wtorek, 26 maja 2020


Kto wie czy w samo sedno nie trafiają dwaj eksperci z Hong Kongu, Andrew Sheng i Xiao Geng, którzy twierdzą, iż grozi może nam nie tyle nowa „zimna wojna”, ile wojna „chłodna”, podjazdowa, o nie do końca jasnych regułach gry, za to jej efektem może być zjawisko naprawdę groźne nie tylko dla dwóch zwaśnionych stron, czyli Chin i USA, lecz całego świata.

Dojdzie bowiem do realizacji scenariusza wręcz niebezpiecznego: pojawią się dwa niezależne od siebie systemy innowacyjne, a podział będzie nie tylko gospodarczy lecz technologiczny. A zamiast wojny czysto handlowej i celnej, może dojść do wojny technologicznej, której znamiona już mamy (ZTE, Huawei, 5G) oraz cyberataków na wielką skalę.

Zagrożenia są poważne, a stawka ogromna, bo nikt już nie wątpi, że w tym starciu chodzi także o prestiż i prymat. Chińczycy, mający jeszcze przed sobą niezwykle ambitne zadania na scenie wewnętrznej, w tym tak poważne, jak – dokonująca się właśnie – zmiana modelu rozwojowego z opartego na eksporcie na osadzony na silnym rynku wewnętrznym i kwitnącej klasie średniej, czy przejście od ilości do jakości. 

/W 2025 roku nie ma żadnej transformacji, nadal dominuje eksport, a próby ożywienia popytu wewnętrznego są niemrawe jak na Chiny, są też motywowane politycznie, bogaty konsument jest niebezpieczny politycznie - red./

Jeśli marzą o „renesansie chińskiego narodu”, o czym mówią otwarcie, to tym samym chcą być ponownie – jak przed wiekami – wielką cywilizacją, a nie tylko gospodarką czy mocarstwem handlowym. A taka nie może opierać się na kradzieży, podróbkach czy składaniu części sprowadzonych z zewnątrz. Sama musi być przykładem.

obserwatorfinansowy.pl

Od czasu listopadowych protestów irański reżim coraz wyraźniej obawia się o swoją zdolność do przetrwania. Pod koniec grudnia Chamenei opublikował na Twitterze surrealistyczne publiczne rozważania na temat tego, dlaczego Iranu nie czeka taki sam los jak Związku Radzieckiego.

Według Chameneiego, największa różnica między ZSRR a Iranem polega na tym, że Moskwa nie miała poparcia społecznego. "Ich przywódcy nigdy nie mogli liczyć na ludność", podsumował i najwyraźniej nie było w tym najmniejszej ironii wobec brutalnej rozprawy, którą właśnie rozpoczął z własnym narodem.

W narracji o protestach narzuconej przez państwową propagandę, Chamenei jest skłonny przyznać, że ludzie mają "słuszne" żądania ekonomiczne, ale podkreśla, że musiał wysłać wojsko, ponieważ protesty zostały przejęte przez zewnętrznych wrogów Iranu, którzy zaplanowali "niebezpieczny spisek".

Niewiele osób kupuje argument, że to zewnętrzni wrogowie popchnęli Irańczyków do złamania jednego z największych tabu w kraju, czyli skandowania na ulicach "śmierć Chameneiemu".

Nawet w jego własnym obozie duchownych jest wielu takich, którzy obawiają się, że Chamenei nie zdaje sobie sprawy, że cały gmach jego państwa może się rozpaść. BBC Persian doniosło w czwartek, że 100 konserwatywnych działaczy podjęło niezwykle rzadki krok, pisząc do Chameneiego, aby zażądać poważnych reform strukturalnych w celu uniknięcia szerszych demonstracji, "upadku reżimu" i obalenia "rządów religijnych".

Pod wieloma względami zmurszały Iran przypomina coraz bardziej upadający Związek Radziecki, zarówno jeśli chodzi o wyniszczającą kraj oligarchię, jak i rosnące niepokoje etniczne. Ale Chamenei nie ma ochoty się do tego przyznać.

onet.pl

Izrael od dawna polował w Syrii na wysokich rangą szyickich dowódców. W grudniu 2015 r. na przedmieściach Damaszku siły powietrzne zbombardowały dom, w którym swoje kwatery mieli irańscy oficerowie – Mohammad Reza Fahemi i Mir Ahmad Ahmadi oraz ważny dowódca libańskiego Hezbollahu Samir Kuntar. W tym samym roku CaHaL (siły zbrojne Izraela) wyeliminował co najmniej 15 dowódców podobnej rangi.

Wcześniej, w 2011 r. – w prowadzonej przez izraelski wywiad operacji – w bazie Korpusu Strażników Rewolucji (w skład tej formacji wchodzi brygada al-Kuds, którą dowodził Solejmani) pod Teheranem zabito generała Hasana Tehraniego Moghaddamiego i jego 16 ludzi. Wszyscy odpowiadali za rozwój pocisków balistycznych, które w przyszłości miałyby przenosić irańskie głowice nuklearne. Rok później w Sudanie zbombardowano składy dostarczonej z Iranu broni, głównie zaawansowanych pocisków przeciwlotniczych i przeciwczołgowych, które miały trafić do działającego w Strefie Gazy Hamasu. W ataku zginęła niemal cała irańska obsługa tych składów.

Wszystkie te akcje, prowadzone w ramach – określanego eufemistycznie – programu selektywnej eliminacji dotyczyły grubych ryb. Nikt jednak nie zdecydował się na ludzi tej szarży co Solejmani i Muhandis. I to nie dlatego, że brakowało informacji na ich temat. Obaj mieli status celebrytów. Dawali się fotografować. Korzystali z telefonów, a nie łączności kurierskiej. Brali udział w uroczystościach, podczas których mogły na nich spaść z drona pociski hellfire. "Inżynier" oficjalnie odwiedzał przyjaciół w bagdadzkiej Zielonej Strefie, gdzie zlokalizowana jest ambasada Stanów Zjednoczonych. I to mimo tego, że od końca lat 80. znajdował się na amerykańskiej liście poszukiwanych terrorystów (za zamachy w Kuwejcie na lotnisko, placówki dyplomatyczne USA i Francji oraz pracowników amerykańskiego koncernu Raytheon, produkującego między innymi zestawy Patriot, które odegrały kluczową rolę podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej).

dziennik.pl

W trzy dekady po upadku berlińskiego muru można odnieść wrażenie, że zachodni i wschodni Niemcy wciąż jeszcze są sobie obcy. Wschód Niemiec bardzo dobrze nadrobił zaległości gospodarcze. Tak napisano w najnowszym raporcie niemieckiego rządu na temat stanu niemieckiego zjednoczenia. W scalaniu się kraju i wyrównywaniu poziomu życia nastąpiły duże postępy. Za to pod względem politycznym i emocjonalnym podział Niemiec zdaje się być coraz głębszy. Jak wynika z ankiety, 57 proc. wschodnich Niemców czuję się „obywatelami drugiej kategorii”, bez mała połowa z nich jest niezadowolona z tego, jak w Niemczech funkcjonuje demokracja. Także oceny zjednoczenia kraju bardzo różnią się na wschodzie i zachodzie kraju.

Wschodnioniemiecki psychoterapeuta Hans-Joachim Maaz uważa, że wschodni Niemcy przez swoje doświadczenia z NRD mają zdystansowany stosunek do państwa. Ludzie na wschodzie są generalnie bardziej krytyczni wobec kapitalizmu, władz, mediów. Stąd wziął się ruch protestujący przeciwko polityce zdominowanej przez zachodnie Niemcy.

Zachodnioniemiecka psycholożka społeczna Beate Kuepper uważa natomiast, że ze względu na wieloletni podział kraju wcale nie trzeba wychodzić z założenia, że wschodni i zachodni Niemcy powinni być do siebie podobni. Problematyczne są nie tylko same różnice, ale także poczucie kolektywnej krzywdy, jaka została im wyrządzona. Chodzi o poczucie braku uznania, szacunku, możliwości udziału i współdecydowania.

Różnice te są ewidentne w wynikach, jakie w wyborach osiąga prawicowa populistyczna partia AfD. W wyborach do parlamentów krajowych w zachodnich landach głosuje na nią około 10 proc. wyborców, na wschodzie prawie 25 proc. – tak jak ostatnio w Brandenburgii, Saksonii i Turyngii. Zastanawiające jest, że na wschodzie akurat Alternatywa dla Niemiec, będąca zachodnioniemieckim importem, przejęła rolę partii protestu po partii Lewica, która jako następczyni byłej przywódczej partii enerdowskiej SED była jakby stworzona do wyrażania wschodnioniemieckiej nostalgii.

„Dokończmy zwrot” („Vollende die Wende”) – pod takim hasłem AfD mobilizowała wschodnioniemiecki elektorat, odnosząc bezsprzeczny sukces.

Psychoterapeuta Maaz uważa, że ogromnym błędem jest, by wszystkim wyborcom AfD przypinać prawicową łatkę. Kiedy tylko się ich wyzywa i dyskryminuje, jest to najskuteczniejszym środkiem do dalszego wzmocnienia tej partii.

dw.com

sobota, 23 maja 2020


Naukowiec zwraca uwagę, że dla starszych pokoleń zapraszanie się do domów było czymś oczywistym. "Imieniny, święta, uroczystości rodzinne, odwiedziny w dni wolne od pracy... To wszystko były imprezy domowe" - wymienia.

Przypomina, że czasy PRL były czasami kultury niedoboru, stąd dom był wtedy niezwykle istotnym miejscem. "Knajp było wtedy znacznie mniej, a alkohol mógł się tam skończyć w każdej chwili. Tymczasem w domu, kiedy zapraszało się gości - był wszystkiego nadmiar, nie mogło niczego zabraknąć. Siedziało się do oporu, jadło i piło, nie oglądając się na zewnętrzny przaśny świat" - opowiada. Dodaje, że nie było też wtedy tak sporych różnic w tym, jak wyglądały mieszkania: umeblowanie nie zaskakiwało, wystrój wnętrz czy liczba sprzętów były przewidywalne, a dostępnych rozrywek było mniej. "Dospołeczność, otwarcie się na innych było wtedy oczywiste" - opowiada. I dodaje: "Tego świata już nie ma".

Jego zdaniem pokolenie milenialsów (to osoby urodzone w latach 80. i 90. XX wieku), które nie pamięta już tych czasów niedoboru, wyszło z domu. Te osoby chętniej niż ich rodzice spotykają się w knajpach, kawiarniach czy przestrzeni miast. "A dom to ich +macica+. To przestrzeń, do której niechętnie się zaprasza. To świat intymny, zazdrośnie strzeżony" - mówi.

Według naukowca w przestrzeni miejskiej pokolenie to czuje się o tyle dobrze, że "każdy może czuć się jak u siebie, a jednocześnie jest zwolniony z konieczności, aby się przejmować, czy wszystko dobrze wypadnie".

"Pokolenie milenialsów jest bardzo zróżnicowane, w większości jednak dysponuje małymi mieszkaniami. A jak ktoś ma kawalerkę czy pokój, to niekoniecznie jest to przestrzeń, którą chce się wypełniać jeszcze gośćmi" - mówi. Jak ocenia, to podejście może się zmieniać u osób, które dorobią się większych mieszkań, z których będą dumne. "Nie wykluczam, że wtedy wśród milenialsów modne stanie się prezentowanie swojego mieszkania, domu, pokazywanie swojego awansu społecznego. Tak dzieje się w społeczeństwach burżuazyjnych takich jak francuskie czy amerykańskie, gdzie dom jest istotnym wyznacznikiem statusu" - mówi.

