niedziela, 14 listopada 2021


Jacek Płaza: - Chiny rozszerzają swoje wpływy na obszarze Indo-Pacyfiku i podważają dominację USA na świecie. Zostało to dostrzeżone przez amerykańską administrację w ostatniej dekadzie, zwłaszcza po objęciu urzędu przez Donalda Trumpa. Jaki jest długoterminowy cel Chin?

Elbridge Colby: Ambicje Chin stają się całkiem jasne. Moim zdaniem pierwszym krokiem Chin jest zdobycie hegemonicznej pozycji w Azji, zarówno dlatego, że leży ona w pobliżu, jak i dlatego, że jest największym rynkiem na świecie. Następnie z tej pozycji będą w stanie osiągnąć globalną dominację, dzięki której Chiny będą mogły zasadniczo sprawować władzę lub wywierać wpływ na cały świat, w tym oczywiście na Europę, ale także na Stany Zjednoczone.

Wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że Stany Zjednoczone są supermocarstwem. Jednak teraz to Chiny są krajem, który posiada gospodarkę o równoważnej lub nawet większej wielkości według parytetu siły nabywczej i rynkowych kursów walutowych, kraj, który może nas przegonić nawet w tej dekadzie, biorąc pod uwagę rozwój sytuacji w ciągu ostatniego roku lub kilku lat. Myślę, że taki jest cel Chin.

Sądzę, że w ramach debaty na temat tego państwa mój pogląd może być w rzeczywistości stosunkowo powściągliwy. Są ludzie, którzy mają o wiele bardziej przerażającą wizję tego, czego chcą Chiny – bezpośredniej kontroli nad znacznymi częściami świata i zdecydowanego ideologicznego komponentu. Nie jestem tylko pewien, jaką rolę (bo jakąś na pewno) odegra ideologia w świecie zdominowanym przez Chiny.

- Dlaczego ambicje Chin mogą być groźne dla USA? Jak Waszyngton będzie starał się powstrzymywać Pekin?

Stany Zjednoczone próbują zapobiec wzrostowi ChRL przede wszystkim, co oczywiste, ze względu na własne interesy. Pekin wykazał już gotowość do bardzo bezpośredniej interwencji w wewnętrzne sprawy innych krajów. Widzimy więc tylko przedsmak tego, co może nadejść. Chiny zresztą się z tym nie ukrywają. Widać to już teraz w przypadku Australii, widać to było ostatnio w wypadku Tajwanu i kwestii ananasów, w Stanach Zjednoczonych dochodziło do nacisków wywieranych na NBA i Disney’a.

Dzieje się to w czasie, gdy Chiny uważają, że są słabsze od Stanów Zjednoczonych i nie mają tak dominującej pozycji. Możemy więc sobie wyobrazić, jak to będzie, gdy tę pozycję zdobędą. Przyjrzyjmy się temu, jak Chiny wyglądają wewnętrznie (m.in. brak prawa do prywatności, państwo policyjne). To wizja przyszłości, której chcemy uniknąć.

Kluczem dla Stanów Zjednoczonych jest zablokowanie możliwości Chin do zdominowania Azji w pierwszej kolejności, dlatego też, moim zdaniem, Azja naprawdę musi być naszym priorytetem. Nie chodzi o to, że Europa nie jest ważna, ale jest, po pierwsze, o wiele mniejsza od Azji, a po drugie, zagrożenie dla niej jest o wiele mniej bezpośrednie. Jest tak również dlatego, że chińskie wpływy gospodarcze i siła militarna są skupione w Azji. Jedynie Stany Zjednoczone mogą odgrywać istotną i tak potrzebną dziś rolę równoważenia Chin w Azji.

Jeśli Chiny zostaną pozostawione same sobie, to będą miały bardzo łatwą drogę do realizacji strategii „dziel i rządź” w swoim regionie. Jest to podobna dynamika do tej, z powodu której w latach 40. stworzyliśmy NATO, ponieważ bez Stanów Zjednoczonych istniały obawy, że państwa Europy Zachodniej będą zbyt podzielone. Musimy więc odgrywać tę podstawową rolę w koalicji i na niej się skupić.

Administracja prezydenta Bidena w sposób godny pochwały zajęła jasne stanowisko w sprawie wyzwania, jakim są Chiny. Moje obawy co do ich podejścia są takie, że nie koncentrują się w wystarczającym stopniu na Azji i nie zmniejszają naszej aktywności w teatrach działań, co powoduje rozdźwięk między ich retoryką z jednej strony a wymaganymi zasobami i uwagą z drugiej. Nowa administracja ogłosiła, że nie ograniczy sił w Europie i stanowczo podkreśliła relacje transatlantyckie. Nie ograniczy też sił na Bliskim Wschodzie. Nadal będziemy wszędzie.

- Czy USA będą starały się utrzymać hegemonię, czy już pogodziły się z faktem, że zejdą z tronu na rzecz Chin? Będziemy mieli do czynienia ze światem jednobiegunowym, dwubiegunowym czy wielobiegunowym?

Myślę, że będzie to świat przede wszystkim dwubiegunowy z cechami wielobiegunowości. Samuel Huntington mówił kiedyś o jedno-wielobiegunowości, ale obecnie uważam, że znajdujemy się zasadniczo w środowisku dwubiegunowym, w którym dwoma biegunami będą Stany Zjednoczone i Chiny. Istnieją też ważni aktorzy drugorzędni: Indie, Japonia, Rosja, być może Niemcy lub Unia Europejska, w zależności od tego, w jakim kierunku pójdzie Europa. Jednak zasadniczo świat będzie skupiony wokół problemu Chin.

Biorąc pod uwagę naszą perspektywę, sądzę, że jednobiegunowość i prymat Ameryki nad światem już minęły. Nie odzyskamy ich i tak naprawdę nie potrzebujemy liberalnego imperium. To, czego chcemy, to korzystna równowaga sił, szczególnie w Azji, ponieważ tam znajduje się połowa światowego PKB i przyszłość. To prawdziwe zadanie dla nas.

