wtorek, 31 maja 2022


Koncentracja Moskwy na przejęciu Siewierodoniecka i Donbasu jako obszaru, nadal stwarza zagrożenie dla Rosji w żywotnym obwodzie chersońskim na Ukrainie, gdzie trwa ukraińska kontrofensywa. Chersoń jest obszarem krytycznym, ponieważ jest to jedyny obszar Ukrainy, w którym siły rosyjskie utrzymują się na zachodnim brzegu Dniepru. Jeśli Rosja będzie w stanie utrzymać silną pozycję w Chersoniu, po zawieszeniu broni, będzie miała bardzo silną pozycję, z której będzie mogła rozpocząć przyszłą inwazję. Z drugiej strony, jeśli Ukraina odzyska Chersoń, Ukraina będzie miała znacznie silniejszą pozycję do obrony przed przyszłym rosyjskim atakiem. Ten strategiczny rachunek powinien w zasadzie skłonić Rosję do przyznania wystarczającej siły bojowej, by utrzymać Chersoń. Ale prezydent Rosji Władimir Putin zamiast tego zdecydował się skoncentrować wszystkie siły i zasoby, które można zebrać w desperackim i krwawym dążeniu do zajęcia obszarów wschodniej Ukrainy, które przyniosą mu w dużej mierze symboliczne korzyści.

Ukraińskie kierownictwo najwyraźniej mądrze unikało dopasowania do błędnej priorytetyzacji Putina. Kijów mógł przeznaczać więcej rezerw i środków na obronę Siewierodoniecka, co wywołało krytykę w mediach. Siły ukraińskie teraz najwyraźniej wycofują się z Siewierodoniecka, zamiast walczyć do końca – czynnik, który pozwolił Rosjanom stosunkowo szybko wkroczyć do miasta po rozpoczęciu ataku na pełną skalę. Zarówno decyzja o unikaniu przeznaczania większych środków na ratowanie Siewierodoniecka, jak i decyzja o wycofaniu się z niego były strategicznie uzasadnione, choć bolesne. Ukraina musi gospodarować swoimi bardziej ograniczonymi zasobami i skupić się na odzyskaniu krytycznego terenu, a nie na obronie terenu, którego kontrola nie będzie decydować o wyniku wojny ani o warunkach wznowienia wojny.

Solidne ukraińskie priorytety dla operacji kontrofensywnych i defensywnych wypchnęły Rosjan prawie poza zasięg artylerii Charkowa i zatrzymały rosyjskie natarcia z Izyum – oba te osiągnięcia są ważniejsze niż obrona Siewierodoniecka. Kierownictwo Ukrainy musiało dokonać niezwykle trudnych wyborów w tej wojnie i generalnie dokonało właściwych wyborów, przynajmniej na poziomie strategicznych priorytetów oraz tempa, skali i ambitnej kontrofensywy. Dlatego Ukraina wciąż ma duże szanse na powstrzymanie, a następnie cofnięcie zdobyczy Rosji.

understandingwar.org

Rozpad Związku Radzieckiego i powstanie na jego gruzach pięciu republik w Azji Centralnej zapoczątkowało odbudowywanie tożsamości etnicznej i narodowej przez Kazachów, Uzbeków, Turkmenów, Tadżyków i Kirgizów oraz inne ludy pozbawione państw.

Większość populacji tego regionu należy do tureckiej grupy językowej i stąd w ostatnim trzydziestoleciu Ankara bardzo wzmocniła wysiłki na rzecz odbudowy świadomości etnicznej i integracji kulturowej. Pomimo upływu 30 lat od powstania niepodległych republik, wciąż językiem o największym zasięgu i będącym w powszechnym użyciu pozostaje jednak rosyjski.

Z uwagi na silne związki historyczne, negatywnie kojarzące się z okresem imperialnym Kremla (carskim i radzieckim), wielu przywódców republik podjęło decyzję o walce z dominacją języka rosyjskiego na rzecz propagowania powszechnego użycia języków narodowych. Od razu trzeba zaznaczyć, że ze względu na wciąż kluczową pozycję Rosji w regionie, silne zakorzenienie w kulturze oraz znaczny udział mniejszości rosyjskiej w populacjach republik, próby całkowitego zepchnięcia języka rosyjskiego na margines były – przynajmniej na razie – skazane na niepowodzenie. Dodatkowo Moskwa co jakiś czas przypomina przywódcom republik o kluczowym znaczeniu rosyjskiego jako wspólnego, uniwersalnego języka dyplomacji i handlu w przestrzeni poradzieckej. Te ogólnikowe komunikaty płynące z Kremla należy rozumieć jako oczekiwanie lokalnego wspierania utrzymania jego popularności poprzez obowiązkowe nauczanie i zapewnienie statusu jako jednego z języków urzędowych.

Naturalnym czynnikiem sprawiającym, że rosyjski pozostaje najpopularniejszym w regionie językiem obcym jest jego „import” z terytorium Rosji przez migrantów ekonomicznych z Tadżykistanu, Kirgistanu, Turkmenistanu i Uzbekistanu. Masowość tego zjawiska przekłada się na jego popularność i postrzeganie jako zdecydowanie bardziej przydatnego od angielskiego czy chińskiego. Drugim ważnym elementem jest silne uzależnienie republik w sferach gospodarczej i bezpieczeństwa od Rosji, co zapewnia językowi rosyjskiemu żywotność. Jednak w niektórych republikach zostały podjęte ustawowe decyzje o uczynieniu rosyjskiego językiem drugoplanowym, o zakresie ograniczonym do komunikacji w relacjach międzynarodowych i międzyetnicznych, a nawet sprowadzeniem jego roli do nieoficjalnej komunikacji.

Turkmenizacja Turkmenistanu

Turkmenistan był pierwszym państwem w Azji Centralnej, który pozbawił język rosyjski statusu języka urzędowego. W maju 1990 r., a więc jeszcze przed ogłoszeniem niepodległości, przywódcy Komunistycznej Partii Turkmenistanu podjęli decyzję o uznaniu języka ojczystego jako urzędowego, ograniczając tym samym pozycję języka rosyjskiego do komunikacji międzyetnicznej. Zapis, że jedynym oficjalnym językiem w republice jest turkmeński został zawarty też w Konstytucji uchwalonej przez parlament w maju 1992 r., przy czym rosyjski przestał oficjalnie pełnić nawet dotychczasową funkcję. Wpływ na degradację rosyjskiego miała też zapewne masowa migracja ludności rosyjskiej z Turkmenistanu, niepewna swojej przyszłości na fali silnie promowanej przez prezydenta Nijazowa „turkmenizacji” kraju.

Kolejne restrykcje ograniczające używanie rosyjskiego w publicznym obiegu weszły w życie w 1994 r., gdy zamknięto wydawane w tym języku tygodnik „Subbota” i dziennik „Komsomolskaja Prawda” (oficjalnie z powodu nieopłacalnie niskiego nakładu), a łączny czas audycji telewizyjnych i radiowych po rosyjsku ograniczono do 4 godzin tygodniowo. W 1999 r. ostatecznie zaprzestano audycji radiowych po rosyjsku. W przekazach telewizyjnych zredukowano czas używania tego języka do 15-minutowych wiadomości, nadawanych w dodatku co drugi dzień, a od stycznia 2000 r w ogóle zastąpiono je wiadomościami w języku angielskim.

Nie oznacza to, że rosyjski zniknął z obiegu, bowiem cały czas posługują się nim Turkmeni w kontaktach z mniejszością rosyjską, która nie ma obowiązku nauki turkmeńskiego. Ponadto ze względu na powszechne ubóstwo społeczeństwa popularne są wyjazdy zarobkowe, choć głównie do Kazachstanu, ale również w tym przypadku językiem komunikacyjnym jest rosyjski. Warto też wspomnieć, że rosyjski jest w powszechnym użyciu przy porozumiewaniu się obcokrajowców, zarówno z Azji, jak i z Europy, bowiem znajomość angielskiego przez Turkmenów w starszych generacjach jest marginalna.

Wprowadzenie w 1993 r. turkmeńskiej odmiany alfabetu łacińskiego (na wzór turecki) i natychmiastowe przestawienie na niego całego systemu szkolnictwa w zamierzeniu miało ograniczyć znaczenie rosyjskiego. Brak było zwyczajowego kilkuletniego okresu przejściowego i co za tym idzie nastąpiła masowa wymiana oznaczeń drogowych, dokumentów i pism urzędowych z cyrylicy na nowy alfabet.

Ten nagły zwrot spowodował poważne problemy dla osób starszych, zamieszkujących głównie obszary wiejskie oraz dla mniejszości rosyjskojęzycznej, które to grupy nie miały możliwości ani czasu na opanowanie transkrypcji. Władze od lat silnie promują też naukę angielskiego i tureckiego, które wśród młodych Turkmenów stają się popularniejsze od rosyjskiego. Co ciekawe, jednocześnie szkoły, w których nauczanie odbywa się w języku rosyjskim są uważane przez Turkmenów za elitarne, gwarantujące wyższy poziom nauczania, ale ze względu na koszty pozostają dla większości z nich niedostępne.

Antyrosyjska krucjata Islama Karimowa

Uzbekistan zdecydował o rozpoczęciu detronizacji języka rosyjskiego niedługo po odzyskaniu niepodległości, co było przejawem antyrosyjskiego nastawienia prezydenta Islama Karimowa. Już w 1993 r. zdecydował on o powszechnym wprowadzeniu alfabetu łacińskiego, ale nie zakazał przy tym używania cyrylicy. Pomimo upływu prawie 30 lat od tego momentu nadal zdecydowana większość publikacji jest drukowana w cyrylicy, a popularność edycji korzystających z alfabetu łacińskiego jest większa głównie wśród młodych Uzbeków.

Wraz z wejściem w życie zmiany alfabetu pojawiła się bardzo silna opozycja ze strony środowisk artystycznych i naukowych, które wykazywały, że zdecydowana większość uzbeckiego dorobku kulturowego jest zapisana cyrylicą, a dokonanie jej całościowej transkrypcji na alfabet łaciński spowoduje zubożenie dziedzictwa literackiego. Ponadto podnoszona była też kwestia, że zanik znajomości cyrylicy spowoduje ograniczenie dostępu kolejnych pokoleń do osiągnięć rodzimej kultury, bowiem proces transkrypcji i transliteracji będzie trwał zapewne wiele lat.

Autorytarny styl rządów I. Karimowa umożliwiał mu nieliczenie się z krytyką. W rezultacie podjął on kolejną decyzję usuwającą język rosyjski jako urzędowy. Tym samym Uzbekistan stał się drugą po Turkmenistanie republiką centralnoazjatycką, w której ten język przestał pełnić oficjalną rolę. W kolejnych latach prezydent kontynuował antyrosyjski kurs, odmawiając wejścia do Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej (EUG) i w 2012 r. występując ostatecznie z Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ).

Dopiero po śmierci Islama Karimowa w 2016 r., gdy władzę przejął Szawkat Mirzijojew, nastąpiła odwilż w dwustronnych relacjach między obu państwami. W otwartej multiwektorowej polityce nowego prezydenta Moskwa dostrzegła szansę na renesans relacji i zarazem przywrócenie językowi rosyjskiemu utraconej rangi. Na fali otwarcia nowego rozdziału w negocjacjach uzbeckiej akcesji do EUG, władze rosyjskie nie omieszkają podkreślać międzynarodowego znaczenia swojego języka. Obecnie Moskwa próbuje też zwiększyć jego popularność poprzez nakłonienie prezydenta Mirzijojewa do wprowadzenia dla migrantów ekonomicznych, których jest co najmniej 1,5 mln rocznie, obowiązku nauki języka rosyjskiego i znajomości podstaw prawa obowiązującego w Federacji Rosyjskiej. W zamian oczywiście osoby te zostałyby objęte ułatwieniami w procesie rejestracji i dostępu do rosyjskiego rynku pracy. W kraju, w którym prawie 30 proc. populacji swobodnie posługuje się językiem rosyjskim, nie stanowi to dużego problemu. W dodatku, jak argumentują językoznawcy, kulturoznawcy oraz politolodzy, przywrócenie pozycji rosyjskiego wzmocniłoby integrację narodową, a także regionalną w samym wieloetnicznym Uzbekistanie.

Prorosyjski Tadżykistan?

Tadżykistan, rządzony autorytarnie przez prezydent Emomali Rahmona, należy do najbardziej lojalnych popleczników rosyjskich interesów w regionie. Ta uboga republika, nawet jak na standardy Azji Centralnej, jest silnie powiązana z Rosją pod względem gospodarczym oraz w sferze bezpieczeństwa. Ponadto to właśnie Tadżykowie stanowią najliczniejszą grupę migrantów zarobkowych w Rosji.

Konsekwencją tych uwarunkowań powinna być niezachwiana pozycja języka rosyjskiego. Tak jednak się nie stało. Podobnie jak w pozostałych republikach odzyskanie niepodległości sprzyjało niekorzystnemu dla pozycji rosyjskiego wzrostowi nastrojów nacjonalistycznych. Przełomowym momentem dla języka rosyjskiego był rok 2005, gdy na fali podgrzewanego przez prezydenta nacjonalizmu, on sam zmienił swoje nazwisko z rosyjskiego Rahmonow na lokalny wariant – Rahmon.

Cyrylica i język rosyjski są obce dla rdzennej kultury Tadżyków, którzy od wieków posługiwali się perskimi pismem hieroglificznym. Cyrylica została wprowadzona przez Moskwę na tych terenach dopiero po utworzeniu Tadżyckiej Radzieckiej Republiki Ludowej i choć jest używana do dziś, to język rosyjski przestał pełnić swoją oficjalną rolę. Od 2009 r. wszystkie dokumenty rządowe i urzędowe są wydawane wyłącznie w języku tadżyckim. Ta decyzja miała poważne skutki dla mniejszości rosyjskiej i rosyjskojęzycznej, bowiem zrozumienie dokumentów i wypełnianie formularzy stało się dla nich barierą trudną do przejścia. To skutkowało oczywiście odpływem części mniejszości rosyjskiej, której populacja i tak znacząco zmniejszyła się w trakcie wielkiego eksodusu w latach 1992-97, gdy republika była pogrążona w wojnie domowej.

