środa, 30 listopada 2022


W trakcie 7 lat swojej ostatniej kadencji Tokajew musi podjąć ważne decyzje w dwóch kluczowych obszarach – polityki zagranicznej i gospodarczej. Wobec zmian w geopolitycznej regionalnej układance koniecznością stała się możliwie szybka dywersyfikacja kierunków polityki zagranicznej, a co za tym idzie również rebalans w polityce gospodarczej i bezpieczeństwa. Już przed wyborami decyzje i kroki podejmowane przez prezydenta wskazywały na realizację trzech trendów: stopniowego, wyważonego i przemyślanego rozluźniania więzi z Rosją, wzmocnienia relacji z Turcją i Chinami oraz nawiązanie współpracy gospodarczej z Unią Europejską.

Zarówno Pekin, jak i Ankara odgrywają fundamentalna rolę gwarantów bezpieczeństwa regionalnego, co ma istotne znaczenie wobec nieobliczalnych decyzji prezydenta Putina. Prezydent Tokajew będzie zapewne grał na rzecz ograniczenia dominacji Chin, bowiem taka zależność może w długim okresie prowadzić do problemów gospodarczych i zepchnięcia Kazachstanu z torów politycznych wiodących do demokratyzacji i zbliżenia z zachodem. Stąd pełna otwartość na aktywne działania Turcji we wzmacnianiu jej pozycji regionalnej oraz częste wizyty władz kazachskich w Brukseli. Ankara jest bardzo istotna z punktu widzenia nowych szlaków dystrybucji po zamknięciu Ukrainy i Rosji. Turcja staje się nie tylko militarnym gwarantem bezpieczeństwa żeglugi na Morzu Czarnym, ale również kluczowym państwem tranzytowym na szlaku do Europy.

Wielowektorowa polityka zagraniczna oparta o związki z USA, UE, Chinami i Turcją jest próbą stworzenie stabilnego, choć niejednolitego systemu bezpieczeństwa. Niemniej, pierwszoplanowym celem jest neutralizacja potencjalnego zagrożenia ze strony Rosji oraz coraz bardziej zauważalnych prób destabilizacji regionu przez skrajnie islamskie ugrupowania w Afganistanie. Dodatkowo w tak skomponowanym układzie żaden z partnerów Kazachstanu nie będzie miał dominującego wpływu na politykę wewnętrzną republiki.

wnp.pl

Jak informowały niezależne rosyjskie media Kreml planował rozpoczęcie nowej mobilizacji w styczniu 2023 roku. Ma ona objąć od 500 tys. do 700 tys. osób. Rosyjski portal Wiorstka cytował przedstawiciela rosyjskiej Dumy. "Rozmowy (na temat powszechnej mobilizacji – Wiorstka) miały miejsce, bo my rozumiemy, wszyscy rozumieją, że problemów z przygotowaniem (rezerwistów - Wiorstka) nie da się rozwiązać w ciągu paru miesięcy. Jest oczywiste, że obecne mobiki (zmobilizowani) się skończą, potrzeba będzie więcej ludzi, a według naszych szacunków – stanie się to jeszcze przed końcem zimy" – pisano tydzień temu.

Po kilku dniach sygnalizowaną w mediach nową datą drugiej fali mobilizacji jest 10 grudnia. Dlaczego Moskwie się spieszy? Pierwsze fala mobilizacji miała objąć 318 tys. rezerwistów. W strachu przed wzięciem w kamasze pospiesznie kraj zaczęli opuszczać młodzi mężczyźni. Jedna tylko Gruzja podała, że po ogłoszeniu 21 września „częściowej" mobilizacji do jej kraju przyjechało 700 tys. osób z Rosji. 600 tysięcy z nich potraktowało kaukaski kraj jako tranzyt w dalszej podróży. Kto posiadał majątek pozwalający mu na wyjazd z kraju ten już nie zostanie zmobilizowany. Co ciekawe, zapewniano przedstawicieli „wrażliwych" profesji, iż nie zostaną powołani. Taka obietnica dotyczyła przedstawicieli strategicznego sektora technologii. Tymczasem na froncie zginął 33-letni Timur Izmaiłow. Miał on pracować nad wdrożeniem kluczowego rosyjskiego systemu płatniczego MIR. Był informatykiem zatrudnionym w sektorze bankowym. Izmaiłow jako przedstawiciel klasy średniej był raczej wyjątkiem od reguły – w większości „mobikami" zostają biedniejsi Rosjanie (lub przedstawiciele innych grup etnicznych zamieszkujących Federację Rosyjską) z prowincji. Każdy zmobilizowany to osoba wyjęta z rynku pracy, więc rosyjska gospodarka będzie z kolejną falą „branki" w jeszcze gorszym stanie. Masa masą, ale jakość tej mobilizacji jest kompromitująca.  

W praktyce okazywało się, że „mobików" wysyłano od razu na front, bez uprzedniego wojennego szkolenia, bez odpowiedniego zaopatrzenia. Przypomnijmy, że w Rosji oczekiwano że po pierwszej fali mobilizacji pojawi się dekret ją zawieszający. Wrześniowa branka miała trwać dwa tygodnie. Tymczasem Moskwa potęguje „branie" w kamasze. Przed powszechną mobilizacją broni zapędy Putina nie sytuacja polityczna, z którą się on nie liczy, ale tragiczna rosyjska logistyka. Takiej masy ludzi Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej nie są w stanie wyekwipować, uzbroić, a następnie przerzucić na front.

Jeszcze na terytorium Rosji trafiają do przepełnionych budynków w złym stanie, bez ogrzewania (a nawet namiotów stojących na otwartej przestrzeni), bez zaplecza sanitarnego. Nie dziwi zatem, że zaczęły się szerzyć choroby wśród zmobilizowanych. Niezależny rosyjski portal SOTA podał, iż wśród „mobików" na poligonie Elanskii, 129 km na wschód od Jekaterynburga, doszło do masowego wybuchu nieznanej "choroby układu oddechowego". Prawdopodobnie chodzi o COVID-19. Stan zdrowia rezerwistów powoływanych na front jeszcze przed dotarciem na miejsce koncentracji jest często kiepski.

W rozmowie z ukraińskimi dziennikarzami tak mobilizację wspominał jeden z "mobików". Jegor, pułk zmechanizowany: „Ostatni raz byłem w wojsku 9 lat temu. Otrzymałem specjalizację: celowniczy BWP-2 (...) Wydawało mi się, że nie kwalifikuję się do mobilizacji, ponieważ nie pozwala mi na to zdrowie. Mam torbiel w mózgu wielkości 6 cm. Mam ataki drgawek (...) Wezwano mnie do działu kadr w miejscu, gdzie pracuję. Tam dwóch mężczyzn, których nie znałem oświadczyło mi że brak stawienia się oznacza karę więzienia. Kazali dzisiaj stawić się w wojenkomacie (...) Na placu apelowym jeden z żołnierzy dostał ataku epilepsji. Widziałem też zmobilizowanego o kulach". Jegor został zmobilizowany dzień po ogłoszeniu decyzji przez Putina. Tydzień później był już w ukraińskiej niewoli. Był na froncie ługańskim.

„Mobicy" są dziesiątkowani jeszcze zanim trafią na pierwszą linię. Pod Zaporożem Ukraińcy zniszczyli 10 jednostek sprzętu wojskowego, dwa magazyny amunicji. Rannych zostało 100 rosyjskich żołnierzy. Łącznie, w ciągu ostatnich dwóch dni Ukraińcy, ostrzelali 11 miejsc koncentracji rosyjskich sił, uzbrojenia oraz sprzętu. Zaplecze wojsk inwazyjnych jest skutecznie rażone ogniem artylerii rakietowej. Jak wyliczył serwis InformNapalm średnia długość życia „mobika" to 12 dni. Na Ukrainę trafiają zazwyczaj po 7 dniach (co wyklucza jakiekolwiek przeszkolenie), ale rekordziści trafiali nawet na front i po 3 dniach. Analitycy serwisu przestudiowali przypadki śmierci zmobilizowanych żołnierzy, więc dane dotyczą tych którzy zginęli na wojnie (nie uwzględniają np. masowego poddawania się „mobików" do niewoli). Podobne estymacje przedstawiają analitycy rosyjskiego niezależnego projektu śledczego Conflict Intelligence Team. Oceniają „średnią długość życia" zmobilizowanych na ok. dwa tygodnie.

Należy pamiętać, że nowa mobilizacja obejmie także mieszkańców okupowanych terytoriów. Rośnie ryzyko, że wbrew Konwencji Genewskiej Rosja powoła pod broń i wyśle na front jako „mięso armatnie" Ukraińców, których na co dzień okupuje.

defence24.pl

Premier Meklemburgii-Pomorza Przedniego Manuela Schwesig tłumaczy się z powołania fundacji do ochrony Nord Stream 2, który miał zwiększyć zależność Niemiec od gazu rosyjskiego, przez którą cierpią teraz w wyniku kryzysu energetycznego razem z resztą Europy. Sprawa trafiła do sądu.

Schwesig udzieliła wywiadu RND, w którym przekonywała, że mając dzisiejszą wiedzę nie zgodziłaby się na powołanie fundacji „klimatycznej” Stiftung Klimaschutz, która posłużyła do ominięcia sankcji USA i dokończenia budowy gazociągu Nord Stream 2 z Rosji do Niemiec.

– Wiele regionów w Niemczech korzystało na gazie rosyjskim, który docierał do Niemiec przez Lubmin w moim landzie – przyznaje Schwesig, odnosząc się do gazociągu Nord Stream 1 wybudowanego w 2011 roku. – W konsekwencji rosyjskiej wojny agresji na Ukrainie, Meklemburgia-Pomorze Przednie zatrzymała współpracę z regionem leningradzkim. Pomagamy wdrożyć embargo naftowe – wylicza Schwesig. – W przyszłości ropa będzie docierać do Schwedt przez Rostock – dodała, odnosząc się do planu porzucenia dostaw rosyjskich w tym zakładzie poprzez budowę nowego ropociągu, o którym pisał BiznesAlert.pl. – Wykorzystamy infrastrukturę Nord Stream  do dostaw LNG i przekazywania ich do pozostałych landów jak Bawaria, a także do Czech – powiedziała Schwesig.

Premier uznała, że fundacja Stiftung Klimaschutz powinna zostać zamknięta. – Zarząd dyrektorów, który zarządzał niezależnie fundacją, miał zadanie prowadzenia biznesu. Zrezygnuje, a rząd federalny podejmie niezbędne kroki, by rozwiązać tę fundację. Jej projekty klimatyczne będą kontynuowane. Środki pozostałe na jej kontach mają zostać wykorzystane do pomocy humanitarnej Ukrainie – zadeklarowała rozmówczyni RND. Odnosi się także do wyroku sądu, który uznał, że owa fundacja musi ujawnić firmy zaangażowane w budowę Nord Stream 2. – To dobrze, że będzie jasność i przejrzystość – oceniła.

– Decyzja za fundacją została przyjęta głosami SPD, CDU i Lewicy bez sprzeciwu w parlamencie landowym. Wówczas jasno tłumaczyliśmy zadania i szanse tej fundacji. To wszystko było przed ostatnimi wyborami landowymi, w których obywatele zajęli jasne stanowisko. To niezwykłe, że CDU, które wówczas zarządzało resortami gospodarki i sprawiedliwości odpowiedzialnymi za nadzór nad fundacją w Meklemburgii teraz próbuje wykorzystać sytuację do polityki partyjnej – powiedziała. Chrześcijańscy demokraci z CDU chcą, aby sprawa Nord Stream 2 była przedmiotem prac komisji śledczej. Dane ujawnione przez sąd mogą pomóc w ustaleniu faktów. Wiadomo już, że wykonanie części budowy przez Klimaschutz Stiftung wynajmującą statek Blue Ship nie pozwoliło zablokować jej sankcjami USA, które nie mogły obejmować podmiotów związanych z rządami sojuszników, jak samorząd Meklemburgii.

