sobota, 27 czerwca 2020


Mateusz Zimmerman: Granatowa policja i inne formacje, o których pan pisze, działały za wiedzą i zgodą polskiego rządu na uchodźstwie. Jak się do tego miały ich antyżydowskie aktywności?

Prof. Jan Grabowski: Wyjaśnijmy, dlaczego policjanci służący w II RP dostali zgodę polskich władz, by do tych służb wstępować. Pierwszym powodem było chronienie ich przed represjami – Niemcy z łatwością mogli zidentyfikować i wyłapać tych funkcjonariuszy, którzy sami by się nie zgłosili.

Drugi powód: ochrona polskiej ludności cywilnej. Po klęsce wrześniowej okupowana Polska była pogrążona w chaosie, m.in. z powodu szalejącego bandytyzmu – we wrześniu otwarto więzienia, więc tysiące kryminalistów znalazło się na wolności. Pozwalając funkcjonariuszom przedwojennej policji wstępować do służb kontrolowanych przez Niemców, władze emigracyjne ogłosiły jednocześnie nakaz, by policjanci kierowali przede wszystkim „dobrem narodu polskiego”. Rząd i podziemie w kraju nie lekceważyły przypadków, w których ktoś postępował wbrew temu nakazowi.

Tylko że nie obejmowało to Żydów?

Właśnie – „naród polski” już przed wojną definiowano na zasadach etnicznych. Między Polakami z krwi i kości a „obywatelami polskimi religii mojżeszowej” istniało głębokie pękniecie już w latach 30., a niemiecka polityka wobec Żydów zmieniła je w przepaść. To, że Żydzi także byli przed wojną polskimi obywatelami, miało drugorzędne znaczenie dla rządu na uchodźstwie, a więc także dla policjantów w okupowanym kraju.

Kiedy granatowy policjant wyrządzał krzywdę Polakowi, a już szczególnie związanemu z podziemiem – nie uchodziło mu to na sucho, a przynajmniej taki wybór był obarczony obawą przed konsekwencjami. Są takie historie: granatowi policjanci zabili Polaka, a jego rodzinie tłumaczyli, że to przez pomyłkę – bo wzięli go za Żyda. A więc kiedy się krzywdziło Żyda, raczej nie trzeba było się obawiać konsekwencji.

Z czasem Żydzi przestali być uważani nie tylko za polskich obywateli, ale w ogóle za ludzi. Stawali się, jak to ujął Ringelblum, „nieboszczykami na przepustce”.

To jedna okoliczność – ale gdzie szukać innych uwarunkowań i motywacji? Antysemityzm? Typowa dla wojny demoralizacja?

Splot czynników. Antysemityzm był czymś w rodzaju podściółki, na której to wszystko wyrastało. Nie można zapomnieć o silnej antysemickiej asocjacji, która się bardzo często pojawia w źródłach: Żyd równa się złoto. Wstrząsające są np. zapisy grabienia i mordowania ludzi, którzy zdołali się wydostać się z pociągów do Treblinki i próbowali uciekać przez okoliczne wsie czy lasy.

Jeśli pyta pan o demoralizację, to ważne według mnie jest pytanie: kim byli przed wojną ludzie, którzy to robili? „Bohaterowie” tej książki to policjanci często ze wspaniałą karierą i nieposzlakowaną opinią, a „kryminalni” to była elita policji II RP.

Moi zachodni koledzy, którzy badali zbrodnie wojenne popełniane przez rezerwowe formacje niemieckiej policji – jak Christopher Browning – zwracali uwagę na grupowe konformizmy, które znieczulały „zwyczajnych Niemców”, a potem pchały ich do własnoręcznego zabijania. Zapewne także w przypadku polskich policjantów musimy brać takie zjawisko pod uwagę.

Pokazuje pan biograficzne sploty, w które nieraz trudno uwierzyć.

Chciałem znaleźć takie postaci, które powracałyby w kolejnych rozdziałach – to pomaga opowieści, ale przede wszystkim pozwala pokazać bardziej uniwersalne zjawiska. Dotarłem do biografii, które żadną miarą nie pasują do wpajanego nam wzorca „pamięci narodowej”, prostego jak pałka milicyjna: Polacy ratowali Żydów, a ci, którzy ich mordowali, to właściwie nie Polacy. Ja się raczej zastanawiam – i nie mam łatwych odpowiedzi – w jaki sposób człowiek taki jak pan czy ja może się zmienić w bestię. I jak ciągle może potem uchodzić za porządnego człowieka.

Weźmy na przykład sierżanta Piotra Sałabuna, szefa policji w Działoszycach pod Miechowem. Ten człowiek jedną ręką współpracuje z konspiracją, opiekuje się nawet dwiema czy trzema rodzinami żydowskimi, które poleciło mu krakowskie podziemie. Miejscowi będą mu po wojnie wystawiać świadectwo patrioty, oddanego sprawie wolnej Polski. Zarazem Sałabun – jak wynika z wielu świadectw – to wielokrotny morderca Żydów, okrutny i bezwzględny.

Albo plutonowy Władysław Królik spod Węgrowa – filar wywiadu lokalnej AK, tyle że z rękami unurzanymi w żydowskiej krwi po łokcie i z pochwałami od niemieckich zwierzchników. Te ostatnie zachowały się w jego teczce. Albo Czesław Zander z Ciężkowic pod Tarnowem – kolejny zwykły przedwojenny policjant, który zabija Żydów w samym centrum miejscowości, w której pracuje. Nie wstydzi się, nie kryje, mało: cieszy go to i po egzekucjach chodzi sobie na piwo.

Uderzające są „patriotyczne” motywy niektórych zbrodni.

Zamordowanie Żyda, który szukał pomocy, próbował uciec czy się ukryć, traktowano jako formę samoobrony polskiej „substancji narodowej”. Usuwano w ten sposób ze wspólnoty czynnik zagrożenia – bo gdyby o takim Żydzie dowiedzieli się Niemcy, to mogliby węszyć: kto mu pomagał? czy ktoś nie przywłaszczył sobie tego, co uciekinier miał przy sobie?

Jeśli się takiego Żyda zabiło bez wiedzy Niemców, to taka groźba znikała. Bezpieczniej było donieść policjantom, bo to byli „nasi”: wujowie, mężowie, bracia, czyli ludzie względnie przewidywalni. Miejscowym raczej nic z ich strony nie groziło – nie to co w przypadku pojawienia się niemieckich żandarmów. Po wojnie granatowi policjanci nieraz się w ten sposób tłumaczyli w sądach: tak, zabiłem tego Żyda – ale na prośbę sołtysa Nowaka czy Kowalskiego…

…żeby ochronić miejscową ludność przed odwetem Niemców?

Ludobójczy system, który Niemcy zaprojektowali i wprawili w ruch, był w tym znaczeniu genialnie skuteczny. Angażował do mniej lub bardziej świadomego wsparcia lokalne społeczności, z sołtysami, burmistrzami, policjantami czy strażakami. To działało w prawie każdym okupowanym kraju i Polacy nie byli wyjątkiem.

Ci, którzy włączali się w zabijanie Żydów, rzadko robili to z zamiarem pomocy Niemcom. Najczęściej albo chcieli się wzbogacić na grabieży, albo sami oczyścić własną miejscowość z Żydów, albo jedno i drugie. A więc machina pozostawiała przestrzeń na morderczą inicjatywę – zresztą miejscowi aktorzy okazywali jej tym więcej, im mniej było na miejscu Niemców. Jeśli ich nie było, to większy wpływ na sytuację miała granatowa policja. Ale jeśli i ona nie była liczna, to asystowali jej lub wręcz zastępowali ją np. członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej.

W niektórych miejscowościach – czytałem o tym z przerażeniem – strażacy ruszali na poszukiwania Żydów. Aresztowali ich, wydawali, czasem zabijali – czasem bez nadzoru Niemców, czasem nawet na ochotnika. Tak było np. w okolicach Markowej.

Tej Markowej, w której działa Muzeum Ulmów?

Tej samej. Swoją drogą warto zauważyć, że w oficjalnej narracji historycznej, której częścią jest to muzeum, nie sposób się doszukać informacji o licznym udziale mieszkańców tamtych okolic w polowaniach na Żydów. Mam na myśli nie tylko strażaków i granatowych policjantów, ale po prostu miejscową ludność.

To zresztą jeden z bardziej ponurych motywów, które przewijają się w źródłach: nieumundurowani, niezmobilizowani ludzie, właściwie gapie, którzy bez niczyjego rozkazu, na ochotnika przyłączali się do polowania.

Mówi pan, że granatowi policjanci mieli pewną samodzielność – czy mogli zatem w pewnym zakresie sabotować niemieckie plany zamiast w nich współuczestniczyć?

Biorąc poprawkę na ahistoryczność pytania, odpowiem: mogli te plany częściej komplikować, gdyby chcieli – a ze źródeł wiemy, że częściej nie chcieli. Widzimy to w innych sferach, w których działali granatowi policjanci.

Kiedy Niemcy próbowali się nimi posłużyć w walce z podziemiem, to ci stawiali bierny opór, nie angażowali się – z pewnością dlatego, że wielu należało do podziemia, a inni czuli się polskimi patriotami. Nieraz też zapewne ze strachu. Sami także informowali AK, co się dzieje w niemieckim aparacie terroru. Gdy przychodziło do ściągania kontyngentów czy dostarczania Polaków na roboty przymusowe do Rzeszy, często policjanci dogadywali się z lokalnymi władzami, aby dana wspólnota odniosła jak najmniejsze szkody.

Istniały więc pewne strategie łagodzenia skutków niemieckiej polityki – ale nie robiono tego, gdy przychodziło do tropienia, grabienia i mordowania Żydów. Piszę także o przypadkach dobrych, szlachetnych policjantów, którzy się wyłamywali z tego schematu, ale to były jednostkowe sytuacje.

To co wiemy o tych, którzy się wyłamywali? Jakie konsekwencje groziły tym, którzy nie chcieli polować na Żydów?

Jedną z najciekawszych relacji na ten temat złożył Franciszek Banaś, policjant z Krakowa. Podczas likwidacji tamtejszego getta Niemcy kazali polskim policjantom strzelać do Żydów, ale – według Banasia – strzelało najwyżej trzech-czterech z kilkudziesięcioosobowego posterunku.

Co z tej relacji wynika?

Że można było strzelać niecelnie, udawać, że nie było do kogo strzelać – a Niemcy w żaden sposób nie byli w stanie tego skontrolować, a więc nic nikomu z tego powodu nie groziło. Banasia, któremu zresztą wiele lat po wojnie przyznano tytuł Sprawiedliwego, spotkały inne konsekwencje. Kiedy któregoś razu powiedział młodszym funkcjonariuszom, że polski policjant nie powinien strzelać do Żydów, został przez nich nazwany „wujkiem żydowskim” – czyli kimś, kto Żydów broni i im pomaga. Gdyby o takiej etykietce dowiedzieli się Niemcy, to mogło się skończyć dla niego nawet wyrokiem śmierci.

Pamiętam też przykład z Racławic. Polski policjant słyszy od niemieckiego przełożonego: weź tę Żydówkę i zastrzel ją. Odpowiada: mowy nie ma. Ale tym momencie zgłasza się jego kolega i mówi, że on to załatwi… To zauważył już Browning: komuś, kto nie chciał strzelać, nic nie groziło – a jednocześnie zawsze znalazł się ktoś, kto chciał go zastąpić.

Niemcy zabijali polskich policjantów za różne wykroczenia, od zgubienia broni po podejrzenie udziału w konspiracji. Ale przez lata badań nie trafiłem na przypadek, by granatowy policjant zginął za odmowę strzelania do Żydów.

Polscy policjanci, którzy zabijali Żydów, odpowiadali za to po wojnie?

Zdarzyło mi się trafić na jeden wyrok śmierci – być może było ich więcej, ale raczej nie mówimy o wielkich liczbach. Procesów było kilkaset, więc wcale niemało, tyle że na ogół chodziło w nich o mordowanie Polaków, a zbrodnie na Żydach wychodziły jako element towarzyszący.