Istnieje błędna ocena tej kwestii przez Rosjan, którzy wyolbrzymiają ilość swobody czy przestrzeni, którą otrzymają w przyszłości. Myślą, że będzie to świat raczej wielobiegunowy, w rzeczywistości Rosjanie będą wciśnięci między te dwie wielkie opozycje. Stawiają bowiem na to, że uda im się nawiązać niezależne relacje z Indiami, Japonią itd. Przytłaczającym, a zarazem najważniejszym, priorytetem Indii i Japonii będzie radzenie sobie z Chinami, co zbliży te kraje do Stanów Zjednoczonych. To już się dzieje. Sprawia to, że pojawia się we mnie nutka optymizmu w myśleniu o Rosji w perspektywie średnio- i długoterminowej, ponieważ wówczas będzie się ona czuła coraz bardziej ograniczona. Obecnie Rosja zwiększa swoje narażenie na presję ze strony Chin, staje się ich młodszym partnerem. Moskwa jest obecnie zastraszana przez Chińczyków, co odbywało się w odwrotnym kierunku w okresie sowieckim.

Uważam, że istnieje również problem z ideą trzeciego bieguna prezydenta Francji, Emmanuela Macrona, czy Josepha Borrella. Prawdopodobnie Europa nie będzie na tyle silna, aby stworzyć odrębny biegun i zostanie wciągnięta w tę międzynarodową burzę.

- Czyli będzie tak, jak w czasach zimnej wojny, gdy każdy kraj musiał twardo opowiedzieć się po którejś ze stron, czy też raczej nowy porządek stworzy przestrzeń do balansowania między dwoma biegunami – Chinami i USA? W ostatnich latach kilka krajów próbowało uprawiać niezależną politykę. Robiła tak m.in. Turcja. Nawet sama Unia Europejska podpisała z Chinami Porozumienie o Inwestycjach (CAI).

Myślę, że będzie rosła presja na dostosowanie się do jednej lub drugiej strony, zwłaszcza w wypadku krajów azjatyckich. Nie sądzę jednak, że będzie to tak samo wyraźne jak w czasach zimnej wojny, ponieważ będziemy prowadzić wymianę handlową i współpracę gospodarczą między blokami.

W istocie wielkie mocarstwa azjatyckie – Japonia, Indie, Australia – są zasadniczo sprzymierzone z Waszyngtonem. Korea Południowa także będzie zmuszona do opowiedzenia się po jednej ze stron, ponieważ leży na linii frontu. Jeśli się znajdujesz na niej i jesteś neutralny, to stajesz się polem bitwy.

Z szerszego punktu widzenia kraje, które są ważne dla równowagi sił, uznają za trudne i niebezpieczne próby pozostawania pośrodku lub tworzenia własnego bieguna. I to jest kluczowy punkt w przypadku sytuacji Europy. Byłoby poważnym jej błędem, gdyby starała się zajmować pozycję neutralną, ponieważ wtedy stanie się polem bitwy konkurencyjnej. Choć, mam nadzieję, mówiąc metaforycznie. Będzie jednak areną, na której zarówno Stany Zjednoczone (wraz z Japonią i Indiami oraz Australią i innymi krajami popierającymi wolny i otwarty Indo-Pacyfik), jak i Chiny będą próbowały konkurować. To nie tylko amerykański szowinizm, obie strony będą próbowały wywierać wpływ. Sądzę więc, że dojdzie do większego jednoczenia się wokół dwóch bloków, ale nie uważam, by było ono tak samo wyraźne jak w czasach zimnej wojny.

(...)

- Ideologiczne naciski na Chiny w kwestii praw człowieka, demokracji, liberalizmu itd. nie przyniosły dotychczas większych sukcesów. Niemniej Komunistyczna Partia Chin postrzega zachodnią ideologię jako jedno z największych zagrożeń. Jest Pan zwolennikiem bardziej realistycznego podejścia do Chin. Czy uważa Pan, że może ono lepiej rozwiązać nasze problemy z tym państwem?

Nie uważam, że powinniśmy odkładać ideologię na bok. Nie chcę, aby zabrzmiało to zbyt instrumentalnie, ale myślę, że jest to dla nas wielki kapitał, atut, który przyciąga do nas ludzi, ale element ideologiczny zdominował naszą dyskusję o polityce zagranicznej. Musimy wrócić do podstaw. To nie 100% siły, 0% ideologii lub na odwrót. Twierdzę, że chodzi głównie o równowagę sił, a ideologia może ją kształtować i wpływać na zachowanie aktorów. Może istnieć podstawa do détente z Chinami, kiedy będziemy mieć zbalansowaną równowagę sił i poczucie, że nasze interesy są dzięki temu respektowane.

Myślę, że ma Pan rację, że Chińczycy, zwłaszcza obecni przywódcy, patrzą na rzeczywistość przez ideologiczną soczewkę. Ale nawet biorąc to pod uwagę, obawiam się, że przesadzamy z ideologią. Jeśli cały spór postrzegamy jako globalną rywalizację między demokracją a autorytaryzmem, o czym mówił na przykład sekretarz stanu USA, Blinken, to w rzeczywistości możemy pogorszyć sytuację. Wiara w ideologiczny punkt widzenia i w konsekwencji wyciąganie z niego logicznego wniosku, żeby przekształcić Chiny w demokrację, zamienia cały spór w egzystencjalny mecz w klatce.

Ponadto, jeśli uważa się ideologię za siłę napędową, to ma ona tendencję do hamowania naszej zdolności współpracy z innymi krajami, szczególnie w Azji Południowej i Południowo-Wschodniej, które nie są demokracjami. Ludzie Bidena ciągle o tym mówią – liczy się demokracja, demokracja i jeszcze raz demokracja. To świetne w Europie, ponieważ obowiązuje ona prawie we wszystkich krajach. A co z Wietnamem? Z Tajlandią? Z Singapurem? Co z Indiami? Z pewnością powinniśmy zachęcać je, aby stały się republikami, ale naprawdę musimy z tymi państwami współpracować.

Ponadto ideologia przekształca potencjalnie peryferyjne konflikty w próby systemowe. Jednym z powodów, dla których weszliśmy do Wietnamu, było to, że był to test amerykańskiego systemu i tego, czy możemy zmodernizować Wietnam Południowy i konkurować wojnami narodowowyzwoleńczymi – tak mówili Kennedy i Johnson. Czy Indochiny były krytyczne dla naszych podstawowych interesów w czasie zimnej wojny? Nie sądzę.

(...)

- Co w takim razie z zobowiązaniami Stanów Zjednoczonych w NATO?

Nie oznacza to, że porzucamy NATO – zachowamy nasze przewodzenie w Sojuszu. Jednak musimy pamiętać, że Europa jest o wiele bogatsza od Rosji. Moskwa jest bardzo niebezpieczna, ale nie ma możliwości, by zdominowała kontynent europejski, podczas gdy Chiny mogą zdominować Azję. Najlepiej będzie, jeśli Europejczycy zapewnią sobie skuteczniejszą obronę konwencjonalną. Polska już to robi i chwała jej za to. Finowie i Szwedzi radzą sobie całkiem nieźle, podobnie jak Wielka Brytania.