(...)

biznesalert.pl

wtorek, 29 listopada 2022


Szczyt ASEAN, na którym spotykają się przywódcy państw Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej, odbył się w listopadzie w Kambodży. Obecny na nim przywódca chińskiego rządu Li Keqiang zwrócił uwagę na nieodpowiedzialność gróźb nuklearnych ze strony Rosji oraz potrzebę zapewnienia, że "broń nuklearna nie będzie używana w sposób, który sugerowali niektórzy" - przekazał wysokiej rangi amerykański urzędnik w rozmowie z Agencją Reutera.

Premier Li Keqiang uczestniczył w szczycie Azji Wschodniej razem z m.in. prezydentem USA Joe Bidenem 13 listopada. Chiński premier zasugerował, że Pekin nie czuje się komfortowo z retoryką nuklearną prowadzoną przez swojego strategicznego partnera, czyli Rosję. Wypowiadał się też na temat polityki Chin wobec Ukrainy - poinformował Agencję Reutera amerykański urzędnik wysokiego szczebla, prosząc o anonimowość. "Niezaprzeczalnie w Pekinie odczuwa się pewien dyskomfort z powodu lekkomyślnej retoryki i działań ze strony Rosji" - przekazał urzędnik. Retoryki Rosji nie pochwala też chiński prezydent Xi Jinping oraz prezydent USA Joe Biden. Gdy Zachód oskarżał Rosję o nieodpowiedzialne oświadczenia w sprawie broni jądrowe, Moskwa twierdziła, że to Zachód prowadzi "prowokacyjną" retorykę.

"Myślę, że niezaprzeczalne jest również to, że Chiny są prawdopodobnie zarówno zaskoczone, jak i trochę zawstydzone sposobem prowadzenia przez Rosję operacji wojskowych" - stwierdził informator Reutersa. Władimir Putin nie odniósł się od czasu szczytu w Kambodży do możliwości użycia broni jądrowej. Przypomnijmy, Chiny są obecnie jednym z największych sojuszników Rosji, a transport rosyjskich surowców do tego kraju wzrósł w ostatnich miesiącach o około 50 proc. Kreml jest więc zależny od Pekinu.

Prezydent Władimir Putin po raz ostatni wspominał o broni jądrowej po ogłoszeniu mobilizacji w Rosji 21 września - zauważa Agencja Reutera. - Jeśli integralność terytorialna naszego kraju jest zagrożona, bez wątpienia użyjemy wszystkich dostępnych środków, aby chronić Rosję i nasz naród, to nie jest blef - zapowiedział wtedy rosyjski prezydent. - W swojej agresywnej antyrosyjskiej polityce Zachód przekroczył każdą granicę. Ci, którzy próbują nas szantażować bronią jądrową, powinni wiedzieć, że wiatrowskaz może się obrócić i skierować w ich stronę" - zagroził wówczas Putin.

gazeta.pl

poniedziałek, 28 listopada 2022


Władimir Sołowjow, jeden z najpłodniejszych rosyjskich propagandystów, potępił w ostrych słowach protesty poborowych i ich rodzin oraz ucieczki przed armią za granicę. Padły oskarżenia o tchórzostwo „gdy ojczyzna jest w niebezpieczeństwie”.

– Mamy tu wojnę! Jesteśmy zabijani! Jesteśmy w stanie wojny z NATO! Szukasz spokoju i chcesz siedzieć pod maminą spódnicą? Ojczyzna w niebezpieczeństwie! Ojczyzna! Nie ma dla człowieka większego męstwa i szczęścia niż oddać życie za ojczyznę i za towarzyszy – stwierdził.

Sołowjow pochwalił siebie samego, bo sam jak uważa, dokonał heroicznego wyboru. Nie opuścił Rosji i nie przeniósł się do swojej wilii we Włoszech i został, gdy jego kraj toczy wojnę.

– Uciekłeś z ojczyzny. I nie waż się wracać. Jesteście sługami nazistowskiego reżimu. Będą ci srali na głowę za to, że jesteś Rosjaninem. I będziesz udawał, że cię nie rozumieją, że jesteś solą rosyjskiej ziemi… Jesteś gównem rosyjskiej ziemi! Jesteś rzygami rosyjskiej ziemi. Rzygi! Nie masz co wracać do mojej ojczyzny, nie jesteś jej godzien. Możesz zarzygany umrzeć pod płotem w wymiocinach, w narkotycznym szaleństwie, w alkoholowym delirium. Nazywasz nas propagandzistami? Tak, jesteśmy patriotami. Nie waż się wracać! – dodał na antenie swojej internetowej audycji, polegającej na wygłaszaniu długich monologów i rozmowie z samym sobą.

(...)

W rosyjskich mediach odnalazł się szop pracz, wykradziony z chersońskiego ZOO przed pośpieszną ewakuacją Rosjan. Zwierzę stało się nowym bohaterem rosyjskiej propagandy i poświęcono mu nawet cały materiał w telewizyjnym dzienniku na kanale Rossija 1.

Oto szop trafił na front, gdzie „służy” w oddziale wojsk desantowo-szturmowych i nawet zdążył założyć swój kanał na Telegramie. Chersońskie zwierzę – a raczej jego opiekunowie – nazywają w nim żołnierzy noszących charakterystyczne podkoszulki w biało-niebieskie pasy mianem „pasiastych braci”. Szop na co dzień ma zajmować się „podnoszeniem bojowego ducha” żołnierzy. Ci zapowiadają, że go na pewno nie oddadzą i nie wymienią. Dla zwierzęcia w internetowym głosowaniu wybrano też imię – Chersoń.

– Chersoń nasz – mówią desantowcy, patrząc z góry na ukraińskich polityków, którzy chcą go wymienić na pomnik Katarzyny II z Odessy – poinformowano.

– Swoich nie zostawiamy. I dlatego szop zostanie u nas i będzie bronić Federacji Rosyjskiej – podkreślił jeden z nich.

(...)

Rosyjskie media uparcie powracają do szukania winnych temu, co stało się na Ukrainie. Według nich bezpośrednią przyczyną całego „zła”, czyli demonstracjom na Majdanie na przełomie lat 2013 i 2014, to efekt działania „amerykańskich sekt chrześcijańskich”.

Rosji wprawdzie daleko do wygrania wojny, jednak w programie Olgi Skabajewej na antenie Rossija 1 rozpoczęto dyskusję na temat tego, co Rosja powinna zrobić z ukraińskimi politykami, którzy w momencie klęski uciekną z kraju. Zaproszony do studia deputowany Andriej Ługowoj, dawniej czynny oficer FSB, a obecnie deputowany do Dumy jest znany z udziału w zabiciu Aleksandra Litwinienki, który zmarł zatruty promieniotwórczym polonem w 2006 r.

Rosyjski polityk kremlowskiej partii LDPR stwierdził, że Wołodymyr Zełenski oraz jego współpracownicy powinni być ścigani po całym świecie i truci. Polecił przeczytać im wspomnienia generała NKWD Pawła Sudopłatowa, który organizował – a czasem też wykonywał – zamachy na „wrogów ZSRR”, m.in. na Lwa Trockiego w Meksyku i szefa Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów OUN Jewhena Konowalca. Jego zdaniem tam mogą znaleźć informacje co do swojego losu.

– Sprawiedliwości powinno stać się zadość. Na szafot po pierwsze powinni pójść Zełenski i jego współpracownicy. Trzeba ich ścigać po całym świecie. Oni oczywiście dostali gwarancje od brytyjskich i amerykańskich służb specjalnych. Jestem przekonany, że każdy z nich ma ukryty dom w Kalifornii, gdzie mają nadzieję spędzić resztę swojego życia. I nie sądzimy, że to życie będzie udane – powiedział.

belsat.eu/vot-tak.tv

Jacy byli Rosjanie? Są tacy jak w historiach z drugiej wojny światowej?

Rosjanie wyżywają się na cywilach ukraińskich i robią rzeczy, których nie da się opisać, a w dodatku to w niczym im nie służy.  Po prostu to robią. Za to, kiedy zobaczą, że mają do czynienia z żołnierzami od razu uciekają. To tchórze. Nigdy nie widziałem, żeby walczyli jak mężczyźni. Nigdy nie moglibyśmy zabrać tyle ich broni, pojazdów, zająć ich pozycji obronnych. Zwiewają od razu, a my zabieramy wszystkie ich klamoty i wprowadzamy je z powrotem do walki tylko już przeciwko nim. To dzieje się przez cały czas.

Czy tak było cały czas czy na początku wojny?

Na początku chyba byli bardzo pewni siebie i walczyli dobrze, ale myślę, że stracili rezon bardzo szybko. Ich morale podupadło, kiedy zdali sobie sprawę z tego, że biją ich także niedoświadczeni ukraińscy żołnierze-amatorzy. I po prostu przegrywają.

Oczywiście teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Ci ukraińscy żołnierze są już zahartowani w boju, doświadczeni. I 10 razy bardziej wyrafinowani niż kiedy to się wszystko zaczęło. Każdego dnia Ukraińcy są coraz lepsi, podczas gdy Rosjanie są tacy sami, a nawet gorsi. Szczerze mówiąc najlepsi ich ludzie zginęli na liniach frontu na początku. A teraz wysyłają własnych amatorów.

Straty dzienne Rosjan, przynajmniej jeśli patrzeć na oficjalne doniesienia ukraińskie, ciągle rosną...

Myślę, że to jest stosunek około czterech do jednego. Myślę też, że Rosja zużyła duża część swojej amunicji na początku, bo myśleli, że po prostu anihilują przeciwnika. Kiedy dotarłem na Ukrainę ostrzeliwali nas siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę. To był ogień non-stop.

W których miesiącach to było?

To był marzec, kwiecień, nawet maj. Do czasu kiedy dostaliśmy z USA haubice i HIMARSy. Teraz kiedy wróciłem ostatnio, byłem na obszarze, na którym ostrzeliwali nas wcześniej bez przerwy. Po miesiącu mojej nieobecności – wyjechałem w czerwcu i wróciłem w sierpniu – czułem się jakbym wrócił w zupełnie inne miejsce. Ludzie wrócili do domów, było o wiele więcej cywilów na ulicach. I bombardowania były bardzo rzadkie. Zwykle zdarzały się o 4,5 rano, jakby Ruscy chcieli powiedzieć: patrzcie, nadal tu jesteśmy. I zaraz po ich ostrzale słyszysz ukraińskie HIMARSY i haubice w ogniu kontrbateryjnym... Tego nie było.

Kolejną zmianą jest, że nie staliśmy już na przystanku autobusowym, gdzie nie było wody toalet, niczego. Teraz mamy dobre warunki, możemy dobrze zjeść, mamy centra i solidny łańcuch dowodzenia. Mamy systemy antydronowe i możemy umieścić rakietę w talerzu przeciwnikowi z odległości trzech mil.

A co z rosyjskimi siłami powietrznymi?

Jedna z rzeczy, których się bałem najbardziej to rosyjski odrzutowiec latający nad nami. Oni mogli po prostu zbombardować nas dywanowo, ale Ukraińcy zaczęli rozumieć zgodnie jakimi schematami Rosjanie latają i używać pocisków ziemia powietrze. Wtedy nawet te uderzenia powietrzne stały się mniej efektywne i rzadsze. Albo Rosjanie nie chcą tracić tych drogich maszyn, albo Ukraińcy zniszczyli ich tak wiele, że nie mają już czym latać. To też była wielka rzecz, pozbycie się samolotów z powietrza.

Miał Pan kontakt z Amerykanami, albo innymi ochotnikami z formacji zagranicznych?

Walczyłem wspólnie z Ukraińcami, ale spotkałem wojowników z całego świata. Widziałem Kolumbijczyków, Łotyszy, Brytyjczyków, Gruzinów, właściwie każdego kogo można sobie wyobrazić. Ludzie zewsząd. Najbardziej zdziwiłem się widząc Kolumbijczyka, ale każdy chce się przyczynić do zwycięstwa. Tam są młodzi ludzie z demokratycznych krajów, cudowni. To świetna rzecz to widzieć.

