czwartek, 31 października 2019


Ukraiński ruch nacjonalistyczny, w tym jego banderowski odłam – najbliższy ideowo-politycznie niemieckiemu nazizmowi – od lat 90. XX w. jest przedstawiany na Ukrainie jako ruch narodowowyzwoleńczy. Podobnie było w latach 40. Utworzona w 1929 r. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów za głównego wroga uważała Polaków i II Rzeczpospolitą. W jej materiałach propagandowych na drugim po Polakach miejscu wymieniano Żydów, a na trzecim ZSRR („moskiewską komunę”). Dlatego ofiarami działalności terrorystycznej OUN przed 1939 r. byli prawie wyłącznie Polacy. Wyjątek stanowił radziecki konsul we Lwowie Aleksiej Majłow – zastrzelony 21 października 1933 r. w gmachu konsulatu przez bojówkarza OUN. W 1941 r., kiedy w agresji na ZSRR wzięły udział złożone z nacjonalistów ukraińskich bataliony Nachtigall i Roland oraz tzw. grupy pochodne OUN, ostrze ich terroru skierowało się przeciwko Żydom. Doszło wtedy do dwóch wielkich pogromów we Lwowie (30 czerwca-2 lipca oraz 25-27 lipca 1941 r.), w których zginęło 7 tys. osób, oraz kilkudziesięciu pogromów w innych miejscowościach. Wsparcia Niemcom w Zagładzie udzieliły też w latach 1941-1942 formacje ukraińskiej policji pomocniczej, do których zaciągali się głównie członkowie OUN. Największą zbrodnią nacjonalistów ukraińskich – popełnioną w latach 1943-1944 przez banderowską frakcję OUN i utworzoną przez nią Ukraińską Powstańczą Armię – było ludobójstwo na Polakach zamieszkujących Wołyń i Małopolskę Wschodnią (100-130 tys. ofiar).

Jednak ofiarami OUN i UPA – o czym ich gloryfikatorzy nie chcą pamiętać – stali się także Ukraińcy. Nie mogło być inaczej, ponieważ rzeczywistym celem inspirowanego ideologią faszystowską ruchu nacjonalistycznego było utworzenie państwa totalitarnego, monopartyjnego i homogenicznego narodowościowo. Państwa o hierarchicznej strukturze społecznej podporządkowanej wodzowi, tak samo jak we włoskim i niemieckim pierwowzorze. To miała być Ukraina wcale nie niepodległa, samostijna – tym hasłem szermowano, by zdobyć poparcie naiwnych – lecz faszystowska. Oba odłamy OUN, banderowski i melnykowski, nie miały przy tym nic przeciw temu, by taka Ukraina była niemieckim protektoratem. Zginąć więc musieli również ci Ukraińcy, którzy stali na drodze do osiągnięcia tego celu: komuniści, antyfaszyści.

Ukraińskie ofiary OUN i UPA zawsze należały do najgłębiej skrywanych tajemnic ruchu nacjonalistycznego. Zarówno podczas wojny, jak i później – kiedy ukraińska emigracja nacjonalistyczna w Kanadzie przystąpiła do tworzenia mitu walki narodowowyzwoleńczej. Główne dzieło tej emigracji – wielotomowe wydanie Litopysu (Kroniki) UPA – zawiera jedynie materiały propagandowe i wspomnienia kombatantów UPA, gloryfikujących i fałszujących swoją działalność. To samo można powiedzieć o twórczości „naukowej” banderowskich kombatantów, czyli takich dziełach jak „Ukrajińska Powstańśka Armija” Petra Mirczuka, „UPA” Mykoły Łebedia czy „Istoriji ukraińśkoho wijska” Łwa Szankowśkiego. Podają one jedynie wybrane przykłady działań OUN i UPA, akcji, w których ginęli wyłącznie czerwoni partyzanci i enkawudziści, ale nie popełniano żadnych zbrodni na cywilach. Ten nurt dominuje obecnie w historiografii i polityce historycznej Ukrainy.

tygodnikprzeglad.pl

- Dyktatura to nasza marka - powiedziała rzeczniczka prezydenta Białorusi Alaksandra Łukaszenki Natalia Ejsmant w wywiadzie dla telewizji ONT. Wyjaśniła, że w niestabilnych czasach na świecie może wzrosnąć popyt na dyktaturę, rozumianą jako "porządek, dyscyplinę i spokojne życie".

- Dlatego, że za tym słowem w dzisiejszym naszym rozumieniu przede wszystkim widzimy, porządek, dyscyplinę, absolutnie normalne i spokojne życie. Wydaje mi się, że tak często wypowiadamy to słowo, że dyktatura to już nasza marka - powiedziała Ejsmant.

- "Dyktatura" to bardzo ciekawe słowo, tak różnie jest odbierane - dodała. "(...) Często używamy tego słowa w całkowicie różnym sensie. Czasem z pewnym zabarwieniem satyrycznym. A czasami wydaje mi się, że dzisiaj, w 2019 r., słowo dyktatura nabiera jakiegoś pozytywnego zabarwienia" - mówiła przedstawicielka prezydenta Białorusi.

polsatnews.pl

