sobota, 29 lutego 2020


[Przesyłamy] robotnikom Albanii, Bułgarii, Czechosłowacji, Niemieckiej Republiki Demokratycznej, Rumunii, Węgier i wszystkich narodów Związku Radzieckiego – pozdrowienia i wyrazy poparcia. Jako pierwszy niezależny związek zawodowy w naszej powojennej historii głęboko czujemy wspólnotę naszych losów. Zapewniamy, że wbrew kłamstwom szerzonym w waszych krajach, jesteśmy autentyczną, 10-milionową organizacją pracowników, powołaną w wyniku robotniczych strajków. Naszym celem jest walka o poprawę bytu wszystkich ludzi pracy. Popieramy tych z was, którzy zdecydowali się wejść na trudną drogę walki o wolny ruch związkowy. Wierzymy, że już niedługo wasi i nasi przedstawiciele będą się mogli spotkać celem wymiany związkowych doświadczeń.

Leonid Breżniew, poinformowany o treści apelu, określa go jako prowokację. Armia radziecka już prowadzi zgrane ze zjazdem w Olivii manewry „Zachód-81”. Front Białoruski przeprowadza symulowaną operację zaczepną na kierunku warszawskim i ćwiczy opanowanie rubieży Gdynia–Warszawa–Radom. Dowódcy dwóch radzieckich dywizji powietrznodesantowych oraz oficerowie dowodzący pułkami w ich składzie przeprowadzają (w strojach cywilnych) lustrację budynków KC PZPR, Sejmu, Narodowego Banku Polskiego, Ministerstwa Obrony Narodowej i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Zgodnie z planem sztabu generalnego armii radzieckiej jeszcze przed wjazdem czołgów obie dywizje spadochroniarzy mają zająć rozpoznane instytucje. Linią rozgraniczenia między teatrami działań dywizji powinna być ulica Marszałkowska.

(...)

W ostatnich dniach obrad armia radziecka formuje jednostki skoncentrowane na granicy z Polską w pozycjach ofensywnych. Nocami radzieckie koleje przewożą do Bornego Sulinowa ponad sześćset czołgów. Także Czesi, Słowacy i Niemcy wschodni wydzielają wojska do interwencji. Po zakończeniu zjazdu Jaruzelski zostaje pierwszym sekretarzem KC PZPR. Skupiwszy w rękach całą władzę, przyspiesza przygotowania do siłowej rozprawy z narodem. Już kazał wydrukować – w tej samej moskiewskiej drukarni na Łubiance, gdzie produkowano Manifest PKWN – dwadzieścia pięć tysięcy obwieszczeń o wprowadzeniu stanu wojennego. Część urzędników i partyjnych aktywistów dostaje broń. Rezerwiści, którzy mają wyjść do cywila 15 października, zostają w koszarach na dalsze dwa miesiące. SB intensyfikuje operacje rozbijające „Solidarność” – chodzi o to, by z jednej strony skłócić środowiska dawnych Wolnych Związków Zawodowych, KOR i ROPCiO, a z drugiej przeciwstawić umiarkowaną grupę Wałęsy tak zwanym ekstremistom.

Tymczasem warunki życia Polaków – choć wydaje się to niemożliwe – jeszcze się pogarszają. W sklepach nie ma nawet kartofli, pieniądze są bez wartości, ludzie stoją w całonocnych kolejkach po towary, bez których nie sposób się obejść: chleb i mleko w proszku dla małych dzieci. Idzie zima, a w składnicach brak węgla – choć też jest na talony. Po obniżeniu już i tak śmiesznych kartkowych przydziałów mięsa przez kraj przechodzą marsze głodowe. Kierownictwo związku jest w kleszczach: trzeba się jeszcze mocniej zradykalizować albo skapitulować. Krajówka wybiera godzinny strajk ostrzegawczy w proteście przeciw ogólnemu „stanowi zagrożenia związku i społeczeństwa”. Akcja ma się odbyć 28 października.

Piotr Głuchowski - Uzurpator. Podwojne zycie prałata Jankowskiego

Gdy w Waszyngtonie sławny finansista George Soros uparcie przekonywał prezydenta George’a Busha seniora do swej wizji reformowania Polski, Balcerowicz szykował się właśnie do wyjazdu na stypendium naukowe do Wielkiej Brytanii. Perspektywa wyprawy przez całą Europę maleńkim fiatem 126p jawiła się jako mało zachęcająca. Sprawy zaczęły wyglądać znacznie gorzej, gdy okazało się, że ktoś ukradł z jego malucha koło zapasowe. Balcerowicz zadzwonił do kolegi ekonomisty Stefana Kawalca z prośbą o pomoc. Właśnie upadał PRL i takie dobro luksusowe zdecydowanie łatwiej było skraść niż kupić. Mimo to Kawalec zgodził się pożyczyć koło. Równocześnie przypomniał sobie, że nieco wcześniej kontaktował się z nim Waldemar Kuczyński, doradca obozu solidarnościowego, który rozpaczliwie szukał osoby gotowej objąć tekę ministra finansów.

Przyszłego szefa resortu czekały wielkie wyzwania, gdyż Polska pogrążała się w gospodarczej zapaści. Po bankructwie na początku lat 80. i paru latach zastoju rząd Mieczysława F. Rakowskiego przeprowadził kilka radykalnych zmian, m.in. uwolnił ceny narzucane dotąd przez państwo. Zrobiono to bez oglądania się na deficyt towarów i nadmiar gotówki w portfelach obywateli. „Ludzie kupują, co im wpadnie do ręki. Jedyne, co mogłoby tę tendencję odwrócić, to pojawienie się na rynku takiej ilości towarów, która nasyciłaby go. Jest to jednak niemożliwe” – zapisał w dzienniku 4 lutego 1989 r. zrezygnowany Rakowski. Uwolnione ceny poszybowały w górę, a to prowokowało biedniejących pracowników do strajków. Robotnicy żądali podwyżek i je dostawali, co tylko nakręcało spiralę inflacji. „Wszędzie dostrzega się coraz większe ubóstwo. Stopa inflacji sięga 350 proc. w skali rocznej i nikt nie spodziewa się, by nie mogła dalej wzrastać” – pisał w 1989 r. na łamach „The Daily Telegraph” historyk Norman Stone.

dziennik.pl

czwartek, 27 lutego 2020


Początek lat 90. XX w. był momentem, w którym Niemcom, mimo zjednoczenia, przestawał wystarczać własny potencjał, a coraz częściej myśleli o posiadaniu zaplecza gospodarczego, do którego będzie można oddelegować prostsze i bardziej pracochłonne części łańcucha produkcji. Jak się okaże dalej, nie mogły się nim stać Niemcy wschodnie.

Gdy pewnego razu zapytałem jednego z niemieckich przedsiębiorców, jakie były odczucia środowisk gospodarczych RFN względem Europy Środkowej po upadku żelaznej kurtyny, bez zastanowienia odpowiedział: „wreszcie mamy swoją Koreę”. Nawiązywał tym do relacji łączącej Japonię i Koreę Południową. Kraj Kwitnącej Wiśni od lat jest istotnym konkurentem Niemiec w kluczowych sektorach, takich jak motoryzacja, elektrotechnika czy konstrukcja maszyn. I pomimo że Japonia, podobnie jak RFN, od lat 80. XX wieku zmagała się z problemem silnej waluty, która ograniczała konkurencyjność cenową eksportu, mogła liczyć na swoich tanich i bardzo efektywnych pracowników z Korei Południowej.

Oba azjatyckie państwa żyły zatem w symbiozie, w ramach której Japonia mogła eksportować do Korei swój kapitał i wiedzę technologiczną, a w zamian za to znacząco zwiększać swój potencjał produkcyjny za pośrednictwem koreańskich pracowników i poddostawców.

Dodatkowego smaku całej relacji dodawało to, że oba kraje miały trudną historię wzajemnych stosunków i wiele niezabliźnionych ran z okresu II wojny światowej. Japońska narracja na temat własnej roli w tym konflikcie, a także relatywizowanie japońskich zbrodni do dziś wywołuje bardzo silne emocje społeczne w Korei Południowej i jest nieraz przedmiotem tarć politycznych między dwoma krajami.

Od początku lat 90. Niemcy na masową skalę zaangażowały się kapitałowo w Europie Środkowej, tworząc własne spółki, a także biorąc udział w prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Niemiecki kapitał popłynął szerokimi strumieniami do bankowości, energetyki czy handlu detalicznego. Do dziś to firmy z Niemiec są w czołówce największych inwestorów i pracodawców w Europie Środkowej.

Tak silne związki kapitałowe musiały też wpływać na handel zagraniczny: w latach 1995-2003 wymiana handlowa z RFN stanowiła dominującą część obrotów handlowych państw Grupy Wyszehradzkiej: średnio 38% dla Czech, po 35% dla Węgier i Polski oraz 26% dla Słowacji. Dopiero po przystąpieniu do Unii Europejskiej gospodarki tych krajów stanęły na nogi, rozwinęły własny potencjał przemysłowy i zaczęły bardziej dywersyfikować strukturę geograficzną handlu, co skutkowało obniżeniem o kilka punktów procentowych udziału Niemiec w ich obrotach handlowych.

Niemieckie przedsiębiorstwa liczyły, że podobnego wsparcia konkurencyjności, jakiego doświadczyła dzięki Koreańczykom Japonia, doświadczą one same – właśnie dzięki zacieśnieniu relacji gospodarczych z Europą Środkową. W tej części równania Niemcy się nie pomyliły, a efekt być może przerósł ich najśmielsze oczekiwania.

Po przystąpieniu państw Europy Środkowej do Unii Europejskiej okazało się bowiem, że wspólne uczestnictwo w jednolitym rynku, a także wysoka jakość kapitału ludzkiego Europy Środkowej pozwala na rozwinięcie bardziej zaawansowanych form współpracy i pełne wprzęgnięcie tych krajów w niemiecki łańcuch dostaw.

Już nie chodziło o prostą wymianę handlową podstawowych zasobów i surowców z państw regionu w zamian za niemieckie maszyny i pojazdy. Przedsiębiorstwa Europy Środkowej weszły do niemieckiego łańcucha tworzenia wartości jako istotni dostawcy, wprawdzie nie najwyższego rzędu, ale jednak wnoszący istotną wartość dodaną do niemieckich maszyn, urządzeń elektrotechnicznych i samochodów.

krytykapolityczna.pl

Bombki przedstawiające postacie z radzieckiego film animowanego "Cebulek" z końca lat 50. XX wieku. Szklana figurka pieska z tej serii na aukcji osiągnęła cenę 120 tys. rubli (ponad 7,3 tys. złotych). Koszt całego kompletu, obejmującego wszystkie postacie z filmu, to 600 tys. rubli (ponad 36,7 tys. złotych).

Najwyżej cenione są te zabawki, których nie produkowano masowo, bo nie były zatwierdzone przez specjalną komisję - powiedział dziennikowi "Izwiestija" Siergiej Biełogłazow, redaktor katalogu ozdób choinkowych. Wysokie ceny osiągają też ozdoby wykonane z nietrwałych materiałów, jak wata czy papier, które mogły zachować się tylko w jednym egzemplarzu. Pasja kolekcjonowania radzieckich ozdób choinkowych u wielu ludzi wynika z miłych wspomnień z dzieciństwa; niektórzy szukają konkretnej zapamiętanej z tych czasów zabawki - uważa Biełogłazow.