Jest listopad. Jak Pana zdaniem będą wyglądały kolejne miesiące? Kiedy to się skończy?

Wszyscy wiedzą, że zima jest trudnym czasem na walkę, szczególnie w takich miejscach jak Ukraina. Nie jest przypadkiem, że oni wysadzili teraz most Kerczeński. Na zimę Ukraińscy próbują odciąć ich linie zaopatrzenia. W najgorszym czasie dla Rosjan. Oni będą się skupiali na przeżyciu na mrozie, a Ukraińcy – nadal na biciu Rosjan. Ukraińcy są po prostu o wiele lepiej zaopatrzeni. Np. moje fundacja - Ripley's Heros - skupia się na kupnie wyposażenia zimowego i w przyszłym tygodniu dostarczamy sprzęt na mrozy, w którym można efektywnie walczyć. Innym czynnikiem jest termowizja. Musisz mieć jej wystarczająco dużo zimą, kiedy jest ciemno. Jeśli zimą posiadasz takie rozwiązania to wygrasz wojnę.

defence24.pl

Jak powiedział Paweł Łatuszka w komentarzu dla Biełsatu, Uładzimir Makiej wiedział dużo o systemie władzy na Białorusi. Zanim objął stanowisko ministra spraw zagranicznych Białorusi na dziesięć lat, był on przez cztery lata szefem administracji Alaksandra Łukaszenki, a wcześniej przez osiem lat – głównym asystentem Łukaszenki.

– Kim jest główny asystent Łukaszenki? To osoba, która przez 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu ma bezpośredni kontakt z Łukaszenką. To osoba, która wie, z kim Łukaszenka się spotyka, jakie kobiety do niego przychodzą, z kim pije wódkę i tak dalej. To osoba, która „biega” załatwiając osobiste sprawy Łukaszenki – wyjaśnia Łatuszka.

(...)

Co do przyczyny śmierci Makieja, Łatuszka odmówił snucia przypuszczeń. Jego źródła w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Białorusi przekazały mu jednak, że Makiej „próbował w alkoholu znaleźć wyjście z trudnego stanu psychicznego”.

Zdaniem Łatuszki po 2020 roku Makiej przestał być osobą wpływową, a Łukaszenka przestał go słuchać. Członek Gabinetu Przejściowego twierdzi również, że gdy w ramach ogólnej redukcji stanowisk aparatu państwowego postanowiono zmniejszyć centralę białoruskiego MSZ o 5 proc. Makiej napisał do Łukaszenki pismo, w którym wyraził swój sprzeciw wobec takiego rozwiązania. Łukaszenka odpowiedział nowym rozporządzeniem: cięcia objęły 25 proc. stanowisk, a nie 5 proc., jak poprzednio ogłaszano.

Jak twierdzi Łatuszka, Makiej ciężko przyjął utratę wpływów. Za upokarzający uważał między innymi fakt, że Łukaszenka nie zabierał go na zagraniczne wizyty swoim samolotem i zmuszał do latania zwykłymi liniami lotniczymi. W ostatnią wizytę Makiej udał się do Erywania wojskowym samolotem transportowym, nieprzystosowanym do przewozu pasażerów.

Zdaniem Łatuszki Makiej „grał we własną grę”, ale w tej grze popierał Alaksandra Łukaszenkę, mimo że uważał, iż będzie miał szansę objąć nowe stanowisko. Jak mówi polityk, Makiej potrafił kiedyś zbudować swój wizerunek „pro-białoruskiego człowieka”, więc wielu zgodziłoby się, by to on stanął na czele państwa.

Łatuszka przypomina jednak, że „przez całe życie” Makiej był odpowiedzialny za represje wobec Białorusinów. W 2010 roku był on szefem administracji Łukaszenki – w tym czasie tłumiono masowe pokojowe protesty i, jak twierdzi Łatuszka, Makiej „kierował tymi działaniami”. Były minister spraw zagranicznych został umieszczony na liście „osób niepożądanych” Unii Europejskiej, a dyplomatom udało się go z niej usunąć dopiero po tym, jak został ministrem.

W 2020 roku Makiej był członkiem Rady Bezpieczeństwa Narodowego w rządzie Łukaszenki – zajmował się kampanią propagandową przed pełnowymiarową wojną na Ukrainie i inwazją Rosji od strony Białorusi. Makiej popierał także”czystki” w organizacjach pozarządowych i osobiście podejmował decyzje o uwarunkowanych politycznie zwolnieniach w białoruskim MSZ. Według Łatuszki Makiej „w ramach zorganizowanej grupy przestępczej” zaaranżował sztuczny kryzys migracyjny na granicach Białorusi i krajów UE, co było przyczyną licznych ofiar śmiertelnych wśród migrantów.

– Pamiętam, jak kiedyś minister spraw zagranicznych [Siarhiej] Martynau powiedział mi, żebym nigdy nie wierzył Makiejowi, bo „on będzie kłamał” – mówi Łatuszka. – Powiem tak: to potwierdziło się niejednokrotnie.

Według źródeł Łatuszki od kilku miesięcy krążyły pogłoski, że po Makieju stanowisko może objąć jego zastępca i bliski przyjaciel Siarhiej Alejnik. Jest to człowiek „absolutnie prołukaszenkowski” i „absolutnie nie proeuropejski, który nie ma własnego stanowiska” – mówi Łatuszka. Jeśli zostanie powołany, będzie „szarym ministrem, wykonującym polecenia Łukaszenki”.

Na pewno wypłynie także kandydatura obecnego wiceministra spraw zagranicznych Juryja Ambraziewicza, który zdaniem Łatuszki jest „przedstawicielem russkiego miru”, owiany skandalami, w tym stwierdzeniem, że „zasady praw człowieka nie istnieją i należy je porzucić”. Jeśli Ambraziewicz zostanie nowym ministrem, „zrobi wszystko, aby polityka ukierunkowana na Rosję stała się priorytetem polityki zagranicznej Białorusi.

belsat.eu

Adam Leszczyński, OKO.press: Po nalotach 23 listopada prawie w całej Ukrainie nie było prądu. Czy może utrzymać milionową armię i dowieźć jej zaopatrzenie kraj, w którym nie ma prądu?

Piotr Żochowski, analityk OSW: Armia w ograniczonym stopniu jest uzależniona od dostaw energii elektrycznej, zwłaszcza jeśli mówimy o walkach na froncie. Oczywiście odcięcie prądu spowoduje podobne konsekwencje do tych odczuwanych przez ludność cywilną. Życie w koszarach czy funkcjonowanie zakładów produkujących dla wojska będzie utrudnione. Warto przypomnieć, że siły zbrojne powszechnie używają generatorów prądotwórczych.

Ukraina bez prądu, wody i ciepła. Rosja rakietami potwierdziła, że jest państwem terrorystycznym
A transport wojskowy?

Też sobie poradzi, jeśli mówimy o transporcie samochodowym. Dużym problemem jest zagwarantowanie transportów kolejowych. Zniszczenie sieci energetycznych wymusi użycie, a przede wszystkim konieczność pozyskania lokomotyw spalinowych. Ukraina ma problem wystąpienia klęski humanitarnej, ale nie wojskowej.

Co to znaczy „klęska humanitarna”? Jak nie ma prądu, to nie ma też wody i ogrzewania?

W wielkich miastach nie będzie wody, prądu i ogrzewania. Nie będzie w ogóle działał handel. Wiemy, ile duże miasto potrzebuje energii. Dlatego nie jest wykluczony scenariusz, kiedy władze Ukrainy wskażą, że konieczne jest opuszczenie dużych miast, również z tego względu, że trudno będzie przetrwać zimę w dużych blokowiskach.

Co ci ludzie mają ze sobą zrobić?

Władze Ukrainy sugerują, żeby ludność się rozproszyła poza wielkie miasta. Na przykład, jeżeli ktoś ma możliwość wyjazdu na wieś — gdzie można palić węglem lub innym opałem i gdzie są autonomiczne źródła dostępu do wody, takie jak studnie — to powinien wyjechać.

W miastach, jeżeli będą kontynuowane w takiej skali ataki rakietowe, będzie naprawdę ciężko.
Już od tygodni trwają wyłączenia prądu. Na razie są one okresowe — dla odciążenia sieci, ale także awaryjne, ponieważ sieć energetyczna jest cały czas niszczona.

Jak ponad 30 mln ludzi — bo tylu na Ukrainie zostało — ma przeżyć zimę bez prądu?

Trzeba pamiętać, że cały czas ataki rosyjskie nie osiągnęły ostatecznego celu, czyli zniszczenia całej sieci. Są coraz większe trudności, ale służby ukraińskie są w stanie przywracać drożność sieci energetycznej.

Władze Ukrainy, włącznie z prezydentem — przygotowują psychicznie mieszkańców do akceptacji scenariusza związanego z opuszczeniem dużych miast. A także, żeby jednak ci, którzy mogą, także wyjechali za granicę. Wiadomo, że to nie dotyczy mężczyzn. Na Ukrainie obowiązuje stan wojenny i trwa mobilizacja, nadal obowiązuje zakaz opuszczania kraju przez mężczyzn.

Warto podkreślić, że jak na razie nie odnotowuje się przejawów paniki wojennej.

To bardzo ciekawa sytuacja, np. osoby, które opuściły Chersoń, chcą tam natychmiast wracać, mimo apeli, że nie należy tego robić, miasto jest zdewastowane, nie ma prądu, bo Rosjanie, wycofując się, zniszczyli większość infrastruktury krytycznej.

Dlaczego więc wracają?

Są tak przywiązani do swojego miasta i do swojej ziemi, że chcą wracać mimo wszystko. Więc jeśli mnie pan pyta o morale społeczeństwa — to nie widać kryzysu czy załamania psychicznego wśród Ukraińców.

Na razie przynajmniej.

Wiadomo, nic nie jest dane na zawsze, a wojna wchodzi teraz w bardzo bolesny dla Ukrainy okres. Taktyka rosyjska się zmieniła — Rosjanie ograniczyli działania lądowe, na razie nie dążą do zajęcia większej części państwa. Próbują jednak przymusić Ukrainę do kapitulacji przez stworzenie warunków klęski humanitarnej. Rosjanie liczą, że kiedy warunki życia się gwałtownie pogorszą, wola walki osłabnie.

Czyli Ukraina czeka, aż Rosjanom skończy się amunicja? Czytam od początku wojny, że zaraz skończą się im rakiety, a oni cały czas je mają.

Ostrzał będzie trwał, dopóki Rosjanie mają rakiety, a nikt naprawdę nie wie, ile ich mają. Inaczej nie zrezygnują z tej taktyki.

To skąd te informacje, że już im się kończą?

To są w dużej mierze spekulacje oparte na szacunkach ilości zużytej broni. Nieznany jest jednak stan rosyjskich rezerw czy wydolności produkcyjnej kompleksu zbrojeniowego. Minister obrony Ukrainy oświadczył, że Rosja zużyła 87 proc. rakiet niektórych typów, ale przyznał, że posiada ona nadal wystarczające ilości rakiet S-300. Rosjanie nie chwalą się, ile mają rakiet.

Można się domyślać, że się kończą — kiedy np. Rosjanie korzystali z dronów, to mogło oznaczać, że jakaś partia rakiet się wyczerpała.

Naprawdę jednak nie wiemy, jaka jest wydolność przemysłu obronnego Rosji i czy oni są w stanie długo jeszcze produkować nową broń.

Nie wiemy, jak długo ich przemysł potrafi funkcjonować w warunkach sankcji. Od czasu do czasu słyszymy kłopotach z procesorami albo informacje, że się skupuje do Rosji przez inne kraje sprzęt AGD, żeby pozyskać procesory. To świadczy, że mają kłopoty, ale też oznacza też, że zakłady zbrojeniowe nadal realizują zamówienia dla armii.