Dużym problemem jest wasz wielki sąsiad na Zachodzie, który mógłby w gruncie rzeczy łatwo rozwiązać ten problem i mieć konwencjonalną obronę na odpowiednim poziomie. W 1988 r. istniało 15 niemieckich dywizji. Teraz mają chyba jedną… Ludzie mówią: „Niemcy nie czują się zagrożeni”. No, dobra! Ale myślisz, że ludzie w Indianie czują się zagrożeni? Czy według tej logiki my, Amerykanie, powinniśmy po prostu iść do domu? To nie ma żadnego sensu, bo ważna jest nasza wspólna, globalna walka.

- Czy Polska powinna obawiać się postulowanego przez Pana przesunięcia sił USA do Azji Południowo-Wschodniej? Kiedy mówi Pan, że należy zmniejszyć obecność sił amerykańskich w Europie, czy dotyczy to również obecności pozawojskowej?

USA i Polskę łączą naprawdę bliskie, szczególne relacje pod wieloma względami i myślę, że musimy to wspólnie przepracować. Po pierwsze, to oczywiste, że nie należy całkowicie ufać USA! Jesteśmy związani polityką międzynarodową, a nie małżeństwem. Nie sądzę, aby prezydent Biden był precyzyjny w swoim niemal lirycznym sposobie mówienia o stosunkach transatlantyckich. Nie kwestionuję jego szczerości, ale wątpię w dokładność jego retoryki w takim sensie, jakim Amerykanie by to postrzegali.

Sojusze powinny służyć interesom kraju. Nie uważam, byśmy pomagali, dając wrażenie wyższego poziomu pewności, niż jest on w rzeczywistości. Nie chcę, żeby odniósł Pan mylne wrażenie. Sądzę, że USA powinny dotrzymywać swoich zobowiązań wobec Polski i innych krajów, ale to może oznaczać różne działania.

Stany Zjednoczone mają więcej zobowiązań niż są w stanie samodzielnie wypełnić. Kiedy George Walker Bush był prezydentem i wszędzie rozszerzaliśmy NATO, świat był inny. Nikt nie mógł nas tknąć. Dzisiaj już w takim świecie nie żyjemy. Teraz mamy większe zobowiązania niż zasoby. Jeśli ktoś prowadzi firmę, ma zbyt wiele zobowiązań i po prostu je wszystkie zaspokaja, to bankrutuje. Wtedy nikomu nie będzie w stanie pomóc.

Być może nie jesteśmy w 100% godni zaufania, ale kto jest? Co więcej, jeśli zrezygnuje się z mniej ważnych zobowiązań, to dzięki temu ma się większe szanse na wypełnienie tych, które pozostały. Moim zdaniem wyjście z Syrii sugerowałoby, że jesteśmy bardziej wiarygodni w kwestiach dotyczących Azji i Europy. Fakt, że pozostajemy w tak dużym stopniu na Bliskim Wschodzie, sugeruje, że nie rozumiemy skali globalnego problemu, a to jest przerażające.

Kolejna sprawa – to, że nie jesteśmy w 100% godni zaufania, nie oznacza, że macie lepszy wybór. Jeśli nie ufacie USA, to czy zaufacie Francji? I nie ma to nic wspólnego z uczciwością państwa francuskiego, ale z siłą i determinacją. USA mają znacznie większą i bardziej wyrafinowaną armię, ogromny arsenał nuklearny. Francja nie posiada żadnej z tych rzeczy. Jeśli ktoś uważa, że Amerykanie nie są całkowicie godni zaufania, jeśli chodzi o wypełnianie zobowiązań, to trzeba pokreślić, że Niemcy nie mają nawet zdolności wojskowych, by pomóc w obronie Polski w tym momencie. Na tym polega problem z trzecim biegunem – w teorii może się sprawdzić, ale tak naprawdę nie ma tu żadnej realnej opcji.

klubjagiellonski.pl

Nie trudno się domyślić, że defilady, pikniki, pokazy, minister, błyszczący w słońcu ciężki sprzęt, wypięte piersi generałów i salwy honorowe to tylko fasada. Za nią są stare sypiące się samochody, permanentne niedobory w wyposażeniu i mundurach, użeranie się z zaopatrzeniem o każdy drobiazg i złotówkę, brak strzelnic, brak miejsca na poligonach, a nawet brak amunicji do szkoleń. Na dodatek narastający od lat kryzys szkolnictwa wojskowego, który jest źródłem frustracji jak nic innego, bo choć w wojsku jest dużo ludzi, którym się chce i którzy potrafią, to mogą latami czekać na miejsce na odpowiednim kursie oraz awans. Jednocześnie Warszawa wywiera ogromną presję na przyjmowanie do służby jak największej liczby ludzi. Wszak minister Mariusz Błaszczak ogłosił, że armia ma się zwiększyć dwa razy.

- Efekt tego taki, że dla poprawy wyników podczas kwalifikacji kandydatów do służby w jednostkach zabroniono przeprowadzać dodatkowe testy czy sprawdziany sprawności fizycznej - mówi nam żołnierz. Jak komisja wojskowa dała kategorię A, to nie ma dyskusji. Dla naszego rozmówcy to frustrujące, bo służy w brygadzie, gdzie żołnierze muszą być bardziej sprawni niż w zdecydowanej większości wojska. - Co więcej, z rozmów kwalifikacyjnych wycięto psychologa jednostki, który kiedyś oceniał kandydatów pod kątem ich stabilności. Widocznie w Warszawie wyszli z założenia, że jeśli ten psycholog odrzuca nawet połowę kandydatów, to jest jego wina, a nie marnego narybku. I teraz my, normalni żołnierze, członkowie komisji, musimy wyławiać tych zaburzonych - opisuje żołnierz. - W efekcie widzimy gości, którzy fizycznie mieliby problem z samodzielnym zawiązaniem butów, a oni chcą im broń do ręki dawać. Kurde, my tu miewamy nawet jakichś "sekciarzy" wierzących w końce dziejów, czy statki obcych, którzy przylecą uratować godnych... - dodaje.

