poniedziałek, 21 grudnia 2020


„Chociaż na Joe Bidena oddało głos niemal 80 milionów Amerykanów, Donald Trump otrzymał tym razem 11 milionów głosów więcej niż przed czterema laty” – zwraca uwagę senator Bernie Sanders w „Guardianie”. Trump nie stracił więc wyborców, ale ich zyskał, szczególnie w tych miejscach kraju, gdzie rośnie bezrobocie i bieda, edukacja i opieka medyczna nie spełniają swoich zadań, a ludzie słusznie czują się najbardziej pokrzywdzeni.

Najwyraźniej znaczna część wyborców wciąż żywi przekonanie, że Donald Trump broni ich interesów lepiej niż jakikolwiek kandydat Partii Demokratycznej. To, zdaniem senatora, jest „najbardziej bezwstydnym ze wszystkich kłamstw” obecnego prezydenta. „Trump wprowadził do swojej administracji najwięcej miliarderów w amerykańskiej historii, przyznał ulgi podatkowe najbogatszym koncernom, a ciął wydatki na edukację, mieszkalnictwo i programy dożywiania. Usiłując zlikwidować program ubezpieczeń zdrowotnych Obamacare, próbował odebrać dostęp do opieki medycznej 32 milionom Amerykanów” – wylicza Sanders.

A jednak w oczach wielu wyborców z klasy robotniczej to właśnie Trump uchodzi za „fightera”, który walczy o ich lepszy byt. Dlatego teraz, przekonuje Sanders, już w pierwszych stu dniach prezydentury Bidena Partia Demokratyczna musi obalić to kłamstwo: musi pokazać słowem i czynem, po czyjej stoi stronie. Tak żeby nie było żadnych wątpliwości.

„Jedna strona – pisze senator – chce podniesienia głodowych płac. Druga strona tego nie chce. Jedna strona popiera związki zawodowe; druga strona je zwalcza. Jedna strona uważa, że walcząc z kryzysem klimatycznym i odbudowując podupadłą infrastrukturę, można stworzyć miliony dobrze płatnych miejsc pracy; druga strona tak nie uważa. Jedna strona planuje obniżyć ceny leków i otoczyć opieką medyczną jak najwięcej ludzi; druga strona nie ma takich planów. Jedna strona popiera płatne urlopy rodzinne i chorobowe; druga strona nie. Jedna strona chce reformować rasistowski system wymiaru sprawiedliwości, a pieniądze inwestować w edukację i miejsca pracy; druga strona nie zamierza tego robić”.

krytykapolityczna.pl

niedziela, 20 grudnia 2020


Substancje zaliczane do grupy tzw. nowiczoków to środki paraliżująco-drgawkowe (neurotoksyny) tzw. czwartej generacji, które należą do najbardziej toksycznych substancji chemicznych na świecie. Jeden gram substancji teoretycznie wystarczy do zabicia kilku tysięcy osób. Rosja, która jest stroną Konwencji o zakazie broni chemicznej (CWC), nie może posiadać żadnych substancji chemicznych do celów bojowych. W 2017 r. ogłosiła, że zakończyła niszczenie arsenałów broni chemicznej z czasów ZSRR, co potwierdziła OPCW, nadzorująca przestrzeganie Konwencji. Rosja jednak nigdy oficjalnie nie przyznała, że w ZSRR prowadzone były prace nad nowiczokami. Dlatego substancje te, chociaż zakazane Konwencją, nie zostały objęte kontrolą organizacji. Dopiero po zamachu w Salisbury lista kontrolowanych substancji została uzupełniona, co może ułatwiać OPCW np. przeprowadzenie inspekcji w Rosji.

Dwukrotne użycie nowiczoka wskazuje, że Rosja albo nie ujawniła całości swojego programu broni chemicznej, albo wznowiła nad nim prace. Nie wiadomo, jakimi ilościami zakazanej substancji bojowej dysponuje. Brak oficjalnych informacji na ten temat stwarza też problem z przypisaniem odpowiedzialności rosyjskim władzom w sytuacji użycia tej broni do zamachów. Mimo to jej wykorzystanie najprawdopodobniej odbywa się za zgodą najwyższych władz Rosji, ponieważ nowiczoki mogą być wyprodukowane jedynie w państwowych laboratoriach. Do takich wniosków doszły np. brytyjskie służby po ataku w Salisbury oraz UE po zamachu na Nawalnego.

Posługując się bronią chemiczną, rosyjskie władze mogą próbować osiągnąć kilka celów jednocześnie – zastraszyć przeciwników politycznych i podważyć stabilność systemu bezpieczeństwa opartego na normach prawa międzynarodowego, wspartego środkami budowy zaufania. Badają też reakcję NATO, UE i USA, aby na tej podstawie podejmować decyzje o kolejnych działaniach wymierzonych w Zachód.

Użycie broni chemicznej na terenie Wielkiej Brytanii w 2018 r. było z formalnego punktu widzenia atakiem przy użyciu broni masowego rażenia na terytorium NATO. Po ataku w Salisbury Sojusz zmniejszył wielkość rosyjskiej misji przy NATO z 30 do 20 osób i wydalił z niej siedmiu dyplomatów. Większość państw Sojuszu także zdecydowała się na wydalenie pracowników rosyjskiego korpusu dyplomatycznego. USA dodatkowo nałożyły na Rosję sankcje gospodarcze i finansowe.

Ponieważ do kolejnego użycia broni chemicznej doszło na terytorium Rosji, można zakładać, że działania podjęte po ataku w Salisbury wpłynęły na rosyjskie kalkulacje. Jednocześnie fakt, że Rosja po raz kolejny użyła substancji bojowej, już po jej wpisaniu przez OPCW na listę kontrolowanych substancji, może być jasnym sygnałem dla Zachodu i NATO. Rosja wskazuje, że dysponuje bronią chemiczną i jest gotowa jej dalej używać, łamiąc prawo międzynarodowe. Gdyby chodziło jedynie o zastraszanie rosyjskiej opozycji, równie skuteczne byłoby przeprowadzenie zamachu innymi metodami.

pism.pl

piątek, 4 grudnia 2020


Ale jeden „instytut” już jest. Jest to Instytut Lecha Kaczyńskiego (zarejestrowany jako fundacja). Mieści się w domu, kostce z lat 60., należącej do Jarosława Kaczyńskiego. Dom ten nazywany jest willą, ale bardziej pasowałoby określenie kanciapa.

Instytut jest nadzwyczaj dziwny. Bez zgody Jarosława Kaczyńskiego i jego ochrony nie można tam nawet wejść, a i granica miedzy Instytutem a prywatnym mieszkaniem Kaczyńskiego jest nader umowna. Nazwa „instytut” sugeruje, że jest to placówka naukowa, ale od dawna nie widać żadnej tego „instytutu” działalności. Właściwie nic się tam nie dzieje.

Naukowości tej instytucji wyraźnie przeczy skład jej władz. Zarząd: Prezes – Barbara Krystyna Czabańska (żona Krzysztofa Czabańskiego) i Barbara Skrzypek (słynna „pani Basia”). Rada Fundacji: Jarosław Aleksander Kaczyński, Krzysztof Czabański i ksiądz Rafał Sawicz. Są to wszystko osoby niemające żadnych kwalifikacji naukowych.

Jedyna rola tego „instytutu” to bycie właścicielem spółki Srebrna i spółki Srebrna Media. Wygląda na to, że ten „instytut” jest typowym „słupem”. Służy do ukrywania tego, że faktycznym właścicielem obu spółek jest Jarosław Kaczyński. Dzięki temu może on nie wykazywać w oświadczeniach majątkowych rzeczywistego olbrzymiego majątku.

I kto tu jest głupi? Jak to kto? Sławomir Nowak. Powinien założyć „instytut mierzenia czasu, jaki został do kolacji” i zapisać na ten „instytut” swój zegarek. I nie byłoby sprawy.
Proste? Proste.

wiadomo.co

czwartek, 3 grudnia 2020


Brad Raffensperger jest sekretarzem stanu Georgii i odpowiada w tym stanie m.in. za przebieg wyborów prezydenckich. Objął to stanowisko dwa lata temu w wyniku wyborów, w których startował jako kandydat Partii Republikańskiej. Jak sam przyznaje, w 2016 r. i w 2020 r. głosował na Trumpa.

Od trzech tygodni Raffensperger i jego rodzina mają osobistą ochronę, bo dostają liczne pogróżki. Jako nadzorujący wybory w stanie, Raffensperger odrzucił wiele próśb i żądań ze strony Białego Domu oraz sojuszników Trumpa o ponowne przeliczenie głosów w taki sposób, by w tym stanie wygrał urzędujący prezydent, a nie — o czym mówią oficjalnie wyniki — jego demokratyczny rywal.

— Nie sądzę, żebym miał jakiś wybór. Moja praca polega na przestrzeganiu prawa i nie pozwolimy sobie na to, żeby ktoś nas przekonał, że jest inaczej — powiedział Raffensperger dziennikarzom “Washington Post”. — Uczciwość i prawość wciąż się u nas liczą.

Stephanos Bibas jest sędzią federalnego sądu apelacyjnego w Pensylwanii, który obejmuje jurysdykcją kilka stanów w tej części USA. Na to jedno z najwyższych w amerykańskim sądownictwie stanowisko został nominowany w 2017 r. przez prezydenta Trumpa. Znany ze swych konserwatywnych przekonań (Bibas jest m.in. diakonem w cerkwi prawosławnej), kandydat na sędziego był ostro zwalczany przez Demokratów w Senacie podczas procesu nominacji i został sędzią tylko dzięki temu, że w izbie wyższej Kongresu USA Republikanie mają większość.

Dwa dni temu Bibas napisał opinię w imieniu trójki sędziów Sądu Apelacyjnego w Filadelfii, którzy odrzucili pozew sztabu Trumpa o zmianę wyników wyborów w tym stanie, także wygranym przez Joe Bidena. “Nazwanie wyborów oszukanymi nie oznacza, że tak właśnie jest. Zarzuty wymagają dowodów. Tutaj nie mamy ani jednego” — napisał sędzia.

onet.pl


Grupy ekstremistów, biali nacjonaliści i zwolennicy teorii spiskowych umieszczają swoje posty na szyfrowanych aplikacjach i internetowych forach dyskusyjnych. Niektórzy z nich deklarują związki z ruchem QAnon, ogłaszającym, że "deep state" czyli "układ" ma działać przeciwko Donaldowi Trumpowi.

Jak wynika z przeprowadzonej przez redakcję POLITICO analizy wielu kanałów w serwisach Telegram i Parler (ten ostatni często wybierają także bardziej mainstreamowi konserwatyści), a także dyskusji na forach 4Chan, promowane są tam wiralowe filmiki o oszustwach wyborczych (na które nie ma żadnych dowodów), wzywa się zwolenników do sięgania po broń w obronie Trumpa i umieszcza antysemickie i rasistowskie obelgi w stosunku do urzędników komisji wyborczych.

Takie dyskusje toczą się na tych alternatywnych platformach szczególnie intensywnie od czasu wyborów z 3 listopada, tworząc bezpieczną przystań dla tych, którzy dopatrują się oszustw wyborczych – i domagają się konkretnych działań w świecie rzeczywistym.

Te fora stały się miejscem skoordynowanych kampanii dezinformacji skierowanych do głównych sieci społecznościowych, a także skarbnicą różnego rodzaju ekstremalnych treści, niegdyś umieszczanych na Facebooku, Twitterze czy YouTube, później jednak usuwanych z tych serwisów.

(...)