Tymczasem przestrzeń miasta, kluby, parki czy bulwary, gdzie ludzie z młodszych pokoleń się spotykają, to miejsca gdzie każdy ma równy status. "Wszyscy czują się jednakowo - nie są do niczego zobligowani, niczego nie muszą pokazywać, niczego nie muszą się wstydzić" - opowiada.

bankier.pl

Wtedy często mówiono: „Fabryka Samochodów Omawianych”, nic nie umiecie robić, tylko o licencjach rozmawiacie. Nasz Ośrodek Badawczo-Rozwojowy wyprodukował kilkanaście prototypów, bardzo ciekawych. Ale żaden nie mógł wejść do produkcji, bo nikt nie miał pieniędzy, a dokładnie dolarów. Ja poleciłem temu ośrodkowi: „Panowie, macie jak najszybciej wytonować nowy prototyp samochodu średniolitrażowego”. I został wykonany samochód ze wszystkimi częściami, oryginalnymi, chyba ze trzy sztuki, do dzisiaj w muzeum motoryzacji można go oglądać. Mimo że takich prototypów się nie pokazywało, to ja go zawiozłem specjalnie pod Stadion Dziesięciolecia na wystawę motoryzacyjną. Dziennikarze pytali, dlaczego nie można go wyprodukować. A ja mówię, że tylko licencjodawca może dać kredyt w dolarach, pół miliarda. Podjąłem przegląd szesnastu firm, z każdą były rozmowy, ale trochę było też niechęci, bo wtedy myśmy nie rejestrowali „Solidarności” i niektórzy mówili: „My tym Polakom nie damy kredytu”. Takie polityczne problemy.

Na końcu stanęło na tym, że zamiast produkować własny samochód, wybieraliśmy między Japończykami z Daihatsu i Włochami, czyli Fiatem. Rząd popierał Fiata, a Jaruzelski koncepcję japońską, bo premier Japonii powiedział, że jak FSO podpisze z nimi kiedyś jakiś kontrakt, to będzie to łącznik Polski z Japonią, przyjdą do Polski nowe technologie. Była kiedyś wielka narada rządu z premierem Messnerem i jego zastępcami, i oczywiście generałem Jaruzelskim. Trwała od dziewiątej wieczorem do pierwszej w nocy. Ja opowiadałem się za koncepcją japońską. Wygrałem to i zaraz mi polecono, żebym wziął ministra i pojechał do Japonii, aby to sfinalizować. Jednak sprawa znowu zaczęła się wlec, ponieważ Klub Paryski postanowił uchwalić, żeby Polsce nie dawać żadnych kredytów w związku z nierejestrowaniem „Solidarności”. Jak byłem w Japonii, rozmawiałem z szefem Mitsui, to nie była firma od samochodów, ale od finansowania. Mówię: „Panie prezesie, dlaczego pan, który ma eksport na pewno większy niż cała Polska, robi problem z pół miliardem dolarów?”. Na to on odpowiedział: „Proszę pana, pan ma rację, nas jest na to stać, ale Klub Paryski zabronił”. „Ale wy nie jesteście w Klubie Paryskim”. „Tak, nie jesteśmy, jakbyśmy wyszli przed orkiestrę, toby nas tutaj zapluli. W związku z tym czekamy, żeby ktokolwiek dał Polsce mały kredycik. A wtedy my dajemy natychmiast”.

Jak Fiat zobaczył, że jest na straconej pozycji, to oświadczył nam, że daje nam licencję na Uno. Poza tym obiecali zgodę na eksport, poza rynkiem włoskim i dwoma rynkami, gdzie Fiat miał swoje montownie. Tylko eksport na Zachód pozwoliłby nam spłacić kredyt, który wynosił pół miliarda dolarów. Włosi widzieli, że oferta japońska jest bardzo ciekawa, i sami się zaczęli starać. Wpadli na genialny pomysł: my, Fiat, jesteśmy prywatną firmą i nas nie interesuje uchwała Klubu Paryskiego. Chyba 3 grudnia 1988 roku mieliśmy parafować kontrakt, ale wtedy ministrem przemysłu był Mieczysław Wilczek, który nie miał pojęcia o motoryzacji zupełnie, sam powiedział na konferencji: „Ja się na motoryzacji tyle znam, że wiem, jak się kluczyk wkłada do stacyjki” – więc ten facet na drugi dzień zerwał kontrakt. Włosi się obrazili, a ja złożyłem rezygnację.

Aleksandra Leyk Joanna Wawrzyniak - Cięcia. Mówiona historia transformacji

piątek, 22 maja 2020


- Czym jest korporacja w znaczeniu amerykańskim, czyli spółka kapitałowa?

Joel Bakan: Korporacja to konstrukt prawny, a właściwie pewien rodzaj prawnej fikcji. Korporacja nie jest dziełem Boga ani natury. Jest zestawem relacji, które zostały stworzone na gruncie prawnym i obwarowane odpowiednimi przepisami po to, aby gromadzić kapitał dla rozmaitych wielkich projektów industrializmu. Służy przede wszystkim do tego, by odseparować właścicieli od ich przedsięwzięcia biznesowego. Dzięki tej prawnej konstrukcji samo przedsięwzięcie biznesowe w magiczny sposób staje się „osobą” zdolną do posiadania praw i obowiązków, a więc taką, która może funkcjonować w systemie gospodarczym. Tym sposobem właściciele – czyli akcjonariusze – stają się nieistotni i znikają z punktu widzenia prawa, a tytuły prawne i odpowiedzialność za błędy przypadają samej korporacyjnej „osobie” (i czasem kadrze kierowniczej).

Innymi słowy, jedyne ryzyko dla akcjonariuszy polega na tym, że stracą pieniądze w wypadku spadku ceny akcji spółki. Nie można ich pozwać do sądu za żadne działania korporacji. Co więcej, żeby dodatkowo osłodzić inwestorom życie, prawo nakłada na prezesów i dyrektorów spółki obowiązek działania wyłącznie w najlepszym interesie akcjonariuszy – to znaczy najkorzystniejszym dla ich finansów.

Geniusz tego niezwykle korzystnego dla akcjonariuszy rozwiązania polegał na tym, że dla wielu ludzi (zwłaszcza z rodzącej się właśnie klasy średniej) stanowił silną zachętę do inwestowania w kapitalistyczne projekty. Głównym celem spółek akcyjnych miało być generowanie ogromnych zasobów kapitałowych potrzebnych do podejmowania przedsięwzięć na wielką skalę, które stały się możliwe dzięki industrializacji: uruchamiania i obsługi linii kolejowych, fabryk i tak dalej. Można powiedzieć, że korporacja w amerykańskim znaczeniu tego słowa była niegdyś instytucją crowdfundingową.

- A później?

Główna funkcja instytucjonalna spółki kapitałowej, czyli koncentrowanie kapitału tysięcy albo nawet milionów inwestorów w jednym przedsiębiorstwie, dawała korporacjom wielki potencjał na osiągnięcie ogromnych rozmiarów i zdobycie potężnej władzy. Początkowo ich władza była limitowana: korporacje mogły osiągnąć pewną wielkość maksymalną, nie wolno było im działać jednocześnie w wielu sektorach, musiały przestrzegać praw chroniących konkurencję i tak dalej. Ale wiek XX przyniósł stopniowe osłabianie i znoszenie tych ograniczeń. Teraz spółki mogą się łączyć i przejmować inne spółki, mogą stawać się coraz większe, coraz potężniejsze i prawie nic ich nie ogranicza. W korporacjach skoncentrował się gigantyczny kapitał i teraz to one zajmują dominującą pozycję nie tylko w gospodarce, ale także w sferze stosunków społecznych oraz politycznych.

Ich struktura nie jest demokratyczna, a jednocześnie prawo zobowiązuje korporacje, by każde ich działanie służyło interesom akcjonariuszy. Mamy więc wielkie, potężne instytucje, zbudowane w taki sposób, żeby realizowały własne interesy bez względu na konsekwencje i pokonywały przeszkody na drodze do celu (np. podatki czy inne państwowe przepisy) przy pomocy siły lub uników. Instytucje te wypracowują zyski dla anonimowych akcjonariuszy, których nie można pociągnąć do odpowiedzialności, i same nie odpowiadają w demokratyczny sposób przed nikim, kogo dotykają konsekwencje ich decyzji i działań – oprócz wspomnianych akcjonariuszy.

- Co się zmieniło przez te 15 lat, odkąd napisałeś książkę Korporacja?

Kilka rzeczy, które widać na pierwszy rzut oka. W czasach mojego pierwszego projektu nie istniały jeszcze wielkie korporacje z branży IT – a przynajmniej nie miały tak dominującej pozycji jak dziś. Istniał problem zmiany klimatu, ale ten kryzys nie nabrał jeszcze tak egzystencjalnego, bezpośredniego charakteru. Prawicowy populizm był wciąż tylko marginalnym zjawiskiem, globalizacja była w natarciu, a korporacje strategicznie zaczęły zmieniać swój wizerunek i zasady gry. Zmądrzały po antyglobalistycznych wystąpieniach na całym świecie. Obawiały się, że opinia publiczna traktuje je z coraz większą nieufnością, a ich rosnąca potęga zaczynała wywoływać niepokój.

Mniej więcej w tym czasie, kiedy ukazała się moja pierwsza książka i oparty na niej film, korporacje zaczęły podejmować daleko idące zobowiązania. Mówiły o zrównoważonym rozwoju i o społecznej odpowiedzialności biznesu. Obiecywały zużywać mniej energii, redukować emisje, zwalczać ubóstwo na świecie, ratować miasta i tak dalej. Pojawiły się nowe hasła, takie jak „kapitalizm kreatywny”, „kapitalizm włączający”, „świadomy kapitalizm”, „kapitalizm społeczny”, „zielony kapitalizm” i tak dalej. Określenia te miały odzwierciedlać to, że kapitalizm korporacyjny podlegał przemianom, wskutek których stawał się bardziej świadomy społecznie i ekologicznie.

Główne przesłanie, niezależnie od retorycznego opakowania, było takie, że korporacje przeszły radykalne przeobrażenie: idee takie jak społeczna odpowiedzialność biznesu i zrównoważony rozwój – które wcześniej znajdowały się na obrzeżach pola zainteresowania spółek akcyjnych (tu trochę filantropii, tam trochę działań proekologicznych) – teraz stały się nieodzowną częścią etosu i zasad operacyjnych korporacji.

- Zmiana więc postępuje.

Tak, ale niekoniecznie na lepsze. Moją nową książkę opatrzyłem podtytułem: „Dobre” korporacje są złe dla demokracji. Dlaczego? Zacznijmy od tego, że mimo całej tej pięknej retoryki nowe spółki kapitałowe nie różnią się niczym od starych. Przepisy prawa o spółkach się nie zmieniły. Instytucjonalna struktura korporacji jest wciąż taka jak kiedyś. Zmienił się tylko dyskurs i część zachowań. Nowy etos wyraża się w koncepcji „doing well by doing good” (dobrze sobie radzić, czyniąc dobro), która wzywa do tego, by szukać synergii między zarabianiem pieniędzy a robieniem dobrych rzeczy dla społeczeństwa i środowiska – tak jakby między jednym a drugim nie było sprzeczności.

Korporacje głoszą teraz wszem i wobec, że starają się czynić dobro, ale znacznie rzadziej wspominają o tym, że mogą zrobić tylko tyle dobrych rzeczy, ile pomaga im się dobrze ustawić. Mimo szumnych zapewnień korporacje nigdy nie poświęcą interesów akcjonariuszy ani swoich własnych w imię czynienia dobra. Nie mogą tego zrobić. Istnieje bardzo ważna granica dla tego, ile dobrych rzeczy są gotowe dokonać. A w sytuacji, kiedy dobrych działań nie da się uzasadnić z punktu widzenia biznesowego, mają tylko jedno wyjście: pozostaje im czynić „zło”.

Inny problem – i tu dotykamy wspomnianej przeze mnie niedemokratyczności – jest taki, że korporacje wykorzystują swój nowy, „przyjazny” wizerunek jako argument w walce z przepisami regulującymi ich działalność. Skoro mogą się teraz same regulować, to przecież nie musi się nimi już interesować rząd. Ponadto przekonują, że potrafią lepiej od państwa zapewniać usługi publiczne, dostarczać wodę, prowadzić szkoły i więzienia, organizować system transportowy i tak dalej.

Szczególną przebiegłością wykazują się w kwestii klimatu. Już nie mogą w przekonujący sposób negować zmiany klimatu, więc mówią tak: „Dobrze, kryzys klimatyczny faktycznie istnieje, przyznajemy; ale teraz troszczymy się o przyszłość planety, przejmujemy stery, przygotowujemy rozwiązania, nie potrzebujemy państwowego nadzoru”.

(...)

- Korporacje wpływają nie tylko na środowisko. Mają coraz większą kontrolę i nad życiem nas samych, i nad demokracją.