Wartość, jakiej nabrały radzieckie cacka na choinkę wynika także z tego, że jeszcze w latach powojennych wydmuchiwane były ze szkła i malowane ręcznie. Prócz szklanych bombek robiono, jeszcze od lat 30. i 40. XX wieku, zabawki z kartonu i waty. Właśnie taka wykonana z waty ozdoba przedstawiająca stację arktyczną ZSRR osiągnęła na aukcji pod koniec 2018 roku cenę 75 tys. rubli (prawie 4,6 tys. złotych).

Zabawki, którymi w ZSRR strojono choinki - świeckie, ubierane na Nowy Rok, a nie na Boże Narodzenie - nierzadko bywały odzwierciedleniem swojej epoki, a nawet narzędziem propagandy. Gdy w 1961 roku Jurij Gagarin został pierwszym człowiekiem w przestrzeni kosmicznej, na choinkach zagościły rakiety kosmiczne, satelity i kosmonauci. Radzieckie choinki zdobiono także także szklanymi bombkami z czerwoną gwiazdą, czy w kształcie samolotów.

W latach 50. pojawiła się moda na akcenty chińskie. Wiele było jednak zabawek tradycyjnych: postaci z bajek i rosyjskiego folkloru, figurek zwierząt, dzieci okutanych w futra czy jeżdżących na sankach. Szklane bombki pojawiały się od 1946 roku, gdy pracę wznowiła najstarsza w Rosji fabryka ozdób choinkowych działająca w miejscowości Klin.

bankier.pl

Według danych GUS w 2001 r. pół litra 40-procentowej wódki czystej kosztowało 23,52 zł, a w 2018 r. było to 24,39 zł (podwyżka tylko o 3,6 proc.). W tym samym czasie piwo jasne pełne zdrożało tylko o 19 gr (z 2,67 do 2,86 zł, czyli o 7 proc.), a wino białe gronowe wytrawne w latach 2001-2016 o niecałe 4 proc.

W latach 2001-2018 przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło natomiast z 2061 zł do 4583 zł, czyli o 122 proc. To oznacza, że Polacy mogą kupić ponad dwa razy więcej wódki czy piwa niż jeszcze 17 lat temu. Co ciekawe, mimo znacznie bardziej destrukcyjnych dla społeczeństwa skutków spożycia alkoholu w porównaniu do papierosów (pokazuje to np. analiza „The Lancet” zatytułowana „Drug harms in the UK: a multicriteria decision analysis”) cena paczki papierosów wzrosła w podobnym okresie (lata 2001-2017) z 4,08 zł do 13,79 zł, czyli ponad trzykrotnie. Dlaczego ustawodawcy udało się odpowiednio zareagować na destrukcyjne działanie palenia, a w przypadku alkoholu nie ma takich działań?

Być może presja społeczna na zmianę prawa przez polityków wzrosłaby, gdyby powszechnie znane były np. badania Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA).

One dobitnie pokazują (np. „Narodowy Program Profilaktyki i Rozwiązywania Problemów Alkoholowych na lata 2011-2015”), że stosunkowo niewielki odsetek dorosłych (7,3 proc.) spożywa prawie połowę (46,1 proc.) sprzedawanego alkoholu. Choć trudno w to uwierzyć, ale 2 miliony osób może konsumować w Polsce każdego roku ok. 160 mln litrów czystego alkoholu. Oznacza to spożycie na poziomie 80 litrów na osobę rocznie, czyli ekwiwalent półlitrowej butelki wódki każdego dnia lub 7 piw.

Z kolei 46,9 proc. osób spożywa alkohol symbolicznie – do 1,2 litra rocznie czystego spirytusu lub w ogóle, a 34,4 proc. nie przekracza wartości 6 litrów rocznie. Mniej więcej 80 proc. społeczeństwa, chociaż jest daleka do ekstremalnie ryzykownego picia, ponosi większość kosztów generowanych przez 7 proc. obywateli spożywających „połówkę” dziennie. Dlaczego?

forsal.pl

sobota, 22 lutego 2020


Tradycyjnie w Białym Domu koncepcje polityczne i pomysły na konkretne działania płyną z góry na dół, a ludzie starają się wcielać w życie życzenia prezydenta – w każdym razie to, co na temat tych życzeń przekazuje im szef kancelarii. W Białym Domu pod rządami Trumpa koncepcje polityczne – począwszy od pomysłu Bannona na rozporządzenie wykonawcze w sprawie imigracji – płynęły z dołu w górę. Istota tego procesu sprowadzała się do sugerowania, podpowiadania rozwiązań i wspominania o tym, czego prezydent mógłby chcieć – w nadziei, że dojdzie on do wniosku, iż sam na to wpadł (w tym celu podczas rozmowy należało wspomnieć, że prezydent przecież myślał już wcześniej o danej sprawie).

Walsh zaobserwowała u Trumpa pewien zestaw przekonań i impulsów, których większość funkcjonowała w jego umyśle od lat. Niektóre z nich były w znacznym stopniu sprzeczne z innymi, generalnie też nie dawały się wpisać w konwencje i formy właściwe dla legislacji czy polityki.

Ona i wszyscy pozostali mieli więc za zadanie stworzyć program na podstawie pragnień i impulsów, co wymagało sporych zdolności interpretacyjnych. W ocenie samej Walsh było to jak „domyślanie się, czego chce dziecko”. Formułowanie sugestii okazywało się bardzo skomplikowane. Zasadniczy problem prezydentury Trumpa, wpływający na każdy aspekt jego polityki i przywództwa, polegał na tym, że on nie przetwarzał informacji w sposób konwencjonalny. W pewnym sensie nie przetwarzał ich wcale.

Trump nie czytał, nawet nie przeglądał tekstów pisanych. Jeśli coś zostało mu przedstawione na piśmie, to równie dobrze mogło nie istnieć. Zdaniem niektórych w praktyce wychodziło na to, że był co najwyżej półanalfabetą (kwestia ta stała się przedmiotem sporów, ponieważ Trump czytał nagłówki i artykuły na swój temat – a przynajmniej nagłówki artykułów na swój temat, jak również co ciekawsze teksty publikowane na Page Six przez „New York Post”). Niektórzy przypuszczali, że może mieć dysleksję, na pewno miał ograniczoną zdolność rozumienia informacji. Inni wychodzili z założenia, że Trump nie czyta, bo nie musi – i że to w istocie jeden z jego głównych wyróżników jako populisty: był człowiekiem postalfabetycznym, w pełni polegającym na telewizji.

Trump jednak nie tylko nie czytał, ale też nie słuchał. Wolał mówić. We własne doświadczenie, choćby zupełnie mizerne i niezwiązane z tematem, wierzył bardziej niż w cudze. Poza tym potrafił się skupić na jednej kwestii jedynie przez bardzo krótki czas, nawet jeśli coś wydawało się mu godne zainteresowania.

W związku z tym członkowie jego organizacji musieli wypracować zbiór wewnętrznych uzasadnień, pozwalających im darzyć zaufaniem człowieka, który pomimo bardzo ograniczonej wiedzy całkowicie polegał na swoim instynkcie i odruchach, zupełnie się nie przejmując tym, jak często się one zmieniają.

W Białym Domu za rządów Trumpa zapanowało przekonanie, że doświadczenie – jako cnota liberalna – jest przereklamowane. W końcu ludzie, którzy z wielkim trudem zdobywali wiedzę, często podejmowali nietrafione decyzje. Może zatem instynkt pozwala badać istotę sprawy równie skutecznie, albo wręcz lepiej, niż typowe dla dotychczasowej amerykańskiej polityki intelektualne rozważania i analizy danych, które często przesłaniają tę prawdziwą rzeczywistość. Być może.

Miejmy nadzieję.

Oczywiście poza samym prezydentem tak naprawdę nikt w to nie wierzył.

Michael Wolff - Ogień i furia. Biały Dom Trumpa

Przemówienie trwało 48 minut, ale już po upływie pierwszych kilku wiadomo było, że nie ma nic wspólnego z pierwotnym planem. W kółko powtarzały się te same wątki.

„Może kiepsko im idzie z sondażami. A może są na bakier z prawem. Albo jedno, albo drugie.

Są naprawdę bystrzy. Są cwani. No i bardzo nieuczciwi… Podsumowując (choć mówić miał jeszcze przez 37 minut), to bardzo delikatny temat, a oni się denerwują, jak demaskujemy ich kłamstwa. Twierdzą, że Pierwsza Poprawka zabrania nam krytykowania ich nieuczciwych doniesień. Wiecie, oni zawsze się powołują – następne słowa wypowiedział nienaturalnie wysokim tonem – na Pierwszą Poprawkę. Ja uwielbiam Pierwszą Poprawkę. Nikt jej nie lubi bardziej niż ja. Nikt”.

Członkowie świty Trumpa usiłowali zachować pokerowe twarze. Rozluźnili się dopiero po chwili, gdy usłyszeli radosne okrzyki i śmiech na sali. Do tego momentu nie potrafili stwierdzić, jak zostaną odebrane te dość osobliwe rozważania prezydenta.

„Tak na marginesie. Was tu jest pełno, sala pęka w szwach, a kolejka ciągnie się na sześć przecznic. (Tak naprawdę poza zatłoczonym lobby żadnej kolejki nie było). Mówię wam o tym, bo nigdzie o tym nie przeczytacie. Ale są kolejki, które ciągną się na sześć przecznic… Łączy nas wspólny obowiązek wobec Ameryki, wobec Ameryki… Wszyscy z dumą salutujemy tej samej amerykańskiej fladze… Wszyscy jesteśmy równi, równi w oczach Wszechmogącego Boga…

Jesteśmy równi… I ja chciałbym, tak przy okazji, podziękować społeczności ewangelikalnej, społeczności chrześcijańskiej, wspólnotom wiary, rabinom, księżom i pastorom, duchownym, ponieważ jak wiecie, uzyskałem rekordowe poparcie, i to nie tylko jeśli chodzi o liczbę ludzi, ale o odsetek tych, którzy głosowali na Trumpa… To niesamowity zryw i ja was nie rozczaruję… Dopóki będziecie wierzyć w siebie nawzajem i ufać Bogu, nie ma takiego celu, którego nie moglibyśmy osiągnąć… nie ma zbyt ambitnego marzenia… nie ma zbyt wielkiego zadania…

Jesteśmy Amerykanami i przyszłość należy do nas… Ameryka tryska energią. Będzie większa, lepsza i silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej…”.

Ludzie w Zachodnim Skrzydle dla zabicia czasu zaczęli spekulować, jak długo Trump mógłby mówić, gdyby władał czasem tak sprawnie jak językiem. Wspólnie doszli do wniosku, że bez końca. Nie miał żadnych zahamowań i chętnie słuchał własnego głosu. Najwyraźniej nie musiał dbać o żaden logiczny ciąg myśli czy spójność przekazu, bo przypadkowe spostrzeżenia wywoływały zachwyt publiczności. Swobodne skojarzenia wydawały się tylko dodawać mu skrzydeł. Wszystko to sugerowało, że mógłby mówić bez końca, jeśli pozwalałyby mu na to czas oraz zdolność koncentracji uwagi jego słuchaczy. Te spontaniczne wystąpienia Trumpa zawsze były wielkim przeżyciem, jednak w większym stopniu dla ludzi z jego otoczenia niż dla niego samego. On sprawiał wrażenie całkowicie pochłoniętego i szczęśliwego. Napawał się przekonaniem o własnej wytrawności jako autora przemówień i mówcy. W tym czasie wszyscy inni wstrzymywali oddech. Jeśli w trakcie takiego wystąpienia dał się ponieść fali szaleństwa – a dawał się ponieść dość często – i jego rozważania zaczynały zmierzać w jakimś tajemniczym kierunku, to jego ludzie musieli czym prędzej szukać wyjścia z sytuacji. Trzeba było się wykazać absolutną dyscypliną, żeby udawać, że się nie widzi tego, co widzą wszyscy.

