Opcja druga to „zamrożenie” działań wojennych wzdłuż linii frontu, co jednak oznaczałoby uznanie przez Moskwę niezdolności do realizacji deklarowanych celów, „czyli moralną klęskę”. Ponadto byłoby tylko „wytchnieniem przed prawdopodobnym wznowieniem działań wojennych przez wroga, który nie zamierza rezygnować ze swoich maksymalistycznych celów”. Niemniej jednak taka opcja istnieje i jest opracowywana przez zainteresowane strony.
  • Wariant trzeci Trenin nazywa opcją „strategicznego sukcesu”, jako że „zwycięstwo” jest w rosyjskiej świadomości zarezerwowane dla druzgocącej klęski i bezwarunkowej kapitulacji wroga na wzór 1945 r. W odniesieniu do sytuacji w Ukrainie strategicznym sukcesem byłoby „przejęcie przez Rosję kontroli nad całą wschodnią, południową i środkową częścią sąsiedniego państwa. Zachodnia część Ukrainy, pozostająca poza kontrolą Rosji, w zasadzie nie może być włączona w rosyjską przestrzeń cywilizacyjną; byłaby w nim ciałem obcym, źródłem niestabilności”.
Co prawda, Galicja i Wołyń nieuchronnie stałyby się bastionem ukraińskiego ultranacjonalizmu i odskocznią dla zachodniej obecności i wpływów, ale ten przyczółek-twierdza – według Trenina – nie będzie miał masy krytycznej, aby poważnie zagrozić Rosji. „Ogólny sukces polityki rosyjskiej na Ukrainie zależeć będzie w decydującym stopniu od konsolidacji dorobku militarnego poprzez polityczną, gospodarczą i ideową integrację kontrolowanych terytoriów z Rosją. Ta opcja będzie wymagała ogromnych zasobów i skoncentrowanych wysiłków przez wiele lat i niestety wielu poświęceń, ale strategicznie będzie zwycięska”.

Przekładając język Trenina na język historiografii: teraz celem Moskwy jest drugi po 2014 r. rozbiór Ukrainy. Przy czym analityk dodaje: „Jakiekolwiek rozwiązanie konfliktu ukraińskiego nie będzie oznaczać ustanowienia stabilnego status quo w Europie Wschodniej. Presja na Rosję z Zachodu w kierunku europejskim będzie kontynuowana w kilku kierunkach. Oprócz samego ukraińskiego, który pozostanie głównym punktem zapalnym, będą to kierunki białoruski, naddniestrzański, kaliningradzki i kaukaski. Aby przetrwać, Moskwa będzie musiała umocnić swoje pozycje na całej linii zachodniego frontu geopolitycznego od Arktyki po Morze Czarne”. Słowem, ukryć się za nową żelazną kurtyną.

Według Trenina za próbę wyrwania się z amerykańskocentrycznego ładu i ochrony swoich interesów bezpieczeństwa Rosja została skutecznie „wyrzucona” z globalnego porządku. I uwaga! W warunkach rozpoczynających się zawirowań – nie tylko w geopolityce, ale także w ekonomii i w sferze militarnej – Rosja nie ma już żadnego interesu ani szczególnych możliwości utrzymania status quo w Europie i na świecie jako całości. Niegdyś jeden z filarów i strażników porządku ustanowionego w 1945 r. Rosja przekształciła się w kraj bojowy, broniący swojej suwerenności i tożsamości oraz walczący o ład światowy wykluczający hegemonię jednego państwa. To nowa rola, przypominająca rolę rewolucyjnej Rosji, ale bardzo od niej różna.

Przejście do nowej ery będzie uzależnione od wyniku rywalizacji między USA a Chinami. Jak dotąd kraje grupy BRICS – Chiny, Indie, Brazylia, RPA – i inne kraje „światowej większości” mają większe szanse na – jak to nazywa Trenin – „naprawienie ładu światowego”, a konflikt między Rosją a Zachodem ma istotny wpływ na jej dalszy rozwój.

I pogróżka: „Zbójecki” status Rosji na Zachodzie oznacza, że Moskwa ma „wolną rękę w stosunkach z byłymi partnerami, którzy znów stali się przeciwnikami”. Moskwa może zatem złamać porozumienie z USA w sprawie nierozprzestrzeniania broni atomowej. „Rosja nie może działać zgodnie z amerykańskim podejściem do nierozprzestrzeniania broni jądrowej wobec Iranu i Korei Północnej”.

Drugi atut Rosji – według Trenina – to bliższe powiązania z Chinami i głębszy dialog z Indiami, następnie z Turcją jako wschodzącym konsumentem gazowym, z Arabią Saudyjską i innymi krajami OPEC, a także z Katarem. Główni konsumenci rosyjskiej żywności znajdują się również na Bliskim i Środkowym Wschodzie, w Azji i Afryce. W dziedzinie technologii Chiny i Indie mogą być wiodącymi partnerami.

Ponadto Rosja musi zbudować elementy przejściowego porządku światowego w dziedzinie monetarnej i finansowej, aby uciec od hegemonii dolara; w technologii – wzmocnienie suwerenności narodowej; w sferze medialnej – ograniczenie dominacji mediów angloamerykańskich. Szczególnie ważnym kierunkiem z punktu widzenia budowy podstaw przejściowego ładu światowego jest wzmacnianie organizacji międzynarodowych krajów niezachodnich, zwiększanie ich efektywności i wpływów oraz budowanie regionalnych systemów bezpieczeństwa w całej Eurazji, w Azji Centralnej, na Kaukazie i Morzu Kaspijskim, w Zatoce Perskiej i innych regionach.

Słowem: Rosja nie będzie już „rosnąć razem z Zachodem”, lecz w trudnej i długotrwałej konfrontacji z nim. Strategiczny sukces jest – zdaniem Trenina – realny, są po temu odpowiednie zasoby wewnętrzne i zewnętrzne, ale wymaga on zdecydowanej woli politycznej kierownictwa, bezwarunkowego patriotyzmu elit i ogólnonarodowej solidarności.

(...)

polityka.pl

poniedziałek, 30 stycznia 2023


Moskwa, szukając możliwości uzupełnienia start ponoszonych na froncie, dała wagnerowcom zielone światło do werbowania więźniów. Jednak, jak ujawniają obrońcy praw człowieka - skazańcy nie chcą już być armatnim mięsem i odmawiają udziału w wojnie z Ukrainą.

Zdaniem Władimir Osieczkin z projektu "Gułagu.net", Kreml biorąc pod uwagę niepowodzenia oddziałów najemniczych i ciążące na nich liczne zbrodnie będzie chciał, aby świat jak najszybciej zapomniał o Grupie Wagnera i Jewgieniju Prigożynie.

Są różne scenariusze - jeśli wpadnie w ręce Ukraińskich Sił Zbrojnych, to przed nim areszt, śledztwo i międzynarodowy trybunał. Oczywiste jest, że on nie ma dokąd uciec z Rosji i nikt mu na to nie pozwoli, więc mogą być różne warianty, zaczynając od aresztowania i oskarżenia o szereg przestępstw, które on rzeczywiście popełnił, a kończąc na tym, jak służby postępują z niewygodnymi osobami, które stały się problemem dla dyktatora Putina - stwierdził rosyjski obrońca praw człowieka.

Ani Jewgienij Prigożyn, ani kontrolowana przez niego Grupa Wagnera nie mogą już swobodnie działać na arenie międzynarodowej. Stany Zjednoczone wpisały najemników z tej formacji na listę organizacji przestępczych takich jak mafie włoska czy japońska.

"New York Times" podaje z kolei, że aby zwiększyć spadającą liczbę rekrutów, Grupa Wagnera zaczęła ostatnio publikować filmy pokazujące wracających do krajów więźniów. W niektórych filmach więźniowie otrzymują dokumenty opisane jako ułaskawienie lub anulowanie wyroków skazujących. Jednak żaden z tych dokumentów nie został upubliczniony, co budzi wątpliwości co do ich legalności - podają Amerykanie. 

W połowie stycznia Departament Skarbu USA uznał Grupę Wagnera za "międzynarodową organizację przestępczą". Administracja Joe Bidena zapowiedziała, że po weekendzie przedstawi nowy pakiet sankcji wymierzony w rosyjskich najemników i wspierających ją ludzi z całego świata.

O decyzji Departamentu Skarbu USA poinformował w piątek Biały Dom. - Decyzja uwzględnia transkontynentalne zagrożenie, jakie stanowi Grupa Wagnera, w tym poprzez wzorzec poważnej działalności przestępczej - powiedział koordynator Rady Bezpieczeństwa Narodowego ds. Komunikacji Strategicznej John Kirby.

Waszyngton podał, że na rosyjskich najemników zostaną nałożone nowe sankcje. Opublikowano również zdjęcia rosyjskich wagonów kolejowych podróżujących z Rosji do Korei Północnej i z powrotem w listopadzie ubiegłego roku. Według Stanów Zjednoczonych to początek dostaw rakiet i pocisków, które mają być wyposażeniem organizacji finansowanej przez Jewgienija Prigożyna.

gazeta.pl

Główny lama Kałmucji Telo Tulku Rinpocze (Erdni-Basan Ombadykow) odszedł ze stanowiska po tym, jak władze Rosji uznały go za „agenta zagranicznego” – podały niezależne rosyjskie media. Wcześniej duchowny publicznie skrytykował inwazję rosyjską na Ukrainę.

Ministerstwo sprawiedliwości Rosji, uznając go za „agenta zagranicznego”, oświadczyło, że Telo Tulku Rinpocze „otwarcie wyrażał poparcie dla Ukrainy” i zaznaczyło, że duchowny jest obywatelem USA. Jesienią 2022 roku z powodów politycznych wyjechał z Rosji do Mongolii. W wywiadzie dla mediów lama określił wojnę jako „wielkie cierpienie”. Ocenił, że strona ukraińska „broni swojego kraju” i że „trudno jest powiedzieć, iż Rosja ma rację”.

