czwartek, 24 września 2020
środa, 23 września 2020
wtorek, 22 września 2020
niedziela, 20 września 2020
Wraz z rozwojem i dywersyfikacją prywatnej gospodarki Chin, w oświadczeniu czytamy, że "środki te doprowadzą do wielkiego odmłodzenia narodu chińskiego pod wpływem myśli Xi Jinpinga".
Ogółem istnieje ponad sto zaleceń dla firm, w tym wytyczne dotyczące doboru personelu do realizacji działań.
"Musimy zauważyć, że chiński socjalizm wszedł w nową erę, [jako że] skala gospodarki prywatnej nadal się rozwija, ryzyko i wyzwania znacznie wzrosły, wartości i interesy gospodarki prywatnej stają się coraz bardziej zróżnicowane, a jednolita praca na froncie prywatnej gospodarki stoi w obliczu nowych sytuacji i zadań"- napisano w oświadczeniu.
Podkreślono, że głównym powodem wprowadzenie zaleceń jest "wzmocnienie przywództwa partii nad prywatną gospodarką". Prywatne podmioty gospodarcze mają być "ściślej zjednoczone wokół partii".
To duży zwrot od dotychczasowej polityki - wskazuje dziennikarz ATF Chriss Gill. "Wcześniej prywatny biznes nie był uważany za bardzo godny członkostwa w partii lub wywierania wpływu, ale krok po kroku trafił do serca reżimu" - komentuje.
Zgodnie z nowymi przepisami prywatne firmy będą potrzebowały pewnej liczby pracowników zarejestrowanych w Komitecie Centralnym, co jest już wieloletnią praktyką w dużych firmach prywatnych, ale jeszcze nie tych mniejszych. Te kadry mają zapewnić, że firmy będą postępować zgodnie z wiodącą ideologią "kierując się myślą Xi Jinpinga o socjalizmie z chińskimi cechami dla nowej ery". Będą również kierować prywatnymi biznesmenami.
Do obowiązków kadr będzie należało wzmacnianie przewodnictwa ideologicznego, kierowanie prywatnymi postaciami ekonomicznymi, by "zwiększyć ich świadomość samodyscypliny, budować silną linię ideologicznej i moralnej obrony, ściśle regulować własne słowa i czyny, pielęgnować zdrowy styl życia i tworzyć dobry wizerunek publiczny".
Będą również musieli stale poprawiać przestrzeganie prawa i standardy moralne prywatnych obywateli. Zostaną utworzone kanały komunikacji między prywatnymi firmami a stroną w celu informowania o postępach zmian.
businessinsider.com.pl
sobota, 19 września 2020
Wszystko to dzieje się w czasie, gdy moc MbS w domu nigdy nie była tak słaba. Należy pamiętać, że tuż przed pełnym początkiem ostatniej wojny cen ropy, wywołanej przez Arabię Saudyjską, MbS urządził kolejną łapankę na swoich wysokich rangą przeciwników (poprzedni miał miejsce pod koniec 2017 roku w osławionym Ritz-Carlton w Rijadzie).
W ostatniej potyczce wzięli udział książę Ahmed bin Abdulaziz, młodszy brat króla Salmana, oraz książę Mohammed bin Nayef, bratanek króla i były następca tronu. Nastąpiło to po licznych doniesieniach, że stan zdrowia 84-letniego obecnego króla Salmana jest bardzo zły, co spowodowało przepychankę między starszymi członkami królewskiego rodu o sukcesję.
Należy też mieć na uwadze, że MbS nie zawsze był naturalnym następcą króla Salmana. Przed czerwcem 2017 roku (kiedy sukcesja została zmieniona na korzyść MbS), faworytem był książę Mohammed bin Nayef.
Zdolność MbS do polegania na wsparciu długoletniego kluczowego sojusznika Arabii Saudyjskiej - Stanów Zjednoczonych - również budzi poważne wątpliwości po drugiej wojnie cenowej ropy wywołanej przez Arabię Saudyjską w ciągu mniej niż pięciu lat, której celem było zniszczenie lub unieruchomienie amerykańskiego sektora ropy łupkowej.
"Od czasu dojścia do władzy MbS był co najmniej współwinny litanii wielkich błędów, jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, w tym - ale nie tylko - prowadzonej przez Arabię Saudyjską wojny w Jemenie, przymilania się do Rosji w ramach kartelu OPEC+ oraz zabójstwa dysydenta saudyjskiego dziennikarza Jamala Khashoggi, które nawet CIA uznała za osobiste zamówienie MbS" – zaznacza portal oilprice.com.
Jednak ponad wszystko to, zdaniem USA, było zerwaniem podstawowego zaufania między tymi dwoma krajami, które zostało ustanowione w 1945 r. W porozumieniu zawartym między USA a Arabią Saudyjską w sprawie odcinka Bitter Lake Kanału Sueskiego. Porozumienie zawarte między prezydentem USA Franklinem D. Rooseveltem a ówczesnym królem Arabii Saudyjskiej, Abdulazizem, polegało na tym, że USA otrzymają wszystkie potrzebne im dostawy ropy tak długo, jak Arabia Saudyjska będzie miała ropę, w zamian za co USA gwarantowałoby bezpieczeństwo rządzącej dynastii Saudów.
Po wojnie cenowej w latach 2014-2016 umowa ta uległa nieznacznej zmianie, aby uwzględnić amerykańskie oczekiwania, że dom Saudów zapewni, że Arabia Saudyjska nie tylko będzie dostarczać Stanom Zjednoczonym potrzebną im ropę tak długo, jak to możliwe, ale także że pozwoli amerykańskiej branży łupkowej na dalszy wzrost.
Ostatnia wojna cenowa prowadzona przez Rijad spowodowała bankructwo wielu amerykańskich koncernów łupkowych.
energetyka24.com
piątek, 18 września 2020
Przed wyborami w 2016 roku Internet Research Agency – petersburska agencja propagandowa blisko związana z rosyjskim rządem – mogła wykupywać polityczne reklamy na Facebooku, płacąc za nie czasami w rublach i tworzyć fałszywe profile w mediach społecznościowych, które rozpowszechniały kontrowersyjne posty w takich sprawach jak podziały rasowe w Ameryce i traktowanie przez ten kraj imigrantów.
