czwartek, 24 września 2020


Partia Republikańska, która obecnie dominuje w Senacie i tworzy administrację prezydenta Donalda Trumpa, przez lata stanowiła /typ/ tradycyjnego zwolennika zacieśniania relacji z Państwem Środka. Takie podejście, jakkolwiek zawsze obwarowane pewnymi warunkami, motywowane było w dużym stopniu republikańskim pryncypialnym podejściem do wolnego handlu, połączonym z powszechną tak w Ameryce, jak i ogólnie na Zachodzie wiarą, że liberalizacja ekonomiczna Chin, a co za nią idzie wzbogacenie się chińskiego społeczeństwa pociągną za sobą liberalizację polityczną. Dalsze zbliżenie z Chinami, pomimo upadku wspólnego rywala w postaci Związku Radzieckiego, było więc podyktowane chęcią stworzenia klimatu sprzyjającego demokratyzacji systemu, wciąż działającego w oparciu o model stanowiący mieszankę marksizmu-leninizmu, maoizmu i dengizmu. Wyraz opisywanego sprzyjania stanowiła w latach 90. polityka Georga H.W. Busha, który obejmując urząd na kilka miesięcy przed siłowym stłumieniem protestów na placu Tian’anmen w czerwcu 1989 roku, jako prezydent uprawiał politykę łagodzenia podejścia do władz w Pekinie – mimo odmiennych oczekiwań dominujących w ówczesnym krajobrazie politycznym. W warstwie werbalnej opisywany stosunek odzwierciedlała np. przemowa z 2000 roku w Kongresie, pełniącego do dziś funkcję senatora, republikanina Chucka Grassley’a, w której gorąco przekonywał o potrzebie przyjęcia Chin do Światowej Organizacji Handlu, jako że „historia pokazuje, iż gdy państwa handlują ze sobą na niedyskryminacyjnych warunkach, każdy wygrywa”.

(...)

O ile co do istoty podejście polityków demokratycznych wobec Państwa Środka w latach 90 i później było podobne, akcentowali oni w większym stopniu od republikanów kwestie ideowe. Bill Clinton, konkurent polityczny Busha seniora w wyborach prezydenckich, krytykował jego kurs wobec ChRL, oczekując silniejszej odpowiedzi na działania “rzeźników Pekinu” (mimo tego iż sam kontynuował wspieranie rozwoju relacji gospodarczych w następnych latach). Świadomość poparcia społecznego dla takiej retoryki, zachęciła demokratów do uczynienia z ochrony praw człowieka w Chinach osi krytyki Georga H.W. Busha wobec wg. nich niewystarczająco zdecydowanego podejścia w tej sprawie, co pozwoliłoby im uzyskać przewagę polityczną. Wielu demokratów podnosiło również argument, że wraz z upadkiem ZSRR znikła potrzeba grania “chińską kartą”, uznając że specjalne stosunki z tym krajem nie mają już racji bytu. Zasadniczo jednak zachodziła zgoda co do istniejącego wówczas kursu, o czym świadczy brak podejmowanych tak zdecydowanych w porównaniu z ostatnimi latami, działań zmierzających ku jego zmianie.

W drugiej dekadzie XXI wieku, gdy pojawiały się kolejne problemy w relacjach obu krajów, rósł rozdźwięk pomiędzy coraz bardziej krytycznymi wobec azjatyckiego konkurenta republikanami, a polityką Baracka Obamy, który pomimo prób balansowania rosnącego potencjału Chin, co do istoty kontynuował, a nawet wzmacniał konsensualny kurs, którym podążali jego poprzednicy. Krytykowana jako nieskuteczna, próba stabilnego dostosowywania relacji do zmieniających się uwarunkowań, została zastąpiona przez Donalda Trumpa dużo ostrzejszym, konfrontacyjnym podejściem. Ta rewolucyjna zmiana stała się następnie osią sporu obu środowisk, gdyż demokraci usiłowali zdyskredytować politykę nowego prezydenta, opartą na unilateralizmie i polityczno-ekonomicznym szantażu (stosowanym również wobec własnych sojuszników), uznając ją za sprzeczną z amerykańskimi interesami i osłabiającą pozycję państwa na arenie międzynarodowej.

Obecnie w ramach partii demokratycznej ponownie zacierają się różnice z republikanami w tej materii. Pomimo zaostrzenia się konfliktu politycznego w USA i wzrostu polaryzacji społecznej, kwestia postrzegania Chin jako zagrożenia wydaje się stopniowo urastać do miana kompromisowej. 

instytutboyma.org

W swoim dokumencie Samsung przedstawia trendy, które będą miały kluczowy wpływ na formę sieci szóstej generacji. Pierwszym z nich jest rosnąca rola przedmiotów i maszyn jako użytkowników sieci internetowej. Możemy w nim przeczytać, że wraz z rozwojem urządzeń wykorzystujących rzeczywistość wirtualną (VR, AR), a także z rosnącą liczbą połączonych z siecią samochodów, robotów, dronów czy też urządzeń domowych, to właśnie one, a nie ludzie, staną się jej najliczniejszymi użytkownikami. Dla zobrazowania tej tezy, przywołano w tym miejscu prognozę amerykańskiej firmy technologicznej CISCO, według której w 2030 roku w ramach IoT (Internet of Things) do sieci podłączonych będzie aż 500 mld urządzeń elektronicznych. Wśród kolejnych trendów wymieniono rosnące wykorzystanie sztucznej inteligencji, coraz łatwiejszą komunikację mobilną oraz jej wzrastający wpływ na osiąganie istotnych celów społecznych, jak np. redukcję emisji gazów cieplarnianych czy równy dostęp do edukacji dzięki postępującej digitalizacji i dostępowi do szybkiego Internetu.

W jaki sposób kolejna generacja sieci mobilnej zmieni nasze życie? Koncepcja Samsunga przedstawia trzy najważniejsze efekty wprowadzenia 6G, a są to szerokie zastosowanie prawdziwie immersyjnej rzeczywistości rozszerzonej (VR, AR, MR), mobilnych hologramów o wysokiej wierności obrazu oraz replik cyfrowych. Dzięki szybkości internetu sięgającej 1 TB/s (1000 GB/s), elektroniczne urządzenia obsługujące wyżej wymienione technologie będą mogły skuteczniej wykorzystywać infrastrukturę chmurową, a to znacząco podniesie ich moc obliczeniową. W ten sposób nawet małe przedmioty, takie jak okulary czy smartfony będą mogły tworzyć hologramy i inne wizualizacje, które będą niezwykle wiernie oddawać rzeczywistość. Z kolei w przypadku repliki cyfrowej mowa jest o wizualizacjach, które nie tylko w niezwykle wysokim stopniu oddawać będą elementy i przestrzeń realną, ale będą też pozwalać na na interakcje pomiędzy nimi (światem wirtualnym i realnym). Oznacza to, że w przypadku interakcji człowieka z wirtualną repliką, urządzenia bądź roboty mogłyby dokonywać zmian w rzeczywistości, np. lekarz będzie mógł wykonywać operację na zdigitalizowanej replice, natomiast jego działania będą bezpośrednio oddziaływać na ciało prawdziwego pacjenta.

instytutboyma.org

Polityka ChRL wobec republik Azji Centralnej od wielu lat ukierunkowana jest na budowanie pozytywnych relacji, rozszerzanie współpracy w wielu obszarach i dbałość władz Państwa Środka o unikanie poczucia chińskiej dominacji wśród mieszkańców regionu. Tym bardziej zaskakujące było stwierdzenie, że tadżycka część Pamiru jest historycznym terytorium Chin i powinna do Chin wrócić, która znalazła się w artykule chińskiego historyka narodowego. Choć oficjalnie kierownictwo Komunistycznej Partii Chin i przywódcy Państwa Środka nie wypowiedzieli się w tym temacie, to treść ta wywołała zrozumiałe poruszenie wśród władz Tadżykistanu. Trzeba tu nadmienić, że rzeczywista władza Duszanbe nad tym górzystym regionem jest dość iluzoryczna, więc jakiekolwiek dodatkowe jej kwestionowanie jest wchodzeniem ze świecą do składu prochu.

Publikacja artykułu, również w tłumaczeniu na język tadżycki, spowodowała wezwanie chińskiego ambasadora w Duszanbe, Liu Bina, do siedziby Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tadżycki wiceminister przekazał przedstawicielowi ChRL oficjalna skargę Tadżykistanu i zaznaczył, że Chiny powinny dołożyć większej staranności w cenzurowaniu treści o charakterze historycznym, aby były one tak dostosowane (biased), by nie budzić kontrowersji.

Sytuacja ta jest zarówno niepokojąca, jak i kuriozalna. Trudno posądzać władze chińskie o ukrytą intencję przypomnienia władzom tadżyckim, że sprawa przebiegającej przez Pamir granicy jest wciąż nieuregulowana, bowiem w 2011 r. tadżycki parlament ratyfikował porozumienie z 1999 r. o przekazaniu Pekinowi 1000 km2 spornego obszaru. Ten ruch w zasadzie powinien oznaczać ostateczne wyczerpanie tematu granic, jednak zwrócony obszar stanowił zaledwie 5.5% chińskich żądań. Niemniej strona chińska uznała, że decyzja Duszanbe całkowicie zaspokaja ich roszczenia. W tym świetle, niefortunną dla relacji dwustronnych uwagę chińskiego historyka, wypadałoby uznać za akademickie rozważania, gdyby nie to, że działalność Pekinu w kwestii terytoriów spornych jest coraz bardziej asertywna, czego przykładem jest choćby napięta sytuacja na Morzach Wschodnio- i Południowochińskim.

/W Chinach nie ma czegoś takiego jak "przypadkowa publikacja naukowa", jeśli coś opublikowano, to znaczy że tak miało być - red./

(...)

Nie po raz pierwszy bowiem strona chińska pokazuje, że przestała się liczyć z dużo słabszymi sąsiadami. Przykładem jest choćby projekt wykorzystania rzek Ili i Irtyszu dla rozwoju ekonomicznego Ujgurskiego Okręgu Autonomicznego, którego nie tylko nie konsultowano z Kazachstanem, ale nawet o nich nie poinformowano władz w Nur-Sułtan. Ta sytuacja wzbudziła zrozumiały niepokój o skutki realizacji tych zamierzeń dla kazachskiego środowiska naturalnego, jak również dla gospodarki wodnej, bowiem wody Ili stanowią 30% zaopatrzenia Jeziora Bałchasz, będącego jednym z najważniejszych zbiorników wody pitnej w republice. Innym przykładem nieliczenia się z sąsiadami jest wykorzystywanie lodowców do produkcji wody butelkowanej i ich topienia w celu nawadniania obszarów deficytowych w wodę, co w krótkim czasie może mieć negatywne konsekwencje dla gospodarki wodnej Tadżykistanu, którego 6% terytorium pokrywają lodowce, a ich okresowe topnienie zapewnia stały poziom wód w rzekach Amu-darii (Tadżykistan) i Syr-darii (Kirgistan, Kazachstan).

instytutboyma.org

środa, 23 września 2020


"Badania pokazały, że koncerny używają dobrowolnych inicjatyw, np. zobowiązania do recyklingu czy oczyszczania oceanów, jako taktyk mających odwrócić uwagę konsumentów i rządów od problemu, podczas gdy za kulisami energicznie lobbują za opóźnieniem i rozmyciem ambitnych przepisów" ograniczających zanieczyszczenie - czytamy w prezentacji raportu.

Przygotowany przez organizację pozarządową z siedzibą w Holandii i opublikowany w zeszłym tygodniu dokument bada firmy w 15 krajach świata. Krytykuje m.in. dobrowolne inicjatywy konkretnych firm i stowarzyszeń branżowych zmierzające do ograniczenia stosowania plastikowych opakowań, ich przetwarzania czy wprowadzanie alternatywnych materiałów. Zdaniem autorów publikacji te zobowiązania są w większości nieadekwatne do skali zagrożenia, nieprzejrzyste, a często kończą się na samych zapowiedziach i nie są realizowane.

