czwartek, 31 marca 2022


Wokół konfliktu azersko-armeńskiego narosło wiele nieporozumień. W szczególności chodzi o postrzeganie go jako wojny proxy między Rosją a Turcją, w której Armenia jest jakoby sojusznikiem tej pierwszej, a Azerbejdżan tej drugiej. Tymczasem 44-dniowa wojna w 2020 r. nie tylko nie była wcale starciem proxy Turcji i Rosji, lecz wręcz została uzgodniona między Rosją i Azerbejdżanem. Żeby to zrozumieć trzeba przyjrzeć się naturze relacji armeńsko-rosyjskich w XIX i XX w. Ani imperialna Rosja ani ZSRR nigdy nie wspierały Armenii. Po zwycięskich wojnach z Iranem i Osmańską Turcją w XIX w. Rosja nie tylko nie stworzyła niepodległej Armenii, ale nawet nie stworzono jednolitej jednostki administracyjnej obejmującej wszystkie tereny Armenii przyłączone do Rosji. W szczególności Arcach oraz Zangezur znalazły się w guberni jelizawietpolskiej, a nie erywańskiej. Carska Rosja podejmowała też działania na rzecz rusyfikacji Ormian.

Z kolei ZSRR od swojego zarania faworyzował Azerów przeciwko Ormianom i ich interesom. W 1920 r. Lenin i Stalin zawarli układ z Ataturkiem oddając Turcji armeński Kars oraz Igdir (który nie należał wcześniej do Imperium Osmańskiego, lecz do Persji). Sowieckie władze dokonały też rozbioru Armenii oddając Azerbejdżanowi Nachiczewan oraz Arcach i planując oddać również Zangezur (do czego nie doszło tylko dzięki zbrojnemu oporowi Ormian). Następnie władze sowieckie sprzyjały azeryzacji Nachiczewanu, Gandżi i innych historycznych ziem Armenii oddanych Azerbejdżanowi. Tuż przed upadkiem ZSRR tj. na początku 1991 r. władze sowieckie z Gorbaczowem i gen. Dmitrijem Jazowem na czele podjęły decyzję o przeprowadzeniu operacji Kalco, która miała być swego rodzaju „ostatecznym rozwiązaniem" kwestii karabaskiej. Chodziło o przymusowe wysiedlenie Ormian z Karabachu do Armenii. Nie udało się to jednak bo Ormianie chwycili za broń, a ZSRR wkrótce potem padł. Rozpoczęty wówczas konflikt trwa jednak do dziś.

W wyniku pierwszej fazy wojny o Arcach, zakończonej rozejmem w maju 1994 r., Ormianie zdołali nie tylko utrzymać niezależność Arcachu w granicach sowieckiego obwodu autonomicznego Gorskiego Karabachu, ale rozszerzyć go o sąsiadujące tereny należące wcześniej do Azerbejdżańskiej SRR. Zwrot tych terenów uzgodniony został jeszcze za czasów prorosyjskiego prezydenta Armenii Roberta Koczariana, rządzącego w latach 1998 – 2008.  Nie zostało to jednak zrealizowane z obawy przed reakcją ormiańskiej opinii publicznej. Warto też dodać, że to Ormianie w 1994 r. powstrzymali zapędy Rosji by wprowadzić do Arcachu tzw. „mirotworców".

Gdy w 2018 r. władzę w Armenii przejął Nikol Paszynian Armenia zaczęła coraz bardziej balansować swoją politykę zagraniczną między Rosją a Zachodem. Zaczęto również łagodzić napięcia z sąsiednią Gruzją. Te działania musiały niepokoić Kreml, zwłaszcza że z kolei w Azerbejdżanie swoje wpływy umacniała Turcja. Wojna w 2020 r. miała przerwać ten proces i częściowo tak się stało. Tuż przed jej wybuchem doszło w Moskwie do spotkania przewodniczącej azerbejdżańskiego parlamentu z ministrem spraw zagranicznych Rosji Siergiejem Ławrowem i z komunikatów płynących po tych rozmowach można wnioskować, że uzgodniono wówczas implementację uzgodnień dotyczących zwrotu terenów przylegających do dawnego obwodu autonomicznego Górskiego Karabachu, a także oddania Azerom miasta Szuszi. 44-dniowa wojna miała też zdyscyplinować Paszyniana, pokazać Ormianom, że nie mają geopolitycznej alternatywy dla sojuszu z Rosją oraz zmusić obie strony do zaakceptowania wprowadzenia „mirotworców" na teren Arcachu (czyli de facto oddać Rosji kontrolę nad nim). Warto przy tym dodać, że Azerbejdżan akceptując wprowadzenie „mirotworców" na teren Arcachu de facto godził się na oddanie Rosji kontroli nad terytorium, które wciąż uznawał za swoje.

Rosyjskiej strategii dociskania Armenii sprzyjała wówczas proturecka postawa Donalda Trumpa. Warto w tym kontekście przypomnieć, że brak reakcji Białego Domu na agresję azerbejdżańską był wówczas ostro krytykowany przez Demokratów, w tym w szczególności przez Joe Bidena. To zaś skłania do refleksji nad tym co w istocie wykorzystuje obecnie Azerbejdżan w związku z wojną na Ukrainie: słabą pozycję Rosji czy też raczej to, że USA skoncentrowane są na Ukrainie i otwarcie „drugiego frontu" byłoby dla Zachodu kłopotliwe, gdyż za Azerbejdżanem z całą pewnością stanie Turcja, wykazująca na razie neutralność wobec wojny na Ukrainie.

Po wojnie 44-dniowej wpływy Rosji w Azerbejdżanie uległy zwiększeniu. Było to efektem przejęcia przez Rosję kontroli nad korytarzami transportowymi, w tym połączeniami z Nachiczewanu do Azerbejdżanu i drogi dostępowej do Szuszi. W tym ostatnim przypadku, mimo buńczucznych deklaracji Azerbejdżanu, iż alternatywna droga zostanie szybko wybudowana, nie istnieje ona do dziś. Natomiast już po wybuchu wojny na Ukrainie azerbejdżański dyktator Ilham Alijew przybył do Moskwy, gdzie podpisał deklarację o „podniesieniu relacji rosyjsko-azerbejdżańskich do rangi sojuszu". W  tym czasie rosyjskie rakiety spadały już na Kijów. Mimo to Alijew okazywał ogromne zadowolenie ze spotkania z Putinem i na każdym kroku wymieniał z nim serdeczne uściski i uśmiechy. Kontrastowało to z „długim stołem", przy którym Putin rozmawiał z innymi osobami. Warto też podkreślić, że od 24 lutego, gdy zaczęła się wojna, Alijew był jednym z zaledwie dwóch liderów państw (obok Naftali Bennetta), którzy spotkali się z Putinem. Tyle, że Bennett, przynajmniej oficjalnie, przyleciał w sprawie mediacji w związku z wojną na Ukrainie i jego wizyta nie miała oprawy medialnej.

Na efekty nowego sojuszu azerbejdżańsko-rosyjskiego nie trzeba było długo czekać. Azerbejdżan nie przyłączył się do żadnych sankcji przeciwko Rosji i nie uczestniczył w głosowaniu w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ nad potępieniem Rosji za agresję na Ukrainę. Było to stanowisko równoznaczne z wstrzymaniem się do głosu i dość znamienne jest to, że w komentarzach do głosowania było to ignorowane, a cała uwaga koncentrowała się na liście krajów, które wstrzymały się od głosu.

Wśród wstrzymujących się była oczywiście Armenia i jej stanowisko wobec wojny na Ukrainie nie różni się praktycznie niczym od stanowiska Azerbejdżanu, mimo całkowicie odmiennych warunków w przypadku obu tych państw. Po pierwsze chodzi o to, że Ukraina sympatyzowała z Azerbejdżanem w czasie wojny 44-dniowej i wielu Ormian to pamięta. To stanowisko Ukrainy było z kolei spowodowane brakiem potępienia przez Armenią aneksji Krymu i rozpowszechnianą przez lobby protureckie (silne na Ukrainie) narracji zrównującej kwestię Arcachu z Donbasem. Tymczasem obie sytuacje są całkowicie nieporównywalne, a tworzenie analogii między nimi to kompletny absurd. Po drugie, Azerbejdżan, w przeciwieństwie do Armenii, nie ma noża na gardle. Co więcej, to właśnie Azerbejdżan jest tym nożem na gardle Armenii przystawionym przez Rosję. I Rosja tego noża użyła, gdyż jest niezadowolona z postawy Armenii. Oczekiwała bowiem poparcia tego kraju dla swojej wojny.

Kompletnym nieporozumieniem jest też twierdzenie, że atak Azerbejdżanu na Armenię byłby uderzeniem proxy Turcji na Rosję, a także, ze wykluczałby ewentualne zaangażowanie Armenii w wojnę przeciwko Ukrainie, gdyż zmusiłby ją do koncentracji na własnej obronie. Jeżeli chodzi o pierwszy aspekt to warto zwrócić uwagę na to, ze Turcja nie tylko nie przyłączyła się do żadnych sankcji przeciwko Rosji, ale podjęła działania osłabiające ich działanie otwierając się na ucieczkę majątku i kapitału proputinowskich oligarchów. Ponadto gdyby Turcja rzeczywiście chciała wykorzystać osłabienie Rosji do uderzenia na innym teatrze wojny to zrobiłaby to w syryjskim Idlibie, gdzie od dawna odgrywa rolę patrona syryjskich dżihadystów walczących z Assadem. Byłoby to tym bardziej logiczne, że Rosja twierdzi, że Assad zamierza przesłać jej posiłki.

Faktycznie jednak Turcja nie zamierza naruszać swoich układów z Rosją. Natomiast jeśli chodzi o rzekomą sprzeczność między wymuszeniem wsparcia przez Armenię wojny na Ukrainie i koniecznością obrony własnego terytorium przed Azerbejdżanem to znów jest to oparte na nieporozumieniu. Po pierwsze, wbrew antyarmeńskiej propagandzie, Armenia nie poparła rosyjskiej inwazji na Ukrainę, a dla Rosji ciosem było to, że w Zgromadzeniu Ogólnym tylko cztery państwa, uznawane powszechnie za pariasów międzynarodowych, ją poparły. Rosji zależy na tym, by pokazać, że jej działania nie spotykają się z powszechną dezaprobatą i to nawet ze strony państw członkowskich Organizacji Układu Bezpieczeństwa Zbiorowego (ODKB) oraz Wspólnoty Niepodległych Państw (WNP). I dlatego w pierwszej kolejności chce zmusić Armenię do zmiany stanowiska. Byłoby to tym bardziej cenne dla Rosji, gdyż nastawiłoby międzynarodową opinię publiczną wolnego świata przeciwko Armenii i jeszcze bardziej docisnęłoby Armenię jako zakładnika Rosji. Ponadto Rosja ma cały czas instrumenty nacisku na Azerbejdżan (choćby zablokowanie dostępu do Szuszi) i to, że ich nie wykorzystuje nie wynika z tego, że nie jest w stanie tego zrobić, lecz z tego, że po prostu nie chce tego robić, bo azerbejdżańska presja na Armenię jest w interesie Moskwy. Gdyby Armenia wysłała swoje wojsko przeciwko Ukrainie, co oznaczałoby zerwanie więzi łączących Armenię z wolnym światem, to Rosja nie miałaby problemu z powstrzymaniem Azerbejdżanu przed dalszą eskalacją.

defence24.pl

A jakie stanowisko w rozmowie z Bidenem zaprezentowali Chińczycy?

Tutaj należy cofnąć się nieco do historii. Gdy w 1978 roku Deng Xiaoping dochodził do władzy po latach degrengolady Mao Zedonga, określił paradygmat stosunków międzynarodowych, który sprowadzał się do hasła „pokój i rozwój". Deng mówił, że Chiny muszą otworzyć się na świat i reformować, bowiem sytuacja na świecie jest pokojowa, a nie – jak twierdził Mao – dominuje wojna i rewolucja.

A co mówi teraz Xi do Bidena? Otóż to, że dominujący trend „pokoju i rozwoju" stoi przed poważnymi wyzwaniami, a świat nie jest ani spokojny, ani stabilny. Pytanie, które pozostaje póki co bez odpowiedzi, dotyczy tego, czy Chiny zdecydują się odejść od paradygmatu Denga o „pokoju i rozwoju", czy też pozostają przy nim, zakładając, że sytuacja za jakiś czas wróci do normy. Jeżeli dojdzie do zmiany tego paradygmatu będziemy mieli potwierdzenie, że tworzy się nowy międzynarodowy układ.  

Chińczycy będą musieli jakoś radzić sobie z amerykańską presją gospodarczą, która będzie wpływać na chiński rozwój. W praktyce już wpływa, czego efektem jest decyzja o uruchomieniu gospodarki „podwójnego obiegu". Odpowiedzią na ograniczenia w dostępie do międzynarodowych zasobów finansowych i technologicznych jest centralizacja chińskiej gospodarki a taka, czego dowodzi również przykład Chin, jest mniej konkurencyjna. Bez impulsów z zewnątrz może mieć poważniejsze kłopoty. Myślę, że to jest główny element w polityce chińskiej, a więc ryzyko spowolnienia gospodarczego.

Czy uprawnione jest stwierdzenie, że Pekin wiedział o nieuchronności wojny, bowiem Rosja Chińczyków o tym fakcie poinformowała?

