sobota, 31 lipca 2021


Relacje komunistycznego Wietnamu z Chinami w ubiegłym stuleciu były złożonym zagadnieniem. Z jednej strony oba państwa łączyła marksistowsko-leninowska ideologia oraz doświadczenia ze wspólnej walki przeciwko Amerykanom. Podczas wojny wietnamskiej Chiny dostarczały walczącemu Wietnamowi uzbrojenie, wyposażenie wojskowe, a nawet żywność. Ponadto tysiące Chińczyków zostało skierowanych do pracy w Wietnamie Północnym, zastępując tym samym Wietnamczyków, których władze w Hanoi mogły wysłać do walki na Południu. Obecność Chin i obawa przed ich otwartym przystąpieniem do wojny działała odstraszająco na Amerykanów, którzy z tego powodu nigdy nie podjęli próby dokonania inwazji na Demokratyczną Republikę Wietnamu.

Przyjaźń pomiędzy komunistycznymi sąsiadami znalazła odpowiedni wyraz w życiu społecznym. Przez lata język chiński był jedynym językiem obcym, nauczanym w wietnamskich szkołach, które jednocześnie przypominały uczniom o ogromie chińskiej pomocy podczas wojny. Na dobrych relacjach cieniem kładło się wspomnienie burzliwej przeszłości, kiedy to Chiny próbowały podporządkować sobie Wietnam. Sam Ho Chi Minh dostrzegając słabość Francuzów i przewidując upadek kolonializmu przestrzegał przed potężnym sąsiadem z północy przypominając, iż kiedy ostatni raz Chińczycy wkroczyli do Wietnamu, to pozostali w nim przez tysiąc lat. Ponadto na przełomie lat 60. i 70. doszło na arenie międzynarodowej do wielu wydarzeń, będących niejako zapowiedzią dramatycznej przyszłości. Narastający rozłam pomiędzy ChRL a ZSRR doprowadził w 1969 r. do wybuchu konfliktu granicznego pomiędzy oboma mocarstwami, a następnie do zbliżenia pomiędzy Chinami i USA. W styczniu 1974 r. doszło do starcia pomiędzy siłami chińskimi a wojskami Wietnamu Południowego na Morzu Południowochińskim. W jego wyniku kontrolowane przez rząd w Sajgonie Wyspy Paracelskie zostały zajęte przez ChRL, co zaniepokoiło władze w Hanoi. Dla losów Chin oraz Wietnamu przełomowy okazał się być rok 1978. Wówczas to Wietnam został przyjęty do RWPG, a także podpisał traktat o przyjaźni i współpracy ze Związkiem Radzieckim. W grudniu tego roku wojska wietnamskie dokonały inwazji na sprzymierzoną z Chinami Kambodżę. Co prawda w czasie wojny wietnamskiej wojska północnowietnamskie wraz z Viet Congiem współdziałały z Czerwonymi Khmerami, to jednak po 1975 r. relacje pomiędzy tymi sojusznikami się pogorszyły, czego przejawem były zbrojne incydenty na pograniczu Wietnamu i Kambodży. Szczególnie krwawe było zajście w kwietniu 1978 r., kiedy to żołnierze Czerwonych Khmerów wymordowali ponad 3 tys. mieszkańców w rejonie Ba Chúc w południowym Wietnamie. Odpowiedzią Hanoi była błyskawiczna kampania wojskowa rozpoczęta 25 grudnia 1978 r., w wyniku której wojska Czerwonych Khmerów zostały rozbite, a ich przywódca Pol Pot musiał się salwować ucieczką do Tajlandii. Ponadto w rękach Wietnamczyków znalazło się blisko 10 tys. chińskich doradców wojskowych. Jakkolwiek obalenie reżimu Czerwonych Khmerów, odpowiedzialnego za liczne prowokacje oraz dokonanie w Kambodży ludobójstwa, mogło wydawać się uzasadnione, to jednak Pekin uznał działania Wietnamu za zagrożenie dla swojej strefy wpływów. W dniu 15 lutego 1979 r. Chiny oficjalnie ogłosiły wygaśnięcie podpisanego w 1950 r. chińsko-radzieckiego Traktatu o Przyjaźni, Sojuszu i Wzajemnej Pomocy. Jednocześnie chiński przywódca Deng Xiaoping zadeklarował plan ataku ChRL na Wietnam, które to działanie miało być swoistą nauczką dla niepokornego sąsiada.

Określana oficjalnie jako „kontratak w samoobronie” operacja rozpoczęła się 17 lutego 1979 r., kiedy to wojska chińskie uderzyły na Wietnam w 26 punktach wzdłuż liczącej blisko 770 km granicy. Od strony taktycznej chiński dowódca Yang Teh Chi zdecydował się na frontalne ataki piechoty poprzedzone w wielu wypadkach uderzeniami broni pancernej, przy wsparciu artyleryjskim. Szybko okazało się jednak, że tradycje sięgające Długiego Marszu, II wojny światowej oraz konfliktu w Korei okazały się niewystarczające aby pokonać przeciwnika.

Do odparcia najazdu Wietnamczycy użyli głównie lokalnej milicji granicznej, liczącej około 100 tys. ludzi. Władze Wietnamu celowo przy tym unikały wprowadzenia do działań regularnych sił, skierowanych do obrony wietnamskiej stolicy oraz stacjonujących w Kambodży. Wbrew pozorom broniące pogranicza wietnamskie formacje były dobrze wyszkolone, przy czym część obrońców miała doświadczenie zdobyte w trakcie wojny wietnamskiej. Siły te zostały zorganizowane w drużyny, o elastycznej strukturze oraz nastawieniu na wykonanie konkretnego zadania. Sposób prowadzenia walki przez obrońców zbliżony był do działań partyzantki. Wietnamczycy organizowali kontrataki oraz zasadzki, jak choćby w Muong Khoung, gdzie wraz z wysadzonym w powietrze mostem zniszczonych zostało 8 z 18 nacierających chińskich czołgów. Zdarzało się też, że wietnamskie oddziały dokonywały wypadów na drugą stronę granicy w celu eliminowania stanowisk wrogiej artylerii. Będący mistrzami kamuflażu Wietnamczycy znakomicie poruszali się w trudnym terenie, dysponując wsparciem artyleryjskim oraz stosując dodatkowe środki obronne w postaci pól minowych oraz przeszkód z zaostrzonych bambusowych tyczek.

Jak na ironię pod wieloma względami Wietnam dysponował lepszym wyposażeniem od swoich dawnych sojuszników. W rękach Wietnamczyków znalazło się bowiem uzbrojenie pochodzące z ZSRR oraz USA. Szczególnie przydatne okazały się kierowane pociski przeciwpancerne 3M6 Trzmiel (w kodzie NATO „Snapper”) oraz 9M14 Malutka („Sagger”). Ponadto każda wietnamska drużyna (w sile kompanii w wojskach anglosaskich) miała na wyposażeniu zestawy radiowe, których brakowało Chińczykom. Ci z kolei w dużej mierze musieli polegać na gońcach, a także na sygnałach wydawanych rękoma lub chorągiewkami. Chińskie problemy związane z brakiem środków łączności mogły zostać spotęgowane przez zakłócanie zastosowane przez siły radzieckie, o których wspominają źródła indyjskie. W toku działań wojennych niemal nieobecne było chińskie lotnictwo. Wietnam dysponował bowiem najbardziej rozbudowaną w dziejach wojen obroną przeciwlotniczą, w szczególności w okolicach Hanoi oraz Hajfongu, których to strzegły liczne wyrzutnie kierowanych pocisków ziemia-powietrze. Co prawda ta część wietnamskiego systemu obrony mogła zostać sforsowana (jak choćby w 1972 r.), to jednak ChRL brakowało odpowiedniego sprzętu oraz doświadczenia, aby podjąć się wykonania tak ambitnego zadania. Warto dodać, że w obawie przez zbrojnym odwetem ze strony ZSRR, najlepiej wyszkolone i wyposażone wojska chińskie zostały skoncentrowane na północy Chin.

Po 17 dniach zaciekłych walk wojska chińskie wdarły się na odległość 30 – 40 km w głąb Wietnamu, wkraczając do stolic północnych prowincji tego kraju. Zasadniczo podczas walk o ośrodki miejskie Wietnamczycy zastosowali taktykę znaną z pamiętnej bitwy o Dien Bien Phu. Polegała ona na wycofaniu wojsk z danego miasta na okoliczne wzgórza, z których ostrzeliwano wojska przeciwnika. Chińczycy co prawda ogłosili zajęcie stolic prowincji, ratując tym samym twarz, to jednak trudno uznać, aby w pełni opanowali i zabezpieczyli te kluczowe obiekty. Na terenie miast również dochodziło do gwałtownych starć, jak choćby w Lang Son, w którym wojska chińskie dopiero po 17 natarciach opanowały jeden z celów. Ostatecznie Chińczykom nie udało się wciągnąć do walki regularnych jednostek Ludowej Armii Wietnamu. W nielicznych przypadkach, w których żołnierze wietnamscy wsparli milicję graniczną (jak choćby podczas zwycięskich dla Chińczyków walk o miejscowość Dong Dang), najeźdźcom nie udało się rozbić najlepszych jednostek przeciwnika. Wobec braku możliwości realizacji tego celu, władze ChRL zadecydowały o wycofaniu swych wojsk z Wietnamu. W dniu 6 marca Pekin ogłosił, iż droga do Hanoi została otwarta, a także, że Wietnam otrzymał zasłużoną nauczkę. Walki zakończyły się 10 dni później, wraz z powrotem wojsk chińskich na terytorium Państwa Środka. Nie oznaczało to jednak końca konfliktu, trwającego jeszcze przez ponad dekadę, a którego przejawem były okazyjne starcia na granicy obu państw.

Liczba ofiar trwającej niespełna 4 tygodnie wojny pozostaje nieznana. Wietnam nie ujawnił swych strat wojskowych, podając jedynie, iż zginęło ok. 10 tys. jego cywilnych mieszkańców. Chińczycy utrzymują, iż liczba zabitych przez nich wietnamskich żołnierzy wyniosła łącznie 30 tys. W zależności od źródeł, liczba poległych chińskich żołnierzy określana jest jako 6 – 26 tys. Niektóre oszacowania podają, iż starty po obu stronach były wyrównane i wyniosły ok. 20 tys. poległych. Warto przy tym dodać, iż podczas wojny wietnamskiej w ciągu całego 1968 roku, będącego okresem najbardziej zaciętych walk, życie straciło około 17 tys. amerykańskich wojskowych.

Zwycięstwo w wojnie z 1979 r. zadeklarowały, zresztą nie bezpodstawnie, również władze wietnamskie. Stutysięczna wietnamska milicja graniczna zatrzymała blisko 250 tys. chińskich żołnierzy daleko od Hanoi, a ponadto wojska wietnamskie nie zostały wycofane z Kambodży, w której stacjonowały do września 1989 r. W dalszej perspektywie politycznie zyskały Chiny. ChRL, która określała Wietnam mianem „Kuby Wschodu”, zbliżyła się do państw ASEAN obiecując pomoc dla Tajlandii oraz Singapuru w przypadku wietnamskiej agresji. Chinom udało się też zawiązać swoistą międzynarodową koalicję, wspierającą partyzantkę walczącą z Wietnamczykami w Kambodży. Poprzez wojnę z Wietnamem Chińczycy wykazali również słabość Związku Radzieckiego, który nie był w stanie efektywnie wesprzeć swego wietnamskiego sojusznika. Ponadto Chiny zaczęły zaopatrywać oraz szkolić (m. in. w obozach w Peszawarze i w Xinjiang) tysiące mudżahedinów walczących w Afganistanie przeciwko ZSRR.

tupalski.eu

Pomimo, że Rosjanie mają bardzo dobre rozwiązania jeżeli chodzi o naziemne systemy Walki Elektronicznej (WE), to w przypadku lotniczych systemów WE przemysł nie jest w stanie jak na razie dostarczyć rozwiązań w odpowiedniej ilości. Sytuacja w tej dziedzinie jest określana jako „katastrofalna”.

O skali problemu może świadczyć fakt, że Rosjanie nie wprowadzili żadnej, lotniczej platformy Walki Elektroniczne od 1993 roku do 2016 roku. Tymczasem wcześniej, w nieco ponad trzydzieści lat zbudowano w Związku Radzieckim ponad siedemdziesiąt takich statków powietrznych na bazie samolotów: An-12, Tu-16 i Jak-28. Jako szczególnie udany uważa się wykorzystywany jeszcze do lat dziewięćdziesiątych lampowy system zakłóceń „Bukiet”, który zainstalowano na „odrzutowcach” Tu-16P i Jak-28PP.

Ten analogowy kompleks był podobno w stanie torować drogę własnemu lotnictwu uderzeniowemu paraliżując systemy radarowe przeciwnika nawet w odległości 600 km. Rosjanie dodatkowo w sposób ciągły go modernizowali. Pomimo, że był to system analogowy, to już w swoich wersjach z lat sześćdziesiątych mógł on działać automatycznie – analizując odbierane częstotliwości i odpowiednio dobierając zakłócenia. Na pokładzie każdego samolotu znajdowało się pięć generatorów, które specjaliści nazywali potocznie „garnkami”. Każdy z nich odpowiadał za zakłócenia odpowiednich długości fal: od 8 do 30 cm.

