piątek, 31 stycznia 2020


Kim właściwie są Bracia Muzułmanie? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba się cofnąć w czasie do 1928 roku w Ismailii, gdzie Hasan al-Banna, egipski działacz religijny, powołał do życia organizację, której celem było przygotowanie gruntu pod stworzenie nowego, prawdziwie muzułmańskiego społeczeństwa. Bracia nie nawoływali jednak do rewolucji. Spokojnie, bez pośpiechu wzywali do tworzenia lepszych muzułmańskich rodzin, lepszego muzułmańskiego społeczeństwa, by wreszcie w rezultacie – kiedyś, w przyszłości – powstało państwo funkcjonujące na podstawie Koranu i szariatu. – Bractwo ma reformatorską, a nie rewolucyjną naturę. Nie chce władzy tylko po to, by ją mieć. Chce jej jako środka, który pozwoliłby zaprowadzić szariat – mówił al-Banna.

W latach 40. Bracia stanowili masowy i wpływowy ruch. Członkami organizacji według różnych szacunków było od pięciuset tysięcy do miliona Egipcjan – a pamiętać trzeba, że Egipt liczył sobie wówczas zaledwie 18 milionów ludności. Popularność Braci wynikała z faktu, że jako jedna z nielicznych w tamtym czasie organizacji dbali o interesy zwykłych ludzi – zakładali szkoły i szpitale, fabryki, organizacje charytatywne. Ich działalność można pod tym względem porównać do tego, co robi libański Hezbollah – z tą różnicą, że aspiracją al-Banny nigdy nie było stworzenie partii politycznej sensu stricto.

Problemy zaczęły się, kiedy w ramach organizacji powstało aktywne skrzydło paramilitarne. Choć nigdy nie należało to do oficjalnej agendy stowarzyszenia, a kierownictwo nie pochwalało stosowania przemocy, od lat 40. XX wieku członkowie Braci angażowali się w wiele aktów przemocy i terroru, w tym zabójstwo pierwszego premiera Egiptu Mahmuda Nakrasziego. Poskutkowało to delegalizacją organizacji w 1948 roku i zleceniem zabójstwa al-Banny rok później.

Śmierć lidera nie położyła jednak kresu istnieniu organizacji. Kiedy al-Banna umierał w Kairze, w szpitalu w Waszyngtonie oczekiwał na operację usunięcia migdałków Sajjid Kutb. Ten filozof i dziennikarz, którzy przebywał w USA na stypendium egipskiego rządu, znał lidera Braci i jego dokonania. Byli rówieśnikami, obaj uczęszczali też – choć w różnym czasie – do kolegium nauczycielskiego Dar al-Ulum (Ziemia wiedzy) w Kairze. Choć wizja politycznego islamu, jaką reprezentowała organizacja al-Banny, była Kutbowi bliska, całe życie trzymał się od Braci z daleka. Zaszły jednak dwie zmiany – śmierć intelektualnego rywala otworzyła mu drzwi do wstąpienia w szeregi stowarzyszenia, a doświadczenie życia w Ameryce, wbrew temu, czego można by się spodziewać, wpłynęło na znaczną radykalizację jego poglądów.

Z dzienników Kutba i jego listów do przyjaciół wynika, że liberalne amerykańskie społeczeństwo raziło go pod wieloma względami. Solą w oku była mu swoboda seksualna i skupienie na wartościach materialnych. Nie odpowiadały mu nawet amerykańskie gusta i smaki oraz zbyt duży luz. „Jestem w restauracji – pisał do przyjaciela w Kairze – i na wprost mnie siedzi młody Amerykanin. Na koszuli zamiast krawata ma obrazek z pomarańczową hieną, a na jego plecach, które powinna okrywać kamizelka, widnieje grafitowy rysunek przedstawiający słonia. Oto tutejszy gust i dobór kolorów. A muzyka?! Zostawmy to na później”.

Sprzeciwiając się brytyjskiej dominacji nad Egiptem, Bracia rozpoczęli współpracę z Ruchem Wolnych Oficerów. Ta wojskowa junta, której przewodził charyzmatyczny młody pułkownik Gamal Abdel Naser, w 1952 roku dokonała przewrotu i obaliła króla Faruka. Po raz pierwszy od ponad dwóch tysięcy lat Egiptem zaczęli rządzić Egipcjanie. Wkrótce jednak się okazało, że wizje Braci i Wolnych Oficerów są w wielu punktach zbyt rozbieżne. Egipt Nasera miał być państwem nowoczesnym, egalitarnym i świeckim, co nie pokrywało się z wyobrażeniami Braci o islamskiej teokracji. Jak pisze Lawrence Wright w fenomenalnym reportażu Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę, spór zaczął się w istocie sprowadzać do pytania, czy społeczeństwo egipskie powinno mieć charakter militarny czy też religijny.

Kutb wrócił do Egiptu w 1951 roku jako autor wydanego podczas jego pobytu w USA dzieła Sprawiedliwość społeczna w islamie, które ugruntowało jego pozycję muzułmańskiego myśliciela. Wstąpił w szeregi Braci Muzułmanów, zostając jednym z ich najbardziej radykalnych ideologów. Początkowo często spotykał się z Naserem, który oferował mu wysokie posady państwowe. Kutb jednak zdecydowanie odrzucał świecki nacjonalizm, jaki reprezentował Naser, i coraz mocniej angażował się w działania Braci, zmierzających ku otwartemu starciu z Naserem.

Konflikt stopniowo eskalował, aż 26 października 1954 roku podczas wiecu Nasera w Aleksandrii jeden z członków Braci oddał w jego kierunku strzały. Żadna z kul nie dosięgła prezydenta, nieudany zamach zapewnił mu za to popularność, jaką nie cieszył się nigdy wcześniej. Naser odsunął Braci Muzułmanów od udziału w rządzeniu państwem, a setki członków organizacji – na czele z Sajjidem Kutbem – wtrącił do więzień. Sześciu spiskowców od razu powieszono, tysiące zesłano do obozów. Mimo to grupa nadal funkcjonowała w świadomości egipskiego społeczeństwa jako populistyczna alternatywa dla reżimu wojskowych, który nie miał nic wspólnego z zapowiadanym państwem opiekuńczym, a w dodatku raz po raz ponosił porażki militarne w potyczkach z Izraelem.

W 1966 roku Kutba i 42 osoby działające pod jego przywództwem postawiono przed sądem. Po trzymiesięcznym procesie ideologa skazano na karę śmierci. Podstawą do skazania była cienka książeczka, którą udało mu się napisać w więzieniu i z pomocą współpracowników wyeksportować na zewnątrz. Kierunkowskazy, zbiór antyzachodnich haseł, komentarzy do islamu, historii świata arabskiego i aktualnej sytuacji w Egipcie, cieszyły się swego czasu wielką popularnością wśród książąt dżihadu na całym świecie. Zaczytywali się w nich m.in. Osama bin Laden i palestyńscy bojownicy. Kutb przyjął wyrok ze spokojem. „Bogu niech będą dzięki – miał oświadczyć. – Przez piętnaście lat prowadziłem dżihad, aż w końcu zasłużyłem na męczeńską śmierć”.

Po śmierci Nasera w 1970 roku obowiązki prezydenta objął, zgodnie z konstytucją, dotychczasowy wiceprezydent Anwar as-Sadat. Ten wykonał ukłon w stronę Braci, doprowadzając do przyjęcia nowej konstytucji z wyraźnymi islamskimi akcentami – szariat został w niej wskazany jako jedno ze źródeł prawa. Kazał także usunąć wartę honorową sprzed mauzoleum Nasera, co stanowiło dla Braci słodką chwilę triumfu. Gest prezydenta okazał się jednak niewystarczający. W 1979 roku, po podpisaniu porozumienia z Izraelem w Camp David, radykalni islamiści oskarżyli prezydenta o zdradę. Nie pomogły wymierzone w nich zmasowane represje – trzy miesiące po podpisaniu traktatu Sadat zginął w zamachu z ręki członka Egipskiego Dżihadu. Władzę w kraju znów objął wiceprezydent – marszałek sił powietrznych Hosni Mubarak.

Rządy Mubaraka, po Naserze i Sadacie, to trzeci akt tego samego dramatu. Jedną z pierwszych decyzji nowego prezydenta było wprowadzenie stanu wyjątkowego, który trwał nieprzerwanie przez cały okres jego rządów. Początkowo prezydent stosował ostre represje, zbiorowe aresztowania i tortury, których ofiarami byli członkowie organizacji islamskich, w tym Braci Muzułmanów i ich różnorakich odłamów.

Złagodził jednak linię, gdy się okazało, że działania te nie przynoszą spodziewanych rezultatów. W 1984 roku Mubarak ponownie zalegalizował działalność Braci, ale tylko jako organizacji religijnej i dobroczynnej. Skutecznie posługiwał się nią jednak jako straszakiem w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem. Egipt, przywołujący widmo irańskiej rewolucji z 1979 roku oraz będący gwarantem „zimnego pokoju” w regionie dzięki układowi z Izraelem, przez cały okres rządów Mubaraka był odbiorcą gigantycznej pomocy wojskowej od Stanów Zjednoczonych. Miliardy dolarów z Białego Domu były jednym z silnych fundamentów egipskiej dyktatury.

Drugim, wewnętrznym fundamentem była niepisana umowa między państwem a społeczeństwem. W zamian za niezłe warunki życia, jakie zapewniał Egipcjanom reżim, przymykali oko na jego autorytarne zapędy. W miarę jednak jak państwo przestawało wypełniać swoją część zobowiązania, zmagając się ze złożonymi problemami gospodarczymi i znacząco ograniczając subsydia, zanikać zaczęła jego legitymacja. Rząd coraz częściej musiał się uciekać do przemocy. Rosnące niezadowolenie społeczne starali się umiejętnie kanalizować Bracia, którzy w 2005 roku uzyskali rekordową liczbę miejsc w egipskim parlamencie.

krytykapolityczna.pl

Przedsiębiorstwo to jest największą platformą handlową Europy, z obrotem dwukrotnie większym, niż wykazuje dwudziestu kolejnych konkurentów łącznie. Kiedy jego prezes zarabiał w 2017 roku 2,16 miliona dolarów na godzinę, jego pracownicy mieli być wdzięczni za ustawową płacę minimalną, która w Unii Europejskiej wynosi od 1,42 do 11,27 euro za godzinę.

W 2017 roku Amazon miał globalny obrót wielkości około 210 miliardów euro, o 31 procent więcej niż rok wcześniej. Firma zatrudnia na całym świecie ponad 600 tysięcy pracownic i pracowników. Z kapitalizacją na poziomie ponad 730 miliardów euro należy do najbardziej wartościowych spółek notowanych na giełdzie. Zysk przedsiębiorstwa wyniósł około 11 miliardów euro, ale za sprawą układu z luksemburskim nadzorem finansowym w latach 2003–2014 Amazon nie płacił podatków od 75 procent swego obrotu.

Na dłuższą metę ekonomia platformowa zagraża stabilności oraz stanowi budżetów państw, w których koncerny faktycznie zarabiają pieniądze, ale nie płacą podatków. 

(...)

Amazon generuje obroty na cztery sposoby: jako jeden z największych sklepów internetowych, jako organizator zdecydowanie największego rynku online dla stron trzecich, jako jeden z największych oferentów usług sieciowych oraz jako dostawca zamówionych towarów. W przypadku niektórych grup produktów koncern jest tak silny, że niezależni sprzedawcy zdani są na rynek Amazona, aby w ogóle móc dotrzeć do klientów. Wiele wskazuje na to, że Amazon stosuje rozmaite strategie, aby samą swą rynkową siłą wypierać innych z rynku, np. przez oferowanie kopii produktów czy zaniżanie cen.

Sprzedawcy stawiają jednak opór. W efekcie licznych skarg toczy się obecnie kilka postępowań przeciw Amazonowi w sprawie konkurencji. Niemiecki Urząd Antymonopolowy już w 2018 roku otworzył postępowanie w sprawie takich nadużyć, a rok później poszedł w jego ślady austriacki Federalny Urząd Konkurencji. Jak jednak mają się sprawy z zatrudnionymi w firmie?