Wiele z tych forów – między innymi kanały w serwisie Telegram prowadzone przez różnego rodzaju bojówki, w tym skrajnie prawicową organizację Proud Boys – zyskało znaczną liczbę nowych członków w ciągu ostatnich 18 miesięcy, odkąd Facebook, Twitter i YouTube zaczęły aktywnie usuwać grupy ekstremistyczne ze swoich platform.

Jednak po wyborach z 3 listopada takie kanały w serwisie Telegram odnotowały wręcz powódź nowych członków – 40 kanałów analizowanych przez POLITICO zyskało w tym czasie 20-procentowy wzrost liczby obserwujących.

Zarówno na Telegramie, jak i 4Chan liczba wpisów w stosunku do okresu przed wyborami wzrosła pięciokrotnie i prawie wszystkie traktowały o rzekomych oszustwach wyborczych. MeWe, kolejny alternatywny serwis społecznościowy preferowany przez skrajną prawicę, w ostatnim tygodniu również stał się jedną z najczęściej pobieranych aplikacji.

To zjawisko to część większego odpływu ludzi z największych serwisów do różnego rodzaju platform oferujących znacznie mniej (jeśli w ogóle) ograniczeń w kwestii zamieszczanych treści.

onet.pl

wtorek, 17 listopada 2020


„Dnia 23 marca 1939 roku zostałem aresztowany i osadzony w Berezie za – jak to głosił doręczony mi nakaz – «systematyczną krytykę rządu, za pomocą sztucznie dobieranych argumentów i podrywanie zaufania narodowego do Naczelnego Wodza»” – wspominał Stanisław Cat-Mackiewicz. Zamknięcie w obozie odosobnienia jednego z najgłośniejszych publicystów międzywojnia, sprawiło, że niemal cała opinia publiczna wpadła w wielki stupor.

Nie stało się tak dlatego, że redaktor wileńskiego „Słowa” cieszył się wielką popularnością, a jego artykuły, eseje i książki przyciągały liczne rzesze czytelników. Wszyscy byli niepomiernie zdziwieni, bo Mackiewicz nadal kojarzył się im z obozem władzy. Zresztą on sam przez lata nie ukrywał swego uwielbienia do osoby Józefa Piłsudskiego. Poza tym sanacja sporo zawdzięczała redaktorowi. Zaraz po zamachu majowym, dzięki osobistym kontaktom wileńskiego konserwatysty, udało się zorganizować spotkanie Marszałka z przedstawicielami środowisk ziemiańskich na zamku Radziwiłłów w Nieświeżu. Zaledwie kilkanaście lat wcześniej w oczach polskiej arystokracji Komendant jawił się jako śmiertelny wróg. Nie dość, że „czerwony” terrorysta, to jeszcze bandyta, napadający na pociągi. Ta wrogość nieco osłabła po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, jednak dopiero Nieśwież zaowocował wieloletnim sojuszem byłego lidera PPS z konserwatystami.

Ten polityczny alians Cat-Mackiewicz wspierał swym znakomitym piórem oraz w Sejmie, będąc dwie kadencje posłem sanacyjnego BBWR. Przełknął pacyfikację opozycji jesienią 1930 r. i bezprawne osadzenie jej liderów w brzeskiej twierdzy. Choć bliski mu światopoglądowo Stanisław Stroński pisał wówczas: „Zarząd państwowy stał się nie narzędziem prawa, lecz narzędziem bezprawia. Pojęcie służby państwu zastąpione zostało pojęciem służby obozowi rządzącemu”. Przymknął oczy na to, że rządzący potem krajem w imieniu Piłsudskiego młodzi „pułkownicy” stworzyli wszechogarniającą sitwę, która zagarnęła dla siebie niemal wszystkie najwyższe urzędy państwowe. Natomiast niższe stanowiska przekazała krewnym i znajomym. Kiedy z powodu wieku i choroby Marszałek coraz wyżej cenił sobie osoby ślepo posłuszne, pozbywając się zbyt samodzielnych i niezależnych Mackiewicz jedynie z tego powodu ubolewał. „Piłsudski rozstaje się z tymi swoimi współpracownikami, którzy byli najinteligentniejsi, a więc rezonują: Matuszewski, Zaleski. Piłsudskiemu wygodny jest Beck, który z biciem serca wchodzi do pokoju i boi się nawet zadać Komendantowi pytanie” – notował redaktor „Słowa”.

Swą cichą akceptację dla gnicia sanacji tłumaczył politycznym pragmatyzmem oraz troską o państwo. Nie widział bowiem nikogo lepszego do rządzenia w ciężkich czasach Polską. Ale pod koniec lat 30. nawet jemu zaczęło się ulewać. Następcy Piłsudskiego nie dość, że prowadzili krótkowzroczną politykę, na dokładkę okraszali ją mnóstwem bezmyślnych pociągnięć. Mackiewicz miał dość mocarstwowej propagandy ukrywającej przed społeczeństwem fatalne położenie Polski. Czemu dawał wyraz w kolejnych artykułach. Sceptycznie oceniał zdolności bojowe armii oraz sens powszechnie organizowanych zbiórek funduszy na jej dozbrojenie. Przestał akceptować obsadzanie najwyższych stanowisk osobami zupełnie pozbawionymi kompetencji, na czele z ministrem spraw wojskowych gen. Tadeuszem Kasprzyckim.

Wreszcie definitywnie zerwał z sanacją, gdy ta zainicjowała akcję „rekatolizacji Kresów”, zaczynając od burzenia cerkwi prawosławnych na Lubelszczyźnie. Czym wzniecono wśród ukraińskiej mniejszości takie fajerwerki nienawiści do Polaków jakich nie widziano od czasów Bohdana Chmielnickiego. Jak wówczas podkreślał w jednym z artykułów Mackiewicz, inicjatorów akcji należałoby postawić przed Trybunałem Stanu. W końcu rządzący nie zdzierżyli krytyki ze strony swego niegdyś cennego sojusznika i z polecenia premiera Sławoja Składkowskiego redaktor trafił do Berezy.

dziennik.pl


W 2019 r. Chiny – według danych China Semiconductor Industry Association – wydały na import półprzewodników 301 mld dol., czyli mniej więcej tyle samo co w 2018 r. W 2020 r., o ile nie stanie się nic, czego do tej pory nie można było przewidzieć, zakupy sięgną podobnej kwoty (po I półroczu import miał wartość 184 mld dol. i był o 12 proc. wyższy niż w 2019 r.). To dużo więcej niż Państwo Środka wydaje na import ropy, który w 2019 r. miał wartość 238 mld dol. Połowa kupowanych przez Chiny półprzewodników jest eksportowana w gotowych produktach, takich jak np.: komputery, smartfony, czy sprzęt do budowy sieci telekomunikacyjnych.

Zakupy chińskich firm to ponad 70 proc. rocznej wartości światowego rynku, która – według danych amerykańskiego Semiconductor Industry Association (SIA) – w 2019 r., po spadku o 12 proc., wyniosła 412 mld dol. World Semiconductor Trade Statistics w czerwcowej, obniżonej z powodu pandemii COVID-19 prognozie, szacuje, że w 2020 r. rynek sięgnie 426 mld dol., a w 2021 r. 452 mld dol. Według SIA w 2019 r. 1/3 światowego rynku półprzewodników przypadała na telekomunikację, a kolejne 29 proc. na komputery.

Zablokowanie możliwości dostaw chipów do Huawei odczują jego azjatyccy dostawcy – TSMC, MediaTek, Novatek Microelectronics czy Realtek Semiconductor. Huawei był ich dużym klientem. TSMC produkował chipy zaprojektowane przez HiSilicon. Trzej pozostali projektowali chipy wykorzystywane przez chińskiego producenta.

Samsung ocenia, że ubytek popytu na wykorzystywane w smartfonach Huawei pamięci zrekompensują wyższe zakupy ze strony innych producentów, którzy przejmą opuszczany przez Chińczyków fragment rynkowego tortu. Dostawy dla Huawei odpowiadają za ok. 6 proc. sprzedaży Samsunga.

Zdaniem analityków SK Hynix, drugi koreański dostawca Huawei, może mieć krótkoterminowy spadek sprzedaży, ale długoterminowo popyt się odbuduje, głównie za sprawą innych chińskich producentów smartfonów. Ze spadkiem sprzedaży musi się też liczyć japoński Sony, który dostarczał Huawei instalowane w smartfonach czujniki obrazu.

Powyższe oczekiwania oparte są na założeniu, że embargo na dostawy skutecznie odetnie Huawei od półprzewodników (a tego nie możemy być pewni). Ponadto jest w nich „ciche” założenie, że nawet po ewentualnej zmianie prezydenta USA nie zmieni się podejście amerykańskiej administracji do chińskiego producenta.

Uzależnienie Huawei od importu półprzewodników wynika ze słabości tej branży w Chinach. Półprzewodniki są tam produkowane (Chiny mają ok. 5 proc. udział w światowym rynku), ale albo z wykorzystaniem amerykańskich technologii (np. państwowa China Electronics jest w stanie projektować chipy o 7 nm litografii i przygotowuje się do wprowadzenia chipów 5 nm,), albo są to podzespoły zdecydowanie mniej wydajne niż te z importu, a tym samym w praktyce nie nadające się do współczesnego sprzętu telekomunikacyjnego. Według chińskich mediów Huawei chciałby przed końcem 2020 r. uruchomić własną produkcję półprzewodników o litografii 45 nm (w kolejnym kroku miałaby ruszyć produkcja chipów 28 nm), ale eksperci sądzą, że w tym terminie to zbyt ambitny cel.

Chińskie władze znają tę słabość i w ramach realizowanej od 2015 r. strategii „Made in China 2025” chcą uruchomić niezależną od Zachodu produkcję. Wspierana przez państwo Tsinghua Unigroup buduje w Wuhan fabrykę pamięci. Wartość inwestycji to 22 mld dolarów. Semiconductor Manufacturing International, największy chiński producent półprzewodników, tegoroczne inwestycje zwiększył do 6,7 mld dolarów. Miliardy dolarów płyną też do chińskich półprzewodnikowych start-upów, które pracują nad własnymi technologiami. Jednak dla Huawei uniezależnienie może przyjść zbyt późno.

obserwatorfinansowy.pl

poniedziałek, 16 listopada 2020


Od lat Górski Karabach jest dla Amerykanów kwestią trzeciorzędną. Kluczowe znaczenie ma przy tym pat polityczny, który skutecznie gasi większą aktywność. W 1992 r., gdy rozgorzała wojna w Górskim Karabachu, w USA zderzyły się dwa wielkie środowiska wpływu. Lobby zbrojeniowe i surowcowe popierały pomysł zacieśnienia kontaktów z Azerbejdżanem. Liczono na ogromne profity z wydobycia azerskiej ropy i sprzedaży uzbrojenia do Baku nieradzącego sobie z ofensywą Erywania. Po drugiej stronie zaktywizowała się diaspora ormiańska, świetnie wykorzystująca swoje kontakty w Kongresie. W efekcie Biały Dom przychylił się do wspierania Azerów, ale Kongres przyjął w 1992 r. 907. poprawkę do Freedom Support Act (kluczowej ustawy dla wspierania ruchów wolnościowych i demokratycznych), która zakazała dozbrajania Azerbejdżanu.

Waszyngton wciąż pozostaje zainteresowany Kaukazem Południowym, lecz w konflikcie karabaskim ma związane ręce. Ponadto prezydent Donald Trump koncentruje się na sprawach, które mogą przynieść mu chwałę i zyski finansowe. Stąd brak nominacji ambasadorskiej dla Andrew Schofera, amerykańskiego chargé d’affaires w Grupie Mińskiej, co symbolizuje, jak nieznaczący dla USA jest to konflikt.