Korporacje przejmują coraz większą bezpośrednią kontrolę nad pojedynczymi ludźmi za pośrednictwem technologii, co sprawia, że coraz trudniejsze – jeśli nie niemożliwe – staje się uregulowanie stosunków między spółkami a osobami prywatnymi za pomocą przepisów państwowych. Firmy ubezpieczeniowe mają pośrednią kontrolę nad ubezpieczanymi kierowcami, bo znają ich zwyczaje za kółkiem oraz stan zdrowia i od tego uzależniają wysokość składek. Z powodu tej pośredniej kontroli instytucjom demokratycznym, takim jak sądy i państwowe organy kontrolne, trudniej jest chronić prawa indywidualnych konsumentów. Natomiast kiedy platforma internetowa taka jak Uber wykorzystuje technologię, by w praktyce omijać stosunki pracy, czyli konstrukt prawny służący do zabezpieczania pracowników przed przeważającą pozycją ich pracodawców, to znacznie trudniejsze staje się chronienie pracowników.

Na demokrację wpływa także nasilenie dezinformacji, hejtu i prowokacyjnych wypowiedzi za pośrednictwem internetu i mediów społecznościowych. To także wiąże się z modelami biznesowymi wielkich firm z branży technologicznej. Firma taka jak Facebook robi najlepsze interesy wtedy, kiedy użytkownicy platformy bardziej i częściej się angażują. Więcej znaczy lepiej, a kwestie prawdy, interesu publicznego albo demokracji są po prostu nieistotne.

Patrząc na to z jeszcze szerszej perspektywy: fala prawicowego autorytaryzmu, który zdobywa władzę za pomocą demokratycznych procesów wyborczych, to w dużej mierze reakcja na 40 lat neoliberalnych decyzji politycznych, które niszczyły miejsca pracy i zabezpieczenia socjalne – a więc życie pojedynczych ludzi oraz całych wspólnot. Pionierami tej neoliberalnej polityki były i są wielkie korporacje, które wykorzystywały swoje zasoby do lobbingu, finansowania kampanii wyborczych, przenoszenia operacji w inne miejsce świata w odpowiedzi na regulacje lub samą zapowiedź wprowadzenia nowych regulacji, zwlekały z zapłatą podatków albo unikały opodatkowania itp.

Liderzy „nowego” ruchu korporacyjnego – te same firmy, które zapewniają nas o tym, że troszczą się o społeczną odpowiedzialność i o zrównoważony rozwój – były w pierwszym szeregu tamtych kampanii. Żadna korporacja nie powiedziała nigdy: „wartości społeczne i środowisko są bardzo ważne, więc wprowadźmy wyższe podatki i mocniejsze państwowe regulacje, żeby je chronić”. Wręcz przeciwnie.

Teraz korporacje grają swoją rzekomo nową osobowością, by odpierać presję demokracji. Twierdzą, jak już wspomniałem, że będą się kontrolować same, więc nie trzeba ich utrzymywać w ryzach przy pomocy środków prawnych. Głoszą ponadto, że to one, a nie instytucje publiczne, powinny dbać o zabezpieczenia socjalne obywateli. To niezła kombinacja dwóch ciosów. Najpierw zażarcie walczyły o to, by całkowicie pozbawić władze możliwości rozwiązywania problemów społecznych i środowiskowych, a teraz wkraczają, żeby powiedzieć, że mogą podjąć się zadania, którego władze (z powodu wcześniejszych wysiłków korporacji) nie potrafią wykonać.

Skutek jest taki, że w naszym życiu (jako pojedynczych obywateli i członków społeczeństwa) coraz mniejszy udział mają decyzje władz, a większy – decyzje korporacji. To oznacza osłabienie demokracji.

krytykapolityczna.pl

środa, 20 maja 2020


W drugiej połowie lat 70. XX wieku spowolnienie gospodarcze i rosnąca inflacja zaczęły wskazywać ograniczenia keynesowskiego kompromisu. Na skutek kryzysu naftowego z 1973 roku ucierpiała gospodarka, zmniejszyły się zyski, a powojenny układ zaczął się chwiać. Wobec kryzysu fiskalnego rządząca w Wielkiej Brytanii Partia Pracy musiała posłużyć się siłą państwa, by zdyscyplinować klasy pracujące, co doprowadziło do rosnącego niezadowolenia. W połowie lat 70. powojenny model socjaldemokratyczny miał już poważne kłopoty i zaczynał doznawać „kryzysu legitymizacji”.

Czynniki ekonomiczne nie wystarczą jednak, by w pełni uchwycić naturę kryzysu modelu socjaldemokratycznego. Musimy wziąć pod uwagę również inne, a zwłaszcza pojawienie się w latach 60. XX wieku tego, co nazwano „nowymi ruchami społecznymi”. Pojęcia tego używano wówczas, odnosząc się do bardzo różnorodnych walk – miejskich, ekologicznych, antyautorytarnych, antyinstytucjonalnych, feministycznych, antyrasistowskich, etnicznych, regionalnych i walk mniejszości seksualnych. Polityczna polaryzacja utworzona wokół tych nowych żądań demokratycznych, razem z falą wojowniczych działań związków zawodowych, wywołała reakcję konserwatystów, którzy twierdzili, że namnożenie się walk o równość doprowadziło społeczeństwa zachodnie na skraj „równościowej przepaści”.

Gdy po 1973 roku pojawiła się recesja gospodarcza, prawica postanowiła, że nadszedł czas, by zatrzymać ekspansję demokratycznej wyobraźni. Zamierzała sprzeciwić się ruchom równościowym i odblokować zyski trzymane w ryzach dzięki sile związków zawodowych. W raporcie dla Komisji Trójstronnej w 1975 roku Samuel Huntington twierdził, że walki z lat 60. o większą równość i uczestnictwo doprowadziły do „demokratycznego przyspieszenia”, które sprawiło, że społeczeństwem „nie da się rządzić”. Dochodził do wniosku, że „potęga demokratycznych ideałów stanowi problem dla zdolności rządzenia w demokracji”.

(...)

Celem Margaret Thatcher, gdy została w 1979 roku premierem, było złamanie powojennego konsensusu między laburzystami i torysami, który, jak twierdziła, tkwił u źródeł stagnacji w Wielkiej Brytanii. W przeciwieństwie do Partii Pracy doskonale zdawała sobie sprawę ze stronniczego charakteru polityki i tego, jak ważna jest walka hegemoniczna. Miała jednoznacznie populistyczną strategię. Polegała ona na zaznaczeniu politycznego podziału na, z jednej strony, „siły establishmentu”, utożsamiane z opresyjnym aparatem biurokratycznym państwa, związkami zawodowymi i tymi, którzy korzystali z zasiłków, a z drugiej strony na przedsiębiorczy „lud”, który padł ofiarą różnych biurokratycznych sił i ich rozmaitych sojuszników.

Jej głównym wrogiem były związki zawodowe – postanowiła zniszczyć ich siłę. Postawiła na silną konfrontację z Narodowym Związkiem Zawodowym Górników pod przywództwem Arthura Scargilla, którego nazwała „wewnętrznym wrogiem”. Punktem zwrotnym na drodze Thatcher był strajk górników (1984–1985), najbardziej gorzki konflikt w przemyśle w historii Wielkiej Brytanii. Zakończył się on definitywnym zwycięstwem rządu, który znalazł się na pozycji pozwalającej narzucić swoje warunki osłabionemu związkowi zawodowemu i skonsolidować swój liberalny program gospodarczy.

W chwili, gdy pojawiły się rysy na powojennym konsensusie keynesowskim, Margaret Thatcher zaczęła działać, by siłą podważyć status quo. Budując podział polityczny, zdołała doprowadzić do wycofania kluczowych elementów socjaldemokratycznej hegemonii i do ustanowienia nowego hegemonicznego porządku opartego na zgodzie ludu. Politycy laburzystowscy, ze swoimi esencjalistycznymi poglądami na politykę, nie byli w stanie tego zrozumieć. Zamiast zaplanować kontrhegemoniczną ofensywę, wierzyli, że to wzrost bezrobocia i pogorszenie warunków życia robotników wkrótce z powrotem przyniesie im władzę. Biernie wyczekiwali pogorszenia warunków gospodarczych, co miało zadziałać na ich korzyść, i nie zdawali sobie sprawy z tego, że w międzyczasie Thatcher umacniała swoją neoliberalną rewolucję.

Stuart Hall, analizując strategię hegemoniczną, którą nazwał „thatcheryzmem” i zdefiniował jako „populizm autorytarny”, zauważył, że „thatcherowski populizm łączy w sobie wyraźne wątki organicznego toryzmu – naród, rodzinę, obowiązek, autorytet, normy, tradycjonalizm – z agresywnymi wątkami odrodzonego neoliberalizmu: interesem własnym, opartym na współzawodnictwie indywidualizmem i antypaństwowością”.

Sukces Thatcher we wprowadzaniu polityki neoliberalnej w Wielkiej Brytanii był możliwy dzięki temu, że szefowa rządu potrafiła wykorzystać różne formy oporu przeciw kolektywistycznemu i biurokratycznemu sposobowi realizowania państwa dobrobytu. Thatcher udało się zdobyć dla swojego neoliberalnego projektu wsparcie wielu grup społecznych, ponieważ przyciągała je do niej pochwała osobistej wolności i obietnica uwolnienia od opresyjnej władzy państwa. Taki dyskurs znajdował poparcie nawet wśród beneficjentów interwencji państwa, bo nie znosili oni mozolnej biurokracji, z którą często wiązała się redystrybucja zasiłków. Przeciwstawiając interesy niektórych kategorii robotników interesom feministek i imigrantów, których obwiniała o kradzież miejsc pracy, zdołała zdobyć poparcie istotnych grup klasy robotniczej.

Atakując hegemonię socjaldemokratyczną, Margaret Thatcher działała na kilku frontach – gospodarczym, politycznym i ideologicznym – by za pomocą dyskursu zrekonfigurować obowiązującą dotąd świadomość „zdroworozsądkową” i w ten sposób zwalczyć w niej wartości socjaldemokratyczne. Głównym celem było zerwanie więzi, jaka została ustanowiona między liberalizmem i demokracją, dzięki której, jak twierdził C. B. Macpherson, liberalizm został „zdemokratyzowany”.

Friedrich Hayek, ulubiony filozof Thatcher, twierdził, że należy zapewnić możliwość funkcjonowania „prawdziwej” natury liberalizmu jako doktryny, która dąży do ograniczenia władzy państwa do minimum, aby zmaksymalizować wolność jednostki, będącą głównym celem politycznym. Pojęcie to zdefiniował przez negację jako „sytuację ludzi, w której przymus jednych wobec innych jest ograniczony tak dalece, jak to jest możliwe w społeczeństwie”.

Kolejnym ruchem w jego strategii ideologicznej było głoszenie nowego znaczenia „demokracji”, podporządkowującego ją „wolności”. Według Hayeka idea demokracji jest wtórna wobec idei indywidualnej wolności, tak że obrona wolności gospodarczej i własności prywatnej zajmuje miejsce obrony równości jako uprzywilejowanej wartości w społeczeństwie liberalnym. Dla niego „demokracja jest w swej istocie środkiem, użytecznym narzędziem zabezpieczenia pokoju wewnętrznego i wolności indywidualnej”. Był głęboko przekonany, że gdyby doszło do konfliktu między demokracją a wolnością, wolność powinna zostać uznana za ważniejszą, a demokrację należałoby poświęcić. W późniejszych latach przeszedł wręcz na skrajną pozycję, sugerując potrzebę zniesienia demokracji.

Posługując się dyskursem przeciwstawiającym dobrych, odpowiedzialnych „podatników” biurokratycznym elitom, które ograniczają wolność tych pierwszych za pomocą nadużywania władzy państwa, Thatcher zdołała skonsolidować historyczny blok wokół swej neoliberalnej wizji i dogłębnie zmienić konfigurację sił społecznych i gospodarczych. Jednak w pewnym momencie jej polityka zaczęła być postrzegana przez torysów jako zbyt konfliktowa i po wygraniu trzech kolejnych wyborów, gdy wprowadzenie podatku pogłównego w 1989 roku doprowadziło do wybuchu zamieszek, w 1990 roku zmusili ją do ustąpienia ze stanowiska.