Nie sposób z całą pewnością powiedzieć, czy Pekin wiedział, jak będzie wyglądała „rosyjska operacja na Ukrainie". Wydaje się, że nie zostali dość dokładnie poinformowani przez Rosjan o ich zamierzeniach. Nie można też wykluczyć, że Chińczycy zakładali szybkie rozstrzygnięcie wojny w Ukrainie, chociażby w formie obalenia władz w Kijowie i względnie bezproblemowego przejęcia kontroli nad Ukrainą przez Rosję. Jeśli w ogóle możemy mówić o wariantach, to ten jawił się z perspektywy Pekinu jako optymalny.

Czy wiemy, jak Pekin zareagował na wybuch wojny na Ukrainie, a także jej niekorzystny dla Rosji przebieg?

Na ten temat toczą się spory, a każdy badacz przedstawia własną interpretację. Zacznijmy od tego, że 26 lutego odbyła się telefoniczna rozmowa Putina z Xi. Według oficjalnego komunikatu strony wymieniły poglądy na temat sytuacji na Ukrainie, a prezydent Xi uznał, iż należy zainicjować rozmowy pokojowe. Patrząc na scenę wewnętrzną w Chinach należy zwrócić uwagę, że zaczynano wtedy posiedzenie Biura Politycznego Komitetu Centralnego, poprzedzające sesję parlamentu – Ogólnochińskiego Zgromadzenia Ludowego. W czasie konferencji prasowej premier Li Keqiang mówił, że Chiny będą nadal otwarte, że Chiny nie zamkną „drzwi". Ale pytanie jakie będą miały opcje.

Chcąc zachować te opcje z Chin płyną dwuznaczne komunikaty, co może sugerować, że Pekin był przygotowany na krótki konflikt. Wówczas dyplomacja chińska nie byłaby zmuszona do zdefiniowania własnej pozycji wobec tego kryzysu. Wygrałby Putin i wtedy działania szłyby dalej. Tak się jednak nie stało, a Chiny są powiązane porozumieniem z Rosją z 4 lutego bieżącego roku. To dla nas istotny drogowskaz do analizowania chińskiej polityki wobec wojny na Ukrainie.

Co to za porozumienie?

Podczas wizyty Putina w Pekinie doszło do podpisania wspólnego oświadczenia na temat zacieśnienia chińsko-rosyjskich stosunków w „nowej erze", która de facto rozpoczyna się od wybuchu wojny Rosji w Ukrainie. W dokumencie Chińczycy wprost przyznali, że wspierają pomysł redefinicji architektury bezpieczeństwa w Europie.

Co do samego terminu „nowa era" to stanowi on slogan polityczny, który w swej retoryce wykorzystuje przewodniczący Xi – od niego bowiem, według oficjalnej narracji, ma rozpoczynać się nowa era Chin. Lider próbuje się pozycjonować przez kreowanie pewnej, nowej rzeczywistości.

Jak obecnie Chińczycy odnoszą się do wojny na Ukrainie?

Najostrzejsze są komunikaty rzecznika prasowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, który oskarża Stany Zjednoczone o próby rozszerzenia NATO. W praktyce można mówić o powieleniu narracji rosyjskiej. Z kolei sam minister spraw zagranicznych stara się lawirować, choć jednocześnie mówił, że rosyjskie żądania gwarancji bezpieczeństwa były zasadne. Na tym poziomie oskarża się Stany Zjednoczone, które oddzielają w swej retoryce od Europy. Swoją drogą to bardzo ciekawa różnica w postrzeganiu Zachodu niż w przypadku Rosji, która nie traktuje Europy jako suwerennego podmiotu, lecz jako wykonawcę woli Waszyngtonu. Chińczycy to jednak rozdzielają – paradoksalnie, obraz Europy jest w chińskiej retoryce dużo cieplejszy niż Stanów Zjednoczonych.

Wracając jednak do pytania o chińskie stanowisko wobec wojny. Mamy też przewodniczącego Xi, który posługuje się bardzo stonowanym językiem. Xi mówi, że zasada nienaruszalności granic i suwerenności to podstawa systemu międzynarodowego. To również ma tyczyć się Chin, które uznają Tajwan jako jedną z chińskich prowincji.

Zapewne w samej partii nie ma konsensusu, w jaką stronę teraz należy iść. Czy kontynuować współpracę z Putinem, który jest gospodarczym bankrutem? Ponieważ konflikt na Ukrainie przedłuża się, Chiny starają się mitygować zagrożenia, które się pojawiają. Otwartym pytaniem pozostaje, jak długo Chińczycy będą mogli lawirować. Stawiam jednocześnie tezę, że mnogość komunikatów ze strony Chin to dowód na to, że Pekin jest zaskoczony stanowczością decyzji Europy, jednością Zachodu oraz brakiem skuteczności Putina. Chińczykom, którzy działają w oparciu o determinizm ekonomiczny, mogło wydawać się, że Europa nie zdecyduje się na tak daleko idące sankcje i będzie chciała szybko z Rosją się porozumieć. Dodatkowo wynikało to z innej niż rosyjska percepcji Zachodu. O ile Rosja patrzy na Zachód jako mniej więcej monolit w kwestiach zasad, o tyle Chiny próbowały i próbują rozróżnić i wykorzystywać to do własnej polityki. Ale w obliczu wojny Rosji ten chiński ogląd świata ma coraz mniej wspólnego z rzeczywistością.

(...)

Należy też pamiętać o chińskiej polityce wewnętrznej. Jesienią 2022 roku odbędzie się zjazd Komunistycznej Partii Chin, na którym Xi ma zostać ponownie wybrany sekretarzem generalnym. Xi zainwestował wiele czasu i energii w relacje interpersonalne z Putinem. Obaj politycy często spędzali razem czas, bywali na targach, jedli naleśniki, obserwowali manewry wojskowe. Teraz ten kluczowy partner dosłownie grzęźnie na Ukrainie. Za tę porażkę ktoś musi zapłacić, lub trzeba będzie w jakiś sposób przykryć propagandowo te porażki: tu oskarży się Stany Zjednoczone. Jednak wbrew pozorom, w Chinach jest dyskusja i polityczna presja, z którą przewodniczący musi się liczyć. Oznacza to, że wykonanie kolejnego kroku w stronę Rosji może być dla chińskich przywódców bardzo bolesne.

(...)

W kontekście zjazdu należy poruszyć jeszcze jedną kwestię. To sprawa bezpieczeństwa żywnościowego. Na ile jest to dla Pekinu istotny czynnik?

Ukraina była jednym z ważniejszych dostawców do programów pomocowych ONZ na obszarze Afryki. To z powodu wojny jest niemożliwe. W rezultacie w Afryce rośnie presja na lokalnych przywódców, by coś z tym żywnościowym kryzysem zrobić. W pierwszej kolejności afrykańscy przywódcy informują Chińczyków o konieczności renegocjacji zaciągniętych zobowiązań finansowych – bez tego wzrasta zagrożenie rewolucją, która pozbawi Chińczyków ich inwestycji. Z powodu pandemii Pekin został zmuszony zgodzić się na kredytowe ustępstwa choćby w Kenii, która już musiała podnieść podatki, by móc spłacać chińskie długi. Teraz ta presja staje się jeszcze większa. Chociażby z tej perspektywy Chińczykom zależy, aby ten konflikt jak najszybciej się skończył.

Komunistyczna Partia Chin może bez większych problemów rządzić tak długo, ponieważ daje Chińczykom stały wzrost gospodarczy. Teraz, w obliczu kryzysu – dużo większego niż w wyniku COVID-u – obietnice dobrobytu stają pod znakiem zapytania. Podobnie zresztą jak infrastrukturalna koncepcja „Pasa i Szlaku", która też stanowi jeden z flagowych projektów Xi. W wyniku obecnych napięć zawieszono połączenia kolejowe przez Białoruś. Z perspektywy całości Chin nie jest to tragedia, bowiem transport kolejowy nie jest znaczący. Niemniej jednak to dość spory problem wewnętrzny.

Dlaczego?

W koncepcji „Pasa i Szlaku" chodziło o to, by rozwinąć chińskie prowincje zachodnie, które są dużo gorzej rozwinięte niż wschodnie, czerpiące z dostępu do akwenów morskich. Z punktu widzenia wewnętrznego, a także mając na uwadze wspomniany fakt tegorocznego zjazdu, wobec Xi wyraźnie rośnie presja i oczekiwania co do szybkiego rozwiązania problemu. Dotknięte prowincje liczą, że obietnice Xi rozwoju i dobrobytu zostaną dotrzymane. Niezadowolenie jest tym większe, że źródłem kryzysu jest Rosja, a więc sztandarowy partner Xi.

Ukraina była jednym z elementów chińskiej wizji gospodarczego zdominowania przestrzeni euro-azjatyckiej. Jeszcze w styczniu świętowano trzydziestą rocznicę relacji pomiędzy Ukrainą a Chinami. Przedstawiciele Chin podkreślali, że Ukraina to ważny element „Pasa i Szlaku" i państwo, które jako jedno z pierwszych dołączyło do projektu. Obecna sytuacja utrudnia chociażby przesył kontenerów przez Morze Czarne. To kolejny element składający się na szereg chińskich problemów – koncepcja „Pasa i Szlaku" ma raptem 10 lat, a praktycznie – przynamniej w przestrzeni euro-azjatyckiej – już go nie ma. Konieczność wyjaśnienia tego przedstawicielom Komunistycznej Partii Chin to dla Xi będzie stanowić nie lada wyzwanie. Nie przewiduję, aby Xi – który, tak jak Putin, chciał przejść do historii swojego narodu – miał utracić władzę, ale jego reelekcja może być problematyczna, a on sam przez proces nie przejdzie suchą stopą.

Jakie teraz, po miesiącu walk, nadzieje wobec rozstrzygnięcia wojny na Ukrainie, może mieć Pekin?

Obserwujemy zmiany w systemie stosunków międzynarodowych. Prezydent Biden w Polsce nakreślił wizję Zachodu. W przemówieniu w Jasionce porównał ofiary rosyjskiej agresji do studentów z Tiananmen. Co więcej prezydent Biden w swoim wystąpienia na Zamku Królewskim mówił: „Na litość boską, ten człowiek nie może pozostać u władzy". Mimo, że administracja amerykańskie dementowała, że chodzi o usunięcie Putina to wiadomość jest różnie interpretowana. To bardzo czytelny znak, że stajemy w obliczu „nowej ery" rywalizacji demokracji i autokracji.

Nie wiemy jeszcze, w jaką stronę zmierzamy, ale wyraźnie rysuje się koalicja państw zachodnich - wspólnie z Japonią i być może Koreą Południową, Australią – a z drugiej strony Chiny z Rosją, ale w dalszym ciągu szukające miejsca, i grupa państw, dawniej powiedzielibyśmy „niezaangażowanych". Dla Chin przychodzi moment, kiedy w polityce międzynarodowej trzeba będzie zająć stanowisko.

defence24.pl

Jak wypowiedź Pieskowa ma się do wcześniejszych gróźb Putina?

W wywiadzie dla telewizji PBS Pieskow stwierdził, że jakkolwiek zakończy się rosyjska inwazja przeciwko Ukrainie, nie będzie to powodem użycia przez Rosję broni jądrowej, i że nie jest ono rozważane. Podobnie jak w wypowiedzi na antenie stacji CNN 22 marca, odwołał się do dekretu Putina o podstawach polityki państwa w zakresie odstraszania jądrowego z 2020 r. Stwierdził, że dopuszcza ona użycie broni jądrowej wyłącznie w razie – niesprecyzowanego przez Pieskowa – zagrożenia dla przetrwania państwa, a „operacja specjalna” przeciwko Ukrainie nie ma z nim nic wspólnego.

Kłóci się to jednak ze słowami Putina. W wystąpieniu telewizyjnym w dniu rozpoczęcia inwazji (24 lutego br.) jako „egzystencjalne” zagrożenie dla Rosji określił on rozszerzenie NATO i współpracę wojskową jego członków z Ukrainą. Pieskow przypomniał, że Putin „ostrzegł” inne państwa przed „mieszaniem się” w konflikt, choć rzecznik Kremla zaprzeczał jakoby była to groźba użycia broni jądrowej. Putin jednak odnosił się wyraźnie właśnie do niej, grożąc wtedy państwom trzecim „konsekwencjami jakich nigdy nie doświadczyły” i chwaląc się potencjałem nuklearnym Rosji, a 27 lutego rozkazując postawienie sił jądrowych w stan „specjalnej gotowości bojowej”. Do broni nuklearnej nawiązywała również groźba Putina z 5 marca. Ostrzegł wówczas, że wprowadzenie „strefy zakazu lotów” nad Ukrainą doprowadzi do „katastrofalnych konsekwencji nie tylko dla Europy, ale i całego świata”.

Co o broni jądrowej powiedział Dmitrij Miedwiediew?

W wywiadzie dla agencji RIA Nowosti opublikowanym 26 marca wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej i były prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew przekonywał, że Rosja nikomu nie grozi i przypomniał o scenariuszach wymienionych w dekrecie o podstawach polityki państwa w zakresie odstraszania jądrowego, w których Rosja rezerwuje sobie prawo do użycia broni jądrowej. Wymienił: atak nuklearny na Rosję za pomocą rakiet (dekret wymienia już samo wystrzelenie przeciwko niej pocisków balistycznych) lub jakiekolwiek użycie broni jądrowej przeciwko Rosji i jej sojusznikom (dokument wymienia też inną broń masowego rażenia), uderzenie paraliżujące rosyjskie siły nuklearne, a także agresję z użyciem broni konwencjonalnej zagrażającą przetrwaniu rosyjskiego państwa.