Kłopotliwy jest natomiast dla Izraela. Już w pierwszych dniach walk tamtejszy armeński ambasador Armen Smbatyan został wezwany na konsultacje do kraju. W języku dyplomatycznym to jasny przekaz, tym bardziej znaczący, że ledwie dwa tygodnie wcześniej, w święto Rosz ha-Szana (żydowski nowy rok), inaugurowano otwarcie ambasady Armenii w Tel Awiwie.

Powodem była izraelska broń sprzedawana Baku: tuż przed wybuchem konfliktu i kilka dni po nim azerskie transportowce lądowały w bazie Owda na pustyni Negew po jej odbiór. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że Izrael i Azerbejdżan od lat ściśle współpracują według formuły "ropa za broń". Według Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem w latach 2006–2019 Azerbejdżan zakupił w Izraelu samoloty bezzałogowe, amunicję sterującą i systemy ziemia-powietrze za kwotę 825 mln dolarów. W izraelskich mediach Hikmet Hajiyev, doradca prezydenta Ilhama Alijewa, chwalił się: "Mamy jedną z największych flot bezzałogowców w regionie. Wśród nich także izraelskie maszyny, głównie bojowe, rekonesansu i «kamikadze», które okazały się bardzo skuteczne".

(...)

Niebagatelne znaczenie ma także fakt, że Azerbejdżan jako państwo szyitów (choć świeckie) utrzymywało dobre relacje z diasporą żydowską. Baku już w XIX wieku, jeszcze w ramach imperium rosyjskiego, stało się centrum aktywności syjonistycznej. Wspierała ją słynna żydowska rodzina Rothschildów, do której pod koniec XIX wieku należała jedna z pierwszych kampanii naftowych w Baku.

Azerbejdżan korzysta również ze wsparcia żydowskich organizacji w Stanach Zjednoczonych, które są w stanie równoważyć silne lobby ormiańskie w Waszyngtonie. Ma to kapitalne znaczenie dla kraju, który był poddany przez Kongres USA w 1992 r. sankcjom wykluczającym go z pomocy w ramach programu Freedom Support Act. Otwarte wykorzystanie izraelskich samolotów bezzałogowych postawiło więc Jerozolimę w niezręcznej sytuacji. Dlatego rząd Netanyahu przyjął postawę formalnie neutralną i nie udziela komentarzy w sprawie konfliktu w Górskim Karabachu.

new.org.pl

Głównym powodem bardziej zniuansowanego i wstrzemięźliwego podejścia zarówno samego Kremla, jak i – szerzej – rosyjskiego establishmentu politycznego do amerykańskich wyborów było głębokie rozczarowanie prezydenturą Trumpa, z którą w Moskwie początkowo wiązano duże nadzieje. W 2016 r. jawił się on jako kandydat, który może zrewidować amerykańską politykę wobec Rosji i być skłonny do zawarcia strategicznego porozumienia („wielkiego dealu”), ostatecznie regulującego relacje między Waszyngtonem i Moskwą. Na pozytywną ocenę kandydatury Trumpa wpływały zarówno jego deklaracje o potrzebie poprawy stosunków z Rosją, jak i jego krytyka liberalnego interwencjonizmu, a także zapowiedzi rezygnacji z pomyślanych jako środek konsolidujący Zachód gospodarczych integracyjnych projektów administracji Baracka Obamy (TTIP i TPP). Moskwa oceniała Trumpa jako wygodniejszego interlokutora i ewentualnie partnera ze względu na jego transakcyjne podejście do polityki i brak doświadczenia na arenie międzynarodowej. Nie bez znaczenia była też ideologiczna kompatybilność jego poglądów z konserwatywnym światopoglądem dominującym w rosyjskich elitach.

Dowodem na to, jak poważnie Kreml liczył na zmianę amerykańskiej polityki wobec Rosji, była – bezprecedensowa – rezygnacja Moskwy z rutynowego, symetrycznego odwetu na sankcje nałożone pod koniec grudnia 2016 r. przez ustępującą administrację Obamy (w reakcji na rosyjską ingerencję w kampanię prezydencką). Odstąpienie od retorsji było ze strony Kremla wyraźnym gestem dobrej woli pod adresem przychodzącej administracji Trumpa i miało na celu stworzenie atmosfery sprzyjającej rozpoczęciu przez nią polityki nowego otwarcia wobec Rosji.

Już po upływie kilku miesięcy okazało się jednak, że rosyjskie nadzieje były złudne. Pierwszym nieprzyjemnym zaskoczeniem dla Moskwy była decyzja Trumpa o wykonaniu rakietowego ataku na rosyjskiego sojusznika – syryjskiego prezydenta Baszara al-Asada – w reakcji na użycie przez niego broni chemicznej na terytorium kontrolowanym przez syryjskich powstańców (kwiecień 2017 r.). I chociaż Trump konsekwentnie unikał krytykowania Rosji i prezydenta Putina, opóźniał i łagodził wdrażanie uchwalanych przez Kongres sankcji oraz powtarzał swoje deklaracje o chęci poprawy relacji z Rosją, to nie przekładało się to w żaden sposób na konkretne ustępstwa i gotowość do wykonania proponowanych przez Moskwę kroków w kierunku normalizacji wzajemnych stosunków. Wręcz odwrotnie, zarówno Kongres, jak i kierowana przez niego administracja podejmowały działania (m.in. wprowadzając dalsze sankcje), które spowodowały dalsze pogorszenie relacji rosyjsko-amerykańskich.

W konsekwencji w przedwyborczych analizach moskiewskich ekspertów bliskich oficjalnym strukturom (Rosyjska Rada Spraw Międzynarodowych, klub dyskusyjny Wałdaj, komentatorzy państwowych stacji telewizyjnych) dominował pogląd, że ponowna wygrana Trumpa nie pociągnie za sobą pozytywnej – z punktu widzenia interesów Rosji – zmiany w polityce Waszyngtonu wobec Moskwy ani nie doprowadzi do normalizacji we wzajemnych stosunkach. Wskazywali oni przy tym na szereg niekorzystnych dla Rosji elementów polityki Trumpa w trakcie jego pierwszej kadencji w Białym Domu. Największe obawy w Moskwie wywołało zwiększenie wydatków USA na obronę oraz podejście do kontroli zbrojeń – wyjście z traktatu INF i gotowość do nieprzedłużana traktatu START III. Obecna generacja rządzących Rosją przyjmuje za aksjomat, że jedną z głównych przyczyn upadku Związku Sowieckiego były nadmierne wydatki na zbrojenia, i dlatego uniknięcie nieograniczonego wyścigu zbrojeń z silniejszymi ekonomicznie Stanami Zjednoczonymi uważają za polityczny priorytet.

Z punktu widzenia Kremla problemem była też gotowość administracji Trumpa do użycia presji ekonomicznej i wojskowej wobec państw, które dla Rosji są albo ważnymi partnerami strategicznymi (Iran), albo politycznymi klientami (Syria, Wenezuela). Ponadto Moskwa przywykła do tego, że polityka USA wobec niej była przewidywalna i „odpowiedzialna” (tzn. przy wszystkich konfliktach z nią zarówno republikańskie, jak i demokratyczne administracje dbały o to, aby jej „nie prowokować” i unikać eskalacji napięć). Kreml sam posługiwał się wobec Waszyngtonu straszakiem eskalacji i kompensował swoją słabość poprzez zaskakujące działania militarne (Gruzja, Ukraina, Syria). Nieprzewidywalność Trumpa oraz jego gotowość do potęgowania konfliktów i podejmowania działań wykraczających poza standardy „liberalnego establishmentu” (wojskowa presja na Koreę Północną, „wojna” celna z Pekinem, zerwanie porozumienia atomowego z Iranem, rozluźnienie ograniczeń na ofensywne działania w cyberprzestrzeni itd.) stawiały Kreml w niewygodnym położeniu.

osw.waw.pl

poniedziałek, 9 listopada 2020


Dziewięciu obecnych i byłych urzędników powiedziało nam, że dyrektor CIA Gina Haspel stała się niezwykle ostrożna, jeśli chodzi o wybór informacji związanych z Rosją, które mają trafić na biurko prezydenta Donalda Trumpa. Haspel bacznie przygląda się również słynnemu Domowi Rosyjskiemu, czyli grupie analityków CIA ds. Rosji, z którymi często się nie zgadza, a czasem wręcz uważa, że celowo wprowadzają ją w błąd.

W ub.r. Haspel zleciła szefowej departamentu prawnego CIA Courtney Elwood, by przejrzała praktycznie każdy dokument pochodzący z Domu Rosyjskiego. Jeden z byłych prawników CIA określił to jako wydarzenie bez precedensu.

Cztery osoby stwierdziły nam, że doprowadziło to do zmniejszenia liczby informacji o Rosji, które docierają z CIA do Białego Domu. Nie jest jednak jasne, czy dzieje się tak, bo Elwood zablokowała ten przepływ informacji, czy też rozczarowani analitycy CIA po prostu produkują mniej analiz.

Obecni i byli urzędnicy powiedzieli nam, że prezydent pozostaje niezwykle wrażliwy na temat rosyjskiej ingerencji w amerykańską kampanię wyborczą — do tego stopnia, że jego doradcy wahają się przed poruszeniem tego tematu w rozmowach z nim. Zalewie w ostatni czwartek Trump zaatakował na Twitterze dyrektora FBI za to, że ten zeznał w Kongresie, że Moskwa stara się "zasiać podziały i niezgodę" oraz "oczerniać wiceprezydenta Bidena" w celu wywarcia wpływu na kampanię wyborczą.

(...)

Praca służby wywiadu jest procesem dwukierunkowym: urzędnicy prezydenckiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA (NSC) i inni czytelnicy raportów wywiadu regularnie wysyłają pytania do służb, a CIA i inne służby wywiadowcze starają się udzielić na nie odpowiedzi. Jednak w ciągu ostatnich kilku lat stale zmienia się grupa osób odpowiadających w NSC za sprawy rosyjskie: Ryan Tully jest piątą osobą na stanowisku dyrektora NSC ds. Rosji. Wcześniej tę funkcję pełnili Fiona Hill i Tim Morrison. Oboje zeznawali w procesie impeachmentu Trumpa. Joe Wang, który był zastępcą dyrektora NSC ds. Rosji i Europy, przeniósł się w lecie br. do Departamentu Stanu USA.

— Cała ta rotacja była trudna dla rządu USA — mówi wysokiej rangi urzędnik — ponieważ potrzebujemy kogoś, kto będzie w spójny sposób prowadzić politykę wobec Rosji. I dodaje: – A tak wszystko wygląda, jakby Rosja nie była priorytetem dla Białego Domu.

onet.pl


Dla Rosji konflikt o Górski Karabach przyniesie profity, kiedy w odpowiednim momencie to Moskwa wpłynie na jego zakończenie i wejdzie w rolę rozjemcy. Oraz osłabi wpływy Turcji, a także Zachodu. Moskwa i Ankara traktują bowiem wojnę na Zakaukaziu jako kolejny, obok Syrii i Libii, zastępczy konflikt o strefy wpływów w ważnym dla obu państw regionie. Jednocześnie Rosja nie może stracić strategicznego sojusznika, jakim jest Armenia. To tam Rosjanie mają bazę wojskową, sprzedają broń i mają ogromne wpływy. Ani ważnego partnera i, również odbiorcę uzbrojenia, jakim jest Azerbejdżan.

