czwartek, 30 lipca 2020
Problem z Pegasusem, pomijając psychologiczne oddziaływanie takich terminów jak służby specjalne, polega na tym, że nie jest narzędziem wykorzystywanym powszechnie. Uniemożliwia to jego dokładną analizę, a przez to wyeliminowanie wykorzystywanych luk. Przypomnijmy sobie teraz choćby trojan bankowy Emotet, który siał spustoszenie w pierwszej połowie br. Jako że trafił na ponad 1 mld komputerów, ekstrakcja i dodanie odpowiednich sygnatur do oprogramowania antywirusowego poszły jak po maśle. Został dość szybko rozbrojony. Dzisiaj nawet Gmail wycina załączniki służące do dystrybucji Emoteta. Słychać wprawdzie przebąkiwania o nowych wersjach, ale „na mieście” w tym temacie panuje raczej spokój.
Pegasus nie powstał jako broń masowego rażenia. Jest wykorzystywany wyłącznie przeciwko konkretnym osobom. Świadczy o tym dobitnie fakt, że choć stworzono go w roku 2013, na pierwsze wzmianki w mediach musieliśmy czekać aż trzy lata, a liczba udokumentowanych ataków wciąż jest maksymalnie dwucyfrowa. Przy czym porażająca skuteczność wynika z użycia tzw. luk zero-day, a więc błędów bezpieczeństwa nieznanych ani Google, ani Apple.
Teraz – związek przyczynowy. Gdyby Pegasus został wykorzystany w globalnej kampanii przeciwko milionom obywateli danego kraju, to jego sztuczki zostałyby szybko rozpracowane. Producenci wydaliby stosowne aktualizacje; luki zero-day przestały takowymi być, a sam trojan utraciłby efektywność. Tak właśnie stało się w latach 2016 i 2017, gdy ówczesna wersja Pegasusa wyciekła, a w konsekwencji wydane zostały iOS 9.3.5 oraz poprawka bezpieczeństwa Androida z kwietnia 2017 unieszkodliwiające izraelskiego szkodnika w tamtym momencie.
dobreprogramy.pl
Propaganda musi się odwoływać do podstawowych potrzeb psychologiczno-duchowych i społecznych, które we współczesnym świecie często są niezaspokojone z powodu coraz słabszego wpływu religii, rodziny i tradycyjnych ról kulturowych.
Podstawowe założenie jest takie, że współczesne dziecko mass mediów w wieku od 8 do 80 lat jest ciekawą hybrydą neurotycznej niepewności i solipsystycznej egomanii. Pozbawione korzeni, będące w większym stopniu usłużnym konsumentem niż stanowczym obywatelem, nie ma wrodzonej orientacji społecznej ani silnego poczucia tożsamości i przynależności czy osobistej władzy. Masowe społeczeństwo nie potrafi zaspokoić jego podstawowych potrzeb, dlatego dziecko mass mediów wciąż jest niezadowolone i zawsze czegoś pragnie. To szczególnie dotyczy młodych ludzi, którzy nie umieją wytyczyć sobie długofalowych celów i nie wiedzą, dokąd zmierzają. Wciąż są oszukiwani, karmieni substytutami i atakowani bodźcami z zewnątrz. To, co jest w zasięgu ich ręki, nie posiada zazwyczaj żadnego wymiaru duchowego. Media zasypują ich słodkościami, które mają im zastąpić solidny posiłek, ale oni tak naprawdę pragną mięsa. Współczesne popularne hasła mówiące o „odnajdywaniu samego siebie” czy „kryzysie tożsamości” prawdopodobnie brzmiałyby absurdalnie dla przedstawicieli tradycyjnych społeczeństw (i pewnie nadal tak brzmią dla imigrantów z mniej rozwiniętych miejsc na świecie i społecznych zaścianków Ameryki). Niektórzy ludzie wciąż wychowują dzieci osobiście: rozmawiają z nimi, opowiadają im historie, przekazują tradycję, uczą różnych umiejętności życiowych i zawodowych, a nie po prostu wpychają w tryby systemów edukacji publicznej i mediów, będących źródłem masowej instytucjonalnej indoktrynacji. Przedstawiciele tradycyjnych społeczeństw wiedzą, kim są, ponieważ ich społeczny kontekst w dużym stopniu ich definiuje, a przynajmniej stanowi solidny fundament ich tożsamości. W dawnych czasach, gdy mężczyzna był stolarzem, to uczył swojego fachu dzieci, a te uczyły swoje dzieci i tak dalej, przez wiele pokoleń. Jednak dziś jest zupełnie inaczej. Dzieci najpierw uczą się w publicznych szkołach do 18. roku życia (lub dłużej), a potem szukają pracy w pobliżu miejsca zamieszkania. Gdy mają już stałą pracę, dołączają do wielkiej, szarej masy podatników i zaczynają rozpaczliwie poszukiwać własnej tożsamości, wartości i swojego miejsca na Ziemi. Kiedy to im się nie uda, stają się klientami państwa — kończą w więzieniu, na zasiłku albo jako bezdomni (którzy również mogą liczyć na wsparcie ze strony państwa). Dryfują na falach życia. Są samotni w tłumie (to kolejny wyświechtany frazes opisujący sytuację dzisiejszego człowieka). (...)
Jest jednak pewien irytujący paradoks, który można zaobserwować w dzisiejszym masowym społeczeństwie. Mimo że człowiek jest tak naprawdę tylko małą kropką w wielkim tłumie, uczy się go, aby uważał się za kogoś wyjątkowego i nietykalnego. Jego głos w wyborach (a więc też jego opinia) ma duże znaczenie dla społeczeństwa, dlatego musi podlegać socjalizacji. Nie jest trudno go do tego przekonać, zwłaszcza jeśli pomogą w tym propagandyści, którzy skupiają się na zaganianiu ludzi do urn wyborczych. Nasz przykładowy człowiek ma opinię na każdy temat — co jest zadziwiające. Oddając swój głos albo wyrażając opinię, sprawia, że inni go słuchają i traktują jako kogoś ważnego (jest to przekonanie podobne do tego, że sam Bóg i wszyscy jego święci wysłuchują uważnie modlitw każdego człowieka). Zgodnie z tym, co mówią popularne poradniki (chętnie kupowane przez ludzi, którzy desperacko potrzebują pomocy i chcą, żeby ktoś pokazał im drogę), masowy indywidualista może być wszystkim, czym tylko zechce. Jednak czy to tak naprawdę nie oznacza, że w rzeczywistości nie jest on nikim szczególnym? Nauczono go myśleć o sobie jako świętej, szczególnej, wyjątkowej jednostce — i podobnie uczyniono z setkami milionów innych ludzi, mniej lub bardziej do niego podobnych. Na tym polega cały paradoks: osoba, która jest wszystkim i ma niezbywalne prawo do pogoni za szczęściem, będąca centrum wszechświata, jednocześnie nie jest niczym więcej jak pracą, którą wykonuje — a może nawet czymś jeszcze mniej.
Brian Anse Patrick — 10 przykazań propagandy
Jak do tego doszło? W dość prosty sposób. Do lat 80. XX w. rybacy łowili tyle ryb, ile chcieli. Jednak w części łowisk – w ślad za rosnącym popytem na rybie mięso – zaczęto łowić ich zbyt dużo, rabunkowo. Nawet w Europie, na Morzu Śródziemnym, np. w Grecji, dochodziło do tego, że rybacy wysadzali w wodzie dynamit, by w ten sposób ogłuszyć ryby i ułatwić sobie połów.
Innymi słowy w niektórych miejscach ryb łowiono tak dużo, że ławice nie były w stanie w pełni się odtwarzać i z tego powodu ryb zaczęło najpierw tam ubywać, a potem brakować. I to dlatego np. nad Morzem Śródziemnym ryby przestały być tanie.
Pod koniec lat 80. XX w. pojawił się postulat, by rybołówstwo uregulować, poddać kontroli i ograniczeniom ilość łowionych ryb. W takim stopniu, żeby w łowiskach ich nie ubywało.
W tym celu w 1995 r. państwa członkowskie FAO przyjęły dokument o nazwie Kodeks Postępowania na rzecz Odpowiedzialnego Rybołówstwa. Ów kodeks zawierał zasady i standardy wykorzystywania zasobów ryb i owoców morza – tak, aby te zasoby mogły się odnawiać, aby rybołówstwo uczynić sektorem zrównoważonym i proekologicznym.
Od tego czasu światowe rybołówstwo zaczęło się cywilizować i „ekologizować”, w wielu krajach i regionach wprowadzano limity połowów poszczególnych gatunków ryb. Po to, żeby ich populacje nie kurczyły się. W UE takie regulacje przyjmowano na poziomie unijnym i oznaczały one m.in. ograniczenie połowów dorsza na Morzu Bałtyckim. Bo dorszy w Bałtyku było coraz mniej, więc ograniczenia w ich połowach – mimo protestów rybaków – były koniecznością.
Niestety, tylko część krajów przyjęła takie regulacje i limity połowowe, a na dodatek w niektórych z tych państw owe przepisy były nieskuteczne. W rezultacie liczba „przełowionych” akwenów w ostatnich trzech dekadach nadal rosła, przybywało łowisk z malejącą ilością ryb.
Według danych FAO w 1990 r. odsetek łowisk na „zrównoważonym biologicznie poziomie” – czyli tych nie „przełowionych” – wynosił 90 proc., a w 2017 r. już 65,8 proc. Z drugiej strony aż 78,7 proc. złowionych ryb pochodzi z łowisk, gdzie można mówić o rybołówstwie zrównoważonym. Jednak batalia o to, by dzikich ryb nie ubywało, wciąż nie zakończyła się.
Najciekawsze jest to, że najbardziej „przełowione” na świecie akweny to dwa europejskie morza: Śródziemne i Czarne, gdzie liczba „przełowionych łowisk” sięga 62,6 proc., a także południowowschodni Pacyfik (54,5 proc.) i południowozachodni Atlantyk (53,3 proc.). Czyli te akweny, po których byśmy tego się nie spodziewali, może za wyjątkiem wyżej wspomnianej części Atlantyku.
Można by więc powiedzieć, że Europa „przełowiła” dwa ze swych mórz, przez co teraz jest skazana na import ryb z Azji czy Afryki, i to głównie tych hodowlanych.
obserwatorfinansowy.pl
poniedziałek, 27 lipca 2020
- Jednym z nieodłącznych elementów rosyjskiego wpływu w Wielkiej Brytanii są kampanie dezinformacyjne. Jakie są główne narracje rosyjskich operacji informacyjno-psychologicznych?
Wielka Brytania jest jednym z głównych celów takich operacji. Rosjanie próbowali ingerować w referendum dot. niepodległości Szkocji, szerząc fałszywe teorie spiskowe, że było ono sfałszowane starając się w ten sposób wpłynąć na opinię publiczną w Szkocji. To jeden z wielu przypadków, ale z pewnością nie najpoważniejszy. Warto też zauważyć, że rosyjskie podmioty propagandowe takie jak RT i Sputnik nie mają dużego wpływu na sferę informacyjną Wielkiej Brytanii. Mamy bardzo silny system informacyjny i dlatego dezinformacja jest w dużej mierze nieefektywna i działa najwyżej na osoby, które bardzo mało czytają i generalnie nie interesują się tym co się dzieje.
Dezinformacja jest skuteczna w tych państwach, które mają słabe systemy medialne, a to z pewnością nie ma miejsca w Wielkiej Brytanii. Nie zaobserwowałem znaczących kampanii informacyjnych zakończonych powodzeniem, co oczywiście nie znaczy, że nie powinniśmy się im przyglądać i badać. Może Rosjanie stoją za ruchem antyszczepionkowym, teoriami spiskowymi o koronawirusie czy protestami przeciwko 5G? Jeżeli nie zbadamy tych spraw nigdy się nie przekonamy.
- Z tego co Pan powiedział, wynika, że Wielka Brytania jest dobrze przygotowana na walkę z dezinformacją. Czego Polska może nauczyć się z brytyjskich doświadczeń, aby lepiej przygotować się na walkę z dezinformacją?