Także dlatego, że było niewielu żydowskich świadków – albo nie przeżyli, albo wyjechali z Polski tuż po wojnie, albo milczeli, bo podjęli świadomy wybór, że jeśli już zostają w Polsce, to nie będą się narażać, zeznając przeciw Polakom. Widać pewną prawidłowość: dopóki jacyś Żydzi są jeszcze w Polsce i chcą zeznawać, jakieś sprawy się toczą i jakieś wyroki zapadają – oskarżeni później są natomiast oczyszczani, bo nie ma kto przeciw nim zeznawać.

Druga prawidłowość: lokalne wspólnoty zwierały szyki w obronie granatowych policjantów. Sędziowie i prokuratorzy często w tym zresztą uczestniczyli. Jeśli ktoś „tylko” zabijał Żydów, ale miejscowym nie szkodził – ci wystawiali mu świadectwa patriotyzmu i moralności. Niczego nie widzieli, niczego nie słyszeli, nie zeznawali – nie było więc winnych i nie było wyroków.

onet.pl

Jednocześnie w Niemczech wprowadzono w życie decyzje dotyczące mobilizacji zapasów wojskowo–gospodarczych, przestawiania potencjału produkcyjnego, zapasów surowców, paliwa, energii — wszystko na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Ograniczano zakres prac całych cywilnych gałęzi gospodarki. Hitler zdecydował się w końcu częściowo przestawić gospodarkę na tryb wojenny (wiele zakładów w dalszym ciągu produkowało artykuły codziennego użytku i realizowało zamówienia na eksport, który praktycznie nie zmniejszył się). Trudno uwierzyć, ale w 1942 roku wartość produkcji wojskowej stanowiła 26% całej produkcji przemysłowej i dopiero w 1943 — w rezultacie wysiłków ministra uzbrojenia Alberta Speera — udział ten zwiększył się do 38%, co oznacza, że stopień militaryzacji gospodarki Niemiec w szczytowym okresie drugiej wojny światowej dorównał wydatkom na cele wojskowe Związku Sowieckiego z lat „socjalistycznego budownictwa”: w 1940 roku stopień wydatków ZSRR na potrzeby wojenne stanowił 52% budżetu, na wzmocnienie obrony szło 26% produkcji przemysłowej.

Mobilizacji towarzyszyła głośna kampania propagandowa pod hasłem: „Powstań narodzie, niech rozpęta się burza!” Zamykano modne sklepy, kluby nocne, sklepy jubilerskie, instytucje kultury. Przestały ukazywać się pisma kobiece. Zabroniono organizowania imprez sportowych i wszelkich „rozkoszy życia”. Z Bramy Brandenburskiej uroczyście zdjęto i wysłano na przetopienie miedziane płaskorzeźby.

„Życie i pracę poświęcamy zwycięstwu — krzyczał doktor Goebbels. — Führer oczekuje od nas takich sukcesów, które przyćmią wszystko, co było do tej pory. Chcemy stanąć na wysokości jego żądań. Jesteśmy dumni z niego, a on musi być dumny z nas. Tylko w chwili kryzysu i wielkich wstrząsów narodowych okazuje się, kto jest prawdziwym mężczyzną (…) Naród gotów jest na wszystko. Führer dał rozkaz, my pójdziemy za nim. W tej godzinie jedności narodowej i wewnętrznego zapału jeszcze bardziej nieugięcie będziemy wierzyć w zwycięstwo”. Ale ogólnie rzecz biorąc, ciężar „wojny totalnej” w niemieckim wydaniu nie robił na sowieckim człowieku żadnego wrażenia. Czym dla Niemca była „wojna totalna”, dla sowieckiego człowieka było dniem powszechnym i „pracą z oddaniem”.

Wladimir Bieszanow - 1943. Rok przełomu

czwartek, 25 czerwca 2020


Nikolaos Gavalakis: W książce "The System: Who Rigged It, How We Fix It" twierdzi pan, że ustrój polityczno-gospodarczy w Stanach Zjednoczonych jest zamknięty w błędnym kole bogactwa i władzy. Czy może pan rozwinąć tę tezę?

Robert B. Reich: Coraz większa część dochodu narodowego Stanów Zjednoczonych znajduje się dziś w rękach bardzo bogatych Amerykanów. Razem dysponują ogromną pulą pieniędzy. Część z tych pieniędzy wykorzystują, by wpływać na politykę. W USA niemal nie istnieją ograniczenia sum, jakie można przeznaczyć na rywalizację polityczną, w tym reklamy, marketing w mediach społecznościowych czy inne działania pomagające konkretnym kandydatom.

Tryby ustroju politycznego Stanów Zjednoczonych są dziś nasmarowane pieniędzmi bogatych. Z tego powodu dokonano szeregu zmian w regułach obowiązujących amerykański kapitalizm od mniej skwapliwego egzekwowania praw antymonopolowych po utrudnianie organizacji pracownikom. Zwykłym ludziom utrudniono, a wielkim koncernom ułatwiono ogłoszenie upadłości. Rozszerzono prawa własności intelektualnej, przez co korporacjom farmaceutycznym czy technologicznym jest dziś łatwiej zdobywać patenty i prawa autorskie.

Utrudniono też wnoszenie pozwów zbiorowych. Zgodne z prawem jest dziś wykorzystywanie do wykonywania transakcji na giełdzie informacji niejawnych dotyczących przedsiębiorstw. Zgodnie z prawem można też odkupować akcje i sztucznie pompować ich cenę. Ograniczenia wprowadzone w latach 30. w celu kontrolowania Wall Street niemal zupełnie zniesiono przed kryzysem finansowym 2008 roku. Po tym kryzysie narzucono nowe ograniczenia, które jednak po pewnym czasie też zredukowano.

Podatki dla osób o wysokim dochodzie drastycznie obniżono. Na tym właśnie polega błędne koło: dzięki swoim pieniądzom bogaci modyfikują „wolny rynek”, stosując wymienione przeze mnie, ale i inne niezliczone sposoby, a wtedy w ich ręce przechodzi jeszcze więcej bogactwa, co pozwala im na następną rundę zmian w gospodarce, działających oczywiście wciąż na ich korzyść.

Nie wspomniałem jeszcze o bailoutach i subsydiach. Widzi pan, że nawet podczas pandemii pomoc finansową otrzymują wielkie koncerny, bogaci dostają ulgi podatkowe, a zwykli ludzie prawie nic.

To sprawia, że są podatni na manipulacje demagogów takich jak Trump?

Im więcej ludzi czuje, że nie może się wybić, niezależnie od tego, jak ciężko pracują, im bardziej tracą nadzieję na poprawienie sytuacji swojej i swoich dzieci, tym większy jest poziom gniewu i frustracji. To podatny grunt dla demagoga, który wykorzystuje ten gniew i frustrację dla własnych celów: żeby zbudować elektorat i skierować gniew na kozły ofiarne, takie jak imigranci, biedni, elity kulturowe czy tzw. głębokie państwo. Coś podobnego robił Hitler w latach 30. Demagodzy nagminnie żerują na gniewie i frustracji klasy pracującej. To ich częsta strategia.

Dlaczego nie widzimy większego oburzenia społecznego i znaczniejszych protestów?

Przeciwnie, sprzeciw jest ogromny. Dwojgiem poważnych kandydatów w prawyborach Partii Demokratycznej byli Bernie Sanders i Elizabeth Warren. Ich sukces świadczy o istnieniu bardzo licznego ruchu progresywnego wśród demokratów. Jeśli chodzi o Partię Republikańską, to Donaldowi Trumpowi wciąż jeszcze udaje się ogłupiać wielu ludzi pracujących, by wierzyli, że jest ich bohaterem, zbawcą, ale oni też zaczynają się orientować. Widzą, że porządnie obciął podatki bogatym i korporacjom i że poluzował przepisy BHP. W czasie pandemii jest to moim zdaniem jeszcze lepiej widoczne.

W Stanach Zjednoczonych kilka mitów, które snują oligarchowie, wreszcie rozwiewa się w konfrontacji z rzeczywistością. Jeden z tych mitów głosi, że tradycyjny podział na prawicę i lewicę istnieje do dziś. Tak naprawdę mamy do czynienia z podziałem na demokrację i oligarchię. Oligarchowie chcą, żeby ludzie byli poróżnieni, bo to najprostszy sposób odwrócenia uwagi od tego, ile władzy i bogactwa skoncentrowali w swych rękach nieliczni. Ludzie jednak zaczynają to dostrzegać.

Drugi mit opowiada o istnieniu wolnego rynku, dla którego rząd jest intruzem, ale on także zaczyna rozchodzić się w szwach, tym szybciej w czasie pandemii.

Jeszcze inna opowiastka jest o tym, że korporacje są społecznie odpowiedzialne i można na nich polegać, że odpowiadają przed swoimi pracownikami i ich społecznościami. To fikcja. Korporacje odpowiadają tylko przed akcjonariuszami i dyrektorami, którzy otrzymują wynagrodzenia w zależności od sukcesu firmy.

Do tego dochodzi wreszcie mit merytokracji: że płacą ci tyle, ile jesteś wart. Ludzie zaczynają dostrzegać, że system został zniekształcony przez władzę i pieniądze. Jeszcze kilka lat temu problematyka władzy była rzadko poruszana przez ekonomistów, a nawet przez politologów, ale dziś zaczyna zyskiwać poczesne miejsce w dyskusjach. We wszystkich tych aspektach ludzie robią się coraz bardziej świadomi i czynni politycznie. Chcą odzyskać dla siebie politykę i gospodarkę, zagarnięte przez oligarchów.

W wyborach parlamentarnych w połowie kadencji prezydenta Trumpa w 2018 roku mocno i z powodzeniem dały o sobie znać nastroje postępowe. Izbę Reprezentantów przejęli demokraci, i to bynajmniej nie korporacyjni demokraci z Wall Street. To młodzi postępowcy, tacy jak Alexandria Ocasio-Cortez, i wiele innych kobiet i osób o różnorodnych kolorach skóry. Czasy się zmieniają.

W przeszłości krytykował pan demokratów jako partię podtrzymującą status quo. Jakie pańskim zdaniem popełnili błędy? Co musi zrobić Joe Biden, żeby wygrać nadchodzące wybory?

Partia Demokratyczna porzuciła klasę pracującą. To był jej największy błąd. Pracownicy stanowili bardzo ważną część koalicji Partii Demokratycznej w latach 30., za Franklina D. Roosevelta. Jednak w ciągu ostatnich czterdziestu lat Partia Demokratyczna chciała się usytuować w tzw. centrum. Demokratom się wydawało, że nowe centrum mieści się na przedmieściach zamieszkałych przez klasę średnią wyższą, czyli tzw. podmiejskich wyborców niezdecydowanych. Moim zdaniem to nie był dobry pomysł.

Ogromną amerykańską klasę robotniczą pozostawiono samą sobie. Demokraci prawie zapomnieli o związkach zawodowych. Pozwolili na to, żeby udział w związkach spadł z 35 procent siły roboczej w sektorze prywatnym do 6,4 procent. A brak zdrowych i silnych związków poważnie osłabił Partię Demokratyczną.

krytykapolityczna.pl

We współczesnym świecie nie jest trudno wytworzyć produkt. Trudno jest go sprzedać. Konsumenci wybierają nie jakość, tylko mit, historię leżącą u podstaw tej czy innej marki. Czym byłaby Tesla bez legendy Elona Muska?

Emocje stały się w czasach społeczeństwa postindustrialnego głównym motorem napędowym i produktem gospodarki. To z kolei wpływa na relacje personalne: obok romantyzacji towaru występuje utowarowienie romansu. Rozmowa o emocjach toczy się w kategoriach rynku – wzrost, inwestycje, rentowność. Izraelska socjolożka Eva Illouz nazywa to „kapitalizmem emocjonalnym”.