Michael Wolff - Ogień i furia. Biały Dom Trumpa

czwartek, 20 lutego 2020


Funkcjonariusze U.S. Customs and Border Protection podlegają Departamentowi Bezpieczeństwa Wewnętrznego, resortowi utworzonemu po zamachach z 11 września. Pracownicy agencji mają szeroki mandat działania w zakresie „ochrony ojczyzny”, w który wpisują się m.in. walka z terroryzmem (zapobieganie przedostawaniu się broni i terrorystów na teren USA), handlem ludźmi, narkotykami czy przemytem, egzekwowanie prawa i przepisów celnych, imigracyjnych bądź dotyczących importu żywności i produktów rolnych oraz różnego rodzaju inspekcje, analizy wywiadowcze, aresztowania na granicach.

Rozmowa z funkcjonariuszem CBP nie zawsze należy do przyjemnych, o czym przekonało się w ostatnim roku kilku dziennikarzy. Na początku października podczas jednej ze standardowych kontroli na lotnisku w Dulles w stanie Virginia reporter Defence One odzyskał swój paszport, dopiero gdy odpowiedział twierdząco na pytanie „Piszesz propagandowe teksty, prawda?”, które urzędnik zadawał mu do skutku. W lutym dziennikarz serwisu BuzzFeed był wypytywany o artykuły publikowane na temat prezydenta Donalda Trumpa, w maju w Austin służby przez kilka godzin przetrzymywały freelancera i przeszukiwały jego zdjęcia, filmiki i prywatną korespondencję w telefonie, w sierpniu w Los Angeles pracownik CBP oskarżył dziennikarza o bycie częścią fake news media i koniecznie chciał wiedzieć, czy reporter współpracuje z CNN lub MSNBC.

Sytuacje te są nieprzyjemne, ale nie ekstremalne. Te ostatnie dotyczą grup słabszych niż przedstawiciele mediów. W październiku po długiej batalii sądowej Amerykańska Unia Wolności Obywatelskich (American Civil Liberties Union, ACLU) uzyskała pokaźną kolekcję dokumentów i materiałów wideo przedstawiających traktowanie nieletnich przetrzymywanych przez CBP na granicy z Meksykiem. Pochodzą one z lat 2009-2014. Przeglądając kolejne strony, można poznać traumatyczne historie setki dzieci i nastolatków. Wyznania o tym, jak były bite, przetrzymywane w kajdankach, a nawet gryzione przez psy należące do funkcjonariuszy straży granicznej.

onet.pl

Z bogatego w źródła opracowania OECD o tym jak żyło się 200 lat temu i potem („How was life? Global well-being since 1820”) wiadomo, że na początku XIX wieku krajem wytwarzającym najwięcej w ujęciu per capita była Wielka Brytania z PKB nieco powyżej 2000 dolarów, o sile nabywczej z 1990 r. Amerykanie prześcignęli swych byłych pryncypałów aż po mniej więcej stuleciu, bo na pierwszym miejscu stanęli dopiero w okolicach 1910 r.

Niemcy byli sprawniejsi w pościgu za głównym rywalem. Jeszcze w 1850 r. plasowali się za Francuzami, ale mimo ich pokonania w wojnie 1870-71, zagarnięcia bogatych prowincji (Alzacja i część Lotaryngii) oraz ściągnięcia z Francuzów olbrzymiej kontrybucji w postaci 5 mld franków w złocie, co równało się dwukrotności rocznych podatków ściąganych we Francji (E.N. White, „Making The French Pay”), musieli jeszcze długo pracować, żeby ich prześcignąć. Dokonali tego na przełomie stuleci. Wg dzisiejszych szacunków, w 1900 r. PKB per capita we Francji wyniosło 2876 dolarów o sile nabywczej z 1990 r., a w Niemczech o setkę więcej (2985 dolarów). (...)

Makroekonomista Robert Barro z Harvardu pisał w 2003 r., że Korei Płd. starczyło 40 lat, żeby dziesięciokrotnie zwiększyć PKB per capita. Przypomniał w tym kontekście, że Amerykanie musieli poczekać na to samo aż 130 lat – od 1870 do 2000 r. Wyczyn rośnie w oczach jeszcze bardziej, gdy wiedzieć, że w 1950 r., tj. przed wybuchem wojny koreańskiej, Koreańczycy wytwarzali trzykrotnie mniej od Polaków. U nas PKB na mieszkańca wynosił niecałe 2500 dolarów, a w Korei Płd. – mniej niż 900 dolarów. Potem było jeszcze gorzej, bo po wojnie nie ostał się kamień na kamieniu.

Dziś Korea Płd. to niewielki kraj i olbrzymia gospodarka. W 2018 r. PKB Polski wyniósł 586 mld dolarów, a południowokoreański 1619 mld dolarów. Ten malutki kraj wytworzył niemal tyle samo co przeogromna Rosja.

obserwatorfinansowy.pl

A więc pierwszy postój, Hamburg. Idzie się do Henia, z dubeltówki cyk, cyk, cyk, dokąd jedziesz?
– Na południówkę.
– Południówka? A więc zegarki, długopisy, makatki – masz.

W Ameryce Południowej czekają kupcy i handlarze. Kawa za dwadzieścia dolarów, proszę bardzo. Sprzeda się za sto sześćdziesiąt. Skóry z lamy, zamszowe spódniczki, kamizelki…

W Antwerpii zaprzyjaźniony kupiec wie, co idzie w Indiach. W Kopenhadze polski emigrant przyjmuje zamówienia od radiooficerów. Numer dwadzieścia dwa chce dziesięć płaszczy ortalionowych, numer szesnaście – piętnaście koszul i sweterki bouclé. Na statku jest sto osób, więc operacja robi się niebagatelna. Przypływają na miejsce. Czeka sto kartonów, każdy ogląda, większość składa reklamacje, bo rękaw nie taki albo brakuje kołnierzyka. Bądź co bądź to było straszne badziewie. Jakoś się dogadują. Wystarczy już tylko przejść przez polską kontrolę.

W Singapurze wszystko gotowe: peruki, parasolki, majtki, kremplina – bele po sześćdziesiąt metrów, granat i bordo, bo w latach siedemdziesiątych te kolory szły najlepiej. Już mieli wracać, a tu nagle zmiana, postój na Sachalinie. Przyjęcie w Infłocie, trzeba iść. Gorbusze wielkie na metr, czerwony kawior wprawdzie na gazetach, ale smaczny. Wódka zimna, rozmowy gorące. Wreszcie Siergiej:
– Idiom w kajutu.

Dostaje dwa „Penthouse’y” i „Playboya”, zatapia się w lekturze i nie chce już o niczym gadać. A tu parasolki, majtki, peruki, kremplina. W końcu bierze, płaci rublami. No więc dalsze zakupy. Obrączki, kolczyki, złoto, rubiny. Aparaty fotograficzne. Zorki po sześćdziesiąt rubli, w kraju na dzień dobry szły po sześćdziesiąt dolarów. Znowu Singapur. Z zapasem rubli. Kurs korzystny, więc od nowa: kremplina, peruki, majtki, parasolki. Gdynia. A tu podpływają motorówki czarnej brygady, czyli celników, którzy kontrolują statek, zanim ten zacumuje w porcie. Niedobrze. Na szczęście w załodze jest chemik – podpowiada, że jeśli towar zawinie się w kalkę maszynową, urządzenia go nie wykryją. Szybkie pakowanie. Wszystkie te aparaty, parasolki, świecidełka – w kalkę i do schowków, w kieszenie albo w majtki. Objeżdżają z przodu. Nic. Objeżdżają z tyłu. Nic. Wreszcie w gaśnicach znajdują pierścionki. Jak zwykle w takiej sytuacji – niczyje. Siwy dym. W porcie żony z dziećmi nie wiedzą, co się dzieje. Wszystko kończy się niedużą karą za pierścionki. Resztę, w kalkach, pod elastycznymi bandażami i w kieszeniach dzieci – ich nie można rewidować, a mogą wejść na statek przywitać tatę – udaje się wynieść.

Aleksandra Boćkowska - Księżyc z peweksu

Przy okazji Eymeric podał imponującą listę heretyckich sekt – co pokazuje, że żeby zaistnieć jako jedno ciało, chrześcijaństwo musiało zniszczyć każdą uboczną formę wyrosłą z jego pnia: karpokratian, którzy sprowadzali Chrystusa do jego ludzkiej natury z mężczyzny i kobiety; nikolaitów, którzy wymieniali się kobietami; nazarejczyków, żydów, którzy wierzyli w Chrystusa; nyktazontów, którzy potępiali nocne modlitwy; ofitów, którzy czcili węża; walentynian, dla których Chrystus pozostał w ciele Dziewicy jak w tubie; adamitów, którzy byli nudystami; katafrygów, którzy uznawali tylko Ewangelię według Jana; setian, którzy czcili syna Adama, jedynego Chrystusa; artotyritów, którzy ofiarowywali niebu chleb i ser; akwarytów, którzy święcili jedynie wodę; marcjonitów, dla których Jezus nie był oczekiwanym przez żydów Mesjaszem; noecjan, którzy powoływali się na człowieka określającego się jako drugi Mojżesz; ebionitów, towarzyszy drogi Mahometa; sewerian, którzy odrzucali wino, Stary Testament i zmartwychwstanie Chrystusa; tacjan wegetarian; alogów, którzy zaprzeczali, że Chrystus był Słowem; katarów, którzy nie wierzyli, że żal zmazuje grzech; manichejczyków, którzy odrzucali nauki starotestamentowe; hermogenian, którzy odrzucali Trójcę Świętą; hieraszytów, bezżennych, którzy wykluczali dzieci z królestwa niebios; nowacjan, którzy na nowo chrzcili ochrzczonych; focynian, którzy wierzyli, że Jezus jest rzeczywistym synem Marii i Józefa; antidicomarianitów, którzy twierdzili to samo; patrycjan, którzy zaświadczali, że materię ludzkiego ciała stworzył diabeł; kolutian, którzy zwalniali Boga ze stworzenia zła; florian, którzy przeciwnie, czynili go odpowiedzialnym za nie; agonistów lub skototopików, którzy zadawali sobie śmierć z miłości do męczeństwa; pryscylian, którzy łączyli gnostycyzm i manicheizm; jowianistów, dla których nie było żadnej różnicy między kobietą zamężną a dziewicą, hulaką a abstynentem; tessaresdekatytów, którzy obchodzili Wielkanoc czternastego Księżyca; pelagianistów, już napotkanych, którzy uważali, że wolna wola jest potężniejsza niż łaska; acefalów, którzy obywali się bez przywódcy, ale zwalczali wymierzone w monofizytów uchwały soboru w Chalcedonie, wedle którego boska natura Syna wchłonęła naturę ludzką. Eymeric dorzucił jeszcze innych herezjarchów: tych, dla których Bóg jest trójkształtny; tych, którzy wierzą, że natura boska Chrystusa przeszła mękę; tych, którzy twierdzą, że Chrystus został zrodzony przez ojca na początku czasów; tych, którzy negują, że Chrystus zstąpił do piekieł, żeby uwolnić sprawiedliwych; tych, którzy twierdzą, że dusza nie powstała na obraz Boga; tych, którzy myślą, że dusze przemieniają się w diabła lub w zwierzęta; tych, którzy twierdzą, że świat jest niezmienny; tych, którzy wierzą w mnogość światów; tych, którzy wierzą w wieczność świata; tych, którzy chodzą boso; tych, którzy jedzą samotnie itd.