Po pierwsze trzeba pamiętać, że operacje informacyjne nie dzieją się w próżni tylko wykorzystują pewne napięcia i podziały zaistniałe w społeczeństwie. Kreml uzyskuje przewagę zawsze tam, gdzie jest bardzo głęboka polaryzacja polityczna jak np. w przypadku Brexitu czy wyboru Trumpa na prezydenta. Polaryzacja powoduje, że zanika poczucie wspólnoty, zaufania do rządu i tym samym zmniejsza się odporność na działania informacyjne. Ludzie zaczynają uważać, że największym przeciwnikiem nie jest jakiś zagraniczny podmiot, ale przeciwnicy polityczni w kraju. Dlatego uważam, że w Polsce obie strony sporu politycznego powinny znaleźć jakaś nić porozumienia i platformę dialogu, która umożliwi zmniejszenie tej polaryzacji. Szczególnie ważne jest również przywrócenie mediów publicznych jako platformy dialogu oraz obiektywnego źródła pozwalającego zrozumieć wydarzenia, które mają miejsce w kraju i zagranicą. Rosnąca i pogłębiająca się polaryzacja powinna być traktowana jako wyzwanie dla bezpieczeństwa narodowego.
cyberdefence24.pl
Od 2014 r. w Rosji nastąpił radykalny spadek liczby aktów terrorystycznych. Jak to można wytłumaczyć?
Tutaj mam dwie teorie. Na początku 2014 r. w Rosji w Soczi odbyły się Igrzyska Olimpijskie. Aby mogło do nich dojść, a przede wszystkim, żeby do kraju Władimira Putina przyjechali zagraniczni goście i kibice z całego świata, na terenie Federacji, a przede wszystkim Północnego Kaukazu, musiał być „spokój”. Jeżeli przyjmiemy tezę, o której piszę w swojej książce, że część zamachów mogła być inspirowana przez rosyjskie służby, to dość skokowe zahamowanie aktów terrorystycznych było logiczne. Oto Rosja pokazuje całemu światu, że rozprawiła się z bandytami i mordercami, i że goście będą bezpieczni. Problemu nie ma. Ustaje więc wsparcie dla radykałów, którzy nawet mogli nie mieć o tym pojęcia (tzn. że są częścią gry służb) i ostateczne rozprawienie się z grupami terrorystycznymi, nad którymi służby miały kontrolę.
Kreml grał zamachami?
Proszę mnie dobrze zrozumieć, mówię jedynie o możliwym częściowym kontrolowaniu terrorystów, bo trudno byłoby obronić tezę, że oto w jednym z europejskich krajów władza skazuje na śmierć tysiące niewinnych osób kolaborując przy tym ze zbrodniarzami. Większość zamachów była dziełem i pomysłem od początku do końca realizowanym przez złych ludzi, którzy na cel wzięli sobie państwo rosyjskie, a zdarzały się także zamachy, jak opisywany przeze mnie wybuch w Małgobeku w sierpniu 2012, będące po prostu klanowo – bandyckimi porachunkami.
A jaka jest pana druga teoria?
Druga teza – łącząca się z możliwą „ingerencją” służb, to kwestia Krymu. Plan zajęcia półwyspu zrodził się jeszcze w głowie Borysa Jelcyna i praktycznie od jego czasów był brany pod uwagę przez Kreml. Szerzej skupiłem się na tym wątku w mojej wcześniejszej książce - „Krym. Znikający Półwysep”. Sama organizacja tego „przedsięwzięcia” była związana z katalizatorem jakim okazało się odsunięcie od władzy Wiktora Janukowycza i wybuch zamieszek w Kijowie jeszcze w 2013 r. Rosja zdawała sobie sprawę, że aby być skutecznym w swoich krymskich działaniach, musiała ustabilizować mocno zaognioną sytuację na Kaukazie. Nie jest to kraj który może angażować swoje siły militarne w dwóch różnych miejscach w tym samym czasie, tym bardziej, że rosyjskie władze zakładały skuteczny, zbrojny opór zaatakowanych na półwyspie wojsk ukraińskich. Należało więc zamknąć wątek terroryzmu i dopiero rozpocząć przerzucanie sił na Krym. Także i w tym przypadku, niebagatelną rolę odegrać musiały siły specjalne. Powiedziałem o dwóch teoriach, ale dodam jeszcze na koniec mały wątek.
Słucham.
Może terrorystów po prostu wybito, a ci którzy się ostali uciekli do Syrii? Ale tę ostatnią kwestię potraktujmy jako mało prawdopodobną...
(...)
„Będziemy ścigać terrorystów wszędzie, w portach lotniczych, i nawet, proszę mi wybaczyć, w toalecie ich znajdziemy i w toalecie koniec końców utopimy” – grzmiał w 1999 r. Władimir Putin. I chyba rzeczywiście, FSB jest dla terrorystów bezlitosna.
Widziałem wystąpienie prezydenta Putina, gdy wypowiadał te słowa na konferencji prasowej w Astanie w 1999 roku. Ta wypowiedź brzmiała dobitniej, bo wprost użył niecenzuralnego określenia – kibel. Tak, to kolejny element charakterystyczny dla Rosji, a w szczególności ich służb specjalnych, które z terrorystami się nie patyczkują. Tylko że problemem jest tu fakt, że ten, kto w Rosji ma to nieszczęście stać się zakładnikiem terrorystów, najczęściej nie przeżywa akcji ratunkowej.
W Rosji lepiej nie być zakładnikiem. I to nie tylko ze względu na działania terrorystów.
Dla rosyjskich służb priorytetem jest likwidacja bandytów, a jeżeli wśród ofiar akcji odwetowej są niewinni cywile, którzy mieli pecha znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, to zrzuca się to na karb konieczności rozprawienia się z terrorystami. To głębszy problem, znów wchodzący w sferę psychologiczną – ja w swojej książce użyłem określenia „syndrom rosyjski”.
Co on oznacza?
To sytuacja w której potencjalny zakładnik traktowany jest na równi z terrorystą. Co zaskakujące – często osoby, którym udało się przeżyć akt terrorystyczny są porównywane do terrorystów, niejako obarczane winą za to, co się wydarzyło. Podsumowując – rosyjski zakładnik wzięty do niewoli przez terrorystów dajmy na to przed rokiem 1990 miał niemalże stuprocentową szansę na przeżycie, podczas gdy w roku 2004 - to rok tragedii w szkole w Biesłanie - owa pewność spadła do zera.
W książce wspomina pan o związkach terrorystów z rosyjskimi służbami specjalnymi. W tym kontekście wymienia pan moskiewskie zamachy na bloki mieszkalne w 1999 r. Co tam wtedy zaszło?
W roku 1999 głowę Władimira Putina zaprzątały myśli dotyczące sukcesji po Borysie Jelcynie. Potrzebował skutecznej i spektakularnej akcji, która miała okazać się sukcesem i umocnić pozycję tego polityka w gronie ludzi władzy. Putinowi chodziło także o to, aby pokazać rosyjskiemu społeczeństwu, iż po słabym, schorowanym i nieradzącym sobie z problemami alkoholowymi Jelcynie, naród nareszcie będzie miał silnego przywódcę, który poprowadzi kraj do sukcesów.
I tak w naszą rozmowę wplata się wątek czeczeński.
Tak. Chciano kolejnej wojny w Czeczenii i w efekcie ostatecznej rozprawy z niepokorną republiką. Przygotowano więc prowokację, o której według moich źródeł oprócz Putina wiedzieli także: Jelcyn, Basajew i pozostający jeszcze wtedy w dobrych stosunkach z przyszłym prezydentem Borys Bieriezowski.
Jak miała wyglądać owa prowokacja?
Podłożono ładunki wybuchowe pod blokami mieszkalnymi na obrzeżach Moskwy i wysadzono je w nocy wraz z mieszkańcami. O wszystko obwiniono terrorystów z Czeczenii i Putin mógł użyć wspomnianych już słów o utopieniu ich w „kiblu”.
Kim byli bezpośredni wykonawcy?
To byli faktycznie ludzie z Czeczenii, ale byli oni tylko i wyłącznie pionkami, których zwerbowano poprzez zmanipulowanych przez rosyjskie służby specjalne watażków – Chattaba i Abu Umara. Także ci przywódcy nie znali prawdziwych zleceniodawców zamachów, wiedzieli prawdopodobnie jedynie o Basajewie, ale jemu przecież bezgranicznie ufali, w końcu był ich towarzyszem broni.
Życiorys Basajewa był bardzo zawikłany.
Basajew od lat powiązany był z rosyjskim, a wcześniej radzieckim wywiadem wojskowym, o czym rzecz jasna ci drudzy nie mieli pojęcia. Jak później, także podczas przesłuchań twierdzili czeczeńscy wykonawcy – Goczijajew, Abajew, Sajtkakow, Krymszamchałow, Diekkuszew i bracia Batczajewowie – oni jedynie transportowali ładunek, który miał posłużyć według ich wiedzy do przeprowadzenia zamachu na koszary wojskowe lub posterunek policji. Rzeczywistość okazała się jednak zgoła odmienna.
I skąd wiemy o możliwej inspiracji FSB?
Głównie dzięki niezależnym dziennikarzom rosyjskim, redakcjom pozostającym poza wpływami Kremla, np. rosyjskiemu oddziałowi BBC i analitykom z różnych krajów. W książce podaję na przykład nazwiska czeskich specjalistów, z którymi osobiście na ten temat rozmawiałem. Wszyscy oni są przekonani, że FSB przy cichym wsparciu otoczenia Władimira Putina, a prawdopodobnie i jego samego, maczała palce w przygotowaniu tych wydarzeń.
To, co jest niewiadomą, to jedynie skala tego zaangażowania, bo według jednych wiarygodnych źródeł zamach od A do Z został przygotowany przez służby specjalne, a według innych mieliśmy w tym przypadku do czynienia jedynie z inspiracją, a później jak to najczęściej bywa, sprawy potoczyły się już własnym tokiem.
onet.pl
sobota, 25 lipca 2020
Na Węgrzech proces przejęcia mediów był przez rząd Victora Orbana planowany przez lata. Zaczęło się od tego, że wpływowi biznesmeni rozpoczęli "inwestowanie" w sektor mediów, wykupując m.in. gazety czy stacje telewizyjne. Zagranicznym właścicielom utrudniano prowadzenie działalności, więc sami sprzedawali swoje aktywa. W 2016 roku zamknięto największą, opozycyjną gazetę - "Népszabadság". Przełom przyniósł rok 2018 - wówczas powstała prorządowa Środkowoeuropejska Fundacja Mediów i Prasy, która zaczęła masowo "wciągać" niezależne media (w jej władzach zasiedli współpracownicy Orbana). Jak informowała "Wyborcza", w ciągu roku wchłonięto wówczas 476 podmiotów medialnych - przejęte zostały m.in. stacje telewizyjne, gazety i serwisy internetowe, a także rozgłośnie radiowe. We wszystkich zaczął dominować rządowy przekaz. W tym samym roku zamknięto niezależną gazetę "Magyar Nemzet", po tym, gdy na jej łamach skrytykowano premiera. Tytuł istniał od 80 lat. Komisja Europejska nie zareagowała w zdecydowany sposób na zmiany na węgierskich rynku medialnym - poinformowała jedynie, że przygląda się sprawie.
Pod koniec 2019 roku Europejskie Centrum Wolności Prasy i Mediów opublikowało raport dotyczący wolności mediów na Węgrzech.
"Od 2010 r. rząd węgierski systematycznie rozbijał niezależność mediów, zakłócał rynek medialny i dzielił społeczność dziennikarską w tym kraju, uzyskując stopień kontroli mediów niespotykany w żadnym z państw członkowskich UE", "Dziennikarze pracujący dla niezależnych mediów są publicznie oczerniani. W mediach prorządowych są nazywani opozycjonistami, politykami, zagranicznymi agentami, zdrajcami, a nawet »węgierskimi hejterami« lub »nie-Węgrami«", "Budowa prorządowego imperium medialnego służy jako rozległa machina propagandowa dla rządu premiera Viktora Orbána, izolująca dużą część społeczeństwa od dostępu do najważniejszych wiadomości i informacji, aby utrzymać władzę partii Fidesz" - wskazano w raporcie. "Ostatnim bastionem wolności" nazwano stację RTL, która nie została dotychczas wykupiona.
gazeta.pl
Przypomnijmy: Cambridge Analytica masowo pozyskiwała dane na temat wyborców w kilkunastu, być może kilkudziesięciu krajach świata. W wielu z nich kupowała dane pozyskane z naruszeniem prawa – a przynajmniej dzięki lukom prawnym i dziurom w zabezpieczeniach systemów informatycznych obsługujących sieci społecznościowe. Takich jak testy osobowości, które dawały dostęp nie tylko do profilu jednej osoby, ale także danych jej znajomych – którzy nigdy na żadne udostępnienie się nie zgadzali.