Miedwiediew ocenił również, że podniesienie poziomu gotowości rosyjskich sił nuklearnych „ostudziło” zapędy Polski i innych amerykańskich sojuszników, gdyż USA nie zgodziły się na wprowadzenie strefy zakazu lotów nad Ukrainą i inne „głupie pomysły”. Argumentował ponadto, że napięcia między Rosją a USA i NATO są jeszcze gorsze niż podczas zimnej wojny. We wpisie w mediach społecznościowych z 23 marca Miedwiediew oskarżył USA o prowadzenie polityki nastawionej na podzielenie i zniszczenie Rosji. Zapewniał, że Rosja nie pozwoli, aby tak się stało, ale przestrzegł, że polityczna i gospodarcza destabilizacja Rosji (a zwłaszcza jej rozpad) zwiększyłaby ryzyko wojny jądrowej.

Skąd może wynikać złagodzenie i niejednoznaczność wypowiedzi Rosji o broni jądrowej?

Fakt, że Rosja nie posuwa się do bardziej bezpośrednich gróźb jądrowych niż te z początku inwazji, a nawet łagodzi retorykę, może wynikać z uznania przez nią ich głównego celu – odstraszenia NATO od interwencji zbrojnej po stronie Ukrainy – za zrealizowany. Rosyjskie groźby mogły mieć ograniczony wpływ na pozostałe formy wsparcia Zachodu dla Ukrainy. Nie powstrzymały nałożenia na Rosję dotkliwych sankcji ani zwiększenia dostaw uzbrojenia dla Ukrainy, choć mogły wpłynąć na ograniczenie rodzajów przekazywanych systemów. Rosja może kalkulować, że lepszym sposobem na skłonienie Zachodu do niepodejmowania dodatkowych działań jest obecnie stworzenie wrażenia deeskalacji. Złagodzenie retoryki nuklearnej zbiega się w czasie z deklarowanym przez Rosję ograniczeniem zakresu działań wojskowych na terytorium Ukrainy i żądań podczas rozmów pokojowych.

Wypowiedzi przedstawicieli Rosji i treść jej dokumentów strategicznych pozostawiają na tyle szerokie pole do interpretacji, że mogą służyć zarówno próbom zachowania przed światową opinią publiczną pozorów defensywnego postępowania, jak i kreowaniu niepewności co do faktycznego progu użycia broni jądrowej. W razie potrzeby pozwolą na uzasadnienie eskalacji gróźb. Dotyczy to zwłaszcza pojęcia „egzystencjalnego zagrożenia” w odniesieniu do Ukrainy i jej współpracy wojskowej z Zachodem. Znamienne jest też to, że Rosja oskarża Ukrainę o posiadanie broni chemicznej i biologicznej, których użycie według oficjalnej polityki FR może uzasadniać odpowiedź nuklearną.

Co może skłonić Rosję do nasilenia gróźb nuklearnych?

Eskalacja gróźb nuklearnych może przyjąć formę bezpośrednich wypowiedzi pod adresem państw NATO i (lub) Ukrainy oraz większych niż dotąd zmian w funkcjonowaniu rosyjskich sił jądrowych (np. w miejscach ich rozmieszczenia). Możliwe jest nasilenie takich gróźb w razie zapowiedzi lub rozpoczęcia dostaw dodatkowych i zaawansowanych rodzajów uzbrojenia dla Ukrainy. 29 marca br. ministerstwo obrony FR ostrzegło ogólnikowo, że zareaguje „odpowiednio” na dostawy myśliwców lub systemów obrony powietrznej. Do wzmożonej sygnalizacji nuklearnej FR może też dojść w razie zaostrzenia sankcji (były one przywoływane przez Putina, gdy ogłaszał podwyższenie gotowości sił nuklearnych). Wykonanie takich gróźb nie jest realne w obu przypadkach. Użycie siły , a tym bardziej broni nuklearnej, przeciwko państwom NATO byłoby sprzeczne z nadrzędnym celem rosyjskich gróźb jądrowych, jakim jest powstrzymanie Sojuszu od włączenia się w konflikt. Groziłoby też pogłębieniem gospodarczej izolacji Rosji.

Niewykluczone, że Putin sięgnie po groźbę ograniczonego użycia broni jądrowej w celu przymuszenia Ukrainy do szybkiego zakończenia konfliktu, choć taki atak jest mało prawdopodobny. Groziłby dotkliwymi skutkami ubocznymi dla wojsk i terytorium Rosji, a także zaostrzeniem międzynarodowej odpowiedzi na rosyjską agresję, w tym dodatkowymi sankcjami. Oznaczałby też całkowitą kompromitację rosyjskich sił konwencjonalnych. Mobilizacja dodatkowych wojsk i sygnały o ograniczeniu zakresu działań Rosji na Ukrainie wskazują na preferencję dla utrzymania nienuklearnego charakteru konfliktu.

Co to oznacza dla polityki odstraszania nuklearnego NATO?

Szkodliwe dla NATO byłoby dojście przez Rosję do wniosku, że jej nuklearne groźby mogą sparaliżować reakcję Sojuszu w razie ataku na jego członka. Decyzja o niepodejmowaniu przez NATO interwencji po stronie Ukrainy została podjęta jeszcze przed rosyjską inwazją i wynikała przede wszystkim z faktu, że Ukraina nie należy do Sojuszu, choć rolę odgrywały również obawy przed eskalacją konfliktu z Rosją do wojny nuklearnej. Sojusznicy mają znacznie większy interes w obronie członków NATO. Atakując ich, Rosja podejmowałaby nieporównywalnie większe ryzyko niż w przypadku agresji przeciwko nieobjętej gwarancjami art. 5 Ukrainie. Przypomnienie o tym Rosji może wymagać silniejszej niż dotąd komunikacji w sprawach nuklearnych ze strony NATO i jego członków, np. w przygotowywanej obecnie nowej koncepcji strategicznej Sojuszu. Adresatem takiej komunikacji powinna być nie tylko Rosja, ale i społeczeństwa państw Sojuszu, gdyż obok rządów są one adresatem rosyjskich gróźb.

Państwa NATO nie powinny jednocześnie obawiać się jądrowej odpowiedzi Rosji na zwiększanie skali i zakresu dostaw broni dla Ukrainy oraz zaostrzanie sankcji. O ile Rosja może grozić odwetem za takie działania, o tyle jego realizacja kłóciłaby się z jej dążeniem do niewciągania NATO w trwający konflikt. W przypadku państw wschodniej flanki, w tym Polski, ważnym instrumentem przypominania Rosji o ryzyku związanym z jej ewentualnymi agresywnymi działaniami jest zwiększona obecność wojsk USA i innych sojuszników.

pism.pl

I tu dotykamy kluczowej kwestii. Sytuacja rosyjskiego społeczeństwa pogarsza się z dnia na dzień. Z kolei Putin jest znany z obsesyjnego strachu przed wypadnięciem z łask Rosjan. Czy to oznacza, że w pewnym momencie będzie musiał posłuchać się swojego społeczeństwa?

To już miało miejsce. Kilka lat temu, kiedy Putin chciał podnieść wiek emerytalny. Emeryci potwornie się wściekli, wyszli na ulice rosyjskich miast i zatrzymali ruch uliczny. Putin do tego nie przyznał, ale to była jego wina i koniec końców musiał ustąpić. A to tylko jeden z przykładów jego wrażliwości na nastroje opinii publicznej.

W tym momencie Rosjanie cierpią z powodu początku kolejnego wielkiego kryzysu gospodarczego. Pamiętają to dobrze z lat 90. ubiegłego wieku. Później Putin doszedł do władzy i został okrzyknięty czarodziejem, bo nagle wypłacił emerytury i pensje pracownikom budżetówki. Ale nie był żadnym czarodziejem, był wielkim szczęściarzem, który wykorzystał wzrost cen ropy. Teraz ten szczęściarz sam wywołał drugi największy kryzys gospodarczy w Rosji od czasu upadku Związku Radzieckiego.

Musimy mieć nadzieję, że poniesie konsekwencje swojej skrajnej nieodpowiedzialności i nieudolności. Jest tyle dowodów na to, jak fatalnym przywódcą jest Putin. Podam panu kolejny przykład. Sam z siebie wybrał, żeby drażnić amerykańskiego kolosa. Konsekwentnie obrażał kolejnych amerykańskich prezydentów, samemu odbierając sobie w ten sposób możliwość rozgrywania przeciwko sobie Stanów Zjednoczonych i Chin. Zamiast tego niedawno musiał ściskać i całować prezydenta Xi Jinpinga w Pekinie. A prezydent Xi może dzisiaj postawić sprawę jasno: jeśli chcesz naszego poparcia, będzie cię ono kosztować i to znacznie więcej, niż wtedy, gdybyś rozegrał właściwie swoją geopolityczną partię. Pisałem o tym w mojej książce "Na Kremlu wiecznie zima. Rosja za drugich rządów Putina" - jako geopolityczny strateg Putin jest nic niewart.

Rozmawialiśmy o tym, że rosyjskie społeczeństwo płaci coraz wyższą cenę za politykę Putina. Ale czy jest jakaś cena, której sam Putin nie jest gotowy zapłacić, żeby doprowadzić do końca to, co zaczął w Ukrainie?

Myślę, że stał się ofiarą doktrynalnego absolutyzmu. On faktycznie wierzy w to, co mówi, że myśli. Ma silną żyłkę mesjanistyczną. Uważa, że uosabia to, co w Rosji najlepsze. Postrzega siebie jako zbawcę narodu. Co gorsza, w jego otoczeniu nie ma już ludzi, którzy byli mu w stanie powiedzieć, że popełnia koszmarny błąd w tej czy innej sprawie. Już we wczesnych latach dwutysięcznych pozbył się tych doradców, którzy mu się sprzeciwiali.

Żyje w bańce?

Po dwudziestu latach u władzy przyzwyczaił się do życia w reżimie, w którym nikt nie ma odwagi mu się postawić. Nie wiem, na ile on sam jest dzisiaj zdolny kwestionować swoje wybory i decyzje. Znamienne, że kilka dni temu stracił jednego z nielicznych quasi liberałów w swojej administracji - Anatolija Czubajsa. Dlatego bardzo ciężko dostrzec dzisiaj kogoś, kto byłby w stanie wyciągnąć Putina z tego wszystkiego. On sam nie jest w stanie dostrzec problemu. A problem jest dzisiaj następujący: jak wycofać się z tej wojny bez koszmarnej w skutkach utraty twarzy.

gazeta.pl

środa, 30 marca 2022


Ukraińsko-rosyjskie negocjacje, do których doszło 29 marca w Stambule, o warunkach podpisania porozumienia pokojowego i uzyskania gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy nie przyniosły żadnych ustaleń. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom nie odbyła się ich druga tura, ale kolejne spotkanie ma mieć miejsce w ciągu dwóch tygodni. Strona rosyjska zadeklarowała, że ograniczy aktywność wojskową na północy Ukrainy (podkreślono przy tym, że nie oznacza to przerwania ognia), ale będzie kontynuowała operację wojskową na południu i w Donbasie „aż do pełnego wyzwolenia”. Stanowisko Moskwy w kwestiach politycznych nie uległo zauważalnym korektom. Jej warunki zawarcia pokoju obejmują m.in.: neutralny status Ukrainy i rezygnację z przynależności do sojuszy wojskowych, zakaz rozmieszczenia obcych baz wojskowych i organizacji ćwiczeń z udziałem państw NATO, demilitaryzację i zapewnienie praw dla języka rosyjskiego. Rosjanie zastrzegają ponadto, że w przypadku przyjęcia aktu neutralności Ukrainy i potwierdzenia gwarancji bezpieczeństwa nie obejmą one terytorium Krymu i tzw. republik ludowych, których status uważają za niepodlegający dyskusji.

Kijów uznaje, że częścią porozumienia musi być nowy traktat międzynarodowy o gwarancjach bezpieczeństwa, który zawierałby zapis podobny do art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Wśród gwarantów swojego bezpieczeństwa Ukraina widzi przede wszystkim stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, a także Polskę, Niemcy, Włochy, Kanadę, Turcję i Izrael. Według Biura Prezydenta Ukrainy ewentualne porozumienie pokojowe musiałoby – po zaakceptowaniu przez parlament – zostać poddane pod referendum, którego przeprowadzenie będzie możliwe wyłącznie w sytuacji pełnego wycofania się wojsk agresora na pozycje zajmowane przed 24 lutego. Po zakończeniu rozmów prezydent Wołodymyr Zełenski zapowiedział, że negocjacje będą kontynuowane. Dodał, że Kijów nie zaakceptuje kompromisów dotyczących suwerenności i integralności terytorialnej, a priorytet stanowi uzyskanie wielostronnych gwarancji bezpieczeństwa. Rosja uznaje, że spotkanie przywódców obu państw będzie możliwe dopiero przy okazji parafowania dokumentu pokojowego.

Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy kolejną dobę informuje o rotacji pododdziałów armii wroga – 4. Bazy Wojskowej (BW) z Osetii Południowej (trzy batalionowe grupy taktyczne – BGT; łącznie 1200 żołnierzy) i 7. BW z Abchazji (dwie BGT; 800 żołnierzy). Kontynuowane ma być zwożenie amunicji do polowych magazynów w strefie Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Agresor ponoć wciąż ma problemy z dyscypliną i uzupełnianiem strat oraz przywracaniem do stanu sprawności technicznej uzbrojenia do tej pory zmagazynowanego.