Michel Onfray - Dekadencja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwa

Łańcuchy wartości w produkcji mają bardzo różny charakter. W klasycznej postaci ich początek bierze się w kopalni surowców, często gdzieś w egzotycznym świecie. Po wstępnym przetworzeniu, na ogół na miejscu, wytworzone z nich półprodukty trafiają do kolejnych fabryk, aby na końcu wejść w skład finalnego wyrobu powstającego najczęściej tam, gdzie został on wymyślony, czyli zazwyczaj w Europie, USA, albo w Japonii.

Obecnie wygląda to często inaczej. Projekt nadal pochodzi na ogół z rozwiniętego świata, ale poszczególne części powstają w innych krajach, a finalny i zwykle pracochłonny montaż – jak w przypadku wspomnianego na początku roweru elektrycznego – odbywa się tam, gdzie praca jest tańsza.

W ten sposób np. rowery zaprojektowane przez włoską firmę Bianchi, mają części pochodzące od wyspecjalizowanych dostawców z różnych miejsc w Europie i w Azji, ale ostateczny ich montaż odbywa się w Wietnamie. A potem rowery te sprzedawane są np. w USA, gdzie ich cena detaliczna sięga bez mała 5 tys. dolarów. 60 proc. tej wartości tworzy się poza Wietnamem.

(...)

U progu lat 90. ok. 37 proc. międzynarodowego handlu dotyczyło sprzedaży produktów, które powstały w zorganizowanych łańcuchach wartości. W latach 90. i na początku XXI wieku udział ten wzrósł do mniej więcej 55 proc. Wzrost ten wynikał z bardzo wielu przyczyn, od technicznych poczynając na geopolitycznych kończąc.

Z technicznego i ekonomicznego punktu widzenia najistotniejszy był rozwój (i jednocześnie spadek ceny) usług telekomunikacyjnych, pozwalający szybko i tanio kontaktować się z każdym miejscem w świecie. Można dzięki temu łatwo znaleźć poddostawców w innych krajach. Równie ważny był następujący w tym samym czasie spadek cen transportu, w tym zwłaszcza lotniczego, dzięki czemu każdą najdrobniejszą część finalnego produktu opłaca się dostarczyć nawet z innego kontynentu.

Geopolitycznym czynnikiem szybkiego rozwoju łańcuchów wartości było włączenie w tych latach do międzynarodowej wymiany handlowej całych wyłączonych przedtem z niej połaci kontynentów europejskiego i azjatyckiego, w tym zwłaszcza Europy Środkowej i Wschodniej oraz Chin. Miało to też związek ze światową liberalizacją obrotów handlowych i z odwrotem dzięki wielostronnym traktatom, takim jak np., z Doha, od powszechnego wcześniej protekcjonizmu.

Wybuch światowego kryzysu finansowego wyraźnie jednak zahamował dalsze wydłużanie łańcuchów wartości, na co także złożył się splot wiele różnych czynników – od społecznych po techniczne, ekonomiczne, a nawet geopolityczne. Kryzys i spadek produkcji w krajach rozwiniętych spowodował w nich wzrost bezrobocia, co wywołało społeczny opór wobec przenoszenia produkcji do krajów z tańszą siłą roboczą.

Producenci, dla których liczą się przede wszystkim względy ekonomiczne, nie zwiększają jednak zatrudnienia w drogich pod tym względem krajach rozwiniętych, ale przyspieszają automatyzację produkcji czy rozwój technologii druku przestrzennego (3D), dzięki czemu możliwe jest przenoszenie produkcji podzespołów bliżej konsumenta.

Skłania to polityków do ponownego nakładania na sfery biznesu protekcjonistycznych barier, a przynajmniej do nasilania retoryki przeciwko globalizacji. W największym stopniu dotyczy to obecnie relacji USA – Chiny. Ze względu na rozkooperowanie – vide przykład roweru elektrycznego – produkcji właściwie wszystkiego co się dziś w świecie produkuje, wojna handlowa pomiędzy tymi dwoma krajami dotyczy jednak tak naprawdę całego świata.

obserwatorfinansowy.pl

czwartek, 13 lutego 2020


Handel rodzi zwycięzców i przegranych. W przypadku chińskiego szoku konsumenci amerykańscy skorzystali dzięki niższym cenom, natomiast niektórzy pracownicy w USA ponieśli straty. Jaki jest bilans tych tendencji? Powiązaliśmy dane dotyczące cen ze szczegółowymi danymi dotyczącymi rynku pracy, aby dokładnie porównać wpływ chińskiego szoku na zatrudnienie i ceny.

Zauważamy, że wzrost siły nabywczej konsumentów amerykańskich w całej gospodarce jest bardzo duży w porównaniu z zakłóceniami na rynku pracy. W szczególności handel z Chinami spowodował wzrost całkowitej siły nabywczej konsumentów amerykańskich o 411.464 dolarów na każde przeniesione miejsce pracy (przy czym średnia płaca roczna dla stanowisk w tych branżach wynosi 40.000 dol.). Wynik ten oznacza, że łączny zysk amerykańskich konsumentów dzięki niższym cenom jest wystarczająco wysoki, by wypłacić rekompensaty wszystkim pracownikom amerykańskim, którzy stracili pracę z powodu większej konkurencji z Chin w ich branżach.

Zrealizowanie w praktyce rekompensaty dla tych właśnie pracowników, którzy stracili pracę z powodu handlu, może przysporzyć trudności. Wymaga to od decydentów znalezienia i wdrożenia odpowiednich strategii redystrybucji zysków od zwycięzców do przegranych. Jednak nasze ustalenia wskazują na szerokie pole manewru dla przeprowadzenia takich transferów. Byłoby to na przykład możliwe do osiągnięcia poprzez szkolenia zawodowe, dodatki na przeprowadzkę lub zasiłki dochodowe w ramach programów federalnych takich jak Trade Adjustment Assistance.

obserwatorfinansowy.pl

„W 2018 roku świat konsumował 11.743 Mtoe (milionów ton oleju ekwiwalentnego – przyp. JW) w postaci gazu, węgla i ropy. Spalanie tych paliw emitowało do atmosfery 33,7 mld ton dwutlenku węgla. Jeśli chcemy zredukować te emisje do zera (pomijam tu tzw. technologie emisji negatywnych, które nie istnieją w pożądanej skali) powinniśmy znaleźć sposób na zaspokojenie potrzeb energetycznych rzędu 12.000 Mtoe (…). Do 1 stycznia 2050 roku pozostało ok. 11.000 dni. Żeby w tym czasie osiągnąć poziom neutralności klimatycznej, musimy codziennie dostarczać do konsumpcji ponad 1 Mtoe czystej energii, które zastępować będzie taką samą ilość energii pochodzącej z paliw kopalnych” – pisze Pielke.

Autor artykułu zaznacza, że powyższy model byłby właściwy w przypadku stagnacji światowego zapotrzebowania na energię. To jednak ma rosnąć. „Międzynarodowa Agencja Energii szacuje, że globalna konsumpcja energii będzie rosnąć rokrocznie o 1,25% aż do roku 2040. Ten poziom wzrostu oznacza, że świat będzie potrzebował dodatkowej ilości ok. 0,5 Mtoe dziennie do 2050 roku. Oznacza to, że osiągniecie neutralności klimatycznej będzie wymagać pozyskiwania 1,6 Mtoe czystej energii dziennie na przestrzeni najbliższych 30 lat” – wskazuje.

Żeby zobrazować ten proces, Pielke posłużył się przykładem elektrowni jądrowej Turkey Point na Florydzie. „Ilość energii wyprodukowanej przez tę jednostkę w ciągu roku to mniej więcej 1 Mtoe. Matematyka jest zatem prosta: żeby osiągnąć neutralność klimatyczną w 2050 roku, świat musi oddawać do użytku 3 elektrownie Turkey Point co dwa dni od jutra przez trzydzieści lat. W tym samym czasie należy zamykać jednostki o takiej samej sprawności zainstalowane w paliwach kopalnych” – twierdzi.

energetyka24.com

- Wracając do tematów energetycznych, pracował Pan w ministerstwie energetyki podczas trwania prac nad Nord Stream.

To się zaczęło jeszcze przed rozpoczęciem przeze mnie pracy w ministerstwie.

- W 1997 roku.

Tak. Gdy zacząłem pracę w ministerstwie, ta koncepcja już istniała. Ideologia obchodzenia państw tranzytowych pojawiła się w Gazpromie już w połowie lat 90-tych.

- Jak ją tłumaczono?

Wynikało to z myślenia tunelowego. Jest państwo, z którym nie udaje się nam porozumieć. Co zatem należy zrobić? Wydać mnóstwo pieniędzy na projekty, które pozwolą je obejść.

- Ma Pan na myśli Ukrainę?

To się zaczęło od Gruzji. Pierwszym projektem był Blue Stream przez Morze Czarne. Jego celem była budowa gazociągu bezpośrednio do Turcji, z pominięciem Gruzji. Z nią były wówczas problemy odnośnie porozumienia tranzytowego.

Z Ukrainą były pewne problemy, choć nie tak znaczące jak później, ale już wtedy przewidywano taką możliwość. Wówczas powstał projekt North-European Gas Pipeline. Na „Nord Stream” przemianowano go już za głębokiego Putina. Prace nad tym gazociągiem zaczęły się jednak jeszcze w połowie lat 90-tych.

Z tym projektem związana jest zabawna historia. Gdy odszedłem z rządu, wciąż doradzałem Germanowi Grefowi, który był ministrem ds. reform gospodarczych. Był rok 2004, mniej więcej wtedy, gdy Putin kandydował na drugą kadencję. Gref zaprosił mnie na spotkanie. Byli na nim obecni również dwaj zastępcy prezesa Gazpromu. Pierwszym z nich był Ananienkow, lobbujący za Nord Stream. Drugim był Jurij Komarow, późniejszy szef projektu sztokmańskiego, który odpowiadał za eksport.

Na zebraniu doszło do kłótni między nimi. Bardziej współcześnie myślący Komarow mówił tak: "Panowie, gazociągi przechodzą do historii. Teraz liczy się LNG. Gazociągi nie są elastyczne. Wybudujecie jeden, coś się z nim nie uda i trzeba będzie budować kolejny, obchodzący ten pierwszy. Dzisiaj macie problem z Ukrainą, a jutro będziecie mieli na przykład z Niemcami".