Gwałtowny wzrost Amazona dokonuje się kosztem pracowników oraz systemów zabezpieczenia społecznego w krajach, gdzie funkcjonuje. Według raportów międzynarodowej organizacji zrzeszającej związki zawodowe sektora usług, UNI Global Union, strategia koncernu opiera się na brutalnej pracy na akord, wykonywanej pod stałą kontrolą z zastosowaniem najnowocześniejszych technik nadzoru. W czasie 10-godzinnej zmiany zatrudnieni przechodzą od 16 do 20 kilometrów i przenoszą łącznie 50 ton kartonów dziennie. Oczekuje się od nich, że w ciągu godziny odprawią 300 paczek; przerwy w pracy często ledwie starczają na wyjście do toalety. W ciągu trzech lat wskutek wypadków lub przeciążenia pracą tylko w jednym zakładzie Amazona 600 razy wzywano karetki pogotowia. 87 procent zatrudnionych odczuwało trwałe bóle spowodowane wykonywanymi w pracy czynnościami.

(...)

Im większa jednak siła rynkowa przedsiębiorstwa, tym łatwiej mu wymuszać własne (nieuczciwe) warunki na kontrahentach. Dlatego Traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej przewiduje zakaz nadużywania dominującej pozycji na rynku. To dość oczywiste, że Amazon ze względu na swą potrójną funkcję – rynku obrotu, sprzedawcy i dostawcy – ma dominującą pozycję, a w handlu internetowym jego udział w rynku wynosi już ponad 50 procent. Przez efekt sieciowy oraz przewagę skali firma winduje swą pozycję jeszcze bardziej i wypiera konkurentów wedle reguły „zwycięzca bierze wszystko”. To oczywiście fatalny trend z punktu widzenia pozostałych uczestników rynku, jak również osób zatrudnionych w tej firmie. Dzięki pozycji monopolisty łatwo jest Amazonowi łamać strajki na rzecz przyzwoitych płac przez wynajem pracowników agencyjnych lub przenoszenie zakładów do innych państw członkowskich UE, gdzie płaca minimalna jest niższa.

krytykapolityczna.pl

Nie jest tajemnicą, że od wielu lat wielki biznes nie ma najlepszej prasy. Badania pokazują, że młodzi ludzie na całym niemal świecie są raczej anty-kapitalistycznie nastawieni, a duże korporacje traktują często jako zło wcielone. Nawet w USA – kolebce kapitalizmu korporacyjnego – badania naukowców z Harvard University pokazały, że tylko 42 proc. osób w wieku od 19 do 29 lat popiera kapitalizm (51 proc. go nie popiera). Z ankiety instytutu Gallupa przeprowadzonej wśród Amerykanów w 2016 r. wynika, że wielkie korporacje nie cieszą się zaufaniem społecznym – gorzej niż one postrzegany jest jedynie Kongres (stąd zapewne wielka popularność amerykańskiego serialu z gatunku dramatu politycznego „House of Cards”). Obserwując wypowiedzi i zachowania niektórych naukowców, można dojść do wniosku, że na uniwersytetach rozpoczęła się – i to już dawno – pełzająca marksistowska rewolucja.

Wiele śmiałości pokazał więc znany amerykański ekonomista i publicysta, profesor George Mason University Tyler Cowen, publikując „Big Business: A Love Letter to an American Anti-Hero” (St. Martin’s Press, 2019). Jak sam pisze we wstępie: „Biznes stał się niedoceniany. Napisałem więc książkę na pierwszy rzut oka kontrariańską, która wcale taką w istocie rzeczy nie jest. […] Biznes produkuje większość rzeczy i usług, które wszyscy konsumujemy. Poza tym daje nam pracę. Bez wielkiego prywatnego biznesu nie mielibyśmy statków, pociągów, samochodów, elektryczności, wielu produktów spożywczych, wielu leków, telefonów, książek i wielu, wielu innych przydatnych rzeczy oraz usług.”

Zdaniem autora „Big Business”, za spaczony obraz wielkiego biznesu odpowiedzialne są głównie media. „Chodzi o to, że media – nie tylko telewizja, ale także blogi czy media społecznościowe – prezentują głównie ciemną stronę rzeczywistości korporacyjnej. Skandale korupcyjne, seksualne czy wszelkiego innego rodzaju – ostatnio ich synonimem stały się nazwy takich firm, jak Theranos, Volkswagen czy Wells Fargo – to jest to, o czym słyszy odbiorca mediów. Nie słyszy on natomiast o wielkich sukcesach prywatnych firm. A takich nie brakuje. Największym z nich jest to, że codziennie pomagają one podnosić poziom życia nas wszystkich. […] Nawet tak wybitni publicyści jak na przykład Rana Foroohar nie unikają pejoratywnych określeń odnośnie takich przedsiębiorstw, jak Google, Amazon, Apple czy Facebook. Tymczasem te korporacje Big Tech zaoferowały całemu światu rewolucyjne rozwiązania za śmieszną wręcz cenę, która czasami wynosi zero” – zwraca uwagę prof. Cowen. I dodaje, że wielce niepokojące jest pojawienie się i wzrost popularności takich jawnie anty-kapitalistycznych mediów, jak „The Jacobin”.

Według Tylera Cowena wielki biznes nie tylko dostarcza rzeczy materialnych, czy związanych z ogólnie i szeroko pojmowaną sferą profanum, ale także propaguje szlachetne wartości. Zdaniem autora „Big Business” nie ma rozwoju wielkich korporacji bez właściwej jakości zarządzania. A nie ma zarządzania na poziomie bez zaufania. „Zaufanie pozwala na decentralizację procesu decyzyjnego. Dzięki temu menedżerowie stojący na szczycie korporacyjnej hierarchii nie stają się hamulcowymi. Firma oparta na zaufaniu może rozwijać się szybko i być bardzo fleksybilna” – wskazuje profesor George Mason University.

Mało tego. Prof. Cowen uważa, że wielki biznes przyczynia się pośrednio do upowszechniania się takich wartości, jak miłość, przyjaźń czy kreatywność. „Firmy takie jak McDonald’s, General Electric czy Procter & Gamble wprowadziły wspólną opiekę zdrowotną dla par jednopłciowych wiele lat przed tym, jak Sąd Najwyższy zalegalizował małżeństwa homoseksualne. Z kolei Apple, Pfizer czy Microsoft opowiadały się za prawami osób transpłciowych. Wielki biznes nie chce, by jakakolwiek grupa osób była dyskryminowana. Chęć maksymalizacji zysku w czasach social media powoduje, że korporacje muszą być wzorem inkluzywności i tolerancji” – stwierdza autor „Big Business”. Poza tym, jak wskazuje prof. Cowen, korporacje dają ludziom okazję do interakcji z innymi ludźmi o podobnych poglądach, inteligencji, umiejętnościach czy kodzie kulturowym. „Połowa Amerykanów przyznaje, że ma w pracy serdecznych przyjaciół” – podkreśla naukowiec.

Prof. Cowen uważa, że amerykańskie wielkie korporacje były i są szczególnie efektywne na tle konkurencji z innych regionów świata głównie dzięki mechanizmowi „kreatywnej destrukcji”. Chodzi o to, że w USA gra jest ostra – najsłabsi szybko wypadają z rynku, brutalnie weryfikowani przez bezwzględnych klientów, nie znajdując oparcia w państwie. Inną zaletą amerykańskiego kapitalizmu jest – według Cowena – umiejętne kierowanie strumieniem najzdolniejszej siły roboczej. „Ameryka jest wyjątkowo dobra w łączeniu talentów i wyciskaniu z nich maksa, dla dobra firm i dla dobra klientów tychże firm” – uważa naukowiec.

/xDDD - red./

obserwatorfinansowy.pl

William H. Dow, Anna Godoy, Christopher A. Lowenstein i Michael Reich przygotowali pracę „Can Economic Policies Reduce Deaths of Despair?” (Czy polityka ekonomiczna może redukować liczbę tragicznych śmierci?). Autorzy zwracają uwagę, że od 2014 r. spada w USA oczekiwana długość życia, odwracając, trwający wiek, trend wydłużania średniej długości życia.

Spadek oczekiwanej długości życia wynika z tzw. „śmierci z desperacji” czy zgonów będących wynikiem nadużywania alkoholu, narkotyków i samobójstw, które głównie dotyczą Amerykanów bez ukończonych studiów. Autorzy postanowili sprawdzić, jak na tę charakterystykę wpływały zmiany w wysokości płacy minimalnej oraz tzw. zarobionych kredytów podatkowych (ang. Earned Tax Credit – ETC – rodzaj ulgi podatkowej dla osób z niższymi zarobkami). Wykorzystali do tego dane z lat 1999-2015.

I okazuje się, że wzrost płacy minimalnej o 10 proc. powoduje spadek samobójstw nie związanych z zażywaniem narkotyków wśród osób bez wyższego wykształcenia o 3,6 proc. Wskaźnik ten spada aż o 5,5 proc. gdy ulga podatkowa ETC rośnie o 10 proc. Autorzy wyliczają, że podniesienie zarówno płacy minimalnej, jak i ulgi podatkowej o 10 proc. zapobiegłoby 1230 samobójstwom rocznie.

obserwatorfinansowy.pl

sobota, 25 stycznia 2020


Brałaś udział w tworzeniu wielu analiz naukowych na temat zagranicznej dezinformacji w Europie Środkowej. Jacy aktorzy chcą wpływać na ten region?

Katarina Klingova: Są to podmioty zarówno oficjalne jak i nieoficjalne, państwowe i pozapaństwowe, ale głównym aktorem, który chce wpływać na region, jest Rosja.

Coraz więcej osób mówi także o wpływach Chin, ale nie jest to temat, na którym aktualnie się koncentrujemy, być może w przyszłości.

Jakie są główne narzędzia rosyjskiego wpływu?

Rosja jest gotowa wykorzystać każdego, kto będzie służył jej celom, ale poszczególne narzędzia wpływu zależą od danego kraju. Na Słowacji mamy wielu otwarcie prorosyjskich polityków. Istnieje też wiele organizacji pozarządowych, które próbują promować kulturową bliskość z Rosją.

Na Węgrzech z kolei mamy inny model – rosyjski wpływ rezonuje z narracjami węgierskiego rządu. Nasi partnerzy z Węgier twierdzą, że czasami trudno jest stwierdzić, gdzie kończy się narracja rządowa, a gdzie zaczyna narracja rosyjska. Co więcej, duża część rosyjskiej narracji czy dezinformacji na Węgrzech jest rozpowszechnia przez media głównego nurtu, które są kontrolowane przez rząd.

W jaki sposób w krajach naszego regionu konstruuje się te narracje?

Jedna z głównych narracji, która jest rozpowszechniana poprzez prokremlowskie ulotki dezinformacyjne, opiera się na kwestionowaniu przynależności krajów Europy Środkowo-Wschodniej do Unii Europejskiej i NATO. Narracja ta wykorzystuje obecne w krajach Grupy Wyszehradzkiej odczucie, że państwa te mogą stać się pomostem między Wschodem a Zachodem. Było to dobrze słyszalne na Słowacji w latach 90. XX wieku, szczególnie w retoryce Vladimira Meciara, który miał dobre relacje z Kremlem.

Inne narracje podkreślają, jak ważna dla gospodarek regionu jest Rosja. Nie chcę nie doceniać gospodarczej roli Moskwy w Europie Środkowej, ale jeśli przyjrzymy się twardym liczbom, to państwa regionu w sensie gospodarczym w większości są powiązane z Unią Europejską.

Kolejny typ narracji próbuje przedstawiać Władimira Putina jako obrońcę tradycyjnych wartości i rodziny w obliczu np. ruchów LBGTI, upadającego Zachodu czy homogenicznych społeczeństw, które są zagrożone migracją. Współgra to z narracjami niektórych rodzimych polityków w Europie Środkowej. Np. nastroje antyimigranckie są mocno wykorzystywane przez środkowoeuropejskich populistów.

Jakie tematy są szczególnie chętnie wykorzystywane w kampaniach dezinformacyjnych?