Na poszczególnych kierunkach obrony armii ukraińskiej sytuacja militarna nie zmieniła się znacząco. Na kierunku północno-wschodnim trwają walki na północnych i zachodnich obrzeżach Kijowa (w tym w Irpieniu, nad którym odzyskanie kontroli obrońcy ogłosili poprzedniej doby; lokalne władze ostrzegają przed powrotem do miasta, a pozostałych w nim mieszkańców zachęcają do ewakuacji). Agresor kontynuuje ostrzał i bombardowania ukraińskich pozycji i magazynów z zaopatrzeniem, także w rejonie browarskim na wschód od Kijowa (m.in. w Boryspolu). W nocy obrona powietrzna stolicy miała udaremnić atak rakietowy. Nieprzerwanie trwa ostrzał Czernihowa (miasto zostało już w dużym stopniu zniszczone, blokowana jest również pomoc humanitarna dla mieszkańców), siły najeźdźcy ostrzeliwują i bombardują pozycje obrońców w Nieżynie w obwodzie czernihowskim.

Na kierunku wschodnim wciąż mają miejsce starcia w południowej części obwodu charkowskiego oraz w pozostających pod kontrolą ukraińską rejonach obwodów ługańskiego i donieckiego. Agresor miał umocnić się na południe od Iziumu (w rejonie miejscowości Kamjanka i Sucha Kamjanka) i przeprowadzić jeden nieudany atak na pozycje przeciwnika; kontynuuje natarcie na Słowiańsk. Trwają walki w okolicach Charkowa, miasto jest też permanentnie ostrzeliwane (w ciągu doby obrońcy odnotowali 39 przypadków ostrzału, a Rosjanie mieli m.in. wyprowadzić 180 salw z wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych Grad). W Donbasie siły ukraińskie miały odeprzeć cztery ataki wroga. Kolejną dobę trwają walki uliczne w miastach Popasna i Rubiżne oraz w centrum Mariupola. Ostrzeliwane i bombardowane są w zasadzie wszystkie miejscowości pozostające pod kontrolą ukraińską – poza wymienionymi zwłaszcza Kreminna, Lisiczańsk i Siewierodonieck w obwodzie ługańskim oraz Awdijiwka i Marjinka w obwodzie donieckim.

Na kierunku południowo-wschodnim agresor kontynuował ostrzał pozycji ukraińskich na południe od Zaporoża (na linii Stepnohirśk–Orichiw–Hulajpołe) i w okolicach Krzywego Rogu (na południowych obrzeżach obwodu dniepropetrowskiego) oraz umacniał własne pozycje w rejonie Nowokarliwka–Łuhiwśke (na południowy wschód od Orichiwu). Dwukrotnie głównym celem uderzeń rakietowych stały się obiekty wojskowe i przemysłowe w obwodzie chmielnickim. Zniszczono m.in. składy paliwa zlokalizowane przy zbombardowanym wcześniej lotnisku wojskowym w Starokonstantynowie. Pociski wroga trafiły także w trzy zakłady, lecz strona ukraińska blokuje informacje o szczegółach ataków.

Rząd w Kijowie ogłosił dziewięć założeń organizacji życia kraju w warunkach wojny: „Armia przede wszystkim” (m.in. wsparcie finansowe, zbrojne, żywnościowe), „Bezpieczeństwo żywieniowe” (tworzenie strategicznych zapasów żywności, pomoc rolnikom), „Nowa polityka gospodarcza” (obniżki podatków, deregulacja biznesu), „e-wsparcie i programy pomocy społecznej” (terminowe wypłacanie emerytur i świadczeń socjalnych), program pomocy wymuszonym przesiedleńcom (świadczenia w wysokości 2 tys. hrywien dla dorosłych i 3 tys. hrywien, czyli 100 dolarów, na dziecko; dopłaty dla przedsiębiorców zatrudniających uchodźców i dla osób przyjmujących ich pod swój dach), „Front energetyczny” (przyłączenie do europejskiego systemu energetycznego ENTSO-E, tworzenie zapasów węgla i paliw), „Logistyka wojenna” (Koleje Ukraińskie jako główny przewoźnik, budowa na granicy zachodniej nowych magazynów, a być może także terminali przeładunkowych; plany otwarcia kolejnych przejść granicznych), „Świat z Ukrainą” (pozyskiwanie wsparcia partnerów zagranicznych) oraz „Odbudowa Ukrainy”. Część działań, jak np. przyłączenie do ENTSO-E, już zrealizowano. Również 29 marca w aplikacji usług publicznych „Dija” pojawiła się możliwość składania wniosków o odszkodowanie za zniszczone lub utracone mienie. Prezydent Zełenski zapewnił, że państwo zrekompensuje każdemu obywatelowi utratę domu lub mieszkania.

30 marca mają działać trzy korytarze ewakuacyjne, wszystkie w obwodzie zaporoskim (z Mariupola do Berdiańska oraz z Melitopola i z Enerhodaru do Zaporoża). Pociągi ewakuacyjne będą kursowały z Kramatorska do Lwowa, z Nowozołotariwki do Łozowej, z Pokrowska do Dniepru, a także na trasach międzynarodowych – do Polski, Czech, Rumunii, Austrii, na Słowację i Węgry. Wicepremier Iryna Wereszczuk poinformowała, że ukraińska delegacja podczas rozmów w Stambule przekazała przedstawicielom Rosji propozycje ewakuacji mieszkańców 97 najbardziej dotkniętych walkami miejscowości w dziewięciu obwodach.

Ważne gałęzie ukraińskiej gospodarki notują duże straty: według danych należącego do Rinata Achmetowa holdingu górniczo-hutniczego Metinvest w wyniku zniszczenia zakładów w Mariupolu sektor metalurgii zanotował redukcję zdolności wytwórczych o 30–40%. Równocześnie w bieżącym tygodniu wznowiona zostanie działalność niektórych zakładów metalurgicznych, a przebudowa łańcucha logistycznego pozwoli na eksport ich produkcji. Kraj poszukuje ponadto alternatywnych względem portów dróg eksportu produkcji rolnej.

Według danych Straży Granicznej RP 29 marca z Ukrainy do Polski wjechało 22,4 tys. osób (wzrost o 6,6% względem dnia poprzedniego), a łącznie od początku inwazji – 2,36 mln. Zgodnie z danymi ONZ Ukrainę opuściło już blisko 4 mln ludzi. Większość z nich wyjechała do Polski, 602 tys. – do Rumunii (w tym część przez Mołdawię, gdzie obecnie przebywa 94 tys. uchodźców), 359 tys. – na Węgry, a 278 tys. – na Słowację. Do Rosji udało się 271,3 tys. osób, zaś na Białoruś – 9,9 tys.

Komentarz

Postawa delegacji rosyjskiej i brak jakichkolwiek konkretnych ustaleń wskazują, że w trwających od czterech tygodni negocjacjach stanowiska stron nie zbliżyły się. Można się spodziewać, że nawet w przypadku gotowości Ukraińców do spełnienia części stawianych warunków Rosja będzie starała się traktować je rozszerzająco, tak żeby nie tylko zapewnić sobie maksymalny wpływ na politykę zagraniczną i bezpieczeństwa powojennej Ukrainy, lecz także kontrolować (a w wersji minimum – sparaliżować) ją w wymiarze wewnętrznym. Wydaje się, że dla strony ukraińskiej kluczowym żądaniem negocjacyjnym będzie natychmiastowe wycofanie wojsk agresora na pozycje sprzed 24 lutego, podczas gdy ten będzie dążył do uzyskania koncesji ze strony Ukrainy i ustępstw Zachodu w postaci cofnięcia nałożonych sankcji. Spełnienie obu oczekiwań jest na obecnym etapie bardzo mało prawdopodobne, co dodatkowo oddala perspektywy kompromisu. W związku z fundamentalnymi sprzecznościami między stronami zakończenie wojny wydaje się aktualnie nierealistyczne. Należy się spodziewać, że Rosja będzie kontynuować działania militarne, koncentrując się na frontach donbaskim i południowym.

Kontynuując negocjacje, strona ukraińska dąży do ich jak najszybszego umiędzynarodowienia w celu uzyskania zbiorowych gwarancji bezpieczeństwa. Przedstawia własne propozycje ustępstw i przeciąga rozmowy, próbując wynegocjować jak najmniej uciążliwe warunki przerwania ognia. Liczy, że stanowisko przeciwnika będzie ulegało modyfikacjom ze względu na rosnące koszty prowadzenia wojny oraz pogarszającą się wskutek zachodnich sankcji sytuację gospodarczą. Dalsze prowadzenie przez Kijów rozmów ma udowodnić partnerom, że Ukraina jest gotowa do kompromisu, który nie będzie naruszał jej kluczowych interesów, a brak takiej gotowości na Kremlu ma uzasadnić dodatkowe dostawy uzbrojenia.

Skłonność władz ukraińskich do ustępstw jest dodatkowo ograniczana wysokim morale i bojowymi nastrojami społecznymi. Zapowiedź Zełenskiego dotycząca przeprowadzenia wiążącego referendum w sprawie przyjęcia układu pokojowego to próba wyciszenia ewentualnej krytyki w obliczu ustępstw.

Na Ukrainie dominuje przekonanie, że o zapisach przyszłego porozumienia pokojowego decydować będzie sukces lub porażka Rosjan, i jedynie uzyskanie przewagi wojskowej zmusi agresora do ustępstw. Przeważa trzeźwy pogląd, że uczestnicząc w negocjacjach, władze rosyjskie nie mają dobrych intencji i nawet nie zamierzają ograniczyć działań militarnych. Jednocześnie pojawiają się głosy argumentujące, że zamiana dążenia do członkostwa w NATO na uzyskanie gwarancji bezpieczeństwa od poszczególnych państw to zły pomysł, którego ewentualna realizacja osłabi bezpieczeństwo kraju w przyszłości.

Deklaracja o wycofaniu wojsk z rejonu Kijowa jest grą pozorów mających stworzyć wrażenie, że Kreml zmienił stanowisko co do operacji wojskowej, co ma zapewne zniechęcić Zachód do wprowadzania kolejnych restrykcji. W rzeczywistości następna pauza w negocjacjach będzie przez Rosjan wykorzystana do rotacji jednostek, dostaw amunicji i zaopatrzenia. Potwierdzają to informacje przekazywane przez Pentagon i ukraiński Sztab Generalny, który 30 marca donosił o walkach w rejonie Buczy i Hostomla oraz ostrzałach Irpienia. Siły najeźdźcy kontynuują uderzenia rakietowe na ukraińskie składy paliw i obiekty wojskowe. Oznacza to, że Kreml nadal będzie wykorzystywał czynnik militarny jako narzędzie negocjacyjne mające pogłębić kryzys gospodarczy i przyśpieszyć ustępstwa Kijowa.

Rotacja jednostek i przegrupowania wojsk agresora trwają na wszystkich kierunkach działań i jak dotychczas nie można potwierdzić, by w rejonie Kijowa i Czernihowa wiązały się z faktycznym zmniejszeniem rosyjskiej obecności wojskowej. Nie wskazują na to trwające walki i ostrzał pozycji ukraińskich ani rozbudowa zaplecza w strefie Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej na północ od stolicy. W ostatnich dniach strona ukraińska informowała nie tylko o tworzeniu tam składów amunicji, lecz także o przeniesieniu z Białorusi dowództwa zgrupowania 35. Armii Ogólnowojskowej Wschodniego Okręgu Wojskowego i wysuniętego dowództwa wchodzącej w jej skład 38. Brygady Zmechanizowanej. Choć można liczyć się z ograniczeniem aktywności militarnej najeźdźcy na północy Ukrainy, nie należy się spodziewać wycofania stamtąd jednostek i oddania przeciwnikowi zajętych terenów bez walki.

W obliczu pogarszającej się wskutek trwającej wojny sytuacji gospodarczej władze Ukrainy próbują ujednolicać i systematyzować zasady prowadzenia polityki ekonomicznej: priorytetyzować potrzeby Sił Zbrojnych, tworzyć nowe szlaki eksportowe w sytuacji blokady portów i zniszczenia części infrastruktury logistycznej, porządkować sferę wsparcia socjalnego dla osób przemieszczonych oraz usprawniać absorbcję i dystrybucję pomocy kierowanej z Zachodu. Wskazuje to, że nastawiają się na długotrwały konflikt i konieczność przestawienia gospodarki na tory gospodarki wojennej.

osw.waw.pl

Hakerzy Putina uzyskali pełny dostęp do sieci węgierskiego MSZ, a rząd Viktora Orbana ich nie powstrzymał — ujawnia w dziennikarskim śledztwie Direkt36. Według ustaleń dziennikarzy Rosjanie opanowali sieć komputerową i wewnętrzną korespondencję węgierskiego MSZ, a także włamali się do zaszyfrowanej sieci służącej do przesyłania tajemnic państwowych i informacji dyplomatycznych. Zhakowali nawet zaszyfrowany kanał, przez który przesyłane są poufne materiały NATO i UE.

Portal pisze o wewnętrznym dokumencie MSZ ze stycznia 2022 r., który dowodzi, że ministerstwo nadal było celem ataków. Redakcja powołuje się też na informacje pozyskane od urzędników państwowych. Ich zdaniem za grupą hakerów, która zaatakowała sieć węgierskiego MSZ stoi rosyjskie FSB i wywiad wojskowy GRU. Te same grupy hakerskie mają atakować węgierskie sieci rządowe od co najmniej dekady.

"Węgierska dyplomacja stała się dla Moskwy praktycznie otwartą księgą dzięki hakowaniu sieci ministerstwa. Infiltracja rosyjska pozostawała aktywna przed i częściowo po inwazji na Ukrainę, podczas trwających szczytów kryzysowych UE i NATO" — czytamy w raporcie Direkt36. Rosjanie dzięki temu dokładnie wiedzą, co planuje węgierskie MSZ.