Rzeczywiście już teraz są problemy z Niemcami, ponieważ realizują oni zapisy III Pakietu Energetycznego i pełne wykorzystanie przedłużenia Nord Stream - OPAL - zostało zablokowane. Nie jest to bezpośrednio niemiecką decyzją polityczną, ale Niemcy, jako członek UE, zmuszone są do przestrzegania prawa unijnego. Jest to problem poważniejszy niż z Ukrainą - ona nam nigdy nie blokowała możliwości przesyłowych.

Dlatego ja również zawsze powtarzałem, że należy inwestować w LNG. Gazprom nie wybudował jeszcze ani jednego terminalu skraplającego.

- Robi to Novatek.

Tak. Te zakłady, które istnieją w Rosji, należą do prywatnych firm. Jeden z nich został wybudowany przez Shell z Japończykami, a Gazprom go później po prostu zabrał. Drugi wybudował Novatek.

Gazprom - olbrzymi gigant gazowy - nie wybudował jeszcze ani jednego terminalu skraplającego!

Ta polityka się nie opłaca i jest nieelastyczna z punktu widzenia rynku. Budowa tych gazociągów to idiotyczna polityka.

Trzeba jednak pamiętać, że oprócz geopolityki jest jeszcze czynnik ekonomiczny. Są ludzie, którzy bardzo dobrze na tym zarabiają. Są to koledzy Putina - Timczenko i Rotenberg. To oni budują te gazociągi.

energetyka24.com

- Niedawno chciałem powiesić szafkę na ścianie, prosta sprawa. Nie ma wiertarki, zadzwoniłem do lokalnej złotej rączki. Facet usłyszał adres, głęboko westchnął i podbił cenę o dwie dychy. Jak przyjechał, okazało się dlaczego. Nie wystarczyła wiertarka udarowa, musiał przywieźć młot udarowy. Potężny sprzęt, a i tak nieźle się namęczył - opowiada mi mieszkaniec Ursynowa, Adam.

(...)

Żona poprosiła mnie o powieszenie zegara, nic trudnego. Wyciągnąłem z szafy wiertarkę, którą kupiłem w markecie. 10 minut później miałem dziurę o głębokości pół centymetra, skrzywione wiertło i dymiącą z wysiłku wiertarkę. Smród na całą chałupę. Wielka płyta mnie pokonała, ale już wiem czemu. Spotkałem na dole sąsiada, który popatrzył na mnie jak na łosia - mówi nam Piotr Nikliński, mieszkaniec warszawskiej Chomiczówki.

- Wytłumaczył, że spora część sąsiadów to ludzie, którzy budowali nasze osiedle. A jak budowali dla siebie, to nieźle się postarali i bloki mają wytrzymałość bunkra - dodaje.

money.pl

A tymczasem Wrocław pod wodzą prezydenta Dutkiewicza „wychodzi z Rzeczypospolitej”. Dowody, zdaniem Brauna? Powołanie Centrum im. Willy’ego Brandta przy Uniwersytecie, Niemiec prof. Klaus Bachmann w lokalnej „Gazecie Wyborczej”, tablica upamiętniająca Fritza Habera, wrocławskiego noblistę z przedwojnia oraz „World Games”. W inauguracyjnej części imprezy wykonana zostaje pieśń, która zawiera słowa: „To będzie miasto równych ludzi. Nie niemieckie. Nie polskie. Nie żydowskie. Nie rosyjskie i nie ukraińskie”. Braun informuje prokuraturę. Ta jednak – najwyraźniej opanowana przez służby, mafie i loże – nie wszczyna śledztwa.

Miasto bowiem przejęła obca agentura. Już wrocławscy pierwsi osadnicy w 1945 roku to, zdaniem reżysera, zaufani „sowieciarze”. Sztaby tzw. Północnej Grupy Wojsk Armii Czerwonej, Legnica ze słynną „małą Moskwą”, Świdnica – miasto, z którego dowodzona była operacja „Dunaj”, tajny bunkier pod Oławą, gdzie miało znajdować się jedno z centrów dowodzenia III wojną światową, WSI, SB, KGB, STASI, BND i GRU oraz Putin w pobliskim Dreźnie: wszystko to według Brauna świadczy, że na Dolnym Śląsku „mamy więcej postsowieckiej agentury na kilometr kwadratowy niż w jakimkolwiek innym regionie Polski. Sowieci zawczasu układają sobie klocki”, twierdzi.

Zaczynają już od stanu wojennego – procesu selekcji do nowej władzy, zaś Dolny Śląsk „mógł być poletkiem doświadczalnym” polskiej transformacji ustrojowej. Braun nie może się nadziwić, skąd tyle karier z tego regionu: Stanisław Ciosek, Bogdan Zdrojewski, Władysław Frasyniuk, Rafał Dutkiewicz, Barbara Labuda, Beata Sawicka, Mirosław Chlebowski, Józef Pinior, Jerzy Szmajdziński, Ryszard Czarnecki, Kazimierz Ujazdowski, Adam Lipiński, wszyscy są w tej „szajce”. A na jej czele stoi ówczesny właściciel Radia Eska, WKS Śląsk i barów Pan Smak, funkcjonariusz służb wstawiony przez SB do Solidarności, demonicznie inteligentny – tak, tak! – Grzegorz Schetyna. Wszyscy robią kariery, tylko nie Braun. Wrocław to bowiem jego zdaniem „polski Wiedeń” gdzie spotykają się „mafie, służby i loże” Tymczasem Braun z nikim takim się nie spotyka, nie ma stałej pracy, czuje się gnębiony i prześladowany.

krytykapolityczna.pl

Jednak niechęć firm do podnoszenia cen może nie tylko przyczyniać się do niskiego poziomu inflacji, ale również być jego konsekwencją. Gdy znacząco z roku na rok rosną ceny wszystkiego, tak jak w latach 70. i 80. ubiegłego wieku, firmy mogą ustalać realne, skorygowane o inflację ceny swoich produktów, bez obaw, że zniechęci to nabywców. Jeśli cena kufla piwa wzrośnie o 5,5 proc. po wielu latach podwyżek o 5 proc., to klienci nie zaczną szukać innych pubów. Paradoksalnie mogłoby się tak stać po podwyżce o zaledwie 0,5 proc., następującej po wielu latach braku wzrostów cen. W ten sposób spadająca inflacja może zwiększać „lepkość” cen. Chcąc zrekompensować sobie brak możliwości podnoszenia cen, firmy znajdują inne sposoby przerzucania kosztów na nabywców, takie jak np. zmniejszanie rozmiaru produktów lub obniżanie ich jakości.

Ta sytuacja ma także wpływ na rynek pracy. Bardzo dobrze znane jest zjawisko lepkości płac, zwłaszcza jeśli chodzi o ich ewentualną obniżkę. W środowisku niskiej inflacji przedsiębiorstwa tracą możliwość obniżania wynagrodzeń pracowników poprzez ich podnoszenie w tempie niższym od stopy inflacji, co ma poważne konsekwencje makroekonomiczne. Ekonomiści przypisują zjawisku lepkości płac wzrost bezrobocia podczas recesji. W obliczu zmniejszonego popytu, firmy zmuszone do obniżki cen nie mogą obniżyć płac, aby utrzymać marżę zysku. Zamiast tego zmniejszają więc produkcję i zwalniają pracowników.

Prężne firmy mogą jednak sięgać po inne rozwiązania: mogą zrobić z zatrudnieniem to, co zrobiono z czekoladowym batonikiem. Niektóre przedsiębiorstwa redukują koszty poprzez zwiększenie wartości produkcji przypadającej na pracownika, często poprzez wymuszanie na pracownikach wzrostu wydajności pracy. Znamienne jest, że wielkość produkcji na pracownika spada zwykle w okresie ekspansji gospodarczej, a rośnie podczas kryzysów, co jest dokładnym przeciwieństwem prawidłowości obserwowanych 40 lat temu, w warunkach wysokiej inflacji. Firmy mogą reagować na presję rynku zmniejszając świadczenia pracownicze. Sieć supermarketów Asda ogłosiła niedawno plany znacznej redukcji uprawnień urlopowych swoich pracowników w Wielkiej Brytanii. Przedsiębiorstwa mogą też narzucać pracownikom mniej dogodne harmonogramy pracy. Badania opublikowane w 2017 roku wskazują, że możliwość dostosowania godzin pracy pracowników z tygodnia na tydzień jest warta co najmniej 20 proc. ich wynagrodzenia. Z drugiej strony, w okresach prosperity firmy często decydują się nagradzać pracowników przywilejami i jednorazowymi premiami, zamiast podwyżkami płac, które trudniej jest cofnąć w czasie spowolnienia.

obserwatorfinansowy.pl

poniedziałek, 10 lutego 2020


Po spotkaniu z Jeffreyem turecki minister obrony gen. Hulusi Akar stwierdził, że Turcja domaga się stworzenia w północnej Syrii, przy granicy z Turcją na wschód od Eufratu, „strefy bezpieczeństwa” o szerokości 30-40 km (w głąb Syrii) i długości ok. 440 km, która kontrolowana byłaby przez armię turecką, przy wsparciu protureckich rebeliantów syryjskich. Ponadto Turcy chcą również zająć znajdujący się na zachód od Eufratu region Manbidż.

(...)

SDF przedstawiło własną propozycję strefy bezpieczeństwa, która, jak poinformował Mazlum Abdi, została dostarczona Turkom za pośrednictwem Jamesa Jeffreya. Zakłada ona, że strefa będzie miała szerokość 5 km, a nie 30-40 km. Ze strefy zostałyby wycofane kurdyjskie oddziały YPG, które Turcja uznaje za „filię PKK” (przy czym ani Amerykanie ani Francja czy Wielka Brytania, które również wspierają SDF na  miejscu, nie podzielają takiej percepcji). Zostałyby one zastąpione przez „siły lokalne” wsparte przez siły międzynarodowe, jednakże z wykluczeniem ewentualnej obecności Turcji w ich składzie, ze względu na to że Turcja jest stroną konfliktu. Abdi dodał, że SDF może się zgodzić na obecność Turków w składzie takich sił międzynarodowych tylko pod warunkiem, że jednocześnie Turcja zgodzi się na powrót do domu mieszkańców okupowanego przez nią w Syrii kurdyjskiego regionu Afrin i opuszczenie ich przez protureckich rebeliantów syryjskich i osadników z innych części Syrii. Proces ten miałby być nadzorowany przez lokalne władze cywilne Afrin, przy międzynarodowych gwarancjach. Abdi zadeklarował też gotowość wycofania wszelkiego ciężkiego sprzętu wojskowego ze strefy bezpieczeństwa jeśli Turcja zobowiąże się do nieagresji. SDF wyklucza też możliwość obecności w strefie protureckich rebeliantów, którzy w Afrin wsławili się grabieżami i porwaniami dla okupu.