To zależy od kraju. Na Słowacji większość kampanii dezinformacyjnych skupia się wokół NATO. Słowacy są nastawieni bardzo prounijnie, ale agresja wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w sierpniu 1968 roku sprawiła, że do dziś obawiają się jakiejkolwiek obecności zagranicznych wojsk. Dlatego za każdym razem, gdy odbywa się konwój NATO czy transport sprzętu wojskowego przez Słowację, to pojawiają się ulotki dezinformacyjne ostrzegające przed przygotowaniem do inwazji lub powtórki sierpnia 1968. Transporty wojskowe są w nich przedstawiane w nawiązaniu do Sojuszu Północnoatlantyckiego, który określa się mianem agresora. Ulotki te kreślą się jako alternatywne media, które dają ludziom informacje celowo ignorowane przez media głównego nurtu.

W przypadku Czech sytuacja wygląda nieco inaczej. W przeciwieństwie do Słowaków, Czesi są eurosceptyczni, ale bardzo popierają swoje członkostwo w NATO. Dlatego spotykane tam ulotki dezinformacyjne wykorzystują antyeuropejskie nastroje. Jest to możliwe i stosunkowo łatwe, ponieważ niektórzy czescy politycy także grają na tych emocjach.

A w Polsce i na Węgrzech?

W Polsce poparcie dla NATO i Unii Europejskiej jest stosunkowo wysokie, więc prokremlowska dezinformacja opiera się na czymś innym – na pretensjach i niezgodach historycznych, szczególnie pomiędzy Polską a Ukrainą.

Węgry są jeszcze innym przykładem. W największym stopniu narracje związane z dezinformacją wykorzystują sentyment antyimigrancyjny. Ulotki dezinformacyjne opierają się na przekonaniu, że obywatele Unii Europejskiej są stopniowo zastępowani przez imigrantów. Duża kampania wymierzona w imigrantów na Węgrzech była wspierana przez rząd tego kraju i wykorzystywała podobną narrację.

Celem publicznych kampanii na Węgrzech były również organizacje pozarządowe pomagające imigrantom. Oskarżano je, że są finansowane przez zagraniczne podmioty sponsorowane z zewnątrz, głównie przez George’a Sorosa. Niektórzy widzą go dosłownie wszędzie. Liczba rzeczy, które Soros potrafi zrobić w kilku miejscach w różnych krajach w ciągu jednego dnia, jest niesamowita.

Oczywiście antyeuropejski sentyment na Węgrzech również jest obecny i może być niekiedy wyrażany w paradoksalny i zaskakujący sposób. Podam przykład: w 2014 roku otwarto nową linię metra w Budapeszcie. Inwestycję tę finansowano m.in. ze środków UE, ale realizowały ją firmy rosyjskie. Gdy, już po ukończeniu budowy, wchodziło się do metra, z jednej strony można było zobaczyć duże tablice informujące o finansowaniu tego projektu z Unii, a zaraz obok plakaty kampanii antyeuropejskiej węgierskiego rządu.

forsal.pl

piątek, 24 stycznia 2020


Od lat istnieją dwie interpretacje na temat porządku społeczno-ekonomicznego w Polsce. Pierwsza interpretacja („optymistyczna”), dominująca w publicznym dyskursie, mówi, iż (neoliberalny) porządek społeczno-ekonomiczny w naszym kraju został ukształtowany w trakcie ostatnich trzech dekad w sposób zasadniczo poprawny, biorąc pod uwagę punkt wyjścia oraz wyzwania modernizacyjne. Druga interpretacja, „krytyczna”, ocenia porządek społeczno-ekonomiczny jako niesprawiedliwy i odrzuca argumenty o jego zasadniczej bezalternatywności.

Optymiści od zawsze wskazywali na dwie przesłanki legitymizujące istniejący stan rzeczy. Po pierwsze, o ile podział dochodu narodowego z roku na rok stawał się coraz bardziej nierówny względem czasów PRL, o tyle ogólne tempo wzrostu dochodu narodowego sytuowało nas w wąskim gronie kilku liderów wzrostu w regionie (razem z m.in. Estonią i Słowacją). Gospodarczy „tort”, chociaż nierówno dzielony, zaczął solidnie rosnąć. Po drugie, charakter transformacji pozwolił uniknąć jednoznacznie oligarchicznego ustroju, na co zdawały się wskazywać dostępne dane o rozkładzie dochodu, na czele z tzw. wskaźnikiem Giniego, nieodbiegające w wyraźny sposób od poziomów notowanych w wielu krajach Europy Zachodniej, będącej wzorem i celem polskiego „nadganiania”.

Interpretacja optymistyczna była w latach dziewięćdziesiątych hegemoniczną, ze względu na absolutną przewagę medialną ośrodków akceptujących neoliberalny, mocno wolnorynkowy sposób kształtowania regulacji społeczno-ekonomicznych. Działo się tak również z uwagi na bardzo wysoki poziom akceptacji nowego porządku przez społeczne elity, w tym elity merytokratyczne, obsadzające kluczowe instytucje państwa. Główne osie konfliktów politycznych również nie przebiegały w ostry sposób wokół kwestii podziału dochodu narodowego, a częściej wokół kwestii tożsamościowych, afer, lub abstrakcyjnego albo uzasadnionego odczucia technokratycznej „niekompetencji” tej lub innej władzy (chociaż kwestie gospodarcze grały swoją rolę w wyborach, np. w roku 2001). Efektem było spore przyzwolenie na bezalternatywny porządek neoliberalny.

Jeszcze 10-15 temu interpretacja krytyczna była absolutnym marginesem w dyskursie medialnym. Jedynymi mediami skłaniającymi się ku tej interpretacji były media Tadeusza Rydzyka oraz zupełnie niszowe wydawnictwa prospołeczne, takie jak „Nowy Obywatel”. Politycznie, do momentu radykalizacji retoryki Prawa i Sprawiedliwości, opcja ta również znajdowała się w mniejszości, znajdując wyraz w formacjach zdobywający poparcie około jednej czwartej elektoratu (LPR, Samoobrona). Stopniowo, w ciągu ostatnich kilkunastu lat środowiska prawicy coraz mocniej zaczęły kwestionować porządek społeczny i zbliżać się do pozycji krytycznej. Prawicowa wersja interpretacji krytycznej opisywała prawdziwe symptomy, jednak stawiając diagnozę w większości fałszywą. Wskazywała na „złe elity” jako winnych społecznych bolączek, w tym ubóstwa i rozwarstwienia. Jedyną odpowiedzią byłaby wymiana elit na „dobre”.

To podejście odległe jest od rzetelnej analizy podstawowych uwarunkowań systemowych rosnących nierówności i innych plag społecznych, przedstawianej przez środowiska prospołeczne. Te uwarunkowania to, m.in. miękki kodeks pracy, słaba kontroli jego przestrzegania, niewielka rola dialogu społecznego, niewielki udział dużych przedsiębiorstw w gospodarce, słabnąca pozycja przedsiębiorstw państwowych, samorządowych i spółdzielczych, prywatyzacja dużej części naturalnych nierynkowych monopoli, czasowe ustanowienie renty sektora finansowego na części systemu emerytalnego (tzw. OFE), faktycznie nieprogresywny system podatkowy, i wiele innych. Do tych czynników dochodziły kolejne, w wielkim stopniu niezależne od polityki i regulacji krajowych, jak np. półperyferyjny status gospodarki polskiej w globalnych łańcuchach wartości oraz deregulacja i liberalizacja handlu międzynarodowego i powiązana z nim globalizacja, a także neoliberalny, antyinflacyjny i antyinterwencjonistyczny konsensus w polityce gospodarczej, forsowany przez organizacje międzyrządowe. W interpretacji prawicy wszystkie te czynniki miały mniejsze znaczenie, niż bycie rządzonym przez „złych ludzi” o „złej woli”.

Ze względu na (relatywnie świeżą) asocjację z radykalizującą się prawicą, krytyka porządku społeczno-gospodarczego jest zatem obarczona cieniem wysuwanych przez to środowisko niepoważnych diagnoz, groteskowych recept, leniwego myślenia życzeniowego. Chociaż w społeczeństwie pasywna akceptacja neoliberalizmu zdaje się maleć (czego znakiem jest szeroka akceptacja programu 500+), to wśród społecznych elit (medialnych, biznesowych, urzędniczych i innych) wiara w słuszność społeczno-gospodarczej ścieżki, po której podążała Polska od 1989 roku, jest nadal bardzo wysoka. Dla tej grupy wszystko zdawało się potwierdzać optymistyczną narrację: doświadczenia osobistego relatywnego sukcesu ostatnich trzech dekad, wyspowa modernizacja i zapełnienie metropolitalnych przestrzeni publicznych artefaktami nowoczesności oraz dobierany przez media wyciąg z rzeczywistości.

Optymistyczny ogląd świata nie był zbudowany, jak chcą niektórzy, wyłącznie na poznawczych niedostatkach i egoizmie beneficjentów transformacji. Dla klasy średniej Polska była w dużej mierze krajem relatywnie szerokich możliwości i faktycznie istniejącej ścieżki merytokratycznej. Fakt, iż ścieżka ta jest dostępna dla grup o relatywnym przywileju, nie była oczywista. Dane zdawały się potwierdzać narrację optymistów. Wskaźnik Giniego (im niższy, tym mniejsze rozwarstwienie) miał lokować się na poziomie ok. 0,3, czyli blisko średniej unijnej. W samozadowolenie wprawiały badania panelowe ludności (POLPAN), pokazujące rosnące zadowolenie Polaków ze swojej sytuacji. Twarde liczby przemawiały za uznaniem sukcesu jeśli nie całego, to przynajmniej znaczącej większości społeczeństwa, co potwierdzały swoim autorytetem poważne opiniotwórcze media oraz naukowcy o środowiskowej reputacji. Przy braku innych przesłanek, Polak z klasy średniej akceptował te „fakty”, bez możliwości nawet poznania metodologicznych słabości takiej analizy rzeczywistości czy alternatywnych opinii.

nowyobywatel.pl

czwartek, 23 stycznia 2020


Dlaczego starsze gospodarki są mniej wydajne? Nie wynika to z faktu, że – jak można by przypuszczać – starsi pracownicy są mniej produktywni. Chociaż z wiekiem pogarszają się niektóre zdolności, zwłaszcza fizyczne, ogólny efekt tych zmian nie jest duży. W opublikowanym w 2016 roku badaniu niemieckiego sektora wytwórczego nie stwierdzono spadku wydajności u pracowników w wieku do 60 lat. Firmy mogą dostosowywać realizowane przez pracowników zadania w miarę ich starzenia się, aby jak najlepiej wykorzystać zalety zaawansowanego wieku, takie jak duże doświadczenie i kontakty zawodowe.

Ponadto, gdyby słaby wzrost wydajności wynikał z faktu, że starsi pracowników mniej produkują, powinno to znaleźć odzwierciedlenie w płacach. Zarobki rosłyby wówczas na początku kariery i spadały bliżej jej końca. Według badania opublikowanego niedawno przez ekonomistów z firmy konsultingowej Moody’s Analytics, w firmach z dużą liczbą starszych pracowników wszyscy pracownicy mają niższe płace. Wydaje się, że gospodarkę hamuje nie spadająca wydajność starszych pracowników, ale wpływ, jaki wywierają oni na swoje otoczenie. Oddziaływanie to jest bardzo silne: autorzy uważają, że starzenie się społeczeństwa może odpowiadać za nawet jeden punkt procentowy niedawnego spadku rocznego tempa wzrostu produktywności w Stanach Zjednoczonych.

Nie jest do końca jasne, jaki jest tego mechanizm. Autorzy badania sugerują jednak, że przedsiębiorstwa z większą liczbą starszych pracowników mogą być mniej skłonne do stosowania nowych technologii. Może tak być dlatego, że firmy niechętnie podejmują się inwestycji, które wymagałyby przekwalifikowania pracowników, zważywszy na krótszy okres, w którym mogłyby liczyć na uzyskanie zwrotu z takiego szkolenia w przypadku osób dobiegających końca swojej kariery. Odpowiadać za to mogą również starsi szefowie. Badania wskazują, że młodzi menedżerowie są bardziej skłonni do wdrażania nowych technologii niż starsi. Może się to wydawać dość oczywiste: stwierdzenie, że ludzie starsi wykazują większą niechęć do nowych technologii jest truizmem. Obserwacje „z życia” wskazują, że „siwiejące” branże rzeczywiście wydają się bardziej niechętne zmianom.

obserwatorfinansowy.pl

Po raz pierwszy WHO klasyfikuje zaburzenia związane z graniem w gry komputerowe, jako uzależnienie. Kategorie związane z transpłciowością zostały usunięte z rozdziału o zaburzeniach psychicznych i behawioralnych. Umieszczono je w nowym rozdziale „Warunki związane ze zdrowiem seksualnym”. Wypalenie zawodowe zostało uznane przez Światową Organizację Zdrowia za "oficjalną diagnozę medyczną" i wymienione wśród zjawisk związanych z pracą lub bezrobociem. W zespole stresu pourazowego (PTSD) ograniczono liczbę kryteriów diagnostycznych, co ma ułatwić stawianie rozpoznania. Wprowadzono też nową kategorię kPD7Z, która oznacza bycie uderzonym przez statek kosmiczny. Wśród innych decyzji dotyczących ICD-11 znajduje się włączenie do klasyfikacji, tradycyjnej medycyny chińskiej (co ułatwi klasyfikację na terenie Azji).

naukawpolsce.pap.pl

Problem w tym, że nikt nas nie słucha. Sam to widziałeś. Jeździłeś po kraju, zanim Trump został wybrany. I prawie przewidziałeś, że wygra.