I tak np. wielkie koncerny naftowe i chemiczne przeznaczyły na rzecz "Sojuszu na rzecz wyeliminowania odpadów plastikowych" 1,5 mld dolarów. Badanie przypomina jednak, że w latach 2010-2017 firmy te wydały na nowe instalacje petrochemiczne 186 mld dolarów i nadal inwestują znaczne sumy w rozbudowywanie możliwości produkcji plastiku.

Według raportu liczne inicjatywy tego typu pomagają koncernom w budowie wizerunku firm odpowiedzialnych za środowisko, ale nie zmniejszają fali zanieczyszczającego świat plastiku.

Autorzy dokumentu zaznaczyli, że z drugiej strony mało znane, nienagłaśniające swoich działań organizacje lobbingowe przeprowadzają akcje mające opóźnić i osłabić wprowadzenie w życie już uchwalonych praw związanych z ochroną środowiska oraz zapobiec powstawaniu nowych.

(...)

Badanie zwraca uwagę, że takim działaniom towarzyszą kampanie mające odwrócić uwagę od producentów tworzyw sztucznych, którzy zdaniem autorów opracowania ponoszą największą odpowiedzialność za kryzys związany z zanieczyszczeniem plastikiem. Poprzez fałszywe organizacje ekologiczne prowadzone są akcje mające przerzucić odpowiedzialność na konsumentów - czytamy w raporcie.

Najwięcej plastikowych opakowań na świecie w 2020 r. zużyje Coca-Cola - 2,9 mln ton, na potrzeby Pepsico wyprodukuje się ich 2,3 mln ton, a Nestle - 1,7 mln ton - wylicza analiza. Pośród koncernów najbardziej przyczyniających się do produkcji plastiku znajdują się jeszcze: Danone, Procter&Gamble, Unilever, Colgate-Palmolive i Mars.

forsal.pl

Swoją przygodę z energią jądrową konglomerat państw socjalistycznych rozpoczyna od elektrowni w Obnińsku – tzw. „mieście nauki” zlokalizowanym ok. 100 km od Moskwy. To tam 26 czerwca 1954 r. włączony został do systemu pierwszy (feralny technologicznie jak się finalnie okazało) lekkowodny, wrzący reaktor RBMK. I choć kolejny blok powstał dopiero 10 lat po pierwszym, to od połowy lat 60. było już z górki. W latach 1967-1986 na terenie ZSRR powstało 25 nowych reaktorów. Tak rozkręcała się ta machina, a naukowcy z Instytutu Kurczatowa – którego imię pochodziło od twórcy reaktora RBMK, czołowego sowieckiego fizyka jądrowego, Igora Kurczatowa – już pracowali nad kolejnymi nowinkami technologicznymi.

Peany na cześć radzieckiej myśli technicznej regularnie wypisywała w swoich biuletynach IAEA. W artykule opublikowanym w 1982 r. mogliśmy np. przeczytać, że „zarówno osiągnięte wyniki, jak i plany dla dalszego rozwoju energetyki jądrowej w ZSRR (…) są imponujące”. Na początku lat 80. sowieci rysowali ambitne zamiary rozwoju w tej dziedzinie. Do końca dekady łączna zainstalowana moc we wszystkich republikach miała sięgać 100 GW – ponad 60 GW więcej niż 10 lat wcześniej. W 1985 r. atom odpowiadał za 10% rosyjskiego zapotrzebowania. I przypuszczalnie dążenia te udałoby się zrealizować, gdyby nie pewien słynny wypadek… 

(...)

Po katastrofie, rosyjska energetyka atomowa zdecydowanie wyhamowała. Od tej chwili system, który opierał się w przeważającej mierze na tym zasilaniu wygasił cztery reaktory, a z dwudziestu planowanych zrezygnowano. Przez kolejną dekadę przyłączył tylko jeden blok, w elektrowni smoleńskiej. Przyczyną takie obrotu spraw był zdecydowany sprzeciw społeczny, którym na przełomie lat 80. i 90. politycy rosyjscy zaczęli się przejmować. Dodatkowym utrudnieniem dla przemysłu atomowego stała się pierestrojka. W rezultacie przemian ustrojowych obcięto wszelkie fundusze na badania naukowe nad energią jądrową oraz programy rozwoju tej dziedziny. Przyszłość atomu, w osłabionej rozpadem Związku Radzieckiego Rosji, nie rysowała się w kolorowych barwach. Do czasu aż władzę w kraju objął Władimir Putin.

W okresie istnienia ZSRR organem odpowiedzialnym za politykę w zakresie energetyki jądrowej było Ministerstwo Budowy Średnich Maszyn. Po upadku bloku socjalistycznego przechodziło różne zmiany instytucjonalne, a finalnie od listopada 2007 r. instytucja została przekształcona w rosyjski koncern państwowy Rosatom. Władimir Putin jako ówczesny prezydent Rosji, chcąc realizować własną wizję polityki energetycznej podporządkował sobie tego kolosa (360 spółek zależnych) i nadal ma zasadniczy wpływ na kierunki działania tej organizacji. Służąc mu jako narzędzie do budowy pozycji Rosji na arenie międzynarodowej napompował Rosatom do niespotykanych wcześniej rozmiarów wyposażając spółkę w różne instrumenty i zaufanych ludzi, takich jak wieloletni prezes koncernu i były premier Rosji, Siergiej Kirijenko.

(...)

Coraz częściej pojawiające się sygnały o możliwości porzucenia realizacji sztandarowego projektu Gazpromu Nord Stream 2, spadające ceny coraz bardziej dostępnego w świecie gazu czy spadki na rynku ropy naftowej uderzające bezpośrednio w budżet państwa powodują, że Rosjanie muszą na poważnie rozważyć poszukiwanie dodatkowych źródeł dochodów w innych segmentach przemysłu energetycznego.

Rozwiązaniem może być przemysł atomowy. W ostatnich latach Rosatom wyeksportował za granicę ponad 30 elektrowni zlokalizowanych w 12 różnych krajach. Rosja wykorzystuje je jako sposób zacieśniania więzi z innymi rynkami wschodzącymi bez tradycji w dziedzinie pokojowego atomu oraz z krajami BRICS. Reaktory, które zostały zaprojektowane i zbudowane przez inżynierów spółki powstały w Indiach, Iranie i Chinach. Obecnie poza Azją Rosatom podpisał umowy na budowę reaktorów na Białorusi, na Węgrzech – po dwa w każdym kraju, w Egipcie, Turcji – po cztery i jeden Finlandii. W Chinach spółka weźmie udział w budowie czterech reaktorów, ale niewielka kwota kontraktu wskazuje, że rosyjska korporacja państwowa odgrywa tam jedynie skromną rolę.

energetyka24.com

wtorek, 22 września 2020


– W Chinach udział dochodów gospodarstw domowych w PKB, a w efekcie także udział konsumpcji, jest najniższy w historii. Chińczycy po prostu nie mogą skonsumować tyle, co wyprodukowali, dlatego muszą wyeksportować nadwyżkę oszczędności [nad inwestycjami - red.] – zauważa Pettis.

A to odbija się na dochodach zwykłych Amerykanów. – Dochód amerykańskiej klasy robotniczej, drobnych przedsiębiorców, a także gospodarstw domowych klasy średniej pozostał na podobnym poziomie, pomimo że USA w ciągu 40 lat odnotowały gwałtowny wzrost. Bardzo dobrze poradził sobie jednak system finansowy oraz właściciele majątku ruchomego i biznesowe elity, podobnie jak zresztą w przypadku systemu finansowego i elit biznesowych w Chinach – zaznacza.

Jak rozwiązać problem globalnych nierówności? Zdaniem współautora książki "Trade Wars are Class Wars" najlepiej byłoby stworzyć nowy system handlu międzynarodowego i przepływów kapitałowych. – Myślę jednak, że to będzie bardzo trudne (...). Drugą najlepszą opcją, przy czym podkreślam, że nie jest to dobra opcja, byłoby jednostronne wystąpienie USA z obecnego systemu i ograniczenie napływu nadwyżek finansowych do Stanów Zjednoczonych – przekonuje.

A co mogą zrobić sami Chińczycy, by zrównoważyć własną gospodarkę? – Jeśli chcemy, aby krajowa konsumpcja była źródłem wzrostu, musimy zwiększyć udział gospodarstw domowych zwykłych Chińczyków w PKB. Jak to osiągnąć gospodarczo? Można wyeliminować ograniczenia dotyczące osiedlania się, podnieść wynagrodzenia, wzmocnić system zabezpieczeń społecznych, zmniejszyć degradację środowiska, wprowadzić darmowy transport publiczny. Problem jest jednak taki, że ten dochód musi być przeniesiony od kogoś innego, a tym kimś innym będzie albo biznes, albo rząd – wyjaśnia Pettis.

/Można, i są to pobożne życzenia Zachodu - Partia nie ma zamiaru oddawać władzy i kontroli, eksport zostanie kołem zamachowym gospodarki, nie konsumpcja wewnętrzna - red./

bankier.pl

Sebastian Horn z Uniwersytetu w Monachium, Carmen Reinhart z Uniwersytetu Harvarda i Christoph Trebesch z Instytutu Gospodarki Światowej w Kilonii zebrali dane dotyczące chińskich pożyczek obejmujące 152 krajów. Rząd Chin ma wierzytelności dłużne wobec reszty świata o wartości ponad 5 bilionów dolarów (6 proc. światowego PKB), a na początku XXI wieku miał mniej niż 500 mld (1 proc. światowego PKB). Jeśli dodamy do tego zagraniczne inwestycje kapitałowe oraz bezpośrednie, to całkowite roszczenia finansowe Chin za granicą wyniosły w 2017 roku ponad 8 proc. światowego PKB.

Taki wzrost chińskich, oficjalnych pożyczek, a także inwestycji, jest niemal bezprecedensowy w historii i porównywalny jedynie ze wzrostem akcji kredytowej w USA w następstwie I oraz II wojny światowej.

Większość wierzytelności została nabyta przez Ludowy Bank Chin, czyli bank centralny, na międzynarodowych rynkach obligacji. Ponadto rząd udzielał coraz większych, bezpośrednich pożyczek, zwłaszcza krajom rozwijającym się i wschodzącym. W przypadku krajów o wysokim i średnim poziomie rozwoju najczęstszą formą kredytowania są inwestycje portfelowe, zwykle poprzez zakup obligacji skarbowych przez Ludowy Bank Chin. W rezultacie wiele krajów rozwiniętych jest bardzo zadłużonych wobec chińskiego rządu.

(...)

Znacząco wzrosły również inne rodzaje finansowania napędzanego przez państwo: oficjalnie gwarantowane kredyty handlowe, przepływy kapitału i BIZ do krajów rozwiniętych. Chiny zbudowały globalną sieć stałych linii kredytowych w Ludowym Banku Chin, których suma przekracza 500 mld dolarów. Na chińskie państwo przypada jedna czwarta wszystkich kredytów bankowych udzielanych rynkom wschodzącym. W przypadku 50 największych odbiorców chińskich pożyczek – głównie mniejszych lub biedniejszych krajów – zadłużenie w Chinach wzrosło z około 1 proc. PKB w 2005 r. do ponad 15 proc. w 2016 r. Pożyczki są prawie w całości sterowane przez instytucje państwowe – rząd, bank centralny i państwowe banki komercyjne.

W przypadku krajów biedniejszych dług wobec Chin stanowi obecnie średnio blisko 40 proc. całkowitego, oficjalnie zgłaszanego zadłużenia zewnętrznego. Chińskie pożyczki państwowe zwykle wiążą się ze stosunkowo wysokimi stopami procentowymi i krótkimi terminami zapadalności, w przeciwieństwie do pożyczek udzielanych przez MFW i Bank Światowy, które na ogół mają preferencyjne warunki.