W dobie kapitalizmu emocjonalnego życie jest projektem emocjonalnym, w którym każdy krok podyktowany jest przymusem optymalnego spędzania czasu. Należy ciągle zadawać sobie pytania: „czy wykorzystuję całość swojego potencjału?”, „czy moje wybory przynoszą mi radość?”. Właśnie w ten sposób japońska ekspertka Netfliksa od porządkowania Marie Kondo decyduje, na jakie rzeczy powinno znaleźć się miejsce w zabałaganionych mieszkaniach. Analogicznie idealnym partnerem jest ten, który zaspokoi twoje potrzeby. Jeżeli przestał zaspokajać – nadszedł czas, by go wymienić na lepszy model. Swap left, swap right – Tinder jest uosobieniem emocjonalnego kapitalizmu, polowania na krótkie radości tu i teraz.

Jednorazowe spotkania na Tinderze, jednorazowe wycieczki Uberem, jednorazowe noclegi na Airbnb, przykryte opowieścią o otwartości, dzieleniu się, gościnności ostatnio zaczęły wpływać na świat polityki.

Kto dzisiaj szuka ojca narodu na miarę Charles’a de Gaulle’a lub Franklina Roosevelta? Wiadomo – jeden partner nie zaspokoi wszystkich naszych potrzeb, więc skąd myśl, że jeden polityk miałby być dobry we wszystkim? Ci, którzy udają, że tak jest, kłamią. Nowy lider może mieć słabości, lecz musi być szczery i otwarty. Bo tych właśnie emocji szuka nowoczesny wyborca, który niespecjalnie chce chodzić na wiece, ale czuje potrzebę, by uczynić świat bardziej sprawiedliwym (bo właśnie te historie sprzedają jego ulubione marki).

Pięć lat temu powstanie przeciwko elitom prowadzili wkurzeni boomersi na kształt Kukiza i Trumpa. Walka toczyła się na Fejsie i Twitterze, gdzie pod ostrymi wpisami liderów użytkownicy podrzynali sobie nawzajem gardła. Nowi niszczyciele starego porządku są młodsi, nie potrzebują już ślepej wściekłości. Gardzą nią, bo ta przeczy idei optymalnego spędzania czasu. Za pośrednictwem YouTube’a i Instagrama oferują bezpośrednią rozmowę w formacie live. To już bardziej intymna komunikacja, widzów transmisji często wymienia się z nazwiska, chwali za trafne pytania. Wszystko w duchu sesji coachingu: ja jestem wspaniały, ty jesteś wspaniały, on/ona jest wspaniały/a, musimy się tylko dogadać.

Rozmowa z takim politykiem przypomina rozmowę z Siri: nie tyle czekasz na konkretną odpowiedź, ile uspokaja cię to, że na pewno zostaniesz zauważony. W czasie lajwów rzadko padają konkrety, ale panuje ogólne odczucie, że jest fajnie. Dlaczego cała polityka nie może być taka?

krytykapolityczna.pl

Jak podało w środę amerykańskie radio publiczne NPR, badacze z Carnegie Mellon stwierdzili, że prawie połowa z ponad 200 mln tweetów na temat Covid-19 od stycznia pochodziła z kont "zachowujących się bardziej jak skomputeryzowane roboty niż ludzie". Badacze doszli do takich wniosków na podstawie np. podejrzanie wysokiej liczby tweetów generowanych przez te konta i ich rzekomej lokalizacji.

Według autorów analizy, choć definitywne ustalenie, kto stoi za botami jest trudne, treść wpisów sugeruje, że są one częścią "machiny propagandowej", nastawionej na zwiększanie podziałów w społeczeństwie i rozsiewanie dezinformacji na temat pandemii. Wiemy, że wygląda to jak machina propagandowa i z pewnością wpisuje się w rosyjskie i chińskie strategie - stwierdziła autorka badania Kathleen Carley. Zaznaczyła jednocześnie, że udowodnienie tego wymagałoby zaangażowania "ogromnych środków".

Diagnozy badaczy są zbieżne z wnioskami, do których doszli także hiszpańscy analitycy z firmy Cyrity zajmującej się cyberbezpieczeństwem. Według najnowszego raportu firmy, do którego miał dostęp dziennik "El Mundo", Rosja i Chiny "prowadzą w sposób bezpośredni (...), a także pośredni, poprzez firmy i struktury pozarządowe w innych krajach, kampanie fałszywych informacji, dezinformacji i ingerencji zagranicznej”.

Działania obu reżimów "skierowane są na doprowadzenie do podziałów opinii publicznej i wprowadzenie zamieszania w gospodarkach zachodnich, głównie Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych” - stwierdzili autorzy raportu.

Według przedstawiciela Cyrity, Joaquina Castillejo, Rosja i Chiny mają różne interesy. "W przypadku Rosji dezinformacja należy do jej strategii wojskowej, a celem jest tworzenie podziałów i napięć w krajach przynależnych do kręgu jej interesów, czego nawet często nie ukrywa. (...) Tak było w przypadku brexitu czy niepodległości Katalonii, a strategia Rosji była bardzo agresywna" - powiedział Castillejo. Chiny zainteresowane są bardziej poprawą swojego wizerunku i obroną interesów gospodarczych, gdyż teraz mają dużą szansę na poszerzenie swoich wpływów - wyjaśnił.

dziennik.pl

wtorek, 23 czerwca 2020


Przygasił światło i na dużym ściennym ekranie zaczął wyświetlać prezentację PowerPointa.

– W świecie, w którym będą żyły nasze dzieci, nie będzie już czegoś takiego jak reklama uniwersalna – zaczął, operując pilotem. Miał na myśli komunikaty skierowane do szerokiego grona odbiorców i rozpowszechniane w jednym, wielkim pakiecie. – Reklama uniwersalna jest zbyt nieprecyzyjna.

Wyświetlił slajd zatytułowany „Tradycyjna reklama kreuje marki i buduje zaufanie społeczne, ale nie zmienia zachowań”. Po lewej stronie widniała reklama domu towarowego Harrods, z wypisanym dużymi literami hasłem „Wyprzedaż 50%”. Po prawej znajdowały się znaki firmowe McDonalda i Burger Kinga, z charakterystycznymi złotymi łukami.

Tego rodzaju reklamy pełniły jego zdaniem prostą funkcję informacyjną lub – jeśli w ogóle działały – zaledwie umacniały lojalność dotychczasowych klientów wobec marki. To podejście było przestarzałe.

– SCL Group oferuje narzędzia komunikacyjne skrojone na miarę dwudziestego pierwszego wieku – powiedział Alexander. – Tradycyjny marketing, bazujący na reklamach takich jak te, stał się nieskuteczny.

Tłumaczył, że jeśli zleceniodawca chce pozyskać nowych klientów, samo dotarcie do nich nie wystarczy; trzeba ich nawrócić.

– Jak McDonald’s może skłonić do zjedzenia burgera kogoś, kto nigdy go nie próbował? – zapytał.

Wzruszył ramionami i kliknął, by wyświetlić kolejny slajd, zatytułowany „Komunikacja behawioralna”.

– Świętym Graalem komunikacji jest możliwość wpływania na zachowanie – ciągnął.

Po lewej stronie ekranu znajdowało się zdjęcie fragmentu nabrzeża z kwadratową, białą tabliczką, głoszącą: „Koniec plaży publicznej”. Obok zobaczyliśmy przypominający ostrzeżenie przed przejazdem kolejowym, jaskrawożółty trójkątny znak z napisem: „Uwaga, rekiny!”.

Który przekaz był skuteczniejszy? Różnica była wręcz zabawna.

– Wiedząc o strachu większości ludzi przed atakiem rekina, zdajesz sobie sprawę, że to ten drugi znak powstrzyma ich przed pływaniem w twoim akwenie – podsumował Alexander. „Twoim akwenie?” – pomyślałam. Pewnie przywykł do reklamowania swoich usług ludziom, których stać na własny.

Nie czekając na naszą reakcję, wyjaśnił, że SCL nie jest agencją reklamową. Należało ją raczej nazwać agencją sterowania zachowaniami.

Organizatorzy kampanii wyborczych tracą miliardy dolarów na komunikaty przypominające informację o końcu plaży publicznej, czyli takie, które w rzeczywistości nie działają.

Kolejna część prezentacji zawierała materiały promocyjne z akcji przedwyborczej – film i zdjęcie. Film składał się z kilku fotografii twarzy Mitta Romneya oraz ujęć publiczności nagradzającej owacjami wypowiedzi tego polityka. Kończył się hasłem: „Nowe, silne przywództwo”. Zdjęcie zaś ukazywało spalony słońcem trawnik z powtykanymi tabliczkami, na których widniały nazwiska kandydatów: Romney, Santorum, Gingrich… – właściwie nieważne było, o kim mówią. Oczywista banalność tych tabliczek sprawiała, że łatwo je było zignorować.

Alexander zaśmiał się cicho.

– Sami widzicie, że żaden z tych napisów nikogo nie przekona – powiedział i rozłożył ręce. – Jeśli jesteś demokratą i zobaczysz na czyjejś posesji plakat Romneya, to nie nawrócisz się niczym Święty Paweł w drodze do Damaszku i nie zmienisz swojej orientacji politycznej.

Roześmialiśmy się.

Byłam zafascynowana. Parałam się komunikacją od lat, lecz nie przyszło mi do głowy, by przeanalizować kwestię przekazu z tej perspektywy. Nigdy wcześniej nie słyszałam, by ktoś w ten sposób mówił o miałkości współczesnej reklamy. I aż do tej chwili uważałam New Media – kampanię Obamy z 2008 roku, w której brałam udział jako oddana stażystka – za finezyjną i sprytną.

Była to pierwsza kampania, w której do komunikacji z wyborcami użyto mediów społecznościowych. Promowaliśmy Obamę na Myspace, YouTubie, Pintereście i Flickrze. Stworzyłam nawet stronę facebookową dla – wtedy jeszcze senatora – Obamy i ciepło wspominałam dzień, w którym zjawił się w chicagowskim biurze, wskazał palcem swoje zdjęcie profilowe na ekranie mojego komputera i wykrzyknął: „Hej, to przecież ja!”.

Zrozumiałam, że choć nasze ówczesne metody działania były bardzo nowoczesne, to z perspektywy Alexandra epatowaliśmy nadmiarem informacji, byliśmy powtarzalni i… mało istotni. Tak naprawdę nikogo nie nawróciliśmy. W gronie naszych odbiorców przeważali zwolennicy Obamy. Wysyłali nam swoje dane sami bądź zbieraliśmy je za ich pozwoleniem, gdy zamieszczali wpisy na naszych stronach. To nie my do nich dotarliśmy, to oni dotarli do nas.

Alexander wyjaśnił, że nasze reklamy bazowały na tak zwanym społecznym dowodzie słuszności i jedynie umacniały istniejącą już lojalność wobec marki. Publikowaliśmy w mediach społecznościowych niekończący się strumień treści na temat Obamy – materiałów, które przypominały znak na plaży, monotonny film z Romneyem, nudne tabliczki na trawniku i nie przyczyniały się do zmiany zachowania. Były przesycone informacjami i dostarczały jedynie społecznego dowodu słuszności: nasi odbiorcy kochali Baracka Obamę. A gdy już zwróciliśmy na siebie uwagę jego zwolenników, wysyłaliśmy im kolejne, obszerne komunikaty. Nawet jeśli celem było podtrzymywanie ich zainteresowania czy zadbanie, by zagłosowali, to zgodnie z koncepcją Alexandra tylko zasypywaliśmy ich nadmiarem niepotrzebnych informacji.

(...)

Alexander przeszedł do slajdu z wykresami i grafikami, które dowodziły, że jego firma podejmowała działania znacznie wykraczające poza skuteczną komunikację. Chodziło o to, by przekaz trafiał do właściwych ludzi, wybieranych przy użyciu metod naukowych. Jeszcze przed rozpoczęciem kampanii SCL przeprowadzała rekonesans i zatrudniała specjalistów, którzy analizowali dane i precyzyjnie wskazywali docelowe grupy odbiorców zleceniodawcy. Główny nacisk, rzecz jasna, kładziono na heterogeniczność tych grup.

Byłam wyjątkowo dumna z tego, że kampania Obamy zasłynęła ze skuteczności pod względem segmentacji odbiorców – podzieliliśmy ich według najistotniejszych dla ludzi spraw, miejsc zamieszkania oraz płci. Ale od tamtej pory minęło siedem lat, a firma Alexandra wyszła daleko poza ramy tradycyjnej demografii.