W latach siedemdziesiątych pojawiły się nowe rozwiązania – szczególnie jeżeli chodzi o systemy antenowe. Dawało to już możliwość tworzenia węższych charakterystyk antenowych, co zmniejszało straty mocy (skupiając ją na atakowanych „elektronicznie” celach), jak również ograniczało niepożądany wpływ zakłóceń na własny samolot i jego załogę (co wcześniej bywało problemem i wymagało ścisłego nadzoru medycznego nad pilotami i operatorami kompleksu). Te zmiany zostały wprowadzone na samolocie Jak-28PP, który poza „Bukietem” został doposażony w kompleks „Fasol”. Pozwalał on już tłumić nie tylko radary, ale również systemy dowodzenia i łączności.

W latach osiemdziesiątych technologia lampowa przestała być wystarczająca, szczególnie, gdy w państwach NATO zaczęto wprowadzać nowej generacji stacje radiolokacyjne z antenami ścianowymi i o szybko zmienianych parametrach (takich jak częstotliwość nośna sygnału, okres sondowania, długość fali, itd.). Uznano więc, że samoloty Tu-16P i Jak-28PP są już zupełnie nieprzydatne i na początku lat dziewięćdziesiątych wycofano je ze służby. Jak się później okazało był to duży błąd, ponieważ te statki powietrzne miały jeszcze duży potencjał modernizacyjny, a ponadto przez prawie ćwierć wieku nie wprowadzono nic w zamian.

Tymczasem wystarczyłoby jedynie wymienić bazę elementową zachowując samą koncepcje poszczególnych urządzeń. Tak zresztą zrobiono później w odniesieniu do kompleksu „Bukiet”, w którym od razu dokonano przejścia z systemów lampowych na mikroukłady (pomijając układy tranzystorowe).

Zmiana pokoleniowa w lotniczych systemach Walki Elektronicznej miała nastąpić dopiero w 2016 roku, gdy wprowadzono do wojsk lotniczych trzy kompleksy WE Ił-22PP „Porubszczyk”. Wszyscy jednak zdawali sobie sprawę, że ilość ta w żadnym przypadku nie zaspokaja potrzeb rosyjskich sił zbrojnych – szczególnie podczas pełnowymiarowego konfliktu.

Sprawa jest o tyle dziwna, że zupełnie inaczej dzieje się na lądzie. Tam przez cały czas są wprowadzane nowatorskie rozwiązania, które w niektórych przypadkach rzeczywiście nie mają swoich odpowiedników w krajach zachodnich. 

(...)

Jak się jednak okazało największym problemem dla Rosjan nie był sam kompleks WE, ale znalezienie dla niego odpowiedniej platformy latającej. System „Porubszczyk” to zestaw zakłócający, który działa jeszcze w oparciu o starsze technologie, a więc wymaga samolotów o dużym udźwigu, znacznej objętości kadłuba i odpowiednim zapasie energetycznym.

Takie wymagania spełniał np. cywilny, czterosilnikowy, turbośmigłowy samolot Ił-18, ale Rosjanie nie mieli nowej wersji tego statku powietrznego. Dlatego musieli wykorzystać stare statki powietrzne, co obecnie wiąże się z dużymi problemami w ich operacyjnym wykorzystaniu. Dla potrzeb Walki Elektronicznej „poświęcono” trzy latające centra kontroli powietrznej Ił-22 „Bizon”, które zaczęto wprowadzać do służby już w 1971 roku. Ponad trzydziestopięcioletnie samoloty przeszły jednak remont kapitalny i po 2011 roku rozpoczęły się ich loty testowe. Zabudowany na ich bazie kompleks „Porubszczyk” przeszedł natomiast próby państwowe w 2015 roku. Rok później trzy wcześniejsze „Bizony”, a obecnie Ił-22PP, weszły do służby w rosyjskich siłach powietrznych.

Jak na razie nie są znane możliwości kompleksów „Porubszczyk”. W rosyjskich mediach kilkakrotnie pokazała się nawet informacja, że jest to po prostu znany wcześniej system „Bukiet”, w którym zastąpiono niektóre bloki nowymi układami elektronicznymi. Sami Rosjanie zresztą twierdzą, że nie jest to żaden skok technologiczny. Sprawa jest drażliwa, ponieważ Rosja uważa się za najlepszego na świecie producenta systemów WE. Każdego roku wielkość rosyjskiego rynku systemów i sprzętu Walki Elektronicznej przekracza 400 milionów dolarów, co wiąże się m.in. z przejęciem 7% światowego eksportu. Dodatkowo największy rosyjski producent systemów WE - koncern KRET lansuje się jako światowy, „intelektualny lider” w tej dziedzinie – i w kilku rozwiązaniach ma do tego pełne prawo.

defence24.pl

piątek, 30 lipca 2021


Ośrodek analityczny DAIO (Defense AI Observatory) na Uniwersytecie w Hamburgu opublikował raport na temat wpływu (a właściwie braku wpływu) konfliktów w Syrii, Libii, Górskim Karabachu i wschodniej Ukrainie na sposób prowadzenia działań wojennych w przyszłości. Potwierdzono w nim rzadko podkreślaną ocenę, że cztery analizowane konflikty są prowadzone według zasad i w sposób odmienny od tego, jakie najprawdopodobniej byłyby zastosowane przy konfrontacji zbrojnej państw rozwiniętych.

(...)

Autorzy tej analizy podkreślają wyraźnie, że oceniane cztery konflikty, pokazują pewne aspekty przyszłych działań wojennych, ale wcale nie zmieniają obowiązujących obecnie reguł – najwyżej o nich przypominając (np. wskazując na częste zjawisko niedoceniania walki elektronicznej).

W ten sposób to, co we współczesnych konfliktach uważane jest powszechnie za nowatorskie, w rzeczywistości może nie mieć takiego wpływu, jak czynniki mniej widoczne, takie jak np. warstreaming lub tymczasowe przekazywanie siły militarnej za pośrednictwem tzw. WaaS („wojna jako usługa”). Tymczasem takie błędnie wyciągane wnioski mogą doprowadzić nawet do złego ukierunkowania sposobu rozwoju technologii, zdolności i koncepcji.

Autorzy wskazują (zresztą słusznie), że wojny na Ukrainie, w Syrii, Libii i Górskim Karabachu nie miały charakteru pełnowymiarowego konfliktu zbrojnego i toczyły się w bardzo specyficznych warunkach. Nie było więc tego, czym charakteryzowałoby się starcie państw zaawansowanych technologicznie – w tym przede wszystkim bezpośredniej konfrontacji lotnictwa i sił okrętowych oraz skoordynowanej, wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej. Wiele czynników było również tak specyficznych, że ich powtórzenie na innym teatrze operacji wojennych byłoby bardzo trudne.

W analizie DAIO wskazane np. na rosyjskie działania psychologiczne na Ukrainie, które polegały m.in. na wysyłaniu przez Rosję SMS-ów z groźbami dla członków rodzin ukraińskich żołnierzy. Było to jednak możliwe tylko dlatego, że operator Vodafone Ukraine jest spółką rosyjskiego koncernu telekomunikacyjnego Mobile TeleSystems. W ten sposób Rosjanie mieli ułatwiony dostęp do sieci i mogli z niej w miarę łatwo korzystać.

Podobna sytuacja była w przypadku ukraińskich systemów wojskowej łączności radiowej, które pochodziły z Rosji i jak się okazało można je było z Rosji wyłączyć. W momencie gdy Ukraińcy zaczęli używać zachodnie radiostacje (firm Harris i Aselsan), skuteczność rosyjskich systemów walki elektronicznej drastycznie się obniżyła. W przypadku skonfrontowania nowoczesnych urządzeń elektronicznych krajów zachodnich z rosyjskimi systemami zakłócającymi, sytuacja wcale już więc nie jest taka oczywista. Z jednej strony Rosjanie w miarę skutecznie utrudniali użycie przez Ukrainę amerykańskich minidronów RQ-11 Raven, z drugiej zaś strony nie radzili sobie z latającymi w okolicy Syrii średnimi i dużymi bezzałogowcami ze Stanów Zjednoczonych i Izraela (takimi jak np. amerykański MQ-9 Reaper).

Szczególnej analizie w raporcie DAIO poddane zostały trzy czynniki: bezzałogowe statki powietrzne UAV (Unmanned Aerial Vehicle), walka elektroniczna (WE) i obrona przeciwlotnicza. Wyciągnięto trzy główne wnioski:
  • walczące siły rzeczywiście wykorzystywały bezzałogowce, jednak przeważały wypróbowane i wcześniej przetestowane taktyki działania (większość dronów realizowała po prostu zadania wcześniej wykonywane przez systemy załogowe). Sygnałem nadchodzących zmian był jedynie jednoczesny atak trzynastu dronów 5 stycznia 2018 roku na bazę w Hmiejmim - tym bardziej, że przygotowały go siły nie stosujące wyrafinowanych technologii, a raczej prymitywne środki walki. Atak ten nie był jednak typowym działaniem „w roju” (nie było np. współdziałania dronów) i jak dotąd nie odnotowano powtórnie  takiego sposobu wykorzystania bezzałogowców;
  • słabym punktem u wszystkich walczących stron była zawsze obrona przeciwlotnicza. Było to szczególnie widoczne w Syrii, gdzie stare systemy nie dawały gwarancji skutecznej obrony, nowe środki obrony przeciwlotniczej działały poniżej oczekiwań (np. system Pancyr-S1), a rozwiązania reklamowane jako najbardziej efektywne w ogóle nie prowadziły aktywnej walki z celami powietrznymi (syryjskie kompleksy S-300 i rosyjskie S-400). Źle zorganizowana obrona przeciwlotnicza była również problemem Armenii w konflikcie z Azerbejdżanem o Górski Karabach. Wykorzystywane przez armeńskie siły zbrojne systemy 2K11 „Krug”, 9K33 „Osa”, „Tor-M2KM”, 2K12 „Kub”, 9K35 „Strela-10” i S-300 oraz przenośne zestawy przeciwlotnicze były praktycznie bezsilne - nawet w odniesieniu do dużych dronów Bayraktar TB2 (które dzięki temu mogły działać bez większych problemów – chociaż ze stratami);
  • najwięcej uwagi trzeba poświęcić niedocenianym w wielu państwach systemom Walki Elektronicznej (WE). To właśnie dzięki nim odnoszono bowiem sukcesy w zwalczaniu dronów na Bliskim Wschodzie, jak również to one służyły do naprowadzania rosyjskiej artylerii i realizowania na Ukrainie takich zadań, jak: sabotaż, zakłócania, podszywania się i groźby.
W raporcie DAIO zajęto się również czynnikami mniej zauważalnymi i z tego powodu niedocenianymi przez analityków we współczesnych konfliktach zbrojnych. Podkreślono przede wszystkim jak ważna jest integracja zasobów wojskowych w jednolitym systemie C4/5ISTAR. Zauważono, że te strony konfliktu, które lepiej zarządzały „złożonym ekosystemem militarnym” zwyciężały w konflikcie. Mogły bowiem odpowiednio gospodarować swoimi siłami, jak również błyskawicznie reagować na nagle pojawiające się zagrożenia. Według autorów analizy trzeba więc zwrócić większą uwagę na „zmiany koncepcyjno-organizacyjne dotyczące działania łańcucha C4/5ISTAR”, ponieważ idą one w parze z „ogólnym aspektem podejmowania decyzji wojskowych”.

(...)

Brak odpowiedniego systemu dowodzenia powodował, że nawet teoretycznie skuteczne uzbrojenie nie było w stanie realizować zadań. Przykładem tego było obezwładnienie obrony przeciwlotniczej Armenii, które doprowadziło do prawdziwego polowania dronów na zestawy rakietowe. Azerom udało się nawet zniszczyć samobieżną wyrzutnię Tor-M2KM na podwoziu kołowym rozstawioną pomiędzy budynkami mieszkalnymi, chociaż zestaw ten może również działać w pełni autonomicznie (mając własny radar wykrywania).

Z drugiej jednak strony, gdy system wczesnego ostrzegania i dowodzenia działał, osiągano sukcesy, czego przykładem może być Syria. Ocenia się, że właśnie dzięki współdziałaniu środków rozpoznania i systemów ogniowych udało się zestrzelić aż dwadzieścia tureckich dronów przez rakietowe zestawy przeciwlotnicze Buk-M2E.

(...)

Ważnym czynnikiem w raporcie DAIO, który coraz bardziej decyduje o sposobie postrzegania każdego konfliktu ma być warstreaming, tj. zdolność walczących stron do dostarczania na żywo przekazów z pola walki. Te przekazy są przydatne dla rozpoznania i dowodzenia siłami, ale ujawnione i opublikowane np. na oficjalnej stronie ministerstw obrony (jak w przypadku Azerbejdżanu) mogą wypaczyć rzeczywistość. Trzeba bowiem pamiętać, że o wiele ważniejsze elementy działań, takie jak walka elektroniczna i poziom integracji systemów dowodzenia, kierowania, łączności i rozpoznania C4/5ISTAR, są trudne do zademonstrowania. Natomiast bardziej widowiskowe w filmowanych raportach okazują się drony, stając się swoistą „gwiazdą” mediów. A to może zachęcić dowódców do nadmiernego zaspokajania tzw. „głodu obrazów, których wcześniej nie pokazywano”.