Dynamika chińskich pożyczek dla krajów o niskich dochodach przypomina sytuację z lat 70. XX wieku, kiedy kraje bogate w surowce otrzymały duże kwoty konsorcjalnych kredytów bankowych. Banki miały nadzieję na odzyskanie pożyczonych pieniędzy, bo ceny surowców rosły. W końcu lat 70. zaczęły jednak spadać i państwa bankrutowały, co doprowadziło do „straconej dekady” w Ameryce Łacińskiej oraz innych regionach. Od 2011 roku dłużnicy coraz częściej zwracają się do Chin o restrukturyzację długu, co oznacza narastanie problemów dla dłużników i dla wierzyciela.

Badacze stwierdzili, że 50 proc. pożyczek udzielanych przez Chiny krajom rozwijającym się nie jest zgłaszane ani do MFW, ani do Banku Światowego. Moody’s i Standard and Poor’s, podobnie jak inne agencje ratingowe, monitorują pożyczki od prywatnych wierzycieli (banków, obligatariuszy lub innych). Pożyczki udzielane przez jedno państwo drugiemu nie są stałym elementem ich działalności.

Klub Paryski śledzi pożyczki państwowe od oficjalnych wierzycieli dwustronnych (tj. innych państw), więc teoretycznie powinien obejmować większość chińskich pożyczek zagranicznych. Jednak Chiny nie są członkiem Klubu Paryskiego i nie podlegają standardowym wymogom ujawniania informacji. Ponadto nie są członkiem Grupy ds. Kredytów Eksportowych OECD, która dostarcza dane dotyczące długo- i krótkoterminowych przepływów kredytów handlowych. W związku z tym dokumentacja dotycząca międzynarodowych pożyczek Chin jest niejawna lub niepełna. Ludowy Bank nie publikuje informacji o zakupach aktywów ani o strukturze swojego portfela.

Chiny zaczęły składać raporty do Banku Rozliczeń Międzynarodowych (BIS) w 2015 r., ale rząd nie zgodził się na publiczne ujawnienie dwustronnych umów pożyczkowych. Dostępne są tylko dane zagregowane. Wielkość „ukrytych” pożyczek wyniosła w 2016 roku ponad 200 mld dolarów. Problem jest szczególnie dotkliwy w dwudziestu krajach rozwijających się. Nie sposób ocenić, jakie mają rzeczywiste koszty obsługi długu.

(...)

Chiny nie przedstawiają szczegółowych informacji na temat bezpośredniej działalności pożyczkowej w ramach inicjatywy „Pasa i drogi”. Znane są tylko wyrywkowe informacje, np. komercyjny Bank of China informował, że od 2015 r. udzielił kredytów w wysokości 100 mld dolarów krajom, w których realizowane są inwestycje związane z nowym Jedwabnych Szlakiem. Według MFW udzielane przez Chiny pożyczki na te inwestycje są często bardzo ryzykowne i prowadzą do nadmiernego zadłużenia krajów zaangażowanych w inicjatywę.

Przykładem jest Dżibuti, gdzie Chiny mają jedyną zagraniczną bazę wojskową. Udzieliły pożyczek w wysokości prawie 1,4 mld dolarów, co odpowiada 75 proc. PKB tego kraju. Niektóre były oprocentowane poniżej stopy rynkowej, ale kredyt na zbudowanie linii kolejowej Addis Abeba-Dżibuti był udzielony na warunkach komercyjnych. Dług publiczny wzrósł z 50 do 85 proc. PKB i jest najwyższy ze wszystkich krajów o niskich dochodach. Kredyty są udzielane głównie przez China Exim Bank i gwarantowane przez rząd chiński.

Na Malediwach Chiny są zaangażowane w trzy projekty: modernizację międzynarodowego portu lotniczego, która kosztuje około 830 mln dolarów; budowę dzielnicy mieszkaniowej i mostu w pobliżu lotniska, które kosztują około 400 mln dolarów; oraz przeniesienie głównego portu (brak szacunków kosztów). PKB Malediwów to niecałe 6 mld dolarów.

Laosowi China Exim Bank udzielił pożyczki w wysokości 465 mln dolarów na budowę i eksploatację linii kolejowej. Rząd Laosu podpisał również umowę pożyczki 600 mln dolarów na projekt hydroenergetyczny. W Czarnogórze, której dług publiczny przekracza 70 proc. PKB, ten sam bank finansuje 85 proc. kosztów autostrady łączącej nadmorskie miasto Bar z Serbią. Szacowany koszt inwestycji to 1,1 mld dolarów.

W 2017 r. bank podpisał umowę z rządem Mongolii na sfinansowanie budowy elektrowni wodnej i autostrady z lotniska do stolicy. Łączny koszt ok. 1 mld dolarów. Projekt hydroenergetyczny utknął w martwym punkcie i pożyczka jest przeznaczana na inne cele.

W Tadżykistanie Chiny finansują budowę gazociągu, a w Kirgistanie linię kolejową i autostrady. China Exim Bank jest największym, pojedynczym wierzycielem, którego zaangażowanie w Kirgistanie wynosi 1,5 mld dolarów, czyli około 40 proc. całkowitego zadłużenia zagranicznego tego kraju.

W Pakistanie realizowany jest sztandarowy projekt inicjatywy „Pasa i Drogi” – Chińsko-Pakistański Gospodarczy Korytarz (CPEC). Łączną wartość projektów CPEC szacuje się na ponad 60 mld dolarów. Co najmniej 33 mld będzie zainwestowane w projekty energetyczne. Chiny sfinansują około 80 proc. kosztów.

obserwatorfinansowy.pl

niedziela, 20 września 2020


Wiele firm i krajów stara się zaistnieć w tej dziedzinie, ale prawdziwych zwycięzców można policzyć – dosłownie – na palcach jednej ręki. Z dokonanego przez ekspertów McK przeglądu wyników osiągniętych w latach 2015-2019 przez największych w świecie producentów półprzewodników wynika, że pięciu z nich – Samsung, Intel, TSMC, Qualcomm i Apple – osiągnęło razem średni zysk roczny w wysokości 35,5 mld dolarów, o 6,8 mld dolarów wyższy niż 249 pozostałych czołowych firm w tej elitarnej branży.

Wysokie zyski wynikają z renty wielkości kilku elektronicznych światowych gigantów, a ich wielkość z kolei wynika m.in. z wielkich nakładów finansowych, jakie one ponoszą, prowadząc badania naukowe, projektowe i testowe, aby w końcu uruchomić produkcję nowych generacji jeszcze mniejszych układów scalonych. Nakłady te rosną w tempie niemalże geometrycznym. Zaprojektowanie chipów o charakterystyce 10 nanometrów kosztowało 174 mln dolarów, 7-nanometrowych – blisko 300 mln dolarów, a jeszcze gęściej „upchanych” 5-nanometrowych – aż 540 mln dolarów. Wybudowanie fabryk takich układów scalonych to koszt około 2,9 mld dolarów w przypadku „kostek” 7-nanometrowych i aż 5,4 mld dol. w przypadku 5-nanometrowych.

Pomimo ponoszenia tak wysokich kosztów na badania, rozwój, a później na budowę i oprzyrządowanie nowych fabryk upływa wiele czasu zanim ich produkcja jest ostatecznie uruchamiana. Eksperci McK wskazują, że od 12 do 24 miesięcy trwa budowa samej fabryki i instalowanie precyzyjnych urządzeń produkcyjnych, które muszą spełniać coraz trudniejsze warunki (chodzi m.in. o czystość powietrza) przyszłego wytwarzania. Kolejne miesiące (od do 12 do 18) trwa dochodzenie do pełnych zdolności produkcyjnych, co ma kluczowe znaczenie dla opłacalności gigantycznych inwestycji.

Wyliczenia ekspertów wskazują na zależność pomiędzy skalą nowej produkcji, w tym zwłaszcza stopniem wykorzystania mocy wytwórczych a czasem, jaki upływa do momentu (breakeven point), kiedy fabryki zaczynają przynosić zyski. W przypadku pełnego obłożenia produkcyjnego moment ten następuje dopiero po 4-5 latach. Gdy stopień wykorzystania spada do 80 proc. moment ten następuje dopiero po mniej więcej 7 latach, a gdy do 65 proc. – koszty poniesione na nową fabrykę układów scalonych nigdy się nie zwrócą. Gdy produkcja układów scalonych zyskuje wsparcie finansowe od instytucji rządowych – co jest dość częste np. na etapie badań – czas uzyskania opłacalności w tej dziedzinie skraca się o rok-dwa lata, ale i tak jej granicą jest minimum 55 proc. wykorzystanie mocy nowej fabryki.

Cztery, pięć czy siedem lat w elektronice to tymczasem niemal wieczność. Przy wysokim tempie rozwoju i postępu technicznego w dziedzinach, w których elektronika ma zastosowanie, trzeba z wielkim wyprzedzeniem wyobrazić sobie, do czego i w jaki sposób mogą być za niemal dekadę wykorzystywane projektowane dziś jeszcze doskonalsze chipy. Są w stanie to osiągnąć jedynie najwięksi producenci układów scalonych i podzespołów elektronicznych. Trwa między nimi wprawdzie zażarta konkurencja, ale zarazem widać symptomy podziału elektronicznego rynku pomiędzy firmy i kraje. Przykładowo amerykański Intel zdominował rynek układów scalonych do laptopów i desktopów, Qualcomm jest liderem w tej samej dziedzinie, ale w przypadku smartfonów, TSMC z Tajwanu przoduje w technologiach poniżej 10 nanometrów, holenderska firma ASML w technologiach litograficznych, Samsung opanował rynek pamięci, a amerykańska firma Nvidia to światowy lider kart graficznych.

obserwatorfinansowy.pl

Od 18. Kongresu Narodowego w maju członkowie Komitetu Centralnego partii i towarzysz Xi zaproponowali serię nowych koncepcji i strategii oraz przyjęli szereg środków w celu kierowania i promowania prywatnej ekonomicznej pracy na "jednolitym froncie”. Mówią, że te posunięcia przyniosły "niezwykłe rezultaty”.

Wraz z rozwojem i dywersyfikacją prywatnej gospodarki Chin, w oświadczeniu czytamy, że "środki te doprowadzą do wielkiego odmłodzenia narodu chińskiego pod wpływem myśli Xi Jinpinga".

Ogółem istnieje ponad sto zaleceń dla firm, w tym wytyczne dotyczące doboru personelu do realizacji działań.

"Musimy zauważyć, że chiński socjalizm wszedł w nową erę, [jako że] skala gospodarki prywatnej nadal się rozwija, ryzyko i wyzwania znacznie wzrosły, wartości i interesy gospodarki prywatnej stają się coraz bardziej zróżnicowane, a jednolita praca na froncie prywatnej gospodarki stoi w obliczu nowych sytuacji i zadań"- napisano w oświadczeniu.

Podkreślono, że głównym powodem wprowadzenie zaleceń jest "wzmocnienie przywództwa partii nad prywatną gospodarką". Prywatne podmioty gospodarcze mają być "ściślej zjednoczone wokół partii".

To duży zwrot od dotychczasowej polityki - wskazuje dziennikarz ATF Chriss Gill. "Wcześniej prywatny biznes nie był uważany za bardzo godny członkostwa w partii lub wywierania wpływu, ale krok po kroku trafił do serca reżimu" - komentuje.

Zgodnie z nowymi przepisami prywatne firmy będą potrzebowały pewnej liczby pracowników zarejestrowanych w Komitecie Centralnym, co jest już wieloletnią praktyką w dużych firmach prywatnych, ale jeszcze nie tych mniejszych. Te kadry mają zapewnić, że firmy będą postępować zgodnie z wiodącą ideologią "kierując się myślą Xi Jinpinga o socjalizmie z chińskimi cechami dla nowej ery". Będą również kierować prywatnymi biznesmenami.