Po uznaniu go za „agenta zagranicznego” lama opublikował komunikat o swoim ustąpieniu.

– W obecnej sytuacji uznaję za celowe przekazanie pełnomocnictw związanych ze stanowiskiem głównego lamy Kałmucji – poinformował.

Życzył też mieszkańcom republiki i wszystkim buddystom w Federacji Rosyjskiej wytrwałości i męstwa, a także przestrzegania ideałów współczucia i niestosowania przemocy.

Gazeta zauważa też, że krytykując inwazję Telo Tulku Rinpocze „podał w wątpliwość tożsamość religijną” liderów rosyjskiej wspólnoty buddyjskiej, która ma siedzibę w Buriacji. Organizacja ta na początku wojny poparła inwazję na Ukrainę.

Według niezależnego rosyjskiego portalu antywojenne wypowiedzi Telo Tulku Rinpocze były uzgodnione z duchowym przywódcą buddyzmu tybetańskiego. Prawomocne mianowanie nowego głównego lamy Kałmucji wymagać będzie zgody Dalajlamy.

(...)

belsat.eu/PAP/NGE/Meduza

Polityka Niemiec wobec Rosji, Ukrainy i w kwestii energetyki poniosła klęskę, uważa były ambasador Niemiec w Polsce Rolf Nikel w rozmowie Hubertusem Volmerem z kanału informacyjnego ntv. Zapytany, czy zgadza się z twierdzeniem premiera Morawieckiego, że „Niemcy działają w sposób trudny do zrozumienia” w sprawie dostaw czołgów Leopard dla Ukrainy, dyplomata podkreślił, że wywarcie przez polskiego premiera publicznej presji na kanclerza Niemiec jest działaniem „raczej nietypowym w relacjach między sojusznikami i partnerami”.

Zgadzając się sugestią, że partia PiS próbuje niemiecką decyzję o dostawie czołgów przypisać sobie jako własny sukces, zaznaczał, że ostatecznie to amerykańska decyzja o dostarczeniu abramsów doprowadziła do zmiany niemieckiego stanowiska. 

Dyplomata zwrócił także uwagę, że krytyki Warszawy pod adresem Berlina nie można zrzucić wyłącznie na karb wewnętrznych rozgrywek politycznych ws. przyszłych polskich wyborów. „Polska jest dotknięta wojną na Ukrainie w bardzo konkretny sposób. Jest ona bezpośrednim sąsiadem Ukrainy, wiele linii zaopatrzeniowych przebiega bezpośrednio przez Polskę”– powiedział Nikel. Polska w sposób godny podziwu przyjęła miliony uchodźców z Ukrainy.

„Wszystko, co dzieje się w Ukrainie, w dużo większym stopniu dotyka Polski; nie tylko ze względu na geografię, ale także ze względów historycznych” – dodał dyplomata. Ale oprócz geografii i historii rolę odgrywa oczywiście polityka. „Widzimy tu próbę zbicia kapitału politycznego na niepowodzeniu polityki Niemiec wobec Rosji, Ukrainy i ws. energii poprzez publiczną krytykę” – powiedział Nikel.

Ale zdaniem Rolfa Nikela nie jest to główny motyw. Jak wskazał: „różne polskie rządy i polska opinia publiczna ostro krytykowały w ostatnich latach politykę Niemiec wobec Rosji”. Wielokrotnie wytykali Niemcom uzależnienie polityki energetycznej od Rosji oraz naiwną z polskiego punktu widzenia politykę bezpieczeństwa.

„Wraz z autodestrukcyjnym atakiem Rosji na Ukrainę polityka niemiecka poniosła klęskę. Dla Niemiec oznacza to utratę zaufania i osłabienie wiarygodności w regionie, zwłaszcza w Polsce” – uważa dyplomata. I tylko dzięki mądrej polityce wzmacniania wschodniej flanki NATO oraz wspierania Ukrainy Niemcy mogą odzyskać utracone zaufanie.

Natomiast przyczyn nieufności w polskiej polityce wobec Rosji i trafniejszego osądu jej działań zdaniem Rolfa Nikela należy doszukiwać się we wspólnej polsko-rosyjskiej przeszłości. Polacy w przeciwieństwie do Niemiec mają konsekwentnie negatywne doświadczenia z Rosją. Rosja, podobnie jak Niemcy, była obecna przy wszystkich rozbiorach Polski, od 1772 roku do paktu Hitler-Stalin.

„Podczas gdy my dokonaliśmy zasadniczego zwrotu w naszych stosunkach ze Związkiem Radzieckim i Rosją od 1989-90. roku, Polska pozostała sceptyczna” – wspomina dyplomata. Nawet po 2014 roku, po aneksji Krymu i wojnie w Donbasie, działania NATO mające na celu wzmocnienie jego wschodniej flanki nie poszły dla Polaków wystarczająco daleko. „Polska również była sceptycznie nastawiona do mińskich negocjacji. My natomiast zakładaliśmy, że problemy mogą być rozwiązane za pomocą takiego procesu politycznego”– podkreśla Nikel.

Na pytanie, czy inwazja Rosji na Ukrainę nie mogłaby być nowym początkiem dla stosunków polsko-niemieckich, dyplomata przyznał, że Niemcy ze swoją polityką z przełomu wieków zbliżyły się do polskiej polityki wobec Rosji jak nigdy dotąd. „Może to być iskra dla nowej wspólnej polityki wschodniej wspieranej przez obie strony”.

Wprawdzie, jak wskazuje, polski rząd na razie „woli próbować zbić kapitał polityczny na zaistniałej sytuacji”. Zachodzi przy tym niebezpieczeństwo, że „te polskie pięć minut”, gdy Polska korzysta z nowego nastawienia Niemiec miną szybciej niż niektórzy myślą – wskazuje Rolf Nikel.

dw.com

niedziela, 29 stycznia 2023


Warto jednak poddać głębszej analizie do czego, z wojskowego punktu widzenia, ukraińskim siłom zbrojnym potrzebne będą nowoczesne czołgi w rodzaju niemieckich Leopardów. Nie do przełamania rosyjskich linii obrony, albo nie tylko do tego, bo nawet bez nich strona ukraińska, o czym otwarcie powiedział Austin, ma wystarczający potencjał, aby atakować. Potwierdzają to zresztą precyzyjne wyliczenia amerykańskich specjalistów wojskowych. Daniel Davies, pułkownik rezerwy amerykańskich sił zbrojnych, obecnie ekspert w think tanku Defence Priorieties wyliczył, że już obecnie armia ukraińska, gdybyśmy brali pod uwagę wyłącznie czołgi, dysponuje potencjałem zbliżonym do rosyjskiego. Davies przypomina, że w świetle ocen amerykańskich ekspertów, armia ukraińska przed wojną miała w służbie ok. 2 tys. czołgów, głównie oczywiście postsowieckich. W czasie działań wojennych straciła 320, według szacunków portalu Grid, czołgów, holenderski portal Oryx ocenia ukraińskie straty w tym segmencie na 450 czołgów. Jednak w tym samym czasie państwa wspierające wojskowo Kijów przekazały Ukrainie 410 post-sowieckich maszyn, a jeszcze około 300 ukraińscy żołnierze zdobyli na Rosjanach. Oznaczałoby to, że z grubsza Kijów ma obecnie nie mniejszy, a może nawet większy potencjał pancerny niż na początku wojny. Gorzej może być z amunicją i oczywiście nie są to nowoczesne maszyny, ale Rosjanie również zmuszeni są do wyciagnięcia z magazynów uzbrojenia konstruowanego w latach 60-tych i 70-tych, a ich potencjał pancerny, jak wynika z niedawnych deklaracji przedstawicieli Pentagonu, został zniszczony w 50 proc. i obecnie w służbie mieć mogą maksymalnie około 2 tys. maszyn. Można byłoby zatem zapytać o co cały szum z Leopardami, skoro ukraińskie siły zbrojne dysponują wcale niemałym potencjałem pancernym? Trochę światła na te kwestię rzuca generał Hodges, który, co warto przypomnieć, jest pancerniakiem, oficerem wywodzącym się z sił lądowych. Powiedział on w wywiadzie dla ukraińskiego portalu NV, że „nie ma potrzeby fiksować się na kwestii czołgów” i Ukraina już obecnie dysponuje potencjałem, aby przełamać rosyjskie linie obrony. Dodał przy tym, że silny potencjał pancerny, w tym czołgi zdolne do szybkiego przemieszczania się, będą potrzebne do tego, aby „odciąć”, a potem zdobyć Krym. Na to też zwraca uwagę Sebastien Roblin ekspert wojskowy portalu 1945. Otóż jego zdaniem Leopardy potrzebne są Ukrainie nie tylko dlatego, że mają potężne działo, dobry pancerz i systemy aktywnej obrony, ale przede wszystkim z dwóch innych powodów – przy tej sile ognia mogą poruszać się bardzo szybko – nawet 60 mil na godzinię, ale co ważniejsze jego „czas pracy” wynosi 19 motogodzin, podczas gdy w przypadku większości czołgów sowieckich mowa jest o 3 maksymalnie 6 godzinach. Można zatem, dysponując takim potencjałem przełamaniowym wejść bardzo głęboko za linię frontu. Hodges zwraca tez uwagę, że Leopardy, walcząc wspierane przez szybkie transportery opancerzone Bradley i dostarczone w ramach ostatniego pakietu niszczyciele czołgów stanowić mogą mocny i przesądzający w efekcie o sukcesie potencjał uderzeniowy.

wpolityce.pl

Zacznijmy od kwestii podstawowych, bo Autorzy czynią na początku swoich rozważań założenie będące, jak sądzę, zawsze fundamentem polityki Stanów Zjednoczonych. Piszą oni, że koncentrują się na „interesach USA, które często są zbieżne z interesami Ukrainy, ale nie są z nimi tożsame”. Oczywiście Charap i Priebe mają świadomość faktu, że Ukraina padła ofiarą niesprowokowanej napaści ze strony Federacji Rosyjskiej, walczy o życie i narodowe przetrwanie, ale nie przeszkadza to im napisać, że jakkolwiek rozumieją sytuację, podzielają oburzenie świata na to co się stało 24 lutego, to tym niemniej „rząd USA ma obowiązek wobec swoich obywateli określić, w jaki sposób różne trajektorie wojny wpłynęłyby na interesy USA i zbadać możliwości wpłynięcia na przebieg wojny w celu promowania tych interesów”. W diagnozach strategicznych, w polityce, zwłaszcza jeśli w grę wchodzą kwestie wojny i pokoju, nie ma miejsca na tanie sentymenty, na traktowanie planowanych posunięć w kategoriach obowiązków moralnych czy honorowych, liczy się konsekwentna analiza możliwości, obszarów ryzyka i tego gdzie możemy się za kilka, kilkanaście tygodni znaleźć jeśli dziś podejmiemy decyzje powodowani odruchem serca czy moralnego oburzenia. Liczą się interesy.