(...)

Materiały wideo gromadzone przez drony były i są również powszechnie wykorzystywane przez Turcja i Rosję w Syrii do celów propagandowych oraz przez Izrael – m.in. by zdyskredytować rosyjskie systemy przeciwlotnicze i pochwalić się swoim uzbrojeniem precyzyjnym. Należy bowiem pamiętać, że wszystkie strony ukrywają prawdziwą wartość bojową wykorzystywanego wyposażenia najczęściej ją wyolbrzymiając. Przykładem tego może być rosyjski system walki elektronicznej krótkiego zasięgu, który podobno miał strącić na ziemię sześć z trzynastu dronów atakujących w roju bazę lotniczą Hmieimim w Syrii. Nie ma praktycznie żadnych możliwości by to sprawdzić, w odróżnieniu od tak niezbitego dowodu jak film, pokazujący pocisk zbliżający się i uderzający w bezskutecznie broniącego się rakietami „Pancyra”.

(...)

Nową, mało podkreślaną cechą współczesnych konfliktów jest możliwość skorzystania przez walczące strony z szybkiej, zewnętrznej pomocy: nie w ramach sojuszy (takich jak NATO), ale dzięki „biznesowi wojennemu” - w ramach tzw. usługi wojennej WaaS (War as a Service). Jest to nowy polityczno-strategiczny „model biznesowy”, który polega na czasowym, międzyrządowym przekazaniu kompleksowej siły wojskowej. „Kompleksowej”, ponieważ nie polega to jedynie na szybkim uzupełnieniu zasobów technologicznych (np. dostawie nowych czołgów lub precyzyjnej amunicji), ale również na udzieleniu pomocy planistycznej, szkoleniowej i operacyjnej – w tym na wysłaniu gotowych do działań pododdziałów lub operatorów.

WaaS daje więc możliwość uzyskania nagłej przewagi nad rywalem, o ile oczywiście odbiorca jest przygotowany na przyjęcie tej pomocy, a dawca jest zdecydowany na ryzyko związane z tą pomocą (to ryzyko po prostu musi się opłacać finansowo - poprzez uzależnienie odbiorcy usług lub politycznie – poprzez uzyskanie wpływów i baz). Takie zewnętrzne wsparcie ze strony Rosji okazało się czynnikiem decydującym o ciągłym trwaniu rebelii na wschodniej Ukrainie. Bez rosyjskiej pomocy separatyści nie byliby w stanie prowadzić działań wojennych i podtrzymywać istnienia samozwańczych republik: ługańskiej i donieckiej. Z drugiej strony niestabilność panujących tam władz sprzyja ukrywaniu wpływu Rosji na podtrzymywanie wojny domowej, toczącej się w tamtym regionie.

Podobną sytuację można było zaobserwować w Górskim Karabachu. Wyraźna asymetria sprawności operacyjnej na korzyść Azerbejdżanu wynikała najprawdopodobniej ze strategicznego wsparcia tureckiego oraz złego stanu sił zbrojnych Armenii, co było szczególnie widoczne w obronie przeciwlotniczej. Ta obrona była zresztą nieskuteczna w przypadku obu stron konfliktu, co ułatwiło działania systemom bezzałogowym: tureckim dronom Bayraktar TB2 i izraelskiej amunicji krążącej IAI Harop. Na ten sukces azerskich wojsk niewątpliwie złożyła się obecność 50 tureckich instruktorów, 90 doradców wojskowych i około 20 operatorów dronów.

Tym co może wpłynąć na sposób działania sił zbrojnych jest także coraz większy dostęp do bardzo dobrej jakości i tanich technologii komercyjnych. Oznacza to drastyczne zmniejszenie kosztów wielu rodzajów sprzętu wojskowego, który nie jest coraz częściej produkowany w pojedynczych sztukach z unikalnych części, ale składany z masowo produkowanych elementów. Żołnierze mają więc obecnie powszechny dostęp np. do systemów nawigacji satelitarnej, jak również do wcześniej bardzo drogich i skomplikowanych urządzeń termowizyjnych.

Takie pomieszanie rozwiązań wojskowych i komercyjnych C/MOTS (Commercial or military technology off-the-shelf) pozwoliło np. tureckiej firmie Bakyar na wyprodukowanie dronu bojowego Bayraktar TB2, który jest kilkanaście razy tańszy od swoich większych, amerykańskich odpowiedników MQ-9 Reaper (około 60 milionów dolarów za sztukę). Automatycznie pozwala to na zwiększenie floty dostępnych bezzałogowców, co daje możliwość ich powszechniejszego używanie przez dowódców oraz godzenia się na związane z tym straty.

(...)

Wszystkie oceniane przez DAIO konflikty ponownie wykazały, że systemy walki elektronicznej stanowią nieodłączny element działań wojennych. Kto więc ma lepsze wyposażenie w tej dziedzinie i potrafi go skutecznie wykorzystywać, ten od razu uzyskuje przewagę, której nie można zrekompensować żadnymi, innymi środkami. Dobrym przykładem takiej przewagi uzyskanej dzięki systemom WE jest wschodnia Ukraina. Skuteczne wsparcie ogniowe artylerii dla sił separatystycznych byłoby bowiem niemożliwe, gdyby Ukraina posiadała odpowiednie środki przeciwdziałania dronom rozpoznawczym kierującym ogniem.

Tymczasem Rosjanie korzystali ze wschodniej Ukrainy jak ze swoistego poligonu doświadczalnego przekazując tzw. "separatystom" nawet tak nowoczesne rozwiązania jak kompleksy WE typu: RB-341W „Leer-3”, 1Ł269 „Krasucha-2”, RB-109A „Bylina” i zestaw do zakłócania dronów „Riepiellient-1” (najprawdopodobniej z rosyjskimi obsługami).

Wszystkie te rozwiązania aktywnie uczestniczyły w działaniach przyczyniając się do zwiększania świadomości sytuacyjnej (poprzez namierzanie źródeł promieniowania elektromagnetycznego – w tym telefonów komórkowych), utrudniając wykorzystanie przez Ukrainę systemów bezzałogowych, zakłócając systemy dowodzenia i kontroli, zagłuszając i podszywając się pod sygnał GPS oraz rozpowszechniając fałszywe informacje.

W Syrii działania były już bardziej ograniczone, ponieważ Rosjanie stosowali systemy WE głównie do zabezpieczania własnych sił. Trudno jest ustalić, jak było to skuteczne ze względu na niską wiarygodność rosyjskich przekazów.  (...)

Na bazie tych doświadczeń Rosjanie opracowali zupełnie nową taktykę elektronicznego wsparcia własnych operacji. Polega ona na dużym rozproszeniu systemów WE we wszystkich rodzajach sił zbrojnych i wszystkich lokalizacjach geograficznych. Jest to spowodowane m.in. uznaniem przez Rosjan, że to systemy walki elektronicznej będą jeszcze przez długi czas podstawowym środkiem przeciwdziałania dronom. Muszą się więc stać integralnym elementem systemu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Dodatkowo coraz częściej wskazuje się, że Rosjanie przygotowują się do walki elektronicznej również poza terenem działań wojennych. Ma to polegać m.in. na elektronicznym ataku w przemysł obronny przeciwnika. Zmusza to według analityków do przewartościowania tego, co kryje się pod pojęciem „obrona narodowa”.

Jest oczywiste, że w dziedzinie walki elektronicznej najwięcej uwagi poświęcano systemom rosyjskim, ale strona turecka również korzystała bardzo intensywnie z zakłóceń oraz rozpoznania radioelektronicznego. W Libii i Syrii Turcy używali np. systemy KORAL i REDET firmy Aselsan. Były one stosowane do rozpoznania i zakłócania systemów radiolokacyjnych (w tym by zabezpieczyć działanie dronów Bayraktar TB2) oraz śledzenia i atakowania telefonów komórkowych. Analitycy DAIO uważają nawet, że system KORAL był skuteczny przeciwko zestawom przeciwlotniczym „Pancyr-S1” co ułatwiało ich zwalczanie z powietrza.

Jednak za największy sukces Turcji uważa się specjalną taktykę działania wykorzystaną w Górskim Karabachu (oraz na mniejszą skalę w Syrii i Libii). Poprzez połączenie walki elektronicznej (rozpoznanie i zakłócanie) z masowo użytymi dronami udało się bowiem zneutralizować armeński system obrony powietrznej pomimo, że był on wyposażony w rosyjskie zestaw przeciwlotnicze oceniane wcześniej za dobre (w tym dywizjony S-300).

Najważniejszym wnioskiem z analizy DAIO jest jednak to, że wszystkie cztery oceniane konflikty nie są czymś na tyle reprezentatywnym, by kraje rozwinięte na tej podstawie mogły nakreślić nowe drogi rozwoju sił zbrojnych i zmienić generalnie koncepcję działań wojennych. To co się dzieje na wschodniej Ukrainie, w Syrii, Libii oraz między Armenią a Azerbejdżanem dla autorów analizy przypomina bardziej „wojskowe bezkrólewie”, w którym nie odchodzi się od tradycyjnych sposobów prowadzenia wojny, jedynie je wzbogacając o nowe technologie – i to najczęściej nie w pełnym zakresie ich możliwości.

(...)

Z drugiej zaś strony bardzo „elastycznie” podchodzono do rygorystycznie przestrzeganej na zachodzie koncepcji „zero strat”. W żadnym z konfliktów nie podporządkowywano sposobu działań tak, by nie było strat w ludziach – starając się jedynie te straty zminimalizować. Najlepszym tego przykładem jest Rosja, która dopuszcza straty uboczne wśród ludności cywilnej i według raportu DAIO przekłada „interes narodowy nad prywatność i prawa człowieka, co powoduje, że względy etyczne i moralne związane z wojskowymi zastosowaniami sztucznej inteligencji i systemów broni autonomicznej raczej się nie pojawią jako główny czynnik ograniczający dalszy ich rozwój”.

defence24.pl

Jedną z firm, które odniosły wyjątkowy sukces w podłączaniu się do europejskiej administracji publicznej, jest Palantir, która zajmuje się analizą danych, założona przez twórcę PayPala Petera Thiela, od lat sympatyka Donalda Trumpa.

Choć ta amerykańska firma technologiczna wzbudziła kontrowersje z powodu zawierania kontraktów z wojskiem i związanych z kontrolą granic w USA, nie powstrzymało to europejskich urzędników przed zwróceniem się do niej w czasie pandemii COVID-19.

Firma zaoferowała europejskim rządom darmowe lub bardzo tanie umowy na wydajne platformy analizy danych, aby pomóc im w walce ze śmiertelną chorobą. Oferta Palantir obejmuje pomoc w analizie rozprzestrzeniania się choroby, a także monitorowanie reakcji lokalnych społeczności na wprowadzenie szczepionki.

Grecja, Holandia i Wielka Brytania są wśród krajów, które przeprowadziły próby technologii związane z pandemią, jak wynika z publicznie dostępnych danych.

Francja – kraj, który spierał się z Google i Apple o aplikację COVID-19 i który jest najgłośniejszym w Europie zwolennikiem strategicznej autonomii – również podpisał kontrakt z firmą Thiela (podobnie jak agencja policyjna bloku, Europol, która korzysta z usług firmy co najmniej od 2016r.).

Francuskie służby wywiadowcze zwróciły się do Palantira po atakach terrorystycznych w 2015 r., a lokalni przedstawiciele firmy mówili o roli, jaką odegrała w obronie Francji – a w istocie wzmacniając jej suwerenność.

– Kiedy pomagamy państwu takiemu jak Francja w walce z terroryzmem, myślę, że jest to akt suwerenności, a narodowość firmy nie ma znaczenia - powiedział szef francuskiego oddziału Palantir, Fabrice Brégier, podczas przesłuchania parlamentarnego na początku tego roku.

(...)

Gdy parlamenty i rządy europejskie szukały pomocy w śledzeniu osób, które mogą być nosicielami koronawirusa, wielokrotnie zwracały się do chińskiej firmy Hikvision.

Jako największy na świecie producent sprzętu do nadzoru wideo, firma ta zdobyła wiele kontraktów w całej wspólnocie, pomimo doniesień, że jej technologia była wykorzystywana do represjonowania muzułmańskiej mniejszości Ujgurów w Chinach – czemu firma zaprzecza.

Chociaż Hikvision znajduje się na liście sankcji USA z powodu powiązań z chińskim wojskiem, firma pozostaje jednym z największych dostawców technologii nadzoru w Europie.

W Brukseli zarówno Komisja Europejska, jak i Parlament korzystały z systemów Hikvision, aby sprawdzać, czy osoby wchodzące do budynków instytucji UE mają objawy COVID-19, jak wynika z dokumentów dotyczących zamówień publicznych Unii.

Po tym, jak niektórzy urzędnicy europejscy sprzeciwili się wykorzystywaniu skanerów Hikvision, Parlament usunął je i w zeszłym miesiącu podjął formalną uchwałę, aby nie używać ich w budynkach. Komisja zdecydowała się jednak zachować sprzęt ze względów budżetowych.