Na początku kampanii podszedłem do Trumpa na konferencji prasowej. Powiedziałem, że ma spore szanse na wygraną. Moja diagnoza mile go połechtała, więc zapytałem, czy mogę zostać wiceprezydentem. Ale nie zrozumiał żartu.

Okazało się, że miałem rację. Moja rodzina głosowała na Trumpa. I wiem dlaczego.

Dlaczego?

Ponieważ ciężko pracujący ludzie szli za Republikanami przez lata, nawet kiedy było to wbrew ich interesowi. Republikanie obiecywali, że zniosą akcję afirmacyjną [chodzi o politykę, która daje Afroamerykanom dodatkowe punkty np. przy przyjęciu na studia - przyp. red.]. Wprowadziliśmy ją, ponieważ przez 400 lat wykorzystywaliśmy czarnych i próbujemy naprawić ten błąd. Ale takie stawianie sprawy obrażało białych ludzi. Republikanie nigdy nie dotrzymali słowa, nie znieśli akcji afirmacyjnej. Zrobili dla białego wyborcy wiele innych rzeczy: sprawili, że jego dom jest dziś gówno wart, a czynsz pochłania połowę wypłaty. Wysłali jego fabrykę do Meksyku. Wysłali go na wojnę, z której wrócił bez nogi. W Phoenix żołnierze umierali w kolejce do centrum zdrowia dla weteranów. Mam to wszystko w książce.

Aż przyszedł Trump i powiedział: "Amerykański sen umarł. Przywrócimy wielkość USA". I ludzie zakrzyknęli: "O, ten Donny to ma gadane! Sam jest bogatym gościem, oszukiwał na podatkach, migał się od służby wojskowej, ale to nieważne. Jest zabawny. Zamienił głupi, nudny, pusty show telewizyjny pod nazwą 'wybory prezydenckie' w coś ciekawego".

A co myśli czarny człowiek? Od Demokratów przez lata dostawał okrągłe zero. W zeszłym roku Demokraci sparaliżowali rząd przez walkę o nielegalną imigrację [chodzi o "goverment shutdown" - paraliż administracji federalnej. Ostatni rozpoczął się pod koniec 2018 roku, kiedy Kongres odmówił Trumpowi pięciu miliardów dolarów na budowę muru na granicy z Meksykiem, w efekcie prezydent nie przyjął prowizorium budżetowego; był to najdłuższy shutdown w historii USA - przyp. red.]. Mówię do czarnych braci i sióstr - nie "zamknęli" rządu nawet w czasie wojny domowej, a zrobili to teraz? Co, do ku**y? Wywołali burzę o mur na granicy, a co takiego zrobili dla obywateli USA przez lata? A co wcześniej Demokraci zrobili dla Detroit? I pytasz, dlaczego Trump wygrał? Dlatego.

(...)

Czy po Trumpie mainstream zrozumiał, co robił źle?

Nieeee... Demokraci nie mają nic do zaoferowania. Żadnego przekazu. A media? Obiecały, że będą utrzymywać łączność z "amerykańskim społeczeństwem". Przed Trumpem tak bardzo się pomylili! Więc miało być więcej ludzkich historii. Dziennikarze bliżej społeczeństwa. Zamiast tego dostaliśmy telewizyjny ekran podzielony na kwadraty, a w każdym gadające głowy ekspertów. Co, ku*wa? Przecież mieliście pojechać w teren! Teraz czytam w "New York Timesie" - a wybory są za rok, przypominam - "Zobaczycie wielu z nas [dziennikarzy - przyp. red.] w Michigan". Bo Michigan to ogromny wstyd Demokratów. Stan, który kiedyś był niebieski [tradycyjny kolor Demokratów - przyp. red.], teraz poszedł za Trumpem. Dziennikarze piszą więc: "Tam właśnie nas zobaczycie". A ja się pytam: Gdzie byliście w zeszłym roku? Mój kolega Bartek przyjechał do Detroit aż z Polski, ale was tam jakoś nie widziałem. A jak już tam dotrzecie, to wybierzecie się na przejażdżkę autobusem z Hamtramck? Czy uderzycie do politycznej elity w Detroit, zrobicie kolejny wywiad z burmistrzem... bla, bla, bla. To właśnie będą robić do wyborów. I wciąż niczego nie zrozumieją.

Można powiedzieć, że to media wybrały Trumpa. Jeśli wybory stają się cyrkiem, to wygrywa największy klown.

O tak, oni go stworzyli, bez wątpienia. A najlepsze jest to, że wcale nie liczyli, że wygra. Pokazywali go, bo to był dobry show. Patrzyli, jak rosną im statystyki kliknięć i oglądalności. Jedyną osobą, która była bardziej zdziwiona po wyborach od dziennikarzy, był Trump. "Cooo? Robiłem wszystko, żeby to spieprzyć, i wygrałem? Teraz muszę wziąć tę fuchę".

gazeta.pl

Zacznijmy od kilku liczb. 100 – tyle osób przedawkowuje opioidy w USA każdego dnia. 400 tysięcy – tyle osób w latach 1999–2017 przedawkowało opioidy ze skutkiem śmiertelnym. 13 miliardów dolarów – tyle warta jest rodzina Sacklerów. 2000 – z tyloma pozwami musi się zmierzyć należąca do Sacklerów Purdue Pharma. Skąd pozwy? Sacklerowie odegrali główną rolę przy wybuchu epidemii uzależnień od opioidów.

Historia Purdue Pharma to typowa historia amerykańskiego sukcesu. Można by ją opowiadać jak podnoszącą na duchu przypowieść o geniuszu prostego pomysłu ułatwiającego życie – OxyContin, flagowy produkt firmy, miał być cudownym lekiem na ból, dzięki specjalnej formule rzekomo całkowicie bezpiecznym. Historia popadnięcia w niesławę jest z kolei równie typową amerykańską historią o chciwości, która popchnęła rodzinę lekarzy do złamania naczelnej zasady przysięgi Hipokratesa – po pierwsze nie szkodzić.

Purdue Pharma trafiła w ręce Sacklerów w połowie XX wieku. Kupiło ją wtedy trzech braci lekarzy – Mortimer, Raymond i Arthur. W latach 70. firma zaczęła wytwarzać leki przeciwbólowe na bazie opioidów. Niecałe dwadzieścia lat później zaczęła się w tym specjalizować, a prawdziwą żyłą złota – i początkiem problemów Purdue Pharma i Sacklerów – okazał się wprowadzony na rynek w 1995 roku OxyContin.

Substancją aktywną w OxyContinie jest oksykodon, pochodna morfiny popularnie zwana oxy. Sam oksykodon uzyskano po raz pierwszy w 1916 roku w Niemczech i od tamtego czasu razem z morfiną i podobnymi był używany jako środek znieczulający.

Brany doustnie oksykodon działa do sześciu godzin. Lek trzeba było brać w miarę często, ryzykując nieprzyjemności związane z efektami ubocznymi i uzależnienie. OxyContin miał być cudowną odpowiedzią na ten problem – kontrolowane uwalnianie substancji aktywnej miało powodować, że lek działa dłużej, tabletki należało łykać rzadziej. Firma twierdziła – popierając to badaniami – że dzięki temu groźba uzależnienia jest dużo mniejsza.

Lek przepisywano rutynowo, bo ze względu na rzekomą niską szkodliwość rekomendowano go nie tylko na bóle ostre, ale też średnie. Niby bezpieczniejszy oxy powszechnie wędrował do domowych apteczek, zyski spółki szły w górę, konta Sacklerów pęczniały.

(...)

Lekarze przepisywali lek często, bo jedną ze strategii Purdue Pharma był agresywny marketing, na który firma wydała od sześciu do dwunastu razy więcej pieniędzy niż jej konkurenci na swoje produkty. Lekarze zapraszani byli na opłacane przez firmę „sympozja”. Purdue Pharma, korzystając z dostępnych jej informacji, zapraszała na te „szkolenia” lekarzy wystawiających wiele recept na opioidy. Przedstawiciele Purdue Pharma namawiali ich, aby nie tylko przepisywali OxyContin zamiast innych leków przeciwbólowych, ale też by chętniej go przepisywali w innych przypadkach niż ostre bóle wywołane nowotworami. Purdue Pharma stosowała również program darmowych miesięcznych zapasów leków dla pacjentów. Biorąc pod uwagę amerykański system ochrony zdrowia – w tym niejednokrotnie konieczność współpłacenia za leki – miesięczny zapas pigułek mógł być istotną ulgą dla domowego budżetu.

W 2007 roku Purdue Pharma przyznała, że „bezpieczny opioid” to pic na wodę, a potwierdzające to badania są metodologiczną fuszerką. Troje kierowników przyznało się do zarzutów wprowadzania w błąd. OxyContin był dużo bardziej uzależniający, niż wcześniej twierdzono, i wcale nie był bezpieczniejszy od generycznego oxy. Firma zapłaciła 634 miliony dolarów kary. Z ujawnionych w 2018 roku poufnych materiałów Departamentu Sprawiedliwości wynika, że Purdue Pharma zdawała sobie sprawę ze szkodliwości leku. Już w wewnętrznych dokumentach firmy z 1997 roku pojawiają się określenia takie jak „wartość uliczna” – pracownicy Purdue Pharma musieli wiedzieć, że ich lek sprzedawany jest nielegalnie na ulicy.

Ale w 2007 roku było już za późno. Radykalny wzrost przypadków uzależnień od leków przeciwbólowych na receptę, zwłaszcza OxyContinu, zanotowany został pięć lat wcześniej.

Tam, gdzie przepisywano dużo OxyContinu, ludzie częściej się uzależniali i – gdy nie było ich stać na opioidy przepisywane na receptę – częściej się przerzucali na heroinę lub śmiercionośny fentanyl (który, swoją drogą, Purdue Pharma również produkuje).

krytykapolityczna.pl

To mamy komara tygrysiego w Polsce.

– Jeszcze niezupełnie. Mamy doniesienia o jego pojawianiu się w naszym kraju, ale chyba jeszcze u nas się nie zadomowił. Natomiast z dużym prawdopodobieństwem możemy powiedzieć, że jego obecność przyczyniła się do pierwszego przypadku śmierci na chorobę tropikalną w Czechach. Osoba, która zmarła na dengę, została ukłuta przez komara tygrysiego, który przenosi tę chorobę. A wiadomo, że ten ktoś nigdy nie wyjeżdżał za granicę. Najprawdopodobniej komar został w ubiegłym roku zawleczony do Czech, może w samolocie. Istotne jest jednak to, że w związku z ociepleniem się klimatu możemy wkrótce się spodziewać komara tygrysiego w naszej części Europy. Warunki już sprzyjają przenoszeniu się tutaj zwierząt i roślin, a także chorób, które dotąd występowały tylko w tropikach.

Jak zmiany klimatu będą oddziaływały na zmiany w przyrodzie? Czy prowadzi się na ten temat badania i obserwacje?

– Instytucja, w której pracuję – Katedra Ochrony Środowiska SGGW, prowadzi badania w tym zakresie. Natomiast Koalicja Klimatyczna, która jest organizacją pozarządową, bada, jak zmiany klimatu będą wpływały na bezpieczeństwo żywności w Polsce.

Jakie są wyniki?