Wycofanie języka rosyjskiego z oficjalnego obiegu, w tym ze szkół, ma swoje implikacje natury ekonomicznej. Coraz mniejsza liczba Tadżyków posługuje się rosyjskim na poziomie umożliwiającym im zdanie egzaminu wymaganego do oficjalnego ubiegania się o pracę w Rosji. Negatywne skutki dla całej gospodarki tadżyckiej obrazują dane: transfery zagraniczne migrantów zarobkowych stanowią od 40 do 50 proc. PKB i ich zmniejszenie wpłynie znacząco na kondycję ekonomiczną i tak ubogiego kraju.

Młodzi Tadżykowie dostrzegają potrzebę nauki języka rosyjskiego, ale wobec braku wykwalifikowanych nauczycieli dostęp do kursów jest bardzo ograniczony. Dodatkowo, podobnie jak w Turkmenistanie, nieliczne szkoły rosyjskojęzyczne są uważane za oferujące znacznie wyższy poziom kształcenia od rodzimych, a znajomość tego języka dla tadżyckich elit jest wręcz obligatoryjna.

Przyjazny Kirgistan

Kirgistan pozostał jedyną obok Kazachstanu republiką, w której rosyjski utrzymał status języka urzędowego. Podobnie jak w przypadku sąsiedniego Tadżykistanu najpowszechniejszym źródłem dochodów mieszkańców jest praca za granicą, w Rosji lub Kazachstanie. Częste zmiany u steru władzy, zwykle w warunkach społecznych rewolt, nie sprzyjały forsowaniu reform w sferze oficjalnej komunikacji, a prorosyjskie nastawienie kolejnych ekip rządzących nie skłaniało do ograniczania języka rosyjskiego. Konsekwencją tych uwarunkowań było wprowadzenie w 2000 r. do nowej konstytucji zapisu przyznającego językowi rosyjskiemu status równoprawny z kirgiskim.

Popularności rosyjskiego nie zaszkodził nawet powrót do alfabetu persko-arabskiego, który obowiązywał do 1928 r., bowiem cyrylica pozostała również w oficjalnym użyciu. Po odzyskaniu niepodległości pojawił się co prawda pomysł zlatynizowania alfabetu (taki w wersji tureckiej funkcjonował w pierwszych latach radzieckiego władztwa), ale ostatecznie nie został on wdrożony. Dziś język rosyjski i cyrylica są w powszechnym użyciu w kręgach władzy i administracji państwowej. Szacuje się, że 20 proc. kirgiskich dzieci pobiera naukę w języku rosyjskim, 11 proc. studentów wybiera go jako główny, mając w perspektywie kontynuację studiów w Rosji, a 78 proc. Kirgizów przyznaje, że ogląda rosyjskojęzyczne programy telewizyjne oraz czyta gazety i magazyny wydawane w tym języku. Kirgistan jest więc najbardziej przyjazną republiką dla rosyjskiego i wydaje się, że ten model koegzystencji dwóch języków jest rozwiązaniem najkorzystniejszym dla mieszkańców republiki.

Kazachstan zbyt blisko Rosji

Kazachstan, którego licząca ponad 6500 km granica z Rosją jest najdłuższą na świecie, znajduje się w trudnej sytuacji w kwestii ograniczania popularności języka rosyjskiego. Przede wszystkim Rosjanie zamieszkujący głównie północne terytorium republiki stanowią ponad 20 proc. populacji i mają zagwarantowaną naukę w języku rosyjskim, jak również uznanie go jako urzędowego.

Niemniej pojawiają się społeczne napięcia na tym tle, bowiem część szkół stała się dwujęzyczna, a rosyjska mniejszość nie ma obowiązku nauki kazachskiego. Skalę tego zjawiska obrazuje fakt, że jedynie ok. połowy szkół naucza wyłącznie w języku kazachskim, pozostałe są dwujęzyczne lub tylko rosyjskojęzyczne. Z drugiej strony jakakolwiek ingerencja administracyjna, uderzająca w zasięg języka rosyjskiego jest z góry skazana na porażkę. Ponad 90 proc. kazachskiej populacji posługuje się na co dzień tym językiem (zwykle jego kazachską odmianą).

Potwierdzeniem tej tezy są przykłady już wprowadzonych ustaw. Jedną z pierwszych było prawo, które zobowiązywało nadawców do używania w programach telewizyjnych i radiowych przez większość czasu języka kazachskiego, niezależnie od przynależności państwowej nadawcy. Przyczyniło się to bez wątpienia do poszerzenia kręgu odbiorców języka ojczystego, ale nie stanowiło zagrożenia dla dominacji języka rosyjskiego.

Przełomowym krokiem na drodze stopniowego odchodzenia od rosyjskiego, określanej czasem jako „derusyfikacja”, była decyzja prezydenta Nursułtana Nazarbajewa o zmianie alfabetu z cyrylicy na łaciński, którą ogłosił w październiku 2017 r. Zgodnie z zapisami ustawy proces transformacji ma się zakończyć w roku 2025.

Ten krok należy uznać za przełomowy i zarazem dość zaskakujący, bowiem alfabet łaciński był bardzo krótko używany na obszarze Kazachstanu. Aż do opanowania tych obszarów przez carską Rosję w XIX w. w użyciu był język alfabet arabski. Dopiero komuniści dokonali obowiązkowej transkrypcji arabskiego na łaciński, który po kilku latach, w 1940 r., został zastąpiony cyrylicą.

Problemem budzącym wiele kontrowersji wśród językoznawców było wprowadzenie znaków diakrytycznych (liter unikatowych dla danego języka), których elementem wyróżniającym był apostrof. Na fali sporów dopiero w 2021 r. publicznie zaprezentowano ostateczną wersję alfabetu z siedmioma unikatowymi literami, w których apostrofy zastąpiono innymi znakami – tzw. przegłosami (dwie kropki nad literą), kreskami poziomymi, kreskami falowanymi znanymi z języków iberyjskich oraz ogonkami, podobnymi do występujących w polskich literach.

W 2018 r. N. Nazarbajew wprowadził zalecenie, aby w kręgach rządowych i parlamentarnych porozumiewano się tylko w języku kazachskim, co okazało się trudne w realizacji, bowiem część urzędników nawet wyższego szczebla słabo znała język oficjalny. Ostatecznie więc dopuszczono posługiwanie się rosyjskim, wyraźnie podkreślając, że decyzją była zaleceniem, a nie nakazem (kluczowe słowo „tylko” usunięto).

W grudniu 2021 r. przyjęte zostało prawo, które utrzymuje co prawda język rosyjski jako urzędowy, ale definitywnie pozbawia go dotychczasowej równorzędnej pozycji z kazachskim. Najbardziej widocznym skutkiem nowych zapisów jest pojawienie się nazw w języku kazachskim przed rosyjskimi we wszystkich publicznych wizualizacjach (np. nazwy ulic, oznaczenia towarów, a nawet w reklamach). Oczywiście taki zwrot nie mógł się spotkać z aprobatą na Kremlu, który ostrzegł, że działania w tym kierunku będą miały negatywne konsekwencje dla relacji dyplomatycznych. Pierwsze głosy strony rosyjskiej (pozarządowe) z żądaniem przywrócenia równoprawności języka rosyjskiego pojawiły się w styczniu 2022 r., wraz z wystąpieniem prezydenta Kasyma-Żomarta Tokajewa o interwencję sił Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ) podczas eskalacji rozruchów społecznych. Póki co, rząd w Nur-sułtan nie podjął żadnych kroków zamrażających implementację nowych przepisów, ale niewykluczone, że poprawki po myśli Moskwy zostaną w końcu wprowadzone.

Przyszłość języka rosyjskiego w regionie

W świetle przedstawionych faktów i uwarunkowań nie należy oczekiwać zmierzchu popularności języka rosyjskiego w regionie. Fundamentem dla tego języka są silne wpływy rosyjskie, podtrzymywane przez dwie organizacje: militarną OUBZ i gospodarczą EUG, do których należy większość republik. Nie ma tu wielkiego znaczenia wzrastająca pozycja gospodarcza Chin, która daleko przekracza możliwości Federacji, bowiem język Państwa Środka jest znacznie trudniejszy do nauki i w dodatku pochodzący z mniej wpływowego dla regionu kręgu kulturowego. Pomimo ofensywy chińskiej kultury za pośrednictwem Instytutów Konfucjusza istotną barierą jest tu też bardzo negatywnie odbierana polityka Pekinu wobec Ujgurów w Sinciangu, którzy należą do kręgu narodów tureckich, a ich 300-tysięczna diaspora zamieszkuje Kirgistan, Kazachstan i Uzbekistan. Trzeba też wspomnieć o znaczącym wzroście nastrojów sinofobicznych w społeczeństwach republik, które coraz bardziej obawiają się chińskiej dominacji i z niechęcią traktują szybko bogacącą się mniejszość chińską.

Z kolei język angielski, którego popularność stopniowo rośnie, w miarę jak republiki zacieśniają relacje gospodarcze z Zachodem, nie stanowi konkurencji zdolnej zdetronizować pozycję rosyjskiego. Wciąż bowiem w relacjach wewnętrznych między republikami dominuje rosyjski i społeczeństwa nie widzą potrzeby, aby ten stan zmieniać. Szansą na wzmocnienie roli angielskiego może być paradoksalnie realizacja chińskiej globalnej Inicjatywy Pasa i Szlaku, w której Azja Centralna odgrywa kluczową rolę na kontynencie. Postępująca globalizacja wymusi zapewne większy zakres posługiwania się językiem angielskim, niemniej, nie należy spodziewać się, że będzie to proces szybki czy powszechny.

instytutboyma.org

Dwaj synowie Mariny (imię zmienione) zostali powołani do wojskowej komisji na jesieni, a zimą zostali wcieleni do wojska. Kilka tygodni później ich jednostki zostały przeniesione na "ćwiczenia" przy granicy z Ukrainą. 24 lutego, w dniu rozpoczęcia wojny, synowie Mariny przestali się z nią kontaktować. Matki innych poborowych służących w jednostce powiedziały Marinie, że spotkało je to samo.

Marina wsiadła do samochodu i pojechała szukać swoich synów. W rozmowie telefonicznej jeden z dowódców powiedział jej, że są na ćwiczeniach. – Odpowiedziałam: "Okrążyłam wszystkie pola w pobliżu, gdzie miały znajdować się śmigłowce". Nie ma ich tam. Proszę, nie okłamuj mnie. Odłożył słuchawkę – wspomina Marina.

Potem zaczęli wracać ranni. – Dostałam telefon, że są zabici i ranni. Popędziłam do szpitala wojskowego – kontynuuje Marina. Jej synów tam nie było, ale była zszokowana tym, co zobaczyła. – W szpitalu wojskowym nie było wystarczającej ilości leków ani bandaży. Wszystko zostało przywiezione przez miejscowych. Żołnierze cierpieli z powodu zimna i niedożywienia – opowiada kobieta.

W końcu ktoś w jednostce wojskowej przyznał się, że jej synowie rzeczywiście są w Ukrainie. Marinie powiedziano, że jej dzieci "podpisały kontrakty, aby zostać zawodowymi żołnierzami". Biorą udział w operacji specjalnej w Ukrainie i wrócą jako bohaterowie. Matka zaprotestowała: – O czym pan w ogóle mówi? Nie planowali podpisania umowy. Są w wojsku dopiero od trzech miesięcy. Tylko raz trzymali broń w ręku. Tylko raz byli na strzelnicy. Przez większość czasu odśnieżali łopatami.

Marina wystosowała pismo do Prokuratury Generalnej z prośbą o zbadanie sprawy. W swoim odwołaniu napisała, że jej synowie nie mogą podpisywać kontraktów wojskowych. Podobnie postąpiły matki innych poborowych z jednostki.

Odwołanie Mariny zostało rozpatrzone. Władze potwierdziły, że jej synowie nie podpisali kontraktów wojskowych i obaj zostali odesłani do Rosji.

Odwołanie Mariny zostało rozpatrzone. Władze potwierdziły, że jej synowie nie podpisali kontraktów wojskowych i obaj zostali odesłani do Rosji.

Według Mariny, jej synowie wrócili z Ukrainy "wychudzeni, brudni i wyczerpani". Ich ubrania były podarte, a jeden z nich powiedział swojej matce, że "lepiej, żeby nie wiedziała, co się tam stało".

– Kłamali mi w żywe oczy – powiedziała oburzona kobieta. – Najpierw łgali, że moich synów nie ma w Ukrainie. Następnie skłamali, że to oni podpisali umowy. Oficerowie kłamali, sierżanci kłamali. Później ktoś mi powiedział, że nie wolno im było mówić prawdy. Niewiarygodne. Pozwolono im złamać prawo i wysłać moich synów do Ukrainy, ale nie wolno im było powiedzieć matce, gdzie są jej dzieci.

onet.pl

poniedziałek, 30 maja 2022


Spodziewaliśmy się, że wojna wybuchnie prędzej czy później. Ale myśleliśmy, że zacznie się ona od obwodu donieckiego. Okazało się, że wojna jest wszędzie, więc postanowiliśmy z mężem wyjechać. Razem z nami pojechali jego rodzice. To było na początku marca. Prawie nic ze sobą nie zabraliśmy, bo myśleliśmy, że wrócimy za miesiąc.

Moja mama została na miejscu. Wydaje mi się, że to typowa w naszym regionie historia: moja mama jest jedną z tych osób, które domagały się zmiany. Mama chciała, żeby Łyman był częścią Donieckiej Republiki Ludowej. Mama chce dołączyć do Rosji. Więc postanowiła zostać w mieście.