Nic nie wskazuje na to, by rząd Węgier przejął się sprawą cyberszpiegostwa. Co więcej, kiedy szef węgierskiego MSZ Peter Szijjarto otrzymał z rąk Siergieja Ławrowa Order Przyjaźni, przyznawany przez samego Putina, doskonale wiedział o tym, że jego ministerstwo zostało zhakowane przez Rosję. Chociaż Węgry wiedziały o atakach w połowie 2021 r., kontynuowały prorosyjską politykę — donoszą dziennikarze.

onet.pl

Podczas kampanii wyborczej Hunter Biden był dla prezydenta Donalda Trumpa głównym obiektem ataków skierowanych przeciwko jego kontrkandydatowi. Ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych oskarżał go o korupcję i nieczyste interesy m.in. w Chinach i Rosji, a także zarzucał uzależnienie od narkotyków. W trakcie kampanii nie doszło jednak do ujawnienia żadnych kompromitujących informacji, a Trump wybory przegrał. 

Teraz były prezydent USA wzywa Władimira Putina, aby ten ujawnił wszelkie informacje, które mogą skompromitować syna Joe Bidena.  We fragmencie wywiadu wyemitowanym we wtorek przez program Real America's Voice "Just the News", Trump stwierdził, że żona burmistrza Moskwy przekazała Hunterowi Bidenowi 3,5 miliona dolarów. - To dużo pieniędzy. Dała mu 3,5 miliona dolarów, więc teraz myślę, że Putin zna odpowiedź. Myślę, że powinien to upublicznić, a my powinniśmy poznać tę odpowiedź - mówił. 

Warto podkreślić, że podobny apel Trump wystosował w 2019 roku do Wołodymyra Zełenskiego. Amerykański prezydent prosił również swojego ukraińskiego odpowiednika, by ten współpracował w tej sprawie z jego osobistym prawnikiem Rudym Giulianim i amerykańskim prokuratorem generalnym Williamem Barrem. Chodziło o śledztwo dotyczące działalności w Ukrainie Huntera Bidena, który zasiadał w radzie nadzorczej ukraińskiej firmy gazowej Burisma Holdings. Trump zapowiedział, że skontaktują się oni z Zełenskim. Rzeczniczka resortu sprawiedliwości USA Kerri Kupec zapewniła później, że do kontaktu ze stroną ukraińską nie doszło. Sprawa ta była jedną z części pierwszego impeachmentu Donalda Trumpa.

Przed rozmową Biały Dom zablokował prawie 400 milionów dolarów amerykańskich z pomocy dla Ukrainy, która wcześniej została wyasygnowana przez Kongres. Działanie to miało być formą nacisku na ukraiński rząd, by współpracował z Trumpem. Według anonimowego sygnalisty Białego Domu, który zdradził te informacje w rozmowie z "The Wall Street Journal", pracownicy Trumpa starali się zatuszować aferę, np. utajniając zapisy wszystkich prezydenckich rozmów telefonicznych przeprowadzonych w lecie 2019 roku. Jak informował dziennik, wynikało to ze świadomości, iż byli świadkami próby uzyskania przez prezydenta korzyści osobistych. Dochodzenie w sprawie Burisma Holdings ostatecznie zakończyło się zamknięciem sprawy bez postawienia zarzutów.

gazeta.pl

Według relacji portalu śledczego Bellingcat.com Roman Abramowicz wraz z innym rosyjskim przedsiębiorcą wziął udział w negocjacjach u boku ukraińskiego deputowanego Rustema Umerowa. Trzej członkowie zespołu negocjacyjnego jeszcze tej samej nocy mieli odczuć objawy zatrucia takie jak zaczerwienienie oczu, bolesne łzawienie i łuszczenie skóry na rękach i twarzy. Objawy nie ustąpiły do rana i mogą wskazywać na użycie broni chemicznej.

Wiadomość o rzekomym zatruciu spotkała się z powszechnym sceptycyzmem. – Wywiad wysoce sugeruje, że było to wywołane czynnikami środowiskowymi – powiedział agencji Reuters amerykański urzędnik. Głos zabrała też Moskwa. Rzecznik Kremla Dimitrij Pieskow skomentował: "To część wojny informacyjnej. Te raporty nie są prawdziwe".

Co w sprawie ustalili dziennikarze "Dziennika Gazety Prawnej"? – Wynik na obecność substancji chemicznej był pozytywny. Ustalono jednak, że była ona dość słaba – przekazało źródło "DGP". Nie udało się ustalić, jaki środek wykryto. – Zinterpretowaliśmy to jako sygnał dla Abramowicza, oczywiste ostrzeżenie – dodał rozmówca dziennika. Sam oligarcha był przekonany, że za atakiem stoją rosyjscy twardogłowi z tzw. partii wojny, niezainteresowani negocjacjami.

Abramowicz był później badany we Lwowie. Analiza potwierdziła, że wobec oligarchy zastosowano broń chemiczną o niskim stężeniu i dawce. – On ma paszport portugalski, na którym podróżował do Turcji. W przeszłości w paszporcie sowieckim miał wpisaną narodowość ukraińską. Nie można wykluczyć wariantu, że "wybierze wolność". Pokazano mu więc, że nigdzie nie może czuć się bezpieczny – przekazują źródła "Dziennika Gazety Prawnej".

onet.pl

Wśród zdymisjonowanych naukowców znaleźli się dyrektor Instytutu Europy Rosyjskiej Akademii Nauk (RAN) Aleksiej Gromyko, jeden z kierowników Instytutu Stanów Zjednoczonych i Kanady RAN Siergiej Rogow, współpracownik Instytutu Aleksander Panow oraz dyrektor Centrum Bezpieczeństwa Euroatlantyckiego Uniwersytetu MGIMO Aleksander Nikitin.

Pod listem podpisało się 129 uczonych oraz ekspertów ds. bezpieczeństwa tak z Rosji, jak i z państw zachodnich. Wśród sygnatariuszy znaleźli się m.in. były sekretarz generalny NATO lord Robertson, b. szef brytyjski dyplomacji Malcolm Rifkind, b. sekretarz obrony USA William Perry oraz b. minister spraw zagranicznych Szwecji Hans Blix.

Zdymisjonowanie czterech rosyjskich sygnatariuszy jest o tyle znaczące, że wszyscy oni reprezentują niezwykle prestiżowe instytuty naukowe, a w wypadku Nikitina elitarny moskiewski Uniwersytet MGIMO. Fakt, iż wśród zdymisjonowanych znalazł się Aleksiej Gromyko jest szczególnie istotny, gdyż jest on wnukiem byłego szefa sowieckiej dyplomacji Andrieja Gromyki, który kierował dyplomacją ZSRR przez niemal 30 lat od 1957 do 1985 r. Fakt, iż czterej wyżej wymienieni eksperci zostali zdymisjonowani oznacza, że konsekwencje podpisania listu zapewne spotkają również pozostałych 28 rosyjskich sygnatariuszy.

Decyzja o zdymisjonowaniu doradców Rady Bezpieczeństwa Rosji wskazuje, iż reżim w Moskwie nie toleruje już krytycznych głosów dobiegających nawet z wnętrza systemu. Wspomniany wyżej list nie odbił się w zasadzie żadnym echem i władze mogły fakt jego podpisania zignorować, szczególnie że był on sformułowany w taki sposób, że wojna nazwana została "kryzysem", a co więcej, nie padło w liście żadne słowo, które wskazywałoby na Rosję jako winną rozpoczęcia wojny.

Cechą charakterystyczną wczesnego okresu rządów Władimira Putina było to, iż w jego otoczeniu znajdowała się silna grupa tzw. politechnologów, którzy jakkolwiek nigdy nie byli w pełni niezależni, to jednak przedstawiali rosyjskim władzom alternatywne scenariusze i sposoby działania. Ludzie ci związani byli jednak z bardziej technokratyczną częścią rosyjskiej elity władzy, która bardzo wyraźnie w ostatnich latach, a już szczególnie tygodniach traci wpływy na rzecz zwolenników stosowania wyłącznie siły, szantażu oraz gróźb.

onet.pl

wtorek, 29 marca 2022


W jakich okolicznościach doszło do rozmowy?

Wideokonferencję przywódców – pierwszą od rozpoczęcia rosyjskiej agresji na Ukrainę – poprzedziło spotkanie 14 marca w Rzymie Jake’a Sullivana, doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta Bidena, z Yangiem Jiechi, członkiem Biura Politycznego KPCh. Dotyczyło ono m.in. upublicznionych przez Amerykanów informacji, że ChRL jest gotowa także militarnie wesprzeć Rosję na Ukrainie. Tuż przed rozmową Biden–Xi urzędnicy UE potwierdzili, że informacje USA o możliwości chińskiego wsparcia dla Rosji są wiarygodne. Spotkanie Sullivan–Yang potwierdziło różnice stanowisk ChRL i USA w sprawie Ukrainy, a chiński MSZ odrzucił oskarżenia o materialne wspieranie Rosji. Chiny kontynuowały jednocześnie szerzenie propagandy dotyczącej odpowiedzialności USA za wojnę na Ukrainie i zlokalizowanie tam amerykańskich laboratoriów broni biologicznej, powielając przekaz strony rosyjskiej. 

Jakie stanowisko zaprezentowała ChRL wobec wojny na Ukrainie?

Strona chińska w swoim oświadczeniu wskazywała na wagę spotkania jako elementu dwustronnego dialogu, potwierdziła też wsparcie dla Rosji w wojnie na Ukrainie. Podkreśliła potrzebę budowy nowego, zrównoważonego, globalnego i regionalnego systemu bezpieczeństwa, uwzględniającego rosyjskie poczucie zagrożenia ekspansją NATO, który może być instrumentem służącym rozwiązaniu konfliktu. Jest to zbieżne ze wspólnym oświadczeniem Chiny–Rosja podpisanym po lutowej wizycie Władimira Putina w Pekinie. W rozmowie z Bidenem Xi wyraził wprawdzie niezadowolenie z powodu katastrofy humanitarnej na Ukrainie i wezwał do pokoju, ale jako metodę jego osiągnięcia zaproponował działania korzystne dla Rosji i Chin, tj. np. zaangażowanie się USA w rozmowy z Rosją bez udziału Ukrainy i uznania rosyjskiej odpowiedzialności za agresję. Xi zanegował też słuszność i skuteczność mechanizmu sankcji, zarówno w odniesieniu do Federacji Rosyjskiej, jak i ewentualnych retorsji, które USA czy UE mogłyby nałożyć na ChRL i tym samym spowodować pogorszenie kondycji światowej gospodarki.

Jakie były cele Stanów Zjednoczonych?

Biden nie liczył na wolę konstruktywnej współpracy ze strony Chin w odpowiedzi na rosyjską agresję na Ukrainę. Oświadczenie Białego Domu wskazuje, że podczas rozmowy prezydent skoncentrował się przede wszystkim na przedstawieniu Xi możliwych konsekwencji udzielenia materialnego wsparcia Rosji. Amerykańskie oświadczenie nie opisuje konkretnych instrumentów, ale najpewniej (co wcześniej sugerowali amerykańscy urzędnicy) mowa była m.in. o szeroko zakrojonych sankcjach (m.in. w sektorze półprzewodników) na chińskie firmy, jeśli ChRL zdecydowałaby się na wsparcie rosyjskich podmiotów objętych amerykańskimi sankcjami. Zdecydowane nastawienie Bidena w rozmowie z Xi wynikało z nadziei na wykorzystanie obaw ChRL przed negatywnymi konsekwencjami ewentualnych represji dla chińskiej gospodarki.

Czy dojdzie do zmiany polityki ChRL wobec Rosji?

Przebieg rozmowy Biden–Xi wskazuje, że strona chińska nie zamierza uwzględnić amerykańskich ostrzeżeń przed wspieraniem Rosji. Potwierdza to ogólna wymowa oświadczenia Xi, w którym przerzuca on odpowiedzialność za zakończenie wojny na USA. Chiny obawiają się negatywnego wpływu ewentualnych sankcji, ale liczą, że zyski polityczne ze wsparcia Rosji będą większe, m.in. w ramach strategicznego celu – rywalizacji z USA. ChRL może oczekiwać, że utrzymując rosyjski potencjał w rywalizacji z NATO (także w sytuacji osłabienia Rosji i jej możliwej przegranej na Ukrainie), podtrzyma destabilizację w Europie, co pozwoli jej uzyskać lepszą pozycję strategiczną w Indo-Pacyfiku. Potwierdzają to komentarze ministra i wiceministra spraw zagranicznych ChRL, którzy już po rozmowie Biden–Xi sugerowali, że NATO jest odpowiedzialne za wybuch wojny na Ukrainie, nawiązując w tym kontekście m.in. do nieodpowiedzialnej polityki USA w Azji.

Jakie znaczenie w rozmowie miał Tajwan?