Podstawowym celem Ameryki, w sytuacji wojny na Ukrainie, w opinii amerykańskich analityków jest nie dać się wciągnąć do konfliktu, a to nakazuje w pierwszym rzędzie zastanowić się czy trwająca wojna ma potencjał eskalacyjny. Pierwszym pytaniem jest kwestia czy Rosjanie mogą odwołać się do broni jądrowej? Charap i Priebe dyskutują ze zwolennikami poglądu, iż w obecnej sytuacji jest to mało prawdopodobne, którzy twierdzą, że ani z politycznego ani tym bardziej z wojskowego punktu widzenia użycie przez Moskali broni masowego rażenia nie da im niemal żadnych zdobyczy, straty będą zaś niemałe. Zgadzają się z tezą, iż w sytuacji kiedy siły ukraińskie nie koncentrują się i nie tworzą znaczących zgrupowań wojskowych atak taktycznymi ładunkami jądrowymi nie ma sensu, tym bardziej, że ich użycie może zarówno grozić zapowiedzianą twardą odpowiedzią Stanów Zjednoczonych, jak i izolacją Rosji, również wobec swoich dotychczasowych partnerów w rodzaju Chin czy Indii. Zwracają jednak uwagę na kwestie, które ich zdaniem nie powinny być ignorowane. Po pierwsze w rosyjskiej narracji już obecnie wojna na Ukrainie porównywana jest do wojny ojczyźnianej, o przetrwanie Rosji, co może oznaczać wzrost skłonności, w razie zbliżającej się klęski, aby sięgnąć po narzędzia ostateczne. Również z wojskowego punktu widzenia, zwłaszcza jeśli Rosjanie doznawać będą kolejnych porażek i rachunek sił przechylał się będzie na stronę Ukrainy, prawdopodobieństwo takiego ruchu rośnie a nie maleje. Nawet jeśli obecnie uważamy, iż jeszcze daleko do urzeczywistnienia się najgorszego scenariusza, to z pewnością prawdopodobieństwo eskalacji wojny do poziomu nuklearnego jest większe niż w czasie pokoju, a przedłużanie się konfliktu zwiększa ryzyko, bo jest równoznaczne z większymi stratami Rosji i oddalającą się perspektywą zwycięstwa. A zatem przedłużająca się wojna zwiększa prawdopodobieństwo użycia przez Moskali niestrategicznej broni jądrowej, a to „mogłoby zatem doprowadzić do bezpośredniego konfliktu USA z Rosją, który ostatecznie mógłby skutkować strategiczną wymianą nuklearną”. Przede wszystkim dlatego, że Stany Zjednoczone i NATO nie mogłoby nie zareagować, a zważywszy na obecne zaangażowanie we wsparcie dla Ukrainy, reakcja która mogłaby być uznana za twardą i „katastrofalną dla Rosji” musi wiązać się z wariantami wojskowymi.

Ale to nie jedyny scenariusz eskalacyjny, którym zajmują się Charap i Priebe. Drugim jest możliwość rozlania się wojny na państwa sąsiednie. Jest to ważne w kontekście sformułowanych przez Marka Milleya, szefa Kolegium Połączonych Sztabów, jeszcze jesienią 2021 roku dwóch podstawowych zasad amerykańskiej polityki wobec ukraińskiego konfliktu. Pierwszą było „uniknięcie wojny między Rosją a Stanami Zjednoczonymi i NATO”, drugą „utrzymanie wojny w granicach Ukrainy”. Waga tej drugiej zasady wynika z rozpowszechnionego w amerykańskich elitach władzy przekonania, które nie uległo do tej pory rewizji, iż geograficzne rozszerzenie wojny może oznaczać bezpośrednie zaangażowanie się w konflikt jednego z państw sąsiadujących z Ukrainą, co z kolei może skutkować wciągnięciem całego NATO, albo doprowadzić, w obliczu sporów na tym tle do ujawnienia się głębokich podziałów, co zmusi Waszyngton, w imię utrzymania jedności aby wejść do wojny. Na marginesie warto zauważyć, że zasada ta ma związek z jednym z fundamentów amerykańskiej polityki – Waszyngton chce zawsze mieć wolną rękę i świadomie decydować, dodam, że samodzielnie, o tym czy wejdzie do wojny czy też tak się nie stanie. I w tym wypadku, podobnie jak w kwestii ataku nuklearnego, Charap i Priebe są zdania, że wraz z przedłużającą się wojną ryzyko rozszerzenia się teatru działań wojennych, zarówno w wyniku działań intencjonalnych, jak i przypadkowych rośnie. A zatem jeśli chce się minimalizować zagrożenie wciągnięcia Stanów Zjednoczonych i NATO do wojny z Rosją, to należy zastanowić się nad możliwymi scenariuszami jej zakończenia. Nie po to aby wycofywać swoje poparcie dla Ukrainy, czy ustępować wobec żądań Rosji, ale aby uzyskać odpowiedź w kwestii fundamentalnej – czy kontynuowanie wojny leży w interesie Stanów Zjednoczonych. Przy czym analitycy RAND nie wzywają do natychmiastowego jej zakończenia, a raczej zastanawiają się czy jej przeciągnięcie na rok obecny, a może nawet przyszły, jest korzystną dla Ameryki perspektywą. To, że należy się z takim obrotem wydarzeń liczyć jest oczywiste. Rosjanie przygotowują się do długiej wojny, mowa jest o kolejnej mobilizacji, z kolei elity ukraińskie, ale też społeczeństwo, co wynika z badań opinii publicznej, nie myślą o ustępstwach, chcą walczyć i pokonać Moskali. A zatem perspektywa pokoju czy ustania walk jest obecnie mało prawdopodobna, co jednak nie zwalnia myślicieli strategicznych z rozważań czy przedłużająca się wojna jest na rękę Stanom Zjednoczonym. Zwycięstwo Ukrainy, gdybyśmy je rozumieli w kategoriach wyparcia Rosjan na linię 24 lutego, jest w interesie Ameryki. Przede wszystkim z tego powodu, jak zauważają autorzy raportu, że w ten sposób Waszyngton, gwarant zasad konstytuujących ład międzynarodowy udowodniłby, że nie można ich bezkarnie kwestionować i dążyć do dominacji odwołując się do narzędzia siły. Tylko, że, jak zauważają, nawet odzyskanie przez ukraińskie siły zbrojne okupowanych przez Rosjan po agresji terenów nie oznacza, że Moskale nie kontrolowaliby nadal zajętych po 2014 obszarów. A zatem ta „nauczka” dla Moskwy nie byłaby stuprocentowa, należałoby odzyskać również Krym i cały Donbas, ale to jest z wojskowego punktu widzenia zadanie niełatwe i przyjęcie takiej linii działania skokowo zwiększa ryzyko eskalacyjne. A zatem gdyby amerykańska polityka w kwestii wojny na Ukrainie miała kierować się wyłącznie zasadą kwestionowania prawomocności (nieważne czy legalistycznie rozumianej czy na zasadzie kroków dokonanych) aneksji terytorialnych w wyniku wojny, to albo trzeba byłoby ryzykować eskalację konfliktu, albo godzić się na połowiczne realizowanie tego rodzaju polityki. Rozsądniejsze wydaje się podejście ostrożne, przyjęcie opcji, iż w imię urzeczywistnienia tej zasady nie opłaca się ryzykować konfliktu jądrowego, ale jeśli tak, to jaka jest różnica, prowokacyjnie stawiają tezę Charap i Priebe, między linią z 24 lutego a obecną linią frontu? Innymi słowy interesuje ich kwestia, co może przemawiać za strategią polegającą na kontynuowaniu przez Ukrainę starań aby odzyskać całość swoich terytoriów. O zasadnie „niepremiowania agresji”, która niestety w tym wypadku bez znacznego ryzyka i w obliczu zaniechań z przeszłości nie może być w pełni urzeczywistniona, już pisałem, ale co jeszcze? Jak piszą „zakres kontroli Kijowa nad jego terytorium może wpłynąć na długoterminową żywotność gospodarczą kraju, a tym samym na jego potrzeby w zakresie pomocy USA”. Jeśli bowiem w wyniku wojny Ukraina zostałaby np. odcięta od morza i miałaby w związku z tym narastające problemy z odbudową, w tym i sił wojskowych, to stanowiłoby to w dłuższej perspektywie znaczące obciążenie dla Ameryki, a z pewnością zmniejszało swobodę manewru Waszyngtonu, który poważnie musi liczyć się z innymi, w tym azjatyckimi, wyzwaniami. Ten argument oznacza, że nie jest kwestią samo zakończenie wojny, ale przede wszystkim jej rezultat, który da Ukrainie perspektywy a nie uczyni z tego państwa klienta i wieloletniego biorcę amerykańskiej pomocy. Tylko, że ich zdaniem, patrząc na obecny, terytorialny stan posiadania Ukrainy i to co uda się odzyskać w przyszłości, jeśli powiedzie się plan wyparcia Moskali na linię 24 lutego, różnica nie jest wielka. Jest to dyskusyjna teza, zważywszy, że walki trwają w Donbasie a Rosjanie kontrolują największą ukraińską elektrownię atomową, ale Charap i Priebe, postulują rozpatrzenie nie tylko scenariusza dla Kijowa korzystnego, polegającego na odzyskaniu kolejnych obszarów, ale również tego znacznie gorszego, że Rosjanie posuną się, zwłaszcza w Donbasie, dalej. W ogólnym rachunku musi też być, ich zdaniem, uwzględniona obecna strategia rosyjska polegająca na niszczeniu potencjału ekonomicznego Ukrainy w efekcie ataków rakietowych na infrastrukturę energetyczną.