Jednak niektóre z tych drzwi zostały zamknięte.
Po fali krytyki jaka spadła na nie po wyborach w 2016 roku, Facebook, Twitter i należący do Google’a YouTube poświęciły dwa lata na usunięcie milionów dezinformujących postów i fałszywych kont kontrolowanych przez rosyjskich agentów. Firmy te ograniczyły również prokremlowskim mediom możliwość kolportowania swoich newsów w internecie.
Pierwszego września Facebook i Twitter ogłosiły, że nie rezygnują z ograniczania rosyjskich wpływów, likwidując kolejne konta i strony społecznościowe powiązane z Internet Research Agency, które za sprawą fałszywej witryny informacyjnej miały trafiać do postępowych wyborców.
Próbując wymknąć się polowaniu na fałszywe konta IRA wykorzystywała sztuczną inteligencję do tworzenia zdjęć nieistniejących ludzi, następnie budowała ich profile, które później promowały artykuły skierowane do lewicowych wyborców, podały obie firmy. Co jeszcze ciekawsze, IRA zatrudniała dziennikarskich free-lancerów do pisania artykułów dla fikcyjnej strony internetowej PeaceData, promującej wygodne dla Kremla tematy, takie jak ataki na przywódczynię białoruskiej opozycji, Swietłanę Cichanouską i amerykańską politykę zagraniczną wobec Wenezueli.
onet.pl
W komunikacie wyróżniono grupę hakerską Strontium (inna nazwa Fancy Bear), którą uznano za jedno z poważniejszych zagrożeń dla procesów wyborczych w USA. To rosyjski podmiot, jaki Microsoft już wcześniej powiązał z kampaniami mającymi na celu zakłócanie procesów demokratycznych w Stanach Zjednoczonych. „Zidentyfikowano ją (grupę - przyp. red.) jako główną organizację odpowiedzialną za ataki na kampanię prezydencką w 2016 roku” – czytamy w komunikacie firmy.
Cyberataki ze strony Strontium trwają od września 2019 roku do dnia dzisiejszego. Hakerzy podczas operacji – podobnie jak to miało miejsce 4 lata wcześniej – zbierają dane do logowania osób będących celem lub naruszają ich konta, aby w ten sposób móc następnie wykradać dane o znaczeniu wywiadowczym bądź zakłócać określone procesy i operacje.
Działania Strontium zostały wymierzone w ponad 200 organizacji, które są bezpośrednio lub pośrednio związane z nadchodzącymi wyborami oraz w podmioty polityczne działające na terenie Europy. Wśród nich znajdują się: konsultanci współpracujący z Demokratami i Republikanami, think tanki, takie jak The German Marshall Fund of the United States i inne organizacje wspierające, krajowe i stanowe organizacje partyjne w USA, brytyjskie partie polityczne, w tym The European People’s Party.
Kilkumiesięczna obserwacja kampanii hakerskiej pozwoliła specjalistom Microsoftu przypisać złośliwą działalność grupie Strontium. Analiza dodatkowo wykazała, że jej członkowie rozwinęli swoją taktykę od 2016 roku, wprowadzając nowe narzędzia oraz możliwości ukrycia operacji.
„W 2016 roku grupa polegała głównie na spear phishingu, aby przechwytywać dane uwierzytelniające ludzi” – wyjaśniają specjaliści. „W ostatnich miesiącach zaangażowała się w ataki /typu - red./ >brutalnej siły<”.
Ofiarami rosyjskich hakerów są między innymi pracownicy firmy SKDKnickerbocker, odpowiedzialnej za strategię kampanii Joe Bidena. Osoba zaznajomiona za sprawą, która pragnie pozostać anonimowa, wskazała dla agencji Reutera, że hakerzy nie uzyskali dostępu do sieci przedsiębiorstwa. „Są dobrze zabezpieczone, więc nie doszło do incydentu” – podkreśliła.
(...)
Microsoft, badając serię cyberataków na amerykańskie środowisko polityczne, zaobserwował również wysoką aktywność chińskiej grupy Zirconium. Jej głównym zadaniem było zdobycie informacji o organizacjach i podmiotach powiązanych z listopadowymi wyborami w Stanach Zjednoczonych. „Wykryliśmy tysiące ataków między marcem a wrześniem 2020 roku, które wywołały prawie 150 incydentów” – czytamy w komunikacie.
Cele Zirconium w ostatnich miesiącach można podzielić na dwie kategorie. Pierwszą stanowią osoby ściśle związane z kampaniami kandydatów na prezydenta USA oraz ich sztabami. Przykładem mogą być nieudane operacje wymierzone w środowisko Joe Bidena, które odbywały się między innymi za pomocą fikcyjnych kont e-mail. „Grupa zaatakowała również co najmniej jedną prominentną osobę związaną wcześniej z administracją Trumpa” – wskazuje Microsoft.
Druga kategoria obejmuje wybitne osobistości zajmujące się sprawami międzynarodowymi oraz naukowców z ponad 15 uniwersytetów. Hakerzy uderzyli również w organizacje zajmujące się polityką, w tym Atlantic Council i Stimson Center.
„Zirconium używa tak zwanych błędów internetowych lub sygnałów nawigacyjnych w sieci Web, powiązanych z domeną, którą wykupiła i zapełniła treścią” – tłumaczą eksperci. „Następnie wysyła powiązany adres URL w treści wiadomości e-mail lub w załączniku na docelowe konto”.
Microsoft zidentyfikował także wysoką aktywność irańskich hakerów, działających w ramach grupy Phosphorus. Prowadzą oni głównie kampanie cyberszpiegowskie, które są wymierzone w szeroką gamę podmiotów powiązanych z interesami geopolitycznymi, gospodarczymi lub prawami człowieka w regionie Bliskiego Wschodu.