W Wielkiej Brytanii ustawodawcy wielokrotnie wzywali do wprowadzenia surowszych ograniczeń w zakresie działalności Hikvision. Ale kryzys związany z COVID-19 okazał się dobrodziejstwem dla jej interesów, gdy kilka lotnisk w kraju zakupiło jej czujniki termiczne, aby wyłapywać przypadki zachorowań wśród podróżnych.

Prawie 30 lokalnych rad miejskich w Londynie również zainstalowało technologię nadzoru z Hikvision, w tym kamery i cyfrowe zapisy wideo, jak wynika z dokumentów uzyskanych w ramach ustawy o dostępie do informacji. Rady twierdzą, że chińskich urządzeń nie używają do rozpoznawania twarzy.

Aktywiści ostrzegają, że kontrakty otworzyły Hikvision i innym powiązanym z Pekinem firmom, takim jak Dahua Technology, przyczółek, który będą starały się rozbudowywać.

– Są wszędzie – powiedział Samuel Woodhams, analityk zajmujący się prawami cyfrowymi, który złożył wnioski o dostęp do informacji i podzielił się nimi z POLITICO. – Coraz bardziej stają większą częścią systemu nadzoru w Wielkiej Brytanii.

Yossi Carmil, dyrektor naczelny izraelskiej firmy Cellebrite, zajmującej się cyberbezpieczeństwem, w zeszłym miesiącu oświadczył śmiało na spotkaniu z inwestorami: – Jesteśmy niekwestionowanym liderem w dziedzinie wywiadu cyfrowego.

I przedstawił dowód: prawie 7 tys. kontraktów z rządami i prywatnymi organizacjami, w tym 25 z 27 "policji krajowych państw członkowskich Unii Europejskiej".

Izraelska firma, która specjalizuje się w odblokowywaniu urządzeń cyfrowych i łączeniu tych danych z innymi dowodami online, jest jedną z kilku izraelskich firm, które pracują nad działaniami Europy mającymi na celu śledzenie wszystkiego, od COVID-19 po migrantów przybywających z Afryki i Bliskiego Wschodu.

Dostawca oprogramowania szpiegowskiego NSO Group od dawna jest wykorzystywany przez europejskie agencje wywiadowcze. Oferuje słynnego Pegasusa, którego używają również polskie służby do śledzenia przemieszczania się ludzi i wiadomości tekstowych wysyłanych przez ich smartfony.

Od czasu pandemii rozszerzyła swoją ofertę o oprogramowanie, które umożliwia dostęp do smartfonów w celu monitorowania rozprzestrzeniania się wirusa za pomocą danych o lokalizacji – narzędzie do śledzenia, które zdaniem obrońców prywatności może naruszać europejskie przepisy dotyczące ochrony danych osobowych.

NSO Group twierdzi, że jej produkt, który jest używany w Izraelu, jest legalny i niezbędny do utrzymania koronawirusa w ryzach. Ale europejskie rządy muszą jeszcze się na to zgodzić.

"Jako firma nadzorująca, dysponująca zaawansowanym oprogramowaniem do walki z cyberprzestępczością, NSO prawdopodobnie ma dostęp do prywatnych danych z zainfekowanych urządzeń użytkowników, które wykraczają poza zwykłe dane o lokalizacji", napisali analitycy z Goldsmiths, University of London, którzy przeanalizowali ofertę firmy.

onet.pl

- Jakie miejsce ma Bliski Wschód w strategicznych kalkulacjach Moskwy?

Bliski Wschód nie stanowi dla Rosji priorytetu – obszar ten nigdy takiego statusu nie miał. Ustępuje takim kierunkom jak Kaukaz, Europa, Stany Zjednoczone, a nawet Arktyka. Niemniej jednak w ostatniej dekadzie widać wzrost znaczenia Bliskiego Wschodu w geostrategicznych kalkulacjach Moskwy, czego przejawem jest operacja w Syrii. Istotna zmiana polega na innej perspektywie. Jeszcze niedawno Kreml patrzył na Bliski Wschód przed pryzmat relacji z Zachodem – nawet w momencie interwencji zbrojnej w Syrii w 2015 roku w Moskwie dominowało przekonanie, że poprzez wpłynięcie na sytuację w tym państwie można oddziaływać na Stany Zjednoczone. Sądzę, że obecnie Moskwa porzuciła tę nadzieje i nie traktuje ani wojny w Syrii, ani swej obecności na Bliskim Wschodzie, jako środka w relacjach z Amerykanami. Teraz Bliski Wschód jest dla Rosji istotny sam w sobie.

- Czy możliwe jest zidentyfikowanie zasadniczych celów, które Rosjanie starają się zrealizować?

Dekadę temu, ale także i teraz, najważniejszym celem Rosji było bezpieczeństwo i stabilizacja, przez co rozumiem ochronienie samej Rosji i obszaru posowieckiego przed jakimkolwiek rozlaniem się ekstremizmu i terroryzmu z Bliskiego Wschodu. To w dużym stopniu spuścizna lat dziewięćdziesiątych i wojen w Czeczenii. Kwestia ta pozostaje dla Rosji istotna. To również uniemożliwianie wybuchu jakiejkolwiek „kolorowej rewolucji” – Rosjanie postrzegają je, chociażby „rewolucję róż” w Gruzji i „pomarańczową rewolucję” na Ukrainie – jako potajemne próby Zachodu wciągnięcia tychże państw we własną strefę wpływów. Wydarzenia w Libii w 2011 roku stanowiły dla Rosji sygnał ostrzegawczy. Rosja wstrzymała się wówczas od głosowania nad rezolucją nr 1973 Rady Bezpieczeństwa ONZ na temat użycia siły przeciwko Kadafiemu. Ostatecznie libijski reżim upadł, a Rosja uznała, że nie może pozwolić, aby taka sytuacja powtórzyła się.

To również coś, co ja określam mianem „celu pedagogicznego”. Rosja chce prezentować w regionie inny model stosunków wewnątrzpaństwowych i międzynarodowych. Ma to być alternatywa dla rozwiązań zachodnich, które – w rosyjskiej narracji – doprowadziły jedynie do chaosu i zniszczenia. Stanowi to element szerszego dyskursu w rosyjskiej polityce zagranicznej, który opiera się na stwierdzeniu, iż współczesny świat staje się bardziej wielobiegunowy, mniej skoncentrowany na Zachodzie, a państwa nie muszą opierać się na zachodnich rozwiązaniach systemowych, w tym na liberalizmie. Rosja promuje tę narrację, a Bliski Wschód to jeden z obszarów tych działań.

- A wymiar gospodarczy?

Tego celu również nie można zignorować. To osobny priorytet dla Rosji, która w tym wymiarze działa oportunistycznie – wyszukuje okazje, które można następnie wykorzystać. Niemniej jednak wpływy ze współpracy z państwami regionu mają niezmiennie niewielki wpływ na rosyjskie PKB. Tylko w kilku sektorach Rosja może być atrakcyjna. To broń oraz współpraca wojskowa, sprzedaż technologii jądrowych oraz mniej istotne aspekty, jak eksport zboża (głównie do Egiptu). Gospodarka ustępuje jednak interesom bezpieczeństwa. W większości przypadków obie te wartości nie są konfliktowe – sprzedaż broni do państw regionu daje pieniądze, a jednocześnie tworzy podstawę współpracy w zakresie bezpieczeństwa. Ilustracją tezy o prymacie bezpieczeństwa nad zyskiem ekonomicznym jest historia dostaw S-300 do Iranu. W 2010 roku Miedwiediew zatrzymał eksport, co wywołało niezadowolenie wśród przedstawicieli rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. W tamtym momencie dla Kremla ważniejsza była kwestia „resetu” w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi oraz współpraca z Izraelem. Wbrew interesowi gospodarczemu poparto sankcje na Iran.

- Na ile jest to spójna i długofalowa wizja osiągania z góry zidentyfikowanych celów?

Nie dostrzegam spójnej i długofalowej strategii rosyjskiej względem Bliskiego Wschodu – przynajmniej nie w rozumieniu amerykańskiej „grand strategy”. Co prawda niedawno przedstawili koncepcję bezpieczeństwa w Zatoce Perskiej, ale wątpię, aby Rosjanie uznawali ten pomysł za realistyczną i długofalową strategię. Są jednak określone elementy wokół których prowadzone są taktyczne działania. Pierwszym z nich jest elastyczność sojusznicza – Kreml gotów jest rozmawiać i współpracować dosłownie z każdym. Drugim jest zachowanie względnie równej odległości – Rosja stara się balansować pomiędzy różnymi aktorami na Bliskim Wschodzie i nie stawać po żadnej ze stron konfliktu.

defence24.pl

Jeśli chodzi o implikacje dla polityki publicznej, symulujemy kilka eksperymentów fiskalnych, które różnią się albo wielkością transferu do gospodarstw domowych, albo sposobem finansowania pakietu stymulacyjnego. Rozważamy fiskalne pakiety stymulacyjne o dwóch wielkościach, równych odpowiednio 0,5 proc. i 1 proc. PKB.

Pakiet o wielkości 0,5 proc. PKB umożliwiłby rządowi wypłatę równowartości jednomiesięcznych dochodów dla najbiedniejszych 27 proc. gospodarstw domowych, przy średniej wartości transferu na poziomie 775 euro. Ponieważ gospodarstwa domowe w tej grupie wykazują średnią krańcową skłonność do konsumpcji na poziomie 0,52 (z niewielkiego przyrostu dochodów), a wypłata pakietów stymulacyjnych jest finansowana poprzez zadłużenie, wskazujemy, że w tym przypadku polityka państwa zwiększyłaby łączną konsumpcję o 0,43 proc.

Następnie rozważamy alternatywną politykę, która wykorzystuje pakiet stymulacyjny na poziomie 0,5 proc. PKB do wypłacenia ekwiwalentu rocznego dochodu gospodarstwom domowym z dolnych 7 proc. rozkładu poziomu gotówki posiadanej do dyspozycji, gdzie średnia wartość transferu dla tych 7 proc. rodzin wyniesie 3 744 euro. Polityka ta, która również jest finansowana poprzez zadłużenie, ma mniejszy wpływ na zagregowaną konsumpcję niż polityka w pierwszym przypadku – wynosi on około 0,37 proc. Powodem jest to, że polityka wiąże się tu z niższą średnią krańcową skłonnością do konsumpcji wynoszącą 0,46 (z dużego przyrostu dochodów).

Podobny wynik widać w przypadku pakietu stymulacyjnego o wartości około 1 proc. PKB. Tu polityka obejmująca transfer na poziomie jednomiesięcznych dochodów dla najbiedniejszych 41 proc. gospodarstw domowych, stymuluje łączny popyt bardziej niż pomoc publiczna, gdzie transfer odpowiada rocznemu dochodowi (obserwowany jest przyrost o odpowiednio 0,85 proc. oraz 0,68 proc.).

Badanie zawiera także rozpatrzenie scenariusza finansowania transferów z podatków. Rozważana jest polityka fiskalna, gdzie pakiet stymulacyjny jest finansowany z podwyżki podatków dla najbogatszych 4 proc. gospodarstw na poziomie odpowiadającym ich jednomiesięcznym dochodom, ze średnią płatnością sięgającą 6058,1 euro. Ponieważ polityka jest tu finansowana poprzez podnoszenie podatków, a nie przez zadłużanie, nie dziwi fakt, że ma ona mniejsze przełożenie na łączną konsumpcję. Jednak ze względu na znaczną różnicę między średnimi krańcowymi skłonnościami do konsumpcji gospodarstw usytuowanych na obu końcach rozkładu poziomu gotówki posiadanej do dyspozycji, polityka ta zapewniłaby znaczący bodziec dla zagregowanej konsumpcji, sięgający około 0,17 proc., zarazem nie powodując wzrostu długu publicznego.

Podobny wynik obserwujemy w panelu z pakietem stymulacyjnym odpowiadającym 1 proc. PKB. Finansowanie transferów poprzez podatki w dalszym ciągu daje pozytywny efekt netto w zakresie zagregowanej konsumpcji – na poziomie 0,27 proc. – ponieważ biedniejsze gospodarstwa domowe wykazują wyższą krańcową skłonność do konsumpcji niż bogatsze gospodarstwa domowe.

Wypłata bodźców fiskalnych o mniejszej wielkości i skierowanych do większego odsetka rodzin znajdujących się w niekorzystnej sytuacji zapewniłaby silniejszy impuls dla łącznej konsumpcji niż transfer o większej wartości wypłacany mniejszemu odsetkowi biedniejszych gospodarstw domowych.