Do obowiązków kadr będzie należało wzmacnianie przewodnictwa ideologicznego, kierowanie prywatnymi postaciami ekonomicznymi, by "zwiększyć ich świadomość samodyscypliny, budować silną linię ideologicznej i moralnej obrony, ściśle regulować własne słowa i czyny, pielęgnować zdrowy styl życia i tworzyć dobry wizerunek publiczny".

Będą również musieli stale poprawiać przestrzeganie prawa i standardy moralne prywatnych obywateli. Zostaną utworzone kanały komunikacji między prywatnymi firmami a stroną w celu informowania o postępach zmian.

businessinsider.com.pl

sobota, 19 września 2020

Wszystko to dzieje się w czasie, gdy moc MbS w domu nigdy nie była tak słaba. Należy pamiętać, że tuż przed pełnym początkiem ostatniej wojny cen ropy, wywołanej przez Arabię Saudyjską, MbS urządził kolejną łapankę na swoich wysokich rangą przeciwników (poprzedni miał miejsce pod koniec 2017 roku w osławionym Ritz-Carlton w Rijadzie). 

W ostatniej potyczce wzięli udział książę Ahmed bin Abdulaziz, młodszy brat króla Salmana, oraz książę Mohammed bin Nayef, bratanek króla i były następca tronu. Nastąpiło to po licznych doniesieniach, że stan zdrowia 84-letniego obecnego króla Salmana jest bardzo zły, co spowodowało przepychankę między starszymi członkami królewskiego rodu o sukcesję. 

Należy też mieć na uwadze, że MbS nie zawsze był naturalnym następcą króla Salmana. Przed czerwcem 2017 roku (kiedy sukcesja została zmieniona na korzyść MbS), faworytem był książę Mohammed bin Nayef.

Zdolność MbS do polegania na wsparciu długoletniego kluczowego sojusznika Arabii Saudyjskiej - Stanów Zjednoczonych - również budzi poważne wątpliwości po drugiej wojnie cenowej ropy wywołanej przez Arabię Saudyjską w ciągu mniej niż pięciu lat, której celem było zniszczenie lub unieruchomienie amerykańskiego sektora ropy łupkowej. 

"Od czasu dojścia do władzy MbS był co najmniej współwinny litanii wielkich błędów, jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, w tym - ale nie tylko - prowadzonej przez Arabię Saudyjską wojny w Jemenie, przymilania się do Rosji w ramach kartelu OPEC+ oraz zabójstwa dysydenta saudyjskiego dziennikarza Jamala Khashoggi, które nawet CIA uznała za osobiste zamówienie MbS" – zaznacza portal oilprice.com.

Jednak ponad wszystko to, zdaniem USA, było zerwaniem podstawowego zaufania między tymi dwoma krajami, które zostało ustanowione w 1945 r. W porozumieniu zawartym między USA a Arabią Saudyjską w sprawie odcinka Bitter Lake Kanału Sueskiego. Porozumienie zawarte między prezydentem USA Franklinem D. Rooseveltem a ówczesnym królem Arabii Saudyjskiej, Abdulazizem, polegało na tym, że USA otrzymają wszystkie potrzebne im dostawy ropy tak długo, jak Arabia Saudyjska będzie miała ropę, w zamian za co USA gwarantowałoby bezpieczeństwo rządzącej dynastii Saudów. 

Po wojnie cenowej w latach 2014-2016 umowa ta uległa nieznacznej zmianie, aby uwzględnić amerykańskie oczekiwania, że dom Saudów zapewni, że Arabia Saudyjska nie tylko będzie dostarczać Stanom Zjednoczonym potrzebną im ropę tak długo, jak to możliwe, ale także że pozwoli amerykańskiej branży łupkowej na dalszy wzrost. 

Ostatnia wojna cenowa prowadzona przez Rijad spowodowała bankructwo wielu amerykańskich koncernów łupkowych.

energetyka24.com


Zaczęło się w okolicy przełomu 1989 r. od letniego studia telewizyjnego, gdzie Rewiński prowadził satyryczny cykl "Skauci piwni". Opowiadał on o niezwykłym letnim obozie skautowym, którego uczestnicy woleli raczyć się tytułowym piwem, niż chodzić na podchody i zdobywać sprawności.

Choć trudno w to uwierzyć, ekipa satyryków występujących w tym programie założyła partię polityczną. Już jej nazwa brzmiała jak jeden wielki żart: Polska Partia Przyjaciół Piwa. Ale ktoś musiał jednak wziąć ten swoisty happening na poważnie.

I nie było to kilka osób. Poparcie było na tyle duże, że nowo powstałe ugrupowanie trafiło po wyborach z 1991 roku do parlamentu pierwszej kadencji, zdobywając ponad 3 proc. głosów - nie obowiązywał wtedy jeszcze wymóg przekroczenia progu wyborczego. Taki wynik pozwolił wprowadzić do Sejmu 16 posłów, wśród których byli m.in.: ceniony dziennikarz Adam Halber czy mało jeszcze wówczas znany aktor Krzysztof Ibisz.

Jednym z ważnych postulatów partii było... zwalczanie alkoholizmu. Drogą do tego miało być promowanie piwa kosztem wódki.

W programie ugrupowania można było przeczytać: "Nie mamy złudzeń, że Polak stanie się abstynentem. Tylko niech nie pije wódki. Smaczne, chłodne, aromatyczne piwo tak samo może służyć do wznoszenia toastów (...) Przy piwie można wymienić poglądy, przy piwie łatwiej dojść do porozumienia, dogadać się. Dogadujmy się, bądźmy tolerancyjni, wyrozumiali i spolegliwi".

W jednym z wywiadów poseł PPPP, Jerzy Dziewulski wspominał: "Posłowie ze styropianowym rodowodem byli zszokowani. Już nie oni, tylko my byliśmy bohaterami newsów".

Sam Rewiński był dość aktywnym posłem, ale doprawdy trudno było stwierdzić, czy jego wystąpienia na trybunie sejmowej były poważnymi przemówieniami politycznymi, czy raczej monologami satyryka.

- Jesteśmy zatruwani ołowiem i stopień jego stężenia w powietrzu, jak również ilość spożywanego alkoholu wysokoprocentowego powodują, że jesteśmy społeczeństwem agresywnym, nietolerancyjnym i może temperatura na tej sali również jest wypadkową tego zjawiska - głosił z trybuny sejmowej.

Cała historia założonego przez niego ugrupowania wyglądała zresztą jak skecz kabaretu - jedna z frakcji, na które podzieliła się partia nazywała się Duże Piwo, a w międzyfrakcyjnych walkach kanapowej w gruncie rzeczy organizacji Rewiński został odsunięty od przywództwa przez Leszka Bubla.

wp.pl

piątek, 18 września 2020

Przed wyborami w 2016 roku Internet Research Agency – petersburska agencja propagandowa blisko związana z rosyjskim rządem – mogła wykupywać polityczne reklamy na Facebooku, płacąc za nie czasami w rublach i tworzyć fałszywe profile w mediach społecznościowych, które rozpowszechniały kontrowersyjne posty w takich sprawach jak podziały rasowe w Ameryce i traktowanie przez ten kraj imigrantów.

Jednak niektóre z tych drzwi zostały zamknięte.

Po fali krytyki jaka spadła na nie po wyborach w 2016 roku, Facebook, Twitter i należący do Google’a YouTube poświęciły dwa lata na usunięcie milionów dezinformujących postów i fałszywych kont kontrolowanych przez rosyjskich agentów. Firmy te ograniczyły również prokremlowskim mediom możliwość kolportowania swoich newsów w internecie.

Pierwszego września Facebook i Twitter ogłosiły, że nie rezygnują z ograniczania rosyjskich wpływów, likwidując kolejne konta i strony społecznościowe powiązane z Internet Research Agency, które za sprawą fałszywej witryny informacyjnej miały trafiać do postępowych wyborców.

Próbując wymknąć się polowaniu na fałszywe konta IRA wykorzystywała sztuczną inteligencję do tworzenia zdjęć nieistniejących ludzi, następnie budowała ich profile, które później promowały artykuły skierowane do lewicowych wyborców, podały obie firmy. Co jeszcze ciekawsze, IRA zatrudniała dziennikarskich free-lancerów do pisania artykułów dla fikcyjnej strony internetowej PeaceData, promującej wygodne dla Kremla tematy, takie jak ataki na przywódczynię białoruskiej opozycji, Swietłanę Cichanouską i amerykańską politykę zagraniczną wobec Wenezueli.

onet.pl


Taktyka mająca pogłębić podziały wśród Amerykanów i tak już straumatyzowanych przez pandemię i rekordowe bezrobocie, stanowi część wieloletnich działań rosyjskich władz, które siały zamieszanie przed wyborami prezydenckimi w 2016 r. Tym razem jednak ataki są o wiele bardziej wyrafinowane i szkodliwe: fejki stały się trudniejsze do wykrycia, więcej krajów prowadzi ukryte działania, mnóstwo amerykańskich grup kopiuje ich metody.

Niektóre z kłamliwych przekazów są dodatkowo wzmacniane przez media głównego nurtu i ważne postaci polityczne, w tym prezydenta Donalda Trumpa. W zeszłym tygodniu na przykład wykorzystał on swój wielki zasięg w mediach społecznościowych, aby twierdzić bez dowodów, że głosowanie korespondencyjne doprowadzi do "najbardziej nierzetelnych i sfałszowanych wyborów w historii".

Starania Doliny Krzemowej, aby położyć tamę nowym formom kłamstwa na razie, według badaczy i niektórych deputowanych, nie przynoszą skutków. A skala wyzwań tylko rośnie.

- W listopadzie będziemy mieli Superpuchar Dezinformacji. Przy okazji wyborów w USA pojawi się każda forma internetowego fałszerstwa – powiedział Graham Brookie, kierujący działem dochodzeń internetowych w think tanku Atlantic Council.

Gniew wobec niezdolności gigantów mediów społecznościowych do wygrania wolnej amerykanki z fejkami powracał podczas przesłuchania przed Kongresem prezesów wielkich firm z branży. Szef Facebooka Mark Zuckerberg próbował odeprzeć skargi, że jego firma zarabia na dezinformacji dotyczącej koronawirusa. Przewodniczący komisji antymonopolowej Izby Reprezentantów David Cicilline z Partii Demokratycznej jako przykład przytoczył to, że Facebookowi zajęło aż pięć godzin usunięcie zamieszczonego przez alt-prawicowy portal Breitbart filmu, w którym wbrew faktom twierdzono, że hydroxychlorochinina to lek na COVID-19. Zanim zniknął, post został obejrzany 20 mln razy i zebrał ponad 100 tys. komentarzy.

(...)

Od czasu wyborów 2016 r. Twitter i Facebook wydały kilkadziesiąt mln dolarów na nowe technologie i personel tropiący fałszywe treści i zapobiegający się ich rozsiewaniu. Stworzyły też przepisy przeciwko politycznym reklamom udającym zwykłe treści, zaktualizowały wewnętrzne reguły postępowania z mową nienawiści i w tym roku usunęły miliony fałszywych, ektremistycznych postów. W lipcu Twitter zbanował tysiące kont powiązanych ze skrajną teorią spiskową Qanon - była to jak dotąd największa akcja, która miała zatrzymać jej rozpowszechnianie.

Google ogłosiło w piątek kolejne przedsięwzięcie: od 1 września będzie spychać na gorsze pozycje w swoim algorytmie te strony, które rozpowszechniają zhakowane materiały oraz reklamodawców biorących udział w skoordynowanych kampaniach dezinformacji. Gdyby te zasady obowiązywały w 2016 r. ogłoszeniodawcy nie mogliby umieszczać zrzutów ekranowych emaili, które rosyjscy hakerzy wykradli ze sztabu Hillary Clinton.

Chociaż należą do najbogatszych firm świata, giganci internetowi nie są w stanie monitorować wszystkiego, co zostaje zamieszczone w ich sieciach. Firmy mają też sprzeczne opinie co do skali problemu oraz metod jego rozwiązania. Daje to siewcom dezinformacji szansę na wynajdowanie luk i słabych punktów w systemach obrony poszczególnych platform.