Przedłużająca się wojna oznacza oczywiste korzyści strategiczne dla Stanów Zjednoczonych. Rosja w jej wyniku już jest wojskowo słabsza, potrzebowała będzie wiele lat, może nawet dziesięcioleci na odbudowę swego potencjału, jej koncentracja na Ukrainie zmniejsza swobodę manewru w innych regionach świata, co oznacza otworzenie się możliwości dla Stanów Zjednoczonych. Z punktu widzenia stanu relacji sojuszniczych amerykańskie korzyści są też niemałe. Europa buduje swą energetyczną niezależność od Rosji, co oznacza, iż część jej zaopatrzenia musi pochodzić z Ameryki. Podobnie jak korzystnie na stan relacji atlantyckich wpływa wzrost znaczenie kwestii bezpieczeństwa i większe wydatki Europy na obronność. Ale są też oczywiste minusy, w postaci spowolnienia gospodarczego, narastania w niektórych państwach europejskiego zachodu znużenia wojną i wzrost znaczenia tych sił politycznych, które mogą być bardziej miękkie wobec Moskwy. To wszystko oznacza, że obecny stan jedności atlantyckiej, w realiach przedłużającej się wojny, może być trudny do utrzymania, mogą pojawić się pęknięcia i znacznie bardziej wyraziste różnice interesów. Dłuższa wojna oznacza też rosnące uzależnienie Ukrainy od międzynarodowej pomocy, a zważywszy na dotychczasowe relacje oznacza to przede wszystkim większe ciężary dla Stanów Zjednoczonych, co nie musi być z entuzjazmem przyjmowane przez opinię publiczną. W efekcie globalny wzrost może spowolnić, pogłębią się też negatywne konsekwencje kryzysu żywnościowego i energetycznego, rosyjskie uzależnienie od Chin może wzrosnąć a Ameryka skoncentrowana na kwestii ukraińskiej, może stracić swobodę alokowania swych zasobów w inne, nie mniej istotne regiony świata. A zatem mamy do czynienia, z perspektywy Waszyngtonu, zarówno z korzystnymi dla amerykańskich interesów efektami przedłużającej się wojny, jak i zjawiskami negatywnymi. Decyzje polityczne muszą uwzględniać obydwa obszary, a działać trzeba zacząć, kiedy skumulowane efekty negatywne zaczną przeważać nad pozytywami. A zatem, konkludując tę cześć rozważań, Charap i Priebe, mając w pamięci podstawowy interes Stanów Zjednoczonych sprowadzający się do uniknięcia eskalacji wojny, piszą, że w dłuższej perspektywie korzyści wynikające z przedłużania się wojny zaczynają być mniejsze od negatywów. A to oznacza konieczność postawienia pytania o scenariusze jej zakończenia. Na razie w planie teoretycznym, bo nie ma wiele przesłanek aby sądzić, że walczący poważnie rozważają taki scenariusz.

Modelowo mamy trzy możliwości. Po pierwsze pokonanie Rosji, jej kapitulacja, smuta i podział wewnętrzny. Po drugie ryzyko przegranej Ukrainy i wreszcie trzeci wariant, zakończenie wojny w wyniku negocjacji – zawieszenia broni albo pokój. Absolutne zwycięstwo którejkolwiek ze stron tej wojny, w opinii amerykańskich ekspertów, jest mało prawdopodobne. Ukraina nie ma takiego potencjału, Rosja już, po 11 miesiącach walki, nie ma realnych widoków urzeczywistnienia scenariusza tego rodzaju. Tym bardziej, że dotychczasowe zaangażowanie Stanów Zjednoczonych i sojuszników we wspieranie wysiłku wojennego Ukrainy wskazuje na to, że również w stolicach zachodnich, nie tylko w Kijowie, także odrzucany jest tego rodzaju wariant. A zatem Ukraina nie padnie pod rosyjskimi ciosami, ale też nikt nie myśli o absolutnym zwycięstwie nad Rosją. Zresztą, jak zauważają nie ma gwarancji, że upadek Putina czy ciężkie porażki Rosji na polu boju doprowadzą do zakończenia wojny. Również trzeba pamiętać, iż „zmiana reżimu w Moskwie może nie zmniejszyć intensywności rywalizacji między Stanami Zjednoczonymi a Rosją w innych kwestiach”. Wniosek płynący z tych rozważań jest, w opinii Charapa i Priebe, oczywisty – absolutne zwycięstwo nad Rosją jest mało prawdopodobne, trudne, kosztowne, związane z wielkim ryzykiem eskalacyjnym a na dodatek nie dające zapewne żadnych korzyści Stanom Zjednoczonym w dłuższej perspektywie. A to oznacza, ich zdaniem, że jedyną realną opcją jest negocjacyjne zakończenie wojny. Aby to myło możliwe, jak zauważają, potrzebne jest zbudowanie trwałych zasad ładu regionalnego po wojnie. W krótkiej perspektywie, ze względu na stanowiska stron, rozmowy pokojowe nie są prawdopodobne, a zatem propozycji amerykańskich strategów nie należy traktować w kategoriach wezwania do ustępstw na rzecz Rosji, bo to aby zakończyć działania zbrojne. Są oni zresztą zdania, że zawieszenie broni jest gorszą opcją niż formuła porozumienia pokojowego, która musi zawierać też ustalenia o charakterze politycznym a najlepiej również mechanizmy egzekucji przyjętych rozwiązań. Z przekonania o tym, że należy dążyć do politycznego zakończenia wojny wyciągają oni najbardziej kontrowersyjny wniosek ich raportu jakim jest przekonanie o konieczności akceptacji części obaw Moskwy i zaproponowanie neutralizacji Ukrainy, przekształcenie jej w państwo które zrezygnuje z aspiracji wejścia do NATO.

wpolityce.pl

Konwencjonalne siły rosyjskie prawdopodobnie zastępują wyczerpane siły Grupy Wagnera, aby utrzymać ofensywę w Bakhmut po tym, jak ofensywa Grupy Wagnera w Bakhmut zakończyła się zdobyciem Soledaru około 12 stycznia. Atak Grupy Wagnera na Bakhmut prawdopodobnie zakończył się atakiem na Soledar. Siły Grupy Wagnera w Bakhmucie nie osiągnęły znaczących korzyści od czasu zdobycia Soledaru około 12 stycznia. Konwencjonalne jednostki rosyjskie biorą teraz udział w walkach w Bakhmucie, aby ożywić tam rosyjską ofensywę. Materiał filmowy opublikowany 20 stycznia wskazuje, że rosyjskie siły powietrzne (WDW) działają w pobliżu Bachmutu, ponieważ materiał filmowy pokazuje rosyjski BMD-4M – niszowy sprzęt zmechanizowany używany wyłącznie przez WDW. Rosyjskie źródło poinformowało, że elementy Wagnera i WDW przeprowadziły wspólne operacje w Bakhmucie 27  grudnia. Rosyjskie Ministerstwo Obrony coraz częściej informuje, że od początku stycznia 2023 r. w rejonie Bachmutu działają rosyjskie WDW, wskazując, że konwencjonalne siły rosyjskie zwiększają się, jeśli nie zastępują prawdopodobnie kulminacyjnych sił Wagnera na tym obszarze. Siły Grupy Wagnera – w szczególności skazańcy – poniosły ciężkie straty w Bakhmucie od jesieni 2022 r. Jeden anonimowy urzędnik amerykański podobno stwierdził 5 stycznia, że ​​siły Grupy Wagnera poniosły ponad 4100 ofiar śmiertelnych i 10.000 rannych, w tym ponad 1000 zabitych między końcem listopada i początek grudnia w pobliżu Bachmutu.

Ukraińscy urzędnicy utrzymywali, że rosyjska ofensywa na Bachmut nie zakończyła się. ISW wcześniej oceniało, że rosyjska ofensywa na Bachmuta osiągnęła punkt kulminacyjny. Nadal oceniamy, że ofensywa Wagnera osiągnęła punkt kulminacyjny, ale teraz oceniamy, że Rosjanie wysyłają jednostki konwencjonalne do kontynuowania walki. Większy /szerszy/ wysiłek Rosji przeciwko Bachmutowi prawdopodobnie nie osiągnął zatem punktu kulminacyjnego.

understandingwar.org

sobota, 28 stycznia 2023


Znawcy Kremla podobno powiedzieli Bloombergowi, że prezydent Rosji Władimir Putin przygotowuje nową ofensywę mającą na celu odzyskanie inicjatywy, która może rozpocząć się już w lutym lub marcu 2023 roku. Putin dąży do przeprowadzenia nowej wielkiej ofensywy i wierzy, że tolerancja Rosji do akceptowania strat pozwoli na dłuższą metę wygrać wojnę, pomimo dotychczasowych niepowodzeń. Raport ten jest zgodny z obecną oceną i prognozą ISW, że Kreml prawdopodobnie przygotowuje się do przeprowadzenia zdecydowanej akcji strategicznej – najprawdopodobniej w obwodzie ługańskim – w ciągu najbliższych sześciu miesięcy, mającej na celu odzyskanie inicjatywy i zakończenie dotychczasowej serii sukcesów operacyjnych Ukrainy. ISW wcześniej oceniało, że decydującą akcją strategiczną w obwodzie ługańskim może być albo wielka ofensywa, albo rosyjska operacja obronna mająca na celu pokonanie i wykorzystanie ukraińskiej kontrofensywy.