W ostatnim czasie hakerzy usiłowali uzyskać dostęp do kont osobistych lub służbowych osób zaangażowanych bezpośrednio lub pośrednio w wybory prezydenckie w USA. „Od maja do czerwca 2020 roku grupa Phosphorus bezskutecznie próbowała zalogować się na konta urzędników obecnej administracji oraz samego Donalda Trumpa” – podkreślają eksperci amerykańskiego giganta.
cyberdefence24.pl
czwartek, 17 września 2020
Jak zauważają autorzy podręcznika do ekonomii COREO niektóre krzywe statystyczne przypominają położony na płasko kij hokejowy. Przez długi czas biegnie niemal całkiem prosta linia. Dopiero pod koniec osi odciętych „kij” pnie się gwałtownie w górę.
Wskaźnik PKB również przypomina kij hokejowy, jeśli weźmiemy pod uwagę wzrost PKB per capita od czasów Chrystusa do 1820 roku. Aby to zmierzyć, amerykański historyk gospodarki Angus Maddison wykonał iście benedyktyńską pracę. Dowiódł, że od roku 0 do 1820 globalny PKB na głowę wzrósł o około 50 proc.
W Europie było nieco lepiej, ale niewiele. Jak zauważa Johan Norberg współczesny mieszkaniec Mozambiku jest zamożniejszy od mieszkańca Europy Zachodniej w 1820 roku (przy uwzględnieniu siły nabywczej). W książce „Postęp” napisał, że gdyby nawet na początku XIX wieku lub we wcześniejszych stuleciach dochody były „(…) idealnie równo rozłożone na całym świecie (...) oznaczałoby to uniwersalną, skrajną biedę. Przez dużą część historii człowieka większość ludzi prowadziła żywot nędzarzy – porównywalny z żywotem współczesnych mieszkańców Haiti, Liberii czy Zimbabwe”.
Ubóstwo absolutne jest definiowane przez Bank Światowy jako życie za kwotę poniżej 1,9 dolara dziennie – przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej.
W 1820 roku jego wskaźnik grubo przekraczał 90 proc. populacji. Niemal każdy mieszkaniec świata żył zatem w biedzie czy wręcz nędzy. W 1920 roku spadł do ponad 75 proc., a w 1970 wynosił ponad 40 proc. Dziesięć lat później wynosił niecałe 40 proc., przy czym niemal połowa ludzkości cierpiała skrajną nędzę w krajach Azji i Afryki.
W kolejnych dekadach spadek globalnej nędzy okazał się oszałamiający. Jak pisze Norberg, w 2000 roku wskaźnik ubóstwa absolutnego według danych Banku Światowego spadł do ok. 20 proc., by w 2015 roku wynieść 8 proc.
(...)
Europejczycy i Amerykanie zdołali niemal całkowicie pokonać ubóstwo absolutne już w XIX i XX wieku (problemem pozostaje ubóstwo względne), jednak ostatnie kilkadziesiąt lat to przede wszystkim sukces gospodarczy krajów „egzotycznych” – najpierw Japonii, Korei Południowej, Tajwanu, Hongkongu czy Singapuru, a od reform gospodarczych w 1979 roku także i Chin (oraz Indii od otwarcia rynków w 1991 roku).
Skok cywilizacyjny tych krajów jest imponujący. Norberg przypomina, że od 1950 roku PKB Japonii wzrósł o 1100 proc., Indii o 500 proc., a Chin aż o 2000 proc.
(...)
Gwałtowność spadku globalnego ubóstwa w ostatnich dziesięcioleciach (podobnie jak protekcjonalne traktowanie przez Europejczyków państw „egzotycznych”) tłumaczy w znacznej mierze, dlaczego wykształceni ludzie wiedzą o niektórych sprawach na świecie mniej niż szympansy, jak zauważył szwedzki profesor Hans Rosling autor książki „Factfulness”. W znacznej mierze winne jest właśnie (przestarzałe) wykształcenie, a także media lubujące się w przedstawianiu czarnych wizji świata. W efekcie obraz świata wielu współczesnych w kwestii ubóstwa odzwierciedla raczej rzeczywistość lat 70. XX stulecia.
Jak pisze Max Roser, zdumiewający postęp w walce z ubóstwem nie przebił się do powszechnej świadomości. 52 proc. ankietowanych uznaje, że skrajne ubóstwo w ciągu ostatnich 20 lat na świecie wzrosło, a 28 proc. sądzi, że pozostało na tym samym poziomie (lub przyznało się do niewiedzy). Najwięcej prawidłowych odpowiedzi wśród badanych udzielili Chińczycy – co zrozumiałe w świetle rozwoju gospodarczego tego kraju w ostatnich dziesięcioleciach.
Oczywiście nie wszędzie sytuacja jest różowa. Jak podaje Bank Światowy połowa z 730 milionów cierpiących ubóstwo absolutne znajduje się w 5 krajach: Nigerii, Kongo, Bangladeszu, Etiopii i (mimo wszystko wciąż) Indiach. Norberg zauważa, że w 26 państwach – w tym 24 z Afryki Subsaharyjskiej – skrajna bieda dotyczy 4 na 10 osób.
obserwatorfinansowy.pl
środa, 16 września 2020
Adam Andruszkiewicz, wiceminister cyfryzacji, wsławił się dotychczas trzema rzeczami: ma stawiać maszty na biało-czerwone flagi (takie prawdziwe maszty, żadne tam maszty 5G), zdaniem wielu załatwił swojej żonie posadę w państwowej fundacji (zdaniem Andruszkiewicza - nie załatwił) oraz zapowiada od kilku już lat, że polski rząd rozprawi się ze złymi korporacjami cyfrowymi. YouTube, Facebook i Google ponoć bardzo boją się aktywności pana ministra.
Szkopuł w tym, że to rozprawianie się idzie powoli. Na co dowodem jest nowy projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. Stanowić on w znacznej mierze będzie implementację unijnej dyrektywy. Rząd proponuje, by dostawcy platform udostępniania wideo musieli zgłosić, iż prowadzą działalność, Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Zgłoszenie to będzie miało na celu przede wszystkim umożliwienie polskim urzędnikom szybkie dotarcie do osób decyzyjnych w danej platformie, jako że będzie musiało zawierać dane do tzw. szybkiego kontaktu. Ponadto platformy będą musiały wdrożyć rozwiązania techniczne uniemożliwiające małoletnim widzom dostęp do przekazu zagrażającego fizycznemu, psychicznemu lub moralnemu rozwojowi dziecka. Chodzi przede wszystkim o to, by małolat nie mógł samodzielnie odpalić filmów porno oraz klipów, w których krew bryzga po ścianach.