Momenty szczególnego napięcia w skali kraju takie jak kryzys zdrowotny oraz ruch Black Lives Matter dały sztukmistrzom dezinformacji kolejne pola, na których mogą operować, siejąc podziały.

Problemy w zapobieganiu temu są znaczne: zagraniczne kampanie nacisków ewoluowały, krajowe grupy kopiują ich techniki, sztaby polityków przyswoiły sobie niektóre ich strategie.

(...)

Jak wynika z oświadczeń firm, od października ub. r. Facebook, Twitter i YouTube usunęły co najmniej 10 kampanii skierowanych do odbiorców w USA i Europie, promujących fałszywe informacje, w których uczestniczyły konta powiązane z autorytarnymi krajami takimi jak Rosja, Iran i Chiny.

Ale według Kim rosyjska taktyka w USA ewoluuje szybciej niż platformy społecznościowe są w stanie to wykryć i zlikwidować konta. Tylko Facebook ma 2,6 mld użytkowników, w tym gigantycznym zbiorze szkodliwe podmioty mogą się łatwo ukryć.

W 2016 r. metody IRA były nieskomplikowane. Kupowała np. reklamy na Facebooku, płacąc rublami, produkowała tępe, łatwe do zidentyfikowania fejki albo logotypy polityczne.

Tym razem, jak mówi Kim, konta grupy operują na wyższym poziomie. Stały się lepsze w podszywaniu się pod kandydatów i partie. Tworzenie fałszywych organizacji walczących o jakąś sprawę zastąpiły podszywaniem się pod prawdziwe organizacje. Używają więcej pozornie apolitycznych, czysto komercyjnych kont, żeby poszerzyć zasięg, nie uruchamiając systemów ostrzegania, jakie stosują platformy.

Kreml już zdążył udoskonalić te metody za granicą. W paru europejskich głosowaniach (zwłaszcza wyborach do europarlamentu w ub. r. oraz katalońskim referendum niepodległościowym z 2017 r.) rosyjskie grupy próbowały nowych taktyk dezinformacyjnych obecnie wdrażanych przed listopadowymi wyborami. Twierdzą tak trzej ważni urzędnicy UE i NATO zaangażowani w analizę tych zjawisk.

(...)

Rosja zaczęła też bardziej otwarcie i bez skrępowania używać państwowych mediów, podobnie jak Chiny, których obecność w zachodnich mediach społecznościowych znacznie wzrosła od czasu ubiegłorocznych protestów w Hong Kongu. Zarówno Russia Today jak i chińska telewizja CGTN korzystają z szerokich zasięgów społecznościowych, żeby rozpowszechniać fałszywe wiadomości i jątrzące przekazy.

Wspierane przez Moskwę i Pekin media korzystały z popularności hasztagów związanych z pandemią oraz niedawnymi protestami Black Lives Matter, aby zalać Facebooka, Twittera i YouTube treściami podsycającymi podziały rasowe i polityczne.

Szczególnie agresywne były Chiny. Konta wysokiej rangi urzędników i ambasadorów promowały głównie na Twitterze teorie spiskowe, że USA stworzyły koronawirusa jako tajną broń biologiczną.

onet.pl

 

W komunikacie wyróżniono grupę hakerską Strontium (inna nazwa Fancy Bear), którą uznano za jedno z poważniejszych zagrożeń dla procesów wyborczych w USA. To rosyjski podmiot, jaki Microsoft już wcześniej powiązał z kampaniami mającymi na celu zakłócanie procesów demokratycznych w Stanach Zjednoczonych. „Zidentyfikowano ją (grupę - przyp. red.) jako główną organizację odpowiedzialną za ataki na kampanię prezydencką w 2016 roku” – czytamy w komunikacie firmy.

Cyberataki ze strony Strontium trwają od września 2019 roku do dnia dzisiejszego. Hakerzy podczas operacji – podobnie jak to miało miejsce 4 lata wcześniej – zbierają dane do logowania osób będących celem lub naruszają ich konta, aby w ten sposób móc następnie wykradać dane o znaczeniu wywiadowczym bądź zakłócać określone procesy i operacje.

Działania Strontium zostały wymierzone w ponad 200 organizacji, które są bezpośrednio lub pośrednio związane z nadchodzącymi wyborami oraz w podmioty polityczne działające na terenie Europy. Wśród nich znajdują się: konsultanci współpracujący z Demokratami i Republikanami, think tanki, takie jak The German Marshall Fund of the United States i inne organizacje wspierające, krajowe i stanowe organizacje partyjne w USA, brytyjskie partie polityczne, w tym The European People’s Party.

Kilkumiesięczna obserwacja kampanii hakerskiej pozwoliła specjalistom Microsoftu przypisać złośliwą działalność grupie Strontium. Analiza dodatkowo wykazała, że jej członkowie rozwinęli swoją taktykę od 2016 roku, wprowadzając nowe narzędzia oraz możliwości ukrycia operacji.

„W 2016 roku grupa polegała głównie na spear phishingu, aby przechwytywać dane uwierzytelniające ludzi” – wyjaśniają specjaliści. „W ostatnich miesiącach zaangażowała się w ataki /typu - red./ >brutalnej siły<”.

Ofiarami rosyjskich hakerów są między innymi pracownicy firmy SKDKnickerbocker, odpowiedzialnej za strategię kampanii Joe Bidena. Osoba zaznajomiona za sprawą, która pragnie pozostać anonimowa, wskazała dla agencji Reutera, że hakerzy nie uzyskali dostępu do sieci przedsiębiorstwa. „Są dobrze zabezpieczone, więc nie doszło do incydentu” – podkreśliła.

(...)

Microsoft, badając serię cyberataków na amerykańskie środowisko polityczne, zaobserwował również wysoką aktywność chińskiej grupy Zirconium. Jej głównym zadaniem było zdobycie informacji o organizacjach i podmiotach powiązanych z listopadowymi wyborami w Stanach Zjednoczonych. „Wykryliśmy tysiące ataków między marcem a wrześniem 2020 roku, które wywołały prawie 150 incydentów” – czytamy w komunikacie.

Cele Zirconium w ostatnich miesiącach można podzielić na dwie kategorie. Pierwszą stanowią osoby ściśle związane z kampaniami kandydatów na prezydenta USA oraz ich sztabami. Przykładem mogą być nieudane operacje wymierzone w środowisko Joe Bidena, które odbywały się między innymi za pomocą fikcyjnych kont e-mail. „Grupa zaatakowała również co najmniej jedną prominentną osobę związaną wcześniej z administracją Trumpa” – wskazuje Microsoft.

Druga kategoria obejmuje wybitne osobistości zajmujące się sprawami międzynarodowymi oraz naukowców z ponad 15 uniwersytetów. Hakerzy uderzyli również w organizacje zajmujące się polityką, w tym Atlantic Council i Stimson Center.

„Zirconium używa tak zwanych błędów internetowych lub sygnałów nawigacyjnych w sieci Web, powiązanych z domeną, którą wykupiła i zapełniła treścią” – tłumaczą eksperci. „Następnie wysyła powiązany adres URL w treści wiadomości e-mail lub w załączniku na docelowe konto”.

Microsoft zidentyfikował także wysoką aktywność irańskich hakerów, działających w ramach grupy Phosphorus. Prowadzą oni głównie kampanie cyberszpiegowskie, które są wymierzone w szeroką gamę podmiotów powiązanych z interesami geopolitycznymi, gospodarczymi lub prawami człowieka w regionie Bliskiego Wschodu.

W ostatnim czasie hakerzy usiłowali uzyskać dostęp do kont osobistych lub służbowych osób zaangażowanych bezpośrednio lub pośrednio w wybory prezydenckie w USA. „Od maja do czerwca 2020 roku grupa Phosphorus bezskutecznie próbowała zalogować się na konta urzędników obecnej administracji oraz samego Donalda Trumpa” – podkreślają eksperci amerykańskiego giganta.

cyberdefence24.pl

czwartek, 17 września 2020


Zbyt daleko idąca odmienność była rzeczą na terenie dziewiętnastowiecznej wsi nie do przyjęcia. Dawało się ją łatwo wychwycić, bo w małej społeczności wszyscy wiedzieli o wszystkich prawie wszystko. Kiedy ktoś zbytnio zaczynał odstawać od reguł, wówczas padał ofiarą hejtu. Jeśli to nie przywoływało odstępcy do porządku, kończył jak Jagna z „Chłopów” Reymonta: „w postronkach, na gnoju, zbita do krwi, w porwanym odzieniu, pohańbiona na wieki”.

Współczesne "informacyjne wsie", inaczej niż przewidywał w 1962 r. McLuhan, narodziły się nie dzięki telewizji, lecz w ostatniej dekadzie za sprawą: Internetu, smartfonów oraz mediów społecznościowych. Te trzy instrumenty dały miliardom ludzi możność błyskawicznego przekazywania informacji oraz pozostawania w stałym kontakcie. Generując przy tym efekty uboczne. Po pierwsze użytkownicy nowych mediów uwielbiają epatować swymi opiniami. Po drugie używając: esemesów, twittów, czy nieco dłuższych wpisów na Facebooku można epatować jedynie w skondensowanej postaci. Z jednej strony nauczyło to ludzi lapidarności, z drugiej wiadomości udostępniane publicznie przenoszą nie tyle wiedzę (ją nie daje się niestety łatwo skondensować), lecz prosty ładunek emocjonalny. Jest on niczym kod binarny, czyli wszystko określa cyfra: „0” lub cyfra: „1”. Tym kodem zero-jedynkowym, jakim porozumiewają się komputery, zaczęli komunikować ludzie. Coś jest albo „super” i to się promuje albo „słabe” i to się hejtuje. Owa prawidłowość tyczy się każdego elementu otaczającej nas rzeczywistości: informacji, idei, poglądów, konkretnych osób, itd. Wszystkie byty podlegają regule zero-jedynkowej.

Rewolucja komunikacyjna anektowała w krajach demokratycznych stare podziały ideowo-polityczne na prawicę i lewicę. Sukcesywnie zmieniając je w nowoczesną polaryzację. Najbardziej widocznym jej efektem są „bańki informacyjne”. Prawdziwy fundament i jednocześnie mur graniczy między „wioskami”. W zależności od poglądów ludzie przyłączają się do konkretnej bańki i stopniowo w niej pogrążają. W zamian dostając jedynie takie informacje oraz idee, jakich oczekują. Nadążające za tą zmianą media tradycyjne: prasa, radia, telewizje skupiły się na wzmacnianiu trwałość murów otaczających wsie. W nowej normalności przecież tego oczekują odbiorcy. Informacje wywołujące u nich dysonans poznawczy są spychane na dalszy plan, przemilczane albo fałszowane. Ludzie o odmiennych poglądach zaszczuwani lub niedopuszczani do głosu. Tak buduje się coraz bardziej jednorodne światopoglądowo wspólnoty.

dziennik.pl

 

Jak zauważają autorzy podręcznika do ekonomii COREO niektóre krzywe statystyczne przypominają położony na płasko kij hokejowy. Przez długi czas biegnie niemal całkiem prosta linia. Dopiero pod koniec osi odciętych „kij” pnie się gwałtownie w górę.

Wskaźnik PKB również przypomina kij hokejowy, jeśli weźmiemy pod uwagę wzrost PKB per capita od czasów Chrystusa do 1820 roku. Aby to zmierzyć, amerykański historyk gospodarki Angus Maddison wykonał iście benedyktyńską pracę. Dowiódł, że od roku 0 do 1820 globalny PKB na głowę wzrósł o około 50 proc.

W Europie było nieco lepiej, ale niewiele. Jak zauważa Johan Norberg współczesny mieszkaniec Mozambiku jest zamożniejszy od mieszkańca Europy Zachodniej w 1820 roku (przy uwzględnieniu siły nabywczej). W książce „Postęp” napisał, że gdyby nawet na początku XIX wieku lub we wcześniejszych stuleciach dochody były „(…) idealnie równo rozłożone na całym świecie (...) oznaczałoby to uniwersalną, skrajną biedę. Przez dużą część historii człowieka większość ludzi prowadziła żywot nędzarzy – porównywalny z żywotem współczesnych mieszkańców Haiti, Liberii czy Zimbabwe”.