Podsumowując, te eksperymenty fiskalne dają nam prostą lekcję w zakresie polityki publicznej – mniej znaczy więcej. Wypłata bodźców fiskalnych o mniejszej wielkości i skierowanych do większego odsetka rodzin znajdujących się w niekorzystnej sytuacji zapewniłaby silniejszy impuls dla łącznej konsumpcji niż transfer o większej wartości wypłacany mniejszemu odsetkowi biedniejszych gospodarstw domowych. Zarazem stwierdzamy, że chociaż interwencje finansowane zadłużeniem dają największy wpływ w zakresie łącznej konsumpcji, polityka fiskalna polegająca na redystrybucji zasobów z górnych części do dolnych części rozkładu dochodów także zapewniłaby istotną ekonomicznie stymulację dla całości gospodarki bez dodatkowych kosztów dla finansów publicznych.

obserwatorfinansowy.pl

wtorek, 27 lipca 2021


2049 rok ma być końcem produkcji energii z węgla w Polsce. Data ta nie wynika jednak z jasnej deklaracji rządu czy jednego planu transformacji, a tzw. umowy społecznej z górnikami. Zawarto w niej harmonogram zamykania kopalń i plan wsparcia dla pracowników sektora.

Dotyczy to jednak górnictwa węgla kamiennego, a prąd produkujemy także z węgla brunatnego. Dla tego sektora nie ma jednak ani umowy społecznej, ram decyzyjnych, ani definitywnej daty wygaszenia wszystkich kopalń. Daty pojawiły się dopiero przy okazji tworzenia Planów Sprawiedliwej Transformacji, niezbędnych do otrzymania środków z nowego unijnego funduszu m.in. dla regionów odchodzących od węgla.

To silne przyspieszenie transformacji tego sektora - oceniają eksperci - jednak rzeczywistość może przyspieszyć jeszcze bardziej. Według think tanku Forum Energii realny jest koniec węgla brunatnego w Polsce nie później niż za 11 lat, o czym pisano w ubiegłorocznym raporcie "Modernizacja europejskiego trójkąta węgla brunatnego" (dot. Polski, Czech i Niemiec). - Zaczęliśmy rozmawiać o stworzeniu raportu 2-3 lata temu i wtedy bardzo trudno było sobie wyobrazić tę dyskusję, którą mamy teraz. Te zmiany bardzo przyspieszyły. Wtedy nie było daty zamknięcia ZE PAK, nie było planu dot. Bełchatowa. Wiedzieliśmy, że nowe odkrywki mogą nie powstać, ale nie było takich decyzji - powiedziała dr Aleksandra Gawlikowska-Fyk, analityczka Forum Energii i jedna z autorek raportu.

- Węgiel brunatny to bardzo wysoko emisyjne paliwo. Odejście od niego w Polsce, a także w Czechach i Niemczech przekłada się na bardzo duże ograniczenie emisji CO2. Jeśli myślimy o dekarbonizacji całej gospodarki, to energetyka jest pierwsza do zmiany - podkreśliła. 

Ze względu na swoje właściwości węgiel brunatny jest dużo trudniejszy w transporcie od kamiennego. Dlatego ten drugi trafia do elektrowni oddalonych od kopalń, zaś elektrownie na węgiel brunatny są raczej położone bezpośrednio przy odkrywkach. W Polsce mamy trzy duże kompleksy: Zespół Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin w Wielkopolsce wschodniej, Elektrownia Bełchatów w woj. łódzkim oraz Elektrownia Turów przy styku granic Polski, Czech i Niemiec. 

ZE PAK ma najwcześniejszą datę końca produkcji energii z węgla. Prywatna spółka planuje zakończenie produkcji energii ze źródeł węglowych do 2030 r. i przechodzenie na odnawialne źródła energii. Fundacja WWF ocenia, że Wielkopolska wschodnia prezentuje się przez to "nadzwyczaj ambitnie" nie tylko w skali Polski, ale całej Unii Europejskiej. By wesprzeć pracowników branży i nie tylko, wykorzystane mają zostać środki z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji.  

- Region Wielkopolski Wschodniej, gdzie działa Zespół Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin podjął bardzo odważne decyzje dot. transformacji. W zasadzie tylko jeden nowy blok węglowy będzie funkcjonował tam do 2030 roku. Nie zamierzają zagospodarowywać nowych odkrywek - wcześniej rozważano eksploatację odkrywki Ościsłowo. I mają jasny plan, co będzie dalej - oceniła Gawlikowska-Fyk.

Należąca do państwowej spółki PGE Elektrownia Bełchatów to największy pojedynczy emitent dwutlenku węgla w Europie. Wytwarza rocznie więcej CO2, niż są w stanie pochłonąć wszystkie lasy w Polsce. W ubiegłym tygodniu poznaliśmy planowaną datę zakończenia jej eksploatacji. Konkretne daty padły w Planie Sprawiedliwej Transformacji Województwa Łódzkiego. 

- Dzięki podobnemu procesowi, czyli przygotowaniu Planu Sprawiedliwej Transformacji, podobne deklaracje usłyszeliśmy ws. Bełchatowa. Tam też mamy daty zamykania kopalń: pole Bełchatów do 2026 roku i Szczerców do 2038 roku, zaś do 2036 roku - wygaszanie bloków elektrowni - wyjaśniła Gawlikowska-Fyk.

Wreszcie "najsłynniejsza" ostatnio elektrownia czyli Turów i jednocześnie ostatni kompleks na węgiel brunatny bez jasnej daty odejścia od węgla. Także należy ona do PGE. Jest jednak jedna data graniczna - rząd wydał w tym roku koncesję na wydobycie do 2044 roku. Zdaniem ekspertów to data zupełnie nierealna - nie tylko dlatego, że jest w sprzeczności z polityką klimatyczną, ale też przez to, że produkcja energii z węgla brunatnego dużo wcześniej stanie się skrajnie nieopłacalna. 

Jak zwróciła uwagę ekspertka Forum Energii, w przypadku Turowa, ważną datę wyznacza rynek mocy. - To mechanizm dodatkowego wsparcia jednostek wytwórczych energii w Polsce, żeby mogły funkcjonować na rynku i aby jednocześnie powstawały nowe moce wytwórcze. Elektrownie, w tym na węgiel brunatny mają określone terminy, do których zawarte są ich kontrakty na rynku mocy - wyjaśniła i dodała, że w Turowie najnowszy blok ma kontrakt do 2035 roku. Zatem od połowy lat 30. skończy się to wsparcie finansowe, do znacznie pogorszy sytuację finansową elektrowni. 

gazeta.pl

Chiny są krajem ogromnych kontrastów, co widać również w finansach. Z jednej strony mieszkańcy Państwa Środka należą do najbardziej oszczędnych na świecie - ze statystyk przytaczanych m.in. przez MFW i OECD wynika, że od niemal dwóch dekad przeciętny Wang wydaje tylko 2 z 3 zarobionych juanów. Z drugiej - dane Ludowego Banku Chin i Banku Rozrachunków Międzynarodowych (BIS) wskazują, że błyskawicznie rośnie zadłużenie zwykłych ludzi.

Jak podaje BIS, na koniec ubiegłego roku chińskie gospodarstwa domowe były zadłużone na 62,4 bln juanów. Oznacza to, że na jednego Chińczyka przypadały zobowiązania rzędu ponad 44 tys. juanów. Tymczasem średni roczny dochód rozporządzalny wynosił za Murem nieco ponad 32 tys. juanów. W efekcie relacja zadłużenia do dochodu zbliżyła się do 140 proc. - wynika z obliczeń Bankier.pl. To niemal dwa razy więcej niż w 2012 r. Z kolei w 2006 r. wskaźnik sięgał raptem 25 proc.

Gwałtowny wzrost dźwigni finansowej w ostatnich latach powoduje, że średnie obciążenie długiem jest już w Chinach wyższe niż choćby w USA czy Polsce. W obu tych krajach od kilku lat pozostaje względnie stabilne i wynosi ok. 100 proc. średniego rocznego dochodu rozporządzalnego.

(...)

Fakt, że zobowiązania Chińczyków rosną wyraźnie szybciej niż ich dochody, stanowi zagrożenie dla ich finansów osobistych, ale również dla stabilności finansów całego kraju. PKB Państwa Środka od lat pędzi naprzód, napędzany dłużnym paliwem pompowanym przez kontrolowane przez partię banki. W efekcie Chiny osiągnęły bezprecedensowy poziom zadłużenia jak na tak wczesne (wyznacznikiem jest wielkość PKB per capita mająca odzwierciedlać poziom życia ludności) stadium rozwoju. W przeszłości wiele krajów stosowało podobny model, a eksplozja kredytu zawsze kończyła się kryzysem lub wieloletnią stagnacją.

Jeszcze niedawno władze wspierały zadłużenie gospodarstw domowych. Chińczycy mieli relatywnie mało zobowiązań (w przeciwieństwie do potężnie zadłużonych firm), a Pekinowi zależało na zbalansowaniu wyraźnie przechylonej w stronę inwestycji i produkcji gospodarki, dlatego zabiegał o wzrost konsumpcji. A że politycy nie chcieli wprowadzić reform, które znacząco zwiększyłyby dochody zwykłych mieszkańców kosztem powiązanej z partią elity, to jedynym rozwiązaniem był dług.

Wolę Pekinu pomagał realizować prężny sektor fintechów, wolny od nadmiernych ingerencji urzędników. Kilkaset milionów Chińczyków uzyskało dostęp do pieniędzy na wyciągnięcie ręki - za pośrednictwem smartfona. Skalę popularności pożyczek internetowych ujawnił prospekt emisyjny Ant Group - spółki, która w zeszłym roku miała zostać największym debiutantem giełdowym świata, ale decyzję o wstrzymaniu IPO miał podjąć sam Xi Jinping. Ze sprawozdania spółki wynika, że w okresie 12 miesięcy od lipca 2019 r. do czerwca 2020 r. z dwóch platform pożyczkowych Ant: Huabei ("po prostu wydaj") i Jiebei ("po prostu pożycz") skorzystało 500 mln osób. Wartość zobowiązań zaciągniętych za pośrednictwem właściciela aplikacji Alipay sięgała wówczas ok. 1,7 bln juanów.

Możliwość zaciągnięcia błyskawicznej pożyczki sprzyja impulsywnym zakupom internetowym - wystarczy wszak kilka kliknięć, by kurier już wiózł do domu wymarzoną torebkę. Młodzi ludzie zaczęli masowo prowadzić konsumpcyjny styl życia znany z USA, porzucając tradycyjną dla ubogich Chińczyków oszczędność. Teraz, jak ich rówieśnicy z Zachodu (a może nawet częściej), sięgają po elektroniczne gadżety, drogie kosmetyki i markowe ubrania czy chadzają do modnych restauracji. A jeszcze niedawno wielu z nich nie mogłoby liczyć na bankowy kredyt czy kartę kredytową.

(...)

Między innymi dlatego władze przykręciły regulacyjną śrubę, zobowiązując internetowe platformy, dotychczas będące tylko (i aż) pośrednikiem między klientem a instytucją finansową, by od przyszłego roku zapewniały kapitał na 30 proc. pożyczek udzielanych wraz z bankami. Taki krok zapewne przekona je do bardziej wnikliwej oceny ryzyka. Skończył się również czas wolnej amerykanki w sektorze - rynek zalała fala nowych przepisów, m.in. antymonopolowych. W marcu Caixin donosił, że Pekin zakazał mikropożyczkodawcom udzielania nowych pożyczek konsumenckich online studentom. Powodem miały być "obawy o nadmierną konsumpcję i zły wpływ społeczny". Z kolei w mediach pojawiło się w ostatnich miesiącach więcej krytyki życia na kredyt wraz z historiami ludzi, którzy wpadli w finansowe tarapaty z powodu nadmiernych wydatków. 

bankier.pl

Jednak te osobne konferencje prasowe ujawniły również głęboką przepaść dzielącą obie strony i jak bardzo każda z nich ma powody, by narzekać na drugą.

Putin powtórzył swoje fałszywe twierdzenie, że USA podżegały do rewolucji i puczu na Ukrainie w 2014 r. I upierał się, że wszystkie problemy w relacjach USA–Rosja to wina Waszyngtonu. Oskarżył też uwięzionego opozycjonistę Aleksieja Nawalnego, nazywając go "ten człowiek" i ani razu nie wymieniając jego nazwiska, o to, że jest przestępcą, który wybrał aresztowanie, wracając do Rosji po leczeniu w Niemczech, spowodowanym zamachem na jego życie. Uwięzienie Nawalnego zostało powszechnie potępione jako polityczna zemsta i naruszenie zasad państwa prawa.

Putin zaprosił jednak dziennikarzy z innych krajów do zadawania pytań, w tym reporterów CNN, BBC i Bloomberga. Biden natomiast przyjmował pytania tylko od przedstawicieli mediów amerykańskich.

Stwierdzenie Bidena, że Stany Zjednoczone nigdy nie mieszają się do wyborów, wywołało parsknięcia śmiechu, biorąc pod uwagę liczne dowody historyczne, że USA ingerowały w rozmaite wybory, w tym w Ameryce Łacińskiej i na Bliskim Wschodzie.

Dla amerykańskich sojuszników, jednakże, było kilka mocnych sygnałów solidarności.

– Zrobiłem to, po co przyjechałem: po pierwsze zidentyfikować obszary praktycznej pracy, którą nasze dwa kraje mogą wykonać, aby przyspieszyć nasze wspólne interesy, a także przynieść korzyści światu – powiedział Biden. – Dwa: zakomunikować bezpośrednio, że Stany Zjednoczone będą reagować na działania, które szkodzą naszym żywotnym interesom lub interesom naszych sojuszników.