Do początku maja sytuacja tam była mniej więcej w porządku. Potem wojska rosyjskie zaczęły nacierać i pociski trafiały w Łyman. Początkowo mama nie zamierzała ukrywać się w piwnicy, nie robiła zapasów żywności: mój brat służy w siłach zbrojnych Donieckiej Republiki Ludowej i powiedział jej, że zdobycie Łymana zajmie dzień, dwa i wszystko będzie dobrze. Tak więc moja mama i ojczym nie zachowali się odpowiedzialnie. Nie spodziewali się, że dojdzie do tak ciężkich walk.

Kiedy to wszystko zaczęło się na początku maja, mama i ojczym przenieśli się do piwnicy. Wojska rosyjskie zaczęły się zbliżać i zaczął się regularny ostrzał. Miasto jest podzielone na dwie części: po większej, północnej stronie znajdują się domy jednorodzinne, a po południowej — wielopiętrowe bloki. Moja matka i ojczym mieszkają po stronie południowej. Teraz przebywają w piwnicy pięciopiętrowego budynku, są tam prawie cały czas. Nie ma światła, nie ma nic. Kiedy tylko się da, gotują na zewnątrz — czasami nie jest to możliwe. Muszą rozpalać ogień, podgrzewać wodę, zajmuje to dużo czasu, a oni są przerażeni.

Telefon komórkowy mają tylko wtedy, gdy mama wchodzi na piąte piętro. Dwa razy rozmawialiśmy przez telefon. Około godziny 14.00 pocisk trafił w mieszkanie sąsiada, a rodzice bali się, że cały budynek stanie w płomieniach. Skończyło się na wielkiej dziurze w miejscu, gdzie wcześniej była ściana i okno. Pocisk nie wybuchł.

Sąsiad mieszkał sam, jego rodzina wyjechała. Nie było go w domu, kiedy pocisk uderzył, mimo że przebywał w swoim mieszkaniu na piątym piętrze przez większość czasu. Ludzie nie chcieli wychodzić, bo uznali, że nikt ich nie potrzebuje, że nikt na nich nigdzie nie czeka. Wielu obawiało się, że ich mieszkania zostaną splądrowane i z tego powodu zostali. Zostali też ci, którzy liczyli na wojsko rosyjskie. Niektórzy z nich w końcu przestali mieć nadzieję. W naszym budynku na 60 mieszkań zostało około 15-20 osób. Głównie ludzie po pięćdziesiątce. W całej dzielnicy nie ma ani jednego niezniszczonego budynku.

Rozmawiałam z moją mamą około godziny piątej po południu. Rozmawialiśmy długo, 10-15 minut. Mama zadzwoniła i powiedziała, że pół godziny temu wojska rosyjskie weszły do naszej dzielnicy, od strony południowej. Nasze miasto jest przedzielone torami kolejowymi, a Rosjanie od trzech dni próbowali przejść z jednej strony tego węzła kolejowego na drugą. Mówili mi o tym moi przyjaciele, rodzice moich przyjaciół i moja mama. Wszyscy mieszkają w południowej części miasta.

Gdy Rosjanie weszli do naszej dzielnicy, szturm ustał. W południowej części miasta zrobiło się spokojnie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu ludzie mogli wyjść na zewnątrz, ugotować jedzenie i zjeść obiad poza piwnicą. Nie leciały już na nich pociski.

Ostatni raz mama zadzwoniła do mnie około 21.00 wieczorem. Skończyli kolację z sąsiadami i siedzieli na zewnątrz. Tymczasem rosyjscy żołnierze zaczęli otwierać zamknięte mieszkania. Powiedzieli, że następnego dnia będą sprawdzać dokumenty wszystkich osób.

Moja mama w ogóle nie spodziewała się ostrzału. Była przekonana, że wszystko pójdzie gładko i spokojnie. Kiedy się zaczęło, moja mama bardzo się przestraszyła. Byłam zszokowana: moja mama jest bardzo pewną siebie osobą, zawsze wszystkich pociesza. Wtedy mówiła drżącym głosem. Bałam się o nią bardziej niż kiedykolwiek. Kiedy zaczął się ostry ostrzał, wpadła w histerię.

Moja mama nie kontaktowała się zbytnio z ukraińskimi żołnierzami, bo nie była do nich szczególnie przyjaźnie nastawiona. Mimo to wojsko przychodziło codziennie i przywoziło duże ilości pomocy humanitarnej. Kiedy wyjeżdżałam z Łymana, zostawiłam kota, a żołnierze Ukraińskich Sił Zbrojnych dostarczyli mi go do centralnej Ukrainy.

Moja mama ciągle wspiera rosyjskie wojsko i czeka na nie, uważa, że zostało ostrzelane przez armię ukraińską. Oto doskonały przykład: mieszkanie sąsiada zaatakowano od strony północnej, kiedy w mieście nie było już wojska ukraińskiego. Pocisk nie może okrążyć budynku — został wystrzelony w kierunku armii ukraińskiej. Ale kiedy opowiedziałem o tym mamie, zaczęła szukać wymówek: "Najważniejsze, że żyjemy, majątek nie jest ważny".

Ale w pewnym momencie powiedziała mi z rozpaczy, że już wszystkich nienawidzi: zarówno armii rosyjskiej, jak i ukraińskiej. "Chcę, żeby to się wreszcie skończyło" – mówiła.

onet.pl

Na nagraniu udostępnionym w mediach społecznościowych SBU słychać głos rosyjskiego żołnierza, który rozmawia z kobietą, prawdopodobnie ze swoją partnerką. Mężczyzna skarży się, że w jego brygadzie zostało 215 z 600 osób. Opowiada też o wizycie generała Walerija Sołodczuka, którego zadaniem było stłumienie buntu i zmuszenie żołnierzy do wykonywania rozkazów.

Wysoki rangą wojskowy przyjechał z ochroną. Miał grozić żołnierzom, wyciągając broń.

— Zaczął wymachiwać lufą, strzelać. "Ja was załatwię, jeśli tam nie pojedziecie!". I to wszystko. Na to młody chłopak: "Idź, spadaj!". Kur**, wyciągnął granat, mówi: "Chodź, zastrzel mnie! Razem się tu wysadzimy". Tyle. Oddziały specjalne zaczęły szturchać nas lufami, my ich lufami. Krótko mówiąc, jeszcze trochę i wszyscy by do siebie strzelali. On wsiadł do swojego bobika (mały pojazd terenowy — red.) i odjechał — relacjonował Rosjanin.

Jego rozmówczyni powiedziała mu, żeby wracał do domu. Mężczyzna odpowiada, że po tym, co usłyszał, wcale nie chce zostawać. W dalszej części skarży się także na braki w wyposażeniu — wskazuje, że z 12 samochodów zostały im jedynie trzy, które jeżdżą.

onet.pl

Początek tego miesiąca /kwiecień - red./ okazuje się być niemal sądnym dniem dla wielu chińskich deweloperów. Oczywiście w porównaniu z doświadczeniami poprzednich dekad.

1 kwietnia trzy duże firmy z branży nieruchomości ogłosiły swoje sprawozdania finansowe za rok 2021. Zyski Vanke spadły o połowę w stosunku do roku 2020 i osiągnęły 22,5 mld juanów (3,54 mld dolarów), natomiast obroty dewelopera spadły o 10 proc. Zyski Zhenro Properties spadły o 30,9 proc, do 2,28 mld juanów (350 milionów dolarów). Do tego firma nie zdołała wykupić swoich obligacji denominowanych w dolarach. Nawet China Overseas Land & Investment, uznawana za jedną z najbardziej ostrożnych w branży, zanotowała spadek zysków o 4,3 proc. do 36,38 mld juanów (5,71 miliarda USD).

Ogólnie, według danych China Real Estate Information, setka największych deweloperów zebrała aż 59 proc. mniej pieniędzy niż w roku poprzednim. To prawdziwy zimny prysznic dla rynku od pokolenia niemal przyzwyczajonego do ciągłych wzrostów.

Zhenro to nie jedyny deweloper, któremu nie udało się wykupić własnych obligacji w terminie do 31 marca. Kolejny to pekiński Sunac China Holdings. W tym wypadku przyczyną miało być przerwanie audytu spowodowane powrotem zachorowań na COVID-19 na dużą skalę. Dalej na liście znajdują się Kaisa Group Holdings, China Aoyuan Group, Sunshine 100 China Holdings, Fantasia Holdings Group i Modern Land China. Te firmy muszą się mierzyć z jeszcze większymi problemami, gdyż są notowane na giełdzie w Hongkongu. W związku z niezłożeniem w terminie dorocznych sprawozdań finansowych giełda zawiesiła obrót akcjami tych spółek. Wszystkie już zalegają ze spłatą długów lub prawdopodobnie wkrótce nie będą w stanie spłacić swoich zobowiązań.

Deweloperom trudniej też zdobyć pieniądze. Spośród 32 dużych banków notowanych na giełdzie w Hongkongu aż 17 w ciągu roku zmniejszyło kredytowanie branży nieruchomości. W tej grupie znalazły się największy prywatny bank Chin China Minsheng Bank, główny udziałowiec feralnego Evergrande Shengjing Bank, a także państwowy China CITIC Bank. Spadki wynoszą od kilku do nawet 32 proc. w stosunku do roku 2020.

Główne banki państwowe nadal zwiększają kredytowanie branży nieruchomości, co jest formą pomocy, jednak nawet tutaj widać zmianę trendu. Finansowanie deweloperów przez cztery główne banki państwowe wzrosło o 4,9 proc., podczas gdy w poprzednich latach notowano wzrost dwucyfrowy.

Wraz z coraz częstszymi i liczniejszymi przypadkami niewypłacalności lub opóźnieniami w spłacie zobowiązań, kredytodawcy starają się zmniejszać ryzyko. Do tego banki będące własnością prywatną lub władz lokalnych nieufnie podchodzą również do strategii centralnego kierownictwa w Pekinie zmierzającej do opanowania sytuacji na rynku nieruchomości. Od 2020 rząd starał się zniechęcić banki do udzielania pożyczek firmom znajdującym się w trudnej sytuacji finansowej. W następnym roku wprowadzono ograniczenia w udzielaniu kredytów hipotecznych i ekspozycji na sektor nieruchomości.

Jednak jesienią ubiegłego roku działania władz centralnych w obliczu problemów Evergrande i kolejnych deweloperów uznano za niewystarczające. Władze lokalne zaczęły nawet gdzieniegdzie łagodzić ograniczenia dotyczące kredytów hipotecznych dla osób fizycznych. Restrykcyjna polityka wobec finansowania deweloperów jednak nadal obowiązuje.

Banki obawiają się także, iż firmy z branży ubiegające się o kredyt nie przedstawiają pełnych sprawozdań finansowych. Ukrywanie problemów może prowadzić do wzrostu złych długów. W czterech dużych bankach państwowych wskaźnik kredytów zagrożonych w zakresie finansowania nieruchomości wzrósł w ubiegłym roku o ponad jeden punkt procentowy do 3,8 proc. W mniejszych instytucjach finansowych sytuacja jest znacznie gorsza. Przykładowo w Jinshang Bank wskaźnik kredytów zagrożonych dla finansowania nieruchomości przekroczył 10 proc. A to już może zagrozić stabilności tych podmiotów, choć jeszcze nie całego systemu.

Chińscy analitycy określają ryzyko inwestycyjne związane z nieruchomościami jako "możliwe do opanowania", jednak wskazują, że banki będą zmniejszać swoje zaangażowanie w tym sektorze. Według raportu Moody's Investors Service z ubiegłego miesiąca napięta sytuacja i duże potrzeby refinansowania spowodują, że do końca bieżącego roku jeszcze więcej deweloperów nie będzie w stanie wywiązać się ze swoich zobowiązań.

wnp.pl

"Rosja prawdopodobnie poniosła w tym konflikcie druzgocące straty wśród swoich oficerów średniego i niższego szczebla. Dowódcy brygad i batalionów prawdopodobnie wysyłani są w rejon zagrożenia, ponieważ ponoszą bezwarunkową odpowiedzialność za wyniki swoich jednostek. Podobnie młodsi oficerowie musieli kierować działaniami taktycznymi na najniższym szczeblu, ponieważ armia nie dysponuje kadrą wysoko wyszkolonych i upoważnionych podoficerów, którzy pełnią tę rolę w siłach zachodnich" - napisano w codziennej aktualizacji wywiadowczej /brytyjskiego ministerstwa obrony – red/.

"Utrata znacznej części młodego pokolenia oficerów zawodowych prawdopodobnie pogłębi trwające problemy z modernizacją podejścia do dowodzenia i kontroli. Bardziej bezpośrednio, batalionowe grupy taktyczne, które są odtwarzane na Ukrainie z niedobitków wielu jednostek, będą prawdopodobnie mniej skuteczne z powodu braku młodszych dowódców. Wobec wielu wiarygodnych doniesień o lokalnych buntach wśród sił rosyjskich na Ukrainie, brak doświadczonych i wiarygodnych dowódców plutonów i kompanii prawdopodobnie doprowadzi do dalszego spadku morale i utrzymywania się słabej dyscypliny" - dodano.

polsatnews.pl


23 maja w Tokio podczas konferencji prasowej z japońskim premierem Fumio Kishidą prezydent Joe Biden ogłosił powołanie nowej inicjatywy regionalnej pod nazwą Ramy Gospodarcze Indo-Pacyfiku (Indo-Pacific Economic Framework, IPEF). Obejmie ona cztery filary: (1) handel, (2) łańcuchy dostaw, (3) kwestie energii odnawialnej i infrastruktury oraz (4) podatki i przeciwdziałanie korupcji. Według prezydenta do porozumienia mają dołączyć sojusznicy USA w regionie Indo-Pacyfiku – Japonia, Australia, Nowa Zelandia i Korea Południowa – a także Indie i siedem państw Azji Południowo-Wschodniej: Singapur, Malezja, Indonezja, Wietnam, Filipiny, Tajlandia i Brunei. Formalnie IPEF pozostaje otwarte dla partnerów, którzy zechcą się przyłączyć w przyszłości. Premier Kishida potwierdził, że Japonia będzie uczestniczyć w inicjatywie, ale zarazem wyraził nadzieję, że Stany Zjednoczone powrócą do idei powołania Partnerstwa Transpacyficznego (TPP). Tego samego dnia pytany o IPEF rzecznik MSZ w Pekinie Wang Wenbin powiedział m.in., że „wszelkiego rodzaju spiski mające na celu stworzenie polityki obozu, zbudowanie azjatycko-pacyficznej wersji NATO i prowadzenie nowej zimnej wojny w regionie Azji i Pacyfiku są skazane na niepowodzenie”.