Do tego czasu Margaret Thatcher wzmocniła swą neoliberalną rewolucję. Gdy premier opuściła rząd, jej wizja była już tak głęboko zakorzeniona w powszechnym pojmowaniu, że Partia Pracy, wracając z Tonym Blairem w 1997 roku do władzy, nawet nie próbowała podważyć neoliberalnej hegemonii. Było tak, jak pokazał Hall – w dyskursie Nowej Partii Pracy odnaleźć można wszystkie kluczowe figury dyskursu thatcherowskiego: „«podatnika» (ciężko pracującego, nadmiernie opodatkowanego, bo finansuje «pasożyta» na zasiłkach) oraz «klientkę» (szczęśliwą niepracującą żonę dysponującą «wolnością» radowania się ograniczonym wyborem na rynku, dla której to zaprojektowano «agendę wyboru» i spersonalizowaną dostawę). Nikt nie myśli o tym, że każde z nich może być również obywatelem, który potrzebuje usług publicznych lub nie może się bez nich obejść”.

Nic dziwnego, że Margaret Thatcher, zapytana po latach o swój największy sukces, odpowiedziała: „Tony Blair i Nowa Partia Pracy. Zmusiliśmy naszych przeciwników do zmiany zdania”.

Chantal Mouffe - W obronie lewicowego populizmu

Od kiedy RWE powróciło do dzisiejszych członków Unii, jego obecność najbardziej dała się odczuć w Bułgarii. Organizacja Reporterzy bez Granic ostrzega, że "korupcja i niejawne powiązania mediów z politykami i oligarchami jest tam powszechna", a "dziennikarstwo to niebezpieczny zawód".

W pierwszym roku działalności bułgarska rozgłośnia pod nazwą Swobodna Ewropa – nadała szereg reportaży o ważnych politykach, którzy uzyskali mieszkania po niskiej cenie. To dziennikarskie śledztwo doprowadziło do dymisji szeregu wysokich rangą urzędników z ministrem sprawiedliwości na czele.

Swobodna Ewropa zdołała dotrzeć do prawie 10 proc. cyfrowej populacji kraju, co według danych rozgłośni oznacza, że miała 3,6 mln unikalnych użytkowników. Bułgaria ma 7 mln mieszkańców.

– Sytuacja w Bułgarii jest naprawdę ciężka. Kiedy Wolna Europa robi swoje śledztwo, w większości wypadków inne niezależne media idą tym tropem – mówi Rossen Bossew, reporter tygodnika Capital. – Inni bułgarscy dziennikarze byli nieraz obiektem ataków i oszczerstw więc powiązanie z amerykańskim rządem oznacza, że są lepiej chronieni od nas.

Sam Bossew został skazany w zeszłym roku za zniesławienie i złożył skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Radio Wolna Europa intensywnie relacjonowało jego proces dzięki czemu, jak sądzi, sprawa stała się głośna.

Rząd Bułgarii twierdzi jednak, że kraj spełnia standardy wolności mediów.

"Rząd Bułgarii respektuje pracę mediów w kraju i docenia ich rolę w doskonaleniu pracy administracji. Premier Bojko Borysow stwierdził, że z zadowoleniem wita wznowienie działalności cenionej rozgłośni w Bułgarii. Zdaniem premiera obecność Radia Wolna Europa to kolejna oznaka dobrej współpracy bułgarsko-amerykańskiej we wszystkich dziedzinach", głosi oświadczenie rządu, w którym dodano, że premier spotkał się z dyrektorem Fly w zeszłym roku.

onet.pl

Zacznijmy celną obserwacją Marcina Celińskiego: oto Człowiek Roku Gazety Polskiej 2007 aresztował Człowieka Roku Gazety Polskiej 2009, pracując pod nadzorem Człowieka Roku Gazety Polskiej 2016, 2017, 2018. Czyli Mariusz Kamiński z rządu Morawieckiego aresztował agenta Tomka. Jednocześnie CBA rządzone przez PiS dokonało przeszukania gabinetu niedawnego ministra PiS, za co niedawny minister PiS wszczął kontrolę NIK-u u obecnego ministra z PIS.

Jak CBA wchodzi do Banasia, to Banaś z NIK-u wchodzi do prokuratury.

krytykapolityczna.pl

wtorek, 19 maja 2020


Nie ulega wątpliwości, że postmarksistowska klasa pracująca, która nie wierzy już ani w swoją przodującą rolę, ani w antykapitalistyczną rewolucję, nie widzi uzasadnienia dla internacjonalizmu. Podział na lewicę i prawicę, dawniej strukturalnie fundamentalny dla europejskiego modelu polityki demokratycznej, stracił swoją moc odzwierciedlania zróżnicowania społecznego. Jak wyjaśnia David Goodhart, były redaktor naczelny czasopisma „Prospect”:

Dawne zróżnicowanie interesów klasowych i ekonomicznych nie zniknęło, ale z czasem przykryte zostało zróżnicowaniem obszerniejszym – między ludźmi, którzy postrzegają świat Skądkolwiek, oraz tymi, którzy oglądają go Skądś. Ludzie typu „skądkolwiek” dominują dziś w kulturze i społeczeństwie. […] Ich elastyczne tożsamości „nabyte”, ukierunkowane na sukces, edukację i karierę, sprawiają, że na ogół z łatwością i pewnością siebie odnajdują się oni w nowych miejscach czy wśród nowych ludzi. Ludzie z kategorii „skądś” są z definicji silniej zakorzenieni, a ich tożsamości są im zwykle „przypisane” – np. szkocki rolnik, geordie [mieszkaniec Newcastle – przyp. red.] z klasy robotniczej, kornwalijska gospodyni domowa – na podstawie przynależności do grup i miejsc, co sprawia, że często gorzej reagują oni na gwałtowne zmiany.

Konflikty między ludźmi Skądkolwiek a tymi Skądś, między globalistami a natywistami oraz społeczeństwami otwartymi i zamkniętymi zaczęły oddziaływać na kształt wyborczych tożsamości politycznych silniej niż dawna przynależność klasowa. Spośród licznych map wyborczych publikowanych po ostatnich wyborach w USA jedna szczególnie dobrze obrazuje problem, pokazując, że choć Trumplandia obejmuje około osiemdziesięciu pięciu procent powierzchni kraju, obywatele żyjący w Clintonlandii stanowią w przybliżeniu pięćdziesiąt cztery procent całej ludności. Jeśli wyobrazimy sobie te dwie strefy jako odrębne państwa, natychmiast zdamy sobie sprawę, że złożona z rejonów przybrzeżnych i obszarów zurbanizowanych Clintonlandia kojarzy się z XIX-wieczną Wielką Brytanią, podczas gdy Trumplandia przypomina raczej eurazjatyckie masy lądowe rządzone przez Rosję i Niemcy. Polityczna walka Clinton i Trumpa była zmaganiem potęgi morskiej z siłą lądową; ludzi, którzy myślą w kategoriach przestrzeni, z tymi, których myśleniu właściwe są kategorie miejsca. Te nowe linie podziału tłumaczą sromotną klęskę tradycyjnych partii socjaldemokratycznych poniesioną pomimo gigantycznego wzrostu nastrojów antykapitalistycznych, postępującego zwłaszcza wśród przedstawicieli młodego pokolenia. Zanik nastawionej internacjonalistycznie klasy pracującej sygnalizuje zaś poważne przegrupowanie w polityce europejskiej.

Iwan Krastew - Co po Europie

Socjolożka, profesor Małgorzata Jacyno powiedziała mi kiedyś, że 500 plus „coś w rodzaju powszechnej rekompensaty za porzucenie obywateli przez państwo”. Jeżeli kosztem tego świadczenia jest upadek instytucji publicznych, to ono nam się nie opłaca. Załóżmy, że mamy dzieci w szkole i ta szkoła źle uczy, bo jest niedofinansowana, bo ma mało nauczycieli i przepełnione klasy, to jesteśmy stratni z miesiąca na miesiąc, bo musimy posłać dzieci na korepetycje lub do szkoły prywatnej. I to jest nasz realny koszt, znacznie przewyższający niż to, co dostajemy od państwa. To samo z prywatną opieką zdrowotną, z której korzystamy, jeśli państwowa nie zapewnia wystarczającego poziomu usług – ocenia.

Może przyjść taki moment, w którym obywatelom 500 plus nie wystarczy i nie zrobi na nich wrażenia 600 plus ani nawet 1000 plus, bo zapragną wyższej jakości obsługi przez państwo. I to może być przełom. Musimy sobie uświadomić, że obecna polityka PiS nie buduje solidarności społecznej i nie wyrównuje szans. Prowadzi do czegoś co nazywam drugą falą prywatyzacji, czyli ucieczki ludzi od usług publicznych na rynek prywatny. A na tym prywatnym rynku kto sobie najlepiej poradzi? Przecież nie ci najbiedniejsi, dla których 500 plus jest ważnym zastrzykiem gotówki. Tylko bogaci, dla których to jest tylko jakiś dodatek – informował w rozmowie z Onetem autor wstępu do raportu Kultury Liberalnej o państwie dobrobytu. 

/W 2025 roku zobaczymy materializację tej polityki - powszechna służba zdrowia mimo ogromnych nakładów nie funkcjonuje dobrze - wyższe płace nie oznaczają lepszej obsługi pacjentów - a sektor prywatny przejmuje część zadań, ale tylko w kryterium dochodowym, przypadki ciężkie i beznadziejne są "zrzucane" na NFZ. - red./

dziennik.pl

niedziela, 17 maja 2020


Ekspert przypomina, że jeśli chodzi o Polskę, możemy też się zastanawiać, jakie są długotrwałe konsekwencje kryzysu lat 80. i późniejszej transformacji ustrojowej. – Chodzi tu głównie o ograniczony dostęp do dobrej jakości pożywienia – tłumaczy. – Deficyty w tym zakresie są szczególnie ważne w kilku kluczowych okresach życia człowieka. Pierwszy taki moment występuje już w czasie rozwoju płodowego, w II trymestrze ciąży. Jeśli pożywienie matki jest słabej jakości, jego składniki są przez organizm płodu „inwestowane” w układ nerwowy czy krwionośny, ale inne narządy czy układy słabiej się rozwijają. Wiemy z badań, że dzieci niedożywione w tym okresie płodowym zdecydowanie częściej chorują na choroby różnych narządów traktowanych przez organizm jako „mniej ważne”. Organizm bowiem tak się buduje, by przede wszystkim zdążyć spłodzić dzieci i je odchować, wystarczy mu zatem, że dożyje pięćdziesiątki czy sześćdziesiątki. Następną grupą szczególnie narażoną na konsekwencje deficytów w dostępie do jakościowego pożywienia są chłopcy w wieku 13-14 lat, czyli wtedy, gdy dorastają i zmieniają się w mężczyzn. W przypadku kobiet takim krytycznym okresem jest ciąża. Brak dostępu do dobrej żywności wywołuje u nich poważne problemy zdrowotne, np. z zębami – zbyt mało wapnia w diecie powoduje, że jest on wypłukiwany z kości matki, by trafić do dziecka. Możemy więc się spodziewać gorszego stanu zdrowia – niż moglibyśmy tego oczekiwać – u osób, które urodziły się w latach 80., u mężczyzn, którzy byli wtedy nastolatkami, i u kobiet, które rodziły wtedy dzieci.

onet.pl

Jak uprzedza prof. Szukalski, sugerowane przez niego przyczyny spadków należy uznać najwyżej za możliwe. Dlaczego? – Zacznijmy od tego, że GUS z dużym opóźnieniem podaje statystyki dotyczące przyczyn zgonów. Najaktualniejsze dane pochodzą z 2017 r. – wyjaśnia. – Co gorsza, te statystyki są mało wiarygodne i mocno odbiegają od rzeczywistości, WHO od jakichś sześciu-siedmiu lat już nawet nie publikuje polskich danych na ten temat. Nie mamy koronerów, toteż niewielka część zgonów w Polsce kończy się sekcją zwłok. Lekarze, nie mając wyjścia, wpisują w dokumentach przyczynę zgonu zgodnie z tym, co im się wydaje. Stąd wielka dyskusja w Polsce o finansowaniu koronerów przez Ministerstwo Zdrowia, by pozyskać wiarygodne dane o przyczynach śmierci. Teraz wnioskujemy na podstawie przeszłości, i to nie do końca pewnej. Co więcej, w statystykach podawana jest z reguły ostateczna przyczyna zgonu. Jeśli jednak mamy 60-latka, który umarł na grypę, to trzeba sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście tak było. Najczęściej przecież osoby starsze mają już np. chorobę serca lub cierpią na inne schorzenia, które obniżyły ich odporność.

