poniedziałek, 21 grudnia 2020


„Chociaż na Joe Bidena oddało głos niemal 80 milionów Amerykanów, Donald Trump otrzymał tym razem 11 milionów głosów więcej niż przed czterema laty” – zwraca uwagę senator Bernie Sanders w „Guardianie”. Trump nie stracił więc wyborców, ale ich zyskał, szczególnie w tych miejscach kraju, gdzie rośnie bezrobocie i bieda, edukacja i opieka medyczna nie spełniają swoich zadań, a ludzie słusznie czują się najbardziej pokrzywdzeni.

Najwyraźniej znaczna część wyborców wciąż żywi przekonanie, że Donald Trump broni ich interesów lepiej niż jakikolwiek kandydat Partii Demokratycznej. To, zdaniem senatora, jest „najbardziej bezwstydnym ze wszystkich kłamstw” obecnego prezydenta. „Trump wprowadził do swojej administracji najwięcej miliarderów w amerykańskiej historii, przyznał ulgi podatkowe najbogatszym koncernom, a ciął wydatki na edukację, mieszkalnictwo i programy dożywiania. Usiłując zlikwidować program ubezpieczeń zdrowotnych Obamacare, próbował odebrać dostęp do opieki medycznej 32 milionom Amerykanów” – wylicza Sanders.

A jednak w oczach wielu wyborców z klasy robotniczej to właśnie Trump uchodzi za „fightera”, który walczy o ich lepszy byt. Dlatego teraz, przekonuje Sanders, już w pierwszych stu dniach prezydentury Bidena Partia Demokratyczna musi obalić to kłamstwo: musi pokazać słowem i czynem, po czyjej stoi stronie. Tak żeby nie było żadnych wątpliwości.

„Jedna strona – pisze senator – chce podniesienia głodowych płac. Druga strona tego nie chce. Jedna strona popiera związki zawodowe; druga strona je zwalcza. Jedna strona uważa, że walcząc z kryzysem klimatycznym i odbudowując podupadłą infrastrukturę, można stworzyć miliony dobrze płatnych miejsc pracy; druga strona tak nie uważa. Jedna strona planuje obniżyć ceny leków i otoczyć opieką medyczną jak najwięcej ludzi; druga strona nie ma takich planów. Jedna strona popiera płatne urlopy rodzinne i chorobowe; druga strona nie. Jedna strona chce reformować rasistowski system wymiaru sprawiedliwości, a pieniądze inwestować w edukację i miejsca pracy; druga strona nie zamierza tego robić”.

krytykapolityczna.pl

niedziela, 20 grudnia 2020


Substancje zaliczane do grupy tzw. nowiczoków to środki paraliżująco-drgawkowe (neurotoksyny) tzw. czwartej generacji, które należą do najbardziej toksycznych substancji chemicznych na świecie. Jeden gram substancji teoretycznie wystarczy do zabicia kilku tysięcy osób. Rosja, która jest stroną Konwencji o zakazie broni chemicznej (CWC), nie może posiadać żadnych substancji chemicznych do celów bojowych. W 2017 r. ogłosiła, że zakończyła niszczenie arsenałów broni chemicznej z czasów ZSRR, co potwierdziła OPCW, nadzorująca przestrzeganie Konwencji. Rosja jednak nigdy oficjalnie nie przyznała, że w ZSRR prowadzone były prace nad nowiczokami. Dlatego substancje te, chociaż zakazane Konwencją, nie zostały objęte kontrolą organizacji. Dopiero po zamachu w Salisbury lista kontrolowanych substancji została uzupełniona, co może ułatwiać OPCW np. przeprowadzenie inspekcji w Rosji.

Dwukrotne użycie nowiczoka wskazuje, że Rosja albo nie ujawniła całości swojego programu broni chemicznej, albo wznowiła nad nim prace. Nie wiadomo, jakimi ilościami zakazanej substancji bojowej dysponuje. Brak oficjalnych informacji na ten temat stwarza też problem z przypisaniem odpowiedzialności rosyjskim władzom w sytuacji użycia tej broni do zamachów. Mimo to jej wykorzystanie najprawdopodobniej odbywa się za zgodą najwyższych władz Rosji, ponieważ nowiczoki mogą być wyprodukowane jedynie w państwowych laboratoriach. Do takich wniosków doszły np. brytyjskie służby po ataku w Salisbury oraz UE po zamachu na Nawalnego.