Na ekranie ukazał się kolejny slajd, z napisem „Ukierunkowany przekaz powoduje zmiany”. Po lewej stronie było zdjęcie aktora Jona Hamma w roli Dona Drapera, szefa reklamy z Madison Avenue z lat 60., jednego z bohaterów serialu telewizji AMC pod tytułem Mad Men.

– Stara szkoła reklamy z lat sześćdziesiątych – rzekł Alexander – bazowała na sprytnych ludziach, takich jak my, siedzących wokół stołu i wymyślających hasła w rodzaju „Coca-Cola to jest to” albo „Beanz Meanz Heinz” (celowy zabieg ze zmianą ostatniej litery dwóch pierwszych słów sloganu „Beans means Heinz”, czyli fasola znaczy Heinz, mający ujednolicić wizualnie jego pisownię – przyp. tłum.). Wydawali wszystkie pieniądze klientów na publikowanie tych komunikatów z nadzieją, że okażą się skuteczne.

Ale o ile przekaz w latach 60. płynął z góry na dół, to reklama w roku 2014 miała odwrotny kierunek. Dzięki postępowi, jaki dokonał się w dziedzinie danych i analizie predykcyjnej, możliwości gromadzenia informacji o ludziach przechodziły najśmielsze wyobrażenia, a firma Alexandra przyglądała się odbiorcom pod kątem tego, co powinni usłyszeć, aby dało się było na nich wpłynąć w pożądany przez ciebie (klienta) sposób.

Następny slajd był zatytułowany „Analiza danych, nauki społeczne, behawioryzm i psychologia”.

Cambridge Analytica wyrosła na gruncie SCL Group, która z kolei wyewoluowała z czegoś o nazwie Behavioural Dynamics Institute (BDI) – konsorcjum zrzeszającego mniej więcej sześćdziesiąt instytucji akademickich i setki psychologów. Firma zatrudniała własnych psychologów, którzy – zamiast ankieterów – opracowywali sondaże polityczne i wykorzystywali ich rezultaty do grupowania odbiorców. Posługiwali się psychografią do zgłębiania skomplikowanych osobowości i wymyślania sposobów sterowania zachowaniami.

Następnie, dzięki procesom modelowania danych, eksperci od przetwarzania informacji tworzyli algorytmy, które potrafiły trafnie przewidzieć, jak postąpią ludzie po wysłaniu im określonego komunikatu, pieczołowicie skrojonego na ich miarę.

– Jaki przekaz chciałaby usłyszeć Brittany? – spytał mnie Alexander, po raz kolejny zmieniając obraz na ekranie. – Musimy stworzyć reklamę specjalnie dla niej – powiedział, znów na mnie zerknął i się uśmiechnął. – Dotyczącą spraw, na jakich jej zależy i żadnych innych.

Kończąc prezentację, wyświetlił zdjęcie Nelsona Mandeli.

Mandela znajdował się w moim panteonie superbohaterów. Współpracowałam z jednym z jego najserdeczniejszych przyjaciół w Republice Południowej Afryki; człowiekiem, który był wraz z nim więziony na Robben Island. Pomagałam nawet wieloletniej partnerce Mandeli, Winnie, zorganizować w RPA uroczystości z okazji Dnia Kobiet, ale nigdy nie dane mi było uścisnąć dłoni samego przywódcy. Teraz patrzył na mnie z ekranu.

Alexander rzekł, że dzięki współpracy SCL z Mandelą i Afrykańskim Kongresem Narodowym w 1994 roku, udało się powstrzymać przemoc w lokalach wyborczych. To zaś wpłynęło na wyniki jednego z najważniejszych plebiscytów w historii RPA. Na ekranie widniały żarliwe podziękowania od samego Mandeli.

Jak mogłam nie być pod wrażeniem?

Brittany Kaiser - Dyktatura danych

niedziela, 21 czerwca 2020


Jeżeli uznamy za pewnik, że celem każdej wojny jest uzyskanie lepszej sytuacji niż przed wojną, musimy zauważyć, że pierwszą wojnę światową (1914–1918) przegrali wszyscy jej główni europejscy uczestnicy.

Państwom ententy, które formalnie „wygrały” ów światowy konflikt, zwycięstwo przyniosło jedynie pogorszenie ich sytuacji. Na przykład Wielka Brytania wydała na wojnę 8 miliardów funtów, czyli kilkadziesiąt razy więcej niż warta była cała jej marynarka wojenna. W ostatecznym rozrachunku zapłaciła za zwycięstwo w wojnie cenę, która w niewyobrażalny sposób przewyższała wszelkie rzeczywiste lub rzekome straty spowodowane przez niemiecką konkurencję przemysłowo–handlową. W czasie czterech lat wojny operacje finansowo–kredytowe, które do tej pory przeprowadzały banki londyńskiego City, przeniosły się w większości na Wall Street. Spowodowało to szybki przepływ angielskich zasobów kapitałowych za ocean. Wielka Brytania, która przystępowała do wojny jako wszechświatowy wierzyciel, kończyła ją jako kraj–dłużnik.

Belgia i północna Francja leżały w gruzach. Francuzi zyskali tylko moralną satysfakcję, ponieważ wyrównali rachunki z odwiecznym wrogiem, no i pod względem wojskowym stali się najsilniejszym państwem w Europie. Ale bez względu na to, jak różnorodne były konsekwencje wojny, dominowało jedno uczucie — rozczarowanie. Wszyscy postrzegali konflikt z 1914 roku jako nieodwracalną katastrofę, która doprowadziła do psychologicznego załamania cywilizacji europejskiej i zniszczenia wielkich ideałów. „Naszemu pokoleniu zabrakło wielkich słów” — zwracał się do swoich współczesnych pisarz D. H. Lawrence. W świadomości milionów ludzi bieg historii rozpadł się na dwa niezależne nurty — „przed” wojną i „po” wojnie. „Przed wojną” — ogólnoeuropejska przestrzeń prawna i gospodarcza, ciągły rozwój nauki, techniki i gospodarki, stopniowe, lecz stałe rozszerzanie sfery swobód obywatelskich.

„Po wojnie” — rozpad Europy, przekształcenie dużej jej części w konglomerat drobnych państw, często o policyjnym systemie rządów i kierujących się prymitywną nacjonalistyczną ideologią, nieustanny kryzys gospodarczy, powrót do totalnej kontroli jednostki.

Na europejskiej wojnie skorzystały jedynie Stany Zjednoczone i Japonia, które wreszcie oficjalnie uzyskały status „mocarstw”.

Europa zaś podzieliła się na „zwycięzców” i „zwyciężonych”. Tych ostatnich zmuszono, by zapłacili za wszystko. Wersalski traktat pokojowy z 1919 roku nie był aktem ustanowienia pokoju lepszego niż przed wojną, ale narzędziem ukarania pokonanych, przede wszystkim Niemiec, i zainicjował wszystkie kryzysy i konflikty następnego dwudziestolecia. Stało się tak nie dlatego, że jego postanowienia były nazbyt surowe, ale ponieważ naruszał warunki zawieszenia broni z 11 listopada 1918 roku.

Władimir Bieszanow - Pogrom pancerny 1941 roku

Kluczowym elementem modelu korporacjonistycznego są tzw. keiretsu – konglomeraty, łączące przemysł, handel i, co ciekawe, banki – wywodzące się z rodzinnych karteli przemysłowych zaibatsu, z których najstarsze Mitsubishi, Mitsu, Sumitomo i Yasuda sięgały epoki szogunatu Tokugawa.

Dzięki poziomym (międzybranżowym) i pionowym (w ramach jednego łańcucha wartości) aliansom poszczególne firmy mogły niezwykle skutecznie walczyć z konkurencją, głównie zagraniczną, ale również wewnętrzną.

Keiretsu, które same funkcjonowały w ramach stabilnych i uporządkowanych bloków, stworzyły ekstremalnie konkurencyjne otoczenie biznesowe, szczególnie w sektorach ukierunkowanych na rynki międzynarodowe.

Rząd bacznie się im przyglądał i obdzielał przywilejami finansowymi. Firmy starały się nadążyć jedna za drugą, kopiując projekty nowych produktów i innowacyjne techniki produkcji. Kto pozostałby w tyle, ryzykowałby utratę reputacji.

W praktyce ta wewnątrzkrajowa konkurencja oznaczała, że nowe pomysły i technologie były absorbowane z niezwykłą szybkością.

Każdy z pierwotnie 8 keiretsu był obsługiwany przez jeden bank, który udzielał kredytów zrzeszonym spółkom i posiadał w nich udziały. Dzięki opiece roztaczanej przez banki, praktycznie nie istniało zjawisko wrogich przejęć.

Sytuacja skomplikowała się po kryzysie z początku lat 90., który pozostawił banki z masą nieściągalnych długów. Rząd sztucznie utrzymywał przy życiu te tzw. banki zombie, wiedziony tym samym instynktem, który lata później ujawnią Amerykanie i Europejczycy (por. „too big to fail”).

(...)

Fundamentem japońskiej organizacji pracy jest filozofia Kaizen (dosłownie: zmiana na lepsze), która polega na zaangażowaniu wszystkich członków organizacji, niezależnie od szczebla, w stałe poszukiwanie pomysłów udoskonalenia wszystkich obszarów organizacji.

Co charakterystyczne, Kaizen nie jest tylko koncepcją zarządzania, lecz częścią kultury japońskiej, odnoszącą się do nieprzerwanego dążenia do doskonałości w życiu osobistym, rodzinnym, jak i zawodowym.

(...)

Fascynacja efektywnością japońskiego modelu zarządzania /spowodowała, że/ firmy w Europie i USA próbowały go naśladować, jednak efekty były dalekie od oczekiwanych. Zachodnie przedsiębiorstwa zorientowane na krótkoterminowe projekty poprawy, generowanie zysku dla akcjonariuszy, oceniające swoich pracowników na podstawie osiągnięć w krótkich okresach, nie były w stanie sprostać filozofii mozolnego, długotrwałego doskonalenia organizacji w każdym aspekcie jej działalności.

Sami Japończycy przypisują swój sukces staranności, oszczędności i harmonijnej współpracy. Jednak za piękną fasadą harmonii kryje się niepokojące pytanie, na ile jest ona zasługą starannie pielęgnowanej atmosfery zaufania i wspólnego przedsięwzięcia, a na ile – restrykcyjnego systemu kontroli wewnętrznej.

Nawet jeśli duszące ograniczenia stanowią tylko połowę obrazu, to w kulturze Zachodu są nie do zaakceptowania. Najlepszą bodaj egzemplifikacją zachodniego indywidualizmu jest kultura Doliny Krzemowej, która – ze swoim hasłem przewodnim „move fast and break things” – przedkłada dynamizm i to, co menedżerowie bez względu na narodowość zgodnie określają angielskim „disruption”, nad statyczną stabilność i niezawodność.

obserwatorfinansowy.pl

Przed wyborami parlamentarnymi na Węgrzech w 2014 roku rachunki za energię obniżono o jedną trzecią, a rząd oczywiście nie omieszkał pochwalić się przed obywatelami, że jest to zasługą polityki prowadzonej przez Fidesz. Wiele zagranicznych firm energetycznych zdecydowało się wtedy sprzedać rządowi swoje aktywa na Węgrzech. Fidesz wygrał wybory parlamentarne z przygniatającą przewagą.

– Tania energia to był wątek przewodni już od pierwszej kadencji Orbána – powiedział Ákos Hadházy, były członek Fideszu, a obecnie niezależny parlamentarzysta. – To spowodowało wielkie straty dla dostawców energii, ale oczywiście było bardzo popularne w społeczeństwie.

(...)

Utrzymanie tego systemu wymaga konkurencyjnych cen importowych i pomoc Rosji jest w tym przypadku kluczowa.

Rosja jest dla Węgier największym dostawcą, zarówno jeżeli chodzi o gaz jak i energię nuklearną – łącznie przypada na nią obecnie połowa dostaw w całym energetycznym miksie, a według rządowej strategii energetycznej do 2030 roku odsetek ten ma wzrosnąć do ok. 60 proc.