Swoją listę braków i zaniedbań w polskim systemie, jeśli chodzi o diagnozy, dorzuca prof. Piotr Jankowski, kardiolog: – Wielka szkoda, że nie realizowaliśmy dotąd regularnie ogólnopolskich badań oceniających występowanie najczęstszych chorób. Nie mamy także systemu regularnego monitorowania skuteczności ich leczenia. W konsekwencji zagrożenia zdrowotne ze strony poszczególnych chorób możemy jedynie szacować. Na przykład liczba udarów mózgu według różnych źródeł wynosi od 60 tys. do nawet 100 tys., a liczba zawałów serca 70-90 tys. rocznie. Nie możemy też wiarygodnie oceniać trendów w epidemiologii poszczególnych chorób. Pewnym wyjątkiem, choć niedoskonałym, są choroby nowotworowe. Dopiero teraz NFZ wdraża mechanizmy, które może pozwolą w przyszłości stwierdzić, czy zwiększa się częstotliwość zachorowań na daną jednostkę chorobową. Dodatkowo na liczbę zgonów spowodowanych przez daną chorobę, np. przez nadciśnienie tętnicze, wpływa nie tylko skuteczność leczenia, ale również jej rozpowszechnienie, a to z kolei zależy przede wszystkim od stylu życia społeczeństwa, w mniejszym zaś stopniu od czynników środowiskowych (np. jakości powietrza, którym oddychamy, bądź promieniowania) i genetycznych. Wpływ ma też stopniowe starzenie się społeczeństwa.

onet.pl

piątek, 15 maja 2020


Sakralizacja sowieckiego zwycięstwa nad nazizmem stanowi centralny element rosyjskiej polityki historycznej i jeden z wątków w ofensywie ideologicznej obliczonej na legitymizację współczesnych ambicji mocarstwowych Rosji. Mesjanistyczny mit zbawienia świata od absolutnego zła ma wybielać bądź unieważniać ciemne karty historii Związku Sowieckiego oraz legitymizować wszystkie późniejsze wojny, łącznie z interwencjami wojskowymi na Węgrzech, w Czechosłowacji czy Afganistanie, aż do udziału we współczesnych konfliktach – agresji przeciwko Ukrainie i interwencji w Syrii. Zgodnie ze współczesną, neosowiecką wykładnią wszystkie one miały charakter defensywny i były uzasadnione zewnętrznym kontekstem. Faktyczna apoteoza ładu jałtańskiego i usprawiedliwianie przemocy w polityce międzynarodowej mają służyć realizacji współczesnych interesów strategicznych Moskwy, do których należą przede wszystkim hegemonia na obszarze posowieckim i przebudowa europejskiej architektury bezpieczeństwa.

(...)

Ugruntowanie się rosyjskiej polityki historycznej w obecnym kształcie nastąpiło podczas trzeciej kadencji prezydenckiej Władimira Putina. Rozpoczęła się ona w cieniu kilkumiesięcznych protestów politycznych w Moskwie (odczytanych przez Kreml jako efekt spisku zachodnich wywiadów) i spowalniającego wzrostu gospodarczego, po których nadeszły kolejne wyzwania: ukraińska rewolucja godności (przełom lat 2013–2014), zinterpretowana przez Kreml jako zagrożenie dla Putinowskiego reżimu; sankcje unijne i amerykańskie wymierzone w Rosję, wprowadzone w reakcji na jej agresję zbrojną przeciwko Ukrainie; kryzys finansowo-gospodarczy lat 2014–2016; wreszcie prognozy wieloletniej stagnacji gospodarczej i nasilające się od 2018 r. nastroje niezadowolenia i protestu wśród ubożejącej ludności.

(...)

Najważniejszym czynnikiem mającym wpływ na myślenie kremlowskich decydentów o polityce zagranicznej i dobór jej instrumentów jest dotychczas nieprzezwyciężony kompleks niepełnowartościowości, będący efektem „bólów fantomowych” po rozpadzie imperium sowieckiego. Z uwagi na interesy reżimu autorytarnego i problemy z konstruowaniem rosyjskiej tożsamości narodowej („idei narodowej”) elita rządząca w epoce Putina podjęła decyzję, by zaczerpnąć z gotowych wzorców i powrócić do tradycyjnej – zrozumiałej i nośnej społecznie – tożsamości międzynarodowej Rosji jako mocarstwa. W tym celu wykorzystuje się politykę historyczną wprost nawiązującą do sowieckiej matrycy postrzegania historii Rosji, z wyraźnym rysem antyzachodnim. Ma ona oddziaływać dwukierunkowo: legitymizować agresywną politykę zagraniczną w rosyjskim społeczeństwie oraz uzasadniać mocarstwowe ambicje w oczach społeczności międzynarodowej. Odwołania sowieckie zostały wybrane z kilku względów. Po pierwsze, z uwagi na bliskość chronologiczną ZSRR i jego status supermocarstwa. Po drugie, ze względu na możliwość czerpania z gotowego zasobu symbolicznego, wciąż bliskiego wielu Rosjanom. Po trzecie, taki wybór odpowiadał interesom i mentalności kluczowych beneficjentów putinizmu – byłych funkcjonariuszy sowieckich służb specjalnych, ukształtowanych w warunkach zimnowojennej konfrontacji z Zachodem.

(...)

W mitologii wojennej konstruowanej na użytek współczesnej polityki zagranicznej na pierwszy plan wysuwa się sakralizacja zwycięstwa, które otwarło ZSRR drogę do statusu supermocarstwa. Elementem tego uświęconego mitu jest silna nuta mesjanizmu. Związek Sowiecki ukazuje się jako państwo, które wypełniło szczególną misję zbawienia świata od absolutnego zła. Jak stwierdził jeden z czołowych rosyjskich oficjeli, „Europa istnieje dzisiaj dzięki temu, że sowieccy żołnierze i oficerowie za cenę własnego życia umożliwili jej rozwój”. Utrata przez ZSRR ponad 20 milionów obywateli podczas wojny ma zdezawuować twierdzenia ościennych państw, że padły one w XX wieku ofiarą jego imperialnych ambicji. Język dyskursu historycznego odsyła do sfery religijnej: jakiekolwiek dyskusje podważające „kanoniczną” wersję wydarzeń są nazywane „bluźnierczymi”. Próby „rewizji roli Rosji w historii” zostały określone w Strategii bezpieczeństwa narodowego Federacji Rosyjskiej do 2020 roku jako wywierające negatywny wpływ na bezpieczeństwo kulturowe państwa, a w roku 2014 wprowadzono sankcję karną (łącznie z karą pozbawienia wolności) za „celowe, publiczne rozpowszechnianie fałszywych informacji o działaniach ZSRR podczas drugiej wojny światowej”.

(...)

W rosyjskiej narracji wyzwolenie to jedyne, co sowieckie wojska przyniosły ościennym państwom w latach 1944–1945. Moskwa od lat protestuje przeciwko rzekomemu „zakłamywaniu historii” przez sąsiadów, niegodzących się na triumfalistyczną retorykę „wyzwolenia”. Szczególne oburzenie Rosji wywołuje desowietyzacja przestrzeni symbolicznej, w tym kwestia usuwania lub przenoszenia pomników ku czci „żołnierzy-wyzwolicieli” – oficjalnie podkreślana jest waga kultywowania pamięci o nich jako sprawy o znaczeniu nie tylko moralnym, lecz także politycznym. Przykłady działań dezinformacyjnych w tej sferze to: histeria medialna wokół polskiej ustawy z 2016 r. zakazującej propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego, przedstawianej w Rosji jako akt „niewdzięczności”, mający rzekomo na celu legalizację profanacji miejsc pochówku żołnierzy sowieckich; antyczeska kampania w rosyjskich mediach w związku z planami demontażu pomnika i tablicy pamiątkowej ku czci marszałka Koniewa; wreszcie inspirowane przez Rosję zamieszki w Tallinie i potężny atak cybernetyczny na Estonię po usunięciu w 2007 r. pomnika „żołnierzy-wyzwolicieli” z centrum stolicy.

osw.waw.pl

Aleksander Łukaszenko rządzi już ponad 25 lat i staje się z wolna - ze swoją sowiecką retoryką - anachroniczny. Anachroniczny nie jest jednak model władzy, którą sprawuje. Łukaszenko jest bowiem dyktatorem doskonałym, który zbudował bardzo sprawną administrację i bardzo sprawne, a zarazem bezwzględnie mu podporządkowane służby specjalne. Służby te są zapewne w jakimś stopniu zinfiltrowane przez Rosjan, ale aresztowanie i natychmiastowa degradacja byłego szefa osobistej ochrony Aleksandra Łukaszenki, którego formalnie oskarżono o korupcję, ale który - jak się nieoficjalnie mówi - miał zostać złapany na szpiegostwie na rzecz Rosji, świadczy o tym, że wbrew pozorom obalenie białoruskiego prezydenta wcale nie jest czymś – nawet dla Rosji – prostym do przeprowadzenia.

Warto w tym miejscu pamiętać, że zarówno w służbach, jak i w białoruskiej administracji dominują dobrze wykształceni 40-50 latkowie, którzy są też w zdecydowanej większości białoruskimi patriotami.

Aleksander Łukaszenko w przeciwieństwie do Władimira Putina - który co prawda niczym Iwan Groźny ograniczył władzę oligarchów (bojarów) - nie dopuścił do stworzenia na Białorusi systemu oligarchicznego czy to w rosyjskim, czy też w ukraińskim wydaniu. O ile władza w Rosji rozgrywana jest w trójkącie car (Władimir Putin) - bojarzy (oligarchowie) – oprycznicy (służby specjalne) z ewentualną, lecz nieznaczną i tylko okazjonalną rolą narodu, to już w wypadku Białorusi ojciec narodu (Baćka) jest równocześnie carem, bojarem i - gdy trzeba - oprycznikiem (a jako ojciec narodu jest również i głosem narodu).

Prezydent Białorusi, w odróżnieniu od prezydenta Rosji, ma władzę absolutną. Jeśli dodać do tego, że jest też silny fizycznie, hołduje swoiście pojmowanemu modelowi macho, ma charyzmę i czuje się twórcą Białorusi, łatwo zrozumieć, że Aleksander Łukaszenko igrzysk Władimirowi Putinowi dać nijak nie chce.

Aleksander Łukaszenko ma jednak problem, a polega on na tym, że zawarł ze społeczeństwem ten sam kontrakt, co i Władimir Putin ze swoim narodem, z tą jedynie różnicą, że o ile Władimirowi Władimirowiczowi kontrakt finansował Gazprom, to już Aleksandrowi Grigoriewiczowi analogiczny kontrakt finansował – z dochodów Gazpromu rzecz jasna – Władimir Władimirowicz. Władimir Władimirowicz pieniędzy zaś Aleksandrowi Grigoriewiczowi dać nijak nie chce. W każdym razie nie - jak do tej pory - w zamian za obietnice bez pokrycia.

onet.pl

W 1956 r., kiedy rozpoczyna się akcja drugiej serii "The Crown", Elżbieta i Filip zaczynają sobie nie na żarty skakać do oczu. Powodem awantur jest spór o nazwisko. Elżbieta, za radą premiera Winstona Churchilla, odmawia włączenia do nazwy dynastii nazwiska męża, Mountbatten. Nie będą go nosić także dzieci pary królewskiej. Być może młodziutka królowa zaczyna podejrzewać okrutną intrygę. Być może już rozumie, dlaczego Filip zwrócił na nią uwagę, gdy była dziewczynką, a potem pojął za żonę. Kryzys jest tak poważny, że Pałac Buckingham wydaje wówczas oficjalne oświadczenie, że... żadnego kryzysu nie ma. Potwierdza się stara dziennikarska zasada, by nie wierzyć w informacje, które nie zostały zdementowane.