Posługując się bronią chemiczną, rosyjskie władze mogą próbować osiągnąć kilka celów jednocześnie – zastraszyć przeciwników politycznych i podważyć stabilność systemu bezpieczeństwa opartego na normach prawa międzynarodowego, wspartego środkami budowy zaufania. Badają też reakcję NATO, UE i USA, aby na tej podstawie podejmować decyzje o kolejnych działaniach wymierzonych w Zachód.

Użycie broni chemicznej na terenie Wielkiej Brytanii w 2018 r. było z formalnego punktu widzenia atakiem przy użyciu broni masowego rażenia na terytorium NATO. Po ataku w Salisbury Sojusz zmniejszył wielkość rosyjskiej misji przy NATO z 30 do 20 osób i wydalił z niej siedmiu dyplomatów. Większość państw Sojuszu także zdecydowała się na wydalenie pracowników rosyjskiego korpusu dyplomatycznego. USA dodatkowo nałożyły na Rosję sankcje gospodarcze i finansowe.

Ponieważ do kolejnego użycia broni chemicznej doszło na terytorium Rosji, można zakładać, że działania podjęte po ataku w Salisbury wpłynęły na rosyjskie kalkulacje. Jednocześnie fakt, że Rosja po raz kolejny użyła substancji bojowej, już po jej wpisaniu przez OPCW na listę kontrolowanych substancji, może być jasnym sygnałem dla Zachodu i NATO. Rosja wskazuje, że dysponuje bronią chemiczną i jest gotowa jej dalej używać, łamiąc prawo międzynarodowe. Gdyby chodziło jedynie o zastraszanie rosyjskiej opozycji, równie skuteczne byłoby przeprowadzenie zamachu innymi metodami.

pism.pl

piątek, 4 grudnia 2020


Ale jeden „instytut” już jest. Jest to Instytut Lecha Kaczyńskiego (zarejestrowany jako fundacja). Mieści się w domu, kostce z lat 60., należącej do Jarosława Kaczyńskiego. Dom ten nazywany jest willą, ale bardziej pasowałoby określenie kanciapa.

Instytut jest nadzwyczaj dziwny. Bez zgody Jarosława Kaczyńskiego i jego ochrony nie można tam nawet wejść, a i granica miedzy Instytutem a prywatnym mieszkaniem Kaczyńskiego jest nader umowna. Nazwa „instytut” sugeruje, że jest to placówka naukowa, ale od dawna nie widać żadnej tego „instytutu” działalności. Właściwie nic się tam nie dzieje.

Naukowości tej instytucji wyraźnie przeczy skład jej władz. Zarząd: Prezes – Barbara Krystyna Czabańska (żona Krzysztofa Czabańskiego) i Barbara Skrzypek (słynna „pani Basia”). Rada Fundacji: Jarosław Aleksander Kaczyński, Krzysztof Czabański i ksiądz Rafał Sawicz. Są to wszystko osoby niemające żadnych kwalifikacji naukowych.

Jedyna rola tego „instytutu” to bycie właścicielem spółki Srebrna i spółki Srebrna Media. Wygląda na to, że ten „instytut” jest typowym „słupem”. Służy do ukrywania tego, że faktycznym właścicielem obu spółek jest Jarosław Kaczyński. Dzięki temu może on nie wykazywać w oświadczeniach majątkowych rzeczywistego olbrzymiego majątku.

I kto tu jest głupi? Jak to kto? Sławomir Nowak. Powinien założyć „instytut mierzenia czasu, jaki został do kolacji” i zapisać na ten „instytut” swój zegarek. I nie byłoby sprawy.
Proste? Proste.

wiadomo.co

czwartek, 3 grudnia 2020


Brad Raffensperger jest sekretarzem stanu Georgii i odpowiada w tym stanie m.in. za przebieg wyborów prezydenckich. Objął to stanowisko dwa lata temu w wyniku wyborów, w których startował jako kandydat Partii Republikańskiej. Jak sam przyznaje, w 2016 r. i w 2020 r. głosował na Trumpa.

Od trzech tygodni Raffensperger i jego rodzina mają osobistą ochronę, bo dostają liczne pogróżki. Jako nadzorujący wybory w stanie, Raffensperger odrzucił wiele próśb i żądań ze strony Białego Domu oraz sojuszników Trumpa o ponowne przeliczenie głosów w taki sposób, by w tym stanie wygrał urzędujący prezydent, a nie — o czym mówią oficjalnie wyniki — jego demokratyczny rywal.