Dlatego rosyjska propaganda w mediach podzieliła się. Rosyjskie media skierowane do Rosjan i za granicę (jak np. RT) przyjęły dość stonowane stanowisko, z lekką sympatią wobec Armenii. Raczej starają się wyjaśnić, że nowa odsłona wojny to sprawka pogrążającego się w szaleństwie Recepa Erdogana.

Z kolei medialne wersje Sputnika pogrążają się w propagandowej schizofrenii.

Sputnik, wersja dla Armenii (po ormiańsku) grzmi w nagłówkach: „prowadzimy wojnę nie z Baku, a z Ankarą”! Albo: „Ankara i Baku nie zrezygnowały z planów zlikwidowania ludności ormiańskiej w Górskim Karabachu”. Są galerie zdjęć z wstępujących do wojska, młodych Ormian na ulicach Erywania, albo galerie zdjęć z frontu „ku pokrzepieniu serc”: artylerzyści w trakcie ostrzału azerbejdżańskich pozycji, lub żołnierze wyjeżdżający do Karabachu.

Rzut oka na wersję strony sputnika dla Azerbejdżanu, po azersku. Tytuły krzyczą: „odzyskamy naszą ziemię, zestrzelenie Su-25 to fantazja przeciwnika, armia Azerbejdżanu zlikwidowała cały pułk zmotoryzowany przeciwnika!”

Paranoja? Ależ skąd.

Zarządzający rosyjskimi mediami skierowanymi za granicę nie mają wcale rozdwojenia jaźni. Po prostu realizują rosyjską politykę.

belsat.eu


28 sierpnia drugi sekretarz Komitetu Centralnego KPZR Michaił Susłow, minister spraw zagranicznych Andriej Gromyko, szef KGB Jurij Andropow, minister obrony Dmitrij Ustinow i sekretarz KC Konstantin Czernienko przesłali do Komitetu Centralnego notę sprawozdawczą i projekt uchwały o sytuacji w Polsce. Dokument głosił, że „ruch strajkowy nabiera charakteru narodowego”, w związku z czym Ministerstwo Obrony wydaje rozkaz postawienia w pełnej gotowości bojowej na godz. 18.00 w dniu 29 sierpnia trzech dywizji pancernych i jednej zmechanizowanej – „w razie potrzeby okazania PRL pomocy wojskowej”.

"– W przypadku dalszego pogarszania się sytuacji w Polsce, konieczne będzie podwyższenie stanu dywizji w Bałtyckim, Białoruskim i Karpackim Okręgu Wojskowym do gotowości bojowej, a jeśli główne siły Wojska Polskiego przejdą na stronę sił kontrrewolucyjnych, koniecznym będzie zwiększenie zgrupowania naszych wojsk o 5-7 kolejnych dywizji. W takim przypadku, konieczne będzie powołanie do wojska ogółem 108 tysięcy osób oraz 15 tysięcy pojazdów cywilnych przedsiębiorstw."

(...)

6 września Edwarda Gierka na stanowisku pierwszego sekretarza Komitetu Centralnego PZPR zastąpił Stanisław Kania, ale on też nie do końca odpowiadał Moskwie. 2 kwietnia 1981 r. na posiedzeniu biura politycznego głos zabrał sekretarz generalny Komitetu Centralnego KPZR Leonid Breżniew:

"– Najgorsze jest to, że nasi przyjaciele słuchają, zgadzają się z naszymi zaleceniami, ale nie robią praktycznie nic. A kontrrewolucja nadchodzi ze wszystkich stron. Towarzysz Kania przyznał, że działają spokojnie, a to należało robić zdecydowanie. Powiedziałem mu: „Ile razy przekonywaliśmy cię do podjęcia zdecydowanych działań? Nie możesz poddać się <<Solidarności>>. Ciągle mówisz o pokojowej drodze, nie rozumiejąc ani nie chcąc zrozumieć, że ta pokojowa droga, którą podążasz, może doprowadzić cię do rozlewu krwi."

Na tym samym spotkaniu sowieckiego Biura Politycznego dyskutowano o wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce i o konieczności przekonania do niego polskich przywódców – premiera Wojciecha Jaruzelskiego, który „zupełnie skisł”, oraz przewodniczącego partii Kanię, który „zaczął ostatnio coraz więcej pić”. 23 kwietnia Politbiuro zdecydowało:

"– Biorąc pod uwagę niezwykle trudną sytuację gospodarczą w Polsce, należy w dalszym ciągu udzielać wszelkiej możliwej pomocy, jednocześnie tak bardzo, jak to możliwe, intensyfikując propagandę na ten temat, aby każdy Polak wiedział, jak bardzo kraj jest uzależniony od pomocy i wsparcia ze strony Związku Radzieckiego."

Postanowiło również wymienić się partyjnymi pracownikami i działaczami różnych organizacji partyjnych, takich jak Komitet Kobiet Radzieckich, czy też wysłać do Polski grupę pracowników państwowej Telewizji i Radia ZSRR „na konsultacje w sprawie radzieckiej radiofonii i telewizji w Polsce”. Redakcjom gazet „Prawda”, „Izwiestia” i „Trud” nakazano wydelegować do Polski grupy publicystów na okres do 10 dni, „w celu przygotowania materiałów, w tym ujawnienia działalności sił antysocjalistycznych”.

18 października na czele PZPR stanął generał Jaruzelski. Następnego dnia w rozmowie telefonicznej z „szanownym i drogim Leonidem Iljiczem” złożył raport ze swoich planów i podziękował Breżniewowi za zaufanie, obiecując, że poprosi go o radę i poinformuje o podjętych decyzjach. Powiedział: „Podejmiemy szerokie działania włączenia wojska do wszystkich dziedzin życia w kraju”. 12 grudnia wprowadził w Polsce stan wojenny, a przywódców „Solidarności” rozkazał aresztować i umieścić w ośrodkach internowania. Stan wojenny trwał do 22 lipca 1983 roku, a całemu temu okresowi towarzyszyły demonstracje i aresztowania działaczy „Solidarności”. Zginęło ponad sto osób. Opozycyjny związek zawodowy nie został jednak całkowicie pokonany i przeniósł się do podziemia.

belsat.eu

niedziela, 8 listopada 2020


Michał Litorowicz, Gazeta.pl: - Choć zawieszenie broni między Armenią i Azerbejdżanem podpisano w 1994 r., to konflikt o Górski Karabach nie ustał. Dlaczego akurat teraz eskalacja urosła do takich rozmiarów, największych od 2016 r.?  

Wojciech Górecki, OSW: Według Baku działania zbrojne, które obserwujemy w ostatnich dniach, to azerbejdżańska odpowiedź na ormiańskie prowokacje. Erywań mówi o ataku na pozycje Ormian. Należy pamiętać, że w rejonie konfliktu dochodziło ostatnio do 20-30 incydentów na dobę z obu stron. W tego typu konfliktach rzadko jest tak, że mamy do czynienia z jedną przyczyną zaostrzenia sytuacji. Zwykle musi pojawić się kilka czynników, decydujących o tym, że zamiast kolejnej strzelaniny dochodzi do eskalacji na większą skalę.

Bardzo napięta sytuacja utrzymywała się od lipca 2020 r., gdy doszło do kilkudniowych, intensywnych walk, jednak nie wokół samego Karabachu, a wzdłuż granicy Armenii i Azerbejdżanu. Zginęło kilku azerbejdżańskich żołnierzy, w tym jeden z generałów. Wtedy też w Baku odbyły się duże prowojenne manifestacje, w których mogło uczestniczyć nawet 30 tys. osób. Z jednej strony głoszone hasła walki o Karabach odpowiadały linii władz. Z drugiej jednak, w pewnym momencie manifestanci podjęli próbę dostania się do parlamentu. Ostatecznie zostali odparci, ale władze zorientowały się, że mogą nad tym spontanicznym ruchem nie zapanować. Trzeba go więc było jakoś wziąć pod kontrolę. Innymi słowy, rządzący - podobnie zresztą jak w Armenii - stali się zakładnikiem oczekiwań społecznych w kwestii karabaskiej.

Nie zapominajmy też o innych aktorach tego układu, a więc o Rosji, uaktywniającej się Turcji oraz nieco mniej widocznym Zachodzie, który jednak też interesuje się tą częścią świata. W tym wszystkim jest gdzieś Gruzja, jednoznacznie ukierunkowana na Zachód, ale utrzymująca dobre relacje zarówno z Azerbejdżanem, jak i Armenią. Widać więc, jak wielopłaszczyznowy jest konflikt o Górski Karabach.

- Co więc próbują ugrać ci wielcy?

Turcja, która jednoznacznie wspiera Azerbejdżan, chciałaby być mocniej obecna na Kaukazie Południowym, uznawanym powszechnie za strefę wpływów rosyjskich. Rywalizację turecko-rosyjską obserwujemy już na kilku teatrach, np. w Syrii i Libii. Teraz doszedł do nich Kaukaz. Być może jest to dalekie echo marzeń panturkistycznych z okresu tuż po rozpadzie Związku Radzieckiego. Wówczas Ankara wyobrażała sobie, że stanie się liderem grupy tureckojęzycznych państw poradzieckich. Życie i historia zweryfikowały jednak te zamierzenia. Obecnie największym sukcesem tamtej polityki są wpływy, jakie Turcja posiada w Azerbejdżanie. Mówimy tu nie tylko o gospodarce czy polityce, ale również o miękkiej sile, soft power, bo masowa kultura turecka powoli wypiera czy już wyparła tę rosyjską.

- A Rosja? 

Chce utrzymać Kaukaz w swoim zasięgu. Jej sojuszniczką jest Armenia, gdzie istnieje rosyjska baza wojskowa. Armenia należy też do struktur integracyjnych kierowanych przez Rosję, takich jak Euroazjatycka Unia Gospodarcza czy Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Co ciekawe, państwo rządzone przez Władimira Putina utrzymuje też bardzo dobre relacje z Azerbejdżanem. Według oficjalnej rosyjskiej nomenklatury Armenia jest strategiczną sojuszniczką Rosji, a Azerbejdżan jej strategicznym partnerem. Rosja sprzedaje broń obu stronom konfliktu, twierdząc, że w ten sposób dba o równowagę sił.

- W jaką stronę może więc pójść obecna odsłona sporu o Górski Karabach? Czy komukolwiek, w tym Rosji i Turcji zależy na otwartym konflikcie między Armenią i Azerbejdżanem i bezpośrednich działaniach zbrojnych?

Otwarty konflikt zbrojny nie jest w interesie ani Azerbejdżanu, ani Armenii. Nie chcą do niego dopuścić również Rosja i Turcja. Pomimo tego, cały czas istnieje groźba nowej wojny. Jeśli w ciągu kilku dni jakaś siła - najpewniej Rosja - nie posadzi za stół negocjacyjny władz Azerbejdżanu i Armenii, to groźba, że obecne walki w Górskim Karabachu przerodzą się w coś większego, znacząco się zwiększy. A to może z kolei doprowadzić do destabilizacji całego regionu, przez który przebiegają ważne ropociągi i gazociągi. Na razie taki czarny scenariusz wydaje się dość mało prawdopodobny, ale nie nierealny. Pamiętajmy, że w konflikcie nie są zaangażowane żadne siły rozjemcze. Pozycje azerbejdżańskie i ormiańskie znajdują się naprzeciwko siebie, przez nikogo nierozdzielone, a to sprzyja różnego rodzaju prowokacjom.

Rosja nie może pozwolić na totalną klęskę Armenii, bo straciłaby twarz, gdyby okazało się, że nie umiała obronić sojusznika. Nie może też doprowadzić do większego upokorzenia Azerbejdżanu. Musi więc umiejętnie rozgrywać te interesy, pamiętając zarazem o rosnącym zaangażowaniu Turcji w regionie.

gazeta.pl

TYGODNIK TVP: - W mediach pojawia się stwierdzenie, że wojna w Górskim Karabachu to proxy war, wojna zastępcza Rosji i Turcji. Też się pan z tym zgadza?