(...)
Oczywiście ktoś teraz może powiedzieć, że przecież YouTube też będzie podlegał pod pewne wymogi, zbliżone do tych obowiązujących w Polsce, tyle że w Irlandii. I tak, i nie. Formalnie bowiem rzeczywiście niemal wszyscy cyfrowi giganci podlegają i będą podlegać pod prawo irlandzkie. W praktyce jednak to iluzja, o czym doskonale wiedzą wszyscy, którzy śledzą model ochrony danych osobowych w Europie. Po ponad dwóch latach od wejścia w życie RODO widać, że technologiczni giganci doskonale sobie poradzili z unijnymi przepisami i w najlepszym razie są w stanie przewlekać prowadzone wobec nich postępowania w nieskończoność.
Dziwnym trafem to właśnie w Irlandii swe europejskie siedziby mają Facebook (wraz z powiązanymi z nim Instagramem i WhatsAppem), Google, Twitter, Apple, Huawei oraz wiele innych znanych, choć może nie tak wielkich korporacji. I całkowitym przypadkiem to właśnie tam funkcjonuje jeden z najmniej wydolnych organów ds. ochrony danych osobowych w Europie. Do niedawna jego siedziba mieściła się w domu-bliźniaku, którego część zajmował sklepik sieci SPAR. Teraz irlandzki urząd się rozrósł. Ma już budżet równy temu, który posiada irlandzki związek wyścigów chartów.
dziennik.pl
Naukowcy analizują bezprecedensowe wysiłki rządu USA podejmowane w czasie II wojny światowej w celu zmobilizowania nauki do działania na rzecz wojny za pośrednictwem nowo utworzonego Biura Badań Naukowych i Rozwoju (Office of Scientific Research and Development, OSRD). OSRD zawarło ponad 2200 umów badawczo-rozwojowych z wykonawcami przemysłowymi i akademickimi, wydając na nie ok. 7,4 mld ówczesnych dolarów. Nakłady OSRD ponad dwukrotnie przekroczyły wcześniejsze wydatki rządu na badania naukowe. Naukowcy wskazują, że inwestycje te miały duży wpływ na kierunek i miejsce powstawania amerykańskich wynalazków oraz na zatrudnienie w sektorze zaawansowanych technologii przemysłowych, wprawiając w ruch siły wynikające z funkcjonowania w dużych skupiskach, które ukształtowały klastry technologiczne epoki powojennej.
Naukowcy korzystają z archiwalnych rejestrów w celu stworzenia zbioru danych dotyczących umów OSRD, zawierającego szczegółowe informacje nt. wykonawców oraz wynalazków i publikacji naukowych, których byli autorami. Łączą te dokumenty z danymi dotyczącymi pełnego rejestru patentów w Stanach Zjednoczonych oraz patentów zagranicznych. Porównują przedwojenne i powojenne patenty w różnych dziedzinach technologii, które otrzymały istotne wsparcie w związku z prowadzonymi działaniami wojennymi. Porównują także stosowanie tego typu patentów w USA i w innych krajach, a także porównują aktywność patentową w okręgach USA, które otrzymały duże i małe zastrzyki finansowe.
Badanie wskazuje na widoczną rozbieżność między USA a innymi krajami sojuszniczymi w ukierunkowaniu technologicznym patentów po II wojnie światowej. Do roku 1970 liczba opatentowanych w USA technologii, na których koncentrowały się badania wspierane przez OSRD, była o ponad 50 proc. większa niż w Wielkiej Brytanii i Francji.
Naukowcy dostrzegają również mocny wpływ na rozkład geograficzny krajowych wynalazków. Kiedy porównują oni okręgi i obszary technologiczne, na których najbardziej koncentrowało się finansowanie OSRD, z tymi, w których działalność badawcza była w mniejszym stopniu wspierana przez OSRD, odkrywają, że liczba wniosków patentowych gwałtownie wzrosła w czasie II wojny światowej, a po zakończeniu konfliktu spadła do poziomu sprzed wojny, by następnie na trwałe poszybować w górę, utrzymując stały wzrost. Wydaje się, że wzrost ten koncentrował się w okręgach, które już przed II wojną światową wykazywały znacznie więcej patentów w tych obszarach technologicznych. Naukowcy dochodzą do wniosku, że wysiłek badawczy z czasów wojny sam z siebie nie stworzył tych klastrów technologicznych, ale uruchomił siły, które doprowadziły do coraz większej kumulacji i pogłębiania się różnic w tworzeniu wynalazków w różnych częściach kraju.
Lokalne systemy badawcze wyrastały w lokalizacji i obszarach technologicznych, w których OSRD koncentrowało swoją działalność, w tym na uniwersytetach, w centrach badawczych finansowanych ze środków federalnych oraz prywatnej wynalazczości. W sektorze telekomunikacji oraz produkcji urządzeń i podzespołów elektronicznych, tj. branżach ściśle związanych z wojennym wysiłkiem badawczym, podwojenie liczby patentów OSRD w latach 40. XX w. skutkowało 60-65 proc. wzrostem zatrudnienia w latach 70. Wydaje się, że wsparcie OSRD zbudowało lokalny potencjał naukowy i technologiczny, co pozwoliło rozwijać lokalną innowacyjność po wojnie, a także przyczyniło się do stworzenia miejsc pracy w powiązanych branżach produkcyjnych.
obserwatorfinansowy.pl
Ani jedna duża marka odzieżowa nie zapewnia godziwych płac wszystkim pracownicom i pracownikom w łańcuchu dostaw - nawet jeśli ci pracują w nadgodzinach. Niemal wszystkie ukrywają adresy fabryk, w których produkowana jest ich odzież. Mają powody.
(...)
Wszyscy zatrudnieni w chińskich fabrykach, łącznie 490 osób, powiedzieli badaczom, że w ostatnim miesiącu wypracowali ponad 100 godzin nadliczbowych (średnio 122) - de facto wszyscy pracują więc na dwóch etatach. Godziwie zarobiły dwie z tych osób.