Komentarz

IPEF ma uzupełnić o komponent handlowy strategię Bidena w regionie Indo-Pacyfiku, skupioną na kwestiach bezpieczeństwa, stąd też ogłoszenie inicjatywy nastąpiło w przeddzień szczytu QUAD – forum USA, Australii, Japonii i Indii, które tworzy polityczny rdzeń amerykańskiej strategii powstrzymywania Chin w regionie Indo-Pacyfiku. Choć IPEF nie jest formalnie skierowany przeciwko Pekinowi, to zarówno jego reakcja, jak i wypowiedzi przedstawicieli administracji USA wskazują, że celem inicjatywy jest sekurytyzacja współpracy gospodarczej. Z ogólnikowych amerykańskich propozycji wynika, że ogłoszenie inicjatywy oznacza dopiero uruchomienie procesów negocjacyjnych. IPEF przypomina platformę polityczną służącą koordynacji polityk handlowych i pomocowych oraz rozstrzyganiu sporów, na wzór Rady UE–USA ds. Handlu i Technologii. Inicjatywa wyraźnie wpisuje się również w strategię powstrzymywania ChRL (ale też Rosji) w oparciu o budowanie w wielu regionach świata sieci równoległych struktur współpracy o różnym stopniu zaangażowania, wielorakim zakresie i gotowości koordynacji działań. IPEF można postrzegać jako element szerszej globalnej strategii administracji USA, w której inicjatywa ta odgrywa rolę jednego z wielu łączników. IPEF stworzy możliwość wspólnej odpowiedzi na nieuczciwe praktyki handlowe Pekinu, których ofiarą padła na przykład Australia po wykluczeniu chińskiej firmy Huawei z budowy sieci 5G.

Inicjatywa IPEF skierowana jest do państw, które łącznie odpowiadają za 40% światowego handlu. Wsparcie dla dywersyfikacji łańcuchów dostaw ma uodpornić jej członków na ewentualne rozgrywanie przez ChRL dostaw strategicznych produktów, ale też ułatwić kontrolę transferu technologii do Chin. Ma również wyeliminować tzw. wąskie gardła w najważniejszych łańcuchach dostaw i prowadzić do opracowania systemów wczesnego ostrzegania identyfikujących potencjalne problemy. Filar energetyczny i infrastrukturalny IPEF ma być odpowiedzią na chińską Inicjatywę Pasa i Szlaku – chodzi o stworzenie alternatywy dla chińskiego finansowania w tych sektorach. Ma też służyć dekarbonizacji gospodarki i walce ze zmianami klimatycznymi. Poprawa koordynacji podatkowej, upowszechnianie standardów i zwalczanie korupcji mają podnieść jakość usług społecznych, a zarazem utrudniać działania chińskich podmiotów w regionie.

IPEF nie zastąpi Partnerstwa Transpacyficznego – kompleksowej umowy handlowej wynegocjowanej przez administrację Baracka Obamy, z której Stany Zjednoczone wycofały się w 2017 r. po decyzji Donalda Trumpa. TPP było ambitnym projektem stworzenia w regionie Pacyfiku strefy wolnego handlu, która – choć miała izolować ChRL – tworzyła zarazem ramy pogłębienia procesów globalizacyjnych w regionie. Od czasu wycofania się USA z TPP partnerzy Waszyngtonu, przede wszystkim Japonia i Australia, oczekiwali nowej amerykańskiej inicjatywy handlowej. Można jednak mieć wątpliwości, czy IPEF spełni ich nadzieje. Komentarze premiera Japonii wskazują, że partnerzy Stanów Zjednoczonych w regionie traktują IPEF jako inicjatywę sektorową, dotyczącą jednego z wymiarów współpracy handlowej. Przedstawicielka USA ds. handlu Katherine Tai jeszcze przed ogłoszeniem IPEF przyznała, że w Kongresie nie ma poparcia dla tradycyjnej umowy handlowej (jak TPP), obniżającej cła i dążącej do harmonizacji przepisów prawnych krajów członkowskich, aby zwiększyć dostęp do rynku. Z tego względu IPEF będzie miał ograniczone oddziaływanie na globalną gospodarkę – administracja koncentruje się na tym, co może osiągnąć w obecnych uwarunkowaniach politycznych w USA. Nie można jednak wykluczyć, że w przyszłości – przy korzystnych zmianach politycznych w USA – IPEF stanie się podstawą do wynegocjowania nowej umowy o wolnym handlu. Nieobecność Tajwanu w IPEF wynika z niechęci niektórych potencjalnych państw członkowskich do antagonizowania Pekinu. Bez Tajpej możliwości wykorzystania inicjatywy do zabezpieczenia łańcuchów dostaw półprzewodników, a także oddziaływania na sektor nowych technologii będą mocno ograniczone.

Pekin prowadzi w regionie aktywną politykę handlową i stara się przeciwdziałać amerykańskim planom. Zgłosił akces do Kompleksowego i Postępowego Partnerstwa Transpacyficznego (CPTPP), w które przekształciło się TPP po wycofaniu się Waszyngtonu (przystąpienie ChRL do CPTPP wydaje się jednak mało prawdopodobne ze względu na sprzeciw takich państw jak Japonia czy Australia). Do prowadzenia swojej polityki stara się wykorzystywać m.in. Regionalne Kompleksowe Partnerstwo Gospodarcze (RCEP) – umowę o utworzeniu strefy wolnego handlu (w ograniczonej liczbie sektorów), która weszła w życie 1 stycznia br., ale nie jest realizowana. Pekin naciska na państwa będące stronami umowy (Australia, Brunei, Kambodża, Indonezja, Japonia, Laos, Malezja, Mjanma, Nowa Zelandia, Filipiny, Singapur, Korea Południowa, Tajlandia, Wietnam), aby porozumienie zostało wdrożone. RCEP skupia się na redukcji ceł i ułatwianiu obiegu komponentów w ramach łańcuchów dostaw, a nie harmonizacji przepisów i znoszeniu barier pozataryfowych, dlatego nie będzie miało większego wpływu na światowy handel. IPEF nie stwarza wprawdzie bezpośredniej konkurencji dla RCEP poprzez otwieranie dla wolnego handlu kolejnych sektorów gospodarki, ale może utrudnić pełne wykorzystanie przez ChRL zacieśnienia wzajemnych powiązań handlowych na skutek funkcjonowania RCEP. Chiny starają się też ograniczać gospodarcze wpływy USA w regionie za pomocą działań propagandowych. IPEF przedstawiany jest jako przeszkoda w dążeniach do ożywienia gospodarczego po pandemii COVID-19, pogłębiająca kryzys w łańcuchach dostaw poprzez blokady technologiczne, oraz jako narzędzie zmuszania państw regionu do opowiedzenia się po jednej ze stron i narzucenia im zimnowojennej logiki. Wynika to ze świadomości Pekinu, że inicjatywa ta ma potencjał ograniczenia ekspansji gospodarczej ChRL w regionie.

osw.waw.pl

W bazie nazywanej "Xinjiang Police Files" (akta policji w Sinciangu) jest ponad 5 tys. policyjnych zdjęć Ujgurów wykonanych pomiędzy styczniem a lipcem 2018 r. Najmłodsza z tych osób, Rahile Omer, miała w chwili zatrzymania 14 lub 15 lat; najstarsza, Anihan Hamit – 73 lata. Z innych danych wynika, że co najmniej 2884 z tych osób zostało zatrzymanych.

Przy wielu osobach napisano: "zatrzymany do reedukacji". W niektórych przypadkach nie wskazano przyczyny, w innych jako powód podano np. podróż za granicę lub "nielegalne" praktyki religijne – podała BBC.

Na niektórych fotografiach widać również stojących obok strażników z pałkami. BBC przypomina, że chińscy urzędnicy konsekwentnie przekonywali, że "nauka" w ośrodkach nie jest przymusowa. Szef MSZ Wang Yi zapewniał w 2019 r., że są to "szkoły, które pomagają ludziom uwolnić się od ekstremizmu".

Wśród ujawnionych akt są jednak protokoły świadczące, że w obozach byli uzbrojeni funkcjonariusze, na wieżyczkach strażniczych stawiano karabiny maszynowe i snajperskie, a w razie próby ucieczki strażnicy mieli oddać strzał ostrzegawczy, a potem "strzelać, by zabić". "Uczniowie" przenoszeni z jednej placówki do innej mieli mieć opaski na oczach i kajdanki na rękach.

W pakiecie są 452 arkusze z danymi 250 tys. Ujgurów i adnotacją, kto został zatrzymany i w jakim ośrodku. Są tam osoby skazane na więzienie za "przestępstwa" popełnione nawet dekady wcześniej. Jeden mężczyzna usłyszał w 2017 r. wyrok 10 lat za "studiowanie pism islamskich razem z babcią" przez kilka dni w 2010 r. – podała BBC.

Setki innych ukarano za używanie telefonów komórkowych, np. słuchanie "nielegalnych wykładów" lub posiadanie niedozwolonych aplikacji. Innych skazywano nawet na 10 lat więzienia za to, że nie korzystali z telefonów, w związku z czym uznano, że starają się ominąć nadzór elektroniczny.

W arkuszu dotyczącym 58-letniego Tursuna Kadira napisano, że od lat 80. XX wieku studiował i głosił islam, a w ostatnich latach "zapuścił brodę pod wpływem ekstremizmu religijnego". Mężczyzna został za to skazany na 16 lat i 11 miesięcy więzienia – podała BBC.

Wśród dokumentów są niepubliczne przemówienia wysokiej rangi urzędników, które – jak ocenia brytyjska stacja – dają wgląd w rozumowanie stojące za kampanią i sugerują, kto jest za nią odpowiedzialny.

W aktach jest m.in. przemówienie, jakie minister bezpieczeństwa publicznego ChRL Zhao Kezhi miał wygłosić w Sinciangu w czerwcu 2018 r. Według dokumentu Zhao zasugerował, że w południowej części Sinciangu co najmniej dwa miliony ludzi są pod wpływem "ekstremistycznej myśli". Chwalił przywódcę ChRL Xi Jinpinga za jego "ważne instrukcje" dotyczące budowy nowych ośrodków i zwiększenia nakładów na więzienia.

W 2017 r. ówczesny sekretarz partii w Sinciangu Chen Quanguo miał stwierdzić w przemówieniu do wojskowych i policjantów, że "dla niektórych pięć lat reedukacji może nie wystarczyć". – Gdy się ich wypuści, problemy pojawią się ponownie, to jest rzeczywistość Sinciangu – miał powiedzieć.

Według pracującego w USA badacza Adriana Zenza, który otrzymał dokumenty od anonimowego źródła, z akt wynika, że w zamieszkanym przez 22,7 tys. ludzi powiecie w Sinciangu ponad 12 proc. osób dorosłych było w latach 2017-2018 w obozie lub więzieniu. Przy takim odsetku w całym Sinciangu zatrzymanych byłoby ponad 1,2 mln Ujgurów i przedstawicieli innych mniejszości.

Zenz przekazał materiały BBC, która częściowo zweryfikowała je we współpracy z konsorcjum 14 mediów z 11 krajów. Źródło dokumentów twierdzi, że wykradło je z policyjnych serwerów w Sinciangu. BBC skontaktowała się bezpośrednio z tym źródłem, które jednak odmówiło ujawnienia swojej tożsamości.

BBC zaznacza, że protokoły policyjne zapisane są w zwykłym formacie edytora tekstu Microsoft Word i trudno jest niezależnie potwierdzić ich autentyczność. Znajdują się jednak w bazie razem z innymi materiałami, takimi jak zdjęcia, które są łatwiejsze do weryfikacji. Stacja oceniła również, że arkusze zawierają dane prawdziwych osób, ponieważ wielu z nich to krewni Ujgurów mieszkających za granicą.

PAP

niedziela, 29 maja 2022


Prezydent Rosji Władimir Putin zadaje Ukraińcom niewyobrażalne cierpienia i domaga się straszliwych poświęceń od własnego narodu w celu zdobycia miasta, które nie zasługuje na cenę, nawet dla niego.

Rosyjska inwazja na Ukrainę, która miała na celu przejęcie i okupację całego kraju, stała się desperacką i krwawą ofensywą mającą na celu zdobycie jednego miasta na wschodzie, jednocześnie broniąc ważnych, ale ograniczonych zdobyczy na południu i wschodzie. Ukraina dwukrotnie zmusiła Putina do określenia jego celów wojskowych. Ukraina pokonała Rosję w bitwie pod Kijowem, zmuszając Putina do zredukowania jego kolejnych celów wojskowych do zajęcia obwodów donieckiego i ługańskiego we wschodniej Ukrainie. Ukraina powstrzymała go również przed osiągnięciem tego celu, zmuszając go do skupienia się na samym dokończeniu zajęcia obwodu ługańskiego. Putin rzuca teraz ludźmi i amunicją w ostatnie główne skupisko ludności w tym obwodzie, Siewierodonieck, jakby zdobycie go wygrało wojnę dla Kremla. On się myli. Gdy bitwa pod Siewierodonieckiem dobiegnie końca, niezależnie od tego, która strona utrzyma miasto, rosyjska ofensywa na poziomie operacyjnym i strategicznym prawdopodobnie dojdzie do kulminacji, dając Ukrainie szansę na wznowienie kontrofensywy na poziomie operacyjnym w celu odepchnięcia sił rosyjskich.