WOJCIECH GÓRECKI: Zgodziłbym się z tym częściowo. Widać tu elementy wojny przez zastępstwo, bardziej jednak po stronie Turcji, w której imieniu – trzymając się tego porównania – walczy Azerbejdżan. Bardziej skomplikowaną sytuację mamy z Rosją, która, z jednej strony, jest sojuszniczką Armenii, ale z drugiej – pośredniczy w rozmowach pomiędzy Erywaniem a Baku. I trzeba przyznać, że przez ostatnie kilkanaście lat dość zgrabnie obie te funkcje łączy, starając się nie wychodzić z jednej i drugiej roli.

(...)

- Rola Rosji w tym konflikcie jest mocno dwuznaczna. Pomimo sojuszu z Armenią, nie przestaje sprzedawać broni Azerbejdżanom.

To właśnie miałem na myśli. Rosja jest faktycznie głównym rozgrywającym w gronie trójki współprzewodniczących Mińskiej Grupy OBWE, powołanej jeszcze w 1992 r. i odpowiadającej za karabaski proces pokojowy (pozostałymi współprzewodniczącymi są Francja i Stany Zjednoczone). W rosyjskiej terminologii Armenia określana jest mianem „strategicznego sojusznika”, z kolei Azerbejdżan to „strategiczny partner”. Moskwa rzeczywiście sprzedaje broń do obydwu krajów. Erywaniowi, co nie dziwi, po rosyjskich cenach wewnętrznych, oferując wygodne kredyty. W przypadku Azerbejdżanu w grę wchodzą transakcje czysto komercyjne, ale też nie są to małe ilości. W ostatnich latach wartość broni sprzedanej przez Rosję do tego kraju szacuje się na ponad 5 mld dolarów. Wartość kupowanego przez obydwa państwa sprzętu wojskowego jest w ogóle ogromna, a przecież mówimy o nie tak dużych rynkach. Zarówno Armenia, jak Azerbejdżan przeznaczają na obronność po około 4,5 procent swoich PKB.

(...)

- Czyli sympatia Ormian do Rosji się zmniejsza?

Armenia jest z Rosją mocno związana. Historycznie bardzo wiele jej zawdzięcza. Sentymenty prorosyjskie są wciąż duże, chociaż badania opinii publicznej pokazują, że coraz więcej młodych ludzi wolałaby bliżej związać się z Zachodem. Niemniej nie oznacza to, że wszyscy niecierpliwie na to oczekują. Nowa elita jest bardzo prozachodnia, widzi, że Moskwa traktuje Armenię instrumentalnie, ale kiedy spojrzymy na całe społeczeństwo, to te sympatie rozkładają się pół na pół.

- A zgodzi się pan ze sformułowaniem „karabachizacja” polityki armeńskiej?

Od początku swojej niepodległości Armenia była rządzona przez polityków pochodzących z Karabachu lub takich, którzy wyrośli na tym konflikcie. Pierwszym prezydentem (1991-1998) był Lewon Ter-Petrosjan, urodzony akurat w rodzinie syryjskich Ormian, który przewodził Komitetowi Karabach. Był to ruch, który powstał w środowisku erywańskiej inteligencji w latach 80. XX wieku i domagał się przyłączenia Górskiego Karabachu do sowieckiej, jeszcze wtedy, republiki armeńskiej. Od 1997 r. jako premier, a od 1998 r. jako prezydent Armenią rządził Robert Koczarian, a od 2008 r. do 2018 r. Serż Sarkisjan. Obaj ci politycy wywodzili się z Karabachu.

W samym pojęciu „karabachizacja” chodzi jednak nie tylko o to, że Armenią rządzą ludzie stamtąd, ale o sytuację, kiedy, mówiąc obrazowo, „ogon zaczyna machać psem”. Biorąc pod uwagę różnicę potencjałów – Armenię zamieszkuje około 3 mln ludzi, a separatystyczną Republikę Górskiego Karabachu około 150 tys. – oraz fakt, że Armenia jest patronem Karabachu może dziwić, że jej wewnątrzpolityczna agenda jest w tak wielu aspektach uzależniona od mniejszego partnera. W tym sensie, w pewnym stopniu Karabach „przejął” Armenię. Tak zwany klan karabaski, czyli elita polityczna, która rządziła Armenią do 2018 r., nadal rządzi Górskim Karabachem. Grupa ta ma w samej Armenii liczne powiązanie, posiada znaczące aktywa finansowe czy media.

- Chyba mało osób zdaje sobie sprawę z tak złożonych zależności pomiędzy Armenią a Górskim Karabachem.

Mieszkańcy Górskiego Karabachu posiadają armeńskie paszporty i armeńskie tablice rejestracyjne, a poborowi z Armenii mogą zostać wysłani do Karabachu do wojska. Stopień zrośnięcia jest więc bardzo duży. Ponadto Erywań reprezentuje Karabach w procesie pokojowym, którego stronami są Armenia i Azerbejdżan.

Kiedy jednak przyjrzymy się tym relacjom bliżej, sprawy zaczynają się komplikować. Okazuje się na przykład, że sąd w Erywaniu zwalnia z aresztu byłego prezydenta Koczariana, na którym ciążą bardzo poważne zarzuty. Zadowala się przy tym poręczeniem majątkowym w skromnej, nawet jak na tamte warunki, wysokości 2 tys. dolarów. Dla sądu liczyło się jednak, że kwotę tę wpłacili obecny i były prezydenci separatystycznego Karabachu, którzy osobiście pofatygowali się do stolicy Armenii. Sprawa ta rozwścieczyła lidera kraju, Paszyniana (po zmianach konstytucyjnych to premier jest centralną postacią armeńskiego systemu politycznego).

- Układanki w polityce międzynarodowej rzadko kiedy są zupełnie jednoznaczne.

To prawda. Postpolityka, którą obserwujemy obecnie, bardzo różni się od klasycznej, XIX-wiecznej polityki. Przykładem jest Rosja i Turcja. Dawniej dwa państwa mogły być ze sobą w konflikcie albo utrzymywać dobre relacje. Teraz mogą na jednym poziomie ze sobą walczyć, na drugim – handlować, a na trzecim – układać się między sobą przeciwko innemu państwu. Oczywiście, nie dotyczy to relacji pomiędzy Armenią i Azerbejdżanem, bo takich relacji, poza spotkaniami liderów w ramach procesu pokojowego, nie ma. Chociaż w czasie wojny karabaskiej, azerbejdżańska ropa płynęła do Armenii poprzez terytorium Gruzji – teraz podobnej sytuacji sobie nie wyobrażam. Kiedy jednak mówimy o takich krajach, jak Turcja i Rosja, obraz jest dużo bardziej skomplikowany.

(...)

- A co z nastrojami w samej Armenii i Azerbejdżanie? Walki miały miejsce już w lipcu tego roku, a na ulicach Baku organizowano wtedy prowojenne manifestacje.

Karabach stał się, zwłaszcza w Azerbejdżanie, ale także w Armenii, zwornikiem ideologii narodowej. W jednym i drugim kraju jest to ważny czynnik państwo- i narodowotwórczy. W przypadku Azerbejdżanu dochodzi jeszcze kult armii i przekonanie, że „wydajemy na armię tyle, ile wynosi cały budżet Armenii”. Ludzie w Azerbejdżanie zaczęli zadawać więc sobie pytanie, dlaczego nie możemy po prostu odebrać Karabachu, skoro jesteśmy tacy silni, a proces pokojowy nie przyniósł żadnych rezultatów. Władze w Baku czują na sobie tę presję. Są one – podobnie zresztą jak władze w Erywaniu – zakładnikami konfliktu.

- Czyli w Azerbejdżanie walki pod koniec września wielu powitało z ulgą?

Kiedy 27 września rozpoczęła się ofensywa i przyszły informacje o pierwszych sukcesach, nastąpiło oczywiście uniesienie, patriotyczny entuzjazm, tak jak to miało miejsce w maju 2016 r. podczas tzw. wojny czterodniowej, gdy to po raz pierwszy od 1994 r. dokonano korekty linii kontaktowej, przesuwając nieco azerbejdżańskie posterunki w głąb terenów zajmowanych przez Ormian. Jednak kiedy w kolejnych dniach okazało się, że nie będzie to blitzkrieg, zaczął dominować niepokój. Tym bardziej że spowolnił internet, a młodzi ludzie zaczęli dostawać wezwania do komisji poborowych. Po kolejnych sukcesach, w niedzielę 4 października, po sieciach społecznościowych znów zaczęły jednak krążyć patriotyczne memy i filmiki. Na ile, oczywiście, kiepsko działający internet pozwalał.

- To celowe spowolnienie internetu?

Tak, celowe. Ma to związek z blokadą informacyjną i wojną propagandową. Rozmawiałem z ludźmi z Kaukazu, którzy mieszkają w Polsce i opowiadali, że informacji dociera teraz bardzo mało i bardzo trudno je zweryfikować.

Z kolei w Armenii panuje ogólna mobilizacja pod hasłem, że „to na nas napadli”, dlatego społeczeństwo się wspiera, konsoliduje, działa na rzecz armii. To patriotyczne wzmożenie obejmuje też Ormian z diaspory. Sam słyszałem o przypadku Ormianina z Polski, znajomego znajomych, który na wieść o eskalacji spakował się i pojechał walczyć.

tygodnik.tvp.pl


Istotą wojny o Górski Karabach jest zderzenie prawa do samostanowienia ludności Górskiego Karabachu z azerbejdżańskim nacjonalizmem i związaną z nim panturecką ideologią, która jest jednak też kluczem do opanowania przez Turcję szlaków handlowych na Południowym Kaukazie, w basenie Morza Kaspijskiego i w Azji Środkowej. Na taką motywację strony azersko-tureckiej wskazują wyraźnie wypowiedzi przywódców obu tych państw, jak również fakt tak silnego zaangażowania się Turcji w ten konflikt. Panturkizm nie jest przy tym marginalną ideologią, lecz bardzo ważnym czynnikiem wpływającym od zarania Republiki Tureckiej na jej politykę zagraniczną. Po I wojnie światowej panturkizm determinował współpracę azerbejdżańskiej partii Musawat z tureckim Komitetem Jedności i Postępu (odpowiedzialnym za ludobójstwo Ormian w 1915 r.), których wspólnym celem była likwidacja armeńskiej państwowości i połączenie Azerbejdżanu z Turcją (lub przynajmniej uzyskanie wspólnej granicy).

Gdy to drugie okazało się niemożliwe Turcja postanowiła dogadać się z Sowietami by kontrolowany przez nich Azerbejdżan graniczył z Turcją i obejmował ziemie południowej Armenii (Nachiczewań, Zangezor, Górski Karabach). Powiodło się to tylko połowicznie, lecz dążenie Turcji do uzyskania połączenia z Morzem Kaspijskim i znajdującymi się po drugiej stronie tego akwenu tureckojęzycznymi republikami jest stałym elementem panturkizmu, a w ramach ekspansjonistycznej polityki Erdogana te tendencje się nasiliły.

Elementem pantureckiego ekspansjonizmu Turcji nie jest tylko wsparcie dla Azerbejdżanu i jego roszczeń wobec Górskiego Karabachu. Obejmuje on również współpracę w ramach Rady Turkijskiej powstałej w 2009 r., w skład której oprócz Turcji i Azerbejdżanu wchodzi też Kazachstan, Kirgizja i Uzbekistan. Warto przy tym wspomnieć, że mimo, iż dwóch członków tej organizacji tj. Kazachstan i Kirgizja są jednocześnie członkami Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, to 28 września wydała ona oświadczenie wspierające Azerbejdżan w tej najnowszej, zainicjowanej przez Baku, odsłonie karabachskiego konfliktu.