Dane te posłużyły do dzielenia odbiorców na małe grupy o dużej, wewnętrznej spójności – tak zwanego mikrosegmentowania. Dzięki zaawansowanej matematyce oraz znanym z marketingu testom A/B (podsyłano jednej grupie dwie testowe wiadomości i patrzono, która wywołuje silniejszą reakcję) udało się skłonić wyborców do określonych zachowań przy urnach. Resztę znamy z mediów: brexit się wydarzył, a Trump jest prezydentem USA i walczy o drugą kadencję.
(...)
Podgrzewanie emocji materiałami, których prawdziwość była dyskusyjna albo żadna, przekazywanie prostych komunikatów, podsuwanie spreparowanych linków z jednoczesnym badaniem ich skuteczności – tak w dużym uproszczeniu funkcjonowała machina marketingu politycznego prawicy.
(...)
Pytanie, czy Cambridge Analytica robiła coś nielegalnego, pozostaje otwarte. Budowanie modeli predykcyjnych (tj. przewidujących pewne zachowania ludzkie) na podstawie zgromadzonych danych o ich wcześniejszych zachowaniach to elementarz marketingu w czasach cyfrowych.
Na poziomie ogólnym wszystko jest proste. Zbieramy dane na temat naszych konsumentów. Cenne są dane demograficzne (wiek, miejsce zamieszkania, status dochodowy, wykształcenie), ale jeszcze cenniejsze dane behawioralne (co kupuje, gdzie bywa, z kim się spotyka). Im więcej danych, tym analiza będzie trudniejsza, a jej koszt – wyższy, ale tym dokładniej będziemy w stanie przewidywać zachowania.
Zgodnie z zasadą inżyniera Mamonia lubimy te melodie, które już słyszeliśmy; w codziennym życiu odtwarzamy pewne rytuały. Jeśli wolimy Pepsi niż Coca-Colę, to pewnie nadal będziemy ją pić; jeśli kawę pijamy rano, a herbatę wieczorem, to zapewne nadal będziemy to robić. Nasze zachowania da się zawrzeć w równaniach matematycznych – a równania nie są nielegalne.
(...)
Nielegalne mogą być natomiast dane. Mogą obejmować kategorie zbyt głęboko ingerujące w prywatność (np. rasa, orientacja seksualna, partner) albo pozyskane z naruszeniem prawa. Dlatego w Europie mamy coś takiego jak GDPR, zwane u nas RODO. Poza tym, że oznacza to irytujące okienka na stronach internetowych, ogranicza też prawa właścicieli platform do zbierania zbyt wielu informacji o naszych zachowaniach bez naszej zgody. A w szczególności – odsprzedawanie tych danych hurtownikom naszej prywatności (to ci, których znajdziemy w zakładce pod niepozorną nazwą „zaufani partnerzy”), od których odkupują je następnie komitety wyborcze i firmy działające na ich zlecenie.
krytykapolityczna.pl
Aby przekonać się o roli, jaką Hongkong odgrywa w globalnym systemie finansowym – mówi pewien lokalny przedsiębiorca – najlepiej porównać go do transformatora elektrycznego, który łączy dwa obwody o różnych napięciach. Jednym z nich jest globalny system finansowy ze swobodnym przepływem kapitału, swobodą przekazywania informacji/wypowiedzi i rządami prawa. Drugi obwód to rozległy i rozwijający się chiński system finansowy z kontrolą kapitału, cenzurą i arbitralnym przestrzeganiem umów.
W ciągu ostatnich dwóch dekad, gdy Chiny stały się drugą co do wielkości gospodarką świata, Hongkong umiejętnie ugruntował swoją pozycję, stając się trzecim najważniejszym międzynarodowym centrum finansowym po Nowym Jorku i Londynie. W okolicach Portu Wiktorii chińscy potentaci w dziedzinie technologii sprzedają akcje kalifornijskim funduszom hedgingowym, chińskie banki zarządzane przez państwo udzielają pożyczek na finansowanie projektów inwestycyjnych w ramach koncepcji Nowego Jedwabnego Szlaku (ang. Belt and Road), a władze utrzymują ścisłą kontrolę nad kursem wymiany walut. Duża część transakcji jest prowadzona w światowej walucie rezerwowej, dolarze. Działalność jest organizowana przez zachodnie firmy i nadzorowana przez niezależne sądy i organy regulacyjne, które mają więcej wspólnego ze swoimi odpowiednikami w bogatym świecie niż z sądami i organami władzy w Pekinie czy Szanghaju.
W niesprzyjających warunkach transformatory mogą stać się mniej wydajne lub nawet, w warunkach ekstremalnych, wybuchnąć. Rośnie zagrożenie pozycji Hongkongu jako centrum finansowego, ponieważ powstają napięcia związane z ingerencją Chin w jego rząd i system prawny, które w myśl zasady „jeden kraj, dwa systemy” mają być w dużej mierze autonomiczne przynajmniej do 2047 roku. 28 maja Chiny zleciły wprowadzenie ustawy o bezpieczeństwie narodowym w celu zapobiegania zamieszkom i terroryzmowi na tym terytorium. W odpowiedzi Biały Dom zaproponował usunięcie niektórych przywilejów prawnych, z których korzysta Hongkong, a które zapewniają mu płynność powiązań z gospodarką światową.
Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest to, że instytucje Hongkongu czeka stopniowy rozpad i odejście od roli zglobalizowanego centrum finansowego w kierunku kontynentalnych Chin. Chiny miałyby większą kontrolę nad mniej efektywnym rynkiem kapitałowym, co zwiększyłoby koszt kapitału dla ich firm. Najgorszym, choć mało prawdopodobnym, ale nie niemożliwym do zrealizowania scenariuszem jest to, że błędna kalkulacja zdestabilizuje część konstrukcji transgranicznych roszczeń finansowych o wartości 10 bilionów dolarów, która ulokowana jest w Hongkongu, wywołując szok szerzący się w Chinach i Azji. Lokalna kadra kierownicza i urzędnicy często nazywają to efektem nuklearnym.
(...)
Osoby znajdujące się na szczycie świata finansów w Hongkongu twierdzą, że jego rola w systemie globalnym nie jest zagrożona przez niepokoje społeczne i geopolitykę. Chińskie przepisy o bezpieczeństwie, choć niezgrabne, będą zgodnie z ich oczekiwaniami tłumić protesty. Zarówno HSBC, jak i Standard Chartered, wyraziły swoje poparcie dla tej ustawy. Według pięciu źródeł w ciągu ostatnich dwóch tygodni nie ma żadnych oznak wyciągania pieniędzy z Hongkongu przez międzynarodowych deponentów bankowych. Coraz więcej chińskich firm, takich jak JD.com, szuka ofert w Hongkongu, przyciągając kapitał.
Groźba Białego Domu dotycząca odebrania Hongkongowi specjalnego statusu według tego poglądu jest przechwałką. Jego status odrębnej strefy celnej może zostać cofnięty, ale Hongkong nie produkuje już wiele. Fataliści przepowiadają koniec Hongkongu odkąd miasto zaczęło być budowane w XIX wieku.
Jednak przypuszczenie, że Hongkong może być odporny na pogarszające się stosunki chińsko-amerykańskie i rosnący autorytaryzm Chin, jest zbyt optymistyczne. Jeśli rząd tego terytorium stał się przedstawicielem Partii Komunistycznej, to obawa o to, jak długo jego niezależne instytucje, w tym sądy i bank centralny, mogą pozostać nienaruszone, wydaje się uzasadniona. HKEX, prężna giełda papierów wartościowych, od dawna ma w swoim zarządzie osoby mianowane przez rząd. Upadek wolności słowa w Hongkongu może utrudnić jego skuteczność jako rynku finansowego. Czy komunikat analityków zachęcający do spekulacji przeciwko chińskiemu kursowi walutowemu lub identyfikujący oszustwa w bankach może zostać uznany za podżeganie?
obserwatorfinansowy.pl
piątek, 24 lipca 2020
Według danych opublikowanych przez EUROMAP (Europe’s Association for Plastics and Rubber Machinery Manufacturers) obejmującym 63 kraje, zużycie plastiku w przeliczeniu na jednego mieszkańca w Korei jest trzecim najwyższym, po Belgii i Tajwanie (2016). Według danych szacunkowych na 2015 rok konsumpcja plastiku (obejmująca tworzywa sztuczne min. PVC, PE, PP, PS, żywicy PET, ABS, SAN, PA i PC) na jednego mieszkańca w Korei wynosiła aż 132,7 kg. Dla porównania niżej znalazła się Ameryka (93,8), Polska (71,4 kg), Japonia (65,8 kg), Chiny (57,9 kg), Indie (10 kg), Kenia (8 kg) czy Etiopia (1,9 kg). Tajwan i Belgia, z zużyciem 141,9 kg i 170,9 kg, zajęły niechlubne pierwsze miejsca w rankingu.
(...)
Problemem nie jest wyłącznie wysokie zapotrzebowanie na plastik, ale również jego utylizacja. Jeszcze do niedawna Korea wysyłała większość swojego zużytego plastiku do Chin. Rocznie, bagatela, ok. 200 tysięcy ton. Jednak Państwo Środka przestało przyjmować śmieci od bogatych krajów (szokując tym nie tylko USA, ale również Koreę). Należy dodać, że Chiny rezygnowały ze skupu koreańskich materiałów stopniowo, w przypadku Korei od 2017 roku, aż do kwietniu tego roku kiedy wycofały się ostatecznie. Głównym powodem była toksyczność i niska jakość skupowanych śmieci. Teoretycznie wysyłany jest materiał, który ma nadawać się do recyklingu, jednak często jest on wysoce zanieczyszczony. W Korei niesegregowanie śmieci jest karane wysoką grzywną. Jednak wystarczy przejść się po koreańskich blokowiskach, by zobaczyć jak „swobodnie” wielu mieszkańców podchodzi do segregacji. W Chinach protestowały też społeczności lokalne, mające dosyć rosnącego zanieczyszczenia.
Obecna sytuacja powoduje dla Korei dalekie komplikacje. Choć część śmieci sprzedawana jest do biedniejszych krajów Azji Południowo-Wschodniej, przede wszystkim na Filipiny i do Tajlandii, to skupowane są również przez lokalnych utylizatorów. Zazwyczaj nielegalnie, po cenach niższych niż rynkowe. Najbardziej spektakularny efekt tych działań widać w Uiseong (w prowincji Gyeongsangbuk), gdzie wyrosły śmieciowe góry. W ciągu ostatnich pięciu lat, życie mieszkańców regionu stało się nie do zniesienia. Lokalny rząd rozpoczął przydział masek, które jednak nie chronią przed toksynami, a jedynie przed pyłem. Praktycznie całkowicie zniknęła zieleń. Według koreańskiego Ministerstwa Środowiska ilość nielegalnych odpadów w 2014 r. w Korei wynosiła ok. 70.000 ton, obecnie, ponad 1,2 miliona ton (Lee S., 2019b). Kryzys śmieciowy stał się faktem.
instytutboyma.org
poniedziałek, 20 lipca 2020
BiznesAlert.pl: Jak zmiany demograficzne wpływają na klimat?
Lidia Wojtal: Szeroka dyskusja o tym, jak rozwój człowieka będzie wpływał na klimat zaczęła się już prawie 50 lat temu, od raportu Klubu Rzymskiego z 1972 roku o granicach wzrostu. Zakładał on, że niekontrolowany wzrost populacji doprowadzi do większej konsumpcji i ostatecznie wyczerpania się zasobów: żywności, surowców, w tym energetycznych itd.. Kolejne 20 lat zajęło uznanie na poziomie międzynarodowym, że działalność człowieka i zwiększenie emisji gazów cieplarnianych wynikających w głównej mierze ze spalania paliw kopalnych zagraża, w dłuższej perspektywie czasowej, szeroko rozumianemu bezpieczeństwu ludzkości. Tymi badaniami zajął się specjalnie do tego powołany Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC).