Siły rosyjskie atakują Siewierdonieck, chociaż jeszcze go nie okrążyły. Dokonują zdobyczy terytorialnych i mogą odnieść sukces w zdobyciu miasta i obszarów dalej na zachód. Ukraińskie wojsko stoi przed najpoważniejszym wyzwaniem, jakie napotkało je od czasu izolacji Zakładów Azowstal w Mariupolu i w przypadku upadku Siewierodoniecka może w najbliższych dniach ponieść znaczącą taktyczną porażkę, choć taki wynik nie jest bynajmniej pewny, a rosyjskie ataki mogą ponownie utknąć w martwym punkcie.

Rosjanie płacą cenę za swój obecny taktyczny sukces, która jest nieproporcjonalna do jakichkolwiek realnych operacyjnych lub strategicznych korzyści, na jakie mogą liczyć. Sam Siewierodonieck jest ważny na tym etapie wojny przede wszystkim dlatego, że jest ostatnim znaczącym skupiskiem ludności w obwodzie ługańskim, którego Rosjanie nie kontrolują. Zajęcie go pozwoli Moskwie na zadeklarowanie pełnego zabezpieczenia obwodu ługańskiego, ale nie da Rosji żadnych innych znaczących korzyści militarnych czy gospodarczych. Jest to szczególnie prawdziwe, ponieważ siły rosyjskie niszczą miasto, atakując je i będą kontrolować jego gruzy, jeśli je zdobędą. Przejęcie Siewierodoniecka może otworzyć rosyjską naziemną linię komunikacyjną (GLOC) w celu wsparcia operacji na zachodzie, ale Rosjanom nie udało się zapewnić znacznie korzystniejszych GLOC od Izjum, częściowo dlatego, że tak bardzo skoncentrowali się na Siewierodoniecku.

W międzyczasie Rosjanie nadal robią bardzo ograniczone postępy w staraniach o przejęcie kontroli nad nieokupowanymi obszarami obwodu donieckiego. Rosyjskie wojska od tygodni borykają się z sforsowaniem linii kontaktowej sprzed 24 lutego, podczas gdy rosyjskie operacje ofensywne z Izyum na południe pozostają w dużej mierze w martwym punkcie. Zajęcie Siewierodoniecka mogłoby jedynie pomóc w podboju pozostałej części obwodu donieckiego, gdyby dało Rosjanom rozpęd do budowania kolejnych operacji, ale bitwa pod Siewierdonieckiem najprawdopodobniej uniemożliwi kontynuowanie rosyjskich operacji ofensywnych na dużą skalę.

Postęp Rosji wokół Siewierdoniecka wynika w dużej mierze z tego, że Moskwa skoncentrowała siły, sprzęt i materiały zaczerpnięte ze wszystkich innych osi na tym jednym celu. Wojska rosyjskie od tygodni nie były w stanie poczynić postępów na żadnej innej osi i w dużej mierze nawet tego nie próbowały. Mimo to ukraińscy obrońcy zadali straszliwe straty rosyjskim napastnikom w okolicach Siewierodoniecka. Moskwa nie będzie w stanie odzyskać dużej ilości skutecznej siły bojowej, nawet jeśli zajmie Siewierdonieck, ponieważ lekkomyślnie wykorzystuje tę siłę bojową, zdobywając miasto.

Siły ukraińskie ponoszą również poważne straty w bitwie pod Siewierodonieckiem, podobnie jak ukraińscy cywile i infrastruktura. Rosjanie skoncentrowali znacznie większą część swojej dostępnej ofensywnej siły bojowej na zajęcie Siewierodoniecka niż Ukraińcy, kształtując jednak gradient wyniszczenia generalnie na korzyść Kijowa. Ukraińcy nadal otrzymują zaopatrzenie i materiały od swoich sojuszników, jakkolwiek powolny i ograniczony może to być przepływ. Natomiast Rosjanie nadal wykazują wyraźne oznaki, że wykorzystują dostępne zasoby siły roboczej i sprzętu, nie mając powodu, by oczekiwać pomocy w nadchodzących miesiącach.

Narastają dowody erozji profesjonalizmu wojskowego w rosyjskim korpusie oficerskim. Ukraiński Zarząd Wywiadu Wojskowego (GUR) poinformował, że rosyjscy dowódcy próbują chronić sprzęt wojskowy, zabraniając kierowcom ewakuacji rannych żołnierzy lub dostarczania zaopatrzenia jednostkom, które posunęły się zbyt daleko. Odmowa narażania sprzętu do ewakuacji rannego personelu na polu bitwy – z wyjątkiem nadzwyczajnych okoliczności – jest rażącym naruszeniem podstawowych zasad profesjonalizmu wojskowego. Takie zachowanie może mieć poważny wpływ na morale i gotowość żołnierzy do walki i ryzyko odniesienia obrażeń poza ich własnymi liniami obronnymi. ISW nie może samodzielnie potwierdzić raportu GUR, ale komentarze rosyjskich milbloggerów stanowią dla niego pewne poszlaki. Rosyjski milblogger Aleksander Życzkowski skrytykował lekceważenie przez rosyjskie dowództwo wojskowe rezerwistów na zdegradowanym froncie obwodu zaporoskiego. Życzkowski zaznaczył, że za wysokie straty i przypadki szaleństwa wśród żołnierzy odpowiadają rosyjscy dowódcy. Inny milblogger, Aleksander Chodarkowski, powiedział, że rosyjscy dowódcy nie wysyłają posiłków w odpowiednim czasie, co uniemożliwia rosyjskim siłom odpoczynek między atakami naziemnymi.

Malejący profesjonalizm wśród rosyjskich oficerów może dać szanse siłom ukraińskim. Rosyjskie morale, już i tak niskie, może dalej spaść, jeśli takie zachowanie będzie się upowszechniać i trwać. Jeśli rosyjskie wojska utknięte na drugorzędnych osiach stracą wolę walki, ponieważ bitwa o Siewierdonieck pochłonie znaczną część dostępnej rosyjskiej ofensywnej siły bojowej, Ukraina może mieć szansę na przeprowadzenie znaczących kontrofensyw, które mają duże szanse powodzenia. Ta perspektywa jest niepewna, a Ukraina może nie być w stanie wykorzystać okazji, nawet jeśli się pojawi, ale obecny model rosyjskich operacji generuje poważne luki, które Kijów prawdopodobnie będzie próbował wykorzystać.

understandingwar.org

Podczas gdy opozycja demokratyczna, część środowisk artystycznych i liberalna inteligencja mówią o całkowitej dyskredytacji kraju przez władze i potrzebie „wynalezienia Rosji na nowo”, wciąż mało wiemy o tym, co tak naprawdę myśli o inwazji na Ukrainę rosyjskie społeczeństwo.

Cenzura wojenna została wprowadzona na początku marca 2022 roku ustawą karzącą nawet 15 latami więzienia za fake newsy o rosyjskiej armii. Pogłębiła ona problemy, z jakimi od lat mierzyli się socjologowie próbujący badać nastroje społeczne w coraz bardziej represyjnym systemie. Obecnie nielegalne stało się nawet nazywanie wojny wojną, podobnie jak informowanie o sytuacji na froncie. Dotyczy to przede wszystkim liczby ofiar po stronie rosyjskiej (ministerstwo obrony ukrywa te dane) i przestępstw, jakich dopuszczają się „wyzwoliciele Ukrainy od nazizmu”. Doniesienia o masakrach cywilów czy maruderstwie propaganda nazywa „antyrosyjską prowokacją”.

Rosjanie konsumują zatem całkowicie wypaczony przekaz medialny i wiedzą, że nieprawomyślność podlega karze. Według organizacji broniącej praw człowieka Agora dotychczas wszczęto co najmniej 53 sprawy karne za „fejki”. Sypią się też kary za „dyskredytację” rosyjskiej armii – nowe wykroczenie administracyjne, za które grozi grzywna. Do tej pory sądy rozpatrzyły ponad 2 tysiące takich spraw.

W połowie grudnia 2021 roku w sondażu państwowego ośrodka WCIOM dotyczącego stosunku Rosjan do Ukrainy jedynie 9% ankietowanych uznało ją za państwo wrogie Rosji. Można zakładać, że deklarowane poparcie dla inwazji byłoby wówczas na podobnym poziomie. Pośrednio świadczą o tym badania niezależnego Centrum Lewady z 2021 roku, z których wynikało, że Rosjanie boją się wojny i jej nie chcą. Obecnie jednak w różnych sondażach (zarówno niezależnych, jak i państwowych ośrodków) deklarowane poparcie dla „wojskowej operacji specjalnej” w Ukrainie plasuje się średnio między 70% a 80%.

W sondażu Centrum Lewady z końca kwietnia 74% respondentów poparło działania rosyjskiej armii (przeciwników było 19%), podczas gdy w marcu poparcie dla nich wynosiło 81%. Między marcem a kwietniem z 53% do 45% spadł udział osób popierających je „zdecydowanie”, a z 6% do 11% wzrósł odsetek tych, którzy są „zdecydowanie przeciwko”. Jak wskazuje dyrektor Centrum Lewady, Denis Wołkow, w porównaniu ze „zdecydowanie popierającymi”, wśród respondentów, którzy „raczej popierają” działania rosyskiej armii, dwukrotnie więcej jest tych, którzy odczuwają lęk lub wręcz przerażenie w związku z sytuacją, a poczucie dumy jest wśród nich wyraźnie słabsze.

Może to świadczyć o narastaniu wątpliwości – bądź co do sensu inwazji, bądź jej przebiegu czy skuteczności (choć 73% wierzy w zwycięstwo Rosji, a jedynie 7% obciąża swój kraj odpowiedzialnością za ofiary i zniszczenia). Świadomość rosyjskich niepowodzeń wsącza się powoli do obiegu informacyjnego przez szczeliny w propagandowych zasiekach. Ci sami propagandyści, którzy jeszcze niedawno grzmieli o „denazyfikacji całej Ukrainy”, dzisiaj wielokrotnie wychwalają wciąż te same drobne sukcesy rosyjskiej armii na Donbasie, strasząc jednocześnie Zachód rosyjską bronią nuklearną. Władimir Putin wygłosił nijakie przemówienie w najważniejszym dniu rosyjskiego kalendarza, 9 maja: w obliczu faktów nawet on nie wykrzesał z rosyjskiej kampanii sukcesów, którymi można by się pochwalić.

Jest jednak zbyt wcześnie, by na podstawie dotychczasowych badań prognozować długofalowe trendy, tym bardziej że deklarowane poparcie dla prezydenta utrzymuje się na stabilnie wysokim poziomie (82% w kwietniu, praktycznie bez zmian w porównaniu z marcem).

Mimo że przytoczone liczby zdają się świadczyć o powrocie imperialnej euforii, jaką pamiętamy z okresu po aneksji Krymu, w rzeczywistości Rosjanom daleko do „krymskiego” entuzjazmu. Żeby zrozumieć mechanizmy deklarowanego poparcia, dużo bardziej przydatne są badania jakościowe, pogłębione wywiady prowadzone przez niezależnych socjologów (m.in. z Centrum Lewady czy Public Sociology Laboratory), których celem jest analiza sposobu argumentacji i mechanizmów myślenia respondentów, przede wszystkim zwolenników władzy. W przeciwieństwie do badań ilościowych nie są one reprezentatywne dla całości społeczeństwa. Podczas takich wywiadów kładzie się nacisk nie na pytania „plebiscytowe” (czy jest pan/pani „za” czy „przeciw”), ale takie, które mają ujawnić motywacje respondentów, a często – niekonsekwencje w udzielanych odpowiedziach i ich przyczyny.

Jak wynika z tych wywiadów, bezkrytycznych zwolenników wojny jest stosunkowo niewielu. Według Aleksieja Lewinsona, socjologa Centrum Lewady, mogą oni stanowić około 20% społeczeństwa, podobnie liczna jest grupa przeciwników. Pozostali to tzw. bagno (ros. bołoto) – ludzie de facto bez poglądów, dostosowujący się do wymogów okoliczności. Co ważne, odpowiedzi tych samych osób mogą się różnić nawet w zależności od okoliczności prowadzonej rozmowy.

Robiące karierę w internecie sceny patriotycznego wmożenia (quasi-faszystowskie w swej poetyce mityngi poparcia dla inwazji, dzieci ustawione w kształt litery „Z”, uczniowie i studenci skandujący hasła poparcia) są na ogół zorganizowanymi przez władze, wyreżyserowanymi ustawkami, do udziału w których zmusza się ludzi uzależnionych od państwa: lokalnych urzędników czy pracowników sektora budżetowego. Dekonstrukcja transmisji z imprezy propagandowej na moskiewskim stadionie Łużniki 18 marca, przeprowadzona przez rosyjskich blogerów, podważyła zarówno wiarygodność oficjalnej liczby 200 tysięcy uczestników, jak i ich entuzjazm (wiele osób szybko opuściło stadion – najpewniej niedługo po tym, jak odhaczyli się na listach obecności). Wykorzystywanie dzieci w celach politycznych, ich indoktrynacja spotyka się nierzadko z ostrą reakcją rodziców – szczególnie w wielkich miastach; wielu dyrektorów i nauczycieli również nie wykazuje się gorliwością we wdrażaniu odgórnych poleceń w tej kwestii.

O chłodnym stosunku do wojny świadczy też m.in. niskie poparcie dla powszechnej mobilizacji, w tym rosnąca liczba żołnierzy i funkcjonariuszy Rosgwardii (formacji łączącej cechy sił wojskowych i policyjnych, służącej do pacyfikacji zajętych terenów), którzy odmawiają walki w Ukrainie (obrońcy praw człowieka szacują, że ich liczba idzie w tysiące). Jednak ponieważ Rosja formalnie nie jest w stanie wojny z Ukrainą, władze mają ograniczone narzędzia nacisku na nieposłusznych. Symptomatyczny był także marcowy komunikat władz wojskowych w Petersburgu. Po tym, jak nagłośniono przypadki wysyłania na wojnę źle wyszkolonych poborowych, władze przyznały, że z uwagi na „wojnę psychologiczną ze strony wrogów Rosji”, wzrasta lęk przed służbą wojskową i nasilają się nastroje antypaństwowe. Od 24 lutego w Rosji próbowano podpalić co najmniej 13 komisji wojskowych. W kwietniowym ogólnorosyjskim sondażu niezależnej grupy Russian Field 56% mężczyzn oznajmiło, że nie wzięłoby udziału w „operacji specjalnej”. Największą gotowość do walki deklarowali emeryci i ludzie z wysokimi dochodami – czyli ci, którzy i tak nie zostaliby wysłani na front z racji wieku albo możliwości wykupienia się od służby.