Nie ulega przy tym wątpliwości, że obecna eskalacja rozpoczęta została przez Azerbejdżan i w dodatku nie była ona spontaniczna, zainicjowana incydentem, lecz planowana przez wiele tygodni. To powoduje, że nacisk na deeskalację powinien być kierowany do Turcji i Azerbejdżanu.  Warto też dodać, że rozpoczęcie wojny ma odwrócić uwagę społeczeństw Turcji i Azerbejdżanu od problemów wewnętrznych i niepowodzeń w polityce zagranicznej. W przypadku Turcji jest to pogarszająca się sytuacja ekonomiczna, spadek wartości waluty, a także zrobienie kroku w tył w sporze toczącym się we wschodniej części Morza Śródziemnego i w północnej Afryce. By nie musieć się z tego tłumaczyć przed swoim elektoratem Erdogan postanowił skierować uwagę tureckiej opinii publicznej w kierunku jednego z dyżurnych wrogów tj. Ormian.

defence24.pl

czwartek, 24 września 2020


Partia Republikańska, która obecnie dominuje w Senacie i tworzy administrację prezydenta Donalda Trumpa, przez lata stanowiła /typ/ tradycyjnego zwolennika zacieśniania relacji z Państwem Środka. Takie podejście, jakkolwiek zawsze obwarowane pewnymi warunkami, motywowane było w dużym stopniu republikańskim pryncypialnym podejściem do wolnego handlu, połączonym z powszechną tak w Ameryce, jak i ogólnie na Zachodzie wiarą, że liberalizacja ekonomiczna Chin, a co za nią idzie wzbogacenie się chińskiego społeczeństwa pociągną za sobą liberalizację polityczną. Dalsze zbliżenie z Chinami, pomimo upadku wspólnego rywala w postaci Związku Radzieckiego, było więc podyktowane chęcią stworzenia klimatu sprzyjającego demokratyzacji systemu, wciąż działającego w oparciu o model stanowiący mieszankę marksizmu-leninizmu, maoizmu i dengizmu. Wyraz opisywanego sprzyjania stanowiła w latach 90. polityka Georga H.W. Busha, który obejmując urząd na kilka miesięcy przed siłowym stłumieniem protestów na placu Tian’anmen w czerwcu 1989 roku, jako prezydent uprawiał politykę łagodzenia podejścia do władz w Pekinie – mimo odmiennych oczekiwań dominujących w ówczesnym krajobrazie politycznym. W warstwie werbalnej opisywany stosunek odzwierciedlała np. przemowa z 2000 roku w Kongresie, pełniącego do dziś funkcję senatora, republikanina Chucka Grassley’a, w której gorąco przekonywał o potrzebie przyjęcia Chin do Światowej Organizacji Handlu, jako że „historia pokazuje, iż gdy państwa handlują ze sobą na niedyskryminacyjnych warunkach, każdy wygrywa”.

(...)

O ile co do istoty podejście polityków demokratycznych wobec Państwa Środka w latach 90 i później było podobne, akcentowali oni w większym stopniu od republikanów kwestie ideowe. Bill Clinton, konkurent polityczny Busha seniora w wyborach prezydenckich, krytykował jego kurs wobec ChRL, oczekując silniejszej odpowiedzi na działania “rzeźników Pekinu” (mimo tego iż sam kontynuował wspieranie rozwoju relacji gospodarczych w następnych latach). Świadomość poparcia społecznego dla takiej retoryki, zachęciła demokratów do uczynienia z ochrony praw człowieka w Chinach osi krytyki Georga H.W. Busha wobec wg. nich niewystarczająco zdecydowanego podejścia w tej sprawie, co pozwoliłoby im uzyskać przewagę polityczną. Wielu demokratów podnosiło również argument, że wraz z upadkiem ZSRR znikła potrzeba grania “chińską kartą”, uznając że specjalne stosunki z tym krajem nie mają już racji bytu. Zasadniczo jednak zachodziła zgoda co do istniejącego wówczas kursu, o czym świadczy brak podejmowanych tak zdecydowanych w porównaniu z ostatnimi latami, działań zmierzających ku jego zmianie.

W drugiej dekadzie XXI wieku, gdy pojawiały się kolejne problemy w relacjach obu krajów, rósł rozdźwięk pomiędzy coraz bardziej krytycznymi wobec azjatyckiego konkurenta republikanami, a polityką Baracka Obamy, który pomimo prób balansowania rosnącego potencjału Chin, co do istoty kontynuował, a nawet wzmacniał konsensualny kurs, którym podążali jego poprzednicy. Krytykowana jako nieskuteczna, próba stabilnego dostosowywania relacji do zmieniających się uwarunkowań, została zastąpiona przez Donalda Trumpa dużo ostrzejszym, konfrontacyjnym podejściem. Ta rewolucyjna zmiana stała się następnie osią sporu obu środowisk, gdyż demokraci usiłowali zdyskredytować politykę nowego prezydenta, opartą na unilateralizmie i polityczno-ekonomicznym szantażu (stosowanym również wobec własnych sojuszników), uznając ją za sprzeczną z amerykańskimi interesami i osłabiającą pozycję państwa na arenie międzynarodowej.

Obecnie w ramach partii demokratycznej ponownie zacierają się różnice z republikanami w tej materii. Pomimo zaostrzenia się konfliktu politycznego w USA i wzrostu polaryzacji społecznej, kwestia postrzegania Chin jako zagrożenia wydaje się stopniowo urastać do miana kompromisowej. 

instytutboyma.org

W swoim dokumencie Samsung przedstawia trendy, które będą miały kluczowy wpływ na formę sieci szóstej generacji. Pierwszym z nich jest rosnąca rola przedmiotów i maszyn jako użytkowników sieci internetowej. Możemy w nim przeczytać, że wraz z rozwojem urządzeń wykorzystujących rzeczywistość wirtualną (VR, AR), a także z rosnącą liczbą połączonych z siecią samochodów, robotów, dronów czy też urządzeń domowych, to właśnie one, a nie ludzie, staną się jej najliczniejszymi użytkownikami. Dla zobrazowania tej tezy, przywołano w tym miejscu prognozę amerykańskiej firmy technologicznej CISCO, według której w 2030 roku w ramach IoT (Internet of Things) do sieci podłączonych będzie aż 500 mld urządzeń elektronicznych. Wśród kolejnych trendów wymieniono rosnące wykorzystanie sztucznej inteligencji, coraz łatwiejszą komunikację mobilną oraz jej wzrastający wpływ na osiąganie istotnych celów społecznych, jak np. redukcję emisji gazów cieplarnianych czy równy dostęp do edukacji dzięki postępującej digitalizacji i dostępowi do szybkiego Internetu.

W jaki sposób kolejna generacja sieci mobilnej zmieni nasze życie? Koncepcja Samsunga przedstawia trzy najważniejsze efekty wprowadzenia 6G, a są to szerokie zastosowanie prawdziwie immersyjnej rzeczywistości rozszerzonej (VR, AR, MR), mobilnych hologramów o wysokiej wierności obrazu oraz replik cyfrowych. Dzięki szybkości internetu sięgającej 1 TB/s (1000 GB/s), elektroniczne urządzenia obsługujące wyżej wymienione technologie będą mogły skuteczniej wykorzystywać infrastrukturę chmurową, a to znacząco podniesie ich moc obliczeniową. W ten sposób nawet małe przedmioty, takie jak okulary czy smartfony będą mogły tworzyć hologramy i inne wizualizacje, które będą niezwykle wiernie oddawać rzeczywistość. Z kolei w przypadku repliki cyfrowej mowa jest o wizualizacjach, które nie tylko w niezwykle wysokim stopniu oddawać będą elementy i przestrzeń realną, ale będą też pozwalać na na interakcje pomiędzy nimi (światem wirtualnym i realnym). Oznacza to, że w przypadku interakcji człowieka z wirtualną repliką, urządzenia bądź roboty mogłyby dokonywać zmian w rzeczywistości, np. lekarz będzie mógł wykonywać operację na zdigitalizowanej replice, natomiast jego działania będą bezpośrednio oddziaływać na ciało prawdziwego pacjenta.

instytutboyma.org

Polityka ChRL wobec republik Azji Centralnej od wielu lat ukierunkowana jest na budowanie pozytywnych relacji, rozszerzanie współpracy w wielu obszarach i dbałość władz Państwa Środka o unikanie poczucia chińskiej dominacji wśród mieszkańców regionu. Tym bardziej zaskakujące było stwierdzenie, że tadżycka część Pamiru jest historycznym terytorium Chin i powinna do Chin wrócić, która znalazła się w artykule chińskiego historyka narodowego. Choć oficjalnie kierownictwo Komunistycznej Partii Chin i przywódcy Państwa Środka nie wypowiedzieli się w tym temacie, to treść ta wywołała zrozumiałe poruszenie wśród władz Tadżykistanu. Trzeba tu nadmienić, że rzeczywista władza Duszanbe nad tym górzystym regionem jest dość iluzoryczna, więc jakiekolwiek dodatkowe jej kwestionowanie jest wchodzeniem ze świecą do składu prochu.

Publikacja artykułu, również w tłumaczeniu na język tadżycki, spowodowała wezwanie chińskiego ambasadora w Duszanbe, Liu Bina, do siedziby Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tadżycki wiceminister przekazał przedstawicielowi ChRL oficjalna skargę Tadżykistanu i zaznaczył, że Chiny powinny dołożyć większej staranności w cenzurowaniu treści o charakterze historycznym, aby były one tak dostosowane (biased), by nie budzić kontrowersji.

Sytuacja ta jest zarówno niepokojąca, jak i kuriozalna. Trudno posądzać władze chińskie o ukrytą intencję przypomnienia władzom tadżyckim, że sprawa przebiegającej przez Pamir granicy jest wciąż nieuregulowana, bowiem w 2011 r. tadżycki parlament ratyfikował porozumienie z 1999 r. o przekazaniu Pekinowi 1000 km2 spornego obszaru. Ten ruch w zasadzie powinien oznaczać ostateczne wyczerpanie tematu granic, jednak zwrócony obszar stanowił zaledwie 5.5% chińskich żądań. Niemniej strona chińska uznała, że decyzja Duszanbe całkowicie zaspokaja ich roszczenia. W tym świetle, niefortunną dla relacji dwustronnych uwagę chińskiego historyka, wypadałoby uznać za akademickie rozważania, gdyby nie to, że działalność Pekinu w kwestii terytoriów spornych jest coraz bardziej asertywna, czego przykładem jest choćby napięta sytuacja na Morzach Wschodnio- i Południowochińskim.

/W Chinach nie ma czegoś takiego jak "przypadkowa publikacja naukowa", jeśli coś opublikowano, to znaczy że tak miało być - red./

(...)