Elżbieta ulega też w połowie lat 50. pod naciskiem establishmentu w innej kluczowej kwestii. Książę Filip, poza kurtuazyjnymi tytułami, nie otrzymuje żadnej konstytucyjnej funkcji umożliwiającej mu współrządzenie krajem (taki tytuł miał książę Albert, mąż królowej Wiktorii). Nawet jego program modernizacji zmurszałych dworskich obyczajów i pałacowych urządzeń rodem z XIX wieku (takich jak centrale telefoniczne i ogrzewanie) napotyka na opór, którego nie stara się za bardzo przezwyciężyć jego żona, młoda, ale bardzo tradycyjna. Filip traci też własny świat - nie może służyć w ukochanej marynarce. W ramach buntu każe więc przebudować swoją pałacową pracownię na wzór kajuty kapitana okrętu wojennego. Najchętniej zaś ucieka na zamorskie wyprawy.

Od czasu koronacji w 1953 r. Elżbieta robi wrażenie osoby nad wiek poważnej, natchnionej niemal boską misją monarszą. Im bardziej odsuwa się od niej mąż, tym bardziej ona zaczyna zamykać się w służbie państwu. Rozwód jest od początku wykluczony - rozsadziłby monarchię, której poprzysięgła ojcu pilnować.

"Czy jestem tu tylko amebą?" -  w domyśle: czy mam tu tylko płodzić dzieci? Filip wybucha i wyprowadza się demonstracyjnie na stałe do osobnej sypialni. To słynne zdanie księcia powtarzają wszyscy biografowie. Pokazuje ono, jak źle miały się sprawy w królewskim małżeństwie. "Evening Standard" zaś zamieszcza notkę o zamówieniu złożonym w sklepie meblowym: pojedyncze wygodne łóżko do komnaty w zamku Windsor. Nie byłaby to informacja istotna, gdyby nie osoba zamawiającego. Jest nim książę Filip. Tak oto w nader zakamuflowany sposób gazeta sugeruje kryzys małżeństwa Elżbiety i Filipa. Zagraniczne media nie muszą owijać w bawełnę. "Londyn żyje plotkami o rozłamie w królewskim stadle" - pisze w tytule "The Baltimore Sun".

W 1956 r. książę znika na cztery miesiące, aby otworzyć Letnie Igrzyska Olimpijskie w Melbourne, w Australii. Nie zapomina "przy okazji" odwiedzić Gambii, wysp Galapagos i Falklandów. Podczas tej wyprawy, pokazanej w "The Crown", razem z kumplem Michaelem Parkerem strzela do krokodyli, tańczy całe noce i zaprasza na pokład grupy pięknych kobiet. Tłumaczono potem oficjalnie, że to panie maszynistki. Jednak, jak skomentował to zjadliwie ktoś z otoczenia Filipa, "nie był to ten typ kobiet, które znałyby się na maszynopisaniu". Żona Parkera wkrótce się z nim rozwodzi. Pod naciskiem Elżbiety i establishmentu kumpel z wojska musi się usunąć w cień.

Ale Filip nadal ucieka od chłodu pałaców i własnej żony. Odbywa tak wiele podróży, że po zakończeniu kolejnej jedna z gazet pozwala sobie na uszczypliwy tytuł: "Książę Filip wizytuje Anglię". Elżbieta i Filip już wówczas potrafią nie widywać się tygodniami. Nie jedzą razem posiłków.

gazeta.pl

środa, 13 maja 2020


Grzegorz Sroczyński: - "Unia jest w kryzysie egzystencjalnym" - to cytat z przemówienia szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude Junckera. "Muszę przyznać, że pierwszy raz odkąd zajmuję się polityką europejską, czyli od 30 lat, mam poczucie, że Unia może się rozpaść" - to z kolei cytat z wiceszefa KE Fransa Timmermansa. Również Tusk miał alarmistyczne wypowiedzi na temat kondycji Unii. Kiwasz głową?

Piotr Buras: Bo jest źle, nie ma co ukrywać. Tyle że nie chodzi o jakiś kryzys instytucji unijnych, biurokracji, która rzekomo działa beznadziejnie, co nam się w kółko wmawia. Ten "kryzys egzystencjalny" nie jest kryzysem struktur unijnych, jego przyczyny leżą na zewnątrz: chodzi o stan kapitalizmu, eksplozję nierówności, polaryzację społeczeństw i katastrofę klimatyczną. W gigantycznym kryzysie są przede wszystkim państwa narodowe. Unia jest tylko formą współpracy państw, bardzo wyrafinowaną i niezwykle skuteczną, ale jeśli państwa borykają się z nierozwiązanymi problemami, to trudno się spodziewać, żeby całość była w dużo lepszym stanie.

- Tylko wytłumacz mi jedną rzecz: te mocne cytaty pochodzą z 2016 roku i nie są to głosy zatroskanych publicystów, tylko unijnego trzonu decyzyjnego. Ludzi, którzy mogą działać. Tymczasem mijają trzy lata i nic się nie dzieje. Dlaczego?

Przesadzasz. Owszem, niewiele się dzieje w kilku ważnych sprawach: reformy strefy euro albo zbudowania zdolności całej Unii do wspólnego postawienia się Chinom czy USA. Ale jest też masa działań. Spójrz na politykę konkurencji, która napędza stracha wielkim gigantom technologicznym. Albo na najnowszy plan Zielonego Nowego Ładu, który uruchomi całą machinę regulacyjną Unii i masę pieniędzy, żeby budować bezemisyjną gospodarkę.

- Wszystko za mało i za późno.

Bo nie zmagamy się obecnie z problemami, które mogą rozwiązać unijni biurokraci - usiądą, walną się w piersi: zawaliliśmy, i wszystko zmienią. To nie są problemy technokratyczne, tylko polityczne. Podam ci prosty przykład. Efekty globalizacji w krajach zachodniej Europy są coraz częściej krytykowane: delokalizacja przedsiębiorstw, konkurencja tanich pracowników z Europy Środkowo-Wschodniej, co powoduje spadek stawek na Zachodzie w wielu zawodach, a to z kolei wywołuje presję na polityków, żeby chronili rynki pracy na przykład we Francji. Jeden z ważniejszych sporów w Unii, bardzo toksyczny, dotyczy pracowników delegowanych i sfery socjalnej. Czy ma obowiązywać płaca minimalna na poziomie całej Unii, oczywiście zróżnicowana w zależności od zamożności kraju, ale jednak ustalana odgórnie w Brukseli? Takie rozwiązanie oznaczałoby prawdopodobnie, że pracownicy z Polski, Rumunii czy Bułgarii byliby mniej konkurencyjni, niż teraz, ale za to na Zachodzie w wielu zawodach mogłoby to zatrzymać wyścig płac do dna.

Z jednej strony mamy tych, którzy nadal uważają, że liberalizacja i wspólny rynek im służą, a z drugiej tych, którzy tracą i mają poważne wątpliwości. I jak rozwiążesz taki konflikt? Możesz mieć super sprawne instytucje w Brukseli, ale one z tym sobie nie poradzą.

- Bo to spór między francuskim czy niemieckim kierowcą TIR-a a polskim kierowcą TIR-a?

Tak. Tamci są wkurzeni, bo spadają im płace, a my zadowoleni, bo mamy już 30 proc. europejskiego rynku przewozów. W tym sporze uczestniczą pracownicy na Zachodzie, którzy tracą, firmy na Wschodzie, które zyskują, a także obywatele, którzy płacą mniej za przesyłki, bo kuriera z Polski można zatrudnić za połowę stawki. I ciężko się porozumieć, bo to nawet nie są konflikty między krajami - powiedzmy między Polską a Francją - te konflikty rozgrywają się wewnątrz krajów pomiędzy różnymi grupami zawodowymi i klasami społecznymi.

Ten przykład pokazuje, że kryzys Unii - polegający na narastaniu blokujących głębsze zmiany konfliktów - jest odbiciem czegoś dużo bardziej fundamentalnego, co można nazwać kryzysem globalizacji.

gazeta.pl

- Zielona Góra była PRL-owskim talent show. Występowali tam amatorzy, którzy zostali dostrzeżeni przez instruktora w domu kultury albo przez nauczycielkę rosyjskiego. Przechodzili przez sito eliminacji. Na koniec występowali na dużej scenie. Festiwal pokazywała telewizja i oglądała go cała Polska. Zwycięzcy dostawali nie tylko samowar, ale i wycieczkę do bratnich krajów. Normalnie Idol czy Mam talent, tylko pół wieku temu.

Parę osób spośród tych, które wystąpiły w Zielonej Górze, zrobiło karierę. Dzisiaj, zapewne dlatego, że prościej znaleźć dla festiwalu w Zielonej Górze współczesne punkty odniesienia, właśnie owe talent shows, łatwiej jest artystom tłumaczyć się z udziału w tamtym festiwalu. Wtedy to była droga kariery dla amatora. Z Festiwalem Piosenki Żołnierskiej jest większy kłopot. Ciężko to porównać z jakąś imprezą współczesną, więc trudno tę imprezę oswoić.

Jedna z piosenkarek bardzo mnie prosiła, żebym nie wspominał, że wystąpiła w Kołobrzegu. Obiecała, że opowie mi o Zielonej Górze wszystko , ale o Kołobrzegu mam nie pisać.

- Te dwa festiwale funkcjonowały w kalendarzu obok Opola i Sopotu.

To była „wielka czwórka”. Najwcześniej, na początku czerwca, odbywał się festiwal w Zielonej Górze. Rozpoczynał sezon wakacyjno-urlopowy i jako najmniej spektakularny szedł na początek. Potem było Opole. W lipcu Kołobrzeg, który gromadził na widowni wczasowiczów, którzy zjechali nad polskie morze. No a Sopot w sierpniu był zwieńczeniem sezonu jako festiwal międzynarodowy, z zagranicznymi gwiazdami.

(...)

- W książce przywołujesz cytat z Kundery: „Braterstwo wszystkich ludzi świata można zbudować na kiczu”. Po latach można by uznać, że ten kicz, który wylewa się ze scen festiwali, jest rzeczywiście wstydliwy. Ale to nie estetyka jest wstydliwa, a polityka.

Dziś polityczny kicz się zmienił. Są nim żołnierze wyklęci. W kicz zmieniło się powstanie warszawskie, o którym niewiele wtedy się mówiło. Na festiwalach nie wspominano o powstaniu w getcie warszawskim, bo to by burzyło ówczesną kiczowatą wizję dziejów. Kicz polityczny jest sposobem zmagania się z historią i jej złożonością.

- Z czym mamy wieczne problemy.

O festiwalu w Kołobrzegu wydał też książkę IPN. Jak się otwiera pierwszą stronę, to trafia się na napis: „Instytut Pamięci Narodowej, Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu”. Myślę sobie, chwilę, zachowajmy proporcje. Występ w Zielonej Górze czy Kołobrzegu był zbrodnią na narodzie? To, że zaśpiewałeś piosenkę Ałły Pugaczowej po rosyjsku?

- A dziś śpiewasz w telewizyjnym talent show piosenkę amerykańską…

…i nikt nie myśli o tym jak o zdradzie narodowej.

- Czy poddaństwie politycznym…

…i praniu mózgu. Chciałem przełamać czarno-białą wersję historii, a kultura popularna, wbrew pozorom, daje taką możliwość. Rozrywka w łatwy sposób przemyca różne treści, także propagandowe, ale jest też po prostu rozrywką, czymś, co ma nieść radość, pozwalać na chwilę relaksu. Interesowało mnie zbadanie tej ambiwalencji.

- Ty mówisz o przełamaniu czarno-białej historii PRL, a mnie to przypomina odzyskiwanie biografii, które widziałam podczas pracy w Ursusie czy na Żeraniu. Czarno-biała opowieść o PRL sprawia, że wszystko, co się wtedy robiło w oficjalnym obiegu, było niemalże kolaborowaniem z reżimem. Czy to występ na scenie amatorskiego festiwalu piosenki radzieckiej, czy składanie traktorów w Ursusie albo samochodów w fabryce na Żeraniu. A przecież w Ursusie robiono bardzo dobre traktory. Tyle że dziś, po latach, pracujący tam ludzie nie mogą być z tego dumni, nie mogą pokazać wnukom miejsca, gdzie pracowali, bo zakładu nie ma. A w ogóle „za komuny” wszyscy się obijali, wszystko było złe i badziewne. Ci ludzie stracili część biografii. Stracili ją robotnicy i stracili ją amatorzy śpiewający rosyjskie piosenki w Zielonej Górze.