Ostatnie ograniczone rosyjskie ataki lądowe w obwodzie zaporoskim mogą mieć na celu rozproszenie sił ukraińskich i stworzenie warunków do ofensywy w Ługańsku. Rosja przerzuca elementy 2. Dywizji Strzelców Zmotoryzowanych z Białorusi do obwodu ługańskiego. To ostatnie wydarzenie sugeruje, że planowana rosyjska ofensywa, o której mowa w raporcie Bloomberga, jest najprawdopodobniej wymierzona w obwód ługański, choć może również wystąpić w rejonie Vuhledar w zachodnim Doniecku. Jest bardzo mało prawdopodobne, aby ta nowa ofensywa wycelowała w północną Ukrainę z Białorusi. Nadal nic nie wskazuje na to, by siły rosyjskie tworzyły grupy uderzeniowe na Białorusi; Elementy rosyjskie na Białorusi w dużej mierze wykorzystują białoruską infrastrukturę i potencjał szkoleniowy do rotacji szkoleniowych.  Rosyjscy blogerzy również coraz częściej skreślają pomysł drugiego ataku na Kijów jako operację informacyjną i sugerują, że najbardziej prawdopodobnym celem rosyjskiej ofensywy byłaby wschodnia Ukraina lub sąsiedni obwód charkowski.

Kreml potwierdził, że prezydent Rosji Władimir Putin udziela prewencyjnego ułaskawienia skazanym, którzy służą w rosyjskich operacjach na Ukrainie. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow oświadczył 27 stycznia, że nie może udzielić dodatkowych informacji na temat prezydenckich dekretów o ułaskawieniu, ponieważ są one chronione „różnymi klauzulami tajności”. (...) Członkini Rosyjskiej Rady Praw Człowieka Ewa Merkaczewa oświadczyła na początku stycznia, że skazańcy rekrutowani przez Wagnera są ułaskawiani przed zwolnieniem z kolonii karnych. ISW wcześniej oceniało, że te prewencyjne ułaskawienia przez prezydenta mogą napędzać dalszą rekrutację w koloniach karnych i prawdopodobnie umożliwiają Wagnerowi działanie z większą bezkarnością w teatrze wojny.

understandingwar.org

Czołowy rosyjski propagandysta Władimir Sołowjow spędza weekendy na pierwszej linii frontu, aby wspierać i promować zacinającą się inwazję Rosji na Ukrainę. Na nieszczęście dla Kremla, cały ten czas konfrontowania się z ponurą rzeczywistością uczy Sołowjowa, jak źle idzie ta wojna.

I nie jest z tego powodu szczęśliwy.

W czwartkowej szalonej tyradzie Sołowjow zaatakował ogólną strategię, twierdząc, że armii rosyjskiej nie udaje się żałośnie stłumić wrogów i powiedział, że ma dowody z pierwszej ręki na głupie błędy taktyczne na linii frontu.

Podczas swojego programu Full Contact Sołowjow wściekał się na niedawne ogłoszenie, że Ukraina wkrótce otrzyma czołgi Abrams i Leopard 2 od krajów NATO. Gospodarz rozpoczął swój monolog głębokim westchnieniem, pytając: „Więc żyliśmy wystarczająco długo, aby to zobaczyć?” Zaapelował do słuchaczy, aby nie ufali liczbom czołgów przewidzianych do nadchodzących dostaw, przewidując, że wyślą jeszcze więcej: „Dostarczą wszystko. Mówię to już od jakiegoś czasu, ci dranie będą też rehabilitować Hitlera za naszego życia.. tutaj wszystko się toczy... III wojna światowa trwa, a Zachód wrócił do swoich nazistowskich korzeni. Niemcy zmęczyły się ukrywaniem swojej nazistowskiej natury, a Ameryka w końcu otwarcie przyznała się do swoich nazistowskich zwyczajów”.

Nazywając Amerykanów „przebiegłymi kłamcami”, Sołowjow powiedział, że ich arogancja jest winą samej Rosji: „Nie stwarzamy wobec nich żadnych zagrożeń. Nie przeprowadzamy ataków na Nowy Jork, nie uderzamy w Waszyngton, nie grozimy Miami, nie robimy niczego, co zagrażałoby Amerykanom. Wysadzili nasze rurociągi, a my po prostu otarliśmy twarze. Oni dostarczają ciężkie czołgi, my wycieramy twarz. Przestańcie mówić o czerwonych liniach! To całkowicie puste zdania, które nic nie znaczą!”

Rozwścieczony Sołowjow krzyczał: „Berlin, Paryż, Madryt, Londyn, Waszyngton powinny płonąć! Stolice krajów nazistowskich, które zdecydowały się na wojnę z Rosją... Dlaczego Kijów nie został zmieciony z powierzchni ziemi po tym, jak nazistowska Ukraina przeprowadziła atak na naszą strategiczną bazę lotniczą? Przestańcie uciekać się do pustych, bezwartościowych słów!”

Gospodarz dalej twierdził: „Przeprowadzane są uderzenia przeciwko naszym miastom! Przeciwko naszej ziemi! Rosyjscy żołnierze giną! Rosjanie umierają! Naziści się cieszą! Jak planujemy zareagować? Wyjąc, że uniknięcie wojny nuklearnej jest najważniejsze? Więc po co, u licha, mamy zapasy taktycznej i strategicznej broni nuklearnej? Żeby bać się jej użyć? Aby wielcy, odznaczeni generałowie sapali: <<Chcecie wojny nuklearnej?>> Czy chcecie zniszczenia Rosji bronią konwencjonalną, której kraje NATO mają 3 i pół razy więcej niż my?”

Sołowjow krzyczał, że zniszczenie infrastruktury Ukrainy to za mało. Zażądał informacji: „Dlaczego Odessa, Charków, Dniepropietrowsk jeszcze istnieją?” Ze złością krzyczał: „Nie stacjonujemy już pod Kijowem! Czy był to cholerny gest dobrej woli? Gest dobrej woli? A Charków był gestem dobrej woli? Nikt nie został stracony przez rozstrzelanie za [poddanie się] Charkowa! Nikt nie został wysłany na emeryturę, przynajmniej nie publicznie. Społeczeństwo nie otrzymało odpowiedzi na swoje pytania. Pytam was, dlaczego przesunęliście linię frontu bliżej Biełgorodu? Nadal nie wróciliśmy na te pozycje! W odpowiedzi — cisza. Cisza."

Sołowjow domagał się zniszczenia wrogów „na ich ziemi”: „Obywatele krajów NATO nie powinni czuć się spokojni, podczas gdy Rosjanin cierpi... Obywatele! Wypowiedziano nam wojnę. Budzić się! Budzić się."

Gość Sołowjowa, korespondent wojskowy Aleksander Kots, ujawnił jedną z przyczyn bezradnej wściekłości gospodarza: rażącą niekompetencję i złe zarządzanie siłami najeźdźców przez ich dowódców wojskowych. Omawiając nowe pozycje, które mają zostać dostarczone na Ukrainę przez kraje NATO, Kots powiedział: „Chociaż mamy tę listę, na razie tylko na papierze, powinniśmy zacząć myśleć o tym, co zrobimy, kiedy lub jeśli całość dotrze na linię frontu. W jakiś sposób musimy przeciwdziałać ich systemom artyleryjskim i czołgom. Przez ostatni miesiąc, przez całe wakacje, jako członek Prezydenckiej Rady Praw Człowieka otrzymywałem wiadomości od bliskich [żołnierzy] oburzonych i zaniepokojonych. Wyszkoliliśmy – nie powiem ile, ale przyzwoitą ilość batalionów artylerii, ale wszystkie zostały wysłane do piechoty. To ogromna liczba ludzi, szkoliliśmy ich przez trzy miesiące, wydawaliśmy amunicję, wydawaliśmy pieniądze na ich zakwaterowanie, świetni instruktorzy z naszych uczelni wojskowych - w tym Wojskowej Akademii Artylerii Michajłowskiej - poświęcili swój czas i wiedzę, aby ich wyszkolić . Jeśli chodzi o naszą artylerię, to bardzo smutna historia... nie mamy już żadnych szkół artyleryjskich! Kiedyś mieliśmy jedenaście, a teraz została tylko Michajłowska”.

Sołowjow zauważył, że był świadomy tego problemu z powodu swoich wizyt na pierwszej linii. Kots dodał, że ten sam problem jest dzieje się z dywizjami przeciwpancernymi, opisując je jako „te same jednostki, które powinny były spotkać tę armadę czołgów, spalając czołgi Abrams i Leopard. Zamiast tego, z jakiegoś powodu, są również przenoszeni do piechoty. Nie mogę zrozumieć, dlaczego tak się dzieje... Specjalistów wyszkoliliśmy profesjonalnie, dobrze ich wyszkoliliśmy, ale siedzą bez odpowiednich zadań... Podczas gdy my stoimy w obliczu zagrożenia dostawami z Zachodu na front, na wiosnę, to ogromne marnotrawstwo z naszej strony”.

Sołowjow wtrącił się: „Rozumiem, że nie walczycie czołgami z czołgami, używacie innych środków. Nasza pięść przeciwpancerna powinna być gotowa. Kots poczęstował go kolejnymi złymi wieściami: „Pierwsza linia obrony, która spotka te czołgi, będzie często składała się z zmobilizowanych ludzi. Nasi zmobilizowani żołnierze na froncie są uzbrojeni wyłącznie w kałasznikowy. Niestety, na wielu odcinkach linii frontu nie ma broni przeciwpancernej”.

Sołowjow powrócił do swojego ulubionego tematu, twierdząc, że to tylko kwestia czasu, zanim NATO przekaże Ukraińcom taktyczną broń nuklearną. Powiedział: „Wierzę, że użycie taktycznej broni jądrowej jest nieuniknione. Pytanie brzmi, kto zrobi to pierwszy: my czy oni”. Bawiąc się, Kots zauważył: „Czołgi, które są dostarczane, zawierają zubożony uran”. Po tym, jak Sołowjow zauważył, że zubożony uran nie jest radioaktywny, Kots zasugerował: „Może to nadal służyć jako pretekst do użycia naszej taktycznej broni jądrowej”.