A do tego normy - czyli minimum pracy, jaką trzeba wykonać, żeby otrzymać wynagrodzenie w pełnej wysokości. Wyśrubowane tak, że większość pracownic i pracowników w trakcie standardowego ośmiogodzinnego dnia pracy jest w stanie zrealizować zaledwie 80 proc. - zostają więc po godzinach, rezygnują z przerw, a nawet wyjść do toalety. Wiele z nich pracuje 27, a nawet 30 dni w miesiącu.
"W jednej z najlepiej zarabiających branż pracownice na końcu łańcucha dostaw nadal wykonują niewolniczą pracę" - piszą autorzy opublikowanego w czwartek przez CCC raportu "Fashion Checker".
(...)
CCC postanowiło zapytać o wynagrodzenia 108 marek odzieżowych. W końcu to dzięki pracy szwaczek w krajach azjatyckich mogą powstać takie fortuny jak np. ta należąca do Amancio Ortegi - twórcy Zary, większościowego udziałowca Inditexu, do którego należy też m.in. Bershka, Pull & Bear czy Massimo Dutti - warta blisko 67 miliardów dolarów (około 251 miliardów złotych).
Odpowiedzi? Aż 35 koncernów nie udzieliło żadnej. Reszta odpowiedziała, ale do powiedzenia miały niewiele.
Spośród 108 marek aż 100 nie ujawniło żadnych informacji o wysokości płac u swoich poddostawców. To m.in. znane sieciówki: Adidas, H&M, Zara czy Primark, który w sierpniu otworzył swój pierwszy sklep w Polsce. Siedmiu z nich udało się dowieść, że godnie wynagradzanych jest do 25 proc. pracowników (m.in. Jack Wolfskin). Tylko jedna - Gucci - twierdzi, że co najmniej 50 proc. jego dostawców płaci swoim pracownicom i pracownikom godnie. Problem? Gucci nie udostępnia publicznie żadnych dowodów, przekonuje za to, że w 95 proc. swoją odzież produkuje we Włoszech. Gdzie dokładnie? Tego Gucci też nie podaje.
A skoro jesteśmy przy fabrykach, w których modowi giganci szyją swoją odzież: łącznie aż 102 marki nie chcą podać nawet ich nazw i adresów. Zrobiło to tylko sześć firm: Benetton, Esprit, Nike, Adidas, H&M i G-Star Raw.
wyborcza.pl
wtorek, 15 września 2020
Jak opisuje w swojej książce "Swiss Made" R. James Breiding, powstanie nowoczesnego przemysłu chemicznego zapoczątkował niejaki William Perkin w Londynie, w 1856 roku. Wynalazł wówczas moweinę, pierwszy syntetyczny barwnik.
W Wielkiej Brytanii jednak mało kto interesował się odkryciem Perkina, bo tamtejsze firmy miały łatwy dostęp do naturalnych barwników. Dla Szwajcarów jednak takie odkrycie było na wagę złota - jako kraj bez dostępu do morza, z handlem morskim zdominowanym przez Wielką Brytanię i Francję, Szwajcarzy mieli problemy z dostępem nie tylko do barwników, ale też drewna, metali, olejów czy paliw. Pewności dostaw nie było, a sytuacja rynkowa zmieniała się z dnia na dzień, m.in. ze względu na zawirowania wojenne.
Dlatego też, wyjaśnia Breiding, "od początku rewolucji chemicznej Szwajcarzy byli jednym z jej największych beneficjentów". I szybko odkryli nowe i o wiele ważniejsze zastosowania moweiny: farmaceutyczne i przemysłowe. Potem stosowano ją m.in. w środkach antybakteryjnych.
(...)
Inne wykorzystanie moweiny niż jako barwnik to był jednak dopiero początek innowacyjności w szwajcarskiej chemii. Jedną z immanentnych cech farmaceutyki w tym kraju była innowacyjność. Jak opisuje Breiding, Szwajcarzy nie starali się zastępować starych rzeczy nowymi, ale tworzyli zupełnie nowe zapotrzebowanie.
Tak było m.in. z valium, popularnym lekiem na uspokojenie. Konkurencja z USA w postaci Wallace Pharmaceuticals już w latach 50. pokazała lek uspokajający. Roche chciał stworzyć coś podobnego, ale tak, by nie naruszyć patentu Amerykanów. Po wielu latach pracy, w 1960 roku zarejestrowano w USA valium, które szybko stało się hitem:
- Od 1969 do 1982 roku był to najczęściej przepisywany lek w USA.
- W 1978 roku sprzedano rekordowe 2,3 mld tabletek.
- Valium było pierwszym tzw. "blockbuster drugs", czyli bestsellerem wśród leków, który przynosił Roche'owi ponad miliard dolarów rocznie przez niemal 20 lat.
- Roche odniósł też spektakularny sukces na innym polu: witamin. W 1933 roku firma odkupiła patent na syntezę witaminy C i miała go jako pierwsza na świecie.
W ten sposób Roche stworzył rynek suplementów i profilaktyki zdrowotnej, którego zresztą stał się potentatem. Jak opisuje Breiding w "Swiss Made", Szwajcarzy przodowali w produkcji witamin A, B1, B2 i K1 i oczywiście C, która to była ich flagowym produktem aż do lat 90. XX wieku.
(...)
Warto przy tym podkreślić, że cały ten rozwój dokonywał się bardzo szybko. Sandoz, przez lata lider farmaceutyki, który dziś jest częścią grupy Novartis, powstał w 1857 roku jako Kern&Sandoz i specjalizował się w produkcji barwników.
Jako pierwszy tylko na farmacji skupił się Hoffman-La Roche, założony w 1896 roku. Podobnie swój profil działalności zmieniło Ciba-Geigy, która na skutek fuzji z Sandozem w 2003 roku stała się Novartisem.
"U schyłku XIX wieku stało się jasne, że produkcja środków farmaceutycznych będzie doskonałym biznesem" - podkreśla Breiding. Szwajcarzy dostrzegli ten potencjał o wiele szybciej niż inni, dzięki czemu mogli łatwiej podbić globalny rynek.