To się wzmaga. Język dzisiejszej propagandy politycznej jeszcze mocniej każe określić się po którejś ze stron i jeszcze bardziej maluje historię w czerni i bieli. Nie docenia się opowieści mikro, naszego życia po prostu. Codzienne życie gwiazd to są występy, trasy koncertowe. W tamtych czasach były to głównie wyjazdy na Wschód, do Związku Radzieckiego i innych krajów „bloku”. Po ’89 roku odcięliśmy się od Wschodu, a Zachód tak od razu nas nie chciał. Artyści stracili na tej transformacji, przynajmniej część z nich.

krytykapolityczna.pl

Po przejęciu 1 lipca 1997 r. suwerenności nad Hongkongiem Pekin, poza cofnięciem demokratycznych reform przeprowadzonych przez władze brytyjskie po roku 1984, kiedy podpisano Wspólną Deklarację dotyczącą zwrotu regionu, zachował de facto kolonialną strukturę zarządzania tym terytorium, co miało realizować zasadę „jeden kraj, dwa systemy”. W efekcie zarządzanie Hongkongiem pozostawiono w ręku lokalnych urzędników oraz oligarchów (tzw. tycoonów), kontrolujących gospodarkę regionu. Pozwolono nawet na działanie organizacji przestępczych (tzw. triad) operujących pod fasadą stowarzyszeń religijnych (jedynie pod warunkiem, że nie będą one prowadzić działalności w ChRL, zwłaszcza przemycać tam narkotyków). Jednocześnie utrzymano cały szereg liberalnych elementów dawnego systemu: wolność prasy (ograniczoną akcją wykupywania przez propekiński biznes niezależnych tytułów i księgarni), częściowo wolne wybory niektórych przedstawicieli (władze jednak często odmawiają rejestracji opozycyjnych kandydatów) i rządy prawa (wypaczone politycznymi nominacjami sędziów). Paradoksalnie, mimo zmiany pozycji międzynarodowej ChRL czy poszerzenia globalnych ambicji, władze w Pekinie nie potrafią znaleźć skutecznego narzędzia zarządzania tak ważnym dla gospodarki, ale odmiennym od reszty Chin regionem jak Hongkong bez zniszczenia jego instytucji, co doprowadziło do paraliżu politycznego i sprowokowało kryzys.

Hongkong odgrywa dla ChRL nieproporcjonalnie dużą rolę gospodarczą w relacji do wielkości swojego PKB, które nominalnie stanowi jedynie 2,7% PKB Chin (w 1997 r. było to 18,4%). Jednak autonomiczny status i umiejscowienie w międzynarodowym systemie finansowym daje mu prawo negocjowania własnych porozumień handlowych i inwestycyjnych, dzięki czemu np. nie jest objęty podwyższonymi amerykańskimi taryfami celnymi. Swoboda inwestycji powoduje, że jest to główny kanał napływu oraz wyprowadzania kapitału z ChRL. Od 1998 r. jedna trzecia (829 mld USD) obligacji dewizowych przedsiębiorstw z Chin było wyemitowanych w Hongkongu. Tutaj miało także miejsce trzy czwarte (362 mld USD) zagranicznych pierwszych ofert publicznych (IPO) chińskich przedsiębiorstw. Status Hongkongu otwiera również zagranicznemu kapitałowi możliwość zakupu przez lokalnych pośredników akcji chińskich przedsiębiorstw na giełdach w ChRL, a program „Bond Connect” umożliwił zakup przez zagranicznych inwestorów chińskich obligacji na sumę 2 bilionów RMB (ok. 280,2 mld USD). Tylko w ubiegłym roku chińskie firmy były w stanie zebrać globalnie kapitał wartości 64,2 mld USD – z tego na rynku krajowym ok. 19,7 mld USD, a w Hongkongu 35 mld USD. Z kolei państwowe banki z kontynentu zainwestowały w regionie do 2018 r. ok. 1,1 biliona USD (ok. 9% PKB ChRL). Hongkong ma też własną walutę – dolara hongkońskiego. Specjalny status umożliwia mu także import produktów i technologii podwójnego, cywilno-wojskowego przeznaczenia, na których eksport do ChRL od 1989 r. obowiązuje embargo w USA i UE. Mimo wieloletnich prób Szanghajowi nie udało się przejąć tej wyjątkowej roli. Utrata specjalnego statusu przez Hongkong, wynikającego z włączenia w globalne rynki, miałaby katastrofalne skutki dla gospodarki ChRL, które w dużym stopniu ograniczyłyby możliwości działania Pekinu.

Zachowaniu przez Chiny kolonialnych struktur zarządzania w Hongkongu towarzyszyła erozja funkcjonującego w ich ramach systemu konsultacji społecznych, które przestały przekazywać informacje o nastrojach i postulatach mieszkańców. Wskutek tego władze regionalne i Pekin straciły zdolność rozpoznania nadchodzącego kryzysu, w samym Hongkongu zaś generowało to napięcia. W 2001 r. zaproponowano reformę programów szkolnych pod hasłem „moralnej i obywatelskiej edukacji”, pod którym, zdaniem opozycji demokratycznej, kryły się program komunistycznej i nacjonalistycznej indoktrynacji oraz chęć uczynienia dialektu mandaryńskiego językiem wykładowym w miejsce dominującego w Hongkongu kantońskiego. W czasie protestów przeciw tym zmianom przebudzenia politycznego doświadczyło pokolenie, które stoi za dzisiejszymi wystąpieniami. Ostatecznie z „reformy” zrezygnowano w 2011 r. Sytuacja polityczna uległa dalszemu pogorszeniu po dojściu do władzy w ChRL w 2012 r. obecnego kierownictwa KPCh z Xi Jinpingiem na czele. W 2013 r. wycofano się z zawartej w Prawie Podstawowym (art. 45) obietnicy wprowadzenia bezpośrednich wyborów Szefa Egzekutywy (obecnie wybierany przez kolegium kontrolowane przez Pekin) oraz wyborów całości Rady Legislacyjnej w głosowaniu powszechnym (obecnie połowa członków jest wybierana bezpośrednio). Wywołało to w 2014 r. protest, w ramach którego domagano się demokratyzacji politycznej (tzw. rewolucja parasolek). Został on po kilku miesiącach stłumiony, ale nie rozwiązano podstaw politycznych i ekonomicznych rosnącego niezadowolenia w regionie. Od tamtej pory ma miejsce także proces stopniowego ograniczania autonomii Hongkongu, a lokalne władze straciły wszelką samodzielność w podejmowaniu kluczowych dla regionu decyzji, koncentrując się na zapewnianiu władz centralnych, że wszystko jest pod kontrolą. Dało to Pekinowi fałszywe przekonanie, że może bez większego oporu wprowadzić kontrowersyjną ustawę ekstradycyjną.

Wyjątkowy status Hongkongu jako finansowej stolicy Azji nie ma jednak przełożenia na kondycję ekonomiczną większości mieszkańców. Gospodarka, mimo że od lat zajmuje pierwsze miejsce w rankingach wolności gospodarczej, jest zdominowana przez oligarchiczne monopole. Od 1997 r. w regionie nastąpił odpływ do ChRL miejsc pracy w sektorze produkcyjnym, a sektor usług nie był w stanie wygenerować odpowiedniej ich liczby. Gwałtownie rośnie rozwarstwienie ekonomiczne (współczynnik Giniego wynosi 0,539). Towarzyszą temu imigracja z kontynentu (ok. miliona ludzi) oraz bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości, stymulowana napływem kapitału z ChRL, która wywindowała ceny mieszkań poza możliwości finansowe przeważającej części społeczeństwa. W tym samym czasie Pekin nie był zdolny do naruszenia monopoli oligarchów, którzy są powiązani biznesowo z elitami politycznymi i gospodarczymi Chin.

osw.waw.pl

poniedziałek, 11 maja 2020


Opublikowany nieco ponad tydzień temu sondaż opinii publicznej wykazuje, że 70 procent amerykańskich milenialsów – osób w wieku od 23 do 38 lat – jest gotowych poprzeć w wyborach prezydenckich socjalistę lub socjalistkę. Progresywnie nastawieni komentatorzy widzą w tym rezultat kilku dziesięcioleci neoliberalnego kapitalizmu i dominacji wielkich koncernów w porządku politycznym.

Nieco młodsi respondenci, w wieku od 16 do 22 lat, wyrażają podobne preferencje: niemal dwie trzecie osób z „pokolenia Z” również poparłoby socjalistów.

Sondaż przeprowadzono na platformie YouGov, a sfinansowała go amerykańska Fundacja Pamięci Ofiar Komunizmu (VOC), która postanowiła zapytać 2,1 tys. osób, co sądzą na temat kapitalizmu, amerykańskiego systemu gospodarczego, socjalizmu i nierówności w USA.

(...)

Progresywni komentatorzy w mediach społecznościowych nie są zaskoczeni tak silną pokoleniową rozbieżnością zdań na temat dwóch konkurencyjnych modeli gospodarki. Widzą w niej efekt kilku dziesięcioleci kapitalizmu państwowego.

Miliony milenialsów wchodziły właśnie w dorosłość, kiedy ryzykowne kredyty hipoteczne udzielane na masową skalę przez banki z Wall Street wywołały krach finansowy z 2008 roku, a w konsekwencji doprowadziły do tzw. wielkiej recesji. Około 15 milionów osób w wieku od 25 do 34 lat ma dziś do spłacenia kredyty studenckie na łączną sumę 497 miliardów dolarów.

Początek dorosłego życia milenialsów i pokolenia Z przypada także na okres, gdy 53 procent Amerykanów spłaca długi medyczne i ma trudności z opłacaniem rachunków za leczenie – są wśród nich osoby, które wykupiły ubezpieczenie medyczne w prywatnych towarzystwach.

Biorąc pod uwagę, jakie szkody kapitalizm poczynił w życiu milionów amerykańskich rodzin, pisze Oliver Willis z liberalnego portalu Shareblue, „dziwię się, że poparcie dla socjalizmu nie jest jeszcze wyższe”.

Dyrektorka wykonawcza fundacji VOC Marion Smith przyczyn takiego rozkładu opinii upatruje w „historycznej amnezji” młodych ludzi, którzy jej zdaniem nie wynieśli ze szkół wystarczającej wiedzy o upadłych autorytarnych krajach „socjalistycznych” XX wieku w Europie.

„Musimy ze zdwojonym wysiłkiem edukować amerykańską młodzież o historii reżimów komunistycznych i o współczesnej groźbie powrotu socjalizmu” – napisała Smith w oświadczeniu, dodając na Twitterze, że 66 procent respondentów nie kojarzy socjalizmu „z własnością publiczną ani krwawą historią państw komunistycznych”.

(...)

Chociaż przedstawiciele dwóch najstarszych pokoleń objętych sondażem – tzw. baby boomers i silent generation – wyrażali najmniej pochlebne zdanie o socjalizmie, to właśnie starsi Amerykanie otrzymują najwięcej świadczeń z państwowych, finansowanych z publicznych pieniędzy programów, takich jak Medicare i Social Security.

Starsi respondenci sondażu fundacji VOC również najczęściej przychylali się do opinii, że system gospodarczy USA działa na ich korzyść.

krytykapolityczna.pl

Teza Acemoglu i Robinsona głosi, że perspektywa wolności i dobrobytu wisi na włosku pomiędzy państwową opresją a bezprawiem i przemocą, którą społeczeństwo często wyrządza samo sobie. Daj państwu nadmierną przewagę nad społeczeństwem, a masz despotyzm. Osłab państwo względem społeczeństwa, a dostaniesz zamęt.

Gdzieś między tymi dwiema dystopiami biegnie tytułowy „wąski korytarz” – ścieżka, którą udało się odnaleźć jedynie kilku krajom, w większości leżącym na uprzemysłowionym Zachodzie. Co więcej, trafienie na tę ścieżkę nie gwarantuje, że się na niej pozostanie. Acemoglu i Robinson podkreślają, że o ile społeczeństwo obywatelskie nie zachowa czujności i zdolności do mobilizacji przeciwko potencjalnym autokratom, w każdej chwili możliwy jest regres do autorytaryzmu.

(...)