Obie koncepcje strefy bezpieczeństwa (SDF-u i Turcji) są nie do pogodzenia, gdyż przyświeca im zupełnie inna idea. Motywacja SDF jest klarowna: wprowadzenie sił międzynarodowych w strefie bezpieczeństwa oznaczałoby bezstronną kontrolę uniemożliwiającą ataki i prowokacje z obu stron granicy. Turcja twierdzi, że stworzenie takiej strefy jest niezbędne dla jej bezpieczeństwa ze względu na rzekome zagrożenie ze strony PKK, która miałaby ją atakować ze strony syryjskiej. Dotychczas jednak do żadnych takich ataków nie dochodziło (pomijając oczywiste prowokacje tureckie takie jak wystrzelenie pocisku w kierunku Turcji z terytorium NES w trakcie wizyty McKenziego – sprawcy tej prowokacji zostali zresztą natychmiast aresztowani przez SDF). Wręcz przeciwnie, to tureccy żołnierze regularnie ostrzeliwują tereny NES (w ostatnim takim incydencie 31 lipca od kuli tureckiego snajpera zginął 14letni Kurd). Agenci tureccy dokonują również zamachów na terenie NES. I dlatego taka strefa byłaby przede wszystkim w interesie SDF gdyż nie tylko wytrąciłaby z rąk Turcji argumenty o rzekomym zagrożeniu ale również chroniłaby mieszkańców NES przed tureckimi prowokacjami.

Odrzucenie tej propozycji przez Turcję pokazuje natomiast, że Turcji nie chodzi o ochronę przed rzekomym zagrożeniem ataków terrorystycznych z terytorium Syrii. W istocie Turcja dąży do aneksji Syrii Płn. po to by z terenów tych wygnać miejscową ludność (zwłaszcza kurdyjską) i osiedlić na niej przebywających w Turcji syryjskich uchodźców z innych części Syrii (uchodźcy z terenów kontrolowanych przez SDF nie mają żadnych problemów jeśli chcą wrócić i większość z nich dawno to zrobiła). Taki scenariusz na mniejszą skalę został już zrealizowany w Afrin. Ponadto w całej tureckiej strefie okupacyjnej następuje systematyczne wprowadzanie tureckiej administracji i turkifikacja szkolnictwa. „Strefa bezpieczeństwa” według tureckiej koncepcji ma zatem przede wszystkim oddzielić tereny zamieszkane przez Kurdów w Syrii i Turcji przez stworzenie arabskiego pasa buforowego. Ludność w tym buforze zależna byłaby bardzo mocno od Turcji, a jej naturalnym wrogiem byliby Kurdowie (których mieszkania i ziemię zajęliby przecież właśnie ci nowi mieszkańcy). Podlegałaby też stopniowej turkifikacji, która mogłaby stanowić wstęp do formalnej aneksji (tak jak miało to miejsce w 1939 r. z sandżakiem Aleksandrietty). Jednocześnie pozbycie się Syryjczyków z terytorium Turcji byłoby spełnieniem oczekiwań znacznej części tureckiej opinii publicznej.

defence24.pl

Nastroje gospodarcze na świecie ulegają gwałtownym wahaniom, a okresy głębokiego niepokoju przeplatają się z falami optymizmu. Czasami trudno jest nadążyć za tymi zmianami. The Economist w latach 2015 i 2018 ostrzegał czytelników by przygotowali się na „kolejną recesję”, z przerwą w 2017 r., kiedy to wychwalał „zaskakujący rozwój światowej gospodarki”. Ostatnio okresy niepokoju i nadziei wydają się trwać coraz krócej.

Rynki rozpoczęły 2019 r. od wzrostów, a następnie pogrążyły się w niepokoju, po czym zaczęły ponownie rosnąć w ostatnich tygodniach. Istnieje pokusa, aby interpretować te gwałtowne wahania nastrojów jako nieudolne próby odnalezienia właściwej narracji pośród szumu informacyjnego.

Jednakże towarzyszą im bardzo realne wahania gospodarcze. Tempo wzrostu wymiany handlowej spadło w 2015 r., następnie zanotowało odbicie i obecnie wyhamowuje. Jak pokazują wskaźniki PMI, globalna produkcja reagowała na rynkowe zawirowania, spadając w 2015 r. i rosnąc w 2017 r., zanim ponownie spadła w tym roku do poziomów nienotowanych od czasów kryzysu w strefie euro. Wahania nastrojów nie są więc skutkiem szumu informacyjnego. Odzwierciedlają one wysiłki inwestorów próbujących zorientować się, jak będzie wyglądała równowaga, która wyłoni się ze wzburzonej światowej gospodarki.

Można by przypuszczać, że taka niepewność będzie normą. Światowa gospodarka, choć mocno zintegrowana, nie ma scentralizowanej, stabilizującej instytucji, takiej jak ministerstwo skarbu czy bank centralny.

obserwatorfinansowy.pl

niedziela, 9 lutego 2020


Z grubsza rzecz biorąc na świecie postrzega się relacje rosyjsko-chińskie na trzy sposoby. Po pierwsze, tak, jak w Rosji i Chinach - przez pryzmat „oficjalnego optymizmu”. Według tej optyki stosunki rosyjsko-chińskie są najlepsze w historii, Moskwa i Pekin zostawiły za sobą dawne spory i zbudowały model relacji będący wzorem dla innych mocarstw. Do tej oficjalnej narracji wkradną się czasem jakieś głosy rozbieżne, ujawnią się jakieś rosyjskie lęki, bądź chiński wielkomocarstwowy szowinizm. Ale to margines. Nawet pozwalający sobie na pewną krytykę swoich władz „niezależni eksperci” (cudzysłów celowy, bo w Rosji i Chinach bycie niezależnych ekspertem to funkcja, nie wybór) tacy jak Dmitri Trenin czy Fu Yin przyznają, że stan relacji Moskwy z Pekinem jest dobry.

Zupełnie inaczej patrzą na to na Zachodzie. Tam dominuje spojrzenie najlepiej uchwycone przez byłego australijskiego dyplomatę (pochodzenia chińskiego) Bobo Lo w książce The Axis of Convenience (i powtarzane w kolejnych tekstach). Według niego relacje rosyjsko-chińskie są cyniczne i oportunistyczne. Oparte na zasadzie „żyj blisko z przyjaciółmi i jeszcze bliżej z wrogami”. Przez to płytkie – stąd tytułowa „oś wygody”. Siłą niepartnerskiego związku Moskwy i Pekinu jest „antyrelacja” wobec USA. To powoduje, według tej narracji, ograniczenia i podatność na zmienne koleje losów relacji rosyjsko-amerykańskich i chińsko-amerykańskich.

Trzeba uczciwie przyznać, że ta wizja, filozoficznie wywodząca się z realizmu politycznego, ma solidne postawy. Zarówno Rosja, jak i Chiny politycznie nie mają złudzeń, nie wierzą w ideały ani postęp ludzkości w „cywilizowaniu” stosunków międzynarodowych. Według nich światem powinny rządzić mocarstwa wzajemnie szanujące własną suwerenność, strefy wpływów i nie ingerujące w swoje wewnętrzne sprawy (za to w sprawy pomniejszych państw – jak najbardziej). Mocarstwa będą dzięki temu równoważyć się wzajemnie, niczym w XIX-wiecznym bismarckowskim koncercie, co jest znacznie lepszym pomysłem na trwały pokój niż próby ujednolicenia świata poprzez narzucenie mu wspólnych demokratycznych wartości. Rzecz jasna inny jest realizm polityczny w Rosji („hobbesowski realizm”, z absolutnym prymatem siły – wszak „człowiek człowiekowi wilkiem” – oparty na leninowskiej zasadzie „kto kogo”), a inny w Chinach („moralny realizm”, z akcentem na moralne przywództwo mające poprzez dobry przykład przywrócić odpowiednią hierarchię – z Chinami na czele – stosunkom międzynarodowym i przez to zbudować trwałą światową harmonię).

Lecz co do zasady Rosja i Chiny się zgadzają: nie ma uniwersalnych zasad, mocarstwa są wobec innych „równiejsze”, a hegemonia amerykańska jest anomalią i już dawno powinna się skończyć.

Z tych wszystkich względów patrzenie na Rosję i Chiny przez pryzmat realizmu politycznego (w tym nurcie mieście się ostatnio modna intelektualnie geopolityka, będąca de facto zwulgaryzowaną wersją realizmu politycznego) jest tak popularne, by nie powiedzieć: naturalne. I ma sens. Ale ma też ograniczenia. Stricte realistyczne spojrzenie nie tłumaczy dlaczego Rosja i Chiny jeszcze nie rzuciły się sobie do gardeł. Czemu Rosja po kryzysie 2008 r. zbliżyła się do Chin, zamiast się od nich oddalić. Ani dlaczego do „odwróconego manewru Nixona” jakoś nie dochodzi.

Właśnie tu pojawia się trzecia szkoła patrzenia na relacje rosyjsko-chińskie: konstruktywistyczna. Opiera się ona na założeniu, że patrząc na politykę państwa, trzeba starać się zrozumieć interesy elit politycznych, a nie operować tak abstrakcyjnymi pojęciami jak „interes narodowy”. W państwach typu Rosja elity polityczne prędzej postąpią wbrew interesom państwa, niż zaryzykują naruszenie swoich kolektywnych interesów, a już tym bardziej – utratę władzy (co często równa się pozbawieniu majątku, a być może nawet życia).

A putinowska ekipa, po dekadzie wahania, uznały China za partnera bezpiecznego, który co prawda jest trudny w negocjacjach biznesowych, ale władzy czekistów nie obali, a i da zarobić jednemu czy drugiemu czynownikowi (Giennadijowi Timczencę, Igorowi Sieczinowi czy Dmitrijowi Rogozinowi na przykład).

Słowem: Chińczycy zdołali przekonać nieufne z zasady rosyjskie elity, że im nie zagrażają. Uczynili to dzięki cnocie powściągliwości: Chiny zyskują na relacjach z Rosją znacznie więcej niż vice versa – to „asymetryczne win-win” – ale nie wyzyskują tego, by zmuszać Rosję do ustępstw politycznych. Wolą nie drażnić niedźwiedzia. Ten układ nie jest idealny dla Rosji, ale jest do przyjęcia. To właśnie dlatego Kreml nolens volens pogodził się z chińską przewagą i postanowił ugrać na chińskich warunkach tyle ile się da. Widać to w kilku obszarach.

klubjagiellonski.pl

Zmiana stosunku do ChRL w amerykańskiej polityce zaczęła następować po tzw. trzecim kryzysie tajwańskim (1995-1996). Był to proces powolny, ewolucyjny i niezauważony przez wielu. Jego przejawem był m.in. tzw. Incydent Hainan z 2001 r., kiedy doszło do kolizji chińskiego myśliwca i amerykańskiego samolotu szpiegowskiego. Zwrot przeciwko ChRL został na pewien okres wyhamowany przez „11 września”, lecz w 2005 r., mimo trwającej wojny z terroryzmem, doszło do relokacji poważnych sił Marynarki Wojennej USA na Pacyfik. W 2008 r. Waszyngton dołączył do rozmów na temat Partnerstwa Transpacyficznego (Trans-Pacific Partnership, TPP), które pod jego wpływem stało się projektem nakierowanym na gospodarczą izolację ChRL. Wreszcie w 2012 r. Barack Obama zainicjował „zwrot ku Azji” (Asia Pivot) w polityce zagranicznej, co było jasną deklaracją, że USA nie będzie się biernie przyglądać chińskim ambicjom.