Ale nawet jego znak firmowy, polegający na grożeniu przeciwnikom Rosji nuklearnym chaosem, nie przyniósł zaciekłemu propagandziście nawet odrobiny zwyczajowej satysfakcji. Przedstawiając kolejnego gościa, Sołowjow gorzko narzekał: „Jestem smutny. To wszystko jest bardzo smutne”.

thedailybeast.com

Ukraiński pułkownik powiedział portalowi Polskiego Radia, że jeśli patrzeć na stronę rosyjską, trudno analizować jej posunięcia, gdyż nie kierują nimi tylko i wyłącznie kwestie wojskowe. Liczą się osobiste interesy i wybory nie tylko samego Władimira Putina, ale także np. szefa wagnerowców Jewgienija Prigożyna.

- Po raz pierwszy w historii rosyjskiego państwa mamy do czynienia z tego rodzaju zastosowaniem nieregularnych formacji wojskowych. Nawet gdy Armia Czerwona napadała na Polskę, była to formacja, owszem, terrorystyczna, ale i państwowa. Tu mamy nie do końca zrozumiałe zjawisko: armię prywatną, organizację, która wykonuje swoje zadanie w nie do końca określonym statusie. To ważna nowość - mówił pułkownik.

Ekspert dodał, że Jewgienij Prigożyn próbuje udowodnić, że jest samodzielną siłą polityczną na terytorium Federacji Rosyjskiej.

- Wcześniej Grupa Wagnera wykonywała bardzo specyficzne zadania, jakimi, powiedzmy, nieco gardziły i zbrojne siły Rosji, i specjalne służby Federacji Rosyjskiej. Miało to miejsce poza granicami państwa, w Afryce, w Azji, w innych miejscach, gdzie tego wymagała sytuacja. Teraz Prigożyn, absolutnie nie licząc się ze stratami, robi wszystko, co możliwe, aby dowodzić, że ma osiągnięcia i pokazać swoją rosnącą siłę polityczną - powiedział ekspert.

Czemu właśnie Prigożyn przeprowadza atak i właśnie tam? - To pytanie o to, po co tworzona była organizacja, zwana Grupą Wagnera, firma. Chodzi o wzbogacenie się. Nieprzypadkowo Prigożyn fotografował się na tle kopalnianych szybów. Pokazuje w ten sposób, że działa jak złoczyńca, maruder, pirat za dawnych czasów, gdy tylko zajął jakieś dobro - powiedział nasz rozmówca.

Płk Hrabskij dodał, że straty wśród wagnerowców są relatywnie nieduże, ale za to znaczne są benefity finansowe. Podkreślił, że Grupa Wagnera otrzymuje lepsze uzbrojenie, pieniądze, których się nie kontroluje, z budżetu Federacji Rosyjskiej.

- Widać, że przebiegiem tych walk zainteresowany jest zarówno Putin, jako główny terrorysta, jak i Prigożyn. Rosyjska armia w tej operacji podporządkowania jest politycznym decyzjom Kremla. Nie ma szczególnego wyboru - zauważył wojskowy.

Jak ocenił płk Hrabskij, "atak na Sołedar nie przyniesie Rosji żadnych wojskowych korzyści" militarnych.

- Nawet jeśli wojska Ukrainy po długim okresie obrony, ostatecznie odstąpią od Sołedaru, to nie przyczyni się do osiągnięcia politycznego celu, jaki postawiono na początku, czyli zajęcia terenów do administracyjnych granic obwodu donieckiego. Tutaj widzimy, że w Rosji czasem nie ma potrzeby działania z punktu widzenia logiki wojskowej, a jednak używane są siły zbrojne. Działają nie wedle kryteriów celowości, a wedle tego, czego życzy sobie ich szef, główny terrorysta zasiadający na Kremlu - zauważył.

- Dlatego bardzo trudno ocenić i zrozumieć, kiedy to wszystko, ta operacja, może się skończyć. Może bowiem skończyć się w każdą sekundzie. Nie wiemy, jakie straty ponosi rosyjska armia, jaki jest jej próg bólu - zaznaczył pułkownik.

Pułkownik Serhij Hrabskij dodał, że Ukraina próbuje osłabić przeciwnika. To jest jej główny cel. 

- Dla ukraińskiej armii utrzymanie pozycji jest niezwykle ważne, ponieważ przy prowadzeniu operacji obronnej, jaka właśnie ma miejsce, jednym z zadań jest osłabienie przeciwnika do takiego stopnia, żeby zrezygnował z prowadzenia działań ofensywnych. Przykładem takiej operacji były swego czasu działania wojenne, które trwały w Siewierodoniecku i Lisiczańsku. Wówczas w konsekwencji szalonych szturmów przeciwnikowi udało się zająć Siewierdonieck i Lisiczańsk. Ale potem oni de facto stracili potencjał bojowy i linia frontu po 2 lipca pozostawała niezmieniona - przekazał nasz rozmówca.

- Prawdopodobne jest, że taka sytuacja będzie miała miejsce i na tej części frontu, i w wyniku dużych strat oraz wielkiego natężenia wysiłków, rosyjska armia po prostu nie będzie mogła przejść do ataku - zaznaczył.

- Bezsprzecznie, Rosjanie mogą obwieścić, że oto ich udziałem jest jakieś "wielkie zwycięstwo", ale proszę wybaczyć, zajęcie miejsca, które kiedyś było nie tak dużą miejscowością, z populacją do 10 tysięcy - to nie jest żadne strategiczne zwycięstwo - mówił pułkownik, nawiązując do zajmowania przez Rosjan Sołedaru.

- To wydarzenie może być przedstawione jako zwycięstwo wyłącznie na użytek wewnętrzny w Rosji - dodał.

- Tymczasem wojska ukraińskie, kierowane militarną celowością takiego działania, prowadzą obronę swoich pozycji. I opuszczają je dopiero, gdy obrona tych miejsc staje się po prostu niemożliwa - powiedział pułkownik rezerwy.

- Mieliśmy wcześniej podobną sytuację. Były takie miejscowości jak Nowotoszkiwskie, Popasna, Wołnowacha. Te miejscowości były po prostu starte z powierzchni ziemi i tam fizycznie nie było gdzie, czym i jak prowadzić operacji obronnej. Nie było możliwe utrzymanie się tam, gdyż na zwale gruzu, kamienia, nie jest możliwe prowadzenie walki obronnej. Tylko wówczas, po wykorzystaniu wszystkich zasobów, wszystkich możliwości, ukraińskie dowództwo podejmowało decyzję o wycofaniu oddziałów z pozycji - tłumaczył ukraiński pułkownik rezerwy Serhij Hrabskij.

Jak podkreślił, chodziło o wypełnienie zadań operacji obronnej. - Rozumiemy bowiem, że jeśli przeciwstawia się znacznie silniejszemu przeciwnikowi, pięć razy silniejszemu, inaczej postępować się nie da - dodał.

- Trzeba dodać, że, działając w ten sposób, osiągnęliśmy taki rezultat, że przeciwnik wykazuje objawy wydrenowania z zasobów, wyczerpania. I po prostu nie może prowadzić działań bojowych z taką siłą i taką częstotliwością, jak robił to kiedyś - podsumował nasz rozmówca płk Serhij Hrabskij.

polskieradio24.pl

piątek, 27 stycznia 2023


Wuhłedar jest położony tuż obok wsi Pawliwka, o którą toczyły się ciężkie boje na początku listopada. Wówczas Rosjanie za cenę ciężkich strat zdołali ją częściowo opanować. Nie byli jednak w stanie przebić się przez główną ukraińską obronę stworzoną w oparciu o położony kilometr dalej na wyższym terenie Wuhłedar. Teraz próbują kontynuować natarcie i odrzucić Ukraińców od strategicznej linii kolejowej, która bardzo by ułatwiła zaopatrywanie rosyjskich sił na południowych terenach okupowanych.

Atakować mają ponownie elementy dwóch brygad piechoty morskiej, 155 i 40. Teoretycznie jedne z bardziej elitarnych w rosyjskiej armii, ale to było przed wojną. W ciągu prawie roku walk obie poniosły ciężkie straty i teraz mają być w istotnej części złożone ze zmobilizowanych, ochotników i świeżych zawodowców. Pomimo tego mają się prezentować lepiej niż aktualny rosyjski standard. Do ataku ruszyły w połowie tygodnia po silnym przygotowaniu artyleryjskim. Wuhłedar już wcześniej był częściowo zrujnowany, teraz jest stopniowo równany z ziemią.

Ukraińcy piszą o ciężkich walkach i trudnej sytuacji, ale na razie względnie stabilnej. Po kilku dobach walk Rosjanie mieli się przesunąć o około dwa kilometry. Według rosyjskich źródeł miejscami czołówki mają docierać do pierwszych zabudowań właściwego Wuhłedaru, po przebiciu się przez ogródki działkowe i otwarte tereny na obrzeżach. Ukraińcy twierdzą, że pierwsze atakujące pododdziały Rosjan poniosły takie straty, że odmówiły dalszej walki, wobec czego ściągane są posiłki. Jako poparcie takich twierdzeń pokazują liczne nagrania z dronów, na których rzeczywiście widać wiele ciał rosyjskich żołnierzy oraz rozbijane czołgi oraz bojowe wozy piechoty.

Wszystko wskazuje na to, że Rosjanie nadal nie mają sił albo kompetencji, żeby przeprowadzać operacje oparte o manewr. Nawet przy użyciu swoich najlepszych brygad. Ponownie rzucają się wprost na najsilniejsze ukraińskie punkty oporu, zamiast robić to, co zalecają podręczniki od II wojny światowej, czyli spróbować je ominąć. Czyli szukać słabych punktów w liniach obrony i skupiać na nich siły zapewniające obezwładniającą lokalną przewagę, dającą szansę na przebicie się bez długich i wyczerpujących walk. To, co teraz robią Rosjanie, gwarantuje im wysokie straty i powolne postępy, ale niekoniecznie sukces. Choć przy użyciu odpowiedniej masy ludzi i broni finalnie może zajmą ruiny Wuhłedaru, to raczej nie będą w stanie pójść dalej. Wyczerpani staną po odniesieniu kosztownego lokalnego sukcesu, niezmieniającego istotnie ogólnej sytuacji. Tak jak robią to już od miesięcy.