Czyli pan nie ufa komunikatom, że Rosjanom się skończą zaraz rakiety?

Można to tylko zgadywać, np. analizując, jaki rodzaj rakiet jest wykorzystywany. Ostatnio pojawiły się komunikaty, że używają głównie pociski manewrujące, wyprodukowane w tym roku. Z tego niektórzy analitycy wysnuwają wniosek, że zużywają ostatnie rezerwy.

Ja byłbym ostrożny. Przypomnijmy, że Rosja nadal uwzględnia możliwość konfliktu z NATO, a to wymaga zagwarantowania zaopatrzenia dla sił, które nie biorą udziału w agresji na Ukrainie. Otwarte pozostaje pytanie, czy sięgną do tych rezerw?

Jak dziś wygląda pozytywny scenariusz dla Ukrainy?

Ukraina wytrzymuje do wiosny, armia się nie rozpada, ludzie nie umierają na masową skalę. Na razie nie ma negatywnego fermentu społecznego w Ukrainie.

To społeczeństwo jest przyzwyczajone do wojny. Ukraińcy bardzo sprawnie sobie radzą z różnymi trudnościami.

Łatają sieć energetyczną, ludzie wykazują się dużą zapobiegliwością i potrafią przetrwać wojenne niedogodności. Nie ma przejawów paniki czy buntu.

Władze ukraińskie — przy pomocy Zachodu — organizują na przykład masową operację ściągania generatorów prądu. Na Ukrainie robi się zamknięte „strefy przeżycia”, czy raczej przetrwania, gdzie można się dogrzać, doładować komórkę. Władze więc nie stoją bezczynnie i uczciwie informują społeczeństwo, że będzie źle.

To nie brzmi jak bardzo pozytywny scenariusz! Raczej „mamy nadzieję, że Ukraina przetrwa”.

Oczywiście scenariusz pozytywny zakładałby zaprzestanie ostrzału przez Rosjan i ograniczenie zniszczeń sieci energetycznej. Trudno przewidzieć, czy to się skończy i czy nastąpi ograniczenie ostrzału, ponieważ Rosjanie będą w końcu musieli szanować swój zasób amunicji. Z drugiej strony jest jednak rosyjska desperacja — Rosjanie wierzą, że złamią morale społeczeństwa ukraińskiego, że władze w Kijowie się ugną, że pójdą na ugodę, oczywiście na warunkach rosyjskich.

Na Kremlu zakładają, że w Ukrainie sytuacja się pogorszy tak bardzo, iż pojawi się krytyka władzy i wezwania do przerwania wojny. Uważam jednak, że na razie nie jest to możliwe.

Czy widać wzmożony ruch ludzi wyjeżdżających z kraju?

Sprawdzam komunikaty naszej Straży Granicznej i w nich tego nie widać. Ci, którzy mieli wyjechać, już wyjechali. Możliwa jest oczywiście fala migracji przy totalnym załamaniu się państwa i gospodarki ukraińskiej. To rzeczywiście może się wydarzyć, ale na razie tego nie widać. Ludzie, dopóki jeszcze mogą tam żyć, to nie chcą wyjeżdżać. Będzie to jednak dotyczyć ludności większych miast — zwłaszcza największych. Mer Kijowa Kliczko już parę tygodni sugerował, że może dojść do ewakuacji Kijowa, jeżeli będzie zupełny blackout.

W Kijowie mieszka ponad 2,5 mln ludzi!

Tak się szacuje, ponad 2,5 mln mieszkańców i ponad 300 tys. tych, którzy przyjechali z terenów okupowanych. Władze ukraińskie mówią o tym wprost. Uważam, że to rozsądna polityka informacyjna. Nie widzę też, żeby ona zwiększała panikę.

Rosja mało co może ugrać — co pokazała nieudana okupacja Chersonia. Mimo wielomiesięcznej pracy Rosjanie nie zdobyli tam poparcia wśród ludności. Ukraińcy raczej nie są skłonni do kolaboracji.

oko.press

Uładzimir Makiej został w sobotę znaleziony w swoim domu w Mińsku. O nagłej śmierci 64-letniego białoruskiego ministra powiadomił państwową agencję BiełTA rzecznik MSZ Anatol Hłaz. W jednej z wypowiedzi Hłaz wskazał, że "jeszcze wczoraj Uładzimir Makiej omawiał robocze plany na tydzień", a jego śmierci nic nie zapowiadało. Media przypominają, że w piątek Makiej spotkał się z nuncjuszem apostolskim w Mińsku, a w tygodniu był w Armenii, gdzie uczestniczył w sesji poradzieckiej Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym.

Oficjalnych informacji na temat przyczyn śmierci Makieja, który od dziesięciu lat pełnił funkcję szefa białoruskiego MSZ, jak dotąd nie podano. Według portalu Nasza Niwa prawdopodobną przyczyną był zawał. Mnożą się jednak podejrzenia. 

- Wszyscy się zastanawiamy, co się stało - mówiła w Niedzielnym Magazynie Radia TOK FM Anna Maria Dyner, ekspertka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. - Możemy założyć, że ktoś, kto żyje w nieustannym napięciu, kto ma bardzo dużo spotkań, wiele stresów związanych z wykonywaniem swoich obowiązków, może mieć zawał, udar. Tego nie wykluczam. Natomiast jest to co najmniej dziwne - wskazała w rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem. I dodała, że Makiej miał przyjechać w przyszłym tygodniu na szczyt OBWE do Łodzi. Jak wskazała, spodziewano się jednak, że będzie tam prezentował prorosyjskie stanowisko. Na szczyt Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, który rozpoczyna się w środę, nie został bowiem zaproszony przedstawiciel Kremla Sergiej Ławrow.

I dodała, że Makiej to "bardzo specyficzna postać z najbliższego kręgu Aleksandra Łukaszenki". - Oni byli dość blisko przez lata. I Makiej był uznawany, nazwijmy to bardzo umownie, za człowieka, który odpowiadał za dialog z państwami zachodnimi. To on był autorem "ocieplenia stosunków" po roku 2015-2016 - wskazała Dyner. - Był osobą bardzo często mówiącą dobrze o państwach zachodnich. To on nawiązywał kontakty ze Stanami Zjednoczonymi. To w ogóle ciekawa sprawa, bo dwa lata temu zmarł jego zastępca, jeszcze młodszy od niego, który był już nominowany na nowego ambasadora Białorusi w Stanach Zjednoczonych. I też był takim prozachodnim urzędnikiem państwowym - relacjonowała.

tokfm.pl

niedziela, 27 listopada 2022


Odpowiadając na jedno z pytań matki, która straciła syna na wojnie, Putin przedstawił swoje osobliwe przemyślenia. - W naszym kraju około 30 tys. osób ginie w wypadkach drogowych, tyle samo od alkoholu. Tak czasem jest, niestety, życie się tak układa. Życie jest skomplikowane i różnorodne. Jest bardziej skomplikowane, niż to opisują. Ostatecznie wszyscy jesteśmy w rękach Boga, Allaha czy Chrystusa, jeśli mówimy o tych, którzy wierzą w siły wyższe. Nieważne, jaką religię wyznajemy. Istotne jest to, że wszyscy jesteśmy śmiertelnikami, wszyscy jesteśmy w rękach Boga. I pewnego dnia wszyscy umrzemy, to jest nieuniknione - stwierdził.

- Pozostaje pytanie, jak żyjemy? Z niektórymi nie wiadomo, czy żyją, czy nie. Nie wiadomo, od czego umierają - od wódki czy czegoś innego. Kiedy ich już nie ma, trudno powiedzieć, czy żyli, czy nie - ich życie minęło bez ostrzeżenia. Ale pani syn żył - rozumie mnie pani? Osiągnął cel. Nie stracił życia po nic. Rozumie pani? Jego życie było ważne. Żył, osiągnął to, czego chciał - mówił Putin.

Nie wszystkie matki i rodziny żołnierzy są traktowane przez władze Rosji z taką estymą i wysłuchiwane z uwagą. Rosyjski reżim zablokował strony internetowe "Rady Matek i Żon". Organizacja protestowała przeciwko wojnie w Ukrainie i żądała wstrzymania mobilizacji.

Zablokowania profilu "Rady Matek i Żon" na popularnym w Rosji portalu społecznościowym zażądała Prokuratura Generalna. Wcześniej działaczki tej organizacji zgromadziły się w Petersburgu przed siedzibą sztabu Zachodniego Okręgu Wojskowego, gdzie odczytały petycję skierowaną do władz Rosji. Kobiety zażądały rozpoczęcia rokowań z Kijowem, rezygnacji z wykorzystania broni jądrowej oraz wycofania rekrutów wcielonych do armii z rejonów graniczących z Ukrainą. 

gazeta.pl

Spotkanie w Erywaniu można nazwać "chwilą prawdy" dla organizacji zrzeszającej Armenię, Białoruś, Kazachstan, Kirgistan, Rosję i Tadżykistan. Oczekiwania wobec szczytu były niemal apokaliptyczne, aż do zapowiedzi rozwiązania Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ) włącznie — struktury, która nie spełniła oczekiwań co najmniej połowy jej członków: Armenii, Kazachstanu i Kirgistanu.

Tak się jednak nie stało. Walizka bez rączki, jak czasem nazywano OUBZ — niewygodna w noszeniu, ale jednocześnie nienadająca się jeszcze do wyrzucenia — przetrwała. Choć sam na marginesie spotkania premier Armenii Nikol Paszynian jego wynik skwitował jednym słowem: fiasko!

Dlaczego? Wszyscy przywódcy, w tym Putin, zostali zaproszeni do Erywania osobiście, a nie online, co jest, szczerze mówiąc, prawdziwym sukcesem. Nie każdy szczyt prezydent Rosji jest gotów zaszczycić swoją obecnością.

Być może dlatego premier Armenii przemawiał tak teatralnie. Trudno byłoby w obecności samego prezydenta Rosji Putina powiedzieć przed całym narodem, że OUBZ nie jest mu już dłużej potrzebna. O ile jednak wcześniej Armenia choć w jakimś stopniu mogła liczyć na pomoc lub choćby sympatię tej organizacji w przeciwstawianiu się agresji Azerbejdżanu, teraz nie można mieć co do tego złudzeń.

Dlatego pomysł Paszyniana, który kończył rok przewodniczenia w OUBZ, aby zorganizować szczyt w Erywaniu, by tak głośno zatrzasnąć drzwi, był z pewnością udany.

Od samego początku szczytu dla wszystkich jego uczestników, przede wszystkim jednak dla samego Paszyniana, było oczywiste, że nie uda się skłonić OUBZ do zajęcia "pryncypialnego stanowiska w sprawie agresji Azerbejdżanu na Armenię". Jak cynicznie, ale obraźliwie trafnie zauważył w przeddzień spotkania w Erywaniu prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew — "Azerbejdżan ma więcej przyjaciół w OUBZ niż Armenia".

W odpowiedzi na to Erywań stwierdził, że Armenia w ogóle nie ma w nim przyjaciół. A potem przypomniał sobie, jak Aleksander Łukaszenko, dotychczasowy ormiański sojusznik OUBZ, tłumaczył, że "Ilham Alijew to nasz człowiek".

Ponieważ nikt w gronie sojuszników nie zamierzał z tym polemizować, lekkomyślnością było oczekiwanie, że dwa główne dokumenty końcowe szczytu w Erywaniu, "Deklaracja" i "Wspólne środki pomocy dla Republiki Armenii", będą odzwierciedlać życzenia gościnnych ormiańskich gospodarzy.

Dlatego Nikol Paszynian publicznie odmówił ich podpisania i skierowano je do rewizji. Kiedy i jak zostaną "sfinalizowane"— nie wiadomo. Wydaje się jednak, że dla opinii publicznej nie będzie to już miało większego znaczenia — fiasko to fiasko, trup to trup.