— Nie sądzę, żebym miał jakiś wybór. Moja praca polega na przestrzeganiu prawa i nie pozwolimy sobie na to, żeby ktoś nas przekonał, że jest inaczej — powiedział Raffensperger dziennikarzom “Washington Post”. — Uczciwość i prawość wciąż się u nas liczą.

Stephanos Bibas jest sędzią federalnego sądu apelacyjnego w Pensylwanii, który obejmuje jurysdykcją kilka stanów w tej części USA. Na to jedno z najwyższych w amerykańskim sądownictwie stanowisko został nominowany w 2017 r. przez prezydenta Trumpa. Znany ze swych konserwatywnych przekonań (Bibas jest m.in. diakonem w cerkwi prawosławnej), kandydat na sędziego był ostro zwalczany przez Demokratów w Senacie podczas procesu nominacji i został sędzią tylko dzięki temu, że w izbie wyższej Kongresu USA Republikanie mają większość.

Dwa dni temu Bibas napisał opinię w imieniu trójki sędziów Sądu Apelacyjnego w Filadelfii, którzy odrzucili pozew sztabu Trumpa o zmianę wyników wyborów w tym stanie, także wygranym przez Joe Bidena. “Nazwanie wyborów oszukanymi nie oznacza, że tak właśnie jest. Zarzuty wymagają dowodów. Tutaj nie mamy ani jednego” — napisał sędzia.

onet.pl


Grupy ekstremistów, biali nacjonaliści i zwolennicy teorii spiskowych umieszczają swoje posty na szyfrowanych aplikacjach i internetowych forach dyskusyjnych. Niektórzy z nich deklarują związki z ruchem QAnon, ogłaszającym, że "deep state" czyli "układ" ma działać przeciwko Donaldowi Trumpowi.

Jak wynika z przeprowadzonej przez redakcję POLITICO analizy wielu kanałów w serwisach Telegram i Parler (ten ostatni często wybierają także bardziej mainstreamowi konserwatyści), a także dyskusji na forach 4Chan, promowane są tam wiralowe filmiki o oszustwach wyborczych (na które nie ma żadnych dowodów), wzywa się zwolenników do sięgania po broń w obronie Trumpa i umieszcza antysemickie i rasistowskie obelgi w stosunku do urzędników komisji wyborczych.

Takie dyskusje toczą się na tych alternatywnych platformach szczególnie intensywnie od czasu wyborów z 3 listopada, tworząc bezpieczną przystań dla tych, którzy dopatrują się oszustw wyborczych – i domagają się konkretnych działań w świecie rzeczywistym.

Te fora stały się miejscem skoordynowanych kampanii dezinformacji skierowanych do głównych sieci społecznościowych, a także skarbnicą różnego rodzaju ekstremalnych treści, niegdyś umieszczanych na Facebooku, Twitterze czy YouTube, później jednak usuwanych z tych serwisów.

(...)

Wiele z tych forów – między innymi kanały w serwisie Telegram prowadzone przez różnego rodzaju bojówki, w tym skrajnie prawicową organizację Proud Boys – zyskało znaczną liczbę nowych członków w ciągu ostatnich 18 miesięcy, odkąd Facebook, Twitter i YouTube zaczęły aktywnie usuwać grupy ekstremistyczne ze swoich platform.

Jednak po wyborach z 3 listopada takie kanały w serwisie Telegram odnotowały wręcz powódź nowych członków – 40 kanałów analizowanych przez POLITICO zyskało w tym czasie 20-procentowy wzrost liczby obserwujących.

Zarówno na Telegramie, jak i 4Chan liczba wpisów w stosunku do okresu przed wyborami wzrosła pięciokrotnie i prawie wszystkie traktowały o rzekomych oszustwach wyborczych. MeWe, kolejny alternatywny serwis społecznościowy preferowany przez skrajną prawicę, w ostatnim tygodniu również stał się jedną z najczęściej pobieranych aplikacji.

To zjawisko to część większego odpływu ludzi z największych serwisów do różnego rodzaju platform oferujących znacznie mniej (jeśli w ogóle) ograniczeń w kwestii zamieszczanych treści.

onet.pl