– Przede wszystkim negatywne: obniży się poziom bezpieczeństwa żywnościowego Polski, znacząco zmniejszy się pewność produkcji rolnej. Wciąż jednak nie wszystko o tym wiemy. Powinno się prowadzić badania nad modelem prognostycznym, który powie, jakie skutki zmiana klimatu będzie miała dla poszczególnych sektorów gospodarki. Takie próby, co prawda, zostały podjęte, ale ich efekty nie do końca odpowiadają obecnym realiom, bo zmiana klimatu postępuje szybciej, niż przypuszczaliśmy jeszcze kilka lat temu. Badania powinny być prowadzone w dwóch kierunkach. Po pierwsze, by wskazywać metody redukcji emisji gazów cieplarnianych, które doprowadziły do dzisiejszego stanu. Po drugie, by określić, jak postępować, aby zaadaptować się do tych zmian.

Jakie są skutki zmian klimatycznych?

– Skutkiem bezpośrednio zagrażającym zdrowiu i życiu człowieka jest wzrost częstotliwości występowania ekstremalnych zjawisk pogodowych. W atmosferze zatrzymywane jest więcej ciepła, a więc energii, która musi się rozładować. Dzieje się to za pośrednictwem tych zjawisk ekstremalnych, które obserwujemy. Są to ulewne deszcze, huraganowe wiatry, długotrwałe susze. Niestabilność pogody nasila się, w związku z czym nie można tworzyć długotrwałych prognoz, a stare modele do prognozowania pogody zawodzą, są nieprzydatne. Innym skutkiem zmian klimatycznych jest to, że zamiast sześciu pór roku mamy dwie. Po prostu wzrasta ilość ciepła, w związku z większym stężeniem gazów cieplarnianych nasza planeta staje się cieplejsza. Jednym z efektów jest to, że mamy w Polsce wydłużenie okresu wegetacyjnego – wcześniej się zaczyna, później się kończy.

To może nie tak źle…

– Niektórzy mówią, że to świetnie, przecież widzimy, jak Polska staje się krajem winnym – na coraz większym obszarze powstają winnice i jest produkowane wino. W coraz większej części naszego kraju rośnie kukurydza, stajemy się jej producentem, a 50 lat temu uprawiano ją na niewielkiej powierzchni.

Jest też druga strona medalu…

– Coraz trudniej będzie w Polsce uprawiać ziemniaki, bo one są zimnolubne. Zmieni się zasięg występowania niektórych roślin dziko żyjących. Przykładem jest wycofywanie się świerka z Puszczy Białowieskiej, bo robi się dla niego za ciepło. Inna zła wiadomość: już pojawiły się nowe choroby roślin i zwierząt, które wcześniej nie występowały w Polsce. Wśród nowych szkodników upraw mamy omacnicę prosowiankę, szkodnika kukurydzy, który potrafi zniszczyć uprawy nawet w 80%. Mamy też pierwsze przypadki wystąpienia choroby niebieskiego języka u bydła.

A czy zaobserwowano jakieś niebezpieczeństwa dla zdrowia człowieka?

– Mamy ewidentny wzrost liczby zachorowań na boreliozę, którą przenoszą kleszcze. W ciągu ostatnich 15 lat odnotowano czterokrotny wzrost tych zachorowań. I nie jest to tylko spowodowane większą wykrywalnością tej choroby. To samo bowiem dzieje się w krajach skandynawskich i na Syberii – gdzie w ogóle nie było kleszczy.

tygodnikprzeglad.pl

Wyniki wyborów europejskich i obecny kryzys idei europejskiej to bezpośredni wynik debaty, która przetoczyła się przez nasz kontynent ćwierć wieku temu. 25 lat temu spór o przyszłość lewicy toczyli ze sobą przywódca brytyjskiej Partii Pracy Tony Blair oraz przywódca francuskiej Partii Socjalistycznej Lionel Jospin.

Blair uważał, że lewica, aby przejąć władzę po epoce dominacji prawicy, musi przesunąć się do centrum. Jospin był zdania, że lewica przesuwając się do centrum, straci swą tożsamość i że taktycznie co prawda może się to opłacać, ale koszty z czasem okażą się bardzo duże. Zwyciężyła koncepcja Blaira. Nastąpiła dekada rządów lewicy w Europie. I tylko wyborcy coraz mniej rozumieli, po co mają iść do wyborów, skoro niezależnie od tego, czy głosują na chadeków, socjalistów, czy socjaldemokratów i tak mieli w efekcie turboliberlizm i turbokapitalizm. Póki co Blair był jednak na fali.

Mniej więcej 10 lat później na europejskiej skrajnej prawicy zaczynają dochodzić do głosu politycy nowego, młodszego pokolenia, którzy widząc, jak lewica przestała być lewicowa, zaczynają zagospodarowywać retorykę i hasła lewicy, równocześnie mniej lub bardziej starannie maskując swoje faszyzujące oblicze. W Holandii sytuacja jest nieco inna. Oto pojawia się tam niezwykle charyzmatyczny polityk - Pim Fortuyn. Fortuyn nazywany był przez europejski mainstream przedstawicielem skrajnej prawicy, choć sam odżegnywał się od polityków takich, jak chociażby świętujący triumfy mniej więcej w tym samym czasie, tyle że w Austrii, Jorg Heider.

Głównym hasłem Fortuyna było zahamowanie fali imigracji muzułmańskiej. Fortuyn widział w islamie zagrożenie dla wolności obywatelskich, w tym praw kobiet i mniejszości seksualnych. Był przeciw przeregulowaniu Unii Europejskiej, a ostrze jego krytyki wymierzone było również w holenderskie elity, które oceniał jako wsobne i oderwane od rzeczywistości.

Równocześnie opowiadał się za dopuszczalnością małżeństw homoseksualnych, prawami LGBT, świeckością państwa, liberalizmem gospodarczym, deregulacją rynku, wolnością słowa rozumianą również jako brak krępującej tę wolność politycznej poprawności. Fortuyna z obecnie istniejącą skrajną prawicą – w tym też i polską – nie łączy więc, poza homoseksualizmem (w wypadku Fortuyna – otwarcie deklarowanym) – w zasadzie nic.

Jego karierę przerwało zabójstwo dokonane przez aktywistę na rzecz ekologii i praw zwierząt Volkerta van der Graafa, który uważał Fortuyna za faszystę. Dziś, gdy nawet Angela Merkel przyznała, iż mniejszość muzułmańska ma problemy z akceptacją europejskiej kultury, a multi-kulti się nie sprawdziło, Fortuyn byłby politykiem mieszczącym się nawet nie na skrajnej prawicy, ale takim, który śmiało pasowałby do centroprawicy. Być może zresztą dlatego dla mainstreamu był on zagrożeniem znacznie większym niż w Austrii kiedykolwiek mógłby stać się Jorg Heider.

Histora Fortuyna i obiektywna ocena tego, co głosił, każe zadać sobie pytanie, czy współcześnie debata przesunęła się aż tak bardzo na prawo, czy też może kiedyś była tak bardzo przechylona na lewo. Niestety obie odpowiedzi są prawdziwe.

Fortuyn nie był politykiem skrajnej prawicy. Europejskie elity przegapiły jednak ten moment, gdy można było polityków takich jak on włączać do systemu i dziś w efekcie mamy do czynienia z prawdziwą już skrajną prawicą.

Równocześnie z drugiej strony – jeśli choćby przyjrzeć się hasłom przywódcy Partii Pracy w Wielkiej Brytanii Jeremy’ego Corbyna czy – nieco bliżej – retoryce przywódców młodzieżówki SPD w Niemczech albo skrajnej młodej lewicy w Polsce widać, że w blokach startowych są już obok jawnych neofaszystów prawdziwi wielbiciele internacjonalizmu (cokolwiek to dziś znaczy), a czasem i wprost komunizmu.

Odpowiedzią na to byłby powrót tradycyjnej lewicy na nieco bardziej lewicowe pozycje, a prawicy – na pozycje prawicowe. Być może jednak 25 lat temu rację miał jednak Jospin, a nie Blair.

onet.pl

środa, 22 stycznia 2020


Brak umiejętności gry widać jak w soczewce na przykładzie relacji z Litwą. Oto z jednej strony mamy wyznawców teorii Giedroycia, z drugiej neo-endeków. Jedni kierując się zwulgaryzowaną wizją Księcia Niezłomnego nie prowadzą gry z Litwą, bo musimy jej przecież pomagać, drudzy – kierując się wykoślawioną wizją Dmowskiego – postanawiają zmusić Litwinów do ustępstw. Jedni i drudzy w pogardzie mają grę jako istotę polityki zagranicznej. W efekcie uniemożliwiają prowadzenie gry dyplomatycznej. Stąd też skądinąd i płynne przejścia z jednego obozu do drugiego. Pomijając już ogromną dawkę konformizmu rodzimego „środowiska eksperckiego”, które czując neo-endeckie wiatry w PiS nagle odkryło w sobie znaczny stopień starannie do tej pory skrywanego „odchylenia prawicowo – nacjonalistycznego”, przejścia takie są możliwe również i dlatego, że rdzeniem zwulgaryzowanej koncepcji Giedroycia i – z drugiej strony – sprymityzowanej wizji endeckiej jest odmowa prowadzenia gry, wstręt do dyplomacji i zastępowanie negocjacji wygłaszaniem „słusznych”, opartych na „dobrze” i „racji” haseł. O ileż to skądinąd prostsze od konstruowania misternych planów i pisania instrukcji negocjacyjnych. Prostsze i mniej ryzykowne. Łatwiej budować wszak kariery, gdy z góry ma się wytłumaczenie dla porażek, niż wówczas, gdy podejmie się ryzyko, które jest integralną częścią prawdziwej dyplomacji. Konia z rzędem temu, kto wskaże, kiedy polska dyplomacja skonstruowała ostatnio jakąś „mapę drogową”. Road map bowiem to nic innego jak realizacja interesów w zmiennym, niekorzystnym i trudnym otoczeniu. To konstatacja, iż wynik pożądany, wyczekiwany nie jest możliwy i miast tego szukać trzeba opcji „second best”. To gra, w której ugrywamy tyle, ile zdołamy, a nie tyle, ile byśmy chcieli. To operowanie w kategorii interesów, a nie wartości. To również odwaga budowy planów, których konstruowanie – w odróżnieniu od pisania pełnych strzelistych aktów wiary przemówień – jest po prostu trudne i wymaga profesjonalizmu. Skądinąd dwóch bardzo deficytowych dóbr w naszej polityce.

oaspl.org

Problem polega oczywiście na tym, że Karta 97 prowadziła politykę niezgodną z linią polityczną państwa, które było głównym donorem portalu. Wolność mediów jest oczywiście rzeczą świętą, ale gdy wspiera się opozycję w innym kraju (a Karta 97 jest tyleż elementem rynku medialnego, co i sceny politycznej), to naturalnym jest to, iż w zamian za pieniądze oczekuje się dostosowania do polityki państwa – donora. Nikt o tym publicznie nie mówi i wszyscy udają, że nie ośmieliliby się ingerować w wolność mediów, ale dziwnym trafem finansowani przez Niemcy są proniemieccy, finansowani przez Amerykanów – proamerykańscy, a mający biura w Paryżu zawsze popierają Pałac Elizejski. I jakoś obrońcy praw człowieka Berlina, Waszyngtonu ani Paryża za to nie potępiają.

Szkoda, że nikt w Warszawie nie wpadł na pomysł, by stronie białoruskiej obiecać zmniejszenie finansowania, po cichu je podnieść, a zarazem tak nakierować linię polityczną portalu, aby ta nie była może zgodna, ale w każdym razie nie była też sprzeczna z polską racją stanu. Tak robią wszystkie państwa na świecie, w tym również państwa demokratyczne i choć rzadko się o tym mówi, to jest to tajemnicą poliszynela. Nie chodzi przy tym o czynienie z beneficjentów wsparcia własnej agentury, ale o zachowanie elementarnego wpływu i zdrowych relacji, w których otrzymujący pieniądze nie działa wbrew interesom darczyńcy.