Oczywiście pojawiło się pytanie: co Ormianie mieli zrobić z tą "walizką" — czy ją trzymać, czy wyrzucić. Ludzie zgromadzeni na ulicach głośno domagali się tego drugiego — opuszczenia OUBZ, tym bardziej że sam premier twierdzi, że nie ma z tego sojuszu większego pożytku.

Tu jednak w grę wchodzi zmysł polityczny przywódcy, który z jednej strony wykazał się jednością z ludem, z drugiej jednak umiejętnie zdystansował się od jego chwilowych frustracji i rozczarowań. Erywań postawił sprawę jasno: przesłanki do opuszczenia OUBZ istnieją, ale na razie kraj się z tym wstrzymuje.

Jakby przypadkowo premier Armenii zwrócił się jednak do aliantów z osobliwym przekazem — nie obwiniajcie mnie, jeśli zwrócimy się o pomoc do innych ważnych światowych ośrodków władzy, powiedzmy na Zachodzie.

Moskwa nie załamała na to rąk i nie wykrzyknęła: "Och, jak możesz!". Zamiast tego Dmitrij Pieskow skomentował pokornie: "to dobrze, nie może być mowy o wystąpieniu Armenii z OUBZ".

onet.pl/The Moscow Times

sobota, 26 listopada 2022


Ostatnie dni to narastający strumień nagrań z ukraińskich dronów, które bombardują wyraźnie apatycznych rosyjskich żołnierzy i najmeników. Tkwiący całymi grupami w jakichś dołach czy okopach, prawie niereagujący na spadające im pod nogi granaty. Nieliczni podejmują próbę ucieczki. Hipotermia, szok i rany po wcześniejszym ostrzale? Trudno powiedzieć, ale wysyp makabrycznych nagrań pokazuje, w jaki sposób bezsensownie giną tysiące Rosjan.

gazeta.pl

Merkel w rozmowie z gazetą stwierdziła, że porozumienie mińskie, które miało zapobiec dalszej eskalacji wojny między Rosją a Ukrainą w 2014 r., miało się "wyczerpać" do 2021 r. Jak zaznaczyła, latem 2021 r. bezskutecznie próbowała wraz z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem zorganizować spotkanie krajów UE z Putinem. W kwestii polityki zagranicznej "nie posunęłaby się wówczas ani o milimetr" – nie tylko jeśli chodzi o Ukrainę, ale też o regiony Naddniestrza, Mołdawii, Gruzji i Abchazji, Syrii oraz Libii.

Merkel uważa, że "podczas negocjacji w Mińsku kupiła czas, który Ukraina mogła wykorzystać do lepszego odparcia rosyjskiego ataku. Teraz jest ona silniejszym, bardziej odpornym krajem". Jest pewna, że gdyby nie to, już wtedy zostałaby opanowana przez wojska Putina – pisze "Spiegel".

Jak podkreśliła Merkel, w swojej ocenie Putina była zgodna z ówczesnym prezydentem USA Barackiem Obamą. "Po aneksji Krymu przez Rosję (w 2014 r.) próbowaliśmy wszystkiego, aby zapobiec dalszym rosyjskim atakom na Ukrainę i szczegółowo skoordynowaliśmy nasze sankcje" – podkreśliła Merkel.

Zdaniem Merkel, rosyjski atak na Ukrainę w lutym 2022 roku zakończył "fazę euforii" w historii. "Dzisiaj mamy do czynienia ze światem, który znów jest pełen komplikacji. Historia się nie powtarza, ale obawiam się, że pewne wzorce powracają. Znika również duch pojednania" – dodała.

Merkel pochwaliła opór Ukraińców, ale przekonywała jednocześnie, że "Niemcy nie powinny być pierwszym krajem, który wysyła najnowocześniejsze czołgi", ponieważ w Rosji "nadal można z Niemcami stworzyć dobrą atmosferę". Jak zaznaczyła, "druzgocące jest to, że niewiele rozwiązań dyplomatycznych się sprawdza, a mimo to nie widać dla nich żadnej realnej alternatywy".

Wyraziła także uznanie dla prezydenta Kazachstanu Kasyma-Żomarta Tokajewa, który jawnie odmówił poparcia wojnie Putina. "Wydaje mi się, że ten człowiek ma niesamowitą siłę, by przeciwstawić się Rosji" – stwierdziła.

PAP

Rosyjskie media, milbloggerzy i urzędnicy kontynuują próby kształtowania narracji wokół prawdopodobnej drugiej częściowej mobilizacji, jednocześnie zaprzeczając możliwości powszechnej mobilizacji. Rosyjskie media opozycyjne twierdziły, że niezidentyfikowany rosyjski deputowany wysokiej rangi stwierdził, że zmobilizowane siły „wyczerpią się” do końca zimy i pozostawią dziury do załatania przez przyszłą mobilizację. Rosyjskie Ministerstwo Obrony (MON) poinformowało, że prezydent Rosji Władimir Putin nakazał utworzenie państwowego zasobu informacyjnego zawierającego aktualne informacje o obywatelach Rosji zarejestrowanych w wojsku. Rozwój ten stwarza odpowiednie warunki dla ułatwienia przyszłej fali mobilizacji.

Generalna rosyjska mobilizacja pozostaje niezwykle mało prawdopodobna. Rosyjskie media opozycyjne powołały się na niezidentyfikowane źródło w rosyjskiej administracji prezydenckiej, że Kreml porzucił pomysł powszechnej mobilizacji pod koniec października i zamiast tego przeprowadzi drugą falę mobilizacji. Finansista Grupy Wagnera i szef Republiki Czeczeńskiej Ramzan Kadyrow podobno opowiadał się za stanem wojennym i powszechną mobilizacją, chociaż większość przedstawicieli Kremla była temu przeciwna.

Kreml unika publicznych narracji sugerujących dalszą mobilizację i nieformalnie (ale nie prawnie) zadeklarował zakończenie częściowej mobilizacji w odpowiedzi na niepopularność i nieskuteczną realizację tej polityki, o czym informował wcześniej ISW. Kremlowski sekretarz prasowy Dmitrij Pieskow oświadczył 25 listopada, że ​​zbliżające się orędzie prezydenta Rosji Władimira Putina do Zgromadzenia Federalnego Rosji nie będzie zawierało zapowiedzi mobilizacji. Potajemna mobilizacja i medialne prognozy dotyczące przyszłej mobilizacji są kontynuowane, jak wcześniej donosiło ISW.

Rosyjski rząd stara się zdefiniować odpowiednie kroki eskalacyjne i wymagania dotyczące generowania sił, biorąc pod uwagę status niedawno anektowanych terytoriów. Członek Komitetu Obrony Dumy Rosyjskiej, Wikor Sobolew, stwierdził w wywiadzie opublikowanym 11 listopada, że ​​częściowa mobilizacja spełni wymagania rosyjskie tak długo, jak długo walki będą trwały na terytorium Ukrainy, podczas gdy eskalacja przeciwko terytorium Rosji może wymagać powszechnej mobilizacji. To rozróżnienie jest sprzeczne z oficjalną aneksją przez Rosję okupowanych terytoriów ukraińskich i polityką, że nawet terytorium, które się poddało lub nigdy nie zostało osiągnięte przez siły rosyjskie, jest częścią Rosji.

(...)

Zmobilizowane siły rosyjskie nadal wykazują nieudolność i skrajny nieład. Rosyjskie źródło podało 23 listopada, że ​​zmobilizowani żołnierze na poligonie w centrum Fedoseevki w obwodzie biełgorodzkim przypadkowo zastrzelili siedmioletniego chłopca idącego ze szkoły do ​​domu. Prawdopodobnie oznacza to porażkę Rosji zarówno w zlokalizowaniu poligonu w centrum miejskim, jak i w dzikim strzelaniu poza oczekiwanymi ścieżkami i kierunkami. Rosyjskie źródło poinformowało 24 listopada, że ​​niedawno zmobilizowany sierżant wywiadu przypadkowo zastrzelił innego żołnierza w Tolpino w obwodzie kurskim. Rosyjskie źródło poinformowało 24 listopada, że ​​rosyjski szeregowiec czterokrotnie dźgnął młodszego oficera podczas kłótni na nieokreślony temat.

Skutki mobilizacji nadal powodują krótkoterminowe wyzwania dla rosyjskiego społeczeństwa, a także stwarzają destabilizujące warunki dla rosyjskiego społeczeństwa w perspektywie długoterminowej. Rosyjskie siły zbrojne i prywatne firmy wojskowe (PMC) mobilizują personel medyczny, obiecując wynagrodzenie nawet dziesięciokrotnie wyższe niż przeciętne pensje szpitalne lekarzom, którzy zgodzą się służyć w strefach działań wojennych, a także przeprowadzają wśród żołnierzy szkolenia z podstawowych procedur medycznych. Takie działania sugerują, że rosyjskie siły zbrojne straciły zakontraktowanych lekarzy i/lub poniosły ofiary w stopniu znacznie większym niż oczekiwano lub przewidywano. Ranni rosyjscy żołnierze prawdopodobnie otrzymują gorszą opiekę. Szersze społeczeństwo rosyjskie prawdopodobnie stanie w obliczu niedoboru personelu medycznego w przyszłości, który prawdopodobnie zostanie zaostrzony przez żniwo pandemii COVID-19. Rosyjskie władze mają również trudności z zajęciem się warunkami ekonomicznymi i finansowymi otaczającymi zmobilizowanych. (...) Rosyjskie służby rekrutacyjne stwierdziły, że rekruterzy mają trudności z zatrudnieniem mężczyzn i zauważyły, że co najmniej 300.000 osób poszukujących pracy w wieku produkcyjnym opuściło Rosję od początku mobilizacji.

Rosjanie nadal używają wszelkich środków, aby uniknąć mobilizacji. Sibir Realii doniósł 25 listopada, że ​​mężczyźni na Syberii od początku mobilizacji ustalają ojcostwo w znacznie wyższym stopniu niż zwykle. Rosyjski Sztab Generalny zarządził 4 października, że ​​ojcowie z trojgiem lub więcej dzieci poniżej 16 roku życia nie podlegają mobilizacji. Rosyjskie źródło poinformowało 24 listopada, że ​​zmobilizowani żołnierze na poligonie w Yelan w obwodzie swierdłowskim zawarli porozumienie z lokalnym szpitalem, aby szpital usunął im wyrostki robaczkowe, a następnie zalecił miesięczny okres rekonwalescencji, w którym aktywność fizyczna jest zabroniona. Szpital (...) zidentyfikował do tej pory około 30 przypadków „ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego” u zmobilizowanych żołnierzy.

Rosyjskie morale pozostaje bardzo niskie. Rosyjski portal opozycyjny twierdził, że 250 rosyjskich żołnierzy w Zajcewie odmówiło walki na linii frontu i ukrywa się teraz w piwnicach. Podobno rosyjscy oficerowie weszli do piwnic 21 listopada i wypchnęli 100 żołnierzy na muszce.

understandingwar.org

piątek, 25 listopada 2022


Jacek Gądek: - Rosjanie się cofają w Ukrainie, tracąc ostatnio Chersoń, ale w Azji Centralnej też? I w Europie, i w Azji?

Adam Balcer: - I to zdecydowanie.

Aż tak?

Ten proces zaczął się jeszcze przed wojną. Przez wojnę w Ukrainie problemy ekonomiczne Rosji - a te już są bardzo poważne - będą się szybko pogłębiać, co powoduje, że Rosja coraz bardziej traci zdolność do odgrywania istotnej roli w sąsiednich regionach. Ukraina to sprawa oczywista.