Ogromna presja na przyjmowanie jak największej liczby kandydatów do służby, nieważne jak nieoptymalnych, to efekt wizji obecnego kierownictwa MON. Chce ono ponad dwukrotnie zwiększyć rozmiar polskich Sił Zbrojnych. Do 250 tysięcy żołnierzy zawodowych i jeszcze 50 tysięcy żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej. Rzeczywistość jest natomiast taka, że pomimo szeregu podwyżek, zarobki w wojsku nie należą do przesadnie atrakcyjnych. Dodatkowo populacja Polski się starzeje i kurczy. Młodych, chętnych i nadających się na żołnierza jest więc coraz mniej. Tak znaczące powiększenie wojska bez jakichś drastycznych rozwiązań jest więc ogromnym wyzwaniem. Na początku rządów PiS było niecałe 100 tysięcy żołnierzy zawodowych. W 2020 roku MON chwalił się osiągnięciem liczby 110 tysięcy. Ponieważ do tej pory efekty były mierne, utworzono specjalne biuro Programu Zostań Żołnierzem RP, które ma poprawić skuteczność kampanii rekrutacyjnej. - No i poprawili. Ten rok jak nic upływa pod znakiem tego biura i jego szefa, generała Artura Dębczaka. Wierny pretorianin ministra Błaszczaka. Obiecał dodatkowych rekrutów i są dodatkowi rekruci. Tylko nikt nie mówi o tym, jakim kosztem to osiąga - mówi żołnierz.

(...)

Dodatkowo źródłem frustracji jest to, że o rekruta zabiega się każdym możliwym sposobem, ale ci już będący w wojsku często mają pod górkę. Chodzi zwłaszcza o szkolenia i kursy niezbędne do awansów oraz objęcia nowych stanowisk. Już od wielu lat sytuacja się pogarsza przez braki kadrowe, lokalowe i finansowe ośrodków szkolenia oraz szkół podoficerskich. Po prostu jest mało wolnych miejsc na kursach. Wymagania są tak wyśrubowane, że bez idealnej teczki osobowej nie ma co liczyć na zakwalifikowanie. Efekt jest taki, że jednostki są pełne ludzi służących na dwóch stanowiskach. Pierwszym oficjalnym i od lat tym samym, oraz drugim nieoficjalnym, na którym było kogoś potrzeba, ale nie było szansy załatwić mu kursu uprawniającego do jego zajęcia. - I potem się okazuje, że nie ma kto dowodzić w polu wojskiem, bo choć w takiej kompanii w papierach jest pełna obsada, to faktycznie dowódcy drużyn czy sekcji już nawet od lat pełnią obowiązki na przykład w sztabach - opowiada żołnierz. - Jeszcze lepsze jaja są u oficerów. Przeciągi kadrowe (utworzenie WOT i 18. Dywizji, stosunkowo duża skala odejść oficerów starszych w początkowym okresie rządów PiS, co spowodowało "ssanie" w górę - red.) spowodowały, że to co dawniej było marzeniem oficera, czyli dowodzenie kompanią, teraz dostaje byle podporucznik po szkole. Ogólnie mamy armię, gdzie kompaniami zamiast kapitanów dowodzą podporucznicy, plutonami kaprale zamiast podporuczników, a drużynami starsi szeregowi zamiast kaprali - dodaje.

gazeta.pl

wtorek, 2 listopada 2021


Maj 2019 rok. Polska jest w chaosie – od miesiąca trwa wielki strajk nauczycieli. Pedagodzy mimo strajku decydują, że przeprowadzą egzaminy dojrzałości w szkołach ponadpodstawowych. Uczniowie, ich rodzice, nauczyciele, władze oświatowe – wszyscy są zdezorientowani nietypową sytuacją.

Ktoś postanawia tę sytuację wykorzystać. W dniu pierwszego egzaminu maturalnego (pisemny z języka polskiego) do szkół przychodzą maile. Typowa treść: „Islamski terrorysta przygotował zasobnik z gazem bojowym fosgen. O godzinie 9 nastąpi wybuch. Uciekajcie wszyscy zginą”. Szkoły alarmują policję, jest zarządzana ewakuacja, egzaminy opóźniają się. W czasie matur tego rodzaju wiadomości dotrą do prawie 700 placówek. W żadnej ze szkół nie ma bomby. Jest za to coraz większy chaos.

Rok później polscy śledczy informują: inspiratorami akcji były rosyjskie służby, a dokładniej – wywiad wojskowy GRU. Choć to nie GRU rozesłało maile, tylko Polacy, to jednak funkcjonariusze rosyjskiego wywiadu byli moderatorami czatu internetowego, dostępnego w tzw. darknecie, i tam namawiali młodych Polaków do wysyłania maili.

(...)

Na sterowanym przez GRU internetowym czacie nie dyskutowano tylko o mailach do szkół. Tak jak na wszystkich tego rodzaju forach, było tam bardzo dużo treści pedofilskich. Wymieniano się też licznymi instrukcjami na temat działań nielegalnych, np. jak prowadzić stalking w sieci, by nie zostać złapanym, gdzie kupić broń, jak przygotować sfałszowane dokumenty, niezbędne do weryfikacji konta na Facebooku. Pojawiały s ię także oferty sprzedaży baz danych osobowych.

Ale zupełnie poważnie rozważano też, w jaki sposób zorganizować atak terrorystyczny, by zginęło w nim jak najwięcej osób. Jak przeprowadzić w Polsce pucz i ile osób jest do tego potrzebnych. Skąd wziąć broń i gdzie kupić fałszywe paszporty.

Zamieszczono tam również link do niejawnych materiałów szkoleniowych polskiej policji na temat wykrywania cyberprzestępczości. Rozpatrywano też pomysł, by podszyć się pod rekruterów, werbujących chętnych do pracy w tzw. cyberwojskach, wyłudzając w ten sposób dane osobowe.

Czat został zablokowany, a polskim śledczym udało się powiązać dane połączeń internetowych i wykryć, że miały związek z serwerami z Sankt Petersburga, na które w innych państwach natrafiono wcześniej. I zidentyfikowano je – jako używane przez rosyjskie GRU.

oko.press

W Polsce działa przynajmniej kilkadziesiąt grup, które hasła antyszczepionkowe łączą z teoriami antypandemicznymi (czyli z przekonaniem, że pandemia koronawirusa została wymyślona) i antysystemowymi. Rozpoczęcie programu szczepień na przełomie 2020/2021 roku dolało paliwa do spiskowego ognia, szczepionki stały się głównym wrogiem „wolnych ludzi” (tak się określają).

Zaczęły powstawać stowarzyszenia, między innymi lekarzy czy naukowców, które promują alternatywną wizję rzeczywistości na temat koronawirusa.

Inne inicjatywy przeobraziły się w grupy bardziej sformalizowane czy zhierarchizowane.