Problem polega na tym, że Polska nigdy nie prowadziła żadnej realnej polityki. Niedawne próby zamknięcia telewizji Biełsat wynikały z tego, że stacja również prowadziła i prowadzi politykę sprzeczną z polityką państwa. W szczycie resetu z Białorusią w Mińsku dochodziło do demonstracji ulicznych, w których wzięło udział ok. 3 tysięcy ludzi (w 2010 roku – 50 tysięcy). W tym czasie szefowa stacji zapowiadała, że oto zaczyna się koniec reżimu, a Biełsat tak relacjonował demonstracje, że trudno było odnieść inne wrażenie niż takie, że nawołuje ludzi do wyjścia na ulice. Rząd PiS nie miał jednak odwagi ani odwołać szefowej stacji, ani wpłynąć na linię Biełsatu.

onet.pl

Andriej Wtiurin, nim objął stanowisko zastępcy szefa Rady Bezpieczeństwa, przez ponad sześć lat kierował "Służbą Bezpieczeństwa Prezydenta Republiki Białoruś". Służba ta tylko pozornie jest odpowiednikiem polskiej Służby Ochrony Państwa (dawniej BOR). W istocie jest trzecią, a pod pewnymi względami najważniejszą, białoruską służbą specjalną. Według niektórych doniesień zatrudnia nawet około dwóch tysięcy funkcjonariuszy. Wtiurin, dowodząc formacją, był jednym z najbliższych ludzi Aleksandra Łukaszenki. Według relacji białoruskich rozmówców Onetu, w pewnym momencie był wręcz przyjacielem domu białoruskiego prezydenta, a nawet brał udział w wychowywaniu najmłodszego syna A. Łukaszenki. Wtiurinowi oficjalnie zarzuca się wzięcie łapówki w wysokości 150 tys. dolarów. Tyle że za 150 tysięcy na Białorusi nikogo tak ważnego i tak bliskiego prezydentowi się nie aresztuje.

O tym, że raczej nie chodzi o łapówkę, świadczą jeszcze dwa fakty. Po pierwsze, sprawy korupcyjne na Białorusi traktowane są przez reżim jako igrzyska dla ludu. Zatrzymania są publiczne, a szczegóły sprawy nagłaśniane. W tym wypadku jednak, z ogłoszeniem o aresztowaniu czekano aż pięć dni, przy czym również obecnie nie ma tak naprawdę żadnych szczegółowych informacji. Embargo informacyjne jest tak szczelne, że nawet bardzo do tej pory aktywny w mediach społecznościowych syn Andrieja Wtiurina całkowicie zamilkł i niewykluczone, że znajduje się pod "opieką" służb specjalnych. Drugą bardzo poważną przesłanką świadczącą o tym, że raczej chodzi o coś więcej niż tylko łapownictwo, jest to, że Wtiurin został natychmiast po zatrzymaniu zdegradowany przez prezydenta, co nie miałoby miejsca, gdyby chodziło tylko o przyjęcie łapówki.

Rosyjskie i białoruskie media, powołując się - co bardzo istotne - na źródła w białoruskich strukturach siłowych, podają, że prawdziwą przyczyną aresztowania była współpraca aresztowanego z rosyjskimi specsłużbami (FSB i FSO), które miały rzekomo szykować pucz w Mińsku, którego scenariusz zakładać miał przeprowadzenie zamachu na Łukaszenkę. Co ciekawe, doniesień tych nikt nie próbuje dementować. Powyższe informacje są dodatkowo podsycane przez fakt, iż Aleksander Łukaszenka, który 25 i 26 kwietnia brał udział w Forum Inicjatywy "Pasa i Drogi" w Pekinie, gdzie spotkał się m.in. z prezydentem Putinem, nagle z nieznanych przyczyn skrócił swój pobyt i pilnie wrócił do Mińska.

Trzy dni po powrocie Łukaszenki z Pekinu ogłoszono aresztowanie Andrieja Wtiurina, co samo w sobie wywołało szok, bowiem tak ważnego oficjela do tej pory nigdy nie aresztowano. Dzień później na stronie internetowej prezydenta Putina pojawiła się informacja o odwołaniu mianowanego ledwie kilka miesięcy wcześniej ambasadora Rosji na Białorusi Michaiła Babicza. Babicz kilkukrotnie wdawał się w publiczne połajanki z władzami białoruskimi, o których wyrażał się mało dyplomatycznie, a wręcz lekceważąco. Mimo to Moskwa stała murem za swoim ambasadorem, nawet wówczas gdy - jak wieść niesie - Aleksander Łukaszenka wprost zażądał od Putina odwołania ambasadora, grożąc jego wydaleniem jako persona non grata.

Co istotne, Babicz nie był zawodowym dyplomatą, a wysoko postawionym oficerem rosyjskich służb specjalnych. Jego zastępca w Mińsku to z kolei oficer GRU. Trzecią osobą w hierarchii ambasady Rosji w Mińsku jest również oficer GRU – w odróżnieniu od swoich przełożonych odznaczony za zasługi podczas zajmowania Krymu przez Rosję. Kierownictwo ambasady sprawia więc wrażenie, jakby dyplomacja była nie pierwszą, ale drugą jego profesją. Z tej też racji, jak relacjonują media zza Buga, ostatnimi czasy w Mińsku KGB więcej czasu poświęcało ambasadzie Rosji, niż jakiejkolwiek innej ambasadzie.

Odwołanie Babicza to, według mediów białoruskich i rosyjskich, również efekt jego "nadmiernej" aktywności, przy czym "nadmierna" w tym przypadku oznacza zapewne taką, która sprowadzała się do zbyt intensywnych kontaktów nie z opozycją (ta jest niegroźna, bo albo spacyfikowana i bez poparcia społecznego, albo zwerbowana), ale z ludźmi z otoczenia Łukaszenki. Łukaszenka doskonale rozumie, że to Moskwa, a nie Zachód mu zagraża i że może pozbawić go władzy.

(...)

W państwach autorytarnych podstawą sukcesu każdego zamachu stanu jest, poza zjednaniem sobie osobistej ochrony obalanego prezydenta, również opanowanie telewizji oraz telekomunikacji. Co ciekawe, w tym samym dniu w którym aresztowano Andrieja Wtiurina, aresztowany został również prezes Beltelekomu, czyli państwowego monopolisty, dysponującego jedynym kanałem dostępu łączącego białoruski internet z siecią światową (komercyjni dostawcy usług internetowych muszą korzystać z łącz Beltelekomu). Internet to nie jedyna jednak sfera działalności Beltelekomu, który jest też operatorem telefonicznym. Prezesa Beltelekomu aresztowano rzecz jasna za przyjęcie łapówki. I rzecz jasna natychmiast po jego aresztowaniu znów zapadła absolutna cisza.

onet.pl

Stanisław Cat-Mackiewicz, pisząc o przedwojennym szefie naszej dyplomacji, zanotował: "Zapraszają go do Londynu. Beck, zgodnie ze śmiesznostką swego charakteru, telefonuje do ambasadora w Londynie Edwarda Raczyńskiego, czy aby Eden będzie na dworcu w chwili jego przyjazdu do stolicy Wielkiej Brytanii. Jak gdyby w takiej chwili zagrożenia Polski nie było ważniejszych rzeczy!".

"Książka Becka »Ostatni raport« wypełniona jest wiadomościami, że oto Szwedzi witali go oddziałem gwardii królewskiej na koniach, że oto przyjęcie we Włoszech pod względem kurtuazji nie pozostawiało nic do życzenia. Toteż Anglicy, jak się dowiedzieli, że Beck się pyta o Edena na peronie, nie tylko mu tego Edena wysłali, ale od wagonu, którym zajechał, do samego wyjścia z dworca rozłożyli czerwony dywan. Beck był zachwycony. Nie rozumiał oczywiście, że po tym czerwonym dywanie szedł ku katastrofie Polski".

onet.pl

Tajemnicą poliszynela jest to, że Polska prowadzi działalność wywiadowczą przede wszystkim na kierunku wschodnim. Z punktu widzenia naszego wywiadu najcenniejszymi aktywami są wysoko postawieni politycy (w wypadku Rosji – prawie zawsze wywodzący się z tamtejszych służb), kluczowi urzędnicy (w wypadku Rosji – prawie zawsze wywodzący się z tamtejszych służb), dyplomaci (w wypadku Rosji - prawie zawsze powiązani ze służbami), wojskowi, wybrani naukowcy oraz oficerowie służb specjalnych.

Zważywszy na fakt, iż w interesujących nas państwach nie ma demokracji, dużo mniejsze znaczenie mają dziennikarze, publicyści oraz inne osoby, które w państwach demokratycznych kształtowałyby opinię publiczną. Wszystkie kategorie interesujących nas źródeł informacji to ludzie posiadający wiedzę na tematy międzynarodowe, a więc świadomi tego, iż Polska ujawniła dane agentury z okresu PRL, w tym również ludzi żyjących.

Niemal każdy z interesujących nas ludzi za wschodnią granicą ma przeszkolenie kontrwywiadowcze, osłonę kontrwywiadowczą lub też sam pracuje w służbach specjalnych, przy czym ostatnia kategoria to ludzie szczególnie wnikliwie sprawdzani przez własny kontrwywiad. Osoby takie są więc świadome zagrożenia i nie podejmą ryzyka współpracy z żadnym państwem, które w ich przekonaniu nie zagwarantuje im absolutnego, stuprocentowego, dożywotniego, a w istocie wybiegającego poza horyzont własnego życia (bo dotyczącego również ich dzieci) bezpieczeństwa.

Argument pojawiający się na polskiej prawicy, iż ujawnienie agentury z okresu PRL jest nieistotne, ponieważ PRL było państwem niedemokratycznym i nie w pełni suwerennym, nie ma żadnego znaczenia z punktu widzenia Rosjanina, Białorusina lub Ukraińca, który pracując dla polskich służb, ryzykuje życiem.

Co więcej, prawdopodobieństwo, że dla Rosjan i Białorusinów, którzy zrobili w państwach tych kariery, wartości demokratyczne są tak ważne, by podejmować dla nich ryzyko, jest bliskie zeru.

(...)

Argumenty odwołujące się do oceny PRL dowodzą jedynie braku elementarnej wiedzy na temat świata służb specjalnych. Czas ludzi zdradzających w imię idei - np. demokracji bądź komunizmu - dawno już minął, większość ludzi zdradza dla pieniędzy, seksu, z chęci zemsty na przełożonych, z przeświadczenia o tym, że są niedoceniani bądź też po to, by zaspokoić specyficzne potrzeby psychiczne lub emocjonalne.

Dla 99 proc. osób argumentacja, że ujawnienie agentury z okresu PRL było "moralnie właściwe", bo PRL był moralnie zły, nie będzie miała znaczenia, a jedyne, co do nich dotrze, to świadomość, że Polsce nie można ufać. Podnoszenie aspektów moralnych w świecie wywiadu może budzić jedynie uśmiech politowania.

(...)

Rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych Stanisław Żaryn w swoim oświadczeniu komentując sprawę, stwierdził, że nie ujawniono danych nikogo, kto kontynuował współpracę z polskim wywiadem po 1989 r. Innymi słowy, Żaryn potwierdził ujawnienie agentury.

W historii służb wywiadowczych coś takiego nie zdarzyło się nigdy. Żaden poważny kraj nigdy nie zrobił tego, czego dopuścił się Instytut Pamięci Narodowej. Archiwa tajnych służb pozostawały tajne nawet wówczas, gdy uczestnicy wydarzeń dawno już nie żyli. Chroni się bowiem nie tylko agenta, ale również jego dzieci i wnuki.

(...)

Według informacji Onetu pochodzących, co w tym wypadku istotne, od oficerów Agencji Wywiadu, którzy przyszli do służby po 1990 r., a znajdowali się w niej jeszcze kilka lat temu, już wcześniejsze ujawnienie danych oficerów polskiego wywiadu łącznie z ich nazwiskami legalizacyjnymi spowodowało, że znakomita większość polskich aktywów wywiadowczych zerwała kontakt z polskim wywiadem.

(...)