Natomiast warto też spojrzeć na Kazachstan - największą po Rosji gospodarkę wśród państw byłego Związku Radzieckiego. Oczywiście, ten termin "byłego ZSRR" ponad 30 lat po jego rozpadzie brzmi już jak anachronizm. Otóż w zeszłym roku, wedle danych kazachskich, 24 proc. wymiany handlowej z zagranicą to był handel z Rosją, a 18 proc. z Chinami. Po dziewięciu miesiącach jest już po tyle samo - po 18 proc., a tendencja jest ewidentna: Rosja spada, a Chiny rosną jako partner handlowy. W innych krajach regionu jest podobnie. Beneficjentami wojny w Ukrainie w Azji Centralnej będą po pierwsze Chiny.

A po drugie?

Turcja.

Dlaczego?

Pomimo wszystkich poważnych problemów wewnętrznych Turcja jest wyłaniającym się mocarstwem regionalnym, a Rosja czuje jej oddech na plecach, bo Turcja się rozwija, a Rosja zwija. Wystarczy powiedzieć, że PKB Turcji (mierzony parytetem siły nabywczej) to dziś 70 proc. gospodarki Rosji, a już za 10 lat może być niewiele mniejszy.

Turcja jest jedną z największych potęg militarnych w Eurazji. No i jest nierzadko najważniejszym albo ważnym partnerem ekonomicznym prawie wszystkich krajów Europy Wschodniej, Kaukazu Południowego i Azji Centralnej. Turcja oprócz rozwoju relacji dwustronnych, zbudowała trójkąt kaukaski z Gruzją i Azerbejdżanem, i dała nowe życie Organizacji Państw Tureckich. W przyszłości ma potencjał, by oddziaływać na sytuację wewnętrzną w samej Rosji, bo udział „bratnich" narodów muzułmańskich w populacji rosyjskiej w najbliższych dekadach zdecydowanie wzrośnie ze względu na migracje i wyższy przyrost naturalny w tej społeczności. Będą oni stanowić znaczną część mieszkańców kraju. Także turkijskie kraje położone na południe od Rosji mogą być za 10-20 lat znacznie silniejsze niż dzisiaj.  

To tracenie Azji Centralnej, Europy Wschodniej i Kaukazu Południowego przez Rosję może wpłynąć na postawę Putina wobec Ukrainy już teraz? Może wymusić zakończenie wojny?

Nie. Zresztą proces słabnięcia Rosji w tych regionach zaczął się wcześniej. Zaangażowanie Rosji w wojnę w Ukrainie jest tak ogromne i dotyczy ono tak fundamentalnej dla Kremla kwestii statusu mocarstwa, że Moskwa nie może być w paru miejscach naraz - Rosja wybiera więc wojnę w Ukrainie kosztem wpływów w wielu miejscach w Eurazji.

W Polsce często mówimy o "przestrzeni postsowieckiej", ale ten termin jest coraz bardziej anachroniczny, bo Zachód, Chiny i Turcja wypychają Rosję z tej przestrzeni. Są też rosnący w siłę gracze typu: Iran, Japonia, Indie czy Korea Południowa. Te przetasowania są nierzadko powrotem do sytuacji sprzed ponad 200 czy nawet 100 lat, przed czasami, gdy Rosja zdominowała baseny Morza Czarnego i Kaspijskiego oraz Wielki Step i syberyjski Daleki Wschód.

Ta wojna obnażyła ograniczenia Rosji. Kreml zachowywał się jak King Kong, który ryczy i uderza się w piersi, ale dziś dobrze widać granice jego siły, skoro Rosjanie nie potrafią wygrać wojny z Kijowem, a wręcz ją już przegrywają.

gazeta.pl

23 listopada Rosjanie przeprowadzili kolejny zmasowany atak na obiekty infrastruktury krytycznej Ukrainy. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego łączna liczba uderzeń rakietowych wyniosła 78. Obrońcy mieli zestrzelić 51 z 67 wykorzystanych przez wroga pocisków manewrujących oraz 5 z 10 dronów uderzeniowych Lancet. Głównym celem ataku był Kijów i jego okolice, na które wypuszczono 30 rakiet (20 z nich miało zostać strąconych). Trafiono co najmniej 16 obiektów energetycznych (elektrociepłowni, elektrowni wodnych i podstacji) w Kijowie i ośmiu obwodach. Szczególnie dotkliwy okazał się atak na Wyszogród w obwodzie kijowskim, który spowodował śmierć lub zranienie kilkudziesięciu osób.

Uszkodzenia i wywołane przez nie awaryjne wyłączenia prądu doprowadziły do blackoutu w całym kraju oraz częściowo w połączonej z nim systemem energetycznym Mołdawii. Ze względów bezpieczeństwa od sieci odłączono wszystkie bloki pracujących siłowni jądrowych (Chmielnickiej, Rówieńskiej i Południowoukraińskiej; okupowana Zaporoska Elektrownia Jądrowa już wcześniej została przez Rosjan odłączona od ukraińskiego systemu energetycznego). Wieczorem 24 listopada system zabezpieczał niespełna 50% potrzeb energetycznych kraju, a prądu i bieżącej wody (wodociągi miejskie potrzebują do działania energii elektrycznej) brakowało w 15 obwodach. Jeszcze 25 listopada rano bez prądu pozostawało 50% odbiorców w stolicy, jednak w większości miasta przywrócono już dostawy wody.

(...)

W reakcji na kolejne zniszczenia sieci energetycznych władze w Kijowie oznajmiły 22 listopada, że otworzono ponad 4 tys. tzw. punktów niezłomności. Zapewniają one darmowy dostęp do prądu, wody, środków medycznych czy łączności mobilnej i Internetu. Punkty działają we wszystkich urzędach administracji lokalnej, a także w szkołach, budynkach Państwowej Służby ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, na pocztach itp. Według prognoz ukraińskiego wywiadu wojskowego wróg będzie kontynuować masowe ataki rakietowe, a na przygotowanie się do kolejnego potrzebuje około tygodnia (rosyjskie rezerwy broni precyzyjnej mają być na wyczerpaniu, poza rakietami do systemów S-300).

24 listopada sekretarz prasowy Kremla Dmitrij Pieskow stwierdził w ultymatywnym tonie, że Kijów musi spełnić żądania Rosji, aby „przywrócić sytuację do normy”. Powtórzył warunki zawarcia pokoju: uznanie aneksji części terytorium Ukrainy i przeprowadzenie tzw. demilitaryzacji, stanowiącej jedyny sposób „powstrzymania wszelkich możliwych cierpień ludności cywilnej”.

(...)

Komentarz

Przeprowadzony 23 listopada atak na ukraińską infrastrukturę energetyczną był pierwszym, który sprawił, że system zaopatrzenia państwa w prąd w większości przestał funkcjonować. Po raz pierwszy w historii okresowo nie działały wszystkie cztery elektrownie jądrowe. Rosyjskie ostrzały w ostatnich tygodniach nadwyrężyły ukraińską sieć do tego stopnia, że błyskawiczne, lecz jedynie prowizoryczne naprawy nie pozwalają na przywrócenie mu stabilności i pełnej sterowności. Tym samym przy braku możliwości wymiany zniszczonych bądź uszkodzonych obiektów każdy kolejny atak będzie powodował trwający od kilku godzin do kilku dni blackout na znacznych obszarach kraju, a agresor będzie mógł osiągać taki skutek przy użyciu coraz mniejszej liczby rakiet.

Kolejne już oświadczenie Kremla ma charakter brutalnego szantażu. Zgodnie z tym przekazem brak prądu i ciepła w wielu rejonach Ukrainy to efekt działań Kijowa, odmawiającego negocjacji z Moskwą. Potwierdza to, że obecna taktyka sił najeźdźczych ma doprowadzić do klęski humanitarnej, a „oferty pokojowe” są w gruncie rzeczy ultimatum mającym wymusić na władzach napadniętego kraju bezwarunkową kapitulację. Kreml liczy na to, że sparaliżowanie dostaw energii elektrycznej, wody i ogrzewania złamie opór społeczny Ukraińców, co zmusi Zełenskiego do podjęcia rozmów z Kremlem pod pretekstem ograniczenia dewastowania państwa i polepszenia sytuacji bytowej obywateli. Posunięcia Rosjan nie wywołują jednak zmiany stanowiska Kijowa – władze skupiły się na utrzymaniu zdolności do przetrwania okresu zimowego. Rozpatrują przy tym możliwość ewakuacji ludności z większych miast. Na razie nie widać także oznak fermentu społecznego.

Mimo komunikowanej przez Ukraińców stosunkowo wysokiej ogólnej liczby zestrzeleń daje się zaobserwować pogorszenie efektywności obrony powietrznej w rejonie stolicy. W poprzednich atakach przepuszczała ona pojedyncze rakiety, a jej deklarowana skuteczność wynosiła ponad 80% (15 listopada miała strącić blisko 87% wrogich rakiet). W ostatnim ataku spadła ona do niespełna 67%. Kwestią otwartą pozostaje, w jakim stopniu jest to rezultatem wypracowania przez Rosjan nowej taktyki uderzeń (odpalania rakiet z bliższej odległości, co daje obrońcom mniej czasu na reakcję), której efektywność widać w rejonach przyfrontowych (ukraińska obrona powietrzna ma tam zestrzeliwać przeciętnie 40% wrogich rakiet, a 17 listopada jej skuteczność wyniosła niespełna 15%), a w jakim wyczerpywania się ukraińskich zapasów przeciwrakiet oraz niszczenia przez agresora tamtejszych systemów obrony powietrznej. Należy podkreślić, że rejonu Kijowa bronią zachodnie systemy NASAMS i IRIS-T, których skuteczność strona ukraińska ocenia na 100%.

osw.waw.pl

czwartek, 24 listopada 2022


14 listopada Federalne Ministerstwo Gospodarki i Ochrony Klimatu (BMWK) wydało zarządzenie dotyczące nacjonalizacji spółki Securing Energy for Europe GmbH (SEFE), która skupia gazowe aktywa Gazpromu w Niemczech i do czerwca działała pod nazwą Gazprom Germania. W kwietniu Berlin przejął kontrolę nad firmą, przekazując ją pod zarząd powierniczy Federalnej Agencji Sieci (BNetzA).

Stan faktyczny, szczegóły operacji oraz uzasadnienie decyzji obszernie przedstawiono w zarządzeniu BMWK opublikowanym w Dzienniku Urzędowym RFN. Stwierdzono w nim, że firma znajduje się w stanie nadmiernego zadłużenia bez perspektyw na poprawę sytuacji. Ponadto ze względu na powiązania właścicielskie firmy z Gazpromem, bieżące ryzyka polityczne oraz niepewną przyszłość część dotychczasowych partnerów biznesowych w kluczowych obszarach (m.in. bankowość, ubezpieczenia) zaczęła odmawiać dalszej współpracy, co zaczęło negatywnie odbijać się na bieżącym funkcjonowaniu spółki i miało grozić paraliżem jej dalszej działalności. W tej sytuacji zatrudniony przez BNetzA (jako podmiot zarządzający) doradca ds. restrukturyzacji zarekomendował przeprowadzenie zmian właścicielskich oraz dokapitalizowanie firmy (potrzeby oszacowano łącznie na 7,7 mld euro). W przeciwnym wypadku SEFE miałoby grozić bankructwo, które ze względu na kluczowe znaczenie firmy na niemieckim rynku gazu stanowiłoby poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa zaopatrzenia RFN w energię.

Do nacjonalizacji SEFE wykorzystano instrumenty kapitałowe. Po pierwsze, ze względu na głębokie zadłużenie firmy (straty przewyższyły kapitał własny o ponad 2 mld euro) zarządzono redukcję kapitału zakładowego do zera, dzięki czemu z listy właścicieli usunięto dotychczasowych rosyjskich udziałowców. Po drugie, zarządzono wniesienie nowego wkładu własnego w wysokości 226 mln euro przez nowego udziałowca – należącą do skarbu państwa spółkę Securing Energy For Europe Holding GmbH (SEFEH). 12 listopada Komisja Europejska wyraziła zgodę na przeprowadzenie tej operacji.