Ubóstwo absolutne jest definiowane przez Bank Światowy jako życie za kwotę poniżej 1,9 dolara dziennie – przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej.

W 1820 roku jego wskaźnik grubo przekraczał 90 proc. populacji. Niemal każdy mieszkaniec świata żył zatem w biedzie czy wręcz nędzy. W 1920 roku spadł do ponad 75 proc., a w 1970 wynosił ponad 40 proc. Dziesięć lat później wynosił niecałe 40 proc., przy czym niemal połowa ludzkości cierpiała skrajną nędzę w krajach Azji i Afryki.

W kolejnych dekadach spadek globalnej nędzy okazał się oszałamiający. Jak pisze Norberg, w 2000 roku wskaźnik ubóstwa absolutnego według danych Banku Światowego spadł do ok. 20 proc., by w 2015 roku wynieść 8 proc.

(...)

Europejczycy i Amerykanie zdołali niemal całkowicie pokonać ubóstwo absolutne już w XIX i XX wieku (problemem pozostaje ubóstwo względne), jednak ostatnie kilkadziesiąt lat to przede wszystkim sukces gospodarczy krajów „egzotycznych” – najpierw Japonii, Korei Południowej, Tajwanu, Hongkongu czy Singapuru, a od reform gospodarczych w 1979 roku także i Chin (oraz Indii od otwarcia rynków w 1991 roku).

Skok cywilizacyjny tych krajów jest imponujący. Norberg przypomina, że od 1950 roku PKB Japonii wzrósł o 1100 proc., Indii o 500 proc., a Chin aż o 2000 proc.

(...)

Gwałtowność spadku globalnego ubóstwa w ostatnich dziesięcioleciach (podobnie jak protekcjonalne traktowanie przez Europejczyków państw „egzotycznych”) tłumaczy w znacznej mierze, dlaczego wykształceni ludzie wiedzą o niektórych sprawach na świecie mniej niż szympansy, jak zauważył szwedzki profesor Hans Rosling autor książki „Factfulness”. W znacznej mierze winne jest właśnie (przestarzałe) wykształcenie, a także media lubujące się w przedstawianiu czarnych wizji świata. W efekcie obraz świata wielu współczesnych w kwestii ubóstwa odzwierciedla raczej rzeczywistość lat 70. XX stulecia.

Jak pisze Max Roser, zdumiewający postęp w walce z ubóstwem nie przebił się do powszechnej świadomości. 52 proc. ankietowanych uznaje, że skrajne ubóstwo w ciągu ostatnich 20 lat na świecie wzrosło, a 28 proc. sądzi, że pozostało na tym samym poziomie (lub przyznało się do niewiedzy). Najwięcej prawidłowych odpowiedzi wśród badanych udzielili Chińczycy – co zrozumiałe w świetle rozwoju gospodarczego tego kraju w ostatnich dziesięcioleciach.

Oczywiście nie wszędzie sytuacja jest różowa. Jak podaje Bank Światowy połowa z 730 milionów cierpiących ubóstwo absolutne znajduje się w 5 krajach: Nigerii, Kongo, Bangladeszu, Etiopii i (mimo wszystko wciąż) Indiach. Norberg zauważa, że w 26 państwach – w tym 24 z Afryki Subsaharyjskiej – skrajna bieda dotyczy 4 na 10 osób.

obserwatorfinansowy.pl

środa, 16 września 2020


Adam Andruszkiewicz, wiceminister cyfryzacji, wsławił się dotychczas trzema rzeczami: ma stawiać maszty na biało-czerwone flagi (takie prawdziwe maszty, żadne tam maszty 5G), zdaniem wielu załatwił swojej żonie posadę w państwowej fundacji (zdaniem Andruszkiewicza - nie załatwił) oraz zapowiada od kilku już lat, że polski rząd rozprawi się ze złymi korporacjami cyfrowymi. YouTube, Facebook i Google ponoć bardzo boją się aktywności pana ministra.

Szkopuł w tym, że to rozprawianie się idzie powoli. Na co dowodem jest nowy projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. Stanowić on w znacznej mierze będzie implementację unijnej dyrektywy. Rząd proponuje, by dostawcy platform udostępniania wideo musieli zgłosić, iż prowadzą działalność, Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Zgłoszenie to będzie miało na celu przede wszystkim umożliwienie polskim urzędnikom szybkie dotarcie do osób decyzyjnych w danej platformie, jako że będzie musiało zawierać dane do tzw. szybkiego kontaktu. Ponadto platformy będą musiały wdrożyć rozwiązania techniczne uniemożliwiające małoletnim widzom dostęp do przekazu zagrażającego fizycznemu, psychicznemu lub moralnemu rozwojowi dziecka. Chodzi przede wszystkim o to, by małolat nie mógł samodzielnie odpalić filmów porno oraz klipów, w których krew bryzga po ścianach.

(...)

Oczywiście ktoś teraz może powiedzieć, że przecież YouTube też będzie podlegał pod pewne wymogi, zbliżone do tych obowiązujących w Polsce, tyle że w Irlandii. I tak, i nie. Formalnie bowiem rzeczywiście niemal wszyscy cyfrowi giganci podlegają i będą podlegać pod prawo irlandzkie. W praktyce jednak to iluzja, o czym doskonale wiedzą wszyscy, którzy śledzą model ochrony danych osobowych w Europie. Po ponad dwóch latach od wejścia w życie RODO widać, że technologiczni giganci doskonale sobie poradzili z unijnymi przepisami i w najlepszym razie są w stanie przewlekać prowadzone wobec nich postępowania w nieskończoność.

Dziwnym trafem to właśnie w Irlandii swe europejskie siedziby mają Facebook (wraz z powiązanymi z nim Instagramem i WhatsAppem), Google, Twitter, Apple, Huawei oraz wiele innych znanych, choć może nie tak wielkich korporacji. I całkowitym przypadkiem to właśnie tam funkcjonuje jeden z najmniej wydolnych organów ds. ochrony danych osobowych w Europie. Do niedawna jego siedziba mieściła się w domu-bliźniaku, którego część zajmował sklepik sieci SPAR. Teraz irlandzki urząd się rozrósł. Ma już budżet równy temu, który posiada irlandzki związek wyścigów chartów.

dziennik.pl

Naukowcy analizują bezprecedensowe wysiłki rządu USA podejmowane w czasie II wojny światowej w celu zmobilizowania nauki do działania na rzecz wojny za pośrednictwem nowo utworzonego Biura Badań Naukowych i Rozwoju (Office of Scientific Research and Development, OSRD). OSRD zawarło ponad 2200 umów badawczo-rozwojowych z wykonawcami przemysłowymi i akademickimi, wydając na nie ok. 7,4 mld ówczesnych dolarów. Nakłady OSRD ponad dwukrotnie przekroczyły wcześniejsze wydatki rządu na badania naukowe. Naukowcy wskazują, że inwestycje te miały duży wpływ na kierunek i miejsce powstawania amerykańskich wynalazków oraz na zatrudnienie w sektorze zaawansowanych technologii przemysłowych, wprawiając w ruch siły wynikające z funkcjonowania w dużych skupiskach, które ukształtowały klastry technologiczne epoki powojennej.

Naukowcy korzystają z archiwalnych rejestrów w celu stworzenia zbioru danych dotyczących umów OSRD, zawierającego szczegółowe informacje nt. wykonawców oraz wynalazków i publikacji naukowych, których byli autorami. Łączą te dokumenty z danymi dotyczącymi pełnego rejestru patentów w Stanach Zjednoczonych oraz patentów zagranicznych. Porównują przedwojenne i powojenne patenty w różnych dziedzinach technologii, które otrzymały istotne wsparcie w związku z prowadzonymi działaniami wojennymi. Porównują także stosowanie tego typu patentów w USA i w innych krajach, a także porównują aktywność patentową w okręgach USA, które otrzymały duże i małe zastrzyki finansowe.

Badanie wskazuje na widoczną rozbieżność między USA a innymi krajami sojuszniczymi w ukierunkowaniu technologicznym patentów po II wojnie światowej. Do roku 1970 liczba opatentowanych w USA technologii, na których koncentrowały się badania wspierane przez OSRD, była o ponad 50 proc. większa niż w Wielkiej Brytanii i Francji.

Naukowcy dostrzegają również mocny wpływ na rozkład geograficzny krajowych wynalazków. Kiedy porównują oni okręgi i obszary technologiczne, na których najbardziej koncentrowało się finansowanie OSRD, z tymi, w których działalność badawcza była w mniejszym stopniu wspierana przez OSRD, odkrywają, że liczba wniosków patentowych gwałtownie wzrosła w czasie II wojny światowej, a po zakończeniu konfliktu spadła do poziomu sprzed wojny, by następnie na trwałe poszybować w górę, utrzymując stały wzrost. Wydaje się, że wzrost ten koncentrował się w okręgach, które już przed II wojną światową wykazywały znacznie więcej patentów w tych obszarach technologicznych. Naukowcy dochodzą do wniosku, że wysiłek badawczy z czasów wojny sam z siebie nie stworzył tych klastrów technologicznych, ale uruchomił siły, które doprowadziły do coraz większej kumulacji i pogłębiania się różnic w tworzeniu wynalazków w różnych częściach kraju.

Lokalne systemy badawcze wyrastały w lokalizacji i obszarach technologicznych, w których OSRD koncentrowało swoją działalność, w tym na uniwersytetach, w centrach badawczych finansowanych ze środków federalnych oraz prywatnej wynalazczości. W sektorze telekomunikacji oraz produkcji urządzeń i podzespołów elektronicznych, tj. branżach ściśle związanych z wojennym wysiłkiem badawczym, podwojenie liczby patentów OSRD w latach 40. XX w. skutkowało 60-65 proc. wzrostem zatrudnienia w latach 70. Wydaje się, że wsparcie OSRD zbudowało lokalny potencjał naukowy i technologiczny, co pozwoliło rozwijać lokalną innowacyjność po wojnie, a także przyczyniło się do stworzenia miejsc pracy w powiązanych branżach produkcyjnych.

obserwatorfinansowy.pl

Ani jedna duża marka odzieżowa nie zapewnia godziwych płac wszystkim pracownicom i pracownikom w łańcuchu dostaw - nawet jeśli ci pracują w nadgodzinach. Niemal wszystkie ukrywają adresy fabryk, w których produkowana jest ich odzież. Mają powody.

(...)

Wszyscy zatrudnieni w chińskich fabrykach, łącznie 490 osób, powiedzieli badaczom, że w ostatnim miesiącu wypracowali ponad 100 godzin nadliczbowych (średnio 122) - de facto wszyscy pracują więc na dwóch etatach. Godziwie zarobiły dwie z tych osób.

A do tego normy - czyli minimum pracy, jaką trzeba wykonać, żeby otrzymać wynagrodzenie w pełnej wysokości. Wyśrubowane tak, że większość pracownic i pracowników w trakcie standardowego ośmiogodzinnego dnia pracy jest w stanie zrealizować zaledwie 80 proc. - zostają więc po godzinach, rezygnują z przerw, a nawet wyjść do toalety. Wiele z nich pracuje 27, a nawet 30 dni w miesiącu.

"W jednej z najlepiej zarabiających branż pracownice na końcu łańcucha dostaw nadal wykonują niewolniczą pracę" - piszą autorzy opublikowanego w czwartek przez CCC raportu "Fashion Checker".

(...)

CCC postanowiło zapytać o wynagrodzenia 108 marek odzieżowych. W końcu to dzięki pracy szwaczek w krajach azjatyckich mogą powstać takie fortuny jak np. ta należąca do Amancio Ortegi - twórcy Zary, większościowego udziałowca Inditexu, do którego należy też m.in. Bershka, Pull & Bear czy Massimo Dutti - warta blisko 67 miliardów dolarów (około 251 miliardów złotych).