– Logika jest taka, że Rosja dostarcza tanią energię, a Orbán w zamian za to stwarza problemy w UE i NATO – powiedział Tamás Pletser, analityk w budapesztańskim oddziale Erste Bank, tłumacząc dlaczego Rosja może być zainteresowana w zacieśnianiu relacji z krajem, który często pozostaje w kontrze do innych państw członkowskich UE.

Rosja dostarcza niemal całość z ośmiu do 10 mln metrów sześciennych gazu, jakie zużywają rocznie węgierscy konsumenci.

W 2015 roku Gazprom obniżył ceny gazu dla Węgier o około 25 procent, powiedział Attila Holoda, który w 2012 roku był zastępcą sekretarza stanu ds. energetyki, a obecnie kieruje firmą konsultingową Aurora Energy.

To nie jedyny gest ze strony Rosji. Kiedy w 2013 roku kończył się długoterminowy kontrakt na dostawy gazu dla Węgier, Gazprom zrezygnował z klauzuli obowiązkowego wykupu przez klienta określonych ilości surowca, bez względu na to, czy może on je wykorzystać, czy nie.

Taki dyktat Gazpromu budził liczne kontrowersje wśród innych odbiorców w regionie, a rezygnacja z niego umożliwiła rosyjskiemu gigantowi energetycznemu kontynuację dostaw gazu na Węgry w niezmniejszonych ilościach do 2018 roku.

(...)

Tani gaz z Rosji pozwala również Fideszowi finansować jego kampanie polityczne. W 2015 roku zysk netto państwowego koncernu energetycznego MVM wyniósł 14,7 mld forintów (42 mln euro). Kiedy w kolejnym roku rosyjska obniżka cen weszła w życie, zysk skoczył do 48,4 mld forintów.

Przed wyborami w 2018 roku MVM zasiliło sumą 500 mln forintów Forum Jedności Obywatelskiej, powiązaną z rządem organizację, która atakuje polityków opozycji i UE.

Kreml jest również zaangażowany w nuklearną działalność MVM. Państwowa rosyjska agencja atomistyki, Rosatom jest najważniejszym dostawcą w wartym 12 mld euro projekcie rozbudowy elektrowni atomowej Paks. Moskwa finansuje 80 procent tej inwestycji.

onet.pl

sobota, 13 czerwca 2020


Rosyjscy ideolodzy eurazjatyzmu twierdzili, że Stany Zjednoczone planują grabież zasobów Rosji. Na przykład Antiufiejew przedstawił rosyjską wojnę na Ukrainie jako kampanię obronną mającą zapobiec kradzieży rosyjskiego gazu ziemnego i słodkiej wody przez USA. Świadczyło to raczej o bujnej wyobraźni niż o znajomości amerykańskiego sektora energetycznego. Koncentracja na zasobach wydawała się w istocie tematem zastępczym. Gazu ziemnego i słodkiej wody w rzeczywistości brakowało sąsiadującym z Rosją Chinom, a nie Stanom Zjednoczonym. Twierdząc, że prawo międzynarodowe nie chroni granic państwowych, Moskwa stworzyła Pekinowi możliwość wysunięcia w dogodnej chwili podobnego argumentu na temat granicy chińsko-rosyjskiej. W wojnie rosyjsko-ukraińskiej przegrali niemal wszyscy: Rosja, Ukraina, UE i Stany Zjednoczone. Jedynym zwycięzcą były Chiny.

29 sierpnia 2014 roku, gdy Ławrow porównał toczoną przez Rosję wojnę z Ukrainą do gry komputerowej, na zagarniętym terytorium zgromadzili się rosyjscy i europejscy faszyści oraz politycy skrajnej prawicy, aby zaprzeczyć trwającej inwazji, a jednocześnie ją uczcić.

Międzynarodową konferencję zorganizowaną w Jałcie pod hasłem „antyfaszyzmu” otworzył Siergiej Głazjew. Zgodnie z programem mieli mu towarzyszyć inni rosyjscy faszyści – Aleksandr Dugin i Aleksandr Prochanow. Goście byli liderami europejskiej skrajnej prawicy: znaleźli się wśród nich Roberto Fiore z Włoch, Frank Creyelman z Belgii, Luc Michel z Belgii, Paweł Czernew z Bułgarii, Márton Gyöngyösi z Węgier i Nick Griffin z Wielkiej Brytanii. Faszyści rosyjscy i europejscy rozważyli ustanowienie „Rady Antyfaszystowskiej”. Zaprzeczyli rosyjskiej inwazji na Ukrainę, choć spotykali się w mieście zaanektowanym przez Rosję; twierdzili też, że Rosja nie prowadzi żadnych działań wojskowych na wschodzie kraju, chociaż wśród gości znaleźli się rosyjscy dowódcy, którzy przybyli prosto z pola bitwy.

Timothy D. Snyder - Droga do niewolności

- W PRL wiele szkół budowano tak, aby w razie kolejnej wojny można je było szybko przekształcić w szpitale. Czy wkrótce nowe budynki będą projektowane podobnie?

Przez ostatnie 70 lat myślenie o przyszłości paradoksalnie było prawie nieobecne w planowaniu i architekturze miast. Powojenny modernizm skupiał się na ekstrapolacji tego, co jest tu i teraz – np. skoro dziś po ulicach jeździ 1 tys. samochodów, to zakładamy, że za 10 lat będzie ich 10 tys.; jeśli dziś mamy 1 mln mieszkańców, to za 20 lat populacja zwiększy się o 500 tys. I tak w zależności od trendów projektowano przestrzeń miejską. Mniej więcej od lat 80. XX w. zaczęła się postmodernistyczna reakcja, która odrzuciła wiarę w postęp i przejawiała niechęć do planowania miast jako całości. Jednocześnie koncentrowała się na tym, jak utrzymać i zarządzać zasobami, które mamy. O ile modernistyczne planowanie można podsumować jako „tak samo, tylko bardziej”, o tyle postmodernizm oznaczał „tak samo jak dawniej”. Z kolei w ostatnich latach planowanie, podporządkowane ekonomicznej doktrynie austerity, to było „tak samo, ale mniej”. A sytuacja pokazała, że przyszłość istnieje, tylko nie wiemy jaka. Powoli pojawiają się głosy, że w planowaniu miast trzeba się z tym nieznanym zmierzyć.

dziennik.pl

Namalowanie słynnej Straży Nocnej zajęło Rembrandtowi aż trzy lata, choć z powodów „technologicznych” nie była to praca non-stop. Mistrz dostał za ten wspaniały obraz 1600 guldenów, których dzisiejsza siła nabywcza wynosiłaby od ok. 20.000 do 96.000 dolarów, zależy kto i jak liczy.

W 1639 r., a więc na trzy lata przed ukończeniem Straży, Rembrandt kupił duży dom, właściwie rezydencję, w samym centrum Amsterdamu za 13.000 guldenów. Dom ten wart był zatem wtedy osiem „Straży Nocnych” plus jakiś portrecik ołówkiem. Gdyby mistrz nie uparł się był umrzeć i doczekał do dziś, mógłby mieć za to dzieło jakiś całkiem okazały wieżowiec na Manhattanie.

Wiek XVII był złotym stuleciem sztuki holenderskiej. Ekonomista i historyk sztuki John Montias z Yale (publikował także prace nt. gospodarki PRL i komunistycznej Rumunii) twierdził, że plonem artystycznym tego czasu było od 5 do 10 milionów najróżniejszych prac.

W mieście Delft aż w 3/4 domów wisiał na ścianie przynajmniej jeden obraz. Podróżnicy wspominali w swoich sprawozdaniach, że nierzadko dało się obejrzeć w jednym, niezbyt obszernym domostwie nawet 30-40 malowideł. Z tego wielomilionowego dorobku zachował się do dziś zaledwie 1 proc., ale nawet przy tak wielkiej skali zatracenia, pozostało co najmniej ok. 50.000 prac, a w tym wiele dzieł wiekopomnych.

Uczeni nie mają wątpliwości, że rozkwit sztuki w Niderlandach w okresie poprzedzającym kapitalizm był konsekwencją pomyślności ekonomicznej sprawiającej, że tamtejszym gospodarstwom domowym starczało na dużo więcej niż na potrzeby codzienne i sezonowe.

(...)

W naszych rejonach pieniędzy też w bród bywało, ale pomyślunku starczało jedynie na import sztuki lub szastanie złotem. Jerzy Ossoliński czerpiący z pańszczyzny nie mógł sobie w 1633 roku kupić śmigłowca i smartfonów dla świty, więc podkuć miał ponoć konie na luźno, żeby gubiły w paradnym wjeździe do Rzymu swe podkowy z kruszcu. Inwestycje najwyraźniej go mierziły, więc wydawał jak umiał – na nowobogackie „sztuki” w złocie dla gawiedzi.

Polska magnateria sprowadzała malarzy i wszelkich innych artystów z zagranicy, na kształcenie rodzimych nie miała ochoty.

Polska szlachta była głównie biedna, o losie chłopstwa lepiej zmilczeć, bo czytają nas także niewinne dzieciny, handlu tylko trochę, zamorskiego wcale, a rzemiosło nie było w stanie okrzepnąć z braku liczniejszej klienteli.

Jedyna sztuka własna, która rozwinęła się jako tako w tych warunkach to, nomen – omen, portreciarstwo trumienne, lecz i ono zazwyczaj niskich lotów. Jeśli coś innego istotnego pozostało z tamtych czasów z wytworów i dzieł sztuki, to sprowadzone zostało nad Wisłę, Niemen i Dniestr z dalekich krain na zachodzie i południu. Nie było w Polsce szerokich kręgów majętnych konsumentów, więc nie było ani wielkiej, ani powszechnej sztuki.

obserwatorfinansowy.pl

czwartek, 11 czerwca 2020


Przez kilka tygodni naświetlał się lampą kwarcową. Pod nadzorem lekarzy brał leki na bielactwo. Jego biała skóra ciemniała z dnia na dzień, aż kolorem niczym nie różnił się od czarnoskórych Amerykanów. Gdy jeszcze ogolił głowę, dla świata stał się pięćdziesięciokilkuletnim czarnoskórym mężczyzną, który jedzie przez południowe stany Ameryki.

John Griffin, słynny amerykański reporter, pisarz i działacz społeczny podkreślał potem, że dopiero w chwili, gdy dla wszystkich wokół sam stał się czarny, zrozumiał, jak czuje się czarny człowiek w Stanach Zjednoczonych.

USA, rok 1959. Przejście do świata czarnych jest dla białego człowieka, nawet tak świadomego i pozbawionego uprzedzeń jak Griffin, szokiem. Ot, prosta sprawa: chce pójść do toalety. I nagle okazuje się, że dla niego - czarnego - oznacza to kilkukilometrowy marsz przez miasto. Gdy chce się czegoś napić, też musi długo szukać - saturatory stojące w niektórych sklepach są dla niego - czarnego - niedostępne. W jednym ze stanów musi uważać, gdy patrzy na filmowy plakat z białą gwiazdą Hollywood - żeby jakieś nadgorliwe białe osiłki nie obiły mu kości "bo patrzył na białą kobietę". Jest obrażany w autobusie przez starsze białe kobiety, ścigany na ulicach przez młodocianych łobuzów. Je to samo podłe jedzenie, co inni czarni, bo musi stołować się tam, gdzie oni - nie wolno mu wchodzić do knajp dla białych. Jest podczłowiekiem, z którym biały może zrobić wszystko i nie poniesie za to kary.

gazeta.pl

- Ale – żeby przesłanie było jasne – pan nie deprecjonuje znaczenia innowacji dla wzrostu gospodarczego?

Lee Vinsel: Oczywiście, że nie.

- Zatem są one motorem tego wzrostu?