Z opublikowanego przez BMWK oświadczenia wynika ponadto, że rząd RFN planuje przekształcenie (niesprecyzowanej) części kredytu udzielonego SEFE przez państwowy bank KfW (łącznie 11,8 mld euro) na kapitał własny spółki. Co więcej, linia kredytowa dla firmy ma zostać zwiększona o 2 mld euro. Planowaną konwersję długu musiałaby zatwierdzić KE. 

SEFE (wcześniej Gazprom Germania) to spółka o kluczowym znaczeniu na niemieckim i – szerzej – europejskim rynku gazu, która dotychczas stanowiła strategiczne aktywa Gazpromu w Europie. Obejmują one infrastrukturę magazynową, m.in. 100% akcji firmy Astora, do której należą duże zbiorniki gazowe w RFN i Austrii. Ponadto SEFE jest współwłaścicielem magazynów Katharina i Etzel w Niemczech, Dambořice (Czechy), Banatski Dvor (Serbia) oraz Bergermeer (Holandia). Co więcej, jest także współwłaścicielem gazowych szlaków przesyłowych w RFN (w tym lądowych odnóg Nord Streamu – NEL i OPAL) oraz ma 49,98% akcji w spółce Gascade Gastransport – właścicielu i operatorze ponad 3 tys. km gazociągów w Niemczech. Wreszcie do SEFE należą ważne firmy działające na rynku handlu gazem, takie jak SEFE Marketing & Trading, SEFE Schweiz, Wingas czy WIEH, które w oparciu o korzystne umowy długoterminowe z Gazpromem dostarczały surowiec do odbiorców końcowych w państwach europejskich. 11 maja rosyjski rząd objął sankcjami SEFE i kontrolowane przez nią podmioty, odcinając je tym samym od dostaw gazu ze wschodu (szerzej zob. Rosja: sankcje na wybrane unijne spółki gazowe). Aby móc realizować swoje zobowiązania kontraktowe, muszą one pozyskiwać surowiec na giełdzie po aktualnych, wielokrotnie wyższych cenach, co generuje poważne straty.

Komentarz

Nacjonalizacja grupy SEFE to kolejny, podjęty po agresji Rosji na Ukrainę, krok w stronę zerwania budowanego przez lata wielopłaszczyznowego sojuszu energetycznego między Berlinem a Moskwą. Dla RFN oznacza ona przede wszystkim odzyskanie pełnej kontroli nad strategicznymi aktywami w obszarze infrastruktury gazowej, zwłaszcza magazynów. W samych Niemczech SEFE kontroluje 28% pojemności tamtejszych zbiorników, w tym największy w Rehden, który przed wybuchem wojny został – jak wszystko na to wskazuje z pobudek politycznych – kompletnie opróżniony.

Z perspektywy Moskwy utrata strategicznych aktywów oznacza z kolei długotrwałe osłabienie wpływów Gazpromu. Gazprom Germania (GG) i powiązane spółki odgrywały kluczową rolę w dostawach rosyjskiego gazu i handlu nim na rynkach niemieckim i europejskim. Gazprom, za pośrednictwem GG, kontrolował przeważającą większość wykorzystywanych przez siebie mocy magazynowych na terenie UE. Sieć spółek służyła koncernowi do realizacji dostaw surowca do odbiorców końcowych w państwach europejskich, w szczególności w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Holandii, Francji czy Belgii. Wprawdzie w ostatnich latach wielkość dostaw gazpromowskiego gazu systematycznie się zmniejszała (23 mld m3 w 2019, 21 mld m3 w 2020 r.), niemniej jeszcze w 2018 r. wolumeny dostaw wyniosły 28,4 mld m3. Dodatkowo spółki zależne GG handlowały też surowcem kupowanym na europejskich giełdach. Poprzez GG Gazprom był także udziałowcem w gazowej infrastrukturze przesyłowej na terenie Niemiec. Jak podaje Reuters, GG posiadała w 2020 r. aktywa o łącznej wartości 8,4 mld euro i kapitał własny w wysokości 2,2 mld euro (...).

Nacjonalizacja SEFE jest logiczną konsekwencją działań podejmowanych przez Berlin wobec strategicznych z niemieckiej perspektywy aktywów infrastrukturalnych Gazpromu w RFN po 24 lutego br. Wprowadzenie zarządu powierniczego mogło mieć jedynie charakter tymczasowy, docelowo spółka musiała zostać upaństwowiona, sprzedana lub zwrócona właścicielom. Nacjonalizacja firmy była przygotowywana od wiosny – BMWK już w maju zleciło powołanie spółki SEFEH (obecnie nowego udziałowca SEFE), zaś zamiar wykorzystania instrumentów kapitałowych do przejęcia firmy zasugerowano w czerwcu przy przyznaniu jej wielomiliardowego kredytu przez KfW (szerzej zob. Niemcy: kolejne kroki w przejmowaniu kontroli nad spółką Gazprom Germania). We wrześniu portal Spiegel Online donosił z kolei o skłanianiu się rządu RFN do przejęcia SEFE za pomocą redukcji kapitału zakładowego.
Wiele wskazuje na to, że Berlin wstrzymywał się początkowo z nacjonalizacją SEFE z obawy przed całkowitym odcięciem przez Moskwę dostaw gazu do RFN jako działaniem odwetowym. Zaprzestanie przez Gazprom przesyłu surowca do RFN pod koniec sierpnia mogło być czynnikiem przesądzającym lub przyspieszającym działania (...). Nie bez znaczenia dla momentu podjęcia decyzji były także upływ z dniem 15 grudnia sześciomiesięcznego okresu obowiązywania zarządu powierniczego oraz wola wyjaśnienia i ustabilizowania sytuacji w kluczowej dla funkcjonowania niemieckiego sektora gazowego spółce.

SEFE to kolejna firma w sektorze gazowym RFN, która ma zostać upaństwowiona. Do końca roku ma się zakończyć proces przejęcia Unipera, który jednak – w przeciwieństwie do aktywów Gazpromu – został w pełni uzgodniony z dotychczasowym głównym udziałowcem (...). Nacjonalizacja dwóch największych podmiotów handlujących błękitnym paliwem w RFN oraz posiadających strategiczna aktywa w obszarze infrastruktury gazowej stanowi diametralną zmianę w niemieckim sektorze tego surowca, ponieważ dotychczas był on zdominowany przez podmioty prywatne, w których skarb państwa bezpośrednio nie posiadał udziałów. Po zmianach właścicielskich Berlin zyska nowe możliwości wpływu na firmy. Fakt ten będą chcieli wykorzystać zwłaszcza Zieloni do ukierunkowania działalności spółek na inwestycje w obszary i technologie zgodne z wymogami transformacji energetycznej.

Niejasna pozostaje kwestia odszkodowania dla Gazpromu za utratę skupionych w grupie SEFE aktywów. Zgodnie z ustawą o zapewnieniu zaopatrzenia w energię (Energiesicherungsgesetz), która stanowi podstawę prawną podejmowanych przez Berlin działań, rosyjskiemu koncernowi teoretycznie powinna przysługiwać rekompensata. Jej wysokość nie została określona. Z informacji podanych przez BMWK wynika jednak, że odszkodowanie powinno odpowiadać wartości rynkowej udziałów dotychczasowego właściciela, które – w obliczu fatalnej kondycji finansowej firmy (ujemny kapitał własny) – zostały właśnie zredukowane do zera. Może to sugerować, że Gazprom nie otrzyma żadnej rekompensaty finansowej lub będzie ona miała symboliczny charakter. Na obecnym etapie nie jest jasne, czy i ewentualnie jakie kroki prawne zamierza podjąć strona rosyjska. Gazprom nie skomentował bowiem dotąd działań podejmowanych przez niemieckie władze.

osw.waw.pl

środa, 23 listopada 2022


Wydaje się, że Kreml ustala warunki informacyjne dla ataku pod fałszywą flagą w obwodzie biełgorodzkim w Rosji, prawdopodobnie w celu odzyskania poparcia społecznego dla wojny na Ukrainie. Kremlowscy propagandziści zaczęli wysuwać hipotezy, że siły ukraińskie dążą do inwazji na obwód biełgorodzki, a inne źródła rosyjskie zauważyły, że siły rosyjskie muszą odzyskać kontrolę nad Kupyańskiem w obwodzie charkowskim, aby zminimalizować zagrożenie ukraińskim atakiem. Twierdzenia te od dawna krążyły w społeczności milbloggerów, która krytykowała rosyjskie dowództwo wojskowe za porzucenie pozycji buforowych w Wowczańsku w północno-wschodnim obwodzie charkowskim po wycofaniu się Rosji z regionu we wrześniu. Rosyjscy blogerzy zintensyfikowali również apele do Rosji o odzyskanie wyzwolonych terytoriów w obwodzie charkowskim 22 listopada, twierdząc, że takie środki zapobiegawcze powstrzymają Ukraińców przed przeprowadzeniem operacji szturmowych na kierunkach Kupyańsk i Wowczańsk. Gubernator obwodu biełgorodzkiego Wiaczesław Gładkow opublikował także materiał filmowy pokazujący budowę fortyfikacji Linii Zasiecznej na granicy ukraińsko-biełgorodzkiej. Finansista Grupy Wagnera Jewgienij Prigożyn wyjaśnił, że Wagner buduje Linię Zasieczną po zmianie jej nazwy z Linii Wagnera, ponieważ „wielu ludzi [w Rosji] nie lubi działalności prywatnej firmy wojskowej Wagner”. Prywatne firmy wojskowe są w Rosji nielegalne.

Rosyjskie twierdzenia o rychłym ukraińskim ataku na obwód biełgorodzki są absurdalne i mają na celu jedynie przestraszyć opinię publiczną, aby poparła wojnę. Ukraina nie ma strategicznego interesu w inwazji na Rosję i nie ma możliwości zrobienia tego na taką skalę. Siły ukraińskie kontynuują wyzwalanie okupowanych osad w zachodnim obwodzie ługańskim po zwycięstwie w północnym obwodzie charkowskim. Poparcie dla bezsensownej rosyjskiej inwazji spada wśród rosyjskich mieszkańców regionów przygranicznych i reszty kraju w wyniku mobilizacji i niepowodzeń militarnych. Rosyjskie media opozycyjne podały, że od końca października krewni zmobilizowanych mężczyzn wzniecili protesty w 15 rosyjskich regionach, z których najbardziej godne uwagi miały miejsce w regionach graniczących z Ukrainą. Rosyjska opozycyjna Meduza, powołując się na dwa anonimowe źródła zbliżone do Kremla, poinformowała, że rosyjska administracja prezydenta przeprowadziła wewnętrzne badanie w różnych regionach, w których wielu wyrażało apatię wobec wojny. Chociaż ISW nie może samodzielnie zweryfikować raportu Meduzy, pojawiające się wezwania do demobilizacji wśród krewnych zmobilizowanych mężczyzn sugerują, że rosyjska propaganda jest /częściowo/ nieskuteczna w przeciwdziałaniu realnym skutkom wojny dla społeczeństwa.

Te niedorzeczne spekulacje na temat fantastycznej ukraińskiej inwazji na Rosję mogą być również częścią starań Kremla o uznanie i uspokojenie prowojennej rosyjskiej społeczności nacjonalistycznej. Rosyjscy blogerzy wielokrotnie zarzucali Kremlowi i rosyjskiemu Ministerstwu Obrony (MON) brak obrony Rosji, w tym nowo anektowanych terytoriów. Jednak Kreml raczej nie będzie w stanie dokonać ponownej inwazji na obwód charkowski, czego domagają się nacjonaliści.

Prigożyn wykorzystuje sianie paniki, w związku z fikcyjną groźbą inwazji ukraińskiej i budową Linii Zasiecznej, aby umocnić swoją władzę w rosyjskich regionach przygranicznych i w Rosji. Urzędnicy obwodu biełgorodskiego wstrzymali wcześniej budowę Linii Wagnera, a rebranding linii wraz z innymi projektami Prigożyna w St. Petersburgu i obwodzie kurskim oznacza, że będzie on nadal umacniał się w Rosji, rzekomo wspierając wojnę rosyjskiego prezydenta Władimira Putina.