Uczciwie jednak trzeba powiedzieć, że do tego dynamicznego rozwoju szwajcarskich firm farmaceutycznych przyczyniły się również wojny. Jak opisuje Breiding: "Wojna przyniosła także ogromne zapotrzebowanie na środki antyseptyczne, przeciwbólowe, przeciwzapalne, przeciwgorączkowe czy uspokajające".
"W latach 1913-1920 szwajcarski eksport środków chemicznych wzrósł siedmiokrotnie" - pisze Breiding. Tylko Sandoz wówczas zwiększył sprzedaż z 6 milionów franków w 1914 r. do 37 milionów franków w 1917 roku. I nic dziwnego, bo jak dodaje autor, w latach 30. XX wieku lekarze używali jeszcze około tuzina środków, w latach 60. było to już ponad 2 tys. medykamentów.
businessinsider.com.pl
poniedziałek, 14 września 2020
Mateusz Ratajczak, Wirtualna Polska: Była wojna o technologie, będzie wojna o odpowiedzialność? Za wirusa, za epidemię.
Dr Michał Bogusz, Ośrodek Studiów Wschodnich: W kwestii sporu na linii Zachód-Chiny jedno się nie zmienia. To jest oczywista niechęć i oczywista, stała rywalizacja. Cała reszta jest tylko elementem gry.
I koronawirus stał się elementem tej potyczki. Z jednej strony Chiny wybielają siebie i swoje błędy na początku epidemii, z drugiej Donald Trump wyciąga działa i wielokrotnie podkreśla, skąd wirus przywędrował i kto był "źródłem problemu". Nie wspomina przy tym o swoich pomyłkach. Tymczasem oczywiście w tej sprawie obie strony popełniły błędy.
Popełnić błędy to jedno, ale oskarżenie jest jasne: Chiny tuszowały sprawę, a gdyby tego nie robiły, to cały świat zareagowałby lepiej.
I jest w tym wiele prawdy. Nie jest tajemnicą, że Pekin z jednej strony uspokajał, a z drugiej masowo wykupywał środki indywidualnej ochrony personelu medycznego, co zachwiało dostawami na całym świecie. A przyszedł moment, że to reszta świata potrzebowała tego sprzętu. W tym czasie chińskie przedsiębiorstwa i chińska diaspora na świecie już dawno były po zakupach.
Nie jest tajemnicą, że wyniki badań chińskich naukowców nad DNA wirusa zostały przekazane światu tydzień po ich opracowaniu. I to w czasie, gdy zagraniczne laboratoria już same tego dokonały.
Nie jest też tajemnicą, że "chińscy specjaliści", którzy mieli pomagać dość szybko wyjechali, a na pierwszej linii frontu walki z wirusem w większości nigdy się nie znaleźli.
Za to są sygnały, że jednym z ich celów było zbliżenie się do laboratoriów, do wyników badań w krytycznych instytutach walczących z koronawirusem. Można było oczekiwać, że pokażą europejskim lekarzom, jak się walczyć z epidemią, a nie będą chcieli zdobywać informacji o postępie badań.
W mediach za to chińscy eksperci pytali wprost: dlaczego nie zamykacie kraju, dlaczego działacie tak późno?
I nie uważa pan, że to jest wspaniały obrazek propagandowy? My - Chiny, radzimy sobie i znamy odpowiedź na ten i wiele innych problemów. Oni - Zachód, są w kryzysie, nie potrafią się na nic zdecydować.
I to jest doskonały obrazek nie tylko dla propagandy wewnętrznej, ale również dla krajów, które nie do końca są w stanie zdecydować z kim wolą współpracować.
(...)
Światowej zgody po epidemii nie powinniśmy się spodziewać?
Zdecydowanie nie. Chiny zawsze traktowały Zachód podejrzliwie i zawsze żyły w przekonaniu, że to Zachód jest największym zagrożeniem dla trwałości władzy Komunistycznej Partii Chin (KPCh). I do dziś chińscy politycy żyją w przekonaniu, że długotrwałym celem Zachodu jest zniszczenie partii.
I epidemia tego nie zmieniła. Choć przecież Zachód najpierw wysyłał sprzęt medyczny do Chin, pomagał na początku roku.
Nie, to spojrzenie się nie zmieni. Można od kilku lat zaobserwować inną zmianę. KPCh przez lata była nastawiona defensywnie, na odpieranie ataków i działania wewnętrzne. To się zmieniło po kryzysie finansowym 2008 roku. Pokazał on, że finansowe podwaliny świata zachodniego nie są trwałe. KPCh uznała, że walka o dominację jeszcze się nie skończyła.
I sądzę, że epidemia będzie kolejną zachętą. Jestem przekonany, że w ciągu najbliższych kilku lat Chiny jeszcze bardziej wyjdą do świata ze swoim modelem rozwoju, także modelem politycznym.
A co w tym Zachodzie jest takiego złego, że Chiny traktują nas konfrontacyjnie?
Jesteśmy zagrożeniem. Świadczy o tym na przykład trwałość systemów politycznych w Europie. To jest coś, co w Chinach budzi ogromne obawy. Na Zachodzie władza wymienia się cyklicznie, dynamicznie. Przychodzą kryzysy, ale podwaliny zachodniego modelu państwa nie zmieniają się. To znaczy, że partia - każda partia - jest tylko chwilą na długiej osi czasu istnienia państwa.
W Chinach państwo to partia, a partia to państwo. Co by się stało, gdyby podobnie zaczęli myśleć Chińczycy? Jak nie rządy tych, to rządy innych. W kraju, w którym ta sama organizacja rządzi od ponad siedmiu dekad, to może budzić obawy. I budzi. Zachód - w ocenie Pekinu - może im dać tylko "ideologiczną zarazę", która odwróci obywateli od partii.
Przez tyle lat żadna "ideologiczna zaraza" z Zachodu do Chin nie dotarła, więc skąd te obawy?
Ależ z ich perspektywy ona była! Protesty na placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 roku to właśnie - w ich ocenie - zaraza. To, co dzieje się od roku w Hongkongu, to jest w ich ocenie dokładnie to samo.