Trudno rozpoznać, jaka część Rosjan w pełni świadomie i samodzielnie wybiera postawę antyukraińską, a jaka deklaruje ją bezrefleksyjnie, ze strachu, z obojętności, albo żeby ankieter, w oczach respondenta uosabiający państwo, po prostu dał już spokój. Choć Centrum Lewady odnotowuje wysoki poziom deklarowanej dumy z armii i prezydenta (około połowy ankietowanych), to niewiele niższy jest poziom negatywnych emocji: w związku z aktualną sytuacją około 40% Rosjan odczuwa wstyd, wzburzenie, gniew bądź depresję. Bardziej świadczy to o polaryzacji niż o jedności społeczeństwa.

Przeciwko wojnie jest najczęściej najmłodsza grupa wiekowa (18–29 lat – odsetek sprzeciwu wynosi w niektórych badaniach nawet 50%), mieszkańcy wielkich miast, osoby czerpiące informacje z internetu, w tym mediów społecznościowych, a także ludzie najbiedniejsi – świadomi, że to oni staną się pierwszymi ofiarami geopolitycznych awantur Kremla. Jak wynika z marcowego sondażu Russian Field, poziom poparcia jest też nieco niższy wśród kobiet oraz wśród osób, które wyjeżdżają za granicę.

Za suchą matematyką ankiet kryje się zatem bogaty wielogłos emocji i motywów, jakie skłaniają ludzi do deklarowania poparcia dla Putinowskiej agresji.

Władza niemal całkowicie zawłaszczyła język opisu świata, delegalizując konkurencyjne narracje. W sondażach nie wolno pytać o stosunek do „wojny”, a sformułowanie „operacja specjalna” już na wstępie prowadzi do wypaczania języka, jakim myśli się i mówi o inwazji, a zatem i stosunku do niej. Od piewszego dnia agresji władze dążyły do pełnej blokady informacyjnej i mobilizacji społeczeństwa „wokół flagi”, w tym poprzez eskalację zmasowanej kampanii propagandowej, demonizującej Ukrainę i Zachód w duchu orwellowskim. Kampania ta jest prowadzona w telewizji, szkołach, na uczelniach i w przestrzeni miejskiej. Hasła i symbole wojny naklejane są na billboardy czy środki transportu publicznego (litery „Z” czy „V” na prywatnych samochodach spotyka się rzadko). Jej ważnym elementem jest przekonywanie odbiorców, że większość popiera prezydenta i jego politykę oraz że krytyka własnego państwa jest tożsama ze zdradą.

Celem władz jest nie tyle przekonanie odbiorców do jednej, „kanonicznej” wersji wydarzeń, ile ich zombifikacja: pozbawienie zdolności samodzielnego myślenia, oszołomienie i sianie chaosu semantycznego. „Zombie” mają bezrefleksyjnie przyjąć dowolną narrację; dzięki temu propaganda ma być zdolna elastycznie dostosowywać przekaz do szybko zmieniających się okoliczności i skutecznie sprzedawać go odbiorcom. A jakie treści sprzedaje? Rosja nie zabija cywilów i nie niszczy miast. Rosja przeprowadza punktowe uderzenia na obiekty wojskowe „z chirurgiczną precyzją”. Ukraińscy cywile są ofiarami zbrodniczych działań własnej armii i bojowników nazistowskich ugrupowań, którzy robią z nich żywe tarcze. Rosja nigdy na nikogo nie napadała pierwsza, Rosja zawsze się broniła. Na Zachodzie panuje nowy nazizm – rusofobia. Zagrożone jest samo istnienie narodu rosyjskiego. „Gdybyśmy my nie uderzyli, uderzono by na nas, to była kwestia dni” (nieprzypadkowo w tym kontekście wykorzystuje się nieprzygotowanie ZSRR na hitlerowską agresję w 1941 roku). Społeczeństwo przyjmuje te zdania jako prawdziwe z kilku powodów.

Po pierwsze, na długo przed inwazją Rosjanie w dużej mierze zobojętnieli na tematykę ukraińską, obecną w mediach od 2013 roku. 24 lutego bieżącego roku przyjęli zatem pierwszą gotową narrację, jaką im zaoferowano. Po drugie, rosyjskie władze instrumentalnie rozgrywają zapotrzebowanie społeczeństwa na poczucie wyjątkowości („jesteśmy lepsi niż reszta”, „racja jest po naszej stronie”) oraz potrzebę posiadania wroga. Po trzecie, narracja jest wszechobecna, przytłacza figurami retorycznymi, hiperbolami ilustrującymi skalę zła, z jakim rzekomo walczy rosyjska armia.

Po czwarte, wszystkie znaczące niezależne media albo zaprzestały działalności, przynajmniej na jakiś czas, w związku z represjami, albo zostały zdelegalizowane w Rosji, albo są blokowane. Najważniejszymi źródłami niezależnej informacji pozostają obecnie serwisy YouTube i Telegram. Dziennikarze kontynuują pracę, lecz żródła rzetelnej informacji są rozproszone, co utrudnia dotarcie do niej. Dostęp do wielu stron jest możliwy jedynie przy użyciu VPN.

Po piąte, większość Rosjan nie sięga po niezależne informacje, bo albo nie jest gotowa na przyjęcie trudnej prawdy o wojnie, albo na przyznanie, że tę prawdę znają. Wymagałoby to bowiem podjęcia dyskusji o zbiorowej winie i odpowiedzialności. Istnieje też silna obawa przed dyskredytacją państwa, które pozostaje w zasadzie jedynym trwałym punktem odniesienia dla tożsamości zbiorowej.

Najbardziej szokuje odrzucanie faktów, relacji przyjaciół czy krewnych z Ukrainy. Opowieści z pierwszej ręki przegrywają z telewizją (jako główne źródło informacji traktuje ją dwie trzecie respondentów). Wiele rodzin doświadcza w związku z tym głębokich podziałów, szczególnie międzypokoleniowych, gdyż polaryzacja według kryterium wieku jest najsilniejsza. Jak w majowym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” stwierdził socjolog Grigorij Judin, agresywne odrzucanie, wypieranie faktów to reakcja człowieka, który wszystko wie i rozumie, ale próbuje za wszelką cenę uratować swój „kruchy wewnętrzny świat”.

Z kolei w rozmowie z „Wyborczą” w marcu bieżącego roku Aleksiej Lewinson z Centrum Lewady skonstatował: „ludzie chcą być oszukiwani”. Daje o sobie znać atomizacja społeczna i depolityzacja – ludzie zamykają się w swoim świecie, którego granice rzadko wykraczają poza najbliższą rodzinę i wąski krąg przyjaciół. Jak jednak donoszą specjaliści, w ostatnich miesiącach znacząco wzrosła liczba osób zwracających się o pomoc psychologiczną.

Choć Rosjanie nie mają spójnego wyobrażenia na temat celów „operacji specjalnej”, przedstawiane przez nich interpretacje sensu inwazji (obrona granic Rosji, obrona ludności DNR i ŁNR, zapobieżenie człokostwu Ukrainy w NATO) odzwierciedlają zmienny przekaz forsowany przez telewizję. Daje też o sobie znać swoisty „efekt utopionych kosztów”, widoczny zwłaszcza w wypowiedziach członków rodzin poległych żołnierzy: „trzeba iść do końca, do zwycięstwa, przecież oni nie zginęli na darmo”.

Innym powodem wysokiego deklarowanego poparcia dla władz jest obawa przed represjami, zorganizowanym hejtem w internecie, przemocą oraz ostracyzmem społecznym (zwłaszcza w mniejszych zbiorowościach) przy jednoczesnym braku poczucia sprawczości i wiary w sens protestu. O skali obaw świadczy wzrost odsetka odmów udziału w ankietach. Jak wskazują sondaże Russian Field (większość ośrodków w ogóle nie podaje takich danych), w marcu sięgnął on 95% i był znacząco wyższy niż w lutym. W jednym z marcowych sondaży jedna piąta ankietowanych oświadczyła, że obawia się brać udział w podobnych badaniach. 68% z nich nie była zadowolona z sytuacji w kraju, wyraźna większość odczuwała też negatywne emocje w związku z „operacją specjalną”. Można zakładać, że nastroje takie są właściwe przede wszystkim osobom, które uchylają się od uczestnictwa, natomiast zwolennicy władz wypowiadają się o wiele chętniej. W rozmowach z socjologami ludzie mówili: „to chyba niebezpieczne pytania, lepiej nie odpowiadać, politycznych pytań nie chcę”; „od nas i tak nic nie zależy”; „ojej, chlapnę coś, a wy mnie potem posadzicie”. Były też i pogróżki: „wasze pytania są nielegalne, jeśli teraz zadzwonię do FSB, to do domu na noc nie wrócicie”.

Ten ostatni przykład jest istotny: podczas wojny zauważalnie wzrosła liczba donosów z pobudek „patriotycznych”. Do donoszenia wprost zachęcają władze (m.in. rozsyłając smsy z apelem, by informować o podejrzanej aktywności czy nieprawomyślnych wypowiedziach innych osób). Według informacji niezależnych mediów, moskwianie znajdowali w skrzynkach pocztowych listy z propozycjami donoszenia na politycznie nieprawomyślnych sąsiadów, „wyrażających nienawiść wobec Rosji i Putina” lub finansujących działalność Nawalnego (który w świecie putinowskiego totalitaryzmu odgrywa rolę Emmanuela Goldsteina).

Znaczna część społeczeństwa jest sfrustrowana złą sytuacją społeczno-ekonomiczną, korupcją i bezprawiem.

Paradoksalnie przyłączenie się do agresora (władzy państwowej) to – jak wyjaśniają socjologowie – sposób obrony w sytuacji, kiedy człowiek ma dojmujące poczucie, że stał się ofiarą okoliczności. Poparcie dla propagandy wojennej może być ujściem dla buntu i frustracji z powodu świadomości przegranej zarówno na poziomie indywidualnym, jak i zbiorowym. Przyzwyczajenie do życia w systemie opartym na przemocy skutkuje przeświadczeniem, że zarówno w polityce zagranicznej, jak i wewnętrznej decydujące jest prawo siły, nie siła prawa.

Ostatnia dekada pokazała, że ani uliczne demonstracje, ani niezależne media, ani do niedawna silne zalążki społeczeństwa obywatelskiego nie są w stanie powstrzymać represyjnego kursu władz. W ciągu ostatnich dwóch lat zlikwidowano wszelkie struktury, jakie dzisiaj mogłyby się stać motorem protestu antywojennego, a wielu oponentów reżimu znalazło się na przymusowej emigracji. Zwłaszcza na prowincji silne jest przekonanie, że „przetrwa ten, kto milczy”. To zatem nie „donbaski entuzjazm”, ale konformizm, mimikra: Rosjanie wiedzą, że najlepiej być niewidocznym dla własnego państwa, przyłączyć się do większości, nie wychylać się. Towarzyszy temu nadzieja, że „problem” niedługo się rozwiąże, choć wielu jest przekonanych, że jeśli nie sama wojna, to skutki konfrontacji z Zachodem utrzymają się bardzo długo. Paradoksalnie, i jednych, i drugich te rozbieżne przekonania doprowadzają do wyboru strategii adaptacji, a nie oporu.

Od końca lutego zespół Public Sociology Laboratory prowadził pogłębione wywiady w Rosji (online i offline – te ostatnie w Moskwie i Petersburgu). Choć nie należy wysnuwać daleko idących wniosków na podstawie badań jednego ośrodka, można roboczo zarysować kilka typów sojuszy, jakie obywatele Rosji są gotowi zawrzeć z władzą.

1) Sojusz domyślny. Dotyczy bezrefleksyjnych konsumentów propagandy państwowej, na ogół nie korzystających z innych źródeł informacji, posługujących się kliszami narracyjnymi serwowanymi przez telewizję. Jednak im więcej czasu upływa od początku inwazji, tym większa część tych osób jest gotowa poddawać w wątpliwość serwowany im obraz świata.

2) Sojusz imperialny. Dotyczy zdeklarowanych, świadomych zwolenników „projektu imperialnego” (chodzi o odzyskiwanie przez Rosję dominującego wpływu w tzw. przestrzeni poradzieckiej i skuteczne przeciwstawianie się Zachodowi), którzy ukształtowali swoje przekonania na długo przed wojną. Wiedzą, co się dzieje w Ukrainie, ale uważają, że ofiary na wojnie są nieuniknione. Popierają politykę zagraniczną Putina, nawet jeśli krytykują politykę wewnętrzną. Są też najmniej podatni na perswazję.

3) Sojusz przeciwko wspólnemu wrogowi. Ta grupa wolałaby, żeby wojny nie było, ale skoro już się rozpoczęła, to usprawiedliwiają ją potrzebą przeciwstawienia się NATO. Co ciekawe, tacy ludzie niekoniecznie ufają kremlowskiej propagandzie; mogą sięgać po alternatywne źródła informacji. Są też świadomi poważnych skutków społeczno-ekonomicznych wojny.

4) Sojusz taktyczny, charakterystyczny dla osób osobiście związanych z Donbasem. Stają one po stronie Kremla, nawet jeśli są ogólnie krytyczne wobec rosyjskich władz, bo nadrzędnym celem pozostaje obrona tożsamości ludności regionu przeciwko „ukrainizacji” i zakończenie trwającego od 2014 konfliktu.