Dla Chin głównym powodem rozmowy Xi z Bidenem była przyszłość Tajwanu. Dążenie do unifikacji z wyspą pozostaje głównym postulatem politycznym ChRL, a także elementem legitymacji KPCh w społeczeństwie. Xi ocenił, że USA cały czas wspierają niepodległość Tajwanu i powinny te działania zatrzymać. Wyraził nadzieję, że Biden ukróci rzekome protajwańskie dążenia części urzędników amerykańskiej administracji. Z komunikatu Białego Domu wynikało, że prezydent USA potwierdził zarówno brak zgody Stanów Zjednoczonych na zmianę status quo w Cieśninie Tajwańskiej, jak i kontynuację dotychczasowej polityki amerykańskiej, czyli m.in. nieuznawania Tajwanu. Chiny coraz częściej łączą w swojej retoryce tezę o nieodpowiedzialnej polityce USA (sugerując odpowiedzialność Amerykanów za wojnę na Ukrainie) z krytyką ich działań w Cieśninie Tajwańskiej. Może to sugerować próbę przygotowania uzasadnienia ewentualnej operacji militarnej ChRL przeciw wyspie.

pism.pl

Reżim Asada, odwołując się do antyzachodniej narracji, wykorzystał debatę międzynarodową na temat wojny na Ukrainie do poprawy swojego wizerunku wśród ludności arabskiej. Przedstawicielstwo Syrii w ONZ zaprezentowało swoje stanowisko wobec rezolucji ZO jako sprzeciw wobec zachodniej hegemonii i skrytykowało ONZ za brak podobnej postawy wobec izraelskich działań w Palestynie oraz naruszania suwerenności Syrii przez USA i Turcję. Wpisuje się to w retorykę obecną w niektórych arabskich mediach, wypowiedziach syryjskiej opozycji czy części aktywistów. Państwa zachodnie są oskarżane o podwójne standardy – porównuje się ich podejście do wojny na Ukrainie do braku odpowiedniego zaangażowania w Syrii czy po stronie Palestyny. Łączenie poparcia dla Rosji z krytyką „zachodniego imperializmu i hegemonii” pojawiło się także w wypowiedziach irańskich oficjeli i reprezentantów wspieranych przez Iran bojówek i organizacji w Iraku i Libanie. Asad starał się też podkreślać wagę Syrii w rosyjskiej polityce zagranicznej, powołując się na wizytę syryjskiego ministra spraw zagranicznych Fajsala Mikdada w Moskwie trzy dni przed inwazją, a także twierdząc, że Putin omawiał z nim temat inwazji już dwa miesiące przed jej rozpoczęciem.

Asad liczy także na mniejszą presję ze strony Rosji w sprawie kompromisu podczas debat w ramach ONZ na temat przyszłości Syrii. Rosja uznawała, że jedyna droga do pełnej ponownej legitymacji władzy Asada, a tym samym – stabilizacji pozwalającej na rozpoczęcie inwestycji i odbudowę państwa (których Rosja także byłaby beneficjentem), wiedzie przez ONZ. Dlatego rosyjscy decydenci krytykowali bezkompromisowe podejście Asada do prac nad nową syryjską konstytucją, blokujące próby dialogu. Reżim Asada sprzeciwiał się też przegłosowanemu w lipcu ub.r. w RB ONZ mechanizmowi dostarczania pomocy humanitarnej do Syrii przez terytorium tureckie. Mechanizm ten, którego mandat traci ważność w lipcu br., prezydent Syrii uznał za upolityczniony i podważający legitymację jego reżimu.

Poparcie Asada dla rosyjskiej inwazji i zbieżność jego stanowiska z rosyjską propagandą najprawdopodobniej skłonią państwa zachodnie do zwiększenia presji na ograniczenie normalizacji relacji państw arabskich z syryjskim reżimem. Choć początkowo wspierały one opozycyjne ugrupowania, od kilku lat dążą do normalizacji relacji z Asadem i do ponownego włączenia Syrii do Ligi Państw Arabskich (LPA). W marcu br. Asad odwiedził Zjednoczone Emiraty Arbskie (ZEA), co było jego pierwszą wizytą w państwie arabskim od 11 lat. Zaangażowanie Rosji w konflikt było czynnikiem decydującym o zmianie podejścia do reżimu Asada m.in. arabskich monarchii w Zatoce Perskiej (poza Katarem). Uznały one, że wsparcie Rosji dla Asada umożliwi ustabilizowanie sytuacji w Syrii i ograniczy niekorzystne dla nich wpływy Iranu na to państwo. Inwazja na Ukrainę może jednak zmniejszyć wiarygodność Rosji jako zdolnej zapewnić stabilność w Syrii. W miesiącach poprzedzających wojnę zwiększyła się rosyjska aktywność wojskowa naruszająca porozumienie z końca 2015 r. między USA a Rosją w sprawie działań w Syrii, a rosyjskie i syryjskie myśliwce przeprowadziły patrole w pobliżu izraelskiej granicy. Kilka dni po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę syryjskie siły rządowe porozumiały się ponadto z paramilitarnymi organizacjami irańskimi w sprawie włączania ich członków w szeregi sił reżimu Asada. Do tej pory władze Rosji sprzeciwiały się temu, co także motywowało państwa arabskie do zbliżenia z reżimem Asada w ramach budowania przeciwwagi dla irańskich wpływów w Syrii.

pism.pl

Jakie decyzje zostały podjęte w sprawie wzmocnienia zdolności do obrony i odstraszania?

Sojusznicy zatwierdzili utworzenie czterech nowych grup bojowych – w Rumunii, Bułgarii, Słowacji i Węgrzech. Razem z istniejącymi grupami w państwach bałtyckich i w Polsce Sojusz będzie miał osiem takich formacji wzdłuż wschodniej flanki. Taka obecność będzie utrudniała Rosji zastraszanie poszczególnych państw w sytuacji konfliktu z NATO, dzięki czemu Sojuszowi łatwiej będzie np. podjąć decyzję o uruchomieniu art. 5. Sojusz przygotowuje się także na groźbę użycia przez Rosję broni masowego rażenia (chemicznej, biologicznej, radiologicznej i nuklearnej – CBRN). Grupy bojowe mają być wyposażone w zdolności do zwalczania zagrożeń CBRN, a sojusznicze siły CBRN postawiono w stan podwyższonej gotowości. W reakcji na zagrożenie ze strony Rosji Sojusz w ostatnich miesiącach znacznie zwiększył obecność swoich sił na terenie państw wschodniej flanki. Podniesiono też poziom gotowości wojsk, które mogą być dodatkowo przerzucone w sytuacji dalszego zagrożenia. NATO opracowuje także plany długofalowego wzmocnienia zdolności do obrony i odstraszania, ale decyzje w tej sprawie zostaną podjęte na czerwcowym szczycie w Madrycie, podczas którego ma być też zatwierdzona nowa strategia Sojuszu. Przywódcy zdecydowali ponadto o przedłużeniu do końca września 2023 r. kadencji obecnego sekretarza generalnego, która kończyła się w tym roku, aby zapewnić ciągłość prac nad wzmacnianiem odstraszania i obrony i sprawne funkcjonowanie Sojuszu w czasie kryzysu.

Jakie decyzje zostały podjęte w sprawie zwiększenia wsparcia dla Ukrainy?

W związku z obawami, że Rosja może się przygotowywać do użycia broni chemicznej lub biologicznej, Sojusznicy chcą wzmocnić zdolność Ukrainy do reagowania na atak CBRN. NATO zapowiedziało, że wzmocni zdolność Ukrainy do wykrywania skażeń, neutralizowania skutków użycia takiej broni oraz pomoże w opracowaniu niezbędnych planów reagowania. Zapowiedziało też wzmocnienie zdolności Ukrainy do zwalczania zagrożeń w cyberprzestrzeni. Sojusz będzie też kontynuował dotychczasowe wsparcie w postaci przekazywania sprzętu i uzbrojenia – m.in. ręcznych wyrzutni pocisków przeciwpancernych i przeciwlotniczych oraz dronów bojowych. NATO wyraźnie chce jednak uniknąć sytuacji, w której wsparcie dla Ukrainy będzie wykorzystane przez Rosję jako pretekst do ataków na członków Sojuszu, dlatego nie informuje, czy podjęto decyzję o przekazaniu bardziej zaawansowanych rodzajów uzbrojenia. 

Czy rozważana była polska propozycja wysłania misji pokojowej na Ukrainę?

Sekretarz generalny NATO nie odpowiedział wprost na pytanie, czy taka propozycja była rozważana. Podkreślił po raz kolejny, że Sojusz nie zamierza wysyłać wojsk na Ukrainę, ponieważ oznaczałoby to ryzyko wojny między NATO a Rosją. Sojusznicy są gotowi udzielać wsparcia Ukrainie, ale poważnie traktują ryzyko związane z eskalacją konfliktu poza jej terytorium. Polska propozycja może być jednak postrzegana jako próba wywarcia presji na sojuszników w sprawie zwiększenia wsparcia dla Ukrainy oraz dalszego wzmacniania nacisków na Rosję. Do tej pory sprzęt i uzbrojenie przekazywało Ukrainie kilkanaście z 30 państw członkowskich NATO. Istnieje też ryzyko, że po pierwszym szoku związanym z wojną część państw uzna, że nie da się zrobić nic więcej i zacznie wywierać presję na Ukrainę, aby zaakceptowała niekorzystne żądania Rosji. Dlatego w interesie Polski jest wywieranie stałej presji na sojuszników, aby udzielali jak największego wsparcia Ukrainie oraz nakładali dodatkowe sankcje na Rosję. Dopiero połączenie dwóch czynników – niemożliwości zrealizowania celów strategicznych metodami militarnymi i groźby katastrofy gospodarczej i destabilizacji Rosji – może skłonić prezydenta Putina do podjęcia negocjacji na warunkach, które będą do przyjęcia przez ukraińskie władze.

pism.pl

Kiedy 21 lutego Władimir Putin uznał separatystyczne władze Donieckiej Republiki Ludowej i Ługańskiej Republiki Ludowej, Ormianie w Stepanakercie i Erywaniu wypowiedzieli się w odmiennych tonach. Araik Harutiunian, prezydent nieuznawanej Republiki Arcachu, idąc w ślady przywódców Abchazji i Osetii Południowej, pogratulował mieszkańcom Doniecka i Ługańska uznania suwerenności, rzecz jasna jednocześnie budując prawno-polityczną paralelę do sytuacji Górskiego Karabachu.

Zupełnie inaczej wyglądała reakcja Erywania, który podobnie jak Baku początkowo nie zareagował wcale. Brak reakcji Ilhama Alijewa został krytycznie przyjęty przez część opozycji i komentatorów w Azerbejdżanie, podkreślających konieczność wsparcia integralności terytorialnej Ukrainy jako analogicznej do sytuacji samego Azerbejdżanu, nawet jeśli miałoby to zaszkodzić i tak zagmatwanym relacjom azerbejdżańsko-rosyjskim. Jednocześnie realiści wskazywali, że uznanie DRL i ŁRL, podobnie, jak uznanie Abchazji i Osetii Południowej w 2008 roku, nie stanowi jakiegokolwiek odniesienia do sytuacji Górskiego Karabachu.

W Erywaniu brak reakcji był całkowity – do decyzji Putina nie odnieśli się zarówno politycy koalicji wspierającej premiera Nikola Pasziniana, jak i opozycji skupionej wokół prorosyjskiego byłego prezydenta Roberta Koczarjana. W przeciwieństwie do elit politycznych szybko zareagowała natomiast opinia publiczna. Jeszcze zanim 24 lutego rozpoczęła się wojna, pojawiły się głosy, że Armenia jako orędownik absolutyzacji kwestii prawa do samostanowienia narodów ponad integralnością terytorialną powinna – zgodnie z interesem Archachu i własnym – uznać suwerenność DRL i ŁRL.

Dominowało jednak przeświadczenie o pułapce, w jakiej tkwi Armenia, a która sprawia, że jedyną słuszną postawą jest geopolityczny fatalizm. Nie mniej wyraźnie rozbrzmiewały głosy o wizerunkowej porażce Rosji oraz władz Arcachu, które nie powinny budować bezwarunkowych analogii pomiędzy sytuacją Karabachu i innych quasi-państw w przestrzeni posowieckiej.

To zwyczajowe różnice poglądów w państwie, które zdaniem większości jego obywateli tkwi w niechcianym, wymuszonym, asymetrycznym, dla niektórych hańbiącym, ale jednak koniecznym strategicznym sojuszu z Federacją Rosyjską.

Milczenie stało się charakterystyczną reakcją w Armenii. Jako formalny sojusznik Rosji Erywań nie może sobie pozwolić na otwarty sprzeciw, ale wsparcie dla niej również nie jest nagłaśniane (a jeśli występuje, to zasadniczo marginalnie). Tak było, kiedy Armenia jako jedyne państwo zagłosowała przeciw zawieszeniu Rosji w komitecie ministrów i zgromadzeniu parlamentarnym Rady Europy. Tak było również kilka dni później, gdy wstrzymała się od głosu w zgromadzeniu ogólnym ONZ podczas głosowania rezolucji potępiającej rosyjską agresję, dołączając do Sudanu, Zimbabwe, Boliwii, Kuby i Nikaragui.

Richard Giragosian, dyrektor Regional Studies Center w Erywaniu, w kilku udzielonych wywiadach nazwał tę postawę „strategicznym milczeniem”. Ponownie dał o sobie znać kruchy balans między ponadpolitycznym sojuszem z Rosją, który ma gwarantować bezpieczeństwo, oraz proeuropejskimi aspiracjami władz w Erywaniu. Na terenie Armenii znajduje się rosyjska baza wojskowa, państwo jest członkiem Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, od 2020 roku w Górskim Karabachu stacjonuje rosyjski kontyngent sił pokojowych, a rosyjskie wojska chronią również granicę z Turcją, Azerbejdżanem i Iranem ze względu na brak porozumienia w sprawie korytarza przez prowincję Sjunik, który w myśl porozumień po drugiej wojnie karabachskiej ma połączyć Nachiczewan z resztą Azerbejdżanu. To sytuacja bez wyjścia, która skazuje Armenię na potencjalną izolację dyplomatyczną.