To, co obecnie podnoszone jest w dyskusjach naukowych, to to, że przy obecnych trendach rozwojowych dalszy wzrost populacji ludzkiej będzie skutkował zwiększoną konsumpcją zasobów i zwiększoną emisją. Obecnie wiemy już, że to zwiększenie emisji doprowadzi do katastrofy klimatycznej, a wraz z nią humanitarnej i gospodarczej. Należy więc sobie odpowiedzieć na pytanie o to, jak i czy w ogóle wykorzystywać te zasoby, zwłaszcza paliwa kopalne. To temat dyskusji nie tylko w odniesieniu nie tylko do polityki klimatycznej, ale szerzej, polityki zrównoważonego rozwoju, której klimat jest integralną częścią. Taki przyjęty przez wszystkie państwa globalny plan dla zrównoważonego rozwoju sięga 2030 roku i zawiera się w 17 celach (SDGs). Jest tam klimat, ale i m.in. eliminacja ubóstwa, zdrowie, równość płci, walka z głodem i niedoborem wody, dostęp do czystej energii, godnego zatrudnienia, edukacji i opieki zdrowotnej. Te wszystkie elementy należy ze sobą zbilansować globalnie w taki sposób, by można było mówić o rozwoju, a nie zwoju ludzkości. Porozumienie paryskie wyraźnie mówi o osiąganiu neutralności klimatycznej zgodnie z zasadą sprawiedliwości i w kontekście zrównoważonego rozwoju i wysiłków mających na celu likwidację ubóstwa. Te zależności pomiędzy wzrostem populacji i klimatem więc istnieją, choć nie są łopatologiczne, a już na pewno nie chodzi o to, by wyludniać Ziemię w celu ochrony klimatu.
W Polsce pojawiają się głosy o tym, że powinniśmy zużywać jak najwięcej? Czy takie podejście może zwyciężyć?
W skrócie: nie może. Polska w 1992 roku, kiedy to przyjmowana była Konwencja klimatyczna była na granicy dwóch grup, czyli państw rozwiniętych jak Europa Zachodnia i rozwijających się. Mieliśmy status gospodarki w okresie transformacji. Dzięki temu uzyskaliśmy wiele znacznych korzyści, jak inny rok bazowy w Protokole z Kioto przyjętym w 1997 roku, co przełożyło się na znaczne środki ze sprzedaży jednostek redukcyjnych, które Polska zainwestowała w zielone projekty. Na poziomie UE uzyskaliśmy np. derogacje w EU ETS, czy dostęp do Funduszu Modernizacji. To, że nie jesteśmy jeszcze traktowani jako kraj w pełni rozwinięty widać także w środkach strukturalnych Unii Europejskiej, a w szczególności w polityce spójności, a ostatnio także w Funduszu Odbudowy. Tych ustępstw czy zwiększonych środków nie dostajemy tylko dlatego, że mamy ciekawe pomysły, ale dlatego, że – jak sami podkreślamy – nadal, jako państwo biedniejsze, potrzebujemy wsparcia.
To jest jednak europocentryczny punkt widzenia. Warto spojrzeć na poziom rozwoju wielu państw trzeciego świata, które mają o wiele więcej do nadrobienia. Oczywiście Chiny obecnie przodują w emisjach i nadal je zwiększają, ale zaczęły to robić dopiero po 2000 roku, czyli długo po tym jak zmiany klimatu zostały zdiagnozowane jako zagrożenie dla ludzkości. Za stworzenie tego zagrożenia odpowiadają prawnomiędzynarodowo państwa rozwinięte, w tym, zgodnie z Konwencją klimatyczną, także Polska. Z kolei poziom emisji na głowę w Indiach, trzeciego co do wielkości emitenta, jest kilkukrotnie mniejszy niż w UE, nawet w Polsce. O tym, że poziom życia większości obywateli tego kraju jest bardzo niski nie pamiętamy oczekując od nich większych ambicji. Z jednej strony więc trudno odmówić im prawa do poprawy swojego bytu, a z drugiej, przy obecnych wzorcach konsumpcyjnych, poniesienie poziomu życia każdego obywatela do poziomu zbliżonego UE skutkowałoby gwałtownym wzrostem emisji gazów cieplarnianych. Dylemat jest ogromny. Niech więc nie dziwi nas to, że także polskie emisje związane z energochłonnym rozwojem muszą być ograniczane przez mechanizmy międzynarodowej i unijnej polityki klimatycznej. Przez ostatnie 30 lat przeszliśmy długą i wyboistą drogę rozwoju gospodarczego, ale dzięki temu obecnie jesteśmy w dobrej sytuacji, by zastanowić się teraz nad tym jak rozwijać się dalej w sposób przemyślany i zrównoważony środowiskowo.
biznesalert.pl
Weźmy starą komiksową wersję historii Ameryki, która uspołeczniała Amerykanów w latach sześćdziesiątych XX wieku. Wyglądało to mniej więcej tak: Grupa białych mężczyzn przybywa do Plymouth Rock, a zachwyceni Indianie częstują ich kolacją z okazji Święta Dziękczynienia. Realizując Boskie Przeznaczenie, cywilizują dzikich ludzi, odrzucają władzę starego króla Jerzego i przynoszą wszystkim porządek, wolność i polityczną reprezentację. George Washington przekracza rzekę Delaware i ścina drzewo wiśniowe, dzięki czemu zostaje uwieczniony na banknocie jednodolarowym i staje się symbolem porządku i potęgi wolnego rynku. Davy Crockett, Daniel Boone i John Wayne podbijają Zachód i giną heroicznie pod Alamo. John Wayne zmartwychwstaje i pokonuje Indian, a także Japończyków, którzy podstępnie atakują Pearl Harbor, jak również przeprowadza lądowanie w Normandii. W rezultacie Amerykanie otrzymują bezpieczeństwo, koszykówkę, elektryczność i wolność na przedmieściach. Amerykański biznes kwitnie dopóty, dopóki Ameryka stawia opór komunizmowi. Z wyjątkiem kilku szczegółów ta krótka historia, którą można by przedstawić w formie komiksu, podsumowuje dzieje amerykańskich pokoleń. Książki historyczne opowiadają tylko o wyzysku, podbojach i osiągnięciach białych mężczyzn, takich jak Thomas Edison. Opowieści te są czasami okraszone gościnnymi występami ikony legend amerykańskiej rewolucji, Betsy Ross.
Około roku 1970 pojawił się nowy komiks historyczny. Oto, czego teraz zaczęto nauczać uczniów amerykańskich szkół: Etnocentryczni, biali, anglosascy mężczyźni protestanckiego wyznania przybyli do Nowego Świata, przynosząc niewolnictwo, choroby, śmierć i emigrację rdzennym mieszkańcom, którzy nie mogli się pochwalić tak dużym dorobkiem kulturalnym. Świadomi ekologicznie tubylcy nie pasowali do linearnej koncepcji postępu wyznawanej przez białego człowieka. Później wybuchła wojna secesyjna, dzięki której czarni niewolnicy odzyskali wolność, choć później cierpieli z powodu rasizmu, dopóki dr Martin Luther King Junior nie rozpoczął ruchu na rzecz praw obywatelskich. Mimo tej ogromnej opresji czarni mężczyźni i kobiety wynaleźli sygnalizację świetlną i odkryli osocze krwi oraz jazz. Rzeźbiarz George Washington ujarzmił potęgę orzeszka ziemnego, a Beethoven był czarny, podobnie jak faraonowie. Murzyni zbudowali piramidy, nie jako niewolnicy, lecz jako architekci i okupanci. Gdzieś między wojną secesyjną a ruchem na rzecz praw obywatelskich miała miejsce II wojna światowa, w której walczono z Holokaustem. Wygrali ją Amerykanie dzięki dokonaniom Czarnej Eskadry, a także staraniom kobiet, które porzuciły role gospodyń domowych, żeby pracować w fabrykach produkujących broń, gdzie często były wykorzystywane seksualne i dyskryminowane ze względu na rasę lub płeć. Wkład kobiet i rdzennych Amerykanów był systematycznie ignorowany przez białych Anglosasów wyznania protestanckiego, ale w końcu nastały czasy rządów różnorodności kulturowej. Zostanie ona na zawsze zinstytucjonalizowana w służbach społecznych i edukacyjnych, a także na niezliczonych miejskich bulwarach i w liceach, których patronami są dr King i Rosa Parks, znana z tego, że któregoś razu była zbyt zmęczona, żeby pójść na tył autobusu. Ten amalgamat to mieszanka historii ruchu kobiet i ruchu na rzecz studiów afroamerykańskich. W niektórych kręgach akademickich jakiekolwiek, nawet najsubtelniejsze kwestionowanie tych stwierdzeń było traktowane jako herezja. Delikatne aluzje do zróżnicowania kulturowego wystarczały, żeby cała rzesza administratorów miała ręce pełne roboty. Oni sami, oczywiście, nie byli w żaden sposób zróżnicowani (nawet teoretycznie), ale to nie przeszkadzało im pobierać wysokich pensji za powtarzanie utartych komunałów. Obecnie zarówno w Partii Demokratycznej, jak i w Partii Republikańskiej można znaleźć kilku ekstremistów, którzy z uporem forsują te dwie wersje historii.
Brian Anse Patrick — 10 przykazań propagandy
niedziela, 19 lipca 2020
Grzegorz Sroczyński: - Czy coś ważnego padło w tej kampanii? Jakieś ważne zdanie, pomysł, cokolwiek?
Edwin Bendyk: Ta kampania była przede wszystkim dziwna. Ona służyła zapomnieniu i znieczuleniu.
- Znieczuleniu?
Bo coś dziwnego dzieje się z nami społecznie. My chcemy zapomnieć pandemię, traumę zamknięcia, lockdownu i w ogóle wszystko, co nam może przypominać, że świat się zmienia i kończy. Ten świat, który znamy. Chcemy wrócić do spokojnego życia. I ta kampania temu służyła.
- Przecież ona nie była spokojna.
Nie o to chodzi. Ona była uspokajająca psychologicznie, bo ominęła wszystkie krwawe problemy, które stoją za naszymi drzwiami. Po raz kolejny zagraliśmy w polaryzację, żeby nie myśleć o dużo bardziej strasznych rzeczach. Z badań wynika, że zdecydowana większość Polaków chciałaby wrócić do normalności, do tego, co "było przed pandemią". I dlatego nie chcemy dopuścić myśli, że nadchodzi tsunami. Nie chodzi mi tylko o możliwą drugą falę pandemii, ale przede wszystkim o kryzys gospodarczy. KRYZYS. Inny niż inne. Taki, który kończy pewną epokę.
- Kończy?
Bo on domyka światowy kryzys finansowy, który wybuchł w 2008 roku i właściwie cały czas się tlił. Czeka nas reorganizacja gospodarki i polityki. Odchodzi nasz świat. Naprawdę. I to wielkie nowe wyzwanie zostało w kampanii całkowicie pominięte. To była kampania prowincjonalna, nie istniało w niej nic poza Polską. Myślę, że my po prostu cholernie boimy się tej zmiany, boimy się końca względnie wygodnego status quo, które mieliśmy przez ostatnie dekady: PKB rośnie, jest dobrze, no, może teraz przez chwilę nie rośnie, ale zaraz wszystko wróci do normy. A że za drzwiami potwór czyha, to lepiej o tym nie rozmawiać. Bo jak się nie rozmawia, to tego nie ma.
Duda postawił na obietnicę stabilizacji, zachowania wszystkich "pisowskich zdobyczy socjalnych". Ale bez słowa wyjaśnienia, co dalej. Były zaklęcia, że Polska ma być wielka, będziemy bogaci, Morawiecki wygłaszał takie formułki, ale bez jakiegokolwiek odniesienia do strukturalnych czynników, które miałyby ten wspaniały rozwój spowodować. Niby dlaczego Polska ma być wielka, jak wszystko dookoła bierze w łeb i się zmienia? Te zaklęcia nijak się mają do tego, o czym się dyskutuje teraz w Unii Europejskiej, czyli jak wykorzystać impuls antykryzysowy do przeprowadzenia zielonej transformacji. Słyszałeś cokolwiek na ten temat w naszej kampanii? No, może u Hołowni w programie o tym było, było też u Biedronia, tuż przed I turą pojawił się program Trzaskowskiego z wątkiem klimatu, ale temat w zasadzie nie istnieje.