5) Sojusz mimo wszystko. To zwolennicy podejścia right or wrong, my country. Mogą oni odnosić się krytycznie zarówno do celów, jak i metod wojny, ale nie są w stanie zwrócić się przeciwko ojczyźnie.

Czas pokaże, czy przesączająca się powoli do świadomości społecznej prawda o kosztach wojny (ludzkich i materialnych) doprowadzi do odrodzenia się nastrojów krytycznych wobec władz, które nasilały się w ostatnich latach przed inwazją. Jeśli nawet tak się stanie, w przewidywalnej przyszłości nie doprowadzi to do aktywizacji protestu. To nie postawy społeczne, ale wyłącznie klęska Rosji na polu bitwy może zmienić losy tej wojny.

new.org.pl

sobota, 28 maja 2022


Doskonalenie wozów bojowych dotyczy najczęściej kilku obszarów. Najprościej zastosować nową amunicję oraz przyrządy obserwacyjno-celownicze. Więcej wysiłku wymaga od inżynierów zastosowanie nowego głównego uzbrojenia (armaty) oraz nowego silnika/układu przeniesienia mocy. Największym wyzwaniem jest zwykle wzmocnienie bazowego opancerzenia, co często wymaga np. skonstruowania nowej wieży (co zdarzyło się np. dwukrotnie w przypadku czołgów Leopard). Prostszą alternatywą bywa zastosowanie opancerzenia dodatkowego w postaci ekranów i modułów zewnętrznych, dodanych do dotychczasowego pancerza.

W przypadku czołgów z rodziny T-54 pierwszy etap modernizacji miał dość ograniczony charakter. Zaczęto na nich instalować armaty stabilizowane najpierw w jednej (1954 r.), a potem w dwóch płaszczyznach (1956 r.). Wprowadzono nocne przyrządy obserwacyjno-celownicze (1957 r.) oraz osprzęt do forsowania rzek po dnie (1958 r.). Zastosowano trwalsze gąsienice (1966 r.) i unowocześnione środki łączności. Nietypową modernizacją było wprowadzenie w przedziale bojowym wykładzin pochłaniających promieniowanie przenikliwe (1962 r.). Dalsze zmiany – wdrożenie nowej amunicji, zastosowanie zewnętrznego opancerzenia dodatkowego itd. wprowadzano w trakcie kapitalnych remontów tych czołgów na przełomie lat 70. i 80. ub. wieku, gdy były już produkowane w ZSRR wozy bojowe kolejnych dwóch generacji.

Twórcy T-54, czyli inżynierowie z KB-60 przy fabryce nr 75 w Charkowie kierowani przez A. Morozowa wykazywali niewielkie zainteresowanie modernizacją starszych czołgów koncentrując się na opracowaniu wozu nowej generacji – późniejszego T-64. Gdyby czołg ten powstał na czas, takie podejście byłoby jak najbardziej zasadne. Niestety, na przeszkodzie stanęły zarówno czynniki obiektywne, jak i subiektywne. Prawdopodobnie największy wpływ na późniejsze problemy miało żądanie wojska, aby nowy czołg był pod każdym względem lepszy od T-54 (siła ognia, opancerzenie, ruchliwość w terenie), a równocześnie nie był od niego znacząco cięższy. Zmusiło to konstruktorów do poszukiwania oryginalnych i często ryzykownych rozwiązań, wskutek czego ryzyko techniczne (prawdopodobieństwo stworzenia nieudanej konstrukcji) systematycznie rosło. Nowy wóz musiał być nie konstrukcją ewolucyjną, bazującą na sprawdzonym T-54, a rewolucyjną.

Ostatecznie wymagania wojska spełniono, ale proces tworzenia nowego czołgu, a szczególnie jego dopracowywania trwał znacznie dłużej, niż zakładano, a liczne zastosowane innowacje (silnik o nietypowej konstrukcji, nowy układ jezdny, automat ładowania armaty) sprawiały wiele nieprzyjemnych niespodzianek, zanim zostały „okiełznane”. Z czasem ujawniła się jeszcze jedna słabość nowej konstrukcji: w walce o ograniczenie masy zaprojektowano pojazd bardzo niewielki, o ciasnym wnętrzu. Jakiekolwiek zmiany wyposażenia były przez to bardzo utrudnione, a więc potencjał modernizacyjny nowego wozu był ograniczony. Jego produkcja była na dodatek znacznie bardziej skomplikowana, niż T-54, a obsługa w jednostkach wymagała wyższego poziomu kultury technicznej. Braki w tej ostatniej dziedzinie prowadziły do częstych awarii, głównie układu napędowego i licznych, zwykle nieuzasadnionych narzekań i skarg z jednostek.

zbiam.pl

Bałtyk zamienia się w strefę zdominowaną przez NATO. Finlandia i Szwecja, składając wnioski o przyłączenie się do Sojuszu, znacznie wzmocniły nasze bezpieczeństwo. Możemy za to dziękować głównie jednemu człowiekowi - Władimirowi Putinowi.

- To istotne wzmocnienie bezpieczeństwa naszego państwa. Absolutnie. Zwłaszcza wobec daleko idącej słabości naszej Marynarki Wojennej - mówi Gazeta.pl generał Mieczysław Gocuł, były szef Sztabu Generalnego RP. Finlandia i Szwecja może na papierze nie mają potężnych sił zbrojnych, ale są one w przemyślany sposób skrojone pod możliwości obu państw oraz warunki, w jakich może przyjść im walczyć.

- To nie są kraje, które chcą wejść do NATO na kredyt. Oba dysponują istotnym potencjałem, który wzmocni sojusz - uważa gen. Gocuł.

Jeszcze pół roku temu trudno było sobie wyobrazić taki rozwój sytuacji. Finowie i Szwedzi owszem utrzymywali dobre i bliskie relacje z NATO, ale nie mieli planów wstępowania do Sojuszu. Oba państwa ceniły sobie swoją neutralność i pozostawanie na uboczu sporów NATO-Rosja. Poparcie społeczne dla ewentualnej akcesji oscylowało w Finlandii od lat w rejonie 20-30 procent. W Szwecji było nieco wyższe, ale nadal w rejonie 30-40 procent. Tyle pozwalało na utrzymywanie partnerstwa z NATO, ale nie na dążenie do formalnego wstąpienia do układu.

- Od wielu lat przy tworzeniu sojuszniczych planów działania w obszarze Morza Bałtyckiego traktowano Finlandię i Szwecję jako państwa partnerskie, współdziałające. Nawet przy założeniu ich formalnej neutralności. Bo będąc neutralnym można być obojętnym albo pomocnym. I zakładano to ostatnie, pewnego rodzaju wsparcie dla NATO - mówi gen. Gocuł. W ostatnich latach coraz częściej wojska Finlandii i Szwecji wspólnie ćwiczyły z siłami Sojuszu. Zwłaszcza jeśli chodzi o działania w powietrzu.

- Jako kraje partnerskie brali też udział od lat w ćwiczeniach zarządzania kryzysowego. Ich oficerowie regularnie pojawiali się na różnych spotkaniach. Zapamiętałem ich jako zawsze bardzo dobrze wyszkolonych, z dużą wiedzą, rzeczowych i asertywnych - mówi były szef Sztabu Generalnego.

Finowie i Szwedzi zakładali, że zagrożenie dla nich ze strony Rosji jest na tyle małe, że wstąpienie do NATO i uwikłanie się w rywalizację obu potęg tylko zwiększy szanse uwikłania się w prawdziwy konflikt. Woleli więc budować swoje specyficzne siły zbrojne, zaprojektowane tak, aby maksymalnie zniechęcić Moskwę do myślenia o użyciu siły do wywarcia presji na swoje państwa. Finowie opierają się na małej armii zawodowej, ale wspartej w wypadku konfliktu przez rzesze dobrze przeszkolonych rezerwistów, którzy razem mogliby się skutecznie bronić, wykorzystując bardzo sprzyjający teren: czyli mnóstwo lasów, jezior i terenów podmokłych. Szwedzi natomiast na również niewielkiej armii zawodowej, ale z relatywnie silnym lotnictwem i flotą, które miałyby utrudnić Rosjanom dotarcie do szwedzkiego terytorium.

Sytuacja wyglądała tak od dekad i pewnie nadal by wyglądała, gdyby nie najlepszy akwizytor NATO, czyli Putin. Podejmując decyzję o niesprowokowanej agresji na pełną skalę na Ukrainę, rosyjski przywódca ostatecznie zmienił postrzeganie rzeczywistości przez Finów i Szwedów. Bycie neutralnym, poza NATO i utrzymywanie przynajmniej poprawnych stosunków z Rosją przestało dawać poczucie bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie, patrząc na to co rosyjskie wojsko wyprawia w formalnie neutralnej Ukrainie. Poparcie dla akcesji do NATO w obu państwach poszybowało do górę i w ciągu miesiąca przebiło 50 procent. 17 maja 2022 roku, w mniej niż trzy miesiące od rosyjskiej agresji, Finlandia i Szwecja formalnie złożyły wnioski o akcesję do NATO.

Pomimo faktycznych bliskich związków obu państw z Sojuszem, ich formalne wstąpienie do niego i tak dużo zmieni. - Ich potencjał będzie można wpisać już wprost do tak zwanej tabeli sił. To zbiór możliwości Sojuszu, na podstawie którego określa się, jakie ambicje można realizować, czyli na przykład takie to a takie operacje na wybranym teatrze - tłumaczy gen. Gocuł. Żadnych niejasności, żadnych domysłów, pełne zaangażowanie w postaci na przykład 120 nowoczesnych samolotów wielozadaniowych, które mają być w najbliższej dekadzie wymieniane na nowsze. Do tego Finowie zamówili 70 odpalanych z powietrza rakiet dalekiego zasięgu JASSM-ER, Szwedzi budują jedne z najnowocześniejszych małych okrętów podwodnych A26, Finowie szykują się do zamówienia nowych fregat. Przykłady można mnożyć, zwłaszcza wobec decyzji obu państw o zwiększaniu wydatków na obronność.

Zdaniem byłego szefa Sztabu Generalnego niebagatelne znaczenie będzie miał też czynnik świeżej krwi w Sojuszu. - Tak jak mówiłem, to naprawdę wartościowi żołnierze ze swoimi nowymi dla NATO pomysłami, ideami i spojrzeniem - uważa gen. Gocuł. Znikną też dotychczasowe ograniczenia we wspólnych ćwiczeniach, czy wymianie informacji. Do tej pory przedstawiciele Finlandii i Szwecji musieli na przykład wychodzić ze spotkań i narad, kiedy poruszano tematy uznawane przez NATO za niejawne. - To ma w praktyce ogromne znaczenie dla tak zwanej interoperacyjności, czyli zdolności do wspólnego prowadzenia działań - mówi generał.

Wielkim wkładem obu państw w NATO będzie ich terytorium, a zwłaszcza przestrzeń powietrzna nad nim. Nieskrępowany dostęp do niej znacznie upraszcza działanie sił powietrznych Sojuszu w całej Skandynawii, czy na przykład loty transportowe z USA do państw bałtyckich. Ogólnie pozycja Sojuszu na północ od Polski znacząco się umocni. - To sytuacja o podobnym znaczeniu, jak kiedyś wstąpienie Turcji do NATO. Ogromna wartość dodana - podkreśla gen. Gocuł.

Nie zmienia tego fakt, że Turcja obecnie w sposób bardzo głośny wyraziła sprzeciw wobec akcesji Finlandii i Szwecji. Chodzi głównie o wcześniejszą, zwłaszcza szwedzką, krytykę postępowania Turcji wobec Kurdów i opozycji politycznej oraz udzielanie schronienia przedstawicielom organizacji, które państwo tureckie oficjalnie uznaje za terrorystyczne. Do tego nałożenie ograniczeń na eksport broni i technologii militarnych. Jest jednak właściwie pewne, że to nie jest twarde i ostateczne "NIE", ale negocjacje. Turcja próbuje jak najwięcej zyskać na tej sytuacji, wobec ochłodzenia się jej relacji w ostatnich latach zwłaszcza z USA. Nie wydaje się prawdopodobne, aby ostatecznie nie doszło do rozszerzenia NATO. Proces wstąpienia Finlandii i Szwecji w szeregi Sojuszu ma potrwać około roku.

Doprowadzenie do takiej sytuacji świadczy o tym, jak bardzo błędnie ocenia rzeczywistość Putin i jego otoczenie. Od lat deklarują, że zbliżanie się NATO do granic Rosji to dla niej śmiertelne zagrożenie. Jeszcze pod koniec 2021 roku Rosjanie głosili, że odsunięcie się Sojuszu to jedno z ich podstawowych żądań wobec Zachodu. Po czym zrobili coś, co wręcz wepchnęło dwa strategicznie ulokowane w ich pobliżu państwa w ramiona NATO. Tym samym dwukrotnie wydłużyli granicę Rosji z Sojuszem. Do niecałego tysiąca kilometrów doszło tysiąc kilometrów granicy z Finlandią. Drugie największe miasto Rosji, Sankt Petersburg, sąsiaduje z NATO już z dwóch stron w odległości 100-150 kilometrów. Kaliningrad jest właściwie otoczony przez państwa NATO już z każdej strony. Zatoka Fińska staje się nie do przebycia przez okręty i samoloty rosyjskie w wypadku konfliktu. Zamiast się martwić o Daleką Północ i kraje bałtyckie, rosyjskie dowództwo musi teraz się głowić, co zrobić z całym obszarem na północ od Białorusi. Jakby na to nie patrzeć, to jest to ogromny problem.

Choć Rosja w oficjalnych komunikatach go bagatelizuje, twierdząc, że wstąpienie obu państw do NATO wiele nie zmienia i Rosja nie czuje się z tego kierunku zagrożona. Z drugiej strony politycy mówią o konieczności rozmieszczenia dodatkowych sił na granicy z Finlandią, a w rosyjskiej telewizji państwowej padają standardowe groźby pod adresem Finów i Szwedów, że oto uczynią z siebie cele dla rosyjskiej broni jądrowej. - Obszar Morza Bałtyckiego będzie teraz zdominowany przez NATO, co z perspektywy Rosjan w sposób oczywisty jest poważnym problemem - mówi gen. Gocuł.