Chiński establishment obserwował te działania z niepokojem i na przestrzeni lat podejmował kontrdziałania – rozbudował marynarkę wojenną i zawarł szereg umów handlowych z państwami regionu. Mimo to polityka Donalda Trumpa, obejmująca drastyczną zmianę nastawienia amerykańskich elit do ChRL i wybuch wojny handlowej, zaskoczyła chińskich przywódców. Wynikało to w dużej mierze z przekonania, że USA słabnie, a entropia amerykańskiego systemu politycznego spowoduje, że Waszyngton nie będzie miał sił i możliwości, aby wdrożyć skuteczną politykę powstrzymania wzrostu ChRL. Duży wpływ na taką ocenę miał też fakt, że wiele agresywnych działań Rosji na przestrzeni lat spotkało się z minimalną reakcją Zachodu. Ogólnie uznano amerykańskie inicjatywy w Azji za przeszkodę, ale w dłuższej perspektywie niezdolne do zatrzymania trendu.

Co więcej, pomijając antychińską retorykę w okresie kampanii wyborczej, początek prezydentury Trumpa wydawał się korzystny dla Chin. Prezydent, niechętny umowom o wolnym handlu, podjął decyzję o wystąpieniu z TPP. W połączeniu z niekorzystnym wizerunkiem medialnym Trumpa wpisywało się to w akceptowaną przez chińskie elity narrację o „zmierzchu Zachodu”.

Jeszcze w pierwszej połowie 2018 r. uważano, że Trump zadowoli się zwiększeniem zakupu w Stanach Zjednoczonych takich produktów jak kukurydza, soja czy skroplony gaz, dlatego szybkość i agresywność działań administracji amerykańskiej, a przede wszystkim daleko idące żądania realnego zaprzestania nieuczciwych praktyk handlowych, były prawdziwym szokiem dla chińskiego establishmentu.

klubjagiellonski.pl

Elita jako całość, jako grupa wyraźnie odseparowana od reszty społeczeństwa, widzi w Zachodzie, a przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, zagrożenie lub w najlepszym razie wyzwanie dla KPCh i stworzonego przez nią państwa. W tym samym czasie dla indywidualnych członków establishmentu Zachód stanowi „bezpieczną przystań”, w której mogą ulokować kapitał i członków rodziny na wypadek, gdyby odwrócił się los i znaleźli się po przegranej stronie kolejnej intrygi. Dotyczy to osób zarówno ze średniego szczebla hierarchii partyjnej, jak i samych szczytów aparatu, których majątki ulokowane za granicą zostały ujawnione przy okazji publikacji tzw. Panama Papers.

Od końca lat 90. narastało wśród chińskich elit przekonanie, że Zachód przeżywa kryzys, a stopniowy wzrost ChRL jest nieunikniony i wynika ze swoistej „konieczności dziejowej”. Kulminacyjnym punktem był kryzys finansowy w 2007 r. – do tego momentu chińskie elity en mass uważały Zachód za agresywny i wrogi stworzonemu przez nie systemowi, ale zarazem kompetentny, mający przewagę. Kryzys spowodował ewolucję postrzegania relacji z Zachodem. Zaczęto również dostrzegać jego słabości.

Establishment przeszedł z postawy defensywnej na asertywną, a wręcz ofensywną, która charakteryzuje się przekonaniem, że KPCh stworzyła alternatywny wobec Zachodu model modernizacji. Pojawiły się nawet głosy, że z pewnymi modyfikacjami może być on wzorem dla innych państw rozwijających się, zdecydowanie lepszym od zachodniej demokracji. Towarzyszyła temu rosnąca duma z bezdyskusyjnych sukcesów ChRL, tj. rozwoju gospodarczego, wydźwignięcia z biedy setek milionów ludzi, zachowania stabilności wewnętrznej. Choć ostatnie z nich zostało osiągnięte brutalnymi metodami, nie stanowi dla elity dylematu moralnego, postrzegane jest jako niezbędna konieczność rozwoju i modernizacji.

klubjagiellonski.pl

W realiach społeczno-politycznych Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL) do elity, mającej realny wpływ na politykę państwa, można zaliczyć jedynie bardzo wąskie grono działaczy Komunistycznej Partii Chin (KPCh) i ludzi bezpośrednio z nimi związanych, zazwyczaj więziami rodzinnymi lub zależnością osobistą. Dlatego w przeciwieństwie do państw zachodnich w ramy establishmentu ChRL nie zaliczymy ani znanych naukowców i artystów, ani też dziennikarzy czy biznesmenów. Nawet jeżeli są oni członkami KPCh, to bez względu na to, czy znaleźli się w partii z własnej woli, czy dostali „propozycję nie do odrzucenia”, nie mają wpływu na politykę. Ich członkostwo w KPCh jest z jednej strony warunkiem sukcesu osobistego, ale równocześnie gwarantem posłuszeństwa.

Z około 90 mln członków KPCh dopuszczeni do życia wewnątrz partyjnego, na różnych poziomach struktury, są tylko działacze kadrowi, czyli mniej więcej 7,5 mln osób. Z tego na poziomie centralnym jest to relatywnie wąska grupa 3-4 tys. ludzi. Są to przede wszystkim członkowie Komitetu Centralnego (KC) KPCh (376 stałych członków i zastępców), ponadto kadra dowódcza Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (ALW; od dowódcy prowincjonalnego wzwyż), szefowie ok. 100 największych przedsiębiorstw państwowych (zarówno podporządkowanych rządowi centralnemu, jak i zależnych od poszczególnych ministerstw i władz prowincji), członkowie komitetów KPCh 31 jednostek terytorialnych stopnia prowincjonalnego (poza specjalnymi regionami administracyjnymi Hongkong i Makau) oraz emerytowani działacze najwyższego szczebla (tzw. starszyzna partyjna) razem z krewnymi, którzy choć nie zajmują żadnych stanowisk, to kontrolują ogrom spółek nomenklaturowych.

Ta relatywnie wąska grupa (mówimy o państwie mającym oficjalnie 1,38 miliarda obywateli) dzieli się wewnętrznie, tworząc powiązane rodzinnie klany partyjne i sektorowe grupy interesu. Ich wzajemne relacje, skryte za tzw. bambusową kurtyną, mimo że z zewnątrz robią wrażenie monolitu, to w rzeczywistości tworzą dynamicznie zmieniającą się sieć konkurujących interesów, której centrum stanowi KC KPCh.

Partyjny establishment, charakteryzujący się w przeszłości dosyć dużą homogenicznością, w wyniku reform gospodarczych i przemian społeczno-kulturowych, jakie zachodzą od ponad 30 lat, podlega postępującemu różnicowaniu się. Paradoksalnie równocześnie powoli zamyka się w sobie. Coraz trudniej do niego awansować, istnieje również coraz słabsza rotacja rodzin zaliczanych do elity. Mimo wszystko można znaleźć wspólne dla jej członków mianowniki. Jednym z nich jest ambiwalentny stosunek do Zachodu, którego podstawową cechą jest sprzeczność między głęboko zakorzenionym myśleniem grupowym a postrzeganiem indywidualnym.

klubjagiellonski.pl

czwartek, 6 lutego 2020


Wszędzie działy się cuda. Na jednym ze zdjęć w partyjnych gazetach widać było zdrowe dzieci, które stały na kłosach ryżu rosnącego na polu. Łany ryżu były tak gęste, że mogły unieść dzieci bez trudu. W Shaanxi wyhodowano koguta, który zniósł jajko. W szkole rolniczej wyhodowano świnie bez uszu i ogonów, ale za to cięższe i grubsze niż kiedykolwiek. Owce zaczęły rodzić pięć młodych zamiast jednego, dwóch lub trzech. Jedna z komun ludowych wyhodowała groch, którego ziarna ważyły pięćdziesiąt gramów, i dynie wielkie jak człowiek. Na drzewach kaki zaczęły rosnąć winogrona, a na gruszach – jabłka. Króliki krzyżowano ze świniami, a świnie z krowami. Krzyżując bawełnę z pomidorem, chłopi uzyskali czerwoną bawełnę.

Zachęcony tymi cudownymi nowinami sekretarz partii z Ailing, wioski w Henanie, postawił wyhodować ziemniaka ważącego siemdziesiąt kilogramów. Ale jak to zrobić? Sekretarz wezwał „masy” na spotkanie i zapowiedział, że ten, kto wyhoduje siemdziesięciokilogramowego ziemniaka, zostanie ogłoszony bohaterem pracy. Wszyscy patrzyli po sobie z przerażeniem. Minęła jedna godzina, potem druga, nikt nie miał odwagi wziąć na siebie tego zadania. W końcu wstał Zhang Fei i oznajmił, że nie chce zawieść przewodniczącego Mao, partii i narodu! Osiemdziesięciokilogramowy ziemniak to drobnostka.

Żeby zrealizować plan, rozkazał „masom” opróżnić wiejski zbiornik z wody i wypełnić go najlepszym nawozem. Połączenie wilgotnej ziemi i nawozu miało zapewnić sukces w hodowaniu największego ziemniaka w historii ludzkości. Cała wieś jęczała przerażona. Skąd wezmą wodę, jeśli opróżnią wszystkie zbiorniki? Ale Zhang nie zważał na zastrzeżenia, redaktorzy „Dziennika Ludowego” popędzili na miejsce, żeby obserwować cud. Przez parę następnych tygodni mieszkańcy wsi dzielili się na grupy robocze, które pilnowały kartofli przez całą dobę. Zamiast osiemdziesięciokilogramowych ziemniaków wykiełkowało kilka żałosnych badyli i projekt został porzucony.

Torbjorn Faerovik - Mao. Cesarstwo cierpienia

W ostatnich latach nastawienie zachodnich społeczeństw do technologii cyfrowych pogarsza się, w miarę jak zaczęły się ujawniać złe strony wychwalanych poprzednio innowacji. Jednak podobnie jak wszystkie rewolucje technologiczne, obecna jest obosiecznym mieczem, oferującym zarówno ogromne korzyści, jak i ciężkie wyzwania – i jest tak z pewnością nie tylko na Zachodzie.

Na przykład badania pokazują, że w Chinach handel elektroniczny i cyfrowe finanse przyczyniły się do przyspieszenia tempa wzrostu gospodarczego i zarazem promowały wzrost sprzyjający włączeniu społecznemu. Bardzo małe przedsiębiorstwa (zatrudniające średnio trzech pracowników), które nie miały wcześniej dostępu do konwencjonalnych źródeł kredytów, obecnie mogą pozyskać finansowanie. Za pośrednictwem różnych platform internetowych mają dostęp do szerszego rynku niż do tej pory. Wiele platform zapewnia narzędzia i dane, które umożliwiają zwiększanie wydajności, poprawę jakości oferowanych produktów i czerpanie korzyści ze szkoleń.

Ogólnie rzecz biorąc, platformy handlu elektronicznego wspomagają inkluzję finansową i ekonomiczną, o ile są otwarte i nastawione na poszerzanie dostępu do cyfrowych rynków, a nie na konkurowanie z liniami produktowymi własnych użytkowników. Ale oparta na technologiach cyfrowych automatyzacja, sztuczna inteligencja (AI) i uczące się maszyny nie wspierają inkluzji – ze względu na poważne zakłócenia na rynku pracy – i należy temu przeciwdziałać.

Zarazem, podobnie jak w poprzednich okresach transformacji technologicznej, w miarę dalszego rozwoju epoki cyfrowej powinniśmy się spodziewać znacznych zmian relatywnych cen towarów, usług i aktywów. Jeśli chodzi o miejsca pracy, wzrośnie wartość umiejętności związanych z tworzeniem lub korzystaniem z nowych technologii. Jednocześnie umiejętności, które zastępują technologie cyfrowe, gdyż są lepsze, będą tracić na wartości – a w niektórych przypadkach przestaną być potrzebne. To przejście do nowej równowagi wymaga czasu, a jego koszty ponosić będą poszczególni pracownicy i branże. Rządy będą musiały odpowiedzieć na te zmiany przy pomocy nowych lub rozszerzonych usług socjalnych i regulacji. Nawet w najlepszych przypadkach ten proces nie będzie łatwy.