- Może wszędzie tak polityka wygląda?
Nie wszędzie. Zobacz, jak ta dyskusja przebiega we Francji, gdzie właśnie odbyły się wybory samorządowe. Sojusz lewicy z zielonymi pokazał niezwykłą siłę, przejęli najważniejsze miasta. I Macron zareagował ucieczką do przodu. Tydzień przed wyborami zakończył się we Francji tzw. panel obywatelski na rzecz klimatu. 150 obywateli, których wylosowano z różnych grup społecznych, przygotowało 149 rekomendacji dla rządu: co zrobić, żeby uzyskać cele polityki klimatycznej i jednocześnie zachować względny spokój społeczny, czyli żeby koszty tej transformacji były sprawiedliwie rozłożone. Macron tuż po wyborach samorządowych zapowiedział, że rząd przyjmie do dalszych prac 146 z tych rekomendacji.
- A jakie to są pomysły?
Na przykład zmiana konstytucji. Pierwszy jej paragraf ma być poszerzony o zdanie, że "Republika gwarantuje ochronę bioróżnorodności, środowiska i walkę przeciwko zmianom klimatycznym". Do prawa karnego ma zostać wprowadzona zbrodnia ekobójstwa. Ale są też rzeczy bardziej konkretne, np. program termomodernizacji rozpisany punkt po punkcie. Wylosowano 150 osób, wyposażono w duży budżet, dano im ekspertów, oni przecież zamawiali tony analiz, i powstała solidna książka z konkretnymi zaleceniami dla rządu. U nas w kampanii wyborczej też dyskutowano o zmianie konstytucji: żeby wpisać do niej zakaz adopcji przez pary LGBT. I ja stawiam tezę, że właśnie po to o takich rzeczach w Polsce się dyskutuje, żeby nie czuć grozy.
- Grozy?
Lęku, że naprawdę wielkie problemy mogą nam zaraz spaść na głowę. I nie będzie to żaden wydumany potwór Gender, tylko potwór realny. A w zasadzie trzy potwory: kryzys, zmiany klimatyczne i depopulacja Polski. Krwawe rzeczy. No to już lepiej się bać LGBT.
gazeta.pl
poniedziałek, 13 lipca 2020
Najnowsze badania w USA i Europie wskazują, że 15 proc. nabywców odzieży ma motywacje ekologiczne. A branża odzieżowa, obok naftowej i mięsnej, należy do największych trucicieli globu, odpowiadając za 10 proc. emisji dwutlenku węgla. Wynika to głównie z produkcji włókien sztucznych, które są pochodną ropy naftowej. Generuje też ogromne zużycie wody, głównie w procesie uprawy bawełny. Marki modowe muszą więc uwzględnić wartości konsumentów w swoich produktach. Obejmuje to zobowiązanie do recyclingu ubrań – niektóre marki, jak np. H&M, już rozpoczęły przyjmowanie zużytej odzieży. Planowane jest też takie projektowanie, by umożliwić przerobienie lub uzupełnienie niesprzedanego asortymentu. W ten sposób mógłby wrócić na wieszaki w kolejnym sezonie. A to oznacza ubrania bardziej uniwersalne, ponadsezonowe. Pandemia pokazała, że kolekcje sezonowe trzeba będzie spisać na straty. To odejście od trendu fast fashion (szybkiej mody), kiedy po jednym sezonie ubrania stają się bezużyteczne. Brytyjskie badania pokazały, że do tej pory aż jedna trzecia konsumentek uznawała odzież za starą po dwu-lub trzykrotnym założeniu.
Dla producentów wydłużenie cyklu życia odzieży oznacza ograniczenie lub zaprzestanie praktyk palenia milionów sztuk niesprzedanych ubrań rocznie, zamiast oferowania ich po niskiej cenie. Jeszcze niedawno tak czynił H&M czy Burberry. Wymogi ekologiczne i nowe wartości konsumenckie skłoniły wiele marek do większej transparentności działań. Fashion Transparency Index monitoruje cały łańcuch produkcji i dystrybucji odzieży. Ma służyć budowaniu społecznej odpowiedzialności branży odzieżowej. Ponad 200 przedsiębiorstw odzieżowych działa w ramach inicjatywy B-Corp, która zrzesza firmy stosujące zasady zrównoważonego rozwoju. Należy do niej również producent odzieży outdoorowej Patagonia, który jako pierwszy zastosował polarowe podszewki zrobione z przetworzonych, plastikowych butelek. To coraz ważniejsze, bo jeszcze przed pandemią ponad 60 proc. badanych konsumentów na świecie było gotowych na zmianę lub bojkot marki odpowiedzialnej za nieetyczne praktyki.
obserwatorfinansowy.pl
30 czerwca została opublikowana i weszła w życie Ustawa o bezpieczeństwie narodowym Specjalnego Regionu Administracyjnego Hongkong (HK), przyjęta 28 czerwca br. przez Stały Komitet Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych (parlamentu Chińskiej Republiki Ludowej) i promulgowana w HK z pominięciem Rady Legislacyjnej (lokalnego parlamentu). Nowe prawo powstało po ponad roku największych od przejęcia regionu przez ChRL w 1997 r. niepokojów społecznych, sprowokowanych projektem ustawy o ekstradycji do ChRL. Procedowana w trybie niejawnym ustawa jest w deklaracjach Pekinu koniecznym środkiem do ustabilizowania sytuacji w regionie. Już pierwszego dnia obowiązywania wywołała ona jednak protesty, w czasie których zatrzymano co najmniej 370 osób. Część z nich ma odpowiadać za złamanie nowych regulacji.
Ustawa tworzy w HK bazę prawną pod budowę aparatu bezpieczeństwa działającego poza kontrolą sądową. Daje Pekinowi oraz podległej mu lokalnej administracji narzędzia do ograniczenia każdej aktywności politycznej i społecznej mieszkańców, która na podstawie importowanych z systemu prawnego ChRL norm i pojęć zostanie uznana przez władze za jeden z czterech deliktów: secesji, działalności wywrotowej, terroryzmu i działania w zmowie z obcymi siłami. Przepisy prawa obejmą również obcokrajowców, także poza granicami ChRL i HK.
Wprowadzenie ustawy z pominięciem lokalnej legislatywy oraz jej szeroki zakres i kontrowersyjne przepisy spotkały się ze sprzeciwem państw zachodnich, które uznają, że doszło do złamania zapisanej we wspólnej deklaracji brytyjsko-chińskiej z 1984 r. zasady „jeden kraj, dwa systemy” oraz zobowiązania Pekinu, że przez 50 lat od przejęcia regionu nie zostanie zmieniony panujący w nim porządek prawnoustrojowy. W reakcji Departament Stanu USA nałożył sankcje wizowe na chińskich decydentów powiązanych z wprowadzeniem ustawy. Departament Handlu z kolei odebrał HK specjalny status, który pozwalał traktować region jako odrębny od ChRL podmiot prawnomiędzynarodowy, zapowiedział także zakończenie niereglamentowanego eksportu technologii. Izba Reprezentantów przyjęła ustawę penalizującą banki za świadczenie usług dla chińskich funkcjonariuszy publicznych odpowiedzialnych za łamanie autonomii HK i praw człowieka na jego terytorium. Parlament Europejski już w połowie czerwca, kiedy ujawniono prace nad ustawą, wezwał państwa członkowskie do zaskarżenia ChRL do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości za złamanie wspólnej deklaracji. Ustawa została potępiona przez przedstawicieli UE, a przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zapowiedziała skoordynowaną odpowiedź państw członkowskich. Wielka Brytania uznała wprowadzenie ustawy za pogwałcenie wspólnej deklaracji i ogłosiła zmianę przepisów emigracyjnych, która umożliwi mieszkańcom Hongkongu osiedlanie się w Wielkiej Brytanii oraz otworzy ścieżkę do uzyskania obywatelstwa. Podobnie władze Tajwanu i Australii zapowiedziały ułatwienia emigracyjne dla Hongkończyków.
osw.waw.pl
Operacja przeprowadzona w 1982 roku w Dolinie Bekaa przez Izrael to podręcznikowy przykład umiejętnego wyeliminowania w miarę nowoczesnej i silnej obrony przeciwlotniczej tylko z wykorzystaniem statków powietrznych. Izraelczykom udało się wtedy zniszczyć 19 baterii przeciwlotniczych oraz kilkanaście syryjskich samolotów bez strat własnych. Uzyskano to dzięki odpowiedniemu rozpoznaniu prowadzonemu w czasie rzeczywistym, bezwzględnemu wykorzystaniu wszelkich słabych stron przeciwnika oraz zastosowaniu nowatorskiej taktyki działania.
Izraelskie działania wywiadowcze przygotowujące do ataku rozpoczęły się już w momencie pojawienia się zagrożenia, a więc zaraz po wprowadzenia przez Syrię w kwietniu 1981 roku pierwszych, przeciwlotniczych brygad rakietowych do Doliny Bekaa w Libanie. To przegrupowanie miało być odpowiedzią syryjskiego rządu na zestrzelenie przez Izrael dwóch śmigłowców, które według Izraela uczestniczyły w atakowaniu jego sojuszników - chrześcijańskich bojowników. Izraelczycy musieli zareagować na pojawienie się baterii przeciwlotniczych z Syrii, ponieważ zagrażały one ich przewadze powietrznej przy granicy z Libanem i ograniczały możliwość prowadzenia przez izraelskie lotnictwo rozpoznania i operacji wsparcia dla własnych działań lądowych.
Głównym błędem Syryjczyków było zlekceważenie Izraelczyków. Ostrzeżeniem powinien być przede wszystkim atak czternastu izraelskich myśliwców F-16 i F-15, który 7 czerwca 1981 roku zniszczył budynek irackiego reaktora atomowego niedaleko Bagdadu. Operacja pod kryptonimem „Opera” oznaczała konieczność przelotu ponad 1600 km – w większości nad obcym terytorium Arabii Saudyjskiej i Iraku. Izraelczykom udało się tego jednak dokonać i to bez strat własnych pomimo silnej, zintegrowanej obrony przeciwlotniczej - szczególnie w okolicach reaktora.
Rok później izraelskie siły powietrzne zrealizowały równie skuteczny atak przeciwko Syryjczykom, choć w o wiele bardziej spektakularny sposób. Atak w Dolinie Bekaa był teoretycznie łatwiejszy, ponieważ Izraelczycy mogli już wykorzystywać drony do prowadzenia rozpoznania (czego nie mogli zrobić w Iraku). Wiedzieli więc, że do czternastu wcześniej rozwiniętych stanowisk przeciwlotniczych baterii S-75 „Dźwina”, S-125 „Pieczora” i 2K12 „Kub” nagle doszło kolejnych sześć baterii przesuniętych przez Syrię ze Wzgórz Golan. Wymagało to skorygowania planu ataku, jednak sam schemat działania się nie zmienił. Izraelczykom sprzyjał również fakt, że Syryjczycy wierząc w siłę swoich baterii plot., nakazali wycofać własne samoloty myśliwskie znad Doliny Bekaa.
Izraelscy planiści wykorzystali wszystko: słabe strony poszczególnych typów zestawów plot, sposób działania syryjskich operatorów, ograniczenia wynikające z ukształtowania terenu, a przede wszystkim zupełnie nowe, własne systemy uzbrojenia. Atak przygotowywali zresztą od wielu miesięcy, szkoląc się na makietach syryjskich baterii rozstawionych na pustynnym poligonie Negev. Rozpoznano też (głównie z pomocą dronów) częstotliwości pracy radarów jak również urządzeń łączności wykorzystywanych w scentralizowanym systemie obrony plot Syrii.
Dokonywano nawet próbnych ataków systemami walki radioelektronicznej, sprawdzając skuteczność tych środków, jak również wiarygodność własnych danych wywiadowczych. W ten sposób wiedziano, co trzeba będzie wyeliminować, a co należy zostawić w spokoju, by móc stamtąd pozyskiwać niezbędne informacje.