Putin wydawał się dość zadowolony, ale w pewnym momencie wpadł w filozoficzny nastrój i, parafrazując Tołstoja, powiedział: – W życiu nie ma szczęścia, są tylko jego przebłyski. Pielęgnuj je.

Biden był nieco większym optymistą. – Teraz mamy jasną podstawę do tego, jak zamierzamy postępować z Rosją i w relacjach USA–Rosja – powiedział.

W USA część Republikanów szybko zarzuciła Bidenowi, że nie był wystarczająco twardy, zwłaszcza w kwestii szkodliwych działań Rosji, i że nie podjął bardziej zdecydowanych kroków, np. w celu powstrzymania projektu gazociągu Nord Stream 2.

Ale Samuel Charap, politolog w RAND Corporation, powiedział, że jest szansa, by Biden i Putin mogli zbudować nowe relacje i że oczekiwanie jakiejkolwiek skruchy, nie mówiąc już o przeprosinach, ze strony Rosji jest nierealistyczne.

– Zignorujcie te zaprzeczenia, przecież on nigdy nie przyzna się do swoich grzechów i nie będzie szukał przebaczenia, a tym bardziej przed kamerami – powiedział Charap. – Pytanie brzmi, czy ciche negocjacje mogą przynieść stopniowe zmiany. To się dopiero okaże, ale nie zaszkodzi spróbować. Żadne z głównych mocarstw nigdy tak naprawdę nie przyznaje się do złego zachowania, ale czasami zobowiązują się do nie robienia pewnych rzeczy. I czasami te zobowiązania działają.

onet.pl

sobota, 24 lipca 2021


27.300 ton rocznie. Zgodnie z "Plasticus Mare Balticum", zbiorem pięciu niezależnych raportów badawczych dotyczących zanieczyszczenia Morza Bałtyckiego tworzywami sztucznymi, właśnie tyle tego typu śmieci ląduje w Morzu Bałtyckim. To ciężar równy łącznej wadze około 182 płetwali błękitnych, największych wielorybów świata. Tworzywa sztuczne stanowią około 70 proc. odpadów w Bałtyku. Większość śmieci w naszym morzu to po prostu plastik.

Historia plastiku sięga 1869 roku, kiedy John Wesley Hyatt wynalazł pierwszy syntetyczny polimer, celuloid, traktując kamforą celulozę uzyskaną z włókna bawełnianego. 38 lat później Leo Baekeland wynalazł bakelit, pierwszy w pełni syntetyczny plastik, niezawierający żadnych cząsteczek występujących w naturze. 

Plastik zrewolucjonizował świat, częściowo uniezależniając ludzi od tego, co mogła dać im natura. Rzeczy z plastiku mogły z powodzeniem imitować inne materiały, więc po wynalezieniu celuloidu reklamowano go jako "wybawcę słoni i żółwi", bo miał zastąpić szylkret czy kość słoniową. Bakelit miał jeszcze więcej zastosowań i mógł zostać uformowany w niemal dowolny kształt, zastępując kolejne naturalne materiały. Plastik miał chronić zwierzęta i ratować środowisko naturalne przed ludzką chciwością. Miał być błogosławieństwem dla coraz bardziej niszczonej natury. Przynajmniej na początku.

Produkcja tworzyw sztucznych zajmowała coraz więcej miejsca. Tylko w trakcie II wojny światowej wzrosła o 300 proc. w samych Stanach Zjednoczonych. Zapotrzebowanie na wytrzymałe materiały na froncie było ogromne – szkło akrylowe (potocznie zwane pleksi) zaczęto wykorzystywać w samolotach, a nylon, pierwotnie stosowany do produkcji szczoteczek do zębów i pończoch, zyskał znaczenie w produkcji lin, spadochronów czy kamizelek kuloodpornych.

(...)

Zlewisko Bałtyku, czyli obszar, z którego wody powierzchniowe spływają do morza, zajmuje większość Polski – ponad 99,7 proc. Zanieczyszczenia płyną rzekami z pól lub obszarów miejskich, tworząc potencjalnie toksyczny gulasz złożony z odpadów wszelkich rozmiarów, także mikroplastiku i substancji niewidocznych gołym okiem.

– Na obszarze zlewni Bałtyku żyje około 85 mln ludzi, z czego mieszkańcy Polski stanowią aż 45 proc. – wyjaśnia Olga Sarna, prezes Fundacji Mare, która zajmuje się ochroną ekosystemów morskich. – Niezależnie od tego, gdzie mieszkamy – czy nad morzem, czy w Warszawie, we Wrocławiu albo Krakowie - wszyscy mamy wpływ na Bałtyk i wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za jego stan.

Jak tłumaczy Olga Sarna, odpady morskie, które trafiają do Morza Bałtyckiego, głównie pochodzą z gospodarstw domowych (48 proc.) oraz z działalności rekreacyjnej i turystycznej (33 proc.).

(...)

Po trafieniu do morza zanieczyszczenia mogą być transportowane przez prądy wodne, które unoszą je na różne odległości. Następnie śmieci gromadzą się na morskim dnie, dryfują po powierzchni lub są zjadane przez mieszkańców morza. Bałtyk jest specyficzny, to morze dosyć zamknięte – wymiana wody trwa w nim około 30 lat. Śmieci zostają więc z nami na długo, nawet jeśli ich nie widzimy. A czasem wracają – w postaci ryb, które tak chętnie kupujemy nad morzem.

Plastik w morzu znajdziemy we wszystkich dostępnych rozmiarach i kształtach, ale za jedne z najbardziej niebezpiecznych uznawane są najmniejsze cząsteczki – których średnica nie przekracza 5 mm – zwane mikroplastikiem. Powstają w wyniku rozkładu tworzyw sztucznych, czasem trafiają do wody jako odpad produkcyjny lub z resztkami kosmetyków, które mogą zawierać małe kulki plastiku. Zgodnie z raportem United Nations Environment Programme z 2015 roku typowy złuszczający żel pod prysznic może zawierać mniej więcej tyle mikroplastiku, ile zostało użyte do wyprodukowania jego opakowania. Tworzywa sztuczne wchodzą także w skład kremów i szamponów. W przeciwieństwie do plastikowych pudełek, w których się znajdują, nie da się ich poddać recyklingowi. Spłukane z ciała trafiają do odpływu, a dalszy ciąg już znacie.

Bez względu na pochodzenie szkody czynione przez mikroplastik są po prostu duże. Te cząsteczki są obecnie uważane za najbardziej rozpowszechnioną formę zanieczyszczenia odpadami stałymi na naszej planecie. 

W 2020 roku przeprowadzono badanie "Microplastics on sandy beaches of the southern Baltic Sea", w którym zbadano piasek z 12 plaż w Polsce. Wykazano, że "średnie stężenia [mikroplastiku] wahały się od 76 do 295 jednostek na kilogram suchego osadu. Dominującymi typami mikroplastików były włókna i fragmenty tworzyw sztucznych". Szczyt rankingu zdominowały plaże miejskie. Wszystkie próbki terenowe pobrane przez naukowców zawierały mikrodrobiny plastiku.

Skąd bierze się on na plażach? Śmieci, które na nich zostawiamy, odgrywają dużą rolę w tym niepokojącym procesie – pozostawione same sobie tworzywa sztuczne pod wpływem wiatru, fal, tlenu i słońca rozdrabniają się na mniejsze kawałki, tworząc właśnie mikroplastik.

Jak przypominają autorzy badania prowadzonego na polskich plażach, piasek odgrywa niezwykle ważną rolę w oczyszczaniu morza. Piaszczyste plaże działają jak specyficzny gigantyczny filtr, który może wychwytywać różne cząsteczki organiczne i nieorganiczne, a prawdopodobnie także mikroodpady. Zanieczyszczając ten obszar, możemy przyczynić się do zmniejszenia siły tego procesu.

Cząsteczki mikroplastiku są nie tylko w zwierzętach, które jemy, ale też w wodzie, którą pijemy, w ziemi, w której uprawiamy warzywa i owoce, a nawet w powietrzu, którym oddychamy. Wiemy, że mikroplastik otacza nas ze wszystkich stron, ale nie mamy pojęcia, w jaki sposób długofalowo wpłynie na nasze zdrowie.

Autorzy badania "Human Consumption of Microplastic" opublikowanego w 2019 roku w "Environmental Science & Technology" przeanalizowali część produktów spożywanych przez Amerykanów, a następnie, korzystając z wytycznych dietetycznych rządu USA, próbowali obliczyć, ile cząstek plastiku możemy spożywać. 

Według wyników ich analizy dorośli mogą zjadać około 50 000 cząstek mikroplastiku rocznie, a dzieci – 40 000. Świetnie zobrazował to serwis Reuters, którego redaktorzy pokazali, że w ciągu tygodnia zjadamy porcelanową łyżeczkę plastiku, w ciągu roku cały talerz, a w ciągu 10 lat – koło ratunkowe o wadze 2,5 kg (zabrakło im plastiku, by zobrazować tak dużą ilość, więc posłużyli się gotowym sprzętem). Jednak jak czytamy w "Human Consumption of Microplastic", "te wartości są najpewniej niedoszacowane".

Badanie pokazało też, jak ogromną różnicę robi opakowanie. Osoby, które piją codziennie wodę w butelkach plastikowych, mogą spożywać ponad 22 razy więcej (90 000) mikrodrobin plastiku rocznie niż osoby pijące zalecaną ilość wody z kranu (4000).

gazeta.pl

Oczywiście największy ubytek widzów odnotowano we Francji, gdzie liczba oglądających spadła z 14,5 do 5,13 mln. Nic w tym dziwnego, skoro pięć lat temu grali na otwarcie "Trójkolorowi". Ale że w Hiszpanii, kraju o ogromnych tradycjach piłkarskich, gdzie piłka nożna jest religią państwową, mecz otwarcia przyciągnął zaledwie 1,77 mln widzów (spadek z 4,5 mln)? Jak to wytłumaczyć? 

A najdziwniejszy przypadek to Włochy. Pięć lat temu 15,5 mln widzów! Więcej niż we Francji. A teraz 12,5 mln, choć to drużyna Italii rozpoczynała turniej i do tego efektownie wygrała.

O Polsce też warto wspomnieć. W 2016 r. fantastyczny wynik - 7,83 mln oglądających, a teraz? 2,67 mln widzów - niemal dwie trzecie mniej.

Oczywiście, można spekulować, że widzowie pokryli się po internetach. To jednak wątpliwe, biorąc pod uwagę, że statystyczny europejski kibic w kapciach to mężczyzna mocno po pięćdziesiątce, a do tego wszystkie transmisje były w otwartych naziemnych stacjach.

To z zaangażowaniem kibiców jest najgorzej w historii. Jeszcze nigdy piłka nożna, właściwie jedyna globalna dyscyplina sportu, nie była tak letnio traktowana przez fanów.  

Liczby są bezwzględne. Ostatni finał Ligi Mistrzów między Chelsea a Manchesterem City był najmniej chętnie oglądany w historii, jeśli chodzi o największe kraje na kontynencie. Nawet na Wyspach Brytyjskich liczba widzów, którzy zerknęli na transmisję (8,7 mln) - płatną w telewizji i otwartą na YouTubie - spadła o 24 procent w porównaniu do 2019 r., gdy finał też był wewnątrz angielską sprawą między Liverpoolem i Tottenhamem. Napisałem o zerkających, bo stacja nie podała średniej liczby widzów meczu - najważniejszej dla reklamodawców - a tylko tych, którzy oglądali co najmniej minutę w tv, lub włączyli stream w Internecie.  

W Niemczech w ubiegłym roku telewizje odnotowały najmniejszą co najmniej od 20 lat liczbę widzów podczas meczu reprezentacji w tzw. prime-timie, gdy wrześniowe spotkanie z Czechami obejrzało ledwie 5,4 mln widzów.

Profesor Harald Lange z Uniwersytetu w Würzburgu, wieloletni badacz zachowań kibiców, mówi w rozmowie z serwisem Deutsche Welle, że piłka nożna "ześlizgnęła się w hierarchii wartości kibiców". Swen Thissen, dziennikarz i zagorzały fan Eintrachtu Frankfurt, który za swoją drużyną pojechał nie tylko do Rzymu, Mediolanu i Londynu, a także do Unterhaching, Cottbus i Pfullendorf, w swoim felietonie w "Sternie" napisał: "Nowa juka była dla mnie ważniejsza niż Eintracht Frankfurt". Wizyta w centrum ogrodniczym zastąpiła mu piłkarskie emocje w meczu ulubionej drużyny. 

I Lange - na podstawie swoich badań - i Thissen – na podstawie swoich osobistych odczuć - wyciągają ten sam wniosek: pandemia wyciągnęła na wierzch to, co w świecie piłki nożnej najgorsze - rosnącą komercjalizację, przez którą bogacą się tylko najbogatsi; rosnącą "inflację" meczów; poszatkowany kalendarz, by znaleźć jak najwięcej "okienek transmisyjnych"; nudę, gdy wygrywają ciągle te same drużyny. 

(...)