Chociaż automatyzacja jest tylko jednym aspektem cyfrowej rewolucji, stanowi poważne wyzwanie, szczególnie jeśli chodzi o dystrybucję dochodów. Im dłużej to przejście będzie opóźniane, tym dłużej będziemy czekać na materializację pozytywnego wpływu nowych technologii na produktywność i wzrost gospodarczy. W dzisiejszych czasach komentatorzy często pytają, dlaczego dochodzi do osłabienia tempa wzrostu produktywności, skoro jesteśmy w samym środku cyfrowej rewolucji. Częściową odpowiedzią jest to, że istnieje pewne opóźnienie, jeśli chodzi o popularyzację umiejętności niezbędnych do wdrożenia nowych technologii w poszczególnych sektorach oraz w obrębie modeli biznesowych i łańcuchów dostaw.

(...)

Ujmując sprawę nieco szerszej – obecny postęp technologiczny stanowi pewną zagadkę makroekonomiczna, jako że trendy w zakresie wzrostu i produktywności wydają się zmierzać w złym kierunku. Oprócz opóźnienia w upowszechnianiu potrzebnych umiejętności, jednym z możliwych wyjaśnień – choć na pewno nie jest to pogląd większościowy – jest to, że cyfrowa „rewolucja” nie jest aż tak rewolucyjna, jak sądzimy.

Inne wyjaśnienie jest takie, że technologie cyfrowe mają zazwyczaj dość nietypowe (choć nie całkiem unikalne) struktury kosztów, w których wysokie koszty stałe zastępowane są zerowymi lub niskimi kosztami krańcowymi. W związku z tym średnie koszty niektórych kluczowych technologii są znikome, jeśli uwzględnimy ich wykorzystanie w szerokiej gamie zastosowań i lokalizacji geograficznych. Bardzo cenne, „darmowe” usługi, z których korzystamy, zostały w rzeczywistości właściwie wycenione według ich kosztu krańcowego.

Podobnie wykładniczy wzrost mocy i użyteczności produktów cyfrowych również może być osiągnięty przy minimalnych kosztach. Dzisiejsze smartfony mają większą moc obliczeniową niż superkomputery z połowy lat 80. XX wieku i kosztują ułamek ich ceny. Jest oczywiście możliwe, że wzrost mocy obliczeniowej o 10 tysięcy razy, który nastąpił na przestrzeni ostatnich 20 lat, przy znikomych dodatkowych kosztach, mógł przynieść konsumentom jedynie minimalne korzyści. Jest to jednak mało prawdopodobne.

obserwatorfinansowy.pl

Los Angeles słynie z hołdowania narcyzmowi i cielesności, ale od zawsze było również kolebką wielu nowych wyznań. W 1906 roku jednooki pastor William Seymour stworzył nowy ruch religijny w budynku przy Azusa Street, używanym dotąd jako stajnia. Przez kolejne trzy lata trwało tak zwane „przebudzenie”, podczas którego przybywały tam setki tysięcy pielgrzymów zwabionych nową formą wiary. Choć pogardliwie nazywano ich „Holy Rollers” [tarzającymi się świętymi] i krytykowano za mieszane nabożeństwa dla białych i czarnych wyznawców, wkrótce rozpoczęty przez Seymoura ruch zielonoświątkowy rozprzestrzenił się na cały świat i wciąż stanowi potężną siłę jako znaczący odłam chrześcijaństwa. W 1912 roku tuż poniżej miejsca, gdzie obecnie stoi znak „Hollywood”, założono teozoficzną „kolonię” o nazwie Krotona (jej członkowie uważali, że wzgórza są w tym miejscu „nasączone magnetycznie”). Inna organizacja, o nazwie Moc Obecności „JAM JEST” również rozpoczęła działalność w Los Angeles, skąd rozprzestrzeniła się na całą Amerykę (w 1938 roku miała około miliona wyznawców). Jej założycielami byli Guy i Edna Ballardowie, którzy twierdzili, że potrafią się porozumiewać z „wniebowstąpionymi mistrzami”. Guy napisał cieszącą się wielką popularnością książkę zatytułowaną Unveiled Mysteries [Odsłonięte tajemnice], w której opowiada o swoich podróżach przez stratosferę, wizytach w wielkich miastach starożytności oraz wydobywaniu z ukrycia dawno pogrzebanych skarbów – co nasuwa skojarzenia z opowieściami, które kilka dekad później snuł Hubbard. Do miasta zajeżdżali też tacy pisarze jak William Butler Yeats, D. H. Lawrence, Christopher Isherwood czy Aldous Huxley – każdego z nich pociągała sława Los Angeles jako centrum skupiającego wszelkie duchowe nowości.

Jedną z najsłynniejszych osób w historii amerykańskich ruchów religijnych była Aimee Semple McPherson. W 1923 roku nieopodal Echo Parku wybudowała Świątynię Anioła Pańskiego, w której próbowała połączyć tradycje zielonoświątkowców z hollywoodzkim umiłowaniem teatralności. Swoje kazania wygłaszała ze specjalnie przygotowanych „planów” stworzonych na scenie zaprojektowanej przez samego Charliego Chaplina, który mógł zarazem być jednym z hollywoodzkich kochanków Siostry Aimee (do związku z nią przyznawał się inny znany aktor Milton Berle). Lubiła się ubierać w mundur admiralski, a jej uczniowie nosili stroje marynarskie (wyprzedzając o kilka dekad przyszłe zamiłowania Hubbarda i członków Sea Org). Nastoletni Anthony Quinn grał w jej Kościele na saksofonie i tłumaczył kazania, które wygłaszała w dzielnicach meksykańskich. Gdy już został gwiazdorem, porównywał ją do największych aktorek, z którymi miał okazję pracować, w tym Ingrid Bergman i Katharine Hepburn: „Żadnej z nich nie udało się powtórzyć tego pierwszego porażenia, jakie wywołała we mnie Aimee Semple McPherson”.

Lawrence Wright - Droga do wyzwolenia

niedziela, 2 lutego 2020


W całych Stanach Zjednoczonych umierały tysiące ludzi pokroju Matta Schoonovera. Co roku więcej osób padało ofiarą przedawkowania narkotyków, niż ginęło w wypadkach drogowych. Do tego czasu proporcja ta była odwrotna. Większość zgonów wynikłych z przedawkowania narkotyków była następstwem przyjmowania opiatów – środków przeciwbólowych wydawanych na receptę lub heroiny. Jeśli za miarę przyjąć liczbę ofiar śmiertelnych, to ówczesna fala nadużywania opiatów była największą plagą narkotykową, jaka kiedykolwiek nawiedziła Stany Zjednoczone.

Epidemia objęła większą grupę osób i pozostawiła za sobą więcej trupów niż plaga cracku z lat dziewięćdziesiątych lub heroiny z lat siedemdziesiątych XX wieku. Towarzyszyła jej natomiast niemal całkowita cisza. Umierały dzieciaki z pasa rdzy w Ohio i pasa biblijnego w Tennessee. Najgorzej było w enklawach ekskluzywnych ośrodków wypoczynkowo-rekreacyjnych w Charlotte. Plaga dotknęła też Mission Viejo i Simi Valley w przedmiejskiej południowej Kalifornii, Indianapolis, Salt Lake City, Albuquerque, Oregon, Minnesotę, Oklahomę i Alabamę. Na każdy tysiąc umierających w danym roku przypadały kolejne tysiące uzależnionych.

Opiatowe tabletki przeciwbólowe okazały się nośnikiem, za pomocą którego heroina trafiła do głównego nurtu życia społecznego. Wśród uzależnionych pojawili się futboliści i cheerleaderki, a sam futbol okazał się niemal pewną drogą do uzależnienia od opiatów. Wracający z Afganistanu ranni żołnierze brali tabletki garściami i marli już w domu. Młodzież nadużywała ich na uczelniach i tam też umierała. Część uzależnionych pochodziła z wiejskich zakątków regionu appalaskiego, jednak większość należała do amerykańskiej klasy średniej. Mieszkali w domach z zadbanymi podjazdami, mieli nowe samochody, a w okolicznych centrach handlowych był Starbucks, Home Depot, CVS i Applebee’s. Znajdowały się wśród nich córki pastorów, synowie gliniarzy i lekarzy, dzieci przedsiębiorców, nauczycieli, właścicieli firm i bankierów.

Niemal wszyscy byli biali.

Sam Quinones - Dreamland

Obrońcy zawsze przedstawiali wolny rynek jako oazę zdrowej konkurencji. Zgodnie z tą narracją, firmy dążąc do prześcignięcia konkurencji w dostarczaniu konsumentom produktów o wysokiej jakości po coraz niższych cenach, czerpią zyski tylko z ciężkiej pracy i podejmowanego ryzyka – pisze w felietonie dla Bloomberga Noah Smith.

Oznacza to, że zyski korporacji powinny rosnąć mniej więcej w tempie całej gospodarki. Jeśli chodzi o ceny akcji, to mogą one zwiększać swoją wartość szybciej niż zarabiają firmy, jeśli rośnie apetyt inwestorów na ryzyko albo spadają stopy procentowe.

Sceptycy nowoczesnego kapitalizmu mają jednak swoją alternatywną narrację. Zbyt wiele firm, jak mówią, czerpie wartość z gospodarki, nie tworząc własnej wartości dodanej. Wykorzystując monopolistyczną władzę lub uprzywilejowane traktowanie ze strony skonfliktowanych albo przyjaznych im ideologicznie regulatorów, wielkie korporacje podnoszą ceny, obniżają płace i wywierają nacisk na dostawców z korzyścią dla swoich akcjonariuszy. Ekonomiści nazywają ten rodzaj korzyści rentą ekonomiczną.

(...)

Jak duża część wzrostu wartości rynkowej firm (...) jest wynikiem zwiększenia się renty ekonomicznej albo oczekiwanym wzrostem renty tego rodzaju? Ekonomiści Daniel Greenwald, Martin Lettau i Sydney Ludvigson uważają, że znają odpowiedź: większość. W niedawno opublikowanym artykule zbudowali oni model gospodarki, w której wartość wytworzona przez firmy mogłaby zostać arbitralnie przenoszona pomiędzy udziałowcami i pracownikami. Odkryli, że jej redystrybucja od pracowników do akcjonariuszy odpowiadała za 54 proc. wzrostu wartości akcji. Spadające stopy procentowe, rosnący apetyt inwestorów na ryzyko i wzrost gospodarczy stanowiły pozostałe 46 proc.

(...)

Pozostaje jednak pytanie: w jaki sposób akcjonariusze zdołali zwiększyć rentę ekonomiczną? W zdrowej gospodarce rynkowa konkurencja powinna pozbyć się tego typu rent, ponieważ nowe firmy wchodząc na rynek i rywalizując o udział w nim, oferują niższe ceny i wyższe płace do czasu, aż dodatkowe zyski firm (renty – przyp. red.) zanikną. W niektórych gałęziach przemysłu, jak produkcja półprzewodników, nadal tak się dzieje.

forsal.pl