Wygląda na to, że The Narrow Corridor napisano częściowo po to, by wyjaśnić przyczynę widocznej słabości demokracji liberalnych. Autorzy ukuli termin „efekt Królowej Kier” – na opisanie ciągłej walki o podtrzymanie otwartych instytucji politycznych. Tak jak w Krainie Czarów z książki Lewisa Carrolla, społeczeństwo obywatelskie musi coraz szybciej gonić za autorytarnymi przywódcami, by powstrzymać ich despotyczne tendencje.

Zdolność społeczeństwa obywatelskiego do przeciwstawienia się „Lewiatanowi” może z kolei zależeć od podziałów społecznych i ich przemian. Demokracja zazwyczaj pojawia się wtedy, gdy rosną w siłę duże grupy społeczne zdolne do rzucenia wyzwania władzy elit, lub gdy wśród tych elit dochodzi do rozłamu. Uprzemysłowienie, wojny światowe i dekolonizacja doprowadziły do mobilizowania się takich grup w XIX i XX wieku. Elity rządzące przystały na żądania przeciwników, by rozciągnąć przywileje na (najczęściej) wszystkich mężczyzn, bez kryterium majątkowego. Z kolei grupy, które uzyskały nowe prawa polityczne, zgodziły się nie odbierać elitom zgromadzonego bogactwa. W skrócie – wymieniono prawo głosu na prawa własności.

Jak jednak wspólnie z Sharunem Mukandem piszemy naszym artykule, demokracja liberalna wymaga czegoś więcej: praw chroniących mniejszości (które można nazwać prawami obywatelskimi). Konstytutywną cechą ugody politycznej rodzącej demokrację jest wykluczenie mniejszości, czyli głównego beneficjenta praw obywatelskich. Za mniejszościami nie stoją ani zasoby (w przeciwieństwie do elity), ani liczebność (w przeciwieństwie do większości). Ugoda polityczna woli więc demokrację zubożałą – taką, którą można by nazwać demokracją elektorów – zamiast demokracji liberalnej.

To wyjaśnia, dlaczego demokracja liberalna występuje tak rzadko. Brak ochrony praw mniejszości jest prostą konsekwencją logiki politycznej stojącej za pojawieniem się demokracji w ogóle. Trudniejsza do wytłumaczenia jest nie tyle względna rzadkość demokracji liberalnej, co samo jej występowanie. Zaskakiwać powinno raczej to, że w ogóle istnieją demokracje liberalne, a nie to, że jest ich tak niewiele.

krytykapolityczna.pl

- W Polsce jest obowiązek dowozu młodzieży do szkół podstawowych. Czemu nie przedłużyć tego po prostu na szkoły średnie i dołożyć trochę środków?

To dobry pomysł, chociaż obowiązek dowozu do szkół podstawowych też ma swoje wady. Sprawił on, że powstały gimbusy dla dzieci dojeżdżających do szkół i nikt inny nie może się nimi poruszać. Co prawda część pasażerów korzysta z nich nielegalnie, za parę złotych do kieszeni kierowcy. I to jest niby do przeżycia: jak ktoś jeździ raz w tygodniu na targ, jakoś się dogada, ale nie można permanentnie jeździć w ten sposób do pracy. A z kolei tam, gdzie jeżdżą gimbusy, reszta transportu traci gros najpewniejszej klienteli, więc innym już się nie bardzo opłaca. A przecież są jeszcze osoby chcące dojechać do pracy, do lekarza czy do znajomych. To, że od nich nie zacząłem, to nie znaczy, że są one nieważne.

- To czemu tak to zorganizowano?

W czasie reformy edukacji wprowadzanej za rządów AWS–UW równocześnie chwiali się polscy producenci taboru – Jelcz i Autosan. No i żeby je ratować, a konkretnie pana Sobiesława Zasadę – który zresztą potem i tak obydwie firmy położył – kupowano dość dużo autobusów, a potem rozdawano gminom. A gimbusy wymyślono po prostu jako system prostszy do wdrożenia.

- Jeśli to średnio działa, a dziś pieniędzy jest więcej niż w 1999 roku, to czemu nikt tego nie poprawi? Skoro w kwestii wykluczenia transportowego napisano co najmniej kilkanaście raportów i doktoratów, chyba wiadomo, co robić?

Mamy problem nieźle zdiagnozowany, to prawda, chociaż kiedy zaczynaliśmy nasze badania w 2014 roku, nie dopatrzyłem się aż takiej liczby raportów. A tymczasem rząd nie ma nawet wydziału czy referatu w Ministerstwie Infrastruktury ani żadnym innym, który by się zajmował drogowym przewozem osób. Jest ogromny wydział transportu drogowego, który zajmuje się głównie przewozem towarów – to jest jakieś 7 proc. PKB i 12 proc. eksportu, ogromne pieniądze i potężne grupy wpływu – ale publicznym przewozem osób nie ma się kto zająć. Nie utworzono choćby pięcioosobowego zespołu, który by opracował plan walki z wykluczeniem transportowym na wsiach czy zaprojektował zintegrowany jeden bilet, na którym można by dojechać np. z Elbląga do Gdańska.

- I co, tego pięcioosobowego zespołu dalej nie można powołać?

Przez lata wynikało to z przeświadczenia, że transport publiczny to sprawa samorządu. I w komunikacji miejskiej, która niemal od razu na początku lat 90. została, wraz z majątkiem, przypisana samorządom, to się jakoś sprawdziło. Z czasem okazywało się jednak, że bez dobrej legislacji się nie obędzie, że nawet systemy całkiem nieźle funkcjonujące w miastach wysiadają na styku z obszarami podmiejskimi.

- A czemu poza granicami miast to już nie zadziałało?

Bo to są różne światy. W Warszawie mamy 50 procent mieszkańców korzystających z transportu publicznego, a zaledwie 25 procent na stałe korzysta z samochodu – ta proporcja jest bardzo korzystna i niezmienna. Do Warszawy jednak dojeżdża się głównie samochodem i przez dekadę liczba takich podróży się podwoiła, chociaż przecież sporo zainwestowano w kolej. System wysiada na tych łącznikach z zewnętrzem, a tego nie da się naprawić bez spójnej polityki rządowej. Jestem w stanie zrozumieć, że w 1993 roku państwo miało ważniejsze tematy i nie miało środków, ale w tym momencie, na tym etapie rozwoju gospodarczego, kiedy ważne jest to, żeby wszystkie ręce do pracy były dostępne, zaniedbanie wsi i małych miast to po prostu skandal.

- Rozumiem też, że w latach 90. i na początku wieku koncentrowano się na budowie infrastruktury, która pozwalała włączyć polską gospodarkę w obieg międzynarodowy. I to się chyba jakoś udało?

Tak. Położone na drodze tych przelotowych ciągów komunikacyjnych miasta skorzystały, za to obszary wiejskie nie bardzo – przede wszystkim ze względu na rozmieszczenie węzłów autostradowych. Jeszcze 10 lat temu skomunikowanie drogowe było głównym czynnikiem konkurencyjności regionu, bo bez dobrych dróg trudno było zakładać firmy, które mogłyby produkować jakieś towary na eksport czy choćby dla odbiorców w innych województwach. Teraz jednak problemem jest przede wszystkim dostępność zasobów siły roboczej.

- I ona znajdzie się na tej wykluczonej komunikacyjnie wsi?

Kiedy w latach 90. było 20 procent bezrobocia, to może lepiej, mówiąc brutalnie, że ci ludzie byli jakoś odcięci, bo się jakoś na wsi utrzymali, przewegetowali na tych małych gospodarstwach. Ale teraz rąk do pracy po prostu brakuje – czyli jest szansa, żeby długotrwale wykluczeni wrócili na rynek pracy.

- I jak dostaną autobus do wsi, to wrócą?

Niekoniecznie nawet rozkładowy. Przykładowo w Szkocji funkcjonuje transport na życzenie, gdzie busy nie jeżdżą według normalnego rozkładu, tylko pasażer się zgłasza, że potrzebuje dowozu. Ale co do zasady: tak, już teraz widzimy, że jak do wsi czy miasteczka dociera jakiś transport, to chociaż część nieaktywnych zawodowo podejmuje proste prace. I zamiast siedzieć na tych swoich pięciu hektarach z resztą rodziny, pójdzie pracować w fabryce na pół etatu, a to zmienia przyzwyczajenia życiowe i zwiększa to nasze nieszczęsne PKB.

krytykapolityczna.pl

- Już w seminarium zaczął tworzyć krąg ludzi, którzy mu coś zawdzięczają, albo którym on coś zawdzięcza. Potrafił zjednywać sobie ludzi. (..) I na tym przejechał całe seminarium. Święceń miał nie dostać, bo nie udało mu się zdać egzaminów. Mimo to został wyświęcony - wyjaśniał współautor książki.

Przytoczono w niej liczne świadectwa kobiet, które opisują, że były zgwałcone przez Janowskiego. Z zebranych materiałów wynika, że "ekscesy" księdza były znane przełożonym. - Ksiądz Jankowski miał zakaz kontaktów z klerykami. Oficjalnie wydany przez ordynariusza po doniesieniu złożonym przez duchownych, w którym napisali do biskupa, że "Jankowski i klerycy świadczą sobie miłość" - mówił Głuchowski.

Dodał, że z relacji jednego z funkcjonariuszy SB wynika, że młodymi dziewczynkami Jankowski interesował się w latach 70, a w kolejnych dekadach miał "przestawić się" na chłopców i młodych mężczyzn.

Z wypowiedzi Bogdana Borusewicza wynika, że to właśnie wiedza na temat "ekscesów" prałata umożliwiła funkcjonariuszom SB zwerbowanie go. Od początku lat 80. działał pod pseudonimem Delegat.

- Miał być usunięty z parafii świętej Brygidy i wysłany na jakąś odległą parafię wiejską. Przeszkodził temu strajk sierpniowy w stoczni i wspólna decyzja pierwszego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR, wojewody gdańskiego, biskupa ordynariusza i szefa gdańskiej bezpieki, żeby na ten strajk wydelegować księdza Jankowskiego. Po pierwsze, stocznia leży geograficznie na terenie parafii świętej Brygidy. Po drugie, delegowanie tam księży z Bazyliki Mariackiej, a tym bardziej franciszkanów lub dominikanów, mogłoby spowodować zaostrzenie retoryki na strajku. Mogliby po prostu nie uspokajać, ale jeszcze podgrzać robotników. Po trzecie, wreszcie bezpieka wiedziała, że to jest człowiek, który jest kontaktem operacyjnym i będzie słuchał - wymieniał Piotr Gołuchowski.

Msza święta odprawiona 17 sierpnia dla strajkujących okazała się początkiem światowej kariery Jankowskiego. Duchowny twierdził, że uratował strajk.

- Było wręcz odwrotnie. Namawiał robotników do powrotu do domu. Msza 17 sierpnia odbyła się, bo robotnicy się jej domagali. W ten sposób został kapelanem "Solidarności". Sam sobie tę nazwę wymyślił. Działał w "Solidarności", a jednocześnie donosił SB - tłumaczył dziennikarz. Bazylika pw. św. Brygidy stała się wtedy centrum opozycyjnej Polski, a Jankowskiemu zaczęły być wdzięczne tysiące osób.

Po zmianie ustrojowej nie spełniły się jednak ambicje prałata - Lech Wałęsa nie zabrał go ze sobą do Warszawy.

- Ci, którzy go znali, wiedzieli, że to jest prymitywny gość. Mieli poczucie obciachu wynikającego z tych złotych pierścieni, łańcuchów. Przecież ówczesna parafia to było skrzyżowanie dworku myśliwskiego z Luwrem. Poza tym, Wałęsa na pewno wiedział, są na to dowody, że Jankowski miał kontakty z SB - przekonywał w TOK FM autor książki.

Jego zdaniem, krytyka III RP przez Jankowskiego, jako spisku żydowsko-masońsko-liberalno-antypolskiego, jest właśnie skutkiem tego, że Jankowski nie został zabrany do Warszawy. Ostatecznie związał się z LPR i Samoobroną. Umarł w biedzie i zapomnieniu. - Podwójne życie go kosztowało. Zatrudniał ministrantów, kochanków. Kupował im samochody, mieszkania. Oni go okradali. Wydawał huczne obiady, latał samolotami, koniecznie pierwszą klasą, jeździł z ochroniarzami, płacił za wydawanie książek o sobie, inwestował w biznesy, które nie wychodziły - wymieniał dziennikarz.

tokfm.pl