Wuhłedar jest ważny dla obu stron z powodu wspomnianej linii kolejowej, która biegnie około 19 kilometrów na wschód. Łączy Donieck z Mariupolem i Melitopolem. Od 2014 roku jest wyłączona z ruchu, bo najpierw przecinała ją linia zawieszenia broni, a teraz jest za blisko pozycji ukraińskiej artylerii, aby można było na niej bezpiecznie puszczać składy z bronią i zaopatrzeniem. Sprawa szczególnie ważna, od kiedy na początku października Ukraińcy uszkodzili most Krymski i drastycznie ograniczyli możliwości zaopatrywania południowych terenów okupowanych przez półwysep. Rosjanie muszą odrzucić Ukraińców w rejonie Wuhłedaru o 10-20 kilometrów na zachód, żeby otworzyć tę nową drogę zaopatrzeniową. Dlatego od miesięcy bez powodzenia próbują się przebić przez Marinkę dalej na północy, a wcześniej szturmowali Pawliwkę. Gdyby w obu punktach odnieśli większy sukces, to mogliby zmusić Ukraińców do opuszczenia całych rozległych terenów pomiędzy oboma miastami i faktycznie doprowadzić do ich odwrotu o te 10-20 kilometrów na zachód od linii kolejowej. Pytanie, jakie siły ma w tym rejonie ukraińskie wojsko i czy dysponuje odpowiednimi rezerwami gdzieś w okolicy.

gazeta.pl

Ihor Tymots: Czy można powiedzieć, że Polska w Europie jest liderem nieformalnej koalicji pomocy wojskowej dla Ukrainy?

Piotr Lewandowski: Oczywiście ze względu na możliwości liderem są USA. Ale w Europie – tak. Staliśmy się największym partnerem organizującym taką pomoc, nie tylko wojskową, ale i dyplomatyczną.

Jakie, Pana zdaniem, są główne rezultaty spotkania w niemieckim Ramstein?

Po pierwsze – Ukraina otrzyma jeszcze więcej nowoczesnego zachodniego uzbrojenia. Mowa tu o uzbrojeniu wojsk lądowych – bo jeśli mowa o artylerii i systemach obrony przeciwlotniczej, to uzbrojenie napływało już wcześniej. Ale jeśli chodzi o zabezpieczenie potrzeb wojsk lądowych, nie jest to wszystko, co potrzebne. Przekazanie MRAP to oczywiście dobry krok, ale raczej dla operacji wojskowych  o mniejszej skali. Nie jest to zupełnie to, czego potrzebuje ukraińska armia. Oczywiście, lepiej mieć amerykańskiego MRAP-a, niż pickupa, lepiej amerykańskiego HMMWV niż pickupa, ale to nadal nie jest typ pojazdu, jaki współpracuje z czołgami. Wiadomo ze spotkania w Ramstein, że Ukraina otrzyma dziesiątki nowoczesnych amerykańskich bojowych wozów piechoty M2 Bradley, które zostały zaprojektowane w latach 60 i 70. XX wieku do walki z radzieckimi, a teraz rosyjskimi czołgami. Na Ukrainę trafią także dziesiątki niemieckich bwp Marder i CV 90, czyli bojowe wozy piechoty z prawdziwego zdarzenia. Jest to przekroczenie kolejnej bariery: faktycznie te bariery są przede wszystkim mentalne u wielu polityków, który muszą liczyć się z opinią publiczną. To oczywiście normalne w krajach demokratycznych. Te bariery trzeba pokonać wspólnymi siłami. Powoli sprzęt wojskowy jest dostarczany, przekraczamy te bariery, przekazując pojazdy, jakie będą mogły współdziałać z czołgami. Z wojskowego punktu widzenia to już wielka zmiana. Ukraina otrzyma także zestawy przeciwlotnicze Patriot. Jedna bateria to byłoby za mało dla tak dużego kraju, ale wiadomo, że będą co najmniej trzy. To wystarczy, przynajmniej dla obrony Kijowa. Jeszcze jeden wniosek: pomoc będzie się zwiększać, a nie zmniejszać. Tym samym, nie ziści się marzenie Rosjan o tym, że Zachód będzie zmęczony tym konfliktem, choć Rosja do tego dąży.

Czy można stwierdzić, że ta pomoc jest duża, ale niewystarczająca dla Ukrainy?

Tak, jest niewystarczająca. SZU ponoszą duże straty – o wielkości mniej więcej brygady w ciągu miesiąca na całym froncie. A to, co otrzymuje Ukraina, pozwala stworzyć 3-4 brygady zmechanizowane. Jeśli wziąć pod uwagę całość pomocy, to bardzo dużo. Ale jeśli spojrzymy na potrzeby i straty oraz sytuację na froncie wobec mobilizacji w Rosji, to będzie to za mało.

Ukraina otrzyma znaczne liczby sprzętu wojskowego z innych państw. Jak to wpłynie na sytuację na polu walki na Ukrainie?

Ukrainie chodzi nie tylko o budowę linii obrony, ale także o formowanie sił dla ofensywy. Wojny nie da się wygrać tylko broniąc się. Chcemy, aby Ukraina tą wojnę wygrała, a dla ofensywy jest potrzebny nowoczesny sprzęt: czołgi, artyleria i samoloty. Co do tej ostatniej kwestii nie było ostatnio dobrych wiadomości, ale niedawno zaczęły się rozmowy na temat F-16.

Szef NATO, Jens Stoltenberg w Ramstein ogłosił, że rozmowy z Niemcami w sprawie czołgów Leopard 2 będą kontynuowane. Jaka będzie przyszłość tej kwestii i z jakich krajów można spodziewać się dostaw?

Obecnie kilka państw już powiedziało „tak” co do gotowości wysłania tych czołgów Ukrainie, jeśli zgodzą się na to Niemcy (Niemcy ogłosiły zamiar wysłania 14 czołgów w wersji A6 24 stycznia 2023 roku – przyp. polukr.net). Można byłoby na tej podstawie liczyć na co najmniej batalion, około 30 wozów. Aby liczba ta była istotną na polu bitwy, musi być to co najmniej brygada, ponad 90. Ale biorąc pod uwagę to, że są one na uzbrojeniu 13 krajów NATO, to nawet, jeśli zostałaby przekazana niewielka liczba przez niektóre kraje, taką brygadę będzie można szybko stworzyć. Myślę, że tak czy inaczej do tego dojdzie.

Zatem bez czołgów Ukraina będzie mogła się bronić, ale trudno będzie prowadzić ofensywę?

Nie demonizowałbym tematu czołgów Leopard. Zbytnio skoncentrowaliśmy się na rozmowach „Niemcy, Leopardy” i tak dalej. Potrzebne jest wywieranie presji na Berlin, ale te czołgi będą potrzebne w kolejnej fazie wojny. Aktualnie na Donbasie toczą się ciężkie i krwawe walki i będą trwały nadal. Należy się zastanowić, jak uzupełnić straty w ludziach i technice po tych walkach.

Wygląda na to, że Ukraina i Rosja szykują się do ofensyw wiosną.

Tak, wszystko na to wskazuje.

Jaki sprzęt jest obecnie najważniejszy z punktu widzenia potrzeb armii ukraińskiej?

Nie chodzi tylko o sprzęt. Przede wszystkim potrzebna jest amunicja, amunicja i jeszcze raz amunicja. Potrzeby są duże. Kwestia dodatkowej artylerii jest obecnie mniej nagląca. Problemem mogą być raczej kłopoty wynikające z dużej liczby różnych typów z różnych krajów. Ale game changerem byłyby nowoczesne samoloty. Jak na razie kwestia ta nie jest jeszcze na porządku dziennym. Jak na razie więc chodzi przede wszystkim o bojowe wozy piechoty i w dalszej kolejności czołgi.

Jakie są realne perspektywy otrzymania tej amunicji i o jakich wielkościach mowa?

Władze USA zamówiły w państwowych i prywatnych firmach amunicję, aby uzupełnić zapasy w Ameryce i mieć możliwość wysyłania ich do Ukrainy. Zamówienia te są bardzo duże. Inne kraje NATO także zwiększają produkcję. Kraje sojusznicze będą w stanie zapewnić Siłom Zbrojnym Ukrainy dostawy amunicji kalibru NATO, tj. 155mm. Dlatego tutaj nie widzę większego problemu. Trzeba czasu, aby zwiększyć skalę produkcji. Natomiast jest także kwestia zużycia sprzętu, remontu uszkodzonej artylerii i takiej, jaka wyczerpała resursy. Wiemy, że intensywność wykorzystania artylerii na polu walki w Ukrainie jest olbrzymia. Potrzebne są także części zamienne i szybkie remonty, a także regularne dostawy aby na bieżąco uzupełniać straty.

Wracając do uzbrojenia, jakie pomogłoby zyskać przewagę nad Rosją, obok czołgów i samolotów wielozadaniowych, czy możemy mówić także o pociskach ATACMS dla systemu HIMARS albo o jakimś innym uzbrojeniu?

O to chodzi – zdolność rażenia rosyjskich sił na odległość 300 km pozwoliłaby na uderzenia we wszystkie kluczowe cele w rejonie bezpośrednich działań bojowych i na tyłach wroga. Aby wygrać wojnę, trzeba zniszczyć wrogie tyły. Rozumiem obawy USA co do przekazania takich możliwości Ukrainie, ale bez tego ostatecznie zwycięstwo będzie dużo trudniejsze.