Od lat 50 i 60 XX w. ekonomia szczegółowo opisuje ich znaczenie w tym aspekcie. Z jednej strony są dla niego bardzo ważne, z drugiej go nie wywołały, gdyż to kapitalizm jako system poprzedzał innowacje. Przyjrzyjmy się angielskiej wsi w XVIII w. Produktywność zaczęła tam rosnąć jeszcze na długo przed wynalezieniem silnika parowego. Odkrycie znaczenia innowacji dla gospodarki sprawiło, że rządy na całym świecie faktycznie uznały je za narzędzie realizacji swojego głównego celu, czyli wzrostu PKB. Moim zdaniem jednak próby stymulowania innowacyjności w gospodarce zazwyczaj nie działają. Innowacje są ważne dla rozwoju, ale nie są wszystkim.

- Co konkretnie rządy robią nie tak, jak powinny?

Budują szklane domy, czyli te różnorakie centra, czy też parki innowacyjności i, licząc że tam ona rozkwitnie, hojnie wspierają rozwój start-upów.

- To naprawdę błąd?

Nie ma dowodów na to, że te działania przekładają się na większą innowacyjność. Co więcej, większość badań pokazuje, że prawdziwe innowacje współcześnie pojawiają się raczej w dużych firmach z tradycjami niż w tych dopiero raczkujących.

- Ale to młode firmy rozwijają potencjalnie przełomowe technologie takie, jak blockchain.

Blockchain to jedna z najbardziej przereklamowanych technologii, jakie powstały! Owszem, zmienia sposób archiwizowania i przetwarzania danych w bankach, ale pod względem wpływu na gospodarkę i społeczeństwo wciąż znacznie ustępuje wynalezieniu bankomatów. Jeśli natomiast chodzi o oparte na blockchainie kryptowaluty, to uważam, że jeśli zostałby ogłoszony konkurs na najbardziej bezużyteczny wynalazek, miałyby szansę na zwycięstwo. Są przydatne tylko, jeśli handlujesz narkotykami, albo pierzesz brudną forsę.

- Jak na kogoś, kto wykłada teorię innowacji na uczelni wyższej, jest pan dość krytyczny. Czy są jakieś innowacje, które zyskały pańskie uznanie?

Oczywiście, że tak. Na przykład drony i samojezdne pojazdy mają ogromny potencjał do zrewolucjonizowania rynku dostaw, co ma niebanalne znaczenie dla polityki klimatycznej.

- A smartfon nie jest przełomowym wynalazkiem?

Na pewno zmienił dużo w tym, jak wygląda nasza codzienność i zachowania społeczne, ale czy zwiększył naszą produktywność w istotnej mierze? Ostatnie dekady to globalnie raczej okres zastoju produktywności i spowolnienia wzrostu PKB. Możliwe jednak, że pozytywne skutki niektórych innowacji dopiero się ujawnią, w miarę, jak ludzie nauczą się z nich produktywnie korzystać. Proszę uwierzyć, ja nie jestem przeciwnikiem innowacji, lubię różnego rodzaju nowinki. Staram się jednak innowacji nie fetyszyzować.

- Widziałem opakowanie czajnika, na którym producent podkreślał, że gwizdek sygnalizuje gotującą się wodę, jakby to była jakaś wyjątkowa właściwość tego czajnika. To objaw zwykłej głupoty, czy właśnie tej fetyszyzacji?

(Śmiech) Pozycjonowanie zupełnie zwyczajnych produktów jako superinnowacyjnych to dzisiaj powszechna praktyka rynkowa. Wspomniał pan o smartfonach i ich też to dotyczy. Tim Cook, prezes Apple, z wielką werwą i ekscytacją informował kiedyś publiczność, że nowy iPhone będzie dostępny także w kolorze leśnej zieleni.

- Niesamowite!

Tak, brzmiał jakby ogłaszał ponowne nadejście Chrystusa na Ziemię. Ale ten typ marketingu jest całkiem racjonalny z punktu widzenia firm – wiedzą, że kapitał poszukuje dzisiaj miejsc, w których osiągnie największe zwroty giełdowe. Skuteczne przedstawienie siebie jako innowacyjnej firmy to wyższe ceny akcji, nawet jeśli firma nie przynosi realnego zysku. Firmy pokroju Ubera, czy Tesli mają dzisiaj inwestorów-fanów, którzy kupują ich akcje, mimo że nie ma fundamentów pozwalających wierzyć w ich nadzwyczajną wartość.

- Uber nie jest rewolucyjną firmą?

Nie w takim stopniu, w jakim za taką uchodzi. Owszem, wprowadził rozwiązania zwiększające wygodę pasażerów, ale ta dysrupcja nie ma dla całej gospodarki jakiegoś rewolucyjnego oddziaływania. Ponadto to firma, która aby działać, musi dopłacać do biznesu. Uber za pomocą różnych kodów rabatowych i promocji płaci swoim klientom, żeby korzystali z jego aplikacji. To nie jest model biznesowy, którego można się spodziewać po rzekomej „firmie przyszłości” i mam wątpliwości co do tego, jak długo może on funkcjonować. Kolejnym problemem związanym z fetyszyzacją innowacji jest właśnie brak długofalowej perspektywy. Młodzi start-up’owcy nie myślą o swoich biznesach jako o przedsięwzięciach na całe życie. Mają pomysł, chcą znaleźć inwestora, rozwinąć go i sprzedać. Nie są skłonni poświęcać się swoim firmom całkowicie.

- Zapominają też chyba, że obok e-biznesów istnieją także zwykłe biznesy – że zamiast tworzyć kolejną aplikację na smartfona, można np. otworzyć sieć zakładów fryzjerskich.

Owszem, tyle, że do stworzenia aplikacji niewiele trzeba – niewiele doświadczenia, wiedzy, kapitału. Każdy poważniejszy biznes wymaga tych rzeczy, a zdobycie ich zabiera czas. Nic dziwnego, że jak pokazują badania, przedsiębiorcy osiągają sukces najczęściej w wieku ok. 40 lat, a nie 18, czy 19, czyli nie w wieku obecnych start-up’owców. Inwestor Peter Thiel płaci młodym ludziom za to, żeby rzucali szkołę i zakładali firmy w Dolinie Krzemowej, tylko czy my potrzebujemy faktycznie tych wszystkich nowych aplikacji? Może lepiej, żeby w tej szkole zostali, zdobyli wiedzę i założyli potem bardziej złożone przedsiębiorstwa?

- Obsesja na punkcie innowacyjności ma jeszcze jakieś negatywne strony?

Tak. Prowadzi do zaniedbywania tego, co uchodzi za nieinnowacyjne. Zaniedbujemy np. infrastrukturę, o czym w USA np. świadczy opłakany stan mostów, dróg, czy linii metra. Zaniedbujemy także całe klasy społeczne, ludzi, których nazywam „konserwatorami” czyli tych, którzy nie wymyślają co prawda nowych produktów, ale dzięki którym świat się kręci. Woźny, pracownik fizyczny, policjant, elektryk, itd. Ich pensje są niskie, gdyż społeczeństwo postanowiło wynagradzać głównie innowatorów. Im mniej „innowacyjna” praca, tym gorzej wyceniania. Dochodzi to tego, że niektórzy ludzie nie zarabiają nawet na tyle dużo, by opłacić rachunki.

obserwatorfinansowy.pl

Coraz więcej wskazuje na to, że wirus rozprzestrzeniał się w Wuhan na długo przed tym, jak namierzono jako ognisko słynny już targ z dzikimi zwierzętami. Ciekawą analizę – ale niedopuszczoną jeszcze do publikacji w czasopiśmie naukowym – wykonali naukowcy z Harvard Medical School. Przestudiowali zdjęcia satelitarne parkingów przy sześciu szpitalach w Wuhan. Do obserwacji i porównań wybrali okres od 9 stycznia 2018 do 30 kwietnia 2020. Przeanalizowali też, jak często Chińczycy wpisywali do najpopularniejszej w tym kraju wyszukiwarki internetowej Baidu słowa kluczowe związane z objawami koronawirusa: kaszel, biegunka. Przeanalizowali trendy wyszukiwania od kwietnia 2017 do maja 2020, tak by mieć również dla porównania dane z sezonów zwyczajnej grypy.

Efekt tych analiz? Specjaliści z Uniwersytetu Harvarda zauważyli wzmożony ruch pod obserwowanymi szpitalami w Wuhan już pod koniec lata 2019. W tym czasie nasiliło się poszukiwanie w Baidu hasła "biegunka". To była zmiana nieprzystająca ani do zwykłych schematów sezonu grypowego, ani niepowiązana jeszcze z nasilonym wyszukiwaniem hasła "kaszel". Ten objaw zaczął być częściej wpisywany do wyszukiwarki dopiero później, w tym samym czasie, gdy mocno wzrosło obłożenie szpitali.

Liczba samochodów pojawiających się na szpitalnych parkingach zaczęła rosnąć od sierpnia 2019 aż do końca roku i ogłoszenia lockdownu w Wuhan. Od stycznia 2018 zdarzały się w analizowanych przez naukowcach danych skoki obłożenia szpitali, ale było to w normalnym okresie grypowym, nie pod koniec lata. I nigdy nie było aż takich wzrostów jak w 5 z 6 szpitali między wrześniem a październikiem 2019. Towarzyszyło temu nasilenie trendów wyszukiwania "kaszel" i "biegunka" w Baidu. Naukowcy wzięli pod uwagę, że nasilenie się ruchu na parkingach mogło też wynikać z igrzysk wojskowych. Ale skok wyszukiwania haseł związanych z objawami choroby zaczął się kilka tygodni wcześniej.

Rzecznik chińskiego ministerstwa spraw zagranicznych wyśmiała ustalenia zespołu analityków z Uniwersytetu Harvarda jako absurdalne i doradziła, żeby wstrzymać się z pochopnymi wnioskami. Naukowcy zastrzegają, że ich metody mają swoje niedoskonałości i ograniczenia, m.in. zachmurzenie, które uniemożliwiało analizę wielu zdjęć satelitarnych, trzeba też było wybrać tylko te szpitale, które mają mniej zadrzewione parkingi. Ale, jak tłumaczą w podsumowaniu prac, takie alternatywne narzędzia do monitorowania rozprzestrzeniania się chorób były już stosowane np. przy śledzeniu chorób zakaźnych w Ameryce Łacińskiej (analiza zapełnienia szpitalnych parkingów). A jeśli chodzi o wyszukiwanie słów kluczowych, specjaliści z Uniwersytetu Harvarda przeanalizowali dla porównania nie  tylko Baidu, ale też wyszukiwania w Google w momencie nasilania się epidemii w USA . I wyniki były porównywalne. – W naszej pracy – piszą w podsumowaniu - stawiamy tezę, że wirus krążył jeszcze zanim namierzono targ zwierząt jako ognisko. I że zanim wirus został wychwycony, mógł już rozejść się po świecie.

sport.pl

wtorek, 9 czerwca 2020


Mariusz Marszałkowski, BiznesAlert.pl: - Jaką rolę w Rosji odegrała pandemia koronawirusa?

Agnieszka Legucka: Pandemia w Rosji od samego początku była bardzo upolityczniona. Widać to teraz, kiedy pomimo stałego przyrostu zarażonych i trzeciego miejsca na podium pod względem liczby zarażonych na świecie, podejmowane są decyzje o znoszeniu obostrzeń oraz odmrożeniu gospodarki. Obecnie w Rosji choruje ponad 230 tys. ludzi. Od początku pandemii zaraziło się przeszło 430 tys. ludzi. Nie przeszkadza to władzy w głoszeniu sukcesu w walce z pandemią.

- Czemu ma służyć taka polityka?

Tak jak wspomniałam na początku, władza wykorzystuje pandemię do celów politycznych. Z jednej strony, kiedy w połowie marca zaczynała się w Rosji pandemia i pojawiali się pierwsi rosyjscy zakażeni głoszono, że atutem Rosji na tle reszty państw europejskich, takich jak Włochy, Hiszpania czy Francja, jest dobre przygotowanie do sprawnego poradzenia sobie z pandemią. Mówiono, że jest gotowa i nic jej nie zagraża. Czas jednak brutalnie zweryfikował tę gotowość.