Proces ten miał różny przebieg. W efekcie pojawiły się choćby „organizacje” (najczęściej nierejestrowane), które mają tendencje do czerpania z wzorców wojskowych, dlatego używają mundurów (z reguły polowych, z demobilu). To o tyle istotne, że kiedy podczas akcji antyszczepionkowych pojawiają się mundurowi, przypadkowi przechodnie, pracownicy punktów szczepień czy osoby szczepiące się nie wiedzą, z kim mają do czynienia: czy to ktoś z regularnych służb, czy przebieraniec. Powstaje chaos.

(...)

Wiele z tych inicjatyw zostało założonych oddolnie, przez osoby bez wcześniejszego doświadczenia w aktywności publicznej. Szukano więc ludzi, którzy wiedzą, jak działać. Wtedy pojawili się aktywiści prorosyjscy, od lat funkcjonujący w polskiej przestrzeni publicznej, organizatorzy demonstracji, marszów, konferencji – niewielkich, ale jednak wymagających pewnego formalnego obycia.

Na przykład zupełnie niszowy wcześniej kanał NPTV z Aleksandrem Jabłonowskim, który od lat jawnie prezentuje swoje poglądy prokremlowskie, nagle stał się punktem odniesienia dla grup przeciwników szczepień z różnych miejscowości w Polsce. Głównie dla tych najbardziej radykalnych.

(...)

21 maja kilkunastoosobowa grupa przeciwników szczepień zgromadziła się pod warszawskim blokiem, w którym znajduje się mieszkanie ministra zdrowia Adama Niedzielskiego. Najpierw zorganizowali wiec na podwórku (z nagłośnieniem), a gdy minister wrócił do domu, próbowali z nim rozmawiać – przed drzwiami na klatkę schodową, potem przed drzwiami jego mieszkania.

Na jednym z rozpowszechnianych nagrań w sieci widać mężczyznę, który schodząc po schodach, po spotkaniu, mówi: „Wiemy dokładnie, gdzie on mieszka, i będziemy tutaj, nie raz, nie dwa, dopóki się ta cała szopka nie skończy.” (Linku do nagrania nie podajemy celowo, by go nie popularyzować).

Ten mężczyzna to Mirosław Rostankowski.

Na swoim fanpage`u na Facebooku przedstawia się jako polityk, choć zapewne znany jest bardzo wąskiemu gronu ludzi. Ale w środowiskach nacjonalistycznych funkcjonuje od lat, jako działacz Narodowej Wolnej Polski. To mała organizacja skrajnej prawicy, którą od innych nacjonalistów odróżnia jawna sympatia dla Rosji, wyrażająca się choćby we wsparciu agresji Rosji na ukraiński Donbas.

Jako działacz NWP w sierpniu 2017 r. Rostankowski złożył kwiaty pod pomnikiem bohaterów Armii Czerwonej w Mińsku (w Białorusi) – nagrał to, a nagranie zakończył hasłem „Cześć i chwała bohaterom”. Potem zamieścił filmik na You Tube. Ten materiał znalazłam także na rosyjskiej platformie społecznościowej VK, na kanale „Słowiańszczyzna”, powiązanym z polskim kanałem YT „Telewizja Narodowa”.

Telewizję Narodową prowadzi Eugeniusz Sendecki, lekarz i kolejny działacz o prorosyjskich sympatiach politycznych – opisywałam go niedawno w artykule na temat rosyjskich śladów w Polsce. Sendecki był jednym z mówców podczas Marszu Dmowskiego, który pod koniec czerwca przeszedł przez centrum Warszawy. Na czele marszu niesiono rosyjską flagę, a wydarzenie zostało (fałszywie) zrelacjonowane przez rosyjskie media jako demonstracja pod ambasadą USA przeciwko ideologii LGBT.

Co ciekawe, w 2010 roku to Sendecki nakręcał emocje wokół krzyża na Krakowskim Przedmieściu, postawionego po katastrofie smoleńskiej. Działał też w Młodzieży Wszechpolskiej i Lidze Polskich Rodzin, wielokrotnie głosił antyzachodnie i antyamerykańskie poglądy, a lata temu był związany z kontrowersyjnym działaczem polonijnym Janem Kobylańskim.

Razem ze wspomnianym wcześniej Aleksandrem Jabłonowskim, Syryjczykiem Nabilem Al-Malazi (byłym wiceprzewodniczącym prorosyjskiej partii »Zmiana«) oraz Maciejem Porębą, który sam przedstawia się jako „członek partii »Zmiana«, działacz różnych organizacji historyczno-wojskowych rosyjskich, czyli – można powiedzieć – dla mnie język rosyjski jest jak własny” – to obecnie najbardziej aktywna w polskich środowiskach antyszczepionkowych grupa działaczy prorosyjskich.

Tę grupę, związaną pierwotnie z Obozem Wielkiej Polski, Zjednoczeniem Patriotycznym „Grunwald” i prorosyjską „Zmianą”, można zobaczyć choćby na nagraniach z warszawskiego wiecu poparcia dla Aleksandra Łukaszenki, z 25 sierpnia 2020 r. – stamtąd pochodzi wypowiedź Poręby o nim samym, cytowana powyżej.

(...)

Teraz Rostankowski kreuje się na jednego z liderów inicjatyw przeciwników szczepień. Na jego profilu na Facebooku pojawiają się choćby takie wpisy:

– „Ludzie zaszczepieni, nie podlegają już <<prawom człowieka>> , gdyż są już zmutowanym produktem firmy. Tego się zrzekliście, przykro mi.” (z 21 lipca)

– „Doszedłem do pewnej konkluzji. Rodzice chcący szczepić swoje dzieci, w końcu dokonują aborcji, której przez jakieś dziwne zdarzenie losu nie byli jej w stanie dokonać wcześniej.” (22 lipca)

Jest bardzo aktywny. Był w maju pod domem ministra Niedzielskiego.

Był także w lipcu w Grodzisku Mazowieckim, na pikniku, podczas którego doszło do agresji fizycznej wobec obsługi punktu szczepień, a potem wobec funkcjonariuszy policji. Rostankowski uczestniczył w zajściu razem z Karoliną K. i Jakubem K. (choć to nie on blokował wejście do punktu szczepień).

(...)

Do innych grup przeciwników szczepień dociera duet z NPTV, czyli Marcin Osadowski i Aleksander Jabłonowski. Jabłonowski to wieloletni aktywista prorosyjski. Duet ten zorganizował między innymi opisywany wcześniej przeze mnie czerwcowy Marsz Dmowskiego w Warszawie, z flagą rosyjską powiewającą na czele.