Nie po raz pierwszy bowiem strona chińska pokazuje, że przestała się liczyć z dużo słabszymi sąsiadami. Przykładem jest choćby projekt wykorzystania rzek Ili i Irtyszu dla rozwoju ekonomicznego Ujgurskiego Okręgu Autonomicznego, którego nie tylko nie konsultowano z Kazachstanem, ale nawet o nich nie poinformowano władz w Nur-Sułtan. Ta sytuacja wzbudziła zrozumiały niepokój o skutki realizacji tych zamierzeń dla kazachskiego środowiska naturalnego, jak również dla gospodarki wodnej, bowiem wody Ili stanowią 30% zaopatrzenia Jeziora Bałchasz, będącego jednym z najważniejszych zbiorników wody pitnej w republice. Innym przykładem nieliczenia się z sąsiadami jest wykorzystywanie lodowców do produkcji wody butelkowanej i ich topienia w celu nawadniania obszarów deficytowych w wodę, co w krótkim czasie może mieć negatywne konsekwencje dla gospodarki wodnej Tadżykistanu, którego 6% terytorium pokrywają lodowce, a ich okresowe topnienie zapewnia stały poziom wód w rzekach Amu-darii (Tadżykistan) i Syr-darii (Kirgistan, Kazachstan).

instytutboyma.org

środa, 23 września 2020


"Badania pokazały, że koncerny używają dobrowolnych inicjatyw, np. zobowiązania do recyklingu czy oczyszczania oceanów, jako taktyk mających odwrócić uwagę konsumentów i rządów od problemu, podczas gdy za kulisami energicznie lobbują za opóźnieniem i rozmyciem ambitnych przepisów" ograniczających zanieczyszczenie - czytamy w prezentacji raportu.

Przygotowany przez organizację pozarządową z siedzibą w Holandii i opublikowany w zeszłym tygodniu dokument bada firmy w 15 krajach świata. Krytykuje m.in. dobrowolne inicjatywy konkretnych firm i stowarzyszeń branżowych zmierzające do ograniczenia stosowania plastikowych opakowań, ich przetwarzania czy wprowadzanie alternatywnych materiałów. Zdaniem autorów publikacji te zobowiązania są w większości nieadekwatne do skali zagrożenia, nieprzejrzyste, a często kończą się na samych zapowiedziach i nie są realizowane.

I tak np. wielkie koncerny naftowe i chemiczne przeznaczyły na rzecz "Sojuszu na rzecz wyeliminowania odpadów plastikowych" 1,5 mld dolarów. Badanie przypomina jednak, że w latach 2010-2017 firmy te wydały na nowe instalacje petrochemiczne 186 mld dolarów i nadal inwestują znaczne sumy w rozbudowywanie możliwości produkcji plastiku.

Według raportu liczne inicjatywy tego typu pomagają koncernom w budowie wizerunku firm odpowiedzialnych za środowisko, ale nie zmniejszają fali zanieczyszczającego świat plastiku.

Autorzy dokumentu zaznaczyli, że z drugiej strony mało znane, nienagłaśniające swoich działań organizacje lobbingowe przeprowadzają akcje mające opóźnić i osłabić wprowadzenie w życie już uchwalonych praw związanych z ochroną środowiska oraz zapobiec powstawaniu nowych.

(...)

Badanie zwraca uwagę, że takim działaniom towarzyszą kampanie mające odwrócić uwagę od producentów tworzyw sztucznych, którzy zdaniem autorów opracowania ponoszą największą odpowiedzialność za kryzys związany z zanieczyszczeniem plastikiem. Poprzez fałszywe organizacje ekologiczne prowadzone są akcje mające przerzucić odpowiedzialność na konsumentów - czytamy w raporcie.

Najwięcej plastikowych opakowań na świecie w 2020 r. zużyje Coca-Cola - 2,9 mln ton, na potrzeby Pepsico wyprodukuje się ich 2,3 mln ton, a Nestle - 1,7 mln ton - wylicza analiza. Pośród koncernów najbardziej przyczyniających się do produkcji plastiku znajdują się jeszcze: Danone, Procter&Gamble, Unilever, Colgate-Palmolive i Mars.

forsal.pl

Swoją przygodę z energią jądrową konglomerat państw socjalistycznych rozpoczyna od elektrowni w Obnińsku – tzw. „mieście nauki” zlokalizowanym ok. 100 km od Moskwy. To tam 26 czerwca 1954 r. włączony został do systemu pierwszy (feralny technologicznie jak się finalnie okazało) lekkowodny, wrzący reaktor RBMK. I choć kolejny blok powstał dopiero 10 lat po pierwszym, to od połowy lat 60. było już z górki. W latach 1967-1986 na terenie ZSRR powstało 25 nowych reaktorów. Tak rozkręcała się ta machina, a naukowcy z Instytutu Kurczatowa – którego imię pochodziło od twórcy reaktora RBMK, czołowego sowieckiego fizyka jądrowego, Igora Kurczatowa – już pracowali nad kolejnymi nowinkami technologicznymi.

Peany na cześć radzieckiej myśli technicznej regularnie wypisywała w swoich biuletynach IAEA. W artykule opublikowanym w 1982 r. mogliśmy np. przeczytać, że „zarówno osiągnięte wyniki, jak i plany dla dalszego rozwoju energetyki jądrowej w ZSRR (…) są imponujące”. Na początku lat 80. sowieci rysowali ambitne zamiary rozwoju w tej dziedzinie. Do końca dekady łączna zainstalowana moc we wszystkich republikach miała sięgać 100 GW – ponad 60 GW więcej niż 10 lat wcześniej. W 1985 r. atom odpowiadał za 10% rosyjskiego zapotrzebowania. I przypuszczalnie dążenia te udałoby się zrealizować, gdyby nie pewien słynny wypadek… 

(...)

Po katastrofie, rosyjska energetyka atomowa zdecydowanie wyhamowała. Od tej chwili system, który opierał się w przeważającej mierze na tym zasilaniu wygasił cztery reaktory, a z dwudziestu planowanych zrezygnowano. Przez kolejną dekadę przyłączył tylko jeden blok, w elektrowni smoleńskiej. Przyczyną takie obrotu spraw był zdecydowany sprzeciw społeczny, którym na przełomie lat 80. i 90. politycy rosyjscy zaczęli się przejmować. Dodatkowym utrudnieniem dla przemysłu atomowego stała się pierestrojka. W rezultacie przemian ustrojowych obcięto wszelkie fundusze na badania naukowe nad energią jądrową oraz programy rozwoju tej dziedziny. Przyszłość atomu, w osłabionej rozpadem Związku Radzieckiego Rosji, nie rysowała się w kolorowych barwach. Do czasu aż władzę w kraju objął Władimir Putin.

W okresie istnienia ZSRR organem odpowiedzialnym za politykę w zakresie energetyki jądrowej było Ministerstwo Budowy Średnich Maszyn. Po upadku bloku socjalistycznego przechodziło różne zmiany instytucjonalne, a finalnie od listopada 2007 r. instytucja została przekształcona w rosyjski koncern państwowy Rosatom. Władimir Putin jako ówczesny prezydent Rosji, chcąc realizować własną wizję polityki energetycznej podporządkował sobie tego kolosa (360 spółek zależnych) i nadal ma zasadniczy wpływ na kierunki działania tej organizacji. Służąc mu jako narzędzie do budowy pozycji Rosji na arenie międzynarodowej napompował Rosatom do niespotykanych wcześniej rozmiarów wyposażając spółkę w różne instrumenty i zaufanych ludzi, takich jak wieloletni prezes koncernu i były premier Rosji, Siergiej Kirijenko.

(...)

Coraz częściej pojawiające się sygnały o możliwości porzucenia realizacji sztandarowego projektu Gazpromu Nord Stream 2, spadające ceny coraz bardziej dostępnego w świecie gazu czy spadki na rynku ropy naftowej uderzające bezpośrednio w budżet państwa powodują, że Rosjanie muszą na poważnie rozważyć poszukiwanie dodatkowych źródeł dochodów w innych segmentach przemysłu energetycznego.

Rozwiązaniem może być przemysł atomowy. W ostatnich latach Rosatom wyeksportował za granicę ponad 30 elektrowni zlokalizowanych w 12 różnych krajach. Rosja wykorzystuje je jako sposób zacieśniania więzi z innymi rynkami wschodzącymi bez tradycji w dziedzinie pokojowego atomu oraz z krajami BRICS. Reaktory, które zostały zaprojektowane i zbudowane przez inżynierów spółki powstały w Indiach, Iranie i Chinach. Obecnie poza Azją Rosatom podpisał umowy na budowę reaktorów na Białorusi, na Węgrzech – po dwa w każdym kraju, w Egipcie, Turcji – po cztery i jeden Finlandii. W Chinach spółka weźmie udział w budowie czterech reaktorów, ale niewielka kwota kontraktu wskazuje, że rosyjska korporacja państwowa odgrywa tam jedynie skromną rolę.

energetyka24.com

wtorek, 22 września 2020


– W Chinach udział dochodów gospodarstw domowych w PKB, a w efekcie także udział konsumpcji, jest najniższy w historii. Chińczycy po prostu nie mogą skonsumować tyle, co wyprodukowali, dlatego muszą wyeksportować nadwyżkę oszczędności [nad inwestycjami - red.] – zauważa Pettis.

A to odbija się na dochodach zwykłych Amerykanów. – Dochód amerykańskiej klasy robotniczej, drobnych przedsiębiorców, a także gospodarstw domowych klasy średniej pozostał na podobnym poziomie, pomimo że USA w ciągu 40 lat odnotowały gwałtowny wzrost. Bardzo dobrze poradził sobie jednak system finansowy oraz właściciele majątku ruchomego i biznesowe elity, podobnie jak zresztą w przypadku systemu finansowego i elit biznesowych w Chinach – zaznacza.

Jak rozwiązać problem globalnych nierówności? Zdaniem współautora książki "Trade Wars are Class Wars" najlepiej byłoby stworzyć nowy system handlu międzynarodowego i przepływów kapitałowych. – Myślę jednak, że to będzie bardzo trudne (...). Drugą najlepszą opcją, przy czym podkreślam, że nie jest to dobra opcja, byłoby jednostronne wystąpienie USA z obecnego systemu i ograniczenie napływu nadwyżek finansowych do Stanów Zjednoczonych – przekonuje.

A co mogą zrobić sami Chińczycy, by zrównoważyć własną gospodarkę? – Jeśli chcemy, aby krajowa konsumpcja była źródłem wzrostu, musimy zwiększyć udział gospodarstw domowych zwykłych Chińczyków w PKB. Jak to osiągnąć gospodarczo? Można wyeliminować ograniczenia dotyczące osiedlania się, podnieść wynagrodzenia, wzmocnić system zabezpieczeń społecznych, zmniejszyć degradację środowiska, wprowadzić darmowy transport publiczny. Problem jest jednak taki, że ten dochód musi być przeniesiony od kogoś innego, a tym kimś innym będzie albo biznes, albo rząd – wyjaśnia Pettis.

/Można, i są to pobożne życzenia Zachodu - Partia nie ma zamiaru oddawać władzy i kontroli, eksport zostanie kołem zamachowym gospodarki, nie konsumpcja wewnętrzna - red./

bankier.pl

Sebastian Horn z Uniwersytetu w Monachium, Carmen Reinhart z Uniwersytetu Harvarda i Christoph Trebesch z Instytutu Gospodarki Światowej w Kilonii zebrali dane dotyczące chińskich pożyczek obejmujące 152 krajów. Rząd Chin ma wierzytelności dłużne wobec reszty świata o wartości ponad 5 bilionów dolarów (6 proc. światowego PKB), a na początku XXI wieku miał mniej niż 500 mld (1 proc. światowego PKB). Jeśli dodamy do tego zagraniczne inwestycje kapitałowe oraz bezpośrednie, to całkowite roszczenia finansowe Chin za granicą wyniosły w 2017 roku ponad 8 proc. światowego PKB.

Taki wzrost chińskich, oficjalnych pożyczek, a także inwestycji, jest niemal bezprecedensowy w historii i porównywalny jedynie ze wzrostem akcji kredytowej w USA w następstwie I oraz II wojny światowej.