Trzeba pamiętać, że pandemia pojawiła się w najgorszym z możliwych momentów dla Putina. Od początku roku byliśmy świadkami wydarzeń, które zmierzały do realizacji projektu, który nazywa się „Putin Forever”, czyli dania Władimirowi Putinowi prawnej możliwości rządzenia praktycznie dożywotnio. Zmieniono premiera w technokratę, który nie jest ani charyzmatyczny ani specjalnie samodzielny, natomiast jest gwarantem posłuszeństwa wobec Kremla. Wprowadzono pod obrady Dumy kwestie zmiany w konstytucji, mimo że Putin zapewniał, iż żadnych zmian nie wprowadzi. Na końcu miało odbyć się ogólnonarodowe głosowanie. Z tym, że to głosowanie miało mieć charakter jedynie niewiążącego plebiscytu. Z punktu widzenia prawa, poprawki wprowadzone przez Dumę, zostały zaakceptowane przez rosyjski Sąd Konstytucyjny, który uznał, że są one zgodne z ustawą zasadniczą.

Głosowanie było jednak potrzebne, aby pokazać, że Putin wciąż ma zaufanie i poparcie Rosjan.

- Wtedy jednak przyszła pandemia i zmieniła plany.

Tak, pandemia wywróciła plany Putina. Chociaż bardziej zaszkodziło mu jego zachowanie w czasie jej trwania. Na początku tej kampanii propagandowej były głosy, że Rosja potrzebuje silnego przywódcy, który poprowadzi kraj przez złe czasy. Wytykano słabość zachodnim przywódcom, pokazując Putina jako człowieka, który niczego się nie lęka i nie dopuści do pojawienia się takiego problemu w Rosji.

Rzeczywistość okazała się zgoła odmienna. Kiedy wirus szalał w Rosji, zakażeń przybywało w zastraszającym tempie i trzeba było szybkich i stanowczych decyzji, Putin ukrył się w swojej podmoskiewskiej daczy w Nowo Ogariowie, skąd „dowodził” walką z pandemią. A dowodził w taki sposób, że przerzucił odpowiedzialność na władze regionalne. To władze regionalne miały podejmować decyzje w sprawie obostrzeń i zarządzania kryzysowego i brać ryzyko na siebie. Putin w tym czasie, obawiając się o swoje zdrowie, siedział w „bunkrze”, jak jego daczę zaczęli nazywać Rosjanie. To zachowanie doprowadziło do rekordowo niskich wskaźników zarówno poparcia, jak i zaufania do Putina. Nawet podczas podnoszenia wieku emerytalnego w 2018, te wskaźniki nie były tak niskie jak teraz. To wynika również z faktu, że w rosyjskiej kulturze politycznej od wieków szanowana jest siła i zdecydowanie. Putin, mimo że zawsze propagandowo był kreowany na takiego polityka, w dobie kryzysu i duchowej potrzeby społeczeństwa ukrył się i zrzucił z siebie odpowiedzialność.

Nie działa również teraz metoda stosowana w kryzysach w latach 2008-2009 i 2014-2015. Wtedy machina propagandowa skierowała całą winę na Zachód, promując w społeczeństwie poczucie oblężonej twierdzy. Wtedy to faktycznie działało, dziś jednak ta formuła całkowicie się wyczerpała. Rosjanie widzą, że Zachód sam ma problemy (nagłaśniane w początkowej fazie pandemii przez rządowe rosyjskie media), ale widzą też, że skala pomocy państwa jest tam znacznie większa. W krajach zachodnich na różnoraką pomoc dla ludności w wyjściu z kryzysu przeznacza się od kilkunastu do kilkudziesięciu procent PKB. W Rosji ma w dotychczasowych pakietach pomocowych dla gospodarki i obywateli przeznaczono ledwie 2,8 procent PKB.

biznesalert.pl

Dolina Krzemowa to słynne kalifornijskie zagłębie firm z sektora nowych technologii kojarzące się z dobrze płatnymi i pożądanymi na rynku miejscami pracy dla wykwalifikowanych informatyków. Ale ma ono także drugą twarz. Oto algorytmy pisane przez tychże dobrze opłacanych pracowników umożliwiają zlecanie prac, które nie są trudne, ale których z różnych powodów nie są w stanie wykonać komputery, nisko opłacanym pracownikom z całego świata. To tzw. ghost work, czyli praca widmo (nawiązanie do pojęcia „ghostwriter”, czyli „pisarz widmo” określający osoby, które piszą książki w imieniu znanych osób i zwykle nie podpisują się pod swoją pracą). Jak to wygląda w praktyce?

Oto autorzy publikacji (jej polski tytuł to „Praca widmo: Jak powstrzymać Dolinę Krzemową przed tworzeniem nowego, globalnego marginesu społecznego”) podają przykład takiej giełdy prostych prac organizowanej przez Amazon i nazywanej MTurk (skrót od Amazon Mechanical Turk, czyli Mechaniczny Indyk Amazon-u – nawiązanie do XVII w. historii o rzekomej maszynie do grania w szachy, która okazała się być przebranym człowiekiem).

Gray i Suri opisują mechanizm działania tej strony internetowej przez historię jednej z osób, która za jej pośrednictwem zarabia pieniądze, niejakiej Joan z Houston w stanie Texas. Joan od 2012 r. pracuje w domu, ponieważ musi się opiekować 81-letnią matką. Nie mogąc wychodzić na dłużej z domu, ma ograniczone możliwości zarobkowania. Dlatego zdecydowała się na ofertę MTurka.

Jej praca polega na ocenianiu czy zdjęcia wrzucane przez użytkowników platform takich jak Twitter czy Match.com są obraźliwe, czy zawierają na przykład wulgarne albo obsceniczne obrazy (algorytmy częściowo mogą tę pracę wykonać, ale potrzebują wiele przykładów ludzkiej pracy, by się „nauczyć” jak rozpoznawać co jest na zdjęciu).

Mając lata praktyki w takiej pracy, Joan jest w stanie zarobić w ten sposób ok. 40 dol. za dziesięciogodzinny dzień pracy, czyli ok. 4 dol. – 16 zł za godzinę. To mniej więcej tyle, ile wynosi minimalna stawka godzinowa za pracę w Polsce. Jak na standardy jednego z najbogatszych krajów świata nie jest to wysoka płaca. Dlatego wiele tego typu prac wykonują osoby z biedniejszych krajów, na przykład Indii.

Amerykańscy klienci i kierowcy Uber-a mogą sobie nie zdawać sprawy z tego, że ich kurs zależy od pracy wykonanej przez internet przez osobę znajdującą się na innym kontynencie. Autorzy podają hipotetyczny przykład kierowcy Uber-a, który zgolił brodę. Uber wymaga przed rozpoczęciem pracy zrobienia sobie „selfie” przez kierowców, aby potwierdzić ich tożsamość (to tzw. Uber’s Real-Time ID Check).

Po zgoleniu brody przez taksówkarza system komputerowy nie będzie już w stanie ocenić, czy na obu fotografiach będzie ta sama osoba. Dlatego do takiej szybkiej oceny zatrudnia się osoby przez internet za pomocą na przykład oprogramowania zwanego CrowdFlower. Od oceny takiej osoby zależy czy kierowca Uber-a otrzyma kolejny kurs.

obserwatorfinansowy.pl

Produkcja mięsa jest bardzo nieefektywna, zważywszy, że prawie 50 proc. światowych zbiorów zbóż czy soi przeznaczana jest na produkcję pasz. Bezpośrednia konsumpcja roślin uprawnych to zaledwie 37 proc. uzyskiwanych zbiorów. Jak podaje FAO (Food and Agriculture Organization of the United Nations) do otrzymania jednego kilograma żywej wagi wołowiny potrzeba aż siedmiu kilogramów ziarna, a w przypadku trzody chlewnej czterech kilogramów. Jeśli ma to być mięso wołowe gotowe do spożycia to potrzebne jest aż 25 kg ziarna i nawet 15 tys. litrów wody.

Z punktu widzenia dostarczanych kalorii produkcję mięsa można uznać za marnotrawstwo, bo zwiększa liczbę dostępnych kalorii zaledwie o 7 proc. Co więcej, mięso w krajach rozwiniętych konsumowane jest w nadmiarze – między 200 a 250 g dziennie, podczas gdy rekomendacje żywieniowe ONZ mówią o 80-90 gramach. Można więc powiedzieć, że bez produkcji mięsa można wykarmić z upraw roślin prawie dwa razy większą populację ludzi niż obecnie.

Produkcja mięsa to też znaczne szkody dla środowiska. Około 30 proc. ziemi jest związane z produkcją mięsną. Tymczasem globalny areał ziemi kurczy się wskutek zmian klimatycznych i urbanizacji. W roku 1970 na jednego mieszkańca świata przypadało średnio 0,38 ha, w połowie obecnego wieku będzie to tylko 0,15 hektara. Rolnictwo zużywa aż 70 proc. dostępnych źródeł wody (poza deszczówką). Intensyfikacja upraw powoli osiąga swoje granice, choć zastosowanie technologii cyfrowych może zmniejszyć zużycie pasz w hodowli zwierząt o około 10 proc. Rośnie natomiast odporność chwastów na środki chemiczne, a stosowane antybiotyki w hodowli powodują odporność na nie coraz większych populacji ludzkich. Warto zauważyć, że 80 proc. antybiotyków „konsumuje” inwentarz żywy (dane z USA). W dodatku jego hodowla odpowiada za 18 proc. emitowanych gazów cieplarnianych – to więcej niż transport morski, lotniczy i lądowy razem wzięte.

Produkcja mięsa to ogromny biznes należący do globalnego łańcucha produkcji żywności o równowartości 10 proc. światowego PKB. W rozwiniętym rolnictwie pracuje 30 mln osób, które w 2018 roku wyprodukowały paszę o wartości około 600 mld dolarów w 2018 roku. Wg firmy konsultingowej Kearney (...) wartość całego rynku mięsa wyniosła w przybliżeniu bilion dolarów. To ponad 50 mld zabijanych zwierząt lądowych rocznie, co przekłada się na 327 mln ton mięsa.

obserwatorfinansowy.pl

Raporty służb sanitarnych na temat używania metamfetaminy podczas ataku na Polskę, który zaczął się 1 września i wywołał drugą wojnę światową, wypełniają we fryburskim Archiwum Wojskowym cały segregator. Są to swobodnie przemieszane relacje i opisy, o których absolutnie nie można powiedzieć, by były wyczerpujące czy też reprezentatywne. Jednak niczym więcej nie dysponował też Ranke, który na początku wojny został mianowany doradzającym fizjologiem wojskowym w Nadzorze Sanitarnym Armii. Planowych badań nie było – bowiem środek nie został zastosowany planowo, lecz samowolnie, na podstawie decyzji danego dowódcy, oficera sanitarnego lub pojedynczego żołnierza.

Na przykład z 3 Dywizji Pancernej, która przekroczyła Wisłę koło Grudziądza, skręciła w kierunku Prus Wschodnich, a stamtąd uderzyła na Brześć, napłynął opis: „Często euforia, poprawienie uwagi, wyraźne zwiększenie wydolności. Robota pali się w rękach, niesamowite działanie pobudzające i poczucie świeżości. Po przepracowaniu całego dnia zlikwidowanie przygnębienia, powrót do normalnego nastroju”. Wojna jako zadanie do wykonania – narkotyk wydawał się pomagać pancerniakom. Nie zastanawiali się zanadto nad kwestią, czego w ogóle szukają w obcym kraju, lecz po prostu sumiennie wykonywali swoją robotę, nawet jeśli realizacja zadania oznaczała zabijanie ludzi. „Wszyscy rześcy i żwawi, znakomita dyscyplina. Lekki stan euforii i podwyższony zapał do działania. Intelektualne ożywienie, stan pobudzenia. Żadnych wypadków. Długi okres działania. Po zażyciu czwartej tabletki podwójne i kolorowe widzenie” – donoszono. W ich łamiącym prawo międzynarodowe ataku, który w rezultacie umożliwił późniejsze zbrodnie nazistowskie, już wkrótce upojonym zwycięstwem mężczyznom towarzyszyły nawet lekkie, najwyraźniej odbierane jako przyjemne halucynacje. „Uczucie głodu ustępuje. Szczególnie korzystne jest także występowanie ożywionego zapału do pracy. Efekt jest tak jednoznaczny, że nie może być tylko przywidzeniem” .