Ukraińscy eksperci wojskowi mówią, że gdy Ukrainie latem 2022 roku przekazano HIMARSy, mogły one atakować cele odległe o 70km, co spowodowało chaos w rosyjskiej logistyce i zmusiło Rosjan do odsunięcia centrów dowodzenia i składów amunicji o ponad 100 km. Teraz potrzebujemy rakiet o większym zasięgu, aby znowu spowodować podobne efekty, co byłoby doskonałym przygotowaniem do ofensywy.

Tak, zgadzam się. Logistykę można odsunąć o 100km i ona będzie w miarę efektywną. Ale nie da się odsunąć jej o 300km z zachowaniem takiego samego poziomu efektywności. Nie uda się wówczas dostarczać broni i amunicji wojskom na polu bitwy, wożąc wszystko ciężarówkami na taką odległość, biorąc pod uwagę ile amunicji jest zużywane. Teoretycznie można to zrobić, używając tysięcy pojazdów zmobilizowanych na potrzeby armii i budując nowe drogi.

W jakim punkcie wojny jesteśmy po 11 miesiącach walk?

Jeśli brać pod uwagę obecne możliwości, to ukraińską armię można maksymalnie rozwinąć do liczby 700 tysięcy żołnierzy. Nie z powodu braku ludzi, ale ze względu na możliwość zabezpieczenia szkolenia mobilizowanych. Taka liczba pozwala działać na froncie o długości 1000 km. Koncepcja tworzenia i szkolenia całych brygad pozwoliłaby na rozwiązanie tego problemu. Ukraińska armia jest już zmobilizowana, ale czeka na nowoczesne uzbrojenie i szkolenie. Żołnierze są, ale jest problem, aby zabezpieczyć ich technicznie i szkoleniowo. Rosyjska armia zakończyła pierwszą fazę pełnej, a nie częściowej mobilizacji, choć ona tak się nazywa – jest to jednak zakłamywanie rzeczywistości. Rosja już wprost nazywa wojnę – wojną, a nie specjalną operacją wojskową. Wyznaczenie Walerija Gierasimowa dowódcą siłami FR w Ukrainie – to przejście do bardziej pełnego konfliktu ze strony Moskwy. Będą miały miejsce jeszcze bardziej masowe walki niż w 2022 roku. Siły obu stron są znacznie większe. Obawiam się, że Rosjanie czegoś się nauczyli i będą walczyć znacznie lepiej, będą popełniać mniej błędów niż w ubiegłym roku.

Która ze stron jak na razie wygrywa, a jeśli nie da się wskazać, to kto ma przewagę?

Ogólną przewagę ma ukraińska armia. Otrzymała ją dzięki zwycięskim natarciom na dwóch kierunkach, w ramach faktycznie jednej ofensywy – na kierunku Charkowa we wrześniu i Chersonia w październiku i listopadzie. Dotąd Rosja jest pod naciskiem skutków tych udanych operacji. Natomiast jeśli mówimy o inicjatywie na niższym poziomie, to przewagę ma Rosja., która cały czas prowadzi natarcie w pobliżu Bachmutu, nie zważając przy tym na straty, co zmusza Siły Zbrojne Ukrainy do koncentrowania sił właśnie tam. Możliwe, że to nie odpowiada ukraińskim planom. Jeśli jedna strona narzuca coś drugiej – to ma w tym miejscu przewagę.

Jak ogólnie można ocenić działania armii ukraińskiej i rosyjskiej po 24 lutego 2022 roku?

Na początku wojny rosyjska armia uwierzyła we własną narrację o „drugiej armii świata” i w swoją niezwyciężoność. Jej dowództwo wierzyło, że wejdą na Ukrainę bez oporu, jak do siebie do domu. Drugi błąd – to niedocenienie zdolności sił ukraińskich. To nie tylko grzech Rosji, powszechnie nie doceniono ukraińskiej armi. Kiedy połączymy te dwa elementy, widzimy pierwszą fazę wojny, gdzie Rosjanie ponieśli wielkie straty wśród swoich najlepszych wojsk i musieli się wycofać z większości głównych kierunków natarcia. Jedyny sukces jaki uzyskali i utrzymali Rosjanie to „południowy korytarz” z Krymu do okupowanych części Donbasu i samej Rosji. Natomiast całkiem przestał istnieć plan zajęcia całej Ukrainy. Teraz nie da się go zrealizować. Rosjanie nie mają na to sił, przy takim oporze ze strony ukraińskiej armii i narodu i o tym wiedzą. Natomiast ze strony ukraińskiej, połączenie własnych możliwości i doświadczenia z tym, co Ukraina otrzymała od NATO, dało wspaniały rezultat. Tak samo jak niesamowita kreatywność ukraińskich wojskowych – stworzenie całkowicie nowych rozwiązań w odpowiedzi na wyzwania na polu bitwy. Na przykład sposób wykorzystania przez SZU dronów i artylerii stanie się nową normą. Ma miejsce tworzenie nowych standardów jakościowych działań wojsk.

Opór wzrósł po tym, jak Ukraińcy zobaczyli zbrodnie Rosjan w Buczy, Izjumie, Lymanie i na wszystkich terenach wyzwolonych spod okupacji.

Tak i zobaczymy, jak zmieni się nastawienie do języka rosyjskiego i „ruskiego miru” we wszystkich tradycyjnie prorosyjskich regionach, od Charkowa do Odessy. Te miasta w 2014 roku omal nie podzieliły losu Doniecka i Ługańska. Trwały tam walki, były prorosyjskie sympatie, teraz ich nie ma. Rosja długo tworzyła „piątą kolumnę” w tych regionach w swoim nacjonalistycznym przekonaniu o imperialnej wielkości i przekonaniu o rzekomym pragnieniu mieszkańców tych regionów dołączenia do FR. Stało się zupełnie inaczej. Teraz tam nienawidzą Rosjan, nie wiadomo czy nie bardziej, niż na zachodzie kraju. W takie wojnie wsparcie narodu dla armii jest kluczowe.

Bo ukraińska armia to jedyne, co broni Ukraińców przed niewolą, byciem zgwałconym czy zabitym.

Tak właśnie jest.

Jakie silne i słabe strony pokazały armie obu państw?

Nie chciałbym analizować słabszych stron armii ukraińskiej w czasie wojny, aby nie była to woda na młyn wroga. Natomiast co do słaby stron rosyjskiej armii, to ich radziecka mentalność. Przede wszystkim, kadry. Idealny oficer armii rosyjskiej jest pasywny i przeciętny: mierny i bierny. Ktoś taki na polu bitwy będzie gorszy, niż oficer, który jest przyzwyczajony do kreatywności, poszukiwania nowych rozwiązań, jest liderem i jest uznawany przez podwładnych za dowódcą ale i przywódcą. W ukraińskiej armii widzimy coś takiego. Rosja to w dużej mierze ignoruje – tam przygotowanie oficerów jest słabe, aż do generałów. Tam oficer nie jest przyzwyczajony do tego, by szybko reagować na zmiany na polu bitwy, do poszukiwania nowych i twórczych rozwiązań. Sztab rosyjski jest po prostu przestarzały. Natomiast przewagą Rosji jest to, że to duży kraj, ponad 140 mln ludzi, wielka ilość surowców. Nie sądzę, aby zachodnie sankcje tak silnie podkopały rosyjskie możliwości odtwarzania armii i zdolności produkcji uzbrojenia, nie nowoczesnego, ale odtworzenia starszych typów. Setki tysięcy ludzi pracują nad tym w rosyjskim kompleksie zbrojeniowym. Rosja ma także możliwości importu uzbrojenia, za wielkie pieniądze mogą znaleźć miejsca, gdzie mogą coś kupić. Kupują drony w Iranie, amunicję w Korei Północnej. Myślę, że o wielu takich transakcjach nie wiemy. Siłą Rosjan jest sam rozmiar ich kraju. Co do słabości Ukrainy w tym sensie można stwierdzić, że w ciągu lat niezależności, kraj stracił wiele możliwości produkcji uzbrojenia. Są możliwości realizowania remontów, ale są tu wielkie potrzeby. No i zasoby ludzkie: dla Rosjan nie jest problemem wcielenie kolejnych 300 tysięcy, docelowo nawet miliona ludzi. Ktoś powie, że logistyka rosyjska da rady. Armia rosyjska nie musi jej tworzyć od nowa, ale odtworzyć, to co już j było – radziecka logistyka wojskowa miała za zadanie zapewnić funkcjonowania armii liczącej ponad 1 mln żołnierzy. To znacznie łatwiejsze, niż budować wszystko od nowa.

Jakie są scenariusze dalszego rozwoju wojny, jakie są korzystne, a jakie szczególnie ryzykowne dla Ukrainy?

Są dwie możliwości. Albo ukraińska ofensywa wyprzedzi rosyjską, albo będą ciężkie walki obronne. Wówczas SZ Ukrainy przyjmą uderzenie, zadadzą Rosji wielkie straty i dopiero wówczas przejdą do własnej ofensywy. Obie rozwiązania mają swoje dobre i złe strony. Uderzenie wyprzedzające jest trudne. Dla tego trzeba zebrać siły przy tak intensywnych walkach, jakie trwają o Bachmut, gdzie Ukraina musi wytracać wiele potencjału, aby powstrzymać nacisk Rosjan. Minusem czekania na ofensywę jest to, że ta bitwa zacznie się wtedy, kiedy będą chcieli Rosjanie. Plusem dla SZ Ukrainy jest to, że łatwiej jest się bronić, niż atakować. Rosjanie też zbierają siły dla ofensywy. Natarcia z każdej ze stron możemy oczekiwać w marcu-kwietniu. Będą to ciężkie walki, masowość walk będzie większa niż w zeszłym roku, tak samo jak straty będą większe. Dlatego tak często mówię o konieczności dostaw zachodniego sprzętu dla ukraińskiej armii, jako że ratuje ona życie żołnierzy ukraińskich na polu bitwy. Czołgi, bwp – ratują życie żołnierzy tak samo jak medycy na polu walki.

polukr.net