Proszę mi powiedzieć, po co Chinom cenzura? Dlaczego obywatele Chin nie mogą oglądać zagranicznych kanałów, dlaczego nie mogą korzystać z zagranicznych serwisów, dlaczego nie mają dostępu do map z całego świata? To zapobieganie. To obrona przed myślami z Zachodu. Partia boi się, że utraci kontrole nad sposobem myślenia Chińczyków.
Epidemia to zresztą dobry moment, by "wycisnąć więcej". Są sygnały, że część osób została poddana kwarantannie tylko po to, aby ograniczyć ich aktywność publiczną. Teraz trwa próba przekształcenia kryzysu w sukces polityczny. A to może nawet wzmocnić reżim.
Chiny chcą się dziś pokazywać jednak inaczej. Z przodu jest biznesowa twarz Pekinu, są wielkie firmy technologiczne, są innowacje, są miasta wieżowców. Gdy zwiedzałem Shenzen to trudno mi było uwierzyć, że chodzę po byłej wiosce rybackiej. Wieżowiec na wieżowcu, auto elektryczne na aucie elektrycznym. A do tego szpitale budują w 10 dni. I w pewnym momencie wpuścili nawet dziennikarzy do centrum epidemii.
I szybko zostali wycofani.
Chiński sukces gospodarczy odbije się Chińczykom czkawką. Wielki wzrost gospodarczy z ostatnich lat oparty jest na kosmicznym zadłużaniu się. I skala tego zadłużenia z każdym rokiem rośnie. Większość wzrostu gospodarczego PKB jest wygenerowana przez gigantyczne inwestycje infrastrukturalne.
Gdy inwestycje się skończą, to skończy się wzrost gospodarczy. Zresztą Chiny pod tym względem doszły już do ściany.
Gdy wybudujemy autostrady pomiędzy gospodarczymi ośrodkami w Niemczech i Polsce to zakładamy, że ta inwestycja się nam zwróci - nie poprzez opłaty na drodze, ale przez wymianę gospodarką, przez mobilność pracowników, przez szybki transport towarów. Chiny są w punkcie, gdy autostrady budują teraz już pomiędzy wioskami.
Może myślą przyszłościowo?
Pompują inwestycje, bo inaczej sami sobie odetną prąd. Mówił pan o szpitalach i budowie w 10 dni. Gdy pierwszy raz byłem w Chinach to byłem również zafascynowany. Fascynacja mija, gdy się spędzi trochę czasu w tych budynkach. Średni okres przydatności budynku wynosi 20 lat. Po tym czasie powinien zostać rozebrany i zbudowany na nowo. Liczba niedoróbek jest wręcz niesamowita.
Przykłady? Po pewnym czasie zauważa się dopiero, że jesteśmy na północy Chin, gdzie są niskie temperatury, a okna mają tylko pojedyncze szyby. Zimą to czuć. Zauważa się, że system kanalizacji notorycznie się zatyka. Tu coś odpada, tu czegoś nie ma.
Zachwyty są zrozumiałe, ale… to często jest iluzja. Globalne znaczenie chińskiej gospodarki jest oczywiście duże. Ale nie ulegajmy mitom, które Pekinowi bardzo pasują. Mitem jest, że to oni pokazują, jak się żyje dobrze.
Chiny doskonale wiedzą, że ich model rozwoju gospodarczego nieuchronnie zmierza ku końcowi. Rozumieją, żeby uniknąć "odcięcia" przez Zachód, muszą wskoczyć na wyższy poziom w łańcuchach dostaw, muszą zmienić swoje miejsce w międzynarodowej układance. Tylko wtedy mogą być zabezpieczeni. Dziś mogą tylko z roku na rok inwestować więcej.
Ale to wąż zjadający własny ogon, kiedyś dojdzie (...) do kresu możliwości.
I jak oni widzą swoją rolę na świecie?
Chcą wpływać na cały świat i mieć decydujący głos. To jest ich bezpieczeństwo. W innym układzie po pandemii może nowym motorem napędzającym produkcję będą Indie? Lub niektóre kraje afrykańskie? Skoro raz fabryki mogły powstawać w Chinach, to mogą też gdzieś indziej. Dlatego Pekin chce decydować o losach świata, by takie zmiany go nie zaskoczyły i aby miał nad nimi kontrolę.
Ale wojen nikomu nie wypowiadają. Konfliktów zbrojnych nie planują.
Nie muszą. Wystarczy, że będą odgrywać coraz większą, a w końcu dominującą, rolę w światowych organizacjach. To jest dobry punkt wyjścia do kształtowania rzeczywistości pod siebie.
Światowe organizacje i agencje? Nie brzmi to… groźnie.
Handel, patenty i normy w jednej ręce? Wręcz przeciwnie. Konflikt, o którym rozmawiamy, dotyczy tego, kto będzie kształtował standardy i normy. Na razie skupiliśmy się na standardach politycznych, etycznych, moralnych, ale przecież są jeszcze normy gospodarcze, normy techniczne.
Przy produkcji najzwyklejszego tostera do spełnienia są dziesiątki wymagań technicznych. Dotyczących temperatury, bezpieczników, jakości plastiku, metalu. Ten, kto o tym decyduje, wpływa na świat gospodarczy.
(...)
Chiny cieszą się, gdy widzą to, co się dzieje w tej chwili w USA i Europie? Cieszą się nie pod względem ludzkim, ale politycznym.
Wręcz przeciwnie. Są przerażeni.
Przerażeni? Przecież cały czas rozmawiamy o tym, że chcą dominować. Problemy świata zachodniego to dobry moment, by wyjść do przodu.
Są przerażeni tym, że Zachód obudzi się gospodarczo i zacznie przenosić produkcję z Chin w inne rejony świata lub po prostu do siebie. Epidemia koronawirusa pokazała, że produkty - które określilibyśmy mianem strategicznych - to także najprostsze maski chirurgiczne, to przyłbice, to podstawowy sprzęt medyczny. Do tej pory nie przeszkadzało nam, że produkowane są w Chinach. Dziś każdy kraj na świecie zastanawia się, jak zabezpieczyć produkcję u siebie.
Są przerażeni tym, że Zachód może chcieć dywersyfikować źródła dostaw. Są przerażeni tym, jak bardzo maleje popyt na chińskie produkty. Są przerażeni tym, że świat będzie przenosił część miejsc pracy w inne regiony. To dla Pekinu, wciąż budującego swoje znaczenie gospodarcze, jest ogromny problem.