Serwis cytuje też profesora Langego, który mówi, że granie przy pustych trybunach jeszcze bardziej zwiększyło dystans między kibicami i klubami: - Kiedy rozmawiasz z fanami, widać coś w rodzaju deemocjonalizacji w piłce nożnej - mówi i dodaje, że puste trybuny pokazują kibicom, że piłkarze mogą się bez nich obyć i symbolicznie ilustruje, jak bardzo piłkarska bańka oddalona jest od rzeczywistości. 

Zdaniem Langego na klubach i reprezentacji zemściła się próba przekształcenia kibiców w konsumentów według schematu: Przyjdź na stadion, kup kiełbaskę, wydaj trochę pieniędzy w sklepiku, a potem wracaj do domu i siedź cicho.

To właśnie tacy fani najbardziej zrazili się do piłki nożnej w czasie pandemii i istnieją duże wątpliwości, czy do niej wrócą, gdy na stadion będzie można wrócić, by wypić piwo i kupić kiełbaskę. 

Tym bardziej że badania przeprowadzone na zlecenie Europejskiego Stowarzyszenia Klubów pokazują, że w najważniejszej grupie osób w wieku 16-24 lata - najważniejszej komercyjnie dla branży rozrywkowej - piłka nożna ma największy negatywny "elektorat" spośród wszystkich badanych grup wiekowych. Aż 13 procent osób z tzw. pokolenia Z piłki nożnej nienawidzi, a 27 procent w ogóle się nią nie interesuje. To największy tego typu odsetek ze wszystkich grup wiekowych. Z kolei za kibiców piłkarskich uważa się tylko 28 procent tej zbiorowości - najmniej z badanych.  

sport.pl

czwartek, 15 lipca 2021


Ilość i różnorodność teorii spiskowych funkcjonujących wśród ogólnoświatowego foliarstwa potrafi przyprawić o zawrót głowy! Ktoś tam wierzy w Jaszczuroludzi, co to żyją pod ziemią, bo ziemia jest pusta w środku, ale mają też swoich przedstawicieli wśród żyjących na ziemi, którzy doskonale upodabniają się do ludzi. Jaszczuroludzie ci morfują (czy coś), zmieniają kształt i w ten sposób przenikają do ludzkiego społeczeństwa, kontrolując bieg historii. Trudno zatem powiedzieć, czy faktycznie za WSZYSTKIM stoją Żydzi czy Jaszczuroludzie?!

Ktoś inny, zamiast w Jaszczuroludzi, wierzy w Dzieci Indygo, Dzieci Kryształowe, Strukturyzowaną Wodę, wlewy z witaminy C, Złoty Płomień albo inny Złoty Promień, sztuczny śnieg, kontrolowanie pogody, panujące nad wszystkim wolnomularstwo, trujące wyziewy z samolotów oraz 5G - bo teraz lasy wycinają na potęgę i to 5G daje ostro - tak przynajmniej słyszałem. 

Są też wśród foliarzy specjaliści od wiary w chipy, które są nam wszczepiane w szczepionkach i którymi to włodarze świata, wprowadzający na naszych oczach New World Order, będą nas kontrolować poprzez depopulację i kontrolę narodzin. Co ciekawe, kiedy mnie szczepiono pytałem pana lekarza machającego strzykawką, czy po zaszczepieniu będę automatycznie zalogowany do Facebooka i nie będę już musiał przykładać telefonu z NFC do terminala płatniczego? Nie otrzymałem satysfakcjonującej odpowiedzi, a jedynie odburknięcie: “Panie, daj mi Pan spokój. Ja tu już tak głupie rzeczy słyszałem, że nie chce mi sie o tym nawet gadać”.

Co ciekawe, dowiedziałem się od mojego kolegi przyjaciela, który to dowiedział się tego od swojego szefa - papieża foliarzy, że za WSZYSTKIM nie stoją Żydzi ani Jaszczuroludzie (no, może pośrednio jedynie stoją), a Bill Gates. Tak, ten gość od systemu, na który każdy narzeka i jednocześnie, którego każdy używa. Ten facet odpowiada za całą pandemię, za chipy wszczepiane w szczepionkach, za wprowadzenie New World Order, jak nie jutro, to pojutrze - wiadomo terminy jest tu dość elastyczny, jak będzie, to będzie, ino go wyczekiwać!

(...)

Całe szczęście, nie mamy co panikować! Szef mojego serdecznego przyjaciela, który zna kogoś, kto pracuje w ministerstwie… Nie, dobra, starczy. Po prostu szef mojego serdecznego przyjaciela, który jest (jak się okazało stosunkowo niedawno) prawdziwym papieżem polskich foliarzy, powiedział mu (temu przyjacielowi), a on przekazał mi to następnie w luźnej rozmowie podczas rowerowej wycieczki, że jasna strona walczy! 

- Ale, jak walczy? - zapytałem.
- No ostatnio jasna strona wyłączyła księcia Filipa i to był sukces, bo był on jednym z najbardziej wpływowych Jaszczuroludzi na świecie.

benchmark.pl

(...) w 1899 r. jeden z prawników w firmie zajmującej się produkcją aut w USA zauważył, że jest patent, który pozwala kontrolować produkcję benzynowych samochodów w kraju. Co prawda zarząd jego spółki –  Electric Vehicle Company (EVC) – zajmował się produkcją aut elektrycznych, ale patent mógł utrudnić życie benzynowej konkurencji i stanowić źródło dochodu z tytułu opłat licencyjnych.

Właścicielem koncesji był niejaki George Selden (1846 – 1922), dziś już zapomniany wynalazca (nie ma nawet o nim po polsku strony w Wikipedii), któremu jednak należałoby się upamiętnienie w historii światowej motoryzacji. W drugiej połowie XIX w. konstruktorzy na całym świecie pracowali bowiem nad stworzeniem „lokomotywy drogowej”, jak wówczas nazywano przyszłe auto. „Lokomotowy” dlatego, że wszyscy zgadzali się, że auto będzie napędzane silnikiem parowym.

Silniki spalinowe były wówczas bardzo duże, hałaśliwe i emitowały mnóstwo spalin. Ale George Selden sądził, że mają one przyszłość. Kiedy w 1876 r. na wystawie w Filadelfii zauważył silnik spalinowy stworzony przez niejakiego George’a Brightona. Silnik miał 2,5 metra wysokości i Selden uznał, że będzie on idealny do jego samochodu. Rozmiarów silnika nie uważał za problem – uznał, że wcześniej czy później silnik zostanie zminiaturyzowany.

Unikatowość silnika Brightona polegała na tym, że wykorzystywał on jako paliwo ropę naftową, która do tej pory była używana głównie po to, by pozyskać naftę do lamp. Seldon przez trzy kolejne lata pracował nad udoskonaleniem wynalazku Brightona. W toku eksperymentów doszedł także do wniosku, że ropa naftowa jest kiepskim paliwem, ale rafinowana z niej benzyna nadaje się do tego doskonale.

Seldon nie miał wystarczająco dużo pieniędzy, by sfinansować budowę pełnoprawnego prototypu samochodu napędzanego silnikiem benzynowym. Nie potrafił też znaleźć nikogo, kto by chciał zainwestować pieniądze w taki prototyp (odmówił mu nawet dość zamożny ojciec). Doszedł jednak do wniosku, że może trochę skorzystać na wiedzy, którą nabył w trakcie kilkuletnich eksperymentów.

W 1879 r. złożył wniosek o przyznanie patentu na udoskonaloną wersję silnika Brightona. Problem polegał na tym, że nawet gdyby mu patent przyznano, to okres ochrony patentowej wynosił tylko 17 lat. A zanim doszłoby do wyprodukowania auta mogło minąć znacznie więcej czasu. I tu przydał się wyuczony fach Seldona – był on mianowicie z wykształcenia i zawodu prawnikiem specjalizującym się w patentach.

Przez kolejne 16 lat wynalazca złożył sto poprawek do swojego projektu, a zatwierdzenie każdej z nich zajmowało urzędowi około dwóch lat. W efekcie ostateczny patent zatwierdzono mu dopiero w 1895 r., a więc szesnaście lat po złożeniu pierwotnego wniosku. I siedemnastoletni okres ochrony patentowej zaczął się liczyć dopiero od tegoż 1895 r. (czyli ochrona skończyłaby się dopiero w 1912 r.).

Przez te 16 lat sektor motoryzacji opartej na silnikach spalinowych bardzo się rozwinął i wielu producentów wykorzystywało wynalazek Seldena, nawet o tym nie wiedząc. Konstruktor nie miał bowiem pieniędzy, by ich ścigać po sądach i domagać się wynagrodzenia. Sytuacja zmieniła się w 1899 r., gdy pracownik firmy Electric Vehicle Company – zwrócił uwagę na patent Seldena.

EVC odkupiło od niego prawa do wynalazku, płacąc 10 tys. ówczesnych dolarów (warte tyle, co 318 tys. dol. obecnie, czyli ok. 1,24 mln zł). Konstruktor miał także otrzymywać 15 dol. (wartych tyle 477 dol. obecnie, czyli 1872 zł) od każdego wyprodukowanego samochodu w Stanach Zjednoczonych (oczywiście takiego, który wykorzystywał jego technologię). W sumie jednak nie mogło być to mniej niż 5 tys. dol. rocznie (obecnie 624 tys. zł).

Jednak najciekawsze jest jednak to, co się wówczas stało. Otóż grupa producentów aut dogadała się z EVC, że będą bez protestów płacić tantiemy, ale pod warunkiem, że będą mogli stworzyć organizację Stowarzyszenie Licencjonowanych Producentów Aut (ang. Association of Licensed Automobile Manufacturers – ALAM), które będzie decydować o tym, kto w USA będzie miał prawo produkować auta. Takie prawo było bardzo cenne, ponieważ na rynku panowała gigantyczna konkurencja – dość powiedzieć, że od 1900 r. do 1908 r. w USA założono 502 firmy produkujące samochody.

Do opinii publicznej trafiła informacja, że ALAM powstał tylko po to, by dbać o jakość tworzonych aut. Twórcy ALAM jednak zastrzegli, że do organizacji mogą należeć tylko producenci aut, a nie ci, którzy składali je z dostarczonych części. A ponieważ wszystkie ówczesne firmy w jakimś stopniu wykorzystywały części produkowane przez podwykonawców, to ALAM miał pretekst, by odmówić członkostwa w organizacji każdemu.

W 1903 r. taki wniosek złożył sam Henry Ford i – jak się można było spodziewać – dostał odmowę. Przez kolejne lata w sądach toczyła się batalia o to, czy Ford ma prawo legalnie produkować w USA samochody. Batalia trwała w 1908 r., gdy na rynek wszedł słynny Fort-T. Choć był sukcesem rynkowym, to sprawa sądowa spędzała legendarnemu samochodziarzowi sen z oczu. Pracownicy mówili, że Ford chce odejść na emeryturę i zająć się rolnictwem (a wiadomo było, że konstruktor nie znosi rolnictwa).

obserwatorfinansowy.pl

Urodziłem się w 1970 roku. Przemysł samochodowy, wówczas jeszcze w rozkwicie, z wolna zaczynał chylić się ku upadkowi. Mój ojciec był właścicielem pierwszego i najbardziej znanego warsztatu samochodowego w Burgos, gotyckim miasteczku pełnym księży i oficerów, które Franco mianował nową symboliczną stolicą faszystowskiej Hiszpanii. Gdyby Hitler wygrał wojnę, nowa Europa zogniskowałaby się wokół dwóch wyraźnie nierównych biegunów, Burgos i Berlina. Tak przynajmniej marzyło się temu marnemu galisyjskiemu generałowi.

Garage Central mieścił się przy ulicy generała Moli, nazwanej tak na cześć żołnierza, który w 1936 roku stanął na czele powstania walczącego z ustrojem republikańskim. Trzymano tam najdroższe w mieście samochody, należące do bogaczy i frankistowskich dygnitarzy. W moim domu nie było książek, były tylko auta. Parę chryslerów Motor Slant 6, kilka renaultów Gordini, Dauphine i Ondine (nazywanych wdowimi samochodami, gdyż cieszyły się sławą pojazdów łatwo wpadających w poślizg na zakrętach; w spowodowanych w ten sposób wypadkach zginęło wielu siedzących za kółkiem mężów), liczne citroëny DS (zwane przez Hiszpanów rekinami) i parę standardów sprowadzonych z Anglii i zarezerwowanych dla lekarzy.

Powinienem dorzucić do tego latami gromadzoną przez ojca kolekcję zabytkowych aut, obejmującą czarnego mercedesa Lola Flores, szarego citroëna pochodzącego sprzed 1930 roku i wyposażonego w silnik trakcyjny, forda z siedemnastokonnym silnikiem, dodge’a Dart Swinger, citroëna z 1928 roku z jego „żabią dupą” oraz ośmiocylindrowego cadillaca. W owym czasie mój ojciec inwestował w biznes cegielniany, który w roku 1975 (w ślad za dyktaturą, całkiem przypadkowo) również zaczął podupadać wraz z nadejściem kryzysu naftowego. W końcu zmuszony został do wyprzedania swej kolekcji, by spłacić długi powstałe wskutek upadku jego fabryki. Ubolewałem wówczas nad tym. Tymczasem wyrastałem na chłopczycę. Nad czym ubolewał z kolei mój ojciec.