Norman Ohler - Trzecia Rzesza na haju

niedziela, 7 czerwca 2020


Historia obecnych zamieszek w amerykańskich miastach zaczyna się w 1619 r., gdy pierwszy piracki statek „Biały Lew” przywozi do brytyjskiej kolonii w Jamestown w Wirginii pierwszych 20 niewolników z Afryki. Angielscy piraci odbili ten ładunek piratom portugalskim. Nie wiemy, kim byli porwani.

Nie wiemy też, ile osób zostało porwanych w Afryce i przewiezionych do Ameryki Północnej później. Historycy oceniają, że tylko w XVIII w. było to 6-7 mln zdrowych, młodych i silnych osób, bo tylko takie brali porywacze. Starsi i małe dzieci byli zabijani na miejscu, nie mieli bowiem żadnej wartości.

Niewolnicy byli traktowani jako przedmioty. Rodziny były rozbijane, gdy właścicielowi opłacało się sprzedać ich członków oddzielnie. Niewolnicy mogli być bezkarnie torturowani i mordowani. Nie byli edukowani, chyba, że wymagało tego ich stanowisko pracy. Mieli dokładnie tyle samo praw i byli traktowani dokładnie tak samo, jak młotek czy żelazko - narzędzia pracy, przy pomocy których pracowali.

W pierwszej konstytucji USA, dla celów podatkowych i do obliczania reprezentacji danego stanu w Kongresie, czarnoskóra osoba została zapisana jako 3/5 białej osoby. Oznacza to, że amerykańskie prawo stwierdzało, że 10 białych osób było wartych tyle, co 17 czarnych osób.

Jest prawdą, że przez kolejne 300 lat Amerykanie stopniowo rezygnowali z oficjalnego rasizmu. Na początku XIX w. zdelegalizowany został w USA handel niewolnikami z Afryki, ale nadal kwitł handel nimi wewnątrz kraju. Zaledwie 160 lat temu, przed wybuchem wojny secesyjnej, w USA mieszkały 4 mln niewolników. Połowa z nich pracowała przy uprawie bawełny na plantacjach na Południu.

(...)

Każdy starszy czarnoskóry Amerykanin pamięta czasy, gdy w wielu stanach USA nie wolno mu było usiąść w autobusie obok białego, zjeść z nim lunch w restauracji, ani skorzystać z tej samej toalety.

(...)

Wojna secesyjna, po której niewolnictwo zostało w USA ostatecznie zdelegalizowane, nie zakończyła bowiem wcale systemowego rasizmu. Wiele stanów USA nadal rozdzielało czarnych i białych.

Tzw. prawa Jima Crowa wprowadzane przez wiele hrabstw, miast i stanów na Południu USA faktycznie przedłużały system prawnego rasizmu. Utrzymywane tam były oddzielne pomieszczenia dla różnych ras. Razem z czarnymi osobami traktowani byli tak także Indianie, lepiej mieli się tylko biali. Czarni byli zniechęcani do brania udziału w wyborach. Wiele stanów wprowadziło np. niewielki podatek od głosowania, który skutecznie ograniczał udział bardzo biednych czarnych. W innych miejscach wprowadzono np. obowiązek sprawdzenia umiejętności czytania, który był nie do przejścia dla byłych niewolników i ich potomków, którzy nie mieli możliwości ukończenia żadnej szkoły.

(...)

Według historyków pomiędzy rokiem 1882 i 1967 w USA wykonano co najmniej 4743 lincze. Zginęło w nich 3,4 tys. czarnych i 1,2 tys. białych. Mamy dużo materiału historycznego na ten temat, bowiem wiele linczów odbywało się publicznie, brały w nich udział całe rodziny, wykonywano fotografie sprzedawane potem jako pocztówki, a przebieg egzekucji był opisywany w lokalnych gazetach.

Po wielkiej rewolucji społecznej lat 60. lincze w USA w zasadzie się zakończyły. W zasadzie, bo co pewien czas wciąż o nich słyszymy. W 1981 r. dwóch członków KKK zamordowało przypadkowo spotkanego czarnego nastolatka w Alabamie. Zostali złapani i skazani, a proces cywilny doprowadził do bankructwa lokalny oddział KKK.

W 1998 r. członkowie organizacji białych rasistów zamordowali przypadkowego czarnego przechodnia w w Teksasie. 49-letni ojciec trójki dzieci został przywiązany liną do pick-upa i był ciągnięty za autem tak długo, aż zmarł.

(...)

Według statystyk „The Washington Post” w ciągu ostatnich 20 lat z ręki policjantów zostało zastrzelonych 1252 czarnoskórych i 2385 białych Amerykanów. Afro-Amerykanie stanowią jednak zaledwie 13 proc. populacji USA. Oznacza to, że od policyjnej kuli ginie 30 Afro-Amerykanów i 12 białych na milion obywateli. A dane te obejmują jedynie użycie broni przez policję, a więc nie będzie tu uwzględniona śmierć George’a Floyda. To nie jest przypadek ani wypadek przy pracy, to systemowy problem.

onet.pl

Władze utrzymują, że w efekcie bezprecedensowej ścisłej kwarantanny połowy populacji Chin i kosztem ogromnych strat gospodarczych epidemia w kraju jest pod kontrolą. Mimo wykrywania kolejnych ognisk zakażenia wskazują one, że potrafią je w miarę szybko izolować. Chociaż ze względu na właściwości SARS-CoV-2 nie da się uniknąć kolejnych zakażeń, jak do tej pory władze skutecznie zapobiegają niekontrolowanemu wzrostowi liczby zachorowań. Niemniej, mimo że sytuacja epidemiczna wydaje się na tle wielu innych państw opanowana, szereg wątpliwości budzą oficjalne informacje o liczbie zakażeń. Niezależnie od nieprecyzyjnego charakteru ujawnionych danych z bazy NUTO /12 maja amerykański portal Foreign Policy ujawnił bazę danych chińskiego Narodowego Uniwersytetu Technologii Obronnych (NUTO), w której zarejestrowano 640 tysięcy przypadków COVID-19 z 230 miast ChRL (obecnie jest ona niedostępna)/ wskazują one, że skala kryzysu wciąż jest większa, niż przyznają to władze. Kwestia wiarygodności danych jest też elementem międzynarodowej krytyki pod adresem ChRL, zwłaszcza ze strony Stanów Zjednoczonych. Alarmująca jest decyzja o przebadaniu wszystkich mieszkańców Wuhan, która zapadła po wykryciu oficjalnie tylko kilku nowych przypadków. W północno-wschodnich prowincjach radykalne działania wiążą się także z rosnącymi obawami, że nowe ogniska zachorowań mają związek z przypadkami przywleczenia koronawirusa z Rosji i Korei Północnej, której władze twierdzą, że nie odnotowały ani jednego przypadku COVID-19. Niezależnie od zamknięcia granicy istnieje niebezpieczeństwo, że utrzymujący się od lat proceder przemytu ludzi i towarów między historyczną Mandżurią a Rosją i KRLD pozwala na niekontrolowany powrót obywateli ChRL. Dlatego wydaje się, że Pekin dąży do utworzenia z północno-wschodnich prowincji bufora chroniącego resztę kraju. Lokalne władze podjęły działania w celu zwiększenia kontroli społecznej, m.in. wyznaczyły nagrody finansowe za wskazanie osób, które nielegalnie przedostały się do Chin.

Niezależnie od obiektywnych kosztów gospodarczych i społecznych, jakie generuje pandemia, kierownictwo Komunistycznej Partii Chin (KPCh) stało się zakładnikiem ogłoszonej w lutym „wojny ludowej“ przeciwko COVID-19. Władze założyły, że przebieg epidemii nowego koronawirusa będzie podobny do epidemii SARS w 2003 r. i podjęły działania, które sprawdziły się 17 lat wcześniej. Trzeba podkreślić, że było to założenie racjonalne, wynikające w dużej mierze z braku informacji o charakterze nowego wirusa – dopiero z czasem okazało się, że SARS-CoV-2 ma inną charakterystykę epidemiczną niż SARS-CoV odpowiedzialny za epidemię SARS. Wraz z błędami z początków kryzysu w styczniu br. przyczyniło się to do globalnego rozprzestrzenienia się SARS-CoV-2, a jego eliminacja w Chinach, mimo poniesionych kosztów ekonomicznych i wyrzeczeń ludności, jest coraz mniej pewna. Podważa to autorytet i legitymizację KPCh, która wpadła w pułapkę własnej narracji z początków epidemii. Odpowiedzią władz jest wzmożenie kampanii propagandowej, która ma za zadanie przekonać obywateli, że pod przywództwem KPCh uda się szybko i całkowicie wyeliminować zagrożenie, tak jak to miało miejsce w przypadku SARS. Stąd też spektakularne akcje masowego testowania mieszkańców Wuhan – ich celem jest pokazanie społeczeństwu, ale też międzynarodowej opinii publicznej, determinacji władz w zwalczaniu pandemii. Ponadto podejmowane są działania mające stymulować dyscyplinę i jedność społeczną, m.in. poprzez akcentowanie zewnętrznego charakteru zagrożeń epidemiologicznych czy mobilizację społeczeństwa w aktywnej ich eliminacji – wspomniane już masowe testy czy akcja pomocy władzom w wyłapywaniu nielegalnych reimigrantów.

Wycofanie się KPCh z przyjętej polityki całkowitej eliminacji koronawirusa i adaptacja strategii wielu innych państw, które zakładają konieczność powrotu do w miarę normalnego funkcjonowania społeczno-gospodarczego bez pełnego usunięcia SARS-CoV-2 do czasu opracowania i dystrybucji skutecznej szczepionki, wydają się w tej chwili niemożliwe. Podważyłoby to wizerunek i legitymizację KPCh, nadszarpnięte już przez błędy w początkowym etapie kryzysu oraz narastającą krytykę międzynarodową, której nie powstrzymała propagandowa kampanii pomocy dla zagranicy. Mobilizacja społeczna wokół przywództwa partii jest najważniejszym i bezalternatywnym wymiarem polityki społecznej w ChRL, obecnie istotnie wzmocnionym przez pandemię. Od utrzymania tego kierunku uzależniona jest pozycja władz, a w perspektywie stabilność państwa. Stąd kontynuacja dotychczasowej narracji propagandowej, której będą towarzyszyć pokazowe i drastyczne działania przeciwepidemiczne. Poważnym oraz narastającym problemem pozostaje ochrona i odbudowa wizerunku państwa na arenie międzynarodowej. Dodatkowy wymiar nadają kryzysowi rosnące napięcia w stosunkach z wieloma partnerami, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Wydaje się, że to dlatego Pekin zdecydował się na pozorne ustępstwo, jakim jest zgoda na dochodzenie w ramach WHO, mimo że przed sesją WHA zgłaszał względem niego stanowczy sprzeciw. Xi Jinping w swoim wystąpieniu stwierdził jednak, iż ChRL zgadza się na międzynarodowe „obiektywne i bezstronne” dochodzenie, ale dopiero po wygaśnięciu pandemii. Jego zdaniem ma to być „kompleksowy przegląd” światowej reakcji na COVID-19, który „zsumuje wszystkie doświadczenia i błędy”. Wydaje się, że Pekin zakłada, iż dochodzenie niekoncentrujące się na działaniach chińskich władz wskaże także na szereg zaniedbań i błędów innych państw, co osłabi odpowiedzialność ChRL. WHO z zasady unika zresztą krytykowania konkretnych państw członkowskich w obawie, że w przyszłości te nie będą współpracować. W samej organizacji Pekin ma wciąż wpływy dzięki poparciu bloku państw rozwijających się, a WHO może również rozciągnąć dochodzenie na kilka lat. W międzyczasie zgodę na dochodzenie można przedstawiać jako dowód transparentności, a fakt jego prowadzenia przez WHO będzie blokował inne inicjatywy niezależnego śledztwa.

osw.waw.pl