Sam atak był kontrolowany przez Izraelczyków w czasie rzeczywistym, m.in. dzięki latającemu w powietrzu samolotowi dozoru radiolokacyjnego E-2C Hawkeye oraz co najmniej dwóm bezzałogowym samolotom na stale przebywającym w powietrzu. W ten sposób Izraelczycy znali dokładną pozycję wszystkich syryjskich baterii przeciwlotniczych, pomimo że część z nich była mobilna (2K12 „Kub”) i często zmieniała stanowiska.
Pierwszym sukcesem izraelskiego lotnictwa było „zmęczenie” syryjskiej obrony przeciwlotniczej. Zrobiono to poprzez systematyczne wlatywanie w strefę obrony i ucieczkę w momencie, gdy baterie rozpoczęły procedurę startu rakiet. Syryjczycy sądzili więc, że mają do czynienia z kolejnym próbnym wlotem, a nie faktycznym atakiem.
Izraelczycy w pierwszej fazie operacji 9 czerwca 1982 roku wysłali w kierunku Doliny Bekaa bezzałogowe samoloty Mastiff, które zmusiły syryjską obronę do włączenia radarów. Wtedy do akcji włączyły się samoloty F-4 Phantom, które zniszczyły te aktywne stacje radiolokacyjne za pomocą rakiet antyradarowych AGM-78 Standard ARM i AGM-45 Shrike (w pierwszej kolejności zaatakowano radar dalekiego zasięgu na szczycie wzgórza Jebel Baruk). Pomogła w tym szybkość tych pocisków, które „wyłączały” stacje przed doprowadzeniem własnych rakiet do samolotów F-4. Syryjczycy mieli wystrzelić w tej fazie nawet 57 rakiet systemu plot Kub.
Po wyeliminowaniu radarów izraelskie lotnictwo w ciągu dwóch godzin rozprawiło się z dziewiętnastoma, syryjskimi bateriami znając doskonale ich pozycję i wiedząc, że nie mogą one już nic zrobić bez własnych stacji naprowadzania. Co ważne atak był przeprowadzony przez Izraelczyków bez strat własnych.
Syryjczycy próbowali się ratować, wysyłając do obrony niszczonych baterii plot własne myśliwce. Ale na to byli już przygotowanie izraelscy piloci naprowadzani w czasie rzeczywistym z powietrznego stanowiska kierowania. Wiedziano również dokładnie, co startowało z baz, ponieważ nad syryjskimi lotniskami patrolowały bez przerwy izraelskie drony.
Tłok w powietrzu był tak duży, że Izraelczycy dla uniknięcia strat bratobójczych wpuszczali na obszar walki nie więcej niż cztery własne myśliwce i to nie na dłużej niż dwie minuty. W gotowości były zawsze cztery takie grupy myśliwców. Zupełnie inaczej było w przypadku syryjskich samolotów MiG-21 i MiG-23, które poprzez selektywne zakłócanie łączności zostały praktycznie odcięte od kontroli naziemnej.
I kiedy syryjscy piloci działali właściwie po omacku, to ich izraelscy odpowiednicy z chirurgiczną precyzją wyłapywali kolejne samoloty przeciwnika, atakując je pociskami Sparrow z odległości od 22 do 40 km (a więc poza zasięgiem systemów obserwacji stosowanych na samolotach Syryjczyków). W ciągu pół godziny Izraelczycy zestrzelili około 26 MiG-ów. Natomiast do momentu zwieszenia broni ta liczba zwiększyła się do 82 przy zerowych stratach ze strony Izraela.
defence24.pl
niedziela, 12 lipca 2020
To kto zdecyduje? Może - jeśli jest taka kategoria wyborców - ci, którzy nawet do końca sobie z tego nie zdając sprawy chcą być po zwycięskiej stronie? A po I turze faworytem jest jednak Duda.
Są i tacy wyborcy. W politologii mówimy o bandwagon effect - przyłączania się do wygrywającego obozu. Ale efekt ten dotyczy głównie wyborów parlamentarnych, a nie prezydenckich. W praktyce efekt ten widzimy, gdy jakaś partia ma kilku-kilkunastopunktową przewagę w sondażach. Wtedy jakaś część wyborców przyłącza się właśnie do jej elektoratu, aby być po zwycięskiej stronie.
W jakimś, choćby niewielkim stopniu, może to zadziałać i w elekcji prezydenta?
Mamy dwóch kandydatów, a ich szanse są wyrównane, więc nie wiadomo do kogo się przyłączyć.
Jeśli wyborca ma w pamięci wyniki I tury, to widzi, że prowadzenie Dudy było wyraźne.
Gdyby sondaże przed II turą sugerowały zwycięzcę, choćby niewielką różnicą, ale wszystkie byłyby zgodne, to wówczas bandwagon effect też by wyraźnie zaistniał. Skoro jednak sondaże są różne, to wyborcy ulegający im mogą się czuć zdezorientowani. Wynik I tury to dla nich jeszcze za mało.
(...)
Jesteśmy - choćby intuicyjnie - zdolni zajrzeć w głowy wyborców, którzy według pana przesądzą o wygranej któregoś z kandydatów?
Tylko intuicyjnie można to zrobić. Jest to bowiem grupa, która jest przekleństwem sztabów wyborczych i senną marą socjologów i politologów. Nie daje się bowiem opisać w kategoriach wykształcenia czy zamieszkania. To "wyborcy ostatniej godziny". Za każdym razem to są inni ludzie. A co ich łączy? To, że do dnia wyborów polityka takiego człowieka nie interesowała, ale dopadło go emocjonalne tsunami przetaczające się przez Polskę.
Do tej pory człowiek ten bronił się przed tą falą, nie oglądał żadnych programów informacyjnych. Ale tuż przed wyborami jest już tak osaczony, że nie potrafi uciec - tak dzieje się najczęściej przy okazji wyborów prezydenckich, II ich tury. Gdzie by nie poszedł, to i tak słyszy rozmowy albo i kłótnie o prezydenta, a znajomi namawiają go, by kogoś poparł. Człowiek pęka i mówi: "trudno, pójdę i zagłosuję". Ale nie jest tak, że ma wypracowany pogląd. Nie. Jego wybór będzie zależał od tego, jaka opinia wpadnie mu do ucha jako ostatnia.
I dlatego sztaby przed ciszą apelują: przekonujcie swoje rodziny, sąsiadów, znajomych!
Właśnie. Starają się w ten sposób wyłuskiwać dla siebie "wyborców ostatniej godziny". Może właśnie teraz odbywa się gdzieś taka rozmowa: - Wiesiu, ja cię błagam. Ty masz ich wszystkich za bandę złodziei, ale zagłosuj na - tu pada nazwisko. Zrób to dla mnie.
gazeta.pl
sobota, 11 lipca 2020
Grzegorz Sroczyński: - Co zdecyduje?
Marcin Duma: Niuanse. Te dwa tygodnie są bardzo szczególne, bo to, co normalnie potrafi się ciągnąć miesiącami - jakaś zmiana emocji społecznych, nastrojów - teraz dostaje solidną dawkę adrenaliny i wszystko dzieje się szybciej.
- Taki rollercoaster?
Nie. To nie jest jazda w wagonikach w górę i w dół po skrajnościach, te amplitudy będą małe, ale totalnie nieprzewidywalne i szybko będą się zmieniać. Jakaś emocja może się nagle lekko wzmocnić, za dwa dni zgasnąć, a inna dotrwa do 12 lipca i przeważy wynik. Bardzo szybkie, ale małe ruchy. Wyobraź sobie, że jesteś takim macherem w którymś sztabie wyborczym i badasz ludzi powiedzmy w środę, coś nowego wychodzi z tych badań, ale zanim w piątek wdrożysz nową strategię pod to "coś", to już następuje zmiana emocji na inną i twoja strategia jest do bani.
- I dlatego oni serwują same odgrzewane kotlety? LGBT, 500 plus, emerytury, "oni wam podwyższą podatki" itd.
Z jednej strony odgrzewane kotlety mogą być dla wyborcy wciąż bardzo smaczne, a z drugiej strony oni muszą czekać na solidne badania nowych treści, więc na razie z grubsza powtarzają strategie z pierwszej tury. Wydarzenia, słowa, hasła, które normalnie istniałyby co najmniej parę dni, przewalały się na portalach internetowych, w telewizjach, w memach i - co najważniejsze - w rozmowach z wujkiem przy stole, teraz mogą istnieć ledwie parę godzin. Temat z dzisiejszego południa jutro znika bez śladu.
- A coś nowego w tym całym zamieszaniu widzisz?
Tuż po pierwszej turze przyjrzeliśmy się za pomocą badań ilościowych wyborcom, którzy wcześniej byli poza radarem badań: nie poszli w pierwszej turze, ale teraz deklarują, że pójdą. "Druga tura jest ważniejsza, teraz na pewno pójdę!".
- Ilu ich jest?
Około półtora miliona. Spory dopływ. Uważam, że w wyborczą niedzielę mamy szansę pobić rekord frekwencyjny z 1995 roku i przekroczyć 68 proc. A na pewno ten szczyt zaatakujemy. Ostry spór wpłynął na aktywność obywatelską. Marudziliśmy przez kilkanaście lat, że Polacy nie chodzą na wybory, no to proszę - mamy szczyt polaryzacji, szczyt emocji - i chodzą.
(...)
- Czyli co zdecyduje? Kogo Duda i Trzaskowski muszą do siebie przekonać? I jak?
Już ci mówiłem: nikogo nie muszą przekonać. O przekonywaniu w ogóle nie ma mowy. Ludzie już wiedzą, na kogo głosować, wahających się prawie nie ma. W całej tej grze wyborczej chodzi o mobilizację swoich i demobilizacje tamtych. Pytanie, kto pójdzie, a kto nie pójdzie.
- To kto pójdzie?
Nie wiem. Gdybyśmy wzięli pod uwagę wyborców w pierwszej tury i przepływy elektoratów, to wygrywa Trzaskowski. Ale już ci mówiłem, że po ogłoszeniu wyników pierwszej tury zaraz w poniedziałek objawili się nowi wyborcy, którzy napłynęli do puli "drugoturowych". I oni na parę dni zmienili obraz wyników na korzyść Dudy. Pytanie, czy tylko mówią, że pójdą, czy rzeczywiście pójdą. Naprawdę nie sposób niczego przewidzieć. Jeśli idziesz gdzieś komentować w wieczór wyborczy, to przygotuj się na to, że nie będziesz miał czego komentować, bo żaden exit poll nie może być wiarygodny przy tak niedużej różnicy głosów. Będzie o włos.
gazeta.pl
czwartek, 9 lipca 2020
- Jeden z kandydatów na urząd prezydenta zapowiada, że jeśli wygra wybory, natychmiast zniesie składki do ZUS od emerytur. Martwią pana takie obietnice?
Prof. Paweł Wojciechowski, główny ekonomista ZUS: Ma pani oczywiście na myśli składkę zdrowotną, która jest potrącana z emerytur. To nie jest składka ubezpieczeniowa, ale ma charakter daniny podatkowej.
Artykuł 67 Konstytucji RP nakazuje państwu zapewnienie ochrony zdrowotnej obywateli. Idziemy w kierunku powszechnej opieki medycznej. Ktoś musi ponieść związane z tym koszty. Czy emeryci powinni być grupą uprzywilejowaną, która z tej daniny zostanie zwolniona? Według mnie nie. Zasada solidarności społecznej nakazuje, abyśmy wszyscy coś wpłacili do systemu, inaczej należałoby i tak sfinansować NFZ z innych podatków. Dodatkowo emeryci są tą grupą społeczną, która trochę więcej korzysta ze świadczeń medycznych niż reszta społeczeństwa, zatem nie ma powodu, by ich z tego obowiązku całkowicie zwalniać.
(...)
- To ile musimy płacić ZUS-owi, żeby każdy dostał minimalną emeryturę w przyszłości?
To trudne pytanie, bo długość życia ciągle się wydłuża, czyli rośnie liczba lat pobierania świadczenia. Można jednak założyć, że minimalne składki powinny być odprowadzane od co najmniej 60 proc. przeciętnej płacy przez co najmniej 27 lat. Tymczasem obecnie kobiety mogą uzbierać staż uprawniający do dopłaty z budżetu państwa do minimalnej emerytury już po 20 latach pracy. Rachunek jest prosty: społeczeństwo z podatków dopłaci im do tych dodatkowych 7 lat.