Odpowiedzi? Aż 35 koncernów nie udzieliło żadnej. Reszta odpowiedziała, ale do powiedzenia miały niewiele.

Spośród 108 marek aż 100 nie ujawniło żadnych informacji o wysokości płac u swoich poddostawców. To m.in. znane sieciówki: Adidas, H&M, Zara czy Primark, który w sierpniu otworzył swój pierwszy sklep w Polsce. Siedmiu z nich udało się dowieść, że godnie wynagradzanych jest do 25 proc. pracowników (m.in. Jack Wolfskin). Tylko jedna - Gucci - twierdzi, że co najmniej 50 proc. jego dostawców płaci swoim pracownicom i pracownikom godnie. Problem? Gucci nie udostępnia publicznie żadnych dowodów, przekonuje za to, że w 95 proc. swoją odzież produkuje we Włoszech. Gdzie dokładnie? Tego Gucci też nie podaje.

A skoro jesteśmy przy fabrykach, w których modowi giganci szyją swoją odzież: łącznie aż 102 marki nie chcą podać nawet ich nazw i adresów. Zrobiło to tylko sześć firm: Benetton, Esprit, Nike, Adidas, H&M i G-Star Raw.

wyborcza.pl

wtorek, 15 września 2020


Jak opisuje w swojej książce "Swiss Made" R. James Breiding, powstanie nowoczesnego przemysłu chemicznego zapoczątkował niejaki William Perkin w Londynie, w 1856 roku. Wynalazł wówczas moweinę, pierwszy syntetyczny barwnik.

W Wielkiej Brytanii jednak mało kto interesował się odkryciem Perkina, bo tamtejsze firmy miały łatwy dostęp do naturalnych barwników. Dla Szwajcarów jednak takie odkrycie było na wagę złota - jako kraj bez dostępu do morza, z handlem morskim zdominowanym przez Wielką Brytanię i Francję, Szwajcarzy mieli problemy z dostępem nie tylko do barwników, ale też drewna, metali, olejów czy paliw. Pewności dostaw nie było, a sytuacja rynkowa zmieniała się z dnia na dzień, m.in. ze względu na zawirowania wojenne.

Dlatego też, wyjaśnia Breiding, "od początku rewolucji chemicznej Szwajcarzy byli jednym z jej największych beneficjentów". I szybko odkryli nowe i o wiele ważniejsze zastosowania moweiny: farmaceutyczne i przemysłowe. Potem stosowano ją m.in. w środkach antybakteryjnych.

(...)

Inne wykorzystanie moweiny niż jako barwnik to był jednak dopiero początek innowacyjności w szwajcarskiej chemii. Jedną z immanentnych cech farmaceutyki w tym kraju była innowacyjność. Jak opisuje Breiding, Szwajcarzy nie starali się zastępować starych rzeczy nowymi, ale tworzyli zupełnie nowe zapotrzebowanie.

Tak było m.in. z valium, popularnym lekiem na uspokojenie. Konkurencja z USA w postaci Wallace Pharmaceuticals już w latach 50. pokazała lek uspokajający. Roche chciał stworzyć coś podobnego, ale tak, by nie naruszyć patentu Amerykanów. Po wielu latach pracy, w 1960 roku zarejestrowano w USA valium, które szybko stało się hitem:
  • Od 1969 do 1982 roku był to najczęściej przepisywany lek w USA.
  • W 1978 roku sprzedano rekordowe 2,3 mld tabletek.
  • Valium było pierwszym tzw. "blockbuster drugs", czyli bestsellerem wśród leków, który przynosił Roche'owi ponad miliard dolarów rocznie przez niemal 20 lat.
  • Roche odniósł też spektakularny sukces na innym polu: witamin. W 1933 roku firma odkupiła patent na syntezę witaminy C i miała go jako pierwsza na świecie.
Sukces polegał jednak nie na tym, że Roche pozyskał samą metodę i zaczął produkować witaminę C, ale stworzył coś, co dzisiaj nazwalibyśmy "synergią biznesową". Czyli: nawiązał współpracę z Nestle produkującym żywność. W ten sposób powstały "witaminizowane" czekolady i specjalne emulsje, popularne wśród dzieci. Nikt wcześniej nie oferował produktów na styku żywności i leków, których dzisiaj mamy całe zatrzęsienie.

W ten sposób Roche stworzył rynek suplementów i profilaktyki zdrowotnej, którego zresztą stał się potentatem. Jak opisuje Breiding w "Swiss Made", Szwajcarzy przodowali w produkcji witamin A, B1, B2 i K1 i oczywiście C, która to była ich flagowym produktem aż do lat 90. XX wieku.

(...)

Warto przy tym podkreślić, że cały ten rozwój dokonywał się bardzo szybko. Sandoz, przez lata lider farmaceutyki, który dziś jest częścią grupy Novartis, powstał w 1857 roku jako Kern&Sandoz i specjalizował się w produkcji barwników.

Jako pierwszy tylko na farmacji skupił się Hoffman-La Roche, założony w 1896 roku. Podobnie swój profil działalności zmieniło Ciba-Geigy, która na skutek fuzji z Sandozem w 2003 roku stała się Novartisem.

"U schyłku XIX wieku stało się jasne, że produkcja środków farmaceutycznych będzie doskonałym biznesem" - podkreśla Breiding. Szwajcarzy dostrzegli ten potencjał o wiele szybciej niż inni, dzięki czemu mogli łatwiej podbić globalny rynek.

Uczciwie jednak trzeba powiedzieć, że do tego dynamicznego rozwoju szwajcarskich firm farmaceutycznych przyczyniły się również wojny. Jak opisuje Breiding: "Wojna przyniosła także ogromne zapotrzebowanie na środki antyseptyczne, przeciwbólowe, przeciwzapalne, przeciwgorączkowe czy uspokajające".

"W latach 1913-1920 szwajcarski eksport środków chemicznych wzrósł siedmiokrotnie" - pisze Breiding. Tylko Sandoz wówczas zwiększył sprzedaż z 6 milionów franków w 1914 r. do 37 milionów franków w 1917 roku. I nic dziwnego, bo jak dodaje autor, w latach 30. XX wieku lekarze używali jeszcze około tuzina środków, w latach 60. było to już ponad 2 tys. medykamentów.

businessinsider.com.pl

poniedziałek, 14 września 2020


Mateusz Ratajczak, Wirtualna Polska: Była wojna o technologie, będzie wojna o odpowiedzialność? Za wirusa, za epidemię.

Dr Michał Bogusz, Ośrodek Studiów Wschodnich: W kwestii sporu na linii Zachód-Chiny jedno się nie zmienia. To jest oczywista niechęć i oczywista, stała rywalizacja. Cała reszta jest tylko elementem gry.

I koronawirus stał się elementem tej potyczki. Z jednej strony Chiny wybielają siebie i swoje błędy na początku epidemii, z drugiej Donald Trump wyciąga działa i wielokrotnie podkreśla, skąd wirus przywędrował i kto był "źródłem problemu". Nie wspomina przy tym o swoich pomyłkach. Tymczasem oczywiście w tej sprawie obie strony popełniły błędy.

Popełnić błędy to jedno, ale oskarżenie jest jasne: Chiny tuszowały sprawę, a gdyby tego nie robiły, to cały świat zareagowałby lepiej.

I jest w tym wiele prawdy. Nie jest tajemnicą, że Pekin z jednej strony uspokajał, a z drugiej masowo wykupywał środki indywidualnej ochrony personelu medycznego, co zachwiało dostawami na całym świecie. A przyszedł moment, że to reszta świata potrzebowała tego sprzętu. W tym czasie chińskie przedsiębiorstwa i chińska diaspora na świecie już dawno były po zakupach.

Nie jest tajemnicą, że wyniki badań chińskich naukowców nad DNA wirusa zostały przekazane światu tydzień po ich opracowaniu. I to w czasie, gdy zagraniczne laboratoria już same tego dokonały.

Nie jest też tajemnicą, że "chińscy specjaliści", którzy mieli pomagać dość szybko wyjechali, a na pierwszej linii frontu walki z wirusem w większości nigdy się nie znaleźli.

Za to są sygnały, że jednym z ich celów było zbliżenie się do laboratoriów, do wyników badań w krytycznych instytutach walczących z koronawirusem. Można było oczekiwać, że pokażą europejskim lekarzom, jak się walczyć z epidemią, a nie będą chcieli zdobywać informacji o postępie badań.

W mediach za to chińscy eksperci pytali wprost: dlaczego nie zamykacie kraju, dlaczego działacie tak późno?

I nie uważa pan, że to jest wspaniały obrazek propagandowy? My - Chiny, radzimy sobie i znamy odpowiedź na ten i wiele innych problemów. Oni - Zachód, są w kryzysie, nie potrafią się na nic zdecydować.

I to jest doskonały obrazek nie tylko dla propagandy wewnętrznej, ale również dla krajów, które nie do końca są w stanie zdecydować z kim wolą współpracować.

(...)

Światowej zgody po epidemii nie powinniśmy się spodziewać?

Zdecydowanie nie. Chiny zawsze traktowały Zachód podejrzliwie i zawsze żyły w przekonaniu, że to Zachód jest największym zagrożeniem dla trwałości władzy Komunistycznej Partii Chin (KPCh). I do dziś chińscy politycy żyją w przekonaniu, że długotrwałym celem Zachodu jest zniszczenie partii.

I epidemia tego nie zmieniła. Choć przecież Zachód najpierw wysyłał sprzęt medyczny do Chin, pomagał na początku roku.

Nie, to spojrzenie się nie zmieni. Można od kilku lat zaobserwować inną zmianę. KPCh przez lata była nastawiona defensywnie, na odpieranie ataków i działania wewnętrzne. To się zmieniło po kryzysie finansowym 2008 roku. Pokazał on, że finansowe podwaliny świata zachodniego nie są trwałe. KPCh uznała, że walka o dominację jeszcze się nie skończyła.

I sądzę, że epidemia będzie kolejną zachętą. Jestem przekonany, że w ciągu najbliższych kilku lat Chiny jeszcze bardziej wyjdą do świata ze swoim modelem rozwoju, także modelem politycznym.

A co w tym Zachodzie jest takiego złego, że Chiny traktują nas konfrontacyjnie?

Jesteśmy zagrożeniem. Świadczy o tym na przykład trwałość systemów politycznych w Europie. To jest coś, co w Chinach budzi ogromne obawy. Na Zachodzie władza wymienia się cyklicznie, dynamicznie. Przychodzą kryzysy, ale podwaliny zachodniego modelu państwa nie zmieniają się. To znaczy, że partia - każda partia - jest tylko chwilą na długiej osi czasu istnienia państwa.

W Chinach państwo to partia, a partia to państwo. Co by się stało, gdyby podobnie zaczęli myśleć Chińczycy? Jak nie rządy tych, to rządy innych. W kraju, w którym ta sama organizacja rządzi od ponad siedmiu dekad, to może budzić obawy. I budzi. Zachód - w ocenie Pekinu - może im dać tylko "ideologiczną zarazę", która odwróci obywateli od partii.

Przez tyle lat żadna "ideologiczna zaraza" z Zachodu do Chin nie dotarła, więc skąd te obawy?

Ależ z ich perspektywy ona była! Protesty na placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 roku to właśnie - w ich ocenie - zaraza. To, co dzieje się od roku w Hongkongu, to jest w ich ocenie dokładnie to samo.

Proszę mi powiedzieć, po co Chinom cenzura? Dlaczego obywatele Chin nie mogą oglądać zagranicznych kanałów, dlaczego nie mogą korzystać z zagranicznych serwisów, dlaczego nie mają dostępu do map z całego świata? To zapobieganie. To obrona przed myślami z Zachodu. Partia boi się, że utraci kontrole nad sposobem myślenia Chińczyków.