Większość wierzytelności została nabyta przez Ludowy Bank Chin, czyli bank centralny, na międzynarodowych rynkach obligacji. Ponadto rząd udzielał coraz większych, bezpośrednich pożyczek, zwłaszcza krajom rozwijającym się i wschodzącym. W przypadku krajów o wysokim i średnim poziomie rozwoju najczęstszą formą kredytowania są inwestycje portfelowe, zwykle poprzez zakup obligacji skarbowych przez Ludowy Bank Chin. W rezultacie wiele krajów rozwiniętych jest bardzo zadłużonych wobec chińskiego rządu.

(...)

Znacząco wzrosły również inne rodzaje finansowania napędzanego przez państwo: oficjalnie gwarantowane kredyty handlowe, przepływy kapitału i BIZ do krajów rozwiniętych. Chiny zbudowały globalną sieć stałych linii kredytowych w Ludowym Banku Chin, których suma przekracza 500 mld dolarów. Na chińskie państwo przypada jedna czwarta wszystkich kredytów bankowych udzielanych rynkom wschodzącym. W przypadku 50 największych odbiorców chińskich pożyczek – głównie mniejszych lub biedniejszych krajów – zadłużenie w Chinach wzrosło z około 1 proc. PKB w 2005 r. do ponad 15 proc. w 2016 r. Pożyczki są prawie w całości sterowane przez instytucje państwowe – rząd, bank centralny i państwowe banki komercyjne.

W przypadku krajów biedniejszych dług wobec Chin stanowi obecnie średnio blisko 40 proc. całkowitego, oficjalnie zgłaszanego zadłużenia zewnętrznego. Chińskie pożyczki państwowe zwykle wiążą się ze stosunkowo wysokimi stopami procentowymi i krótkimi terminami zapadalności, w przeciwieństwie do pożyczek udzielanych przez MFW i Bank Światowy, które na ogół mają preferencyjne warunki.

Dynamika chińskich pożyczek dla krajów o niskich dochodach przypomina sytuację z lat 70. XX wieku, kiedy kraje bogate w surowce otrzymały duże kwoty konsorcjalnych kredytów bankowych. Banki miały nadzieję na odzyskanie pożyczonych pieniędzy, bo ceny surowców rosły. W końcu lat 70. zaczęły jednak spadać i państwa bankrutowały, co doprowadziło do „straconej dekady” w Ameryce Łacińskiej oraz innych regionach. Od 2011 roku dłużnicy coraz częściej zwracają się do Chin o restrukturyzację długu, co oznacza narastanie problemów dla dłużników i dla wierzyciela.

Badacze stwierdzili, że 50 proc. pożyczek udzielanych przez Chiny krajom rozwijającym się nie jest zgłaszane ani do MFW, ani do Banku Światowego. Moody’s i Standard and Poor’s, podobnie jak inne agencje ratingowe, monitorują pożyczki od prywatnych wierzycieli (banków, obligatariuszy lub innych). Pożyczki udzielane przez jedno państwo drugiemu nie są stałym elementem ich działalności.

Klub Paryski śledzi pożyczki państwowe od oficjalnych wierzycieli dwustronnych (tj. innych państw), więc teoretycznie powinien obejmować większość chińskich pożyczek zagranicznych. Jednak Chiny nie są członkiem Klubu Paryskiego i nie podlegają standardowym wymogom ujawniania informacji. Ponadto nie są członkiem Grupy ds. Kredytów Eksportowych OECD, która dostarcza dane dotyczące długo- i krótkoterminowych przepływów kredytów handlowych. W związku z tym dokumentacja dotycząca międzynarodowych pożyczek Chin jest niejawna lub niepełna. Ludowy Bank nie publikuje informacji o zakupach aktywów ani o strukturze swojego portfela.

Chiny zaczęły składać raporty do Banku Rozliczeń Międzynarodowych (BIS) w 2015 r., ale rząd nie zgodził się na publiczne ujawnienie dwustronnych umów pożyczkowych. Dostępne są tylko dane zagregowane. Wielkość „ukrytych” pożyczek wyniosła w 2016 roku ponad 200 mld dolarów. Problem jest szczególnie dotkliwy w dwudziestu krajach rozwijających się. Nie sposób ocenić, jakie mają rzeczywiste koszty obsługi długu.

(...)

Chiny nie przedstawiają szczegółowych informacji na temat bezpośredniej działalności pożyczkowej w ramach inicjatywy „Pasa i drogi”. Znane są tylko wyrywkowe informacje, np. komercyjny Bank of China informował, że od 2015 r. udzielił kredytów w wysokości 100 mld dolarów krajom, w których realizowane są inwestycje związane z nowym Jedwabnych Szlakiem. Według MFW udzielane przez Chiny pożyczki na te inwestycje są często bardzo ryzykowne i prowadzą do nadmiernego zadłużenia krajów zaangażowanych w inicjatywę.

Przykładem jest Dżibuti, gdzie Chiny mają jedyną zagraniczną bazę wojskową. Udzieliły pożyczek w wysokości prawie 1,4 mld dolarów, co odpowiada 75 proc. PKB tego kraju. Niektóre były oprocentowane poniżej stopy rynkowej, ale kredyt na zbudowanie linii kolejowej Addis Abeba-Dżibuti był udzielony na warunkach komercyjnych. Dług publiczny wzrósł z 50 do 85 proc. PKB i jest najwyższy ze wszystkich krajów o niskich dochodach. Kredyty są udzielane głównie przez China Exim Bank i gwarantowane przez rząd chiński.

Na Malediwach Chiny są zaangażowane w trzy projekty: modernizację międzynarodowego portu lotniczego, która kosztuje około 830 mln dolarów; budowę dzielnicy mieszkaniowej i mostu w pobliżu lotniska, które kosztują około 400 mln dolarów; oraz przeniesienie głównego portu (brak szacunków kosztów). PKB Malediwów to niecałe 6 mld dolarów.

Laosowi China Exim Bank udzielił pożyczki w wysokości 465 mln dolarów na budowę i eksploatację linii kolejowej. Rząd Laosu podpisał również umowę pożyczki 600 mln dolarów na projekt hydroenergetyczny. W Czarnogórze, której dług publiczny przekracza 70 proc. PKB, ten sam bank finansuje 85 proc. kosztów autostrady łączącej nadmorskie miasto Bar z Serbią. Szacowany koszt inwestycji to 1,1 mld dolarów.

W 2017 r. bank podpisał umowę z rządem Mongolii na sfinansowanie budowy elektrowni wodnej i autostrady z lotniska do stolicy. Łączny koszt ok. 1 mld dolarów. Projekt hydroenergetyczny utknął w martwym punkcie i pożyczka jest przeznaczana na inne cele.

W Tadżykistanie Chiny finansują budowę gazociągu, a w Kirgistanie linię kolejową i autostrady. China Exim Bank jest największym, pojedynczym wierzycielem, którego zaangażowanie w Kirgistanie wynosi 1,5 mld dolarów, czyli około 40 proc. całkowitego zadłużenia zagranicznego tego kraju.

W Pakistanie realizowany jest sztandarowy projekt inicjatywy „Pasa i Drogi” – Chińsko-Pakistański Gospodarczy Korytarz (CPEC). Łączną wartość projektów CPEC szacuje się na ponad 60 mld dolarów. Co najmniej 33 mld będzie zainwestowane w projekty energetyczne. Chiny sfinansują około 80 proc. kosztów.

obserwatorfinansowy.pl

niedziela, 20 września 2020


Wiele firm i krajów stara się zaistnieć w tej dziedzinie, ale prawdziwych zwycięzców można policzyć – dosłownie – na palcach jednej ręki. Z dokonanego przez ekspertów McK przeglądu wyników osiągniętych w latach 2015-2019 przez największych w świecie producentów półprzewodników wynika, że pięciu z nich – Samsung, Intel, TSMC, Qualcomm i Apple – osiągnęło razem średni zysk roczny w wysokości 35,5 mld dolarów, o 6,8 mld dolarów wyższy niż 249 pozostałych czołowych firm w tej elitarnej branży.

Wysokie zyski wynikają z renty wielkości kilku elektronicznych światowych gigantów, a ich wielkość z kolei wynika m.in. z wielkich nakładów finansowych, jakie one ponoszą, prowadząc badania naukowe, projektowe i testowe, aby w końcu uruchomić produkcję nowych generacji jeszcze mniejszych układów scalonych. Nakłady te rosną w tempie niemalże geometrycznym. Zaprojektowanie chipów o charakterystyce 10 nanometrów kosztowało 174 mln dolarów, 7-nanometrowych – blisko 300 mln dolarów, a jeszcze gęściej „upchanych” 5-nanometrowych – aż 540 mln dolarów. Wybudowanie fabryk takich układów scalonych to koszt około 2,9 mld dolarów w przypadku „kostek” 7-nanometrowych i aż 5,4 mld dol. w przypadku 5-nanometrowych.

Pomimo ponoszenia tak wysokich kosztów na badania, rozwój, a później na budowę i oprzyrządowanie nowych fabryk upływa wiele czasu zanim ich produkcja jest ostatecznie uruchamiana. Eksperci McK wskazują, że od 12 do 24 miesięcy trwa budowa samej fabryki i instalowanie precyzyjnych urządzeń produkcyjnych, które muszą spełniać coraz trudniejsze warunki (chodzi m.in. o czystość powietrza) przyszłego wytwarzania. Kolejne miesiące (od do 12 do 18) trwa dochodzenie do pełnych zdolności produkcyjnych, co ma kluczowe znaczenie dla opłacalności gigantycznych inwestycji.

Wyliczenia ekspertów wskazują na zależność pomiędzy skalą nowej produkcji, w tym zwłaszcza stopniem wykorzystania mocy wytwórczych a czasem, jaki upływa do momentu (breakeven point), kiedy fabryki zaczynają przynosić zyski. W przypadku pełnego obłożenia produkcyjnego moment ten następuje dopiero po 4-5 latach. Gdy stopień wykorzystania spada do 80 proc. moment ten następuje dopiero po mniej więcej 7 latach, a gdy do 65 proc. – koszty poniesione na nową fabrykę układów scalonych nigdy się nie zwrócą. Gdy produkcja układów scalonych zyskuje wsparcie finansowe od instytucji rządowych – co jest dość częste np. na etapie badań – czas uzyskania opłacalności w tej dziedzinie skraca się o rok-dwa lata, ale i tak jej granicą jest minimum 55 proc. wykorzystanie mocy nowej fabryki.

Cztery, pięć czy siedem lat w elektronice to tymczasem niemal wieczność. Przy wysokim tempie rozwoju i postępu technicznego w dziedzinach, w których elektronika ma zastosowanie, trzeba z wielkim wyprzedzeniem wyobrazić sobie, do czego i w jaki sposób mogą być za niemal dekadę wykorzystywane projektowane dziś jeszcze doskonalsze chipy. Są w stanie to osiągnąć jedynie najwięksi producenci układów scalonych i podzespołów elektronicznych. Trwa między nimi wprawdzie zażarta konkurencja, ale zarazem widać symptomy podziału elektronicznego rynku pomiędzy firmy i kraje. Przykładowo amerykański Intel zdominował rynek układów scalonych do laptopów i desktopów, Qualcomm jest liderem w tej samej dziedzinie, ale w przypadku smartfonów, TSMC z Tajwanu przoduje w technologiach poniżej 10 nanometrów, holenderska firma ASML w technologiach litograficznych, Samsung opanował rynek pamięci, a amerykańska firma Nvidia to światowy lider kart graficznych.

obserwatorfinansowy.pl