Musimy wypracować taki system, w którym społeczeństwo nie dźwigałoby ciężarów tych, którzy nie oszczędzali lub oszczędzali niewystarczająco. Niedobrze byłoby, aby w przyszłości również przedsiębiorcy lub osoby nadmiernie wykorzystujący niżej oskładkowane umowy skarżyli się na niskie emerytury, jak robią to dziś artyści i twórcy, którzy wnosili niewielkie składki i są dziś rozżaleni, że mają głodowe emerytury. Zasadą ubezpieczeń jest proporcjonalność do wkładu, ekwiwalentność. Dlatego każdy powinien wiedzieć, ile i za co płaci.
- Jak taki sprawiedliwy system powinien być skonstruowany?
Doświadczenia zamożnych państw Zachodu pokazują, że progresywne systemy podatkowe lepiej się sprawdzają, są bardziej odporne na wahnięcia koniunktury. Tymczasem nasz system podatkowo-składkowy charakteryzuje się najniższą progresją wśród państw OECD, co oznacza, że nie jest ani korzystny przy stabilizowaniu koniunktury, ani sprawiedliwy.
money.pl
Projektując rozwiązania, mające nas ustrzec przed problemami, które się jeszcze nie pojawiły, warto zachować pokorę i być uważnym. Dlatego, że przy skomplikowanych problemach każda interwencja może wywołać szereg nieprzewidzianych skutków. Autor podaje przykład wydawałoby się prostej sprawy, jaką jest ograniczenie zużycia plastikowych reklamówek. Te reklamówki, mimo że stanowią niewielki odsetek śmieci, powodują nieproporcjonalnie duże szkody w naturze, m.in. dlatego, że potrafią rozkładać się nawet przez sto lat.
Cóż zatem prostszego niż wycofać „plastiki” z użytku i zastąpić je papierowymi i materiałowymi torbami? W końcu takie torby są zdecydowanie lepsze z punktu widzenia zanieczyszczania wód. To prawda, ale Agencja Środowiska z Wielkiej Brytanii policzyła, że do wyprodukowania toreb materiałowych i papierowych zużywa się znacznie więcej energii, niż przy produkcji toreb plastikowych, a to oznacza więcej zanieczyszczeń w powietrzu.
Wspomniana organizacja policzyła, że trzeba by wykorzystywać papierową torbę przynajmniej trzy razy, a materiałową 131 razy, aby szkody przy ich produkcji dla środowiska nie były wyższe, niż w przypadku „plastików”. Nawet jeżeli uznamy, że zakaz produkcji plastików jest uzasadniony, trzeba bardzo dokładnie go sformułować. Na przykład w Chicago w 2014 r. przegłosowano prawo zakazujące sklepom przekazywania klientom cienkich reklamówek. Co zrobiły sklepy? Zaczęły rozdawać torebki z grubszego plastiku. Zakładano, że kupujący będą z takich trwalszych toreb wielokrotnie korzystać. Ci jednak, przyzwyczajeni do wyrzucania plastikowych reklamówek po jednokrotnym użyciu, nie zmienili przyzwyczajeń.
obserwatorfinansowy.pl
Wśród państw, do których danych Piketty uzyskał dostęp, jest m.in. Polska. Najciekawsze informacje dotyczące naszego kraju znajdujemy w połowie książki. Zobaczymy tu porównanie średnich rocznych przepływów środków finansowych z Unii Europejskiej do Polski, Węgier, Czech i Słowacji z ich wypływem za granicę.
I tak na przykład, w latach 2010 – 2016 otrzymaliśmy z UE średnio rocznie środki finansowe stanowiące 2,7 proc. PKB. Ale w tym samym okresie wypływało z naszego kraju netto 4,7 proc. PKB. We wszystkich wymienionych krajach więcej pieniędzy wypływało, niż wpływało w postaci oficjalnych transferów unijnych.
Te dane, w opinii Pikettiego, tłumaczą frustracje wielu obywateli w krajach członkowskich UE pochodzących z państw Europy Środkowej i Wschodniej. Ekonomista wyjaśnia, że wielu Polaków, Czechów czy Węgrów wini za swoje zbyt niskie zarobki to, że ich kraj został wyeksploatowany przez głównie niemieckich i francuskich inwestorów, którzy wykorzystując dużą podaż taniej siły roboczej, wytransferowali do swoich krajów zrealizowane zyski.
Piketty potwierdza, że po upadku komunizmu zachodni inwestorzy przejęli dużą część kapitału w Europie Wschodniej, ok. jednej czwartej całości, jeżeli patrzeć na wszystkie aktywa łącznie z nieruchomościami, ale ponad połowę, gdy brać pod uwagę tylko firmy (a nawet jeszcze więcej, jeżeli patrzeć tylko na duże przedsiębiorstwa).
Autor powołuje się na pracę Pawła Bukowskiego i Filipa Novokmeta „Between communism and capitalism: long-term inequality in Poland, 1892 – 2015”(„Pomiędzy komunizmem a kapitalizmem: długoterminowe nierówności w Polsce, 1892 – 2015”), w której autorzy twierdzą, że nierówności w naszym kraju po transformacji ustrojowej nie wzrosły tak bardzo jak w Rosji, w dużej mierze dlatego, że spora część zysków firm działających w naszym kraju jest wyprowadzana za granicę.
Tak więc nie mamy polskich magnatów, takich jacy są w Rosji, bo pieniądze zarabiane na naszych obywatelach idą do kieszeni niemieckich, francuskich czy amerykańskich miliarderów. „W zasadzie tylko w okresie komunizmu Europa Wschodnia nie należała do zachodnich inwestorów” – konstatuje Piketty i przypomina, że przed II wojną światową także zachodni inwestorzy mieli silną pozycję w naszym regionie.
Ekonomista zauważa jednak, że duży wypływ pieniędzy z krajów takich jak Polska (dokładnie 4,7 proc. PKB) nie oznacza automatycznie, że wstąpienie do Unii Europejskiej było złym interesem dla krajów regionu. W końcu wypływ pieniędzy wynika z poczynionych inwestycji, które zwiększyły produktywność i płace w Europie Wschodniej. Jednak płace w Polsce i innych krajach regionu nie wzrosły tak bardzo jak mogłyby, w części ze względu na mocną pozycję przetargową zachodnich inwestorów, którzy zawsze mogą zagrozić wycofaniem się z kraju, o ile zyski z inwestycji nie będą dla nich satysfakcjonujące.
Piketty zwraca uwagę, że zyski zachodnich inwestorów w krajach takich jak nasz są na tyle wysokie, iż warto bliżej przyjrzeć się tej sprawie. Tym bardziej, że poziom tych zysków nie jest ustalony raz na zawsze. Zależy m.in. od siły przetargowej związków zawodowych, krajowych przepisów prawa, podatków, a więc państwo ma narzędzia, by na wysokość tych zysków wpływać.
Ekonomista wskazuje, że najlepszym sposobem na zmniejszenie wyprowadzania przez zachodnich inwestorów pieniędzy za granicę jest zmuszenie ich do podniesienia płac pracownikom. Tymczasem kraje takie jak Niemcy czy Francja mają tendencję do ignorowania tego problemu. Ewentualnie pojawia się argument, że te zyski to wynik działań „rynku” i „wolnej konkurencji”, które z założenia są sprawiedliwe.
obserwatorfinansowy.pl
niedziela, 5 lipca 2020
- A czy to nie było tak, że dość szybko zamieniliśmy ZSRR na USA? Kiedy trwała wojna irańsko-iracka, reprezentowaliśmy interesy Waszyngtonu w Bagdadzie.
Właśnie tak i to jest początek tej historii. Na przełomie 1989 r. i 1990 o czym szerzej piszę w mojej ostatniej książce o pierwszych rządach solidarnościowych nastąpiła szybka reorientacja. Symbolizowało ją kilka wydarzeń. Pierwszą była sprawa którą pan wymienił, czyli iracka. Nie chodziło jednak głównie o to, że nasi dyplomaci reprezentowali interesy USA w Iraku, ale o tzw. operację Samum. Polegała ona na wywiezieniu przez oficerów wywiadu UOP kilku agentów CIA z ogarniętego wojną Iraku. Równolegle trwała druga operacja, o kryptonimie "Most", czyli przerzucania Żydów z ZSRR do Izraela. Obie operacje będące dziełem służb specjalnych okazały się fundamentem pod późniejszą, coraz bliższą współpracę polsko-amerykańską.
- A jak to wyglądało na niwie dyplomatycznej?
Jeszcze w 1990 r. wysyłano pokaźną grupę ludzi z różnych sfer aparatu państwowego na szkolenia do Stanów Zjednoczonych. To dotyczyło ludzi z dyplomacji, służb specjalnych, sektora gospodarczego, wreszcie z wojska. I tu się zaczynają obszary bardzo wrażliwe, o których nikt szerzej opowiadać nie będzie. To są sprawy wciąż objęte tajemnicą, ale jak się weźmie prasę zachodnioeuropejską to już na początku lat 90. można tam było przeczytać, że Polska staje się "koniem trojańskim" USA w Europie.
- A na czym konkretnie ta nasza rola polegała?
Jak się prześledzi ostatnich 30 lat to są one przetkane zaskakującymi czasem wydarzeniami. Podam dwa przykłady. Ten mniej znany pochodzi z 1996 r., kiedy po aferze Olina i dymisji premiera Oleksego zaczął się konflikt w koalicji SLD-PSL o stanowisko szefa rządu i obsadę ministerstw. Cimoszewicz, który miał zostać premierem - jak sam relacjonuje – postanowił przeciąć ten konflikt grożąc, że jeśli nie dojdzie do porozumienia w sprawie składu rządu, to on zrezygnuje, bo nie będzie świecić oczami przed przybywającym wkrótce do Polski asystentem amerykańskiego sekretarza stanu Richardem Holbrookem. Ten ostatni miał przyjechać, aby zobaczyć co się dzieje w kraju, w którym oskarżono urzędującego premiera o to, że jest rosyjskim agentem. Groźba podziałała jak przysłowiowy kubeł zimnej wody, błyskawicznie kończąc koalicyjne spory. Skończyło się tak, że prezydent Aleksander Kwaśniewski o dwie godziny przesunął swoje spotkanie z Amerykaninem pospiesznie zaprzysiągł ministrów Cimoszewicza.
- Co nam ta historia mówi?
Że oto niskiej rangi amerykański urzędnik przyjeżdża do Polski, a rządzący tak się obawiają jego opinii, że natychmiast kończą spory na temat składu rządu. To jest przykład na to, co zaczęło się już za Mazowieckiego, czyli wpatrzenia w Waszyngton. Wszystkie kolejne ekipy, czy to postsolidarnościowe czy postkomunistyczne były bardzo mocno przywiązane do tego co powiedzą Amerykanie.
- Daliśmy się spostkolonizować.
Ktoś powie, że to myślenie wasalne, ale my po prostu chcieliśmy się bardzo znaleźć w klubie zachodnim. To się pojawiło po raz pierwszy przy wyborze planu Balcerowicza, który podlegał ścisłym uzgodnieniom ze wskazanym przez Amerykanów Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Później zresztą, gdy Mazowiecki podał się do dymisji, Amerykanie chcieli zrobić Balcerowicza premierem. I zrobiliby, gdyby nie to, że on sam nie chciał. Wolał być dalej wicepremierem i ministrem finansów w kolejnym rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego. Każdy kolejny polski rząd traktował Amerykanów jako najważniejszego strategicznego sojusznika, którego trzeba słuchać i broń boże nie wolno mu odmawiać.
- Wspomniał pan o dwóch przykładach owej specyficznej presji. Pierwszym była wizyta Holbrooke'a 24 lata temu. A drugi?