Epidemia to zresztą dobry moment, by "wycisnąć więcej". Są sygnały, że część osób została poddana kwarantannie tylko po to, aby ograniczyć ich aktywność publiczną. Teraz trwa próba przekształcenia kryzysu w sukces polityczny. A to może nawet wzmocnić reżim.

Chiny chcą się dziś pokazywać jednak inaczej. Z przodu jest biznesowa twarz Pekinu, są wielkie firmy technologiczne, są innowacje, są miasta wieżowców. Gdy zwiedzałem Shenzen to trudno mi było uwierzyć, że chodzę po byłej wiosce rybackiej. Wieżowiec na wieżowcu, auto elektryczne na aucie elektrycznym. A do tego szpitale budują w 10 dni. I w pewnym momencie wpuścili nawet dziennikarzy do centrum epidemii.

I szybko zostali wycofani.

Chiński sukces gospodarczy odbije się Chińczykom czkawką. Wielki wzrost gospodarczy z ostatnich lat oparty jest na kosmicznym zadłużaniu się. I skala tego zadłużenia z każdym rokiem rośnie. Większość wzrostu gospodarczego PKB jest wygenerowana przez gigantyczne inwestycje infrastrukturalne.

Gdy inwestycje się skończą, to skończy się wzrost gospodarczy. Zresztą Chiny pod tym względem doszły już do ściany.

Gdy wybudujemy autostrady pomiędzy gospodarczymi ośrodkami w Niemczech i Polsce to zakładamy, że ta inwestycja się nam zwróci - nie poprzez opłaty na drodze, ale przez wymianę gospodarką, przez mobilność pracowników, przez szybki transport towarów. Chiny są w punkcie, gdy autostrady budują teraz już pomiędzy wioskami.

Może myślą przyszłościowo?

Pompują inwestycje, bo inaczej sami sobie odetną prąd. Mówił pan o szpitalach i budowie w 10 dni. Gdy pierwszy raz byłem w Chinach to byłem również zafascynowany. Fascynacja mija, gdy się spędzi trochę czasu w tych budynkach. Średni okres przydatności budynku wynosi 20 lat. Po tym czasie powinien zostać rozebrany i zbudowany na nowo. Liczba niedoróbek jest wręcz niesamowita.

Przykłady? Po pewnym czasie zauważa się dopiero, że jesteśmy na północy Chin, gdzie są niskie temperatury, a okna mają tylko pojedyncze szyby. Zimą to czuć. Zauważa się, że system kanalizacji notorycznie się zatyka. Tu coś odpada, tu czegoś nie ma.

Zachwyty są zrozumiałe, ale… to często jest iluzja. Globalne znaczenie chińskiej gospodarki jest oczywiście duże. Ale nie ulegajmy mitom, które Pekinowi bardzo pasują. Mitem jest, że to oni pokazują, jak się żyje dobrze.

Chiny doskonale wiedzą, że ich model rozwoju gospodarczego nieuchronnie zmierza ku końcowi. Rozumieją, żeby uniknąć "odcięcia" przez Zachód, muszą wskoczyć na wyższy poziom w łańcuchach dostaw, muszą zmienić swoje miejsce w międzynarodowej układance. Tylko wtedy mogą być zabezpieczeni. Dziś mogą tylko z roku na rok inwestować więcej.

Ale to wąż zjadający własny ogon, kiedyś dojdzie (...) do kresu możliwości.

I jak oni widzą swoją rolę na świecie?

Chcą wpływać na cały świat i mieć decydujący głos. To jest ich bezpieczeństwo. W innym układzie po pandemii może nowym motorem napędzającym produkcję będą Indie? Lub niektóre kraje afrykańskie? Skoro raz fabryki mogły powstawać w Chinach, to mogą też gdzieś indziej. Dlatego Pekin chce decydować o losach świata, by takie zmiany go nie zaskoczyły i aby miał nad nimi kontrolę.

Ale wojen nikomu nie wypowiadają. Konfliktów zbrojnych nie planują.

Nie muszą. Wystarczy, że będą odgrywać coraz większą, a w końcu dominującą, rolę w światowych organizacjach. To jest dobry punkt wyjścia do kształtowania rzeczywistości pod siebie.

Światowe organizacje i agencje? Nie brzmi to… groźnie.

Handel, patenty i normy w jednej ręce? Wręcz przeciwnie. Konflikt, o którym rozmawiamy, dotyczy tego, kto będzie kształtował standardy i normy. Na razie skupiliśmy się na standardach politycznych, etycznych, moralnych, ale przecież są jeszcze normy gospodarcze, normy techniczne.

Przy produkcji najzwyklejszego tostera do spełnienia są dziesiątki wymagań technicznych. Dotyczących temperatury, bezpieczników, jakości plastiku, metalu. Ten, kto o tym decyduje, wpływa na świat gospodarczy.

(...)

Chiny cieszą się, gdy widzą to, co się dzieje w tej chwili w USA i Europie? Cieszą się nie pod względem ludzkim, ale politycznym.

Wręcz przeciwnie. Są przerażeni.

Przerażeni? Przecież cały czas rozmawiamy o tym, że chcą dominować. Problemy świata zachodniego to dobry moment, by wyjść do przodu.

Są przerażeni tym, że Zachód obudzi się gospodarczo i zacznie przenosić produkcję z Chin w inne rejony świata lub po prostu do siebie. Epidemia koronawirusa pokazała, że produkty - które określilibyśmy mianem strategicznych - to także najprostsze maski chirurgiczne, to przyłbice, to podstawowy sprzęt medyczny. Do tej pory nie przeszkadzało nam, że produkowane są w Chinach. Dziś każdy kraj na świecie zastanawia się, jak zabezpieczyć produkcję u siebie.

Są przerażeni tym, że Zachód może chcieć dywersyfikować źródła dostaw. Są przerażeni tym, jak bardzo maleje popyt na chińskie produkty. Są przerażeni tym, że świat będzie przenosił część miejsc pracy w inne regiony. To dla Pekinu, wciąż budującego swoje znaczenie gospodarcze, jest ogromny problem.

Z drugiej strony nie można ukrywać, że dla Pekinu część procesów dotykających Zachód jest korzystna. Pekin jest przekonany, że Zachód w kryzysie, to Zachód mniej zdolny do zmian, mniej chętny do nich. Kluczowe jest w jakim stanie Zachód wyjdzie z kryzysu.

Chyba możemy się zgodzić, że w tym przekonaniu o kryzysie Zachodu jest trochę racji. I mówimy o tym w momencie, gdy w USA i w wielu krajach Europy trwają regularne zamieszki na ulicach.

Świat Zachodu jest w… permanentnym kryzysie od zawsze. W II wieku przed naszą erą problemem Rzymu było to, że młodzież zaczyna czytać greckich filozofów. A podziwianie nagich rzeźb było już dla niektórych pewnym sygnałem, że nadchodzi kres cywilizacji zachodniej.

Wcześniej sam Platon w Grecji był przekonany, że młodzież, która zajmuje się czytaniem i pisaniem, a nie zapamiętywaniem tradycyjnych tekstów, jest skazana na zagładę.

Cywilizacyjnie jesteśmy przekonani, że jest nam źle i lepiej to już było?

Odrobinę tak. Zachód jest u podstaw zbudowany na kryzysach - każdy kolejny kryzys przynosi rozwój, odnowę, zmianę. Zachód rozwija się poprzez kryzysy. W Azji, a właściwie to w kulturach konfucjańskich, standardem jest za to usztywnienie, konserwowanie obecnego stanu rzeczy.

Dlatego z grzebaniem świata zachodniego byłbym ostrożny. Oczywiście, przeżywamy kryzysy i nie można udawać, że tak nie jest. Nie jest to jednak sytuacja nowa.

(...)

Napięte stosunki na linii Zachód - Chiny nie prowadzi jednak do wojny. Taka wizja nawet się nie pojawia na całe szczęście.

Nie, nie. Nie prowadzi też raczej do sytuacji bliskiej zimnej wojnie, chociaż na pewnych szczeblach ona ma miejsce. Sądzę, że to będzie raczej wyścig kolosów na glinianych nogach, które walczą ze swoimi problemami. Ten, kto rozwiąże pierwszy swoje problemy, wygra.

Jednego nie rozumiem. Skoro w ciągu trzech dekad Chiny nieustannie się rozwijają, to - przynajmniej w teorii - powinna się tam pojawić klasa wykształcona, klasa sukcesu, która chce czegoś więcej. Powinni tam być ludzie, którym kamera na każdym skrzyżowaniu, a tak przecież jest w wielu miastach, nie odpowiada. Jeżdżą po świecie, widzą inną rzeczywistość. Nie powiem, że to ludzie, którzy będą żądać demokracji, ale chociaż demokratyzacji swojego życia.

Popełnia pan błąd wielu dyplomatów i wielu prezydentów USA.

Nie brzmi to źle.

Odwołuje się pan do iluzji, którą elity na Zachodzie stworzyły za prezydentury Richarda Nixona. I ta iluzja polega na tym, że rozwój i wzrost bogactwa w pewnym momencie doprowadzi właśnie do demokratyzacji Chin. I to nie była iluzja bezpodstawna: to scenariusz Tajwanu, to scenariusz Korei Południowej czy Malezji.

Po wielu latach spędzonych w Chinach stworzyłem dla siebie takie określenie jak kolonizacja wewnętrzna. A to właśnie na niej oparty jest sukces Chin, w tym sukces gospodarczy.

Kolonizacja wewnętrzna?

Dzięki systemowi paszportyzacji wewnętrznej, czyli z chińskiego hukou, powstała grupa 300-350 mln osób, które nie mają prawa osiedlić się w mieście i nie mają tam żadnych praw obywatelskich. To była grupa najtańszych pracowników, którzy naprawdę pracowali za przysłowiową miskę ryżu. To migrujący mieszkańcy wsi.

Hukou powstał niemal 60 lat temu i miał być sposobem na kontrolowanie populacji w miastach. W czasie reform gospodarczych stał się jednak systemem gigantycznego wyzysku. Migrujący robotnicy nie mieli długo nawet opieki medycznej, ich dzieci nie mają dostępu do publicznej szkoły.

Formalnie nie powinni byli w ogóle opuszczać swojego miejsca zamieszkania na dłużej niż kilka tygodni. Opuścili je jednak, bo żyli w gigantycznej biedzie, więc migrują i podejmują pracę.

Chińska klasa średnia, o której pan mówi, zbudowała się w oparciu o wyzysk tych ludzi. Stało się to głównie w latach 80. i 90. ubiegłego wieku. Gwarancją tego systemu jest KPCh, która co prawda od lat opowiada się za zmianami, ale zmiany następują powoli. Klasa, która miałaby podnieść rękę na władze, wzbogaciła się dzięki tej władzy.

(...)

I klasa średnia nie przeciwstawi się gwarantowi układu, który zapewnia źródło zarobków.

Trudno spekulować, kiedy się to może zmienić. Na dziś to fantazje.

Chiny zbudowały wokół siebie wiele mitów, które przykrywają prawdę o tym kraju. Jest mit planowania i myślenia o przyszłości, ale również mit firm prywatnych, mit innej gospodarki prywatnej.

W Chinach nie ma własności prywatnej środków produkcji, więc gdy mówimy o firmach, to co najwyżej mówimy o prywatnym zarządzaniu nimi, a nie o byciu właścicielem. Nie ma wolnego rynku, a jedynie wykorzystanie elementów wolnorynkowych. Nie ma kapitalizmu, ponieważ nie ma prywatnej własności ziemi. Odebranie zarządzającemu firmy nie stanowi problemu.

Więc o jakiej własności mówimy? Gdy ktoś sprzedaje udziały w firmie, to realnie sprzedaje tylko udział w prawie zarządzania i czerpania zysku z tej firmy. Na żadnym etapie nie był jednak prawdziwym właścicielem w naszym rozumieniu tego słowa.

wp.pl