Z drugiej strony nie można ukrywać, że dla Pekinu część procesów dotykających Zachód jest korzystna. Pekin jest przekonany, że Zachód w kryzysie, to Zachód mniej zdolny do zmian, mniej chętny do nich. Kluczowe jest w jakim stanie Zachód wyjdzie z kryzysu.
Chyba możemy się zgodzić, że w tym przekonaniu o kryzysie Zachodu jest trochę racji. I mówimy o tym w momencie, gdy w USA i w wielu krajach Europy trwają regularne zamieszki na ulicach.
Świat Zachodu jest w… permanentnym kryzysie od zawsze. W II wieku przed naszą erą problemem Rzymu było to, że młodzież zaczyna czytać greckich filozofów. A podziwianie nagich rzeźb było już dla niektórych pewnym sygnałem, że nadchodzi kres cywilizacji zachodniej.
Wcześniej sam Platon w Grecji był przekonany, że młodzież, która zajmuje się czytaniem i pisaniem, a nie zapamiętywaniem tradycyjnych tekstów, jest skazana na zagładę.
Cywilizacyjnie jesteśmy przekonani, że jest nam źle i lepiej to już było?
Odrobinę tak. Zachód jest u podstaw zbudowany na kryzysach - każdy kolejny kryzys przynosi rozwój, odnowę, zmianę. Zachód rozwija się poprzez kryzysy. W Azji, a właściwie to w kulturach konfucjańskich, standardem jest za to usztywnienie, konserwowanie obecnego stanu rzeczy.
Dlatego z grzebaniem świata zachodniego byłbym ostrożny. Oczywiście, przeżywamy kryzysy i nie można udawać, że tak nie jest. Nie jest to jednak sytuacja nowa.
(...)
Napięte stosunki na linii Zachód - Chiny nie prowadzi jednak do wojny. Taka wizja nawet się nie pojawia na całe szczęście.
Nie, nie. Nie prowadzi też raczej do sytuacji bliskiej zimnej wojnie, chociaż na pewnych szczeblach ona ma miejsce. Sądzę, że to będzie raczej wyścig kolosów na glinianych nogach, które walczą ze swoimi problemami. Ten, kto rozwiąże pierwszy swoje problemy, wygra.
Jednego nie rozumiem. Skoro w ciągu trzech dekad Chiny nieustannie się rozwijają, to - przynajmniej w teorii - powinna się tam pojawić klasa wykształcona, klasa sukcesu, która chce czegoś więcej. Powinni tam być ludzie, którym kamera na każdym skrzyżowaniu, a tak przecież jest w wielu miastach, nie odpowiada. Jeżdżą po świecie, widzą inną rzeczywistość. Nie powiem, że to ludzie, którzy będą żądać demokracji, ale chociaż demokratyzacji swojego życia.
Popełnia pan błąd wielu dyplomatów i wielu prezydentów USA.
Nie brzmi to źle.
Odwołuje się pan do iluzji, którą elity na Zachodzie stworzyły za prezydentury Richarda Nixona. I ta iluzja polega na tym, że rozwój i wzrost bogactwa w pewnym momencie doprowadzi właśnie do demokratyzacji Chin. I to nie była iluzja bezpodstawna: to scenariusz Tajwanu, to scenariusz Korei Południowej czy Malezji.
Po wielu latach spędzonych w Chinach stworzyłem dla siebie takie określenie jak kolonizacja wewnętrzna. A to właśnie na niej oparty jest sukces Chin, w tym sukces gospodarczy.
Kolonizacja wewnętrzna?
Dzięki systemowi paszportyzacji wewnętrznej, czyli z chińskiego hukou, powstała grupa 300-350 mln osób, które nie mają prawa osiedlić się w mieście i nie mają tam żadnych praw obywatelskich. To była grupa najtańszych pracowników, którzy naprawdę pracowali za przysłowiową miskę ryżu. To migrujący mieszkańcy wsi.
Hukou powstał niemal 60 lat temu i miał być sposobem na kontrolowanie populacji w miastach. W czasie reform gospodarczych stał się jednak systemem gigantycznego wyzysku. Migrujący robotnicy nie mieli długo nawet opieki medycznej, ich dzieci nie mają dostępu do publicznej szkoły.
Formalnie nie powinni byli w ogóle opuszczać swojego miejsca zamieszkania na dłużej niż kilka tygodni. Opuścili je jednak, bo żyli w gigantycznej biedzie, więc migrują i podejmują pracę.
Chińska klasa średnia, o której pan mówi, zbudowała się w oparciu o wyzysk tych ludzi. Stało się to głównie w latach 80. i 90. ubiegłego wieku. Gwarancją tego systemu jest KPCh, która co prawda od lat opowiada się za zmianami, ale zmiany następują powoli. Klasa, która miałaby podnieść rękę na władze, wzbogaciła się dzięki tej władzy.
(...)
I klasa średnia nie przeciwstawi się gwarantowi układu, który zapewnia źródło zarobków.
Trudno spekulować, kiedy się to może zmienić. Na dziś to fantazje.
Chiny zbudowały wokół siebie wiele mitów, które przykrywają prawdę o tym kraju. Jest mit planowania i myślenia o przyszłości, ale również mit firm prywatnych, mit innej gospodarki prywatnej.
W Chinach nie ma własności prywatnej środków produkcji, więc gdy mówimy o firmach, to co najwyżej mówimy o prywatnym zarządzaniu nimi, a nie o byciu właścicielem. Nie ma wolnego rynku, a jedynie wykorzystanie elementów wolnorynkowych. Nie ma kapitalizmu, ponieważ nie ma prywatnej własności ziemi. Odebranie zarządzającemu firmy nie stanowi problemu.
Więc o jakiej własności mówimy? Gdy ktoś sprzedaje udziały w firmie, to realnie sprzedaje tylko udział w prawie zarządzania i czerpania zysku z tej firmy. Na żadnym etapie nie był jednak prawdziwym właścicielem w naszym rozumieniu tego słowa.
wp.pl




