(...)

W styczniu 2022 roku rozpoczęły się armeńsko-tureckie negocjacje o normalizacji stosunków. Dla wielu Ormian sam początek rozmów bez żadnych warunków wstępnych był trudny do zaakceptowania. Polityka pamięci, kwestia historycznej krzywdy oraz wciąż niezagojone rany po drugiej wojnie karabachskiej stanowią istotne elementy codziennej polityczności w Armenii. Dla przekonanych o konieczności nawiązania dialogu pesymizm całej sytuacji sprowadzał się do tego, że po druzgoczącej militarnej porażce w drugiej wojnie karabachskiej Armenia przystępowała do rozmów z niemalże wasalnej pozycji. Szczególnie drażliwą jest ta kwestia w kontekście aktywnego zaangażowania Ankary po stronie Azerbejdżanu w wojnie, w tym przez udział w zbrojeniu azerbejdżańskiej armii – przykładowo osławionymi dziś w wojnie w Ukrainie dronami Bayraktar. Powszechne zdawało się przekonanie, że w dłuższej perspektywie tylko Turcja wyjdzie z ewentualnego porozumienia korzystnie.

Wybuch wojny i jej przebieg zachwiały pewnością Ormian. Kwestionowane zaczęły być nie tylko relacje gospodarcze i energetyczne z Rosją, ale też zagadnienie dotychczas nie poddawane w wątpliwość – fakt, że Rosja w rzeczywistości stanowi gwarant bezpieczeństwa izolowanej kaukaskiej republiki. Te wszystkie narracje rozbrzmiewały paradoksalnie wbrew intencjom Pasziniana, który normalizację stosunków z Turcją (przede wszystkim w wymiarze gospodarczym), umieścił w centrum swojej agendy międzynarodowej w kampanii przed przedterminowymi wyborami w czerwcu 2021 roku. A te przecież wygrał przytłaczającą przewagą, wobec czego można domniemywać, że prowadzona przez niego polityka ma społeczną legitymizację.

Sytuacja zaczęła się zmieniać wraz z fiaskiem pierwotnego planu rosyjskiego blitzkriegu. Erywańskie elity zaczęły bowiem dostrzegać słabość sojuszu z Rosją, co wobec silnej narracji o egzystencjalnym zagrożeniu dla istnienia państwa i narodu skłania do przyspieszenia i intensyfikacji rozmów z wiodącą siłą na Kaukazie, a więc Turcją. 12 marca na zaproszenie tureckiego ministra spraw zagranicznych Mevlüta Çavuşoğlu, Antalyę odwiedził jego armeński odpowiednik Ararat Mirzojan. Po spotkaniu obaj panowie poinformowali opinię publiczną, że działania w kierunku ustanowienia stosunków dyplomatycznych bez warunków wstępnych i normalizacji, która doprowadzi do ponownego otwarcia granic, będą kontynuowane.

new.org.pl

Moja babcia w wieku 14 lat prawdopodobnie została zgwałcona przez kilku sowieckich żołnierzy. Druga, gdy usłyszała, że jadę pracować w Rosji, chodziła codziennie na 6 rano do kościoła, modlić się, żeby ruskie gady nie zrobiły krzywdy jej najstarszemu wnukowi. Mimo to 10 lat mojego pisania o naszym wschodnim sąsiedzie polegało na próbie zrozumienia Rosjan oraz pokazaniu polskim czytelnikom rosyjskiej wrażliwości, fobii i natręctw, ale też świętości i odmiennego od naszego punktu widzenia. Nigdy nie miałem zamiaru nikogo uwrażliwiać na rosyjskie argumenty za aneksją Krymu, narrację o zabijaniu Rosjan na Donbasie, historyczne kłamstwa Putina i temu podobne – to były kwestie poza dyskusją – ale rosyjskość była mi bliska. Zawsze czułem się bardziej wychowankiem literatury rosyjskiej niż polskiej, wolę ironiczno-ponury ciężar rosyjskiej myśli i filmów niż zwiewną poczciwość Polaków. Bardziej przemawia do mnie międzykontynentalne, całościowe widzenie świata przez Rosjan niż polska ograniczona zachodniocentryczność.

Nigdy nie narzekałem na brak pracy, bo stereotypy na temat Rosjan są mocno wbite w polskie głowy, współczesna rosyjska sztuka i popkultura ze zrozumiałych względów są Polakom kompletnie nieznane, a zmiany społeczne, takie jak emancypacja Rosjanek, westernizacja mieszkańców wielkich miast, działanie ciekawych organizacji pozarządowych i wielu pozapaństwowych mediów pozostają w Polsce prawie niezauważalne.

Mógłbym tak jeszcze wymieniać i wymieniać, ale kompletnie straciło to sens, ponieważ 24 lutego 2022 roku Władimir Putin unieważnił dekadę mojej pracy. I nie tylko mojej. W Polsce pracuje co najmniej kilkanaście osób, które nie piszą o Rosji w kategoriach azjatyckiego stepu, a o Rosjanach jako dzieciach Dżyngis-chana. Jednak przestało to być istotne, ponieważ prezydent Rosji przekierował ją dokładnie na tory statystycznej polskiej percepcji: że to kraj, z którego nie płynie nic oprócz przemocy, gwałtu i podboju. Że Rosji należy się bać i prewencyjnie walić Ruska młotkiem po głowie, w przeciwnym wypadku ruskie onuce do ciebie przyjdą i odbiorą ci kraj, depcząc i rabując wszystko po drodze.

(...)

Adam Michnik niemal przez całe życie powtarza, że jest antysowieckim rusofilem. Mnie przez niemal całe życie to określenie potwornie mierziło, bo przecież i ja mógłbym powiedzieć o sobie „antyputinowski rusofil”. Tylko co to niby znaczy, skoro Władimir Putin nie spadł na Rosjan niczym deus ex machina, ale jest produktem tego narodu i społeczeństwa? W jakiejś części ich uosabia oraz stanowi projekcję ich aspiracji, lęków i charakteru. Przecież Rosjanie lubią jego pagony i siłę. Lubią jego cyniczne, grubiańskie poczucie humoru oraz podwórkowe odzywki w sytuacjach, w których polityczna etykieta ich zakazuje. Lubią jego brawurę i skłonność do ryzyka w relacjach międzynarodowych. Uwielbiają w nim to, że jest tak cholernie dumny z Rosji, i, jak mawia rosyjska ulica, „nie pogardza swoją ojczyzną i rodakami, w przeciwieństwie do rodzimych liberałów lat 90.”

(...)

Czesław Miłosz przyznał kiedyś, że popadł w typowy polski banał: lubi Rosjan, ale nie lubi rosyjskiej władzy. Ja chciałem za wszelką cenę uniknąć Banału Miłosza. Ale po 24 lutego przestało to być możliwe. Każdemu przyzwoitemu człowiekowi zajmującemu się Rosją nie pozostało nic innego jak porzucenie neutralnej, zoologicznej obserwacji zwierzątka Putin i popadnięcie w Banał Miłosza. No i szlag wszystko trafił, na półmetku swojego życia stałem się antyputinowskim rusofilem i zacząłem szczerze nie lubić rosyjskiej władzy. Adamie Michniku, za nic mnie nie przepraszaj!

(...)

Nawet nie tracąc sympatii, a może raczej sentymentu do Rosjan, znowu nikt przyzwoity nie może przyjąć wobec nich innej postawy niż rodzica, który z miłości do dziecka narkomana wyrzuca je z domu, posyłając na odwyk. Niestety, sankcje państw demokratycznych z całego świata muszą i powinny uderzyć w każdego Rosjanina, nawet w tych bogu ducha winnych. Po pierwsze po to, aby odebrać Rosjanom imperialną kokainę, którą co kilka lat wciągają. Po aneksji Krymu wciągnęli jej tyle, że aż im nosy spuchły. Wciągają imperialne kreski nawet nie po to, żeby się dobrze bawić, ale żeby nie musieć na trzeźwo rozglądać się wokół i zadawać pytań o samych siebie. A powinni to w końcu zrobić bez działającej w krwiobiegu chemii. (...)

Po drugie, chodzi o to, aby rozwalić w drobny mak strefę komfortowej obojętności Rosjan, która od zawsze pozwalała im mówić: „Tu stoimy my, zwykli ludzie, a tam stoi potężna władza, na którą nie mamy żadnego wpływu. To ona za nas podejmuje decyzje”. Nigdy nie podzielałem poglądu, że Rosjanie mają mózgi wywirowane propagandą. Nigdy. W ZSRR najlepsze dowcipy o pierwszych sekretarzach – także te o Stalinie – wymyślali i opowiadali zwykli Rosjanie, stojąc w kolejkach po papier toaletowy. Doskonali rozumieli, w jakim kraju żyją i co się wokół nich dzieje, tylko nie chcieli pójść na odwyk. To ludzie Zachodu wmówili sobie, że Rosjanie niczego nie rozumieją i władza jest im w stanie wmówić każdą bzdurę. A Rosjanom w to graj! Zerowa odpowiedzialność i niezmącony żywot ciała niebieskiego, bo przecież wszystkiemu winny jest Putin.

new.org.pl

Abdufatto miał w Charkowie fabryczkę słodyczy. Kupował sezam, rodzynki, suszone figi i pistacje, głównie z Turcji i Iranu, czasem z Tadżykistanu, po czym przerabiał je na chałwy, batony i inne specjały. Sprzedawał na miejscowy rynek i eksportował. Mieszkał w Ukrainie 18 lat. Skończył tam licencjat z prawa, a potem zrobił jeszcze magisterkę z zarządzania. Urodziły mu się dwie córki, dorobił się i ustatkował. W wolnych chwilach uczył się online angielskiego. Miał zamiar podróżować po świecie, więc język był mu potrzebny.

Spotkałam go, jak leżał na rozkładanym łóżku, takim samym jak setki innych łóżek w wielkiej hali targowej w Młynach, koło przejścia granicznego w Korczowej. Tydzień temu, kilkadziesiąt godzin po tym, jak Putin zaatakował Ukrainę, hala została przerobiona na centrum przyjmowania uchodźców. Obok Abdufatta na identycznym łóżku leżał jego ojciec. Abdufatto sprowadził go kilka lat temu z Tadżykistanu, żeby staruszek nie był sam. Razem z nimi z bombardowanego Charkowa uciekła jeszcze żona i córki Abdufatta oraz kilka osób z dalszej rodziny. Prawie wszyscy mieli na Ukrainie karty stałego pobytu, dobrze im się żyło. Na samą myśl, że mieliby wracać do Tadżykistanu – a to właśnie proponują im polskie i tadżyckie władze – ogrania ich przerażenie.

(...)

– Wrócimy rządowym samolotem do Duszanbe – tłumaczy mi Zarina, która w czwartek, 3 marca, stała przy wejściu do hali z kawałkiem tektury, na której flamastrami napisała nazwę i narysowała flagę Tadżykistanu. Z Tadżykami kontaktował się już konsul, powiedział, że mają czekać na bezpłatne autobusy do Warszawy, a potem na samolot do ojczyzny. Zarina z własnej inicjatywy zbiera nowoprzybyłych i mówi im, jaki jest plan. Chce choć trochę pomóc ludziom, którzy są już i tak wystarczająco przerażeni tym, co się stało.

Zarina spędziła w Ukrainie tylko pół roku, ale chętnie zostałaby na zawsze. Pracowała jako kelnerka w barze, w Kijowie. Pracę załatwili jej znajomi z rodzinnego Kanibadamu. W ostatnich latach coraz więcej osób jeździło stamtąd do pracy na Ukrainę zamiast do Rosji. – Ukraińcy są bardzo mili. Byłam zadowolona, i z pracy i z życia tam – opowiada mi. – Nigdy nie myślałam, że Rosja może zaatakować. Przecież Ukraińcy nic złego nie zrobili.

W historie, które opowiadał Putin przed inwazją, Zarina ani Abdufatto nie wierzą. O tym, że ukraiński nazistowski reżim dręczy rosyjskojęzycznych mieszkańców, można kłamać tylko komuś, kto nigdy tam nie mieszkał. Jeśli chociaż połowa ewakuowanych z Ukrainy Tadżyków wróci do swoich rodzinnych miejscowości i opowie o tym, co Rosja robi w Ukrainie, po kilku tygodniach będzie o tym wiedział cały Tadżykistan.

new.org.pl

Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy po raz pierwszy odnotował zintensyfikowanie przez Rosję uderzeń na magazyny paliw. Wskazał przy tym nie tylko na związane z tym problemy logistyczne, lecz także humanitarne. Po 33 dniach wojny siły rosyjskie mają być nadal powstrzymywane na wszystkich kierunkach, a armia ukraińska ma przeprowadzać skuteczne kontrataki. Ostrzał artyleryjski i uderzenia rakietowo-powietrzne – zwłaszcza niszczenie miast – strona ukraińska przedstawia jako próbę skompensowania przez przeciwnika niepowodzeń związanych z osłabieniem, dezorientacją, problemami logistycznymi i obniżeniem potencjału bojowego pododdziałów. W związku z ponoszonymi stratami w Rosji ma trwać nabór ochotników do sił okupacyjnych. W celu uzupełnienia arsenału agresor ma przestawiać na całodobowy tryb pracy przedsiębiorstwa produkujące rakiety, napotyka jednak przy tym problemy wynikające z zachodnich sankcji.