Tajne więzienie CIA na terytorium Polski, w Starych Kiejkutach, utworzone w czasach rządów Leszka Millera. Zostaliśmy wtedy sprowadzeni do roli republiki bananowej. Amerykanie nie chcieli mieć tych więźniów na własnym terytorium, by nie musieć przestrzegać praw człowieka na podstawie amerykańskiego prawa, więc wybrali sobie takie kraje takie jak Polska, Litwa czy Rumunia, które bardzo o względy Waszyngtonu zabiegały. No i niestety wystąpiliśmy w roli hotelu na godziny, tylko nie dla prostytutek, ale dla terrorystów i ich oprawców. Warto zauważyć, że nastąpiło to już w czasie, gdy byliśmy w NATO, nie musieliśmy już zatem aż tak mocno zabiegać o poparcie USA. Jednak Miller i Kwaśniewski byli zdania, że tylko USA są w stanie realnie zapewnić Polsce bezpieczeństwo, co zaowocowało też dość znaczącym udziałem polskich żołnierzy w koalicji antyirackiej, która – tylko przypomnę – nie była dziełem NATO.
dziennik.pl
Ostatnio wiele zaawansowanych technologicznie, chińskich firm przeniosło siedziby na teren ASEAN, gdzie produkty są wytwarzane taniej, a potem eksportowane do Chin, pakowane i wysyłane w świat z naklejką „Made in China”. To napędza import z krajów stowarzyszenia i umacnia powiązania między gospodarkami.
Handel między Chinami a ASEAN rośnie także dzięki nowym strategiom Pekinu polegającym na intensyfikacji dostaw z regionu. Pekin uruchomił specjalne strefy (w okolicach Wietnamu, Myanmaru czy Laosu) kuszące firmy z ASEAN wieloma ulgami, w tym podatkowymi, zachęcając je do zwiększenia współpracy z Chinami. W ostatnich miesiącach, poza intensyfikacją handlu z Singapurem, obserwuje się szczególnie wysokie wzrosty obrotów z Wietnamem i Indonezją. Import z Wietnamu wzrósł rekordowo o prawie 1 w pierwszym kwartale, a z Indonezji o 13 proc. rok do roku.
Generalnie – ostatnio Azja Południowo-Wschodnia stała się przyczółkiem dla wielu międzynarodowych korporacji, np. dla Samsunga, chcących uniknąć narastających kosztów związanych z wojną handlową między Chinami a USA. Sporo międzynarodowych przedsiębiorstw przeniosło swoje fabryki do m.in. Malezji, Wietnamu czy Tajlandii. Zakłady te nastawione są głównie na zaspokajanie popytu w Chinach. Wiele z nich wciąż potrzebuje surowców, sprzętu, wiedzy i technologii z Państwa Środka, dużo jest również zależnych od tamtejszego konsumenta, a to wszystko sprzyja wzrostowi wymiany handlowej na linii Chiny-ASEAN.
Zwrócenie się Chin w stronę ASEAN jest oczywiste, jeśli weźmie się pod uwagę negocjowane „Regionalne, kompleksowe partnerstwo gospodarcze” (ang. Regional Comprehensive Economic Partnership; RCEP), które ma zostać formalnie podpisane w 2020 r. Właśnie zakończyła się 30. runda negocjacji. RCEP połączy umową wolnego handlu ASEAN, Chiny, Japonię, Koreę Południową, Australię i Nową Zelandię. Będzie to największe porozumienie o wolnym handlu na świecie. Obejmie około połowę całej ludzkości. Kraje RCEP odpowiadają za 33% globalnego PKB, ich obroty handlowe szacowane na około 10 bln dol. i realizują 25% globalnych przepływów kapitałowych. Oddziaływanie RCEP na gospodarkę światową byłoby jeszcze większe, gdyby w ostatniej chwili nie wycofały się Indie.
obserwatorfinansowy.pl
Na początku pierwszego rozdziału autor cytuje następujący żart. ”Idąc drogą spotkałem starszego pana rozsypującego jakiś proszek w przerwach mniej więcej co 15 metrów. Zapytałem go, co robi. Odpowiedział: to proszek na słonie. Nie znoszą go, a więc trzymają się z daleka. Ale tu nie ma słoni! No właśnie – odpowiedział. Ten proszek jest bardzo skuteczny.”
Ta anegdotka ma także zilustrować problem mrocznych danych (czyli w tym wypadku danych, których nie mamy). Autor podaje przykład sytuacji ze szczepionkami. Zdarza się, że rodzice argumentują, że szczepionka, którą ma dostać ich dziecko jest niepotrzebna, ponieważ – jak wynika z danych – dana choroba prawie nie występuje w kraju (na przykład odra w USA, na którą w całym kraju w 1999 r. zachorowało 99 osób). Szczepienie na chorobę, której nie ma?
obserwatorfinansowy.pl
Jak się okazuje, ludzie posiadają pewne unikatowe atuty w stosunku do „robotów w białych kołnierzykach” w takich obszarach, jak wydawanie sądów, empatia, intuicja, kreatywność, etyka, ciekawość oraz zdolność do rozumienia złożonych interakcji między zespołami ludzi. Psycholodzy określają te zdolności mianem „poznania społecznego”. Posiadamy je z bardzo konkretnych, bardzo głęboko zakorzenionych przyczyn. W książce „The Cultural Origin of Human Cognition” (Kulturowe źródła ludzkiego poznania) Michael Tomasello twierdzi, że poznanie społeczne pozwoliło ludziom żyć w dużych grupach, gdzie przetrwanie zależało od zdolności poszczególnych osób do współpracy w ramach złożonej sieci relacji obejmujących zaufanie, pokrewieństwo oraz dominację. Te zdolności są głęboko zakorzenione w ludzkim mózgu.
Technologie uczenia maszynowego mają problemy z poznaniem społecznym, (..). Po pierwsze nawet dzisiejsze komputery nie mają wystarczających mocy obliczeniowych, jeśli weźmiemy pod uwagę kombinatoryczne aspekty interakcji społecznych. Po drugie nie posiadamy odpowiednich danych, aby dobrze wytrenować „roboty w białych kołnierzykach”. Po trzecie technologie uczenia maszynowego są płytką imitacją biologii ludzkiego procesu uczenia się. Może się więc okazać, że aby maszyny mogły z nami rywalizować w zakresie typowo ludzkich umiejętności konieczne będzie zupełnie nowe podejście do nauk informatycznych (...).
(...)
Eksperymenty psychologiczne wskazują, że kiedy ludzie komunikują się ze sobą twarzą w twarz, przebywając w tym samym pomieszczeniu, mniej niż 30 proc. wymienianych informacji wynika z wypowiadanych słów – niektórzy badacze zajmujący się komunikacją wskazują nawet, że w takich warunkach komunikacja werbalna odpowiadać może za zaledwie 7 proc. przekazywanych informacji. Za całą resztę odpowiada komunikacja niewerbalna. Jednym ze skutków jest to, że budowanie zaufania jest znacznie łatwiejsze przy komunikacji twarzą w twarz, ponieważ łatwiej jest kłamać przy pomocy słów niż kłamać twarzą w twarz. Właśnie dlatego bardziej ufamy ludziom, gdy mówią nam coś prosto w twarz.
Prawie dziesięć lat temu Alan Blinder sklasyfikował miejsca pracy według ich podatności na przeniesienia za granicę (offshore-ability) i stwierdził, że około 40 proc. prac może być wykonywana zdalnie. Sektory, w których dałoby się przenieść za granicę – tj. mogłyby być wykonywane przez telemigrantów – mniej niż 20 proc. miejsc pracy stanowiły głównie zajęcia, w przypadku których konieczna jest fizyczna obecność pracownika na miejscu: stanowiska w hotelach i restauracjach, transporcie i magazynowaniu, budownictwie, branżach rekreacyjnych, edukacji, a także opiece zdrowotnej i społecznej. Najbardziej podatne na konkurencję ze strony telemigrantów natomiast były sektor usług profesjonalnych, sektor naukowy i techniczny, a także sektor finansowy oraz przemysł i media. W ostatnim okresie Dingel i Neiman (2020) stwierdzili, że 37 proc. miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych pozwala na pracę zdalną.
Miejsca pracy w sektorze usług oraz stanowiska specjalistyczne były do tej pory w większości chronione przed skutkami globalizacji (czyli „zdalnej inteligencji”) oraz skutkami rozwoju „robotów w białych kołnierzykach” (czyli sztucznej inteligencji), ponieważ ważne były interakcje twarzą w twarz, a komputery nie umiały myśleć tak jak ludzie. To się stopniowo zmienia wraz z postępem technologii cyfrowych.
obserwatorfinansowy.pl
środa, 1 lipca 2020
Dane potwierdzają, że przyrost zadłużenia rzeczywiście koncentrował się w grupie gospodarstw o najwolniej rosnących dochodach. Relacja długu do dochodu wzrosła najbardziej drastycznie w przypadku gospodarstw, których udział w zagregowanych dochodach nie wzrastał lub kurczył się. Dotyczy to zwłaszcza klasy średniej, definiowanej jako gospodarstwa pomiędzy 50. a 90. percentylem rozkładu dochodów. Stanowią one ok. 55 proc. całkowitego przyrostu zadłużenia od roku 1950. Gospodarstwa z dolnego 50 proc. rozkładu dochodów generują względnie mały, dziesięcioprocentowy wzrost całkowitego zadłużenia. Co więcej, ich udział w tym zadłużeniu z czasem spada.
Boom na rynku kredytów pod zastaw mieszkań w Stanach Zjednoczonych w ostatnich dziesięcioleciach dotyczył przede wszystkim klasy średniej. Podczas gdy dochody klasy średniej wzrosły o 20 proc. od 1970 r., jej zadłużenie zwiększyło się o 250 proc. Ten związek pomiędzy powolnym wzrostem dochodów i wysokim poziomem zadłużenia jest nieoczywisty. W konwencjonalnej logice ekonomicznej oczekuje się, że gospodarstwa będą pożyczać w oczekiwaniu wyższych – a nie takich samych czy niższych – zarobków w przyszłości.
O co więc tu chodzi? W dużym skrócie, amerykańskie rodziny z klasy średniej pozostają w tyle pod względem dochodów, a więc pożyczają pod zastaw swoich domów, aby sfinansować wydatki. W miarę wzrostu cen nieruchomości, rosła wartość tego głównego składnika majątku gospodarstw domowych klasy średniej. Po skorygowaniu o inflację i uwzględnieniu zmian jakościowych, w okresie od połowy lat 70. ubiegłego wieku do połowy lat 2000 ceny domów w Stanach Zjednoczonych wzrosły o 75 proc. Wskaźniki majątku „mieszkaniowego” do dochodu wzrosły w klasie średniej ponad dwukrotnie, ze 140 do 300 proc. dochodu w roku 2007. Pozwoliło to gospodarstwom domowym zaciągać kredyty zabezpieczone wyższą wartością aktywów mieszkaniowych i zwiększać wydatki ponad poziom dochodów. Wykazujemy, że ten mechanizm wykorzystywania zasobów mieszkaniowych „jako bankomatu” wyjaśnia 50 proc. przyrostu zadłużenia gospodarstw domowych w Stanach Zjednoczonych notowanego od lat 70.
Do wieloletniego funkcjonowania tego mechanizmu przyczynił się zbieg dwóch okoliczności. Po pierwsze, na skutek deregulacji finansowej w latach osiemdziesiątych pojawiły się nowe produkty finansowe, umożliwiające gospodarstwom domowym finansowe zdyskontowanie zasobów mieszkaniowych; były to m.in. kredyty konsumenckie pod zastaw nieruchomości (ang. housing equity loans). Szczególną rolę odegrała tu reforma podatkowa z roku 1986. Znosiła ona możliwość odliczania odsetek od kredytów gotówkowych, natomiast utrzymywała ją dla hipotecznych, co prowokowało zwrot ku tym ostatnim. W latach 80. banki intensywnie reklamowały te nowe produkty, posługując się sloganami typu: „Teraz, skoro wartość twojego domu rośnie, pora z tego skorzystać”. Po drugie, spadek stóp procentowych sprawił, że możliwe stało się refinansowanie jednej hipoteki za pomocą innej, bardziej korzystnej (ang. cash-out refinancing) przy jednoczesnym zachowaniu kontroli nad kosztami obsługi długu.
(...)
Z nastaniem kryzysu hipotecznego w roku 2008 ten mechanizm uśmierzania bólu nierosnących dochodów zaciął się. To, co po nim zostało, to jeszcze więcej długów, niska dynamika płac i mniejsza wartość majątków. Dziesięciolecie po globalnym kryzysie finansowym stało się świadkiem niespotykanego w historii Stanów Zjednoczonych pogłębienia nierówności. W konsekwencji COVID-19 dotknął amerykańskie społeczeństwo w chwili, gdy ludzie borykali się jeszcze ze skutkami poprzedniego kryzysu.
obserwatorfinansowy.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