Najbardziej niepokojące jest radykalizowanie się przekazu NPTV. Wystarczy spojrzeć na tytuły nagrań z ostatnich tygodni oraz zdjęcia tytułowe. Na jednym z nich widać prowadzących kanał z bronią. Na innym Jabłonowski wyciąga zaciśniętą pięść, a Osadowski ma rękawice bokserskie.

Przykładowe tytuły materiałów: „Fałszywa flaga i zdrajcy. Odc. z dwururki”, „Nagonka”, „Nie ustawać”, „Ofensywa”, „Ich kpina, nasza hańba”, „Nie daj się zabić”, „Maszerujemy”, „Wytrzymać”, „Tylko nie pękać”.

W materiale „Nagonka” Osadowski mówi: „Na razie zaczyna się nagonka. Nagonka na Was, na nas – ale to dobrze. Oni mają się bać – i się boją.” Jabłonowskiego trudno nawet zacytować – używa bardzo wulgarnego języka.

oko.press

Wrogie kampanie prowadzono w latach 2017-2021. W niektórych przypadkach hakerzy wykorzystali luki w zabezpieczeniach serwerów Microsoft Exchange. Ich celem było uzyskanie i utrzymanie nieprzerwanego dostępu do dostawców usług telekomunikacyjnych z myślą o szpiegostwie. Mowa tu przede wszystkim o zbieraniu poufnych danych.

Operacje były prowadzone przez trzy grupy. Jedną z nich jest Soft Cell, aktywna w sieci od 2012 roku. Słynie z cyberataków wymierzonych w telekomy w różnych częściach świata. „Z dużą dozą pewności oceniamy, że Soft Cell prowadzi operacje w interesie Chin” – wskazują specjaliści. W najnowszą kampanię jest zagarażowana od 2018 roku.

Drugą grupą jest Naikon APT. Cybereason definiuje ją jako „wysoce aktywną grupę cyberszpiegowską”, która funkcjonuje od 2010 roku. Jej głównym celem są państwa ASEAN, a eksperci powiązali ją z chińskim wojskiem. Wrogie działania wymierzone w telekomy w Azji Południowo-Wschodniej prowadzi od końca 2020 roku.

Ostatnim elementem jest podmiot „Group-3390”, posługujący się unikalnym backdoorem, który jest instalowany na serwerach Microsoft Exchange. Jego analiza wykazała podobieństwa z wcześniej zidentyfikowanym backdoorem wykorzystywanym podczas kampanii „Iron Triger”, przypisanym chińskiej grupie APT27 (inaczej zwanej „Emissary Panda”). Podmiot ten prowadził działania w ramach najnowszej kampanii od 2017 roku.

W tym miejscu warto podkreślić, że działania prowadzone przez opisane wyżej podmioty miały miejsce mniej więcej w tym samym czasie, były wymierzone w te same cele i dotyczyły identycznych punktów końcowych. Taki stan rzeczy sugeruje, że operacje zostały wcześniej zorganizowane i zlecone przez jednego aktora. Jednak na ten moment specjaliści posiadają zbyt mało danych, aby jednoznacznie ocenić zaistniałą sytuację.

Z analizy przeprowadzonej przez Cybereason wynika, że hakerzy przywiązywali dużą wagę do ukrywania swojej aktywności w celu utrzymania trwałego dostępu do konkretnych sieci. W związku z tym dynamicznie reagowali na wszelkie próby „wyparcia” ich z infrastruktury.

Co więcej, w niektórych przypadkach hakerzy wykorzystywali ujawnione w ostatnim czasie luki w Microsoft Exchange. Dzięki temu „wchodzili” do sieci docelowych, aby następnie pozyskiwać poufne informacje z zasobów telekomów, w tym np. dane Call Detail Record (CDR). W ten sposób posiadali dostęp do komunikacji każdego użytkownika, który korzysta z usług firmy będącej celem operacji.

Ponadto, hakerzy po przeniknięciu do sieci w dowolnej chwili mogli wyłączyć lub zakłócić działanie infrastruktury, gdyby tylko postanowili przekształcić operację szpiegowską w bardziej „niszczycielski” cyberatak.

Dlaczego właśnie telekomy były atakowane? Ze względów na szerszą kampanię szpiegowską, która – zdaniem specjalistów – obejmuje m.in. polityków, urzędników państwowych, organy ścigania czy przedsiębiorstwa – generalnie te podmioty, które są przedmiotem zainteresowania rządu w Pekinie.

cyberdefence24.pl

poniedziałek, 1 listopada 2021


W najogólniejszym rozumieniu "spontaniczność rozwoju" odnosi się do pojawienia się pewnych właściwości, zjawisk i porządku w wyniku indywidualnych interakcji osób, a nie jako działanie jakichkolwiek centralnych instytucji lub zamierzonych, zaplanowanych działań dużych społeczności.

Idea ta ma długą historię i oczywiście tradycyjnie można byłoby powiedzieć, że „już starożytni Grecy …”, sam jednak wolę odwoływać się do rozwoju tej idei w czasach nowożytnych, od czasów Oświecenia. Dlatego nazywam to tradycją „Mandeville-Hume-Galiani-Smith-Ferguson-Menger-Leoni-Polanyi-Hayek”. Tradycja ta zaczyna się od „Prywatnych wad i korzyści społecznych” Bernarda Mandeville’a (1714), po czym wymienić należy koncepcję „nadrzędnej ręki” (Suprema Mano) Ferdinanda Galianiego (1751) i „niewidzialnej ręki” Adama Smitha (1759, 1776); w tradycję tę wpisują się też David Hume (1740), twierdząc, że „reguły moralne nie są konkluzjami wysnutymi przez nasz rozum” oraz Adam Ferguson (1767): „Każdy krok i każdy ruch społeczności  … są dokonywane z równą nieznajomością przyszłości; a narody tworzą instytucje, które są rzeczywiście wynikiem ludzkiego działania, ale nie realizacją jakiegokolwiek ludzkiego zamysłu”.

Dwóch mniej znanych naukowców zaangażowanych w badania nad ideą spontanicznego porządku to Bruno Leoni i Michael Polanyi. Leoni (1961), rozważając ograniczenia planowanego ładu społecznego, wskazał, że systemy oparte na istnieniu centralnego organu decyzyjnego nie posiadają wiedzy niezbędnej do zarządzania tym systemem. Jako prawnik skupił swoją uwagę na kwestii kształtowania się norm prawnych. Krytykował współczesną mu instytucję prawa jako przykład centralnej kontroli instytucji, której złożoność wykracza poza ludzkie możliwości poznawcze. Zwrócił uwagę, że prawo powinno być nie tyle konstruowane co odkrywane w policentrycznym systemie społecznym.