Rosyjska armia znacznie uszczupliła swój arsenał precyzyjnych pocisków rakietowych, ale prawdopodobnie nadal będzie w stanie atakować ukraińską infrastrukturę krytyczną na dużą skalę w najbliższej przyszłości. Ukraiński minister obrony Ołeksij Reznikow opublikował 22 listopada dane, z których wynika, że rosyjskie wojsko ma tylko 119 pocisków Iskander, co stanowi 13 procent początkowego arsenału z lutego 2022 roku. Liczby Reznikowa pokazują również, że siły rosyjskie znacznie zubożyły inne kluczowe systemy broni precyzyjnej, mając tylko 229 pocisków Kalibr (45 procent początkowego zapasu z lutego 2022 r.), 150 pocisków Kh-155 (50 procent początkowego zapasu z lutego 2022 r.) oraz 120 pocisków Kh-22/32 (32 procent początkowego zapasu z lutego 2022 r.). Liczby Reznikova pokazują, że siły rosyjskie znacznie wyczerpały również zapasy pocisków 3M-55 „Onyx”, S-300, Kh-101, Kh-35 i Kh-47M2 Kinzhal.

Szef Ukrenergo Wołodymyr Kudrycki oświadczył 22 listopada, że siły rosyjskie uszkodziły prawie wszystkie elektrownie cieplne, duże elektrownie wodne i podstacje Ukrenergo na Ukrainie. Premier Ukrainy Denys Szmyhal oświadczył 18 listopada, że ponad połowa ukraińskiej sieci energetycznej uległa awarii w wyniku rosyjskich ataków rakietowych. Prezes DTEK Maxim Tymczenko wezwał Ukraińców do opuszczenia kraju, jeśli to możliwe, 19 listopada w celu zmniejszenia zapotrzebowania na ukraińską sieć energetyczną, a prezes YASNO Serhij Kowalenko oświadczył 21 listopada, że regularne przerwy w dostawie prądu prawdopodobnie potrwają co najmniej do końca marca 2023 r. Siły rosyjskie prawdopodobnie będą w stanie nadal zmniejszać ogólną przepustowość ukraińskiej infrastruktury krytycznej w najbliższej przyszłości, biorąc pod uwagę obecny stan ukraińskiej sieci elektroenergetycznej. Wyczerpywanie się rosyjskiego arsenału rakiet precyzyjnych prawdopodobnie uniemożliwi jej jednak przeprowadzanie ataków rakietowych w szybkim tempie. ISW nadal ocenia, że  rosyjskie wojsko nie osiągnie celu, jakim jest degradacja ukraińskiej woli walki poprzez skoordynowaną kampanię przeciwko ukraińskiej infrastrukturze.

Rosyjskie wojsko prawdopodobnie ma problemy z uzupełnieniem swojego arsenału precyzyjnych systemów uzbrojenia. Rzecznik Dowództwa Sił Powietrznych Ukrainy Jurij Ignat oświadczył 21 listopada, że Rosja ma problemy z dostawami irańskich rakiet do Federacji Rosyjskiej. Ignat spekulował, że zasoby dyplomatyczne, negocjacje lub wpływy innych krajów mogły wpłynąć na zdolność Iranu lub gotowość do zaopatrzenia Rosji w pociski balistyczne. ISW wcześniej oceniało, że Rosja jest coraz bardziej zależna od Iranu w zakresie dostarczania systemów broni o wysokiej precyzji. Ignat poinformował również, że Rosji brakuje niezbędnych komponentów wyprodukowanych za granicą, aby wesprzeć produkcję takiej liczby pocisków, jakiej potrzebuje do kampanii przeciwko ukraińskiej infrastrukturze. Reznikow stwierdził, że od lutego 2022 r. Rosja wyprodukowała 120 pocisków Kalibr i Kh-101 oraz 360 pocisków Kh-35, umożliwiając rosyjskiemu wojsku częściowe zrównoważenie intensywnego użycia tych systemów broni w masowych atakach na ukraińską infrastrukturę. Rosja prawdopodobnie znacząco nadwyrężyła istniejące zdolności swojego przemysłu zbrojeniowego do produkcji tych pocisków.

understandingwar.org

Produkcja gazu ziemnego w Norwegii, która dostarcza około 25 proc. gazu zużywanego w UE i Wielkiej Brytanii, ma wzrosnąć o 8 proc. w 2022 r. w porównaniu z 2021 r. - wynika z najnowszych szacunków rządu.

Tego lata władze Norwegii zatwierdziły wnioski operatorów o zwiększenie produkcji z kilku działających pól gazowych, aby umożliwić wyższą produkcję gazu, gdy kluczowi partnerzy, UE i Wielka Brytania, walczą o dostawy gazu przed zimą. Ministerstwo Energii i Ropy Naftowej zatwierdziło wnioski operatorów na norweskim szelfie i zezwoliło na zwiększenie produkcji gazu z pól Troll, Gina Krog, Duva (w którym udziały ma PGNiG), Oseberg, Åsgard i Mikkel. Ministerstwo wydało również pozwolenie na produkcję na polu gazowym Nova, które ma zostać uruchomione w najbliższej przyszłości. 

Nowe projekty rozwoju ropy i gazu pomogą Norwegii utrzymać stosunkowo wysoki poziom produkcji ropy i gazu do 2030 roku i nadal być stabilnym dostawcą energii do Europy - powiedział w zeszłym miesiącu norweski minister ds. ropy i energii Terje Aasland, komentując projekt budżetu rządu, który przewiduje rekordowo wysokie przychody z ropy w 2023 roku.

energetyka24.com

Karol Byzdra, Energetyka24: Czy Niemcy są przygotowane na nadchodzącą zimę?

Ulrich Lechte, niemiecki poseł do Bundestagu frakcji FDP: Tak, jesteśmy dobrze przygotowani. Nasze magazyny gazu są pełne, a eksperci nie przewidują pogorszenia się sytuacji. Ponadto, od stycznia zacznie obowiązywać hamulec cen gazu, co znacznie odciąży konsumentów.

Jak ocenia Pan działania rządu w walce z kryzysem energetycznym? Czy podjęte do tej pory decyzje są wystarczające? Czy nie są przyjmowane zbyt wolno?

Uważam, że podjęte środki są skuteczne. Do tej pory przedłużyliśmy termin odejścia od energetyki jądrowej, zużycie zarówno energii elektrycznej, jak i gazu znacznie spadło w porównaniu z rokiem poprzednim, co wynika z oszczędności mieszkańców oraz przemysłu. Kryzys energetyczny pokazuje jednak znaczenie rozwoju energii odnawialnej i dywersyfikacji źródeł. Przed nami jeszcze długa droga, ale jestem przekonany, że wyciągnęliśmy właściwe wnioski.

Czy wprowadzenie pułapu na ceny energii poprawi sytuację państwa? Lewica zdecydowanie protestuje przeciwko temu pomysłowi i uważa, że jest to niesprawiedliwość.

Od marca 2023 roku ceny gazu zostaną ograniczone do 12 centów za kilowatogodzinę, jednak limit będzie obowiązywać tylko do wysokości 80 procent ubiegłorocznej konsumpcji. Ponadto w grudniu zostanie udzielona pomoc nadzwyczajna dla odbiorców gazu ziemnego oraz ciepła. Są to niezbędne środki, które uważam za słuszne, biorąc pod uwagę obecną sytuację. Nie jestem zwolennikiem sztywnych limitów, dlatego też jestem wdzięczny naszemu ministrowi finansów, że w 2023 roku wydał decyzję o powrocie do hamulca zadłużenia. Jako członek parlamentu FDP uważam, że stałe dotacje nie mogą być rozwiązaniem na wszystko.

Czy w obliczu kryzysu energetycznego Parlament nie powinien rozważyć przedłużenia okresu eksploatacji elektrowni jądrowej? Zgodnie z ostatnim wnioskiem złożonym CDU/CSU, elektrownie powinny zostać utrzymane co najmniej do 2024 r.

Rezygnacja z energetyki jądrowej jest kwestią uzgodnioną od ponad dziesięciu lat. Do 31 grudnia trzy ostatnie elektrownie jądrowe również powinny zostać wyłączone. Jednakże, aby zapewnić zasilanie tej zimy, podjęto decyzję o pozostawieniu przy działaniu elektrowni Meiler Isar 2, Neckarwestheim 2 i Emsland do 15 kwietnia 2023 roku. Myślę, że to słuszna i ważna decyzja.

Czyli można oczekiwać, że atom pozostanie na dłużej?

Nie mogę poważnie odpowiedzieć na pytanie, jakie będą dalsze losy zimy 2023/24 i czy elektrownie jądrowe pozostaną w eksploatacji. Obecnie oczekuję, że pozostałe trzy siłownie będą nadal działać do 15 kwietnia 2023 roku, a następnie zostaną wyłączone z sieci.

Ostatnie trzy elektrownie jądrowe o łącznej mocy 4 GW dostarczają ok. 5% krajowego zapotrzebowania. Czy po wyłączeniu atomu z sieci można spodziewać się wystraczająco dużo mocy wytwórczych, aby zapewnić Niemcom bezpieczne dostawy energii?

Będzie to zależało od tempa dywersyfikacji naszych źródeł energii, nowych partnerów międzynarodowych i tempa rozwoju energetyki odnawialnej. W ubiegły wtorek, po 194 dniach, ukończono infrastrukturę nowego terminalu LNG w Wilhelmshaven. Również terminal w Lubminie ma zostać podłączony do sieci gazowej i zostać uruchomiony jeszcze w tym roku. Środki te zwiększą nasze możliwości i przyczynią się w znacznym stopniu do bezpieczeństwa dostaw.

Mimo to coraz więcej krajów na świecie zwraca się ku energetyce jądrowej, traktując ją jako bezpieczne źródło taniej energii i rozwiązanie kryzysu energetycznego. Z kolei Niemcy wracają do atomu i uważają to za zagrożenie. Kto ma zatem rację?

Oczywiście widzimy te zmiany. Gdyby jednak Niemcy rozszerzyły w odpowiednim etapie odnawialne źródła energii i wykorzystując np. własne złoża gazu łupkowego, nie musielibyśmy już dziś mówić o atomie. Dopóki jednak nie będziemy mieć własnych stabilnych dostaw energii bazowej i w razie wątpliwości będziemy uzależnieni od importu, energia jądrowa ma rację bytu.

Jak ocenia działalność grupy aktywistów klimatycznych ostatniego pokolenia? Czy dobrym pomysłem jest oblewanie farbą działów sztuki historycznej i blokowanie miasta, aby zwrócić uwagę na kryzys klimatyczny?

Rozumiem intencję, natomiast zdecydowanie odrzucam sposób protestu. Działania grupy aktywistów klimatycznych z „Letzte Genration" prowadzą w ślepy zaułek, a ich bojowość i radykalizm nie służą sprawie.

W całym kraju odbywają się protesty mieszkańców przeciwko wysokim cenom energii i apelom o powrót do Rosji. Czy Berlin przywróci stosunki handlowe po wojnie?

Rosja jako partner energetyczny to już dla Niemiec historia. Nasza wiara w zmianę poprzez handel upadła wraz z wybuchem wojny na Ukrainie 24 lutego 2022 r. W związku z tym nie widzę możliwości powrotu, zwłaszcza pod obecnym przywództwem Władimira Putina i jego elit.

Czy Niemcy i Polska powinny w przyszłości pogłębić współpracę w dziedzinie energii?

Żaden kraj nie może sobie pozwolić na samodzielne działania w zakresie polityki energetycznej. Polska jest naszym sąsiadem i bliskim sojusznikiem, dlatego chciałbym, abyśmy w przyszłości pogłębili naszą współpracę w dziedzinie polityki energetycznej.

energetyka24.com