Jest przy tym oczywiście możliwe, że cała narracja Kremla o zagrożeniu ze strony NATO i chęć odsuwania go od granic Rosji, to jedynie retoryka na potrzeby wewnętrzne, czyli umacnianie przekonania obywateli o zagrożeniu i jednocześnie wywieranie presji na Zachód. Jak widzimy bowiem w praktyce, inwazja na Ukrainę w żaden sposób nie przybliża Rosji do deklarowanego celu odsunięcia NATO od swoich granic. Zwłaszcza że ukraińskie wstąpienie do Sojuszu nie było nigdy realną perspektywą, ze względu na pewny opór wielu państw członkowskich.

Inwazja wzmocniła jednak NATO, a co za tym idzie w pewnym zakresie nasze bezpieczeństwo. - Nie zmieni to jednak faktu, że w Obwodzie Kaliningradzkim rosyjskie wojsko ma istotne siły, znacznie wykraczające ponad to, co konieczne do obrony. Tak długo jak one tam będą, tak długo NATO będzie podkreślać swoją siłę na Bałtyku - stwierdza gen. Gocuł. - Trzeba pamiętać, że wroga nie można lekceważyć. Rosja zostanie tam, gdzie jest. Niezależnie od tego, jak się skończy ta wojna - dodaje.

gazeta.pl

Niemiecki kanclerz, który stanowczo odmawia wizyty w Kijowie, a nawet nie chce, by Ukraina "wygrała" wojnę, od marca znajduje się pod ostrzałem z powodu zwlekania z dostawą czołgów na Ukrainę.

Kiedy w zeszłym miesiącu Scholz ugiął się pod presją i zgodził się wysłać trochę ciężkiej broni, zaskoczył Ukraińców, sojuszników i ekspertów swoją decyzją o dostarczeniu czołgów przeciwlotniczych, o które Kijów nie prosił, a jednocześnie nadal wstrzymywał się z dostawą czołgów bojowych i bojowych wozów piechoty, do których wysłania Ukraina namawiała Zachód.

Najnowsze potępienie Scholza nadeszło w tym tygodniu ze strony prezydenta Andrzeja Dudy, który oskarżył niemiecki rząd o złamanie obietnic dotyczących wsparcia wojskowego dla Ukrainy, która właśnie weszła w czwarty miesiąc intensywnych walk. Polska przekazała Ukrainie ponad 200 czołgów produkcji radzieckiej i liczyła na to, że Niemcy zastąpią je nowoczesnymi niemieckimi odpowiednikami, powiedział Duda, dodając, że Berlin nie dotrzymał zobowiązania w tej sprawie.

Niechęć Scholza do dostarczenia broni wywołała także krytykę ze strony rządzącej koalicji, w skład której wchodzą socjaldemokraci kanclerza, Zieloni i liberalni Wolni Demokraci (FDP).

– Krytyka ze strony Polski jest zrozumiała – powiedział Anton Hofreiter, poseł Zielonych i przewodniczący komisji ds. europejskich Bundestagu. – Niemcy i tak cieszą się złą reputacją w Unii, ponieważ zbyt słabo koordynujemy działania z naszymi europejskimi partnerami. Musimy nad tym pilnie popracować.

Presja na Niemcy rośnie, bo w ostatnich dniach armia ukraińska z trudem powstrzymuje rosyjską ofensywę na Donbasie, co wywołało ponowne wezwania do udzielania większego wsparcia.

(...)

Jeszcze przed inwazją Rosji Ukraina nalegała na Niemcy, piątego co do wielkości eksportera broni na świecie, by przysłały pojazdy opancerzone, przede wszystkim bojowy wóz piechoty Marder i czołg Leopard.

– Brakuje jednak woli politycznej, by naprawdę coś zrobić – powiedział POLITICO Andrij Melnyk, ambasador Ukrainy w Niemczech.

Niemiecki rząd przedstawiał różne argumenty, dlaczego nie jest w stanie spełnić prośby Kijowa, najpierw twierdząc, że nie może dostarczać broni do stref kryzysowych, a następnie – po przemówieniu Scholza zapowiadającego Zeitenwende (epokową zmianę) pod koniec lutego – argumentując, że niemieckie czołgi wymagają zbyt wielu szkoleń dla ukraińskich żołnierzy, po czym wycofał się z tego stwierdzenia.

Berlin twierdził ponadto, że nie może udostępnić żadnych czołgów z własnych rezerw. Jednak niemieckie firmy zbrojeniowe, takie jak Rheinmetall, informują, że mogłyby bezpośrednio dostarczać wycofane z eksploatacji czołgi ze swoich zapasów, gdyby tylko Scholz udzielił im na to zezwolenia. (Kontrahenci z branży obronnej potrzebują zgody rządu na eksport broni).

– To także byłoby Zeitenwende, jeśli 100 Marderów zalegających u producenta zostanie dopuszczonych do eksportu – powiedział Marcus Faber, poseł FDP zajmujący się polityką obronną, odnosząc się do tego, co Berlin okrzyknął mianem epokowej zmiany w swojej polityce obronnej po inwazji Rosji.

Ukraińscy urzędnicy twierdzą, że już w marcu rozpoczęli rozmowy na temat Mardera z firmą Rheinmetall, która poinformowała ich, że może zrealizować dostawę w ciągu kilku tygodni. Jednak do tej pory Berlin nie wyraził zgody na zawarcie umowy.

W tym tygodniu niemiecka wiceminister obrony Siemtje Möller przedstawiła nowe uzasadnienie dla wstrzymania dostaw Marderów, pojazdów opancerzonych z lat 70. używanych do transportu żołnierzy na polu walki, twierdząc, że państwa NATO wspólnie uzgodniły, że nie będą wysyłać na Ukrainę żadnych czołgów bojowych ani bojowych wozów piechoty typu zachodniego.

Słowa Möller wywołały natychmiastową reakcję niemieckiej centroprawicowej opozycji. – Takie porozumienie nie istnieje – powiedział Roderich Kiesewetter, poseł Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej, argumentując, że Möller "rozpowszechnia fake newsy". – Brak jakiegokolwiek porozumienia tego rodzaju potwierdzają różne źródła, między innymi bezpośrednio w NATO.

Möller wycofała się za pośrednictwem rzecznika, twierdząc, że jej zamiarem było jedynie zwrócenie uwagi na fakt, że inni sojusznicy, jak USA, również nie dostarczają Ukrainie nowoczesnych, wyprodukowanych na Zachodzie pojazdów pancernych, takich jak amerykański czołg M1 Abrams.

Biorąc jednak pod uwagę, że amerykańskie czołgi są oddalone o tysiące kilometrów w Ameryce Północnej i wymagałyby znacznie bardziej intensywnego szkolenia niż niemieckie Mardery, które można dostarczyć na ukraińską granicę w mniej niż 24 godziny, argumentacja Möller wydała się wielu dość ekscentryczna.

Co więcej, Stany Zjednoczone są głównym dostawcą broni na Ukrainę – ich pomoc dla Ukrainy jest większa niż pomoc całej Unii Europejskiej – i w przeciwieństwie do Niemiec nie złożyły Ukrainie obietnic, których nie spełniły.

Zamiast wysyłać czołgi bezpośrednio do Ukrainy, Berlin zaproponował wysłanie Leopardów i Marderów do wschodnich partnerów NATO, którzy z kolei mogą dostarczyć Ukrainie swoje czołgi pozostałe z czasów sowieckich. Niemieccy urzędnicy argumentują, że ten program wymiany, znany jako Ringtausch, jest korzystny dla Ukrainy, ponieważ dostaje ona te same radzieckie czołgi, z którymi jej żołnierze i mechanicy są już zaznajomieni, a wschodnia flanka NATO jest modernizowana pod względem wojskowym.

O ile jednak Niemcy z powodzeniem wdrożyli taki "Ringtausch" z Czechami, o tyle ostra krytyka ze strony Dudy podkreśla, że Berlinowi trudno jest zrealizować taki układ z Polską, choć w środę Berlin odrzucił zarzut, że złamał jakiekolwiek obietnice.

Mimo całej krytyki prawdą jest również, że Niemcy ostatnio zwiększyły swoje wsparcie materialne.

W tym tygodniu Berlin obiecał, że do końca lipca wyśle na Ukrainę pierwszy zestaw 15 Gepardów, samobieżnych dział przeciwlotniczych, zbudowanych na podwoziu czołgu Leopard 1 oraz przeszkoli ukraińskie załogi czołgów. Niemcy zobowiązały się również do dostarczenia kolejnych 15 pojazdów do końca sierpnia.

Mimo że czołgi te zostały wycofane z użycia około 12 lat temu, eksperci twierdzą, że nadal są najnowocześniejsze, jeśli chodzi o rozpoznawanie zbliżających się samolotów lub śmigłowców przeciwnika i neutralizowanie ich za pomocą dwóch 35-milimetrowych działek.

Działa te można także skierować na cele naziemne i zadać poważne straty piechocie lub lekko opancerzonym pojazdom.

Dostawa Geparda ma również znaczenie polityczne, ponieważ Niemcy staną się pierwszym sojusznikiem, który dostarczy Ukrainie nowoczesne zachodnie czołgi. Choć inne kraje, w tym USA, wysłały już transportery opancerzone, takie jak M113, Gepard – z zaawansowanym technologicznie radarem i systemem wykrywania celu, a także działami – to zupełnie inna liga.

Amunicja może jednak okazać się trudnym wyzwaniem: Gepardy nie są już używane w Niemczech, więc zapasy pocisków są ograniczone i muszą być zamawiane na rynku międzynarodowym. Jak dotąd Niemcy były w stanie zagwarantować dostarczenie jedynie 59 tys. pocisków.

Biorąc pod uwagę, że jeden Gepard może wystrzelić do 1100 pocisków na minutę, nie wydaje się to dużo, ale niemieckie ministerstwo obrony twierdzi, że Gepard powinien strzelać tylko krótkimi salwami, które są obliczane przez pokładowy system komputerowy, a zatem rzeczywista ilość potrzebnej amunicji jest mniejsza. Berlin twierdzi również, że sama obecność samobieżnych dział Gepard na Ukrainie miałaby "odstraszający wpływ" na siły powietrzne przeciwnika.

Podobnie jak inne kraje zachodnie, Niemcy zobowiązały się również do wsparcia Ukrainy artylerią, która może stanowić cenne wsparcie wojskowe w trudnych walkach na wschodzie kraju.

Niemieccy żołnierze szkolą obecnie ukraińskich żołnierzy w zakresie obsługi Panzerhaubitze 2000, która, podobnie jak Gepard, jest zaawansowaną bronią mogącą ostrzeliwać cele z dużej odległości, a następnie szybko zmieniać swoją pozycję, co utrudnia przeciwnikowi zaatakowanie jednostki artyleryjskiej ogniem kontrującym.

Zaangażowanie Niemiec w Panzerhaubitze nie było jednak całkowicie dobrowolne, lecz wymuszone wcześniejszą zapowiedzią Holandii o dostarczeniu pięciu takich samych haubic. Ponieważ eksperci wojskowi twierdzą, że do ich skutecznego użycia potrzeba 12 jednostek, dojście do skutku umowy wymagało dostarczenia przez inny kraj pozostałych siedmiu haubic.

Berlin początkowo liczył na to, że Włochy się zaangażują, ale ostatecznie zgodził się na "trochę więcej, niż byłoby to możliwe", jak to ujął Scholz w zeszłym tygodniu.

Wcześniej Niemcy wysyłały na Ukrainę także lżejszą broń, taką jak pociski przeciwpancerne i przeciwlotnicze, karabiny, amunicję, granaty i miny.

W ostatnich tygodniach kanclerz wielokrotnie podkreślał w rozmowach z dziennikarzami, że nie chce powtórzyć błędów Wilhelma II, ostatniego cesarza Niemiec, który odegrał kluczową rolę w doprowadzeniu Europy do I wojny światowej w 1914 r.

Choć historycy nie są zgodni co do tego, czy obecną sytuację geopolityczną można w ogóle porównywać z latem 1914, wypowiedzi Scholza, który już wcześniej ostrzegał przed ryzykiem wojny nuklearnej, podkreślają jego obawy, że zbyt duże wsparcie militarne dla Ukrainy może doprowadzić do III wojny światowej.

Niemcy, obciążeni przeszłością nazistowskich zbrodni wojennych popełnionych w Rosji, obawiają się również ewentualnego scenariusza, w którym niemieckie czołgi mogłyby – umyślnie czy nieumyślnie – ostrzelać cele na rosyjskiej ziemi.

– Nie zrobimy niczego, co uczyniłoby NATO stroną w wojnie – powiedział Scholz w czwartek podczas wystąpienia na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos, powtarzając to, co jest już jego mantrą od początku wojny.

Takie zastrzeżenia sprawiają, że mało prawdopodobne jest, by Scholz zgodził się w najbliższym czasie na dostawę Marderów lub Leopardów do Ukrainy, chyba że decyzja USA lub innych sojuszników o dostarczeniu nowoczesnych czołgów zachodnich zmusi go do zmiany kursu.

Logika Scholza wyjaśnia również, dlaczego pod naciskiem sojuszników zdecydował się w zeszłym miesiącu na dostarczenie Gepardów, które niemieccy urzędnicy postrzegają raczej jako broń defensywną i który ma mniejsze szanse na wsparcie operacji ofensywnej przeciwko Rosji.

– Samobieżne działo przeciwlotnicze Gepard jest bardzo przydatne do ochrony infrastruktury krytycznej – powiedział w tym tygodniu rzecznik ministerstwa obrony.

Innymi słowy, jeśli Ukraina chce naprawdę wygrać tę wojnę, to nie powinna raczej oglądać się na Berlin.

onet.pl