Michael Polanyi (1940) rozwinął ideę struktur samoorganizujących się. Dokonał rozróżnienia między porządkiem korporacyjnym a porządkiem dynamicznym. Pierwszy był egzogeniczny, co oznaczało, że relacje między jego elementami były determinowane czynnikami zewnętrznymi. W endogenicznych porządkach dynamicznych zachowanie danego elementu zależy od zachowania innych elementów. W konsekwencji prawidłowość danego porządku jest wynikiem procesu, w którym elementy systemu wzajemnie dostosowują swoje zachowanie.

obserwatorfinansowy.pl

W 1987 roku z Chin został wysłany pierwszy e-mail, w którym Chiny triumfalnie ogłosiły, że zza Wielkiego Chińskiego Muru są wstanie dotrzeć do każdego zakątka świata (...). Kilka lat później, w 1994 roku, w Chinach zaczęła na stałe funkcjonować sieć internetowa. Państwo Środka oficjalnie stało się siedemdziesiątym siódmym krajem na świecie podłączonym do sieci. Już rok później usługi internetowe zaczęły być udostępnianie zwykłym obywatelom, a w Pekinie powstała pierwsza firma, zajmująca się dostarczaniem internetu, Infohighway Information & Technology Co. LTD. Internet w Chinach rozrastał się w niewyobrażalnym wręcz tempie (ChinaDaily).

W 1994 roku, tuż po wprowadzeniu w Chinach internetu, korzystała z niego zaledwie garstka osób (w skali populacji wynosząca praktycznie 0%), podczas gdy na początku 2009 roku z sieci korzystało ok. 300 milionów ludzi, a pod koniec 2020 prawie 990 mln. Chińczyków (Statista, 2020). Wprowadzenie sieci oraz udzielenie obywatelom dostępu do niej, w krótkim tempie sprawiło, że zaczęły pojawiać się liczne serwisy internetowe. W tym okresie powstały wielkie firmy działające obecnie w obszarze nowoczesnych technologii i e-commerce, takie jak Alibaba (założona w Hangzhou w 1999 roku) i Tencent (założony w 1998 roku). W 1999 Tencent wydał pierwszą wersję komunikatora internetowego QQ, która do niedawna stanowiła najpopularniejszą platformę komunikacyjną w Chinach, z której na co dzień jeszcze w 2018 roku korzystało prawie 700 milionów ludzi. Obecnie najpopularniejszą platformą komunikacyjną jest WeChat (weixin). W 2020 roku na świecie założonych było ponad miliard dwieście milionów aktywnych kont w tej aplikacji (Statista, 2020). Założona w 1999 roku Alibaba z wykorzystaniem internetu zaczęła tworzyć jeden z największych serwisów e-commerce na świecie, konkurujący dzisiaj z Amazonem portal Aliexpress. W 2000 roku powstał chiński odpowiednik wyszukiwarki Google – Baidu. Jednocześnie władze dostrzegły w globalnej sieci zarówno wielką szansę na budowanie potęgi Chin, jak i wielkie zagrożenie. Niczym nieograniczony dostęp do sieci dla zwykłych ludzi stanowił poważne ryzyko dla utrzymania zastanego porządku politycznego oraz podtrzymania pożądanej przez partię ideologii. Rozpoczęto więc prace nad projektem Złotej Tarczy. Złota Tarcza (jindun gongchéng) to projekt, który miał zapewnić bezpieczeństwo w chińskiej sieci. Za jej wprowadzenie odpowiadało Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Narzędzie ma przede wszystkim służyć zapewnieniu bezpieczeństwa wewnętrznego oraz zewnętrznego kraju, zapobiegać szerzeniu treści szkodliwych, takich jak podjudzanie do popełnienia czynów zabronionych czy nawoływania do podjęcia prób dokonania przewrotu politycznego w państwie czy zmiany ustroju. Najwięcej kontrowersji narasta jednak wokół podprojektu Złotej Tarczy czyli tzw. Great Firewall of China (Fánghuo Chángchéng). Narzędzie służy do cenzurowania internetu w Chinach. Wykorzystywane jest także do blokowania zagranicznych portali internetowych takich jak Facebook czy YouTube (...).

instytutboyma.org

Warto przy tym przypomnieć, że każdy sprzęt dostarczany przez polski przemysł przechodzi wieloletnie badania państwowe, gdzie robi się wszystko aby potencjalnemu oferentowi pokazać, że nic nie znaczy i polska armia robi mu łaskę, że w ogóle z nim rozmawia. Oczywiście mamy wyjątek w postaci karabinka MSBS Grot, którego zakup 50 tysięcy sztuk podpisano na etapie wersji A0, która została całkowicie wycofana z WOT, wersja A1 uznawana przez jako niezbyt udana i dopiero wersja A3 ma spełnić oczekiwania użytkowników. W tym przypadku oczekiwania polityczne nie przeszkodziły podpisaniu wiążącej umowy przez MON na zakup sprzętu daleko odbiegającego od deklaracji producenta i produktów dostępnych na rynku za porównywalną cenę. Po drugiej stronie toru przeszkód dla polskich produktów, jest badanie wieży bezzałogowej ZSSW30. Mijają już 4 lata, a komisja nie podpisała protokołu z pozytywnego zakończenia badań, nie mówiąc już o podpisaniu umowy na zakup choćby pierwszych kilkudziesięciu egzemplarzy na Rosomaki, które od kilku lat stoją na placach w Siemianowicach i Gliwicach w oczekiwaniu na polskie wieże od konsorcjum HSW, które jest odpowiedzialne za cały projekt B+R. W odróżnieniu od tego sprzęt kupowany z zagranicy jak systemy rakietowe, samoloty, drony czy czołgi nie przechodzą żadnych badań, nie sprawdza się sprzętu pod kątem oczekiwań armii. Wszystko kupuje się „z półki”, płaci każdą cenę, której żąda producent i nie zawraca sobie głowy offsetem czy polonizacją.

Brak offsetu jest drugim grzechem ciężkim zakupu amerykańskich czołgów. 

(...)