W tej minionej już, choć całkiem nam jeszcze bliskiej epoce określanej dziś mianem fordyzmu przemysł samochodowy wraz z masowym podmiejskim mieszkalnictwem budowały i udoskonalały szczególny sposób produkcji i konsumpcji, taylorowską organizację czasu życia cechującą się wypolerowaną na wysoki połysk wielobarwną estetyką przedmiotów nieożywionych, specyficznym sposobem pojmowania wnętrz mieszkalnych i miejskiego życia, podszytego konfliktem związku ciała z maszyną, nieciągłym przepływem pragnienia i oporu.

W kolejnych latach upływających od kryzysu energetycznego i upadku taśmowej produkcji ludzie starali się rozpoznać jakieś nowe sektory wzrostu w przeobrażonej w ten sposób globalnej gospodarce. Wtedy właśnie „eksperci” zaczęli mówić o przemyśle biochemicznym, elektronicznym, komputerowym czy komunikacyjnym jako nowych ostojach kapitalizmu. Opowieści te nie wystarczają jednak do wyjaśnienia zjawiska wytwarzania wartości dodatkowej oraz przeobrażeń życia zachodzących we współczesnym społeczeństwie.

Można natomiast pokusić się o naszkicowanie nowej mapy przemian produkcji przemysłowej zachodzących w poprzednim wieku, za ich oś uznając polityczne i techniczne metody zarządzania ciałem, seksem i tożsamością. Innymi słowy, filozoficznie palącym i ważkim zadaniem staje się dziś podjęcie cielesnopolitycznej analizy „gospodarki-świata”.

Z perspektywy ekonomicznej przejście do trzeciej formy kapitalizmu, następującej po gospodarce opartej na niewolnictwie i systemie przemysłowym, sytuuje się na ogół gdzieś w latach 70. XX wieku. Wdrożenie nowego typu „rządzenia żywymi” nastąpiło jednak już wcześniej na miejskich, materialnych, psychologicznych i ekologicznych zgliszczach II wojny światowej, a w przypadku Hiszpanii – tamtejszej wojny domowej. W jaki sposób seks, płeć i seksualność obrócono w główny obiekt politycznej i ekonomicznej aktywności?

(...)

Przypomnijmy, że czas między wybuchem II wojny światowej a pierwszymi latami zimnej wojny był bezprecedensowym okresem, w którym w przestrzeni publicznej widoczność zyskały nowe upolitycznione formy homoseksualności, wyłaniające się w tak nieoczekiwanych miejscach, jak choćby amerykańskie siły zbrojne.

Przy okazji tych społecznych przemian szalejący w Ameryce w latach 50. maccartyzm do patriotycznej walki z komunizmem użył również represjonowania homoseksualizmu jako narzędzia antynacjonalizmu, jednocześnie wynosząc pod niebiosa tradycyjne wartości zaprzężonej do pracy męskości oraz zamkniętego w domu macierzyństwa. W tym samym czasie architekci Ray i Charles Eamesowie podjęli współpracę z amerykańskim wojskiem na rzecz produkcji niewielkich, formowanych z giętej sklejki szyn do usztywniania złamanych kończyn.

Kilka lat później to samo tworzywo zaczęto wykorzystywać do wyrobu mebli, które miały stać się najdoskonalszym przykładem lekkiego wzornictwa typowego dla nowoczesnego amerykańskiego wyposażenia wnętrz, gotowego do użytku, a następnie wyrzucenia. W XX wieku „wynalazek” biochemicznego pojęcia hormonu wraz z opracowaniem przez przemysł farmaceutyczny syntetycznych cząsteczek produkowanych w celach komercyjnych dogłębnie przeorały tradycyjne definicje normalnych i patologicznych tożsamości płciowych i seksualnych.

W roku 1941 z moczu ciężarnych klaczy uzyskano pierwsze naturalne cząsteczki progesteronu i estrogenów (Premarin), a wkrótce potem do obiegu handlowego wprowadzono hormony syntetyczne (Norethindrone). W tym samym roku George Henry przeprowadził pierwsze badania demograficzne nad „dewiacjami seksualnymi” – ilościową ankietę dotyczących masowych zachowań opatrzoną tytułem Sex Variants. W ślad za tym podążyły raporty Kinseya poświęcone zachowaniom seksualnym człowieka (z roku 1948 i 1953) wraz z protokołami Roberta Stollera dotyczącymi „kobiecości” i „męskości” (1968).

W roku 1955 z kolei północnoamerykański psychiatra dziecięcy John Money użył terminu „gender”, rodzaj, odróżniając go od tradycyjnego pojęcia „sex”, w celu zdefiniowania przynależności jednostki do kulturowo rozpoznanych i uznanych grup „męskich” albo „kobiecych” zachowań oraz ich fizycznych przejawów. Money zasłynął twierdzeniem, że możliwa jest (za pomocą technik chirurgicznych, endokrynologicznych i kulturowych) „zmiana rodzaju, czyli płci społeczno-kulturowej, dowolnego dziecka do 18. miesiąca życia”.

krytykapolityczna.pl

Ostatecznie wyniki wielkiego spisu, organizowanego raz na dekadę, opublikowano w połowie maja. Było to niezwykle ważne wydarzenie dla władz, które na uroczystej konferencji prasowej starały się przedstawić dane w jak najlepszym świetle. Podkreślano bogacenie się Chińczyków, coraz lepszą edukację, urbanizację sięgającą 60 procent i temu podobne wskaźniki, w których Chiny rzeczywiście wypadają coraz lepiej i coraz bliżej im do państwa rozwiniętego. Wrażenie robiła też liczba obywateli Chin, która oficjalnie sięgnęła 1,41 miliarda.

W tej beczce miodu była jednak łyżka dziegciu, czyli nieustannie spadający przyrost naturalny. W dekadzie 2010-2020 wyniósł średnio 0,53 procenta. W poprzedniej dekadzie było to 0,57 procenta. W Chinach rodzi się coraz mniej dzieci. Oznacza to coraz szybsze starzenie się społeczeństwa. Średni wiek Chińczyków nieustannie rośnie i wynosi już 38,4 roku. Ten proces jest wyjątkowo szybki. Liczba osób uznawanych za stare (65 lat +) podwoi się w Chinach z około 10 procent w 2017 roku do 20 procent dwie dekady później. W przypadku Niemiec zajęło to 61 lat. - Starzenie się społeczeństwa jest widoczne zwłaszcza w miastach - mówi Bachulska.

Jest właściwie pewne, że kolejny spis powszechny w 2030 roku wykaże spadek liczby ludności. - Być może tak naprawdę już teraz mamy do czynienia z kurczeniem się populacji Chin - mówi Bachulska. To jedna ze spekulacji, które zrodziły się z powodu opóźniania publikacji danych. Prawdy się jednak nie dowiemy, bo jedyne dokładne dane to te, które kontroluje rząd Chin.

Kurczenie się populacji i jej starzenie się oznacza tektoniczne zmiany nie tylko w Chinach. Chińska gospodarka opiera się na taniej i mobilnej sile roboczej. Ogromny sukces gospodarczy Chin w ostatnich dekadach został zbudowany na plecach wyzyskiwanych robotników, masowo napływających z biednej prowincji do miast. Światowy handel i globalizacja opierają się w znacznej mierze na ich pracy. Ponieważ ten strumień taniej siły roboczej szybko wysycha, stereotyp Chin jako taniej fabryki świata adekwatnie szybko będzie odchodził w przeszłość. Zagraniczne koncerny sobie poradzą, przenosząc fabryki do innych krajów, albo przełykając wyższe koszty. Chińczycy od tych zmian nie uciekną, a będą one miały niebagatelny i destabilizujący wpływ.

Pekin zdaje sobie z tego sprawę i podejmowane są pewne działania, ale jak mówi Bachulska, na razie nie są one zdecydowane. Pod koniec maja zapowiedziano podniesienie dopuszczalnego limitu dzieci na małżeństwo do trzech. Jednak chyba nikt nie spodziewa się, że przyniesie to jakiś efekt. - Podniesienie limitu do dwóch dzieci w 2016 roku go nie przyniosło. Po prostu młodych Chińczyków nie stać na wychowanie bardziej licznego potomstwa. Zwłaszcza, że przed nimi jest perspektywa samotnego zajmowania się starymi rodzicami - mówi Bachulska.

Chińskie władze od końca lat 70. zaczęły dekretować, ile dzieci może mieć małżeństwo (inne dzieci niż z małżeństwa mężczyzny i kobiety w Chinach nie istnieją, urodzone poza związkiem nie mają tożsamości, praw i dla systemu ich nie ma). Były wyjątki, ale generalną zasadą na ponad trzy dekady było jedno dziecko. Efektem jest całe pokolenie jedynaków. - To jest przedmiotem dyskusji w Chinach. Jak pokolenie "małych cesarzy", czyli rozpieszczanych jedynaków z okresu polityki jednego dziecka, udźwignie tradycyjną rolę opieki nad starszymi członkami rodziny. Zresztą nie jest to tylko tradycja, ale też wymóg zapisany w prawie - opisuje Bachulska.

W Chinach praktycznie nie ma opieki społecznej. Zazwyczaj skromne emerytury przysługują niewielkiej części społeczeństwa. Perspektywa konieczności poważnego wsparcia czwórki rodziców, może przytłaczać i zniechęcać do powiększania rodziny. Oczywiście na niechęć do posiadania wielu dzieci wpływają też inne czynniki, dobrze znane z państw zachodnich. Im bardziej zamożne i wykształcone społeczeństwo, tym mniej dzieci. Chiny są więc ofiarą podwójnego sukcesu. Po pierwsze gwałtownego rozwoju, a po drugie polityki jednego dziecka.

- Jest ewidentne, że coś trzeba będzie z tym zrobić. Pekin nawet zaczął wykonywać pewne ruchy, poza podnoszeniem limitu dzieci. Zapowiedziano ogólnikowo reformy, takie jak wydłużenie wieku emerytalnego. Zadeklarowano w ramach obecnego programu pięcioletniego, że na jego koniec większość Chińczyków ma być objętych podstawowym ubezpieczeniem zdrowotnym i emerytalnym - opisuje Bachulska. Dodaje jednak, że te ruchy są uznawane za daleko niewystarczające. - Jest niemal pewne, że w perspektywie 10-15 lat władza będzie zmuszona do znacznie bardziej zdecydowanych działań - stwierdza Bachulska.

Chiny chcą czy nie chcą, będą musiały pokonać w trybie przyśpieszonym tę samą trasę, jaką w ciągu XX wieku przebyły państwa zachodnie. I stać się takie jak one, czyli wydawać znacznie więcej na emerytury, renty i opiekę zdrowotną. Dzisiaj na przykład na tą ostatnią przeznacza się nieco ponad dwa procent PKB. Standardem w krajach rozwiniętych jest ponad trzy razy więcej. Oznacza to, że rząd w Pekinie będzie miał mniej pieniędzy na inwestycje, rozwój i siły zbrojne.

To wszystko oznacza dla Chin także ogromne zmiany kulturowe. - Od zawsze to rodzina miała zapewniać przetrwanie swoim najstarszym członkom. Od dekad państwo surowo ograniczało liczbę dzieci w rodzinie. Teraz to wszystko się sypie i społeczeństwo to źle przyjmuje. Zwłaszcza wobec tego, że jeszcze nie tak dawno temu surowo egzekwowano zapisy o jednym czy dwójce dzieci na rodzinę - mówi Bachulska. Frustrację dobrze obrazuje to, co się działo w sieci po ogłoszeniu "polityki trzech dzieci". Na Weibo, chińskim Twitterze, szybko stało się to topowym tematem.

- Najpierw należałoby ustanowić program wsparcia dla ciężarnych kobiet i młodych matek, zniwelować dyskryminację kobiet w pracy, a potem zachęcać je do rodzenia dzieci - brzmiał najpopularniejszy komentarz, który zyskał 202 tysiące polubień. - To nie jest kwestia urodzenia dziecka czy nie, to złożona kwestia obejmująca edukację, mieszkalnictwo i pracę. Urodzenie dziecka to tylko mały element - brzmiał drugi najpopularniejszy. Wielką popularność zdobył też taki mem, na którym widać znanego chińskiego reżysera Zhanga Yimou, który w 2016 roku zapłacił równowartość 1,25 miliona dolarów kary za trzecie dziecko. Na obrazku domaga się zwrotu tych pieniędzy.

Dane statystyczne i reakcje ludzi w sieci pokazują jasno, że o ile stosunkowo łatwo było zadekretować posiadanie mniejszej liczby dzieci, tak skłonienie ludzi do posiadania ich więcej, nie będzie już proste. Doświadczenia państw zachodnich pokazują jasno, że jest to możliwe tylko w ograniczonym stopniu. - Ratowanie sytuacji imigracją, tak jak robiły i robią to państwa zachodnie, w przypadku Chin raczej nie wchodzi w grę. Nie tylko z powodu ogromnej skali migracji, która byłaby konieczna. Głównie z powodu absolutnie priorytetowej dla Pekinu kwestii, czyli utrzymania kontroli nad społeczeństwem i zapobiegania napięciom oraz niepokojom - uważa Bachulska.

gazeta.pl