Rozmówcy Onetu – zarówno oficerowie, którzy zaczynali służbę jeszcze w PRL, jak i młodsi stażem i wiekiem - podkreślają, że w tej chwili jedyną w zasadzie możliwością werbunku Rosjan, Białorusinów i Ukraińców staje się werbunek "pod obcą flagą", czyli taki, w którym polscy oficerowie podają się za oficerów wywiadu innego kraju.

onet.pl

Związany ze środowiskiem Niezależnego Zrzeszenia Studentów były wieloletni szef Służby Wywiadu Wojskowego Radosław Kujawa pisał o oficerach wywodzących się z Departamentu I MSW jako o ludziach „z innej planety”. „Powściągliwi, nieufni i niepewni przyszłości” – wspominał na łamach „Rzeczpospolitej”. Dodawał jednak, że „tylko oni znali reguły rzemiosła, bez którego służby specjalne nie istnieją (…), uniwersalne mechanizmy i zasady tego zawodu, które obowiązują bez względu na ustrój państwa i szerokość geograficzną”. A „Polska zdecydowała się wówczas wykorzystać tę wiedzę i zadeklarowała zainteresowanie ich służbą” – podkreślał Kujawa.

Polska nie była przy tym ani pierwszym, ani najbardziej skrajnym przypadkiem kraju, który skorzystał z wiedzy „ludzi z innej planety”. Z pewnością żaden inny nie podjął jednak tak naiwnej próby przekonania społeczeństwa, że po 30 latach od upadku komunizmu należy wymierzyć im dziś sprawiedliwość. Widać to wyraźnie, gdy przytoczy się zaledwie kilka – absolutnie nieporównywalnych, jeśli chodzi o skalę – przykładów „kompromisów”, które rozsądne państwa zawierały z rzeczywistością, by zapewnić sobie siłę i bezpieczeństwo w przełomowych momentach historii.

Zachodnioniemiecki wywiad BND został zbudowany w całości przez byłych nazistów. A konkretnie generała Wehrmachtu Reinharda Gehlena. Oczywiście za wiedzą i zgodą Amerykanów. Gehlen kierował tą służbą do 1968 r., po czym przeszedł na emeryturę jako… generał Bundeswehry. Zastąpił go nie kto inny, tylko oficer z nazistowską przeszłością i kolega z Wehrmachtu Gerhard Wessel (wprowadził on m.in. zakaz noszenia przez oficerów BND jako kamuflażu przyciemnianych okularów. Ale też poinformował władze w Bonn z trzymiesięcznym wyprzedzeniem o planowanej przez Układ Warszawski inwazji na Czechosłowację).

Wessel piastował stanowisko do 1978 r., aby później przejść na emeryturę w pełnym wymiarze. Brunatnej przeszłości nie miał dopiero jego następca Klaus Kinkel. Jednak – jak czytamy na jego karcie informacyjnej w berlińskim muzeum szpiegostwa – w przeciwieństwie do swoich poprzedników „miał niewielkie sukcesy w walce z terroryzmem i w penetrowaniu bloku wschodniego”.

Na poważne kompromisy w utrwalaniu państwowości szedł również Izrael. W połowie lat 60. podjął współpracę z ulubieńcem Hitlera Ottonem Skorzenym, który w 1944 r. w ramach operacji „Dąb” uwolnił z alpejskiej willi Benita Mussoliniego. Były szef Mosadu Rafi Eitan (należy tu zastrzec, że jego rodzina nie doświadczyła Holokaustu) wspominał, że najważniejszym argumentem w kwestii Skorzenego nie była przeszłość w SS, tylko kalkulacja, czy jego zwerbowanie pomoże państwu. Oficer izraelskich służb Awraham Ahituw, który utrzymywał kontakty z ulubieńcem Hitlera, wspominał w swoim raporcie z 14 września 1964 r., że „monokl, potężne ciało, blizna i agresywne spojrzenie nadawało mu wygląd prawdziwego nazisty” (cytat z dokumentu opublikowanego w książce „Powstań i zabij pierwszy. Tajna historia skrytobójczych akcji izraelskich służb specjalnych” Ronena Bergmana). Mimo to Izrael zapewnił Skorzenemu gwarancję nietykalności. A w zamian dostał pomoc w neutralizacji egipskiego programu rakietowego, który był współtworzony przez niemieckich naukowców, a ochraniany przez byłego podwładnego Skorzenego.

Kolejnym przykładem poważnego kompromisu z rzeczywistością w wykonaniu Izraela są początki jednostki uderzeniowej Mosadu – Mifrac. W latach 50. XX wieku budowano ją na bazie kadr ekstremistycznej organizacji Lechi, którą Dawid Ben Gurion w pierwszych latach istnienia państwa Izrael zdelegalizował, obawiając się, że może doprowadzić do wybuchu wojny domowej. Ostatecznie doświadczenie ludzi z Lechi okazało się bardziej wartościowe niż lęki polityków.

forsal.pl

Tomasz Sawczuk: Badasz paramilitarne społeczeństwo obywatelskie.

Weronika Grzebalska: We współczesnej Polsce mamy do czynienia ze zjawiskiem codziennej militaryzacji społecznej – dobrowolnego, często oddolnego kultywowania przez obywateli symboli i aktywności militarnych To jest odzież patriotyczna, polityka pamięci czy kolonie militarne dla 8-latków. Ja koncentruję się na sferze społeczeństwa obywatelskiego.

Chodzi o organizacje, które zajmują się militariami?

Badam dobrowolne zrzeszenia obywateli, których głównym celem statutowym jest działanie na rzecz obronności, a przy tym naśladują strukturę organizacyjną wojska. Nie chodzi zatem o grupy rekonstrukcyjne czy stowarzyszenia proobronnościowe, ponieważ nie mają one wojskowego sznytu.

Czy to jest duży sektor?

Nie do końca wiemy, bo polskie państwo, przynajmniej oficjalnie, nie interesowało się sektorem paramilitarnym w sposób systematyczny do 2015 roku, kiedy wybuchł konflikt na Ukrainie. Można jednak szacować, że sektor paramilitarny to jest około 30 tysięcy osób, nie więcej niż 200 organizacji.

To dużo czy mało?

Dość dużo. Jeśli uwzględnimy klasy mundurowe w szkołach, które poza normalnymi zajęciami mają jeszcze zajęcia wojskowe i noszą mundury, to łącznie mamy już minimum 65 tysięcy osób.

Czym zajmują się grupy paramilitarne?

W Polsce te grupy działają na podstawie prawa o stowarzyszeniach, czyli są po prostu NGO-sami. Ich główny cel statutowy to wspieranie obronności państwa poprzez szkolenia militarne obywateli oraz promowanie wartości patriotycznych, pamięci czy obywatelskości.

Czy mają one jakiś wspólny profil polityczny?

To jest trudne pytanie, które zajmuje wiele osób. Myślę, że powinniśmy rozróżnić dwie rzeczy. Sektor paramilitarny jako taki, jeśli chodzi o podstawowe cele, formuły działania i ideologię, jest po prostu propaństwowy. Jest lojalny wobec państwa. Jednak ludzie, którzy go dziś tworzą, w większości definiują swoje poglądy jako prawicowe.

Ale i to rozróżnienie trzeba skomplikować, bo co to znaczy, że ich poglądy są prawicowe? Z moich badań wynika, że to może znaczyć bardzo różne rzeczy. Są w sektorze ludzie o poglądach republikańskich albo narodowo-liberalnych, czyli takich, jak w starej Platformie Obywatelskiej. Są też zwolennicy Korwin-Mikkego, ale i tacy związani z radykalnymi ugrupowaniami, jak Ruch Narodowy czy Kukiz’15. Jest też dużo wyborców PiS-u.

Czy ta różnorodność ma miejsce także w obrębie pojedynczych organizacji?

Tak mi się wydaje. Oczywiście, są także organizacje bardziej jednolite… Ale wydaje mi się kluczowe, że kiedy w czasie wywiadów próbowałam zrozumieć to prawicowe nachylenie członków organizacji paramilitarnych, coraz częściej miałam wrażenie, że ich prawicowość jest w mniejszym stopniu wynikiem upartyjnienia sektora i jego kultury organizacyjnej, a w większym stopniu wynika ze struktury polskiej sceny politycznej, na której kwestie związane z obywatelską obronnością i narodowymi sentymentami nie mają obecnie reprezentacji politycznej poza prawicą. Nic więc dziwnego, że ci ludzie definiują się jako prawica.

W trakcie badań spotkałaś się z wieloma osobami z sektora paramilitarnego. Co było dla ciebie w tych rozmowach najciekawsze?

Sektor paramilitarny wydawał mi się przede wszystkim swego rodzaju światem nieprzedstawionym. Nie ma absolutnie żadnych badań socjologicznych na ten temat. Pewien pracownik MON-u powiedział mi, że ci ludzie istnieją od początku lat 90. i chodzą pod te same pomniki, ale nikt wcześniej nie chciał do nich pójść. Wszyscy dowódcy grup paramilitarnych, z którymi się spotykałam, mówili mi, że jestem pierwszym naukowcem społecznym, który do nich przychodzi. Mimo że to jest bardzo duża grupa ludzi i ważna sfera aktywności obywatelskiej.

Po wybuchu wojny na Ukrainie wszyscy odkryli, że te grupy istnieją. Fenomen stał się od razu ofiarą polaryzacji naszej polityki – jedni byli za, inni przeciw, zero odpowiedzialności za słowo. Idąc w teren, chciałam zrozumieć, co tam się dzieje.

I co tam się dzieje?

W debacie publicznej mieliśmy trzy główne interpretacje. Najbardziej rozpowszechniona głosi, że na rosnącą popularność tych grup wpłynęła Rosja – jest nowa sytuacja geopolityczna, wojna za wschodnią granicą, więc obywatele się organizują.

Czyli szykujemy bojówki, żeby się bronić.

Właśnie tak. Druga popularna interpretacja mówiła, że zjawisko ma związek z oddolnym zwrotem prawicowym i polityką PiS-u. Wielu komentatorów liberalnych wskazywało, że to są bojówki PiS-u i prawicy.

Wojsko Macierewicza. A trzecia interpretacja?

Trzecia interpretacja pojawiła się na prawicowych portalach. Poseł Marian Piłka opublikował na przykład tekst pod tytułem „Naród Wojowników”, w którym stawiał tezę, że to jest przejaw głęboko zakorzenionego toposu Polaka-wojownika, który odradza się wreszcie po okresie PRL-u.

Prawica doszła do władzy i polskość się odradza. A która interpretacja jest prawdziwa?

Wszystkie te interpretacje są częściowo prawdziwe, ale też częściowo błędne. Przykładowo, jeśli chodzi o kwestię polityki rosyjskiej, to trzeba przypomnieć, że te grupy istnieją oficjalnie od 1989 –1990 roku. Wtedy po raz pierwszy został reaktywowany Strzelec, początkowo jako bojówka KPN-u. Co do związku z PiS-em i zwrotem prawicowym, to również nie zgadza się chronologia, a z moich badań wynika, że sektor jest propaństwowy, a nie propartyjny. Z kolei interpretacja kulturowa ma tę wadę, że zamiast spojrzeć na procesy międzynarodowe i ekonomiczne, które mają wpływ na jakieś zjawisko społeczne, pozostajemy na poziomie mitów i w konsekwencji nie jesteśmy w stanie wyjaśnić, co się stało w Polsce.

To co się stało w Polsce?

Historię sektora paramilitarnego najlepiej opowiedzieć poprzez historię dwóch procesów. Pierwszy to neoliberalna transformacja państwa po 1989 roku, a druga to procesy europeizacji, czyli mówiąc najprościej: dołączania do Zachodu.

W III RP mieliśmy do czynienia z demilitaryzacją na dużą skalę. Było to związane z wejściem do NATO i demokratyzacją sił zbrojnych, ale także z wymogami budżetowymi. Brakowało pieniędzy, więc zaczęto ciąć. Armia została zmniejszona, a później zaczęła się era profesjonalizacji. W raporcie NIK-u słusznie zwrócono uwagę, że z wielu miejscowości wycofały się jednostki wojskowe, a nawet tam, gdzie jeszcze zostały, coraz trudniej było zobaczyć człowieka w mundurze. Jednocześnie armia zniknęła więc z widoku społecznego.

kulturaliberalna.pl

poniedziałek, 13 stycznia 2020


Sławomir ma czterdzieści dziewięć lat, a od dwudziestu nie ma domu. Dach nad głową stracił, gdy jego siostra wyszła za mąż. Urodziła dziecko, potem drugie. W małym mieszkaniu komunalnym, a był to tylko pokój z kuchnią, żyła jeszcze ich matka. – Zrobiło się ciasno. Nie chciałem być ciężarem. Siedzieć im na głowie – opowiada.