Na koniec pozostaje kwestia rozmieszczenia nowo zakupionych czołgów. Przypominam, że od 2018 r. w ramach tworzenia 18 Dywizji Zmechanizowanej zlokalizowanej na wschód od Wisły zaczęto przesuwać z zachodniej Polski część czołgów Leopard A5 i A4, które miały być wzmocnieniem dla dotychczasowego parku czołgów z rodziny T-72. Przecież wraz z przesunięciem tego sprzętu trzeba było zbudować nowe zaplecze logistyczne i szkoleniowe w innej części kraju. Nie wyobrażam sobie, żeby w ramach oszczędności czołgiści z Wesołej mieli szkolić się w Żaganiu. Jednocześnie część czołgów T-72 została przesunięta do 11 Dywizji Kawalerii Pancernej, co oznacza również zapewnienie zaplecza logistycznego do tej starej generacji czołgów tam gdzie były już tylko Leopardy! Teraz dowiadujemy się, że 18 Dywizja Zmechanizowana otrzyma trzeci typ czołgów! Przecież to oznacza, że trzeba będzie tworzyć kolejne zasoby osobowe dedykowane amerykańskiemu sprzętowi. To są kolejne koszty powielające obecne zasoby. Nic nie słychać o tym aby konkretne Dywizje czy Brygady miały być wyposażone w jednakowe czołgi. To może oznaczać, że po raz kolejny, że wśród polityków w MON, słowo wyprzedza myśl, albo chodzi jedynie o efekt marketingowy, ….a potem „się zobaczy” i „jakoś to będzie”. Istnieje jeszcze możliwość, że po raz kolejny Leopardy zostaną cofnięte do 11 DKPanc., a stamtąd wrócą postsowieckie czołgi, ale to jeszcze bardziej obnaży bezsens wcześniejszych decyzji MON. Takie roszady nie mają zbyt wiele wspólnego z planowaniem i dostosowaniem zasobów do możliwości. Jak ma walczyć dywizja dysponując tak różnymi typami czołgów wymagającymi odrębnego zaplecza części zamiennych i kadry technicznej do utrzymania sprzętu w gotowości w trakcie pokoju jak i w czasie konflikt?. Nikt z oficjeli politycznych i wojskowych nie zająknął się słowem jak będzie zorganizowana dywizja z trzema typami czołgów. Ile czołgów mogłaby mieć Polska za te pieniądze, które zostały zmarnowane na dotychczasowych chaotycznych działaniach wewnątrz armii z tytułu relokacji sprzętu pancernego?

defence24.pl

Czy mogliśmy zrobić coś inaczej? Lepiej? - Moim zdaniem miarą polityki zagranicznej jest jej skuteczność. Co osiągnęliśmy na Białorusi, jakie cele zrealizowaliśmy? Śmiem twierdzić, że żadne. Przegraliśmy wszystko, co można było przegrać - uważa Witold Jurasz, były chargé d’affaires (szef misji dyplomatycznej niższej rangi niż ambasador) na Białorusi, obecnie dziennikarz portalu Onet. Od lat krytykuje on polską politykę zagraniczną na kierunku wschodnim, zwłaszcza białoruskim. Jego zdaniem nie jest ona dość realistyczna, a osoby za nią odpowiadające nie dość kompetentne, żyjące za bardzo w sferze pragnień, a nie faktów.

Według Jurasza kardynalnym błędem naszej polityki było od lat ignorowanie kontaktów z łukaszenkowską nomenklaturą. Tymi ludźmi, od których poparcia dyktator naprawdę jest zależny. - Ignorujemy fakt, że Łukaszenka to zwieńczenie systemu liczącego dziesiątki tysięcy ludzi, którym trwanie reżimu jest na rękę - uważa. - Przez ostatnie 20 lat trzeba było próbować ich kaptować, budować wpływy - dodaje były dyplomata. Sugeruje na przykład oferowanie wyjazdów na wartościowe kursy i szkolenia na Zachodzie, takie jak choćby MBA.

Zdaniem Jurasza w Polsce przyjęto błędne założenie, że ulica i protesty są w stanie doprowadzić do obalenia reżimu Łukaszenki. - To chyba efekt naszego mitologizowania Solidarności. Przeceniania jej realnego wpływu na obalenie rządów komunistycznych w Polsce. Tak jakby nie było bankructwa sowieckiej gospodarki, Ronalda Reagana, papieża, Michaiła Gorbaczowa, i wielkiego dealu na koniec - uważa były dyplomata.

- Teraz to wszystko jednak historia i zbędne dywagacje. Jest po sprawie. Straciliśmy Białoruś. Reżim zaszedł tak daleko, że nie ma szans na realny dialog. Nie ma do tego warunków. Możemy tylko czekać do jakiegoś kolejnego dużego przesilenia na arenie międzynarodowej. Przetasowania, które pozwoli wyrwać Białoruś z orbity Rosji. Może za kilkanaście albo kilkadziesiąt lat wrócimy do gry. Na razie i tak nie jest źle, bo chociaż my znaleźliśmy się po właściwej stronie w nowej zimnej wojnie - uważa Jurasz.

- Nie podzielam poglądu, że polska polityka zagraniczna wobec Białorusi to jakaś całkowita katastrofa. Nie jest tak źle. Tego, co się stało na przestrzeni ostatniego roku, nikt nie przewidział. Nawet sam reżim czegoś takiego się nie spodziewał. Trudno więc oczekiwać innego efektu - mówi natomiast w rozmowie z Gazeta.pl Anatol Kotow, członek Narodowego Zarządu Antykryzysowego, jednego z głównych ciał białoruskiej opozycji. Odpowiada za sprawy zagraniczne i handel. Do 2020 roku pracował w białoruskiej administracji, ale w obliczu represji rzucił służbę cywilną. - Wasz podstawowy problem jest taki, że musicie grać zgodnie z prawem, zgodnie z zasadami, a gracie z reżimem, który żadnego prawa i zasad nie uznaje - dodaje.

Zdaniem Kotowa działania w rodzaju stworzenia BiełsatTV i fundowania stypendiów dla białoruskich studentów w Polsce, których celem było wspomaganie budowy społeczeństwa obywatelskiego na Białorusi, to nie był błąd. - Jednak na większą skalę nie ma tym zainteresowania wśród Białorusinów. To nie docierało do szerokiego grona. Więc ta inwestycja nie stała się w pełni skuteczna - stwierdza Kotow. - Teraz cała ta polityka budowania społeczeństwa obywatelskiego już niezbyt ma sens. To mogło działać w miękkim autorytaryzmie, a na Białorusi zapanowało całkowite bezprawie. Jest już za późno - mówi opozycjonista.

gazeta.pl