Według informacji ukraińskich, na kierunku północno-wschodnim główną areną walk oraz wymiany ognia pozostają miejscowości na zachód od Kijowa. Ukraińska rubież obrony na północ od autostrady M06 opiera się o miejscowości Łysne, Kapitaniwka i Dmytriwka, a na południe od niej o Motyżyn, Łyczankę, Szpytky i Petruszky. Na północny zachód od stolicy trwają walki o Moszczun w rejonie Hostomla. Siły rosyjskie ostrzelały infrastrukturę kolejową w okolicach Bojarki, przez co wstrzymano ruch pociągów na południowy zachód od stolicy. O uwolnieniu miasta od okupantów poinformował mer Irpienia (przez cały okres walk miasto pozostawało w ok. 80% pod kontrolą obrońców). Kolejną dobę ostrzeliwane były Czernihów i Nieżyn, a także pozycje ukraińskie w odzyskanej kilka dni wcześniej wsi Łukjanywka.

Na kierunku wschodnim walki trwają głównie na pograniczu obwodów charkowskiego i donieckiego, gdzie Rosjanie operują siłami 1. Armii Pancernej i 20. Armii Ogólnowojskowej Zachodniego OW. Jednostki ukraińskie powstrzymują natarcie przeciwnika w kierunku Słowiańska i m. Barwinkowe. Niejasna pozostaje sytuacja w Iziumie i położonych na południe od niego miejscowościach Topolśke i Kamjanka, które przez wiele dni stanowiły główną rubież obrony (siły ukraińskie nadal się w nich bronią bądź próbują odzyskać kontrolę nad nimi). Kolejną dobę trwały walki na północnych i wschodnich obrzeżach Charkowa, miasto oraz pozycje ukraińskie w rejonie Czuhujewa były także ostrzeliwane. W obwodzie ługańskim bronią się Rubiżne i Lisiczańsk (kolejną dobę ostrzeliwany był graniczący z nimi Siewierodonieck) oraz Popasna, a w obwodzie donieckim Awdijiwka, Marjinka, Nowhorodśke i Nowomychajływka (na zachód i północ od Doniecka) oraz Wuhłedar i położone 20 km na wschód od niego Sołodke. Ogółem w ciągu doby obrońcy mieli odeprzeć w Donbasie siedem nieprzyjacielskich ataków. Siły ukraińskie utrzymują również pozycje w centrum Mariupola. Według oceny sztabu pułku Azow do deblokady miasta potrzebne są dwie–trzy batalionowe grupy taktyczne.

Na kierunku południowo-wschodnim siły agresora kontynuują ostrzał i podejmują próby przełamania pozycji ukraińskich na południe od Zaporoża i Krzywego Rogu. W obwodzie zaporoskim linia styczności wojsk nie uległa zmianie (głównymi celami ataków były pozycje obrońców w rejonie miejscowości Stepnohirśk i Hulajpołe). Z kolei w obwodzie dniepropetrowskim Rosjanie szturmowali Błahodatne, 25 km na południe od Krzywego Rogu. Siły agresora miały zostać odepchnięte na dotychczasowe pozycje 40–60 km od centrum miasta. Bombardowany jest Mikołajów. Celem rosyjskich uderzeń rakietowych były także kolejne magazyny paliw – w Nikopolu w obwodzie dniepropetrowskim oraz – po raz drugi – w okolicach Równego.

W miarę przedłużania się konfliktu zbrojnego oficjalne komunikaty obu stron opisujące straty przeciwnika są coraz bardziej instrumentem wojny informacyjnej. Ukraiński Sztab Generalny w codziennych komunikatach zwiększa rosyjskie straty w ludziach o od 100 do 300 osób. Obecne szacunki mówią o 17,2 tys. zabitych żołnierzach rosyjskich. Strona rosyjska koncentruje się na przekazywaniu informacji dotyczących strat sprzętowych ukraińskiej armii i ugruntowywaniu tezy, że przeciwnik jest już praktycznie bezbronny, i nie ocenia strat ludzkich przeciwnika. Według ostatnich danych Sztabu Generalnego Ukrainy Rosjanie stracili 597 czołgów, 127 samolotów i 129 śmigłowców, 1710 pojazdów opancerzonych, 303 systemy artyleryjskie, 96 wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych, 54 systemy obrony powietrznej, 1178 pojazdów kołowych, 7 jednostek pływających, 73 cysterny, 71 bezpilotowców. Według danych rosyjskich Ukraińcy stracili 123 samoloty i 74 śmigłowce, 311 bezzałogowych statków powietrznych, 1738 czołgów i innych bojowych wozów opancerzonych, 181 wyrzutni rakietowych, 726 dział i moździerzy oraz 1592 pojazdy samochodowe.

Koncern zbrojeniowy Ukroboronprom poinformował, że w funkcjonujących zakładach remontowych trwa nie tylko naprawa uszkodzonego sprzętu armii ukraińskiej, lecz także remontowany jest rosyjski sprzęt zdobyczny. W tym ostatnim przypadku dotyczy to systemów artylerii rakietowej Smiercz i Uragan oraz systemów obrony powietrznej Osa. Przedsiębiorstwa należące do koncernu od początku konfliktu są stopniowo przenoszone w „bezpieczne rejony”, najprawdopodobniej do zachodnich obwodów Ukrainy.

Rosjanie kontynuują brutalną okupację zajętych terytoriów, m.in. w obwodach kijowskim, zaporoskim, czernihowskim, chersońskim i charkowskim – ostrzeliwują i plądrują budynki mieszkalne, terroryzują ludność, porywają i przetrzymują zakładników. W Geniczesku zaczęli wypłacać mieszkańcom emerytury w rosyjskiej walucie – 10 tys. rubli (3 tys. hrywien, niecałe 100 euro) w gotówce – a od kwietnia planują wprowadzenie rubli do obiegu w handlu i rozliczeniach w całym obwodzie chersońskim. Obywatele ustawiają się w kolejkach, lecz natychmiast wymieniają tę walutę na hrywny, a lokalne sklepy nie przyjmują rubli. 28 marca mieszkańcy Enerhodaru zebrali się na pokojowym wiecu, aby po raz kolejny wyrazić protest przeciwko okupacji. Manifestanci domagali się uwolnienia z niewoli pierwszego zastępcy mera. Kolejny przedstawiciel władz samorządowych – przewodniczący rady miasta Bałaklija w obwodzie charkowskim – zdecydował się na współpracę z najeźdźcami. Wcześniej (26 marca) został wraz z dwoma innymi urzędnikami porwany przez Rosjan. Szef administracji obwodu charkowskiego określił jego decyzję mianem zdrady i przypomniał, że za ten czyn grozi 15 lat pozbawienia wolności lub dożywocie. Z kolei mer Mariupola Wadym Bojczenko wezwał do natychmiastowej pełnej ewakuacji miasta. Poinformował, że przebywa tam ok. 160 tys. osób, które nie mają już ani wody, ani zapasów żywności i są na granicy życia i śmierci. Mariupol od 29 dni pozostaje pod blokadą, jest systematycznie niszczony atakami rakietowymi i ostrzeliwany z ciężkiej artylerii.

W Charkowie w wyniku rosyjskich ostrzałów i nalotów zniszczonych zostało 1177 budynków mieszkalnych, 53 przedszkola, 69 szkół i 15 szpitali.

Według danych Państwowego Biura Śledczego ponad 1700 osób podlegających mobilizacji próbowało nielegalnie opuścić Ukrainę. Potwierdzono przypadki uruchomienia kanałów przerzutu mężczyzn przez granicę, a w obwodach winnickim, czerniowieckim, odeskim i lwowskim zatrzymano organizatorów takich procederów. Zgodnie z danymi biura do 28 marca wszczęto ponad 340 postępowań karnych, z których ok. 100 dotyczy zdrady stanu i kolaboracji, w tym przejścia na stronę sił okupacyjnych dziesięciu funkcjonariuszy celnych i organów ścigania.

Od początku konfliktu Służba Bezpieczeństwa Ukrainy wyeliminowała pięć wrogich farm botów, kontrolujących ponad 100 tys. fałszywych kont na portalach społecznościowych. Działały one na terenie Charkowa, Czerkas, Tarnopola, Połtawy i obwodu zakarpackiego. Ich celem było rozpowszechnianie fałszywych informacji na temat sytuacji wojennej oraz usprawiedliwianie działań wojsk agresora.

29 marca uzgodniono pracę trzech korytarzy humanitarnych w obwodach donieckim i zaporoskim – z Mariupola, Melitopola i Energodaru do Zaporoża. 28 marca 880 mieszkańców Mariupola zostało ewakuowanych z Berdiańska.

Prezydent Wołodymyr Zełenski ogłosił powołanie grupy ekspertów ds. analizy sankcji nałożonych na Rosję. Ponowił wezwanie do niezwłocznego zaostrzenia restrykcji, w tym dotyczących importu nośników energii, a także wyraził oburzenie, że Zachód wstrzymuje się z nowymi ograniczeniami do momentu użycia przez Moskwę broni chemicznej. Jednocześnie wezwał społeczeństwo do ostudzenia nadmiernej euforii wobec lokalnych zwycięstw armii ukraińskiej, przyznał, że sytuacja jest bardzo trudna, i podkreślił, że kraj potrzebuje dostaw broni, a społeczeństwo musi się uzbroić w cierpliwość.

Ukraina rozpoczyna sprzedaż prądu do Polski. 28 marca Ukrenerho wznowiło codzienne aukcje na eksport energii elektrycznej. Na pierwszej moce wykupił należący do Rinata Achmetowa koncern DTEK, a dostawy mają ruszyć 30 marca. To pierwsza aukcja po unifikacji systemu energetycznego kraju z europejską siecią ENTSO-E. Jak podaje Ukrenerho, ukraiński prąd w 70% pochodzi ze źródeł niskoemisyjnych i daje członkom UE możliwość zastąpienia rosyjskiego gazu.

Sekretarz Rady Bezpieczeństwa FR Nikołaj Patruszew stwierdził, że celem Moskwy nie jest obalenie reżimu w Kijowie, ale „demilitaryzacja i denazyfikacja Ukrainy”. Według niego w ramach „operacji specjalnej” realizowane są uderzenia powietrzne na główne punkty oporu, lotniska oraz miejsca przechowywania broni i magazynowania sprzętu wojskowego armii ukraińskiej. Oświadczenie Patruszewa zbiegło się z informacją o rozpoczęciu rozmów rosyjsko-ukraińskich w Turcji i świadczy o tym, że Rosjanie będą w ich trakcie kontynuowali działania bojowe, uznając je za narzędzie mogące wpłynąć na szybsze przyjęcie przez Kijów niekorzystnych warunków zawieszenia broni.

Według danych Straży Granicznej RP 28 marca do Polski z Ukrainy wjechało 21 tys. osób (spadek o 22% względem dnia poprzedniego), a łącznie od początku inwazji – 2,344 mln.

Komentarz

Strona ukraińska stara się odzyskać pozycje na obrzeżach Kijowa i Charkowa, co następnie eksploatuje w przekazie medialnym jako przejawy taktycznej kontrofensywy. W pozostałych rejonach starć – także w większości miejscowości na północ i zachód od stolicy – działania zaczepne prowadzi agresor. Linia styczności walczących jednostek pozostaje jednak względnie stabilna, a do skutecznego przełamania bądź wyminięcia ukraińskich pozycji obronnych doszło jedynie na kierunku Słowiańska i m. Barwinkowe, gdzie jednostki najeźdźcy weszły od północy do obwodu donieckiego. Okrążenie zgrupowania ukraińskiego w Donbasie wymaga jednak przełamania obrony na północ od Doniecka i Gorłówki, gdzie od wielu dni wojska rosyjskie nie odnoszą sukcesów, a działania rajdowe prowadzone przez nie w stronę granicy z obwodem charkowskim nie pozwalają na utworzenie stabilnej linii blokady.

Oficjalne komunikaty ukraińskich i rosyjskich wojskowych pozostają elementem instrumentarium wojny informacyjnej i często nie da się ich zweryfikować. Codzienna praktyką jest podawanie danych mających obniżyć wiarygodność przeciwnika i utrwalić przekonanie o świadomym zaniżaniu strat własnych. Strona ukraińska wykorzystuje to posunięcie również jako narzędzie psychologiczne, mające wywołać nieufność Rosjan do dowództwa własnej armii.

Strona ukraińska po raz pierwszy poinformowała o przypadkach uchylania się od służby wojskowej i ucieczkach osób podlegających mobilizacji przez zachodnią i południową granicę kraju. Choć liczba uciekinierów nie jest duża, to wskazuje na pierwsze oznaki zmęczenia wojną i wzrostu obaw przed udziałem w konflikcie z bronią w ręku. Nastroje defetystyczne wykorzystują przemytnicy, którzy za wysoką opłatą zajmują się przerzutem ludzi przez granicę.

Apel prezydenta Zełenskiego do społeczeństwa ukraińskiego sugeruje, że władze coraz bardziej liczą się z perspektywą długotrwałych działań wojennych, w tym ryzykiem dalszej ofensywy przeciwnika oraz coraz liczniejszych postaw kolaboracyjnych, często wymuszanych tworzeniem kryzysowych sytuacji humanitarnych. W tym kontekście Kijów próbuje studzić budowaną od miesiąca retorykę sukcesu, która utrzymywała morale obywateli, ale też podsycała nadzieje na szybkie pokonanie Rosjan. W wypowiedziach rządzących zauważyć można rosnącą frustrację w związku z niewystarczającą pomocą wojskową z Zachodu oraz świadomość konieczności przygotowania społeczeństwa na długotrwałe wyrzeczenia.

osw.waw.pl