Pewnego razu, gdy wrócił do rodzinnego domu, drzwi otworzył ktoś obcy. Siostra wyprowadziła się bez jego wiedzy. Po śmierci matki przeniosła się do innego mieszkania. Tam nie było już dla niego miejsca. – Po tym, co się stało, jest między nami konflikt. Nie utrzymujemy kontaktów – mówi.

Ze wsi Jaworowo w kujawsko-pomorskim wyjechał do pracy w sadach pod Warką. Wspomina, że miał wtedy wybór: Warka albo ulica. – W noclegowni można spać tylko siedem nocy, a potem jest karencja tygodnia na ulicy. Śpi się wtedy na dworcu, na klatkach schodowych w blokach, ale krótko. Ochroniarze pilnują i wyganiają, bo bezdomny śmierdzi. Ludziom to przeszkadza i ląduje się na mrozie – mówi Sławomir, który po kilku takich miesiącach zdecydował, że wróci do Warki. – Traktują tam gorzej jak psa, ale jest dach nad głową.

(...)

Roman mówi, że gdy pierwszy raz – a było to w 2001 roku – wysiadł na dworcu w Warce, przeżył szok. Zobaczył tłum ludzi, spośród których sadownicy wybierali pracowników. – To był istny spęd niewolników. Panowie gospodarze chodzili z założonymi z tyłu rękami i patrzyli, kto jak wygląda, czy ma silne ręce. Jednemu kazali nawet zębami świecić. Pokazują od początku, kto tu rządzi. Oni nawet nie traktują nas jak ludzi. Mówią o nas bezdomniaki albo bandosy, którzy przemieszczają się za owocem – stwierdza. Dodaje, że gospodarze w pierwszej kolejności wybierają takich, którzy są pod ścianą. – Najbardziej zrozpaczonych. Głodnych i bez grosza. Dlatego najpierw stają na parkingu i przez szybę samochodu obserwują, kto jak się zachowuje. Pali papierosy? To źle, bo to znaczy, że jeszcze ma pieniądze. Oni wolą przegrańców, bo zrobią wszystko, co im się każe. Chcą niewolników, a nie pracowników.

(...)

Dzień roboczy w sadzie zaczyna się zwykle o siódmej rano i kończy o siódmej wieczorem. W południe godzinna przerwa na obiad. Roman wyjaśnia, że jeśli o zarobkach rozmawia z nim gospodarz, to stawka godzinowa jest zwykle o dwa złote niższa, czyli zamiast ośmiu wynosi sześć złotych na rękę. – To złodziejstwo, bo zwykle to tylko zupa z wkładką. Drugie danie jest może dwa razy w tygodniu. Najczęściej to ziemniaki, surówka i kotlecik, czyli ten hamburger z Biedronki. W paczce jest ich kilkanaście za pięć złotych. Podobnie ze śniadaniem i kolacją: dwie kromki chleba i czarny salceson albo pasztetowa, bo najtańsze. W zakładzie karnym lepiej karmią, bo dwudaniowy obiad jest codziennie. Wiem, co mówię, przecież siedziałem – podkreśla Roman.

(...)

Jesienią 2018 roku stawka godzinowa w sadach w okolicach Grójca i Warki wynosiła około ośmiu złotych za godzinę na rękę, czyli kilka złotych mniej niż ustawowe 13,70 brutto. O minimalną stawkę godzinową nikt tu nawet nie pyta. – Wszyscy pracują na czarno. Bez umowy, a więc i bez prawa do legalnej pensji – mówi Zdzisław.

Sławomir dodaje, że można być dobrym pracownikiem, ale wystarczy zapytać o umowę, ubezpieczenie czy wyższą pensję, a gospodarz już każe się wynosić. – Byłem świadkiem sytuacji, że ktoś o to pytał i dostawał w pysk. Bito nawet kobiety – podkreśla.

Roman opowiada, że sam nieraz upominał się o ubezpieczenie. – Od razu dostawałem kopa w dupę i trzydzieści minut na spakowanie się. Gospodarz nie negocjuje, tylko jedzie na dworzec po nowego bandosa – mówi i dodaje, że osoby bezdomne godzą się na te warunki, bo nie mają wyboru. – Nikt się nie buntuje. Nie myśli o strajku, bo nie ma siły. Nawet po robocie mało kto ze sobą gada. Umyć gębę i spać, bo rano trzeba wstać. Nie ma wspólnoty, przyjaźni. Mało kto sobie ufa, bo często wśród pracowników jest kapo, który donosi gospodarzowi. To osoby, które są w stanie sprzedać człowieka za złotówkę więcej. Czują się lepsi, bo za donosy pan daje im nową kurtkę czy kawałek ciasta w niedzielę. Strajk w takim miejscu nigdy się nie uda, bo nawet jak umówimy się, że rano nie wyjdziemy w pole, to gospodarz zaraz o wszystkim się dowie i rano weźmie nowych parobków z dworca.

Wspomina też, że pewnego razu starł się z jednym z zaufanych ludzi gospodarza. – Złapałem go za szmaty i mówię: „Chłopie, kim ty tutaj jesteś? Popatrz na tego psa. On codziennie miskę dostaje za darmo. Tylko za to, że jest. A ty, żeby to dostać, musisz zapierdalać kilkanaście godzin i ludzi sprzedawać” – opowiada. – Klient dostał ode mnie w łeb, a ja musiałem się pakować.

(...)

Praca w sadach w okolicy Warki ma według osób w kryzysie bezdomności jedną zasadniczą zaletę: dach nad głową. Sławomir mówi, że pracował u sadowników, aby się ratować i nie spać na ulicy. – To szantaż, bo człowiek nie ma wyboru. Godzi się na to wszystko, nawet najgorsze warunki, żeby coś ze sobą zrobić – mówi.

Twierdzi, że w ciągu lat pracy w sadach tylko raz trafił do miejsca, gdzie warunki mieszkaniowe były przyzwoite. – I tam nie miałem umowy, ale budynek był z prysznicem, piętrowe łóżka, pościel zmieniana co tydzień, nawet telewizor – wymienia i mówi, że zwykle wygląda to dużo gorzej. – Nocleg jest na przykład w starej stodole albo oborze, za ścianą często są jeszcze zwierzęta: świnie, krowy. Śpi się na odwróconych skrzynkach po jabłkach. Bez materaca. Na samych deskach albo na starych ciuchach. Po takim spaniu człowiek budzi się zmęczony, a trzeba wstać do roboty. To wygląda jak jakiś obóz pracy, niewolnictwo.

magazynpismo.pl

Analiza objęła 306 „pasków” dotyczących 13 wydarzeń politycznych uznanych za najważniejsze (badacze wyjaśnili, że omówienie wszystkich ok. 8-9 tys. pokazanych przez dwa lata w „Wiadomościach” przekracza ich możliwości). Liczące ponad 150 stron opracowanie przygotowali dr hab. Katarzyna Kłosińska z Uniwersytetu Warszawskiego, dr hab. Rafał Zimny z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy i dr hab. Przemysław Żukiewicz z Uniwersytetu Wrocławskiego, a streszczenie napisał prof. dr hab. Andrzej Markowski, przewodniczący Rady Języka Polskiego.

Ponadto w ramach analizy wykazano, że tylko 25 proc. „pasków” nie zawiera jakichkolwiek lingwistycznie wyodrębnialnych eksponentów wartościowania, a więc są informacjami w sensie ścisłym, celowo pozbawionymi elementów oceniających. - Wskaźnik ten należy uznać za bardzo niski, a zatem należy stwierdzić, że „Wiadomości” TVP nie przekazują obywatelom obiektywnej informacji, lecz własną wizję omawianych wydarzeń - uważa prof. Markowski.

Pozostałe trzy czwarte komunikatów pełnią trzy główne funkcje: perswazyjną (czyli wpływania na odbiorcę), magiczną (kreacja rzeczywistości) i ekspresywną (wyrażanie emocji i ocen). - Powstały więc one z myślą o stworzeniu autorskich wizji wydarzeń i o wpłynięciu na przekonania (w tym: oceny) odbiorcy. Wizja świata prezentowanego przez „Wiadomości” jest skrajnie jednostronna, a jej osią aksjologiczną jest opozycja: „obecna władza” - „ci, którzy jej nie popierają” - działania rządu i partii rządzącej są przedstawiane w sposób bezwzględnie pozytywny, podczas gdy działania partii opozycyjnych, ruchów obywatelskich czy instytucji Unii Europejskiej są oceniane wyłącznie negatywnie, niekiedy osoby i instytucje te są obiektem ogólnie pojętej deprecjacji (ironii, kpiny, ośmieszenia itd.) - skomentował prof. Markowski.

- Oceny dokonywane są apriorycznie - formuły językowe zawierające pierwiastek oceny pojawiają się na pasku poprzedzającym właściwy materiał reporterski, co sprawia, że widz ma mieć ukształtowaną wizję wydarzenia, zanim pozna jego szczegóły - dodał szef Rady Języka Polskiego.

W sprawozdaniu szczegółowo omówiono szereg najczęstszych zabiegów językowych stosowanych w „paskach” „Wiadomości”. Stwierdzono, że działania władzy i jej system wartości opisywane są określeniami nacechowanymi pozytywnie (np. reforma, suwerenny, silny, bohater, święto, demokracja, patriotyzm/patrioci, pomoc), a o środowiskach krytycznych wobec władzy - wyłącznie negatywnym językiem (np. szokujący, skandaliczny, prowokacja, pucz, połajanki, szantażować, naciski, żenujący, agresja, zmanipulowany, destabilizacja (państwa), rozróba, zdziczenie (obyczajów), wpadka, kłótnia, kapitulacja, pycha, kłamstwo, szkalować, profanacja, tłumaczyć się, dzika (reprywatyzacja) bezczelność, buta, złodziejski, podłość, kradzież / skradziony / ukradziony, eskalować).

Zwrócono też uwagę na kilka sformułowań regularnie służących do opisywania środowisk opozycyjnych: totalna opozycja, radykalna opozycja, sędziowska kasta / nadzwyczajna kasta. - Funkcją pragmatyczną każdego z nich jest wprowadzanie do komunikacji z widzem maksymalnie uogólnionej i negatywnie nacechowanej treści - skomentował prof. Andrzej Markowski.

Za bardzo wyraźny przejaw emocji uznano przymiotnik w stwierdzeniu „Żenująca prowokacja”. - Nadawca zajmuje tu postawę paternalistyczną wobec bohaterów relacjonowanego wydarzenia: poprzez wyprofilowanie takiego obrazu sytuacji ukazuje swą wyższość nad osobami zaangażowanymi w wy-darzenie, które to osoby pragnie zawstydzić, a tym samym upokorzyć - ocenił prof. Markowski.

Z kolei słowo „prowokacja”, tak samo jak „tajny”, „tajemnica”, „grozić”, „straszyć”, „totalny”, „radykalny” czy „ultimatum”, według autorów raportu ma na celu „maksymalizowanie wrogości wobec pewnych podmiotów i ich działań oraz wytwarzanie w związku z tym poczucia zagrożenia u odbiorcy”.

Zauważono, że na „paskach” parokrotnie pojawił się przymiotnik „kolejny”, najczęściej w krytycznym kontekście („Kolejna skandaliczna decyzja sędziów”, „Opozycja zapowiada kolejne bitwy”, „Kolejna próba destabilizacji państwa”, „Kolejny świadek obciąża prezydent Warszawy”). - Wszystkie te presuponowane sądy wyrażają negatywną ocenę działań środo-wisk lub osób uznawanych przez władzę polityczną za przeciwników lub wrogów - skomentował przewodniczący Rady Języka Polskiego.

(...)

Parę „pasków” ma formę pytań: „Kto nie chce suwerennej i silnej Polski?”, „Nieudolność czy sabotaż śledztwa?”, „Komu przeszkadza patriotyzm Polaków?”, „Sąd Najwyższy złamał prawo?”, „Kolejna próba destabilizacji państwa?”, „Czy Platforma szykuje na jutro awanturę?”, „Blokada opóźni dezubekizację?”. - Tak formułując treść paska, nadawca zakłada, iż na każde z tych pytań odbiorca winien odpowiedzieć twierdząco, akceptując tym samym wyrażoną w treści orzekanej tezę - skomentowano w sprawozdaniu.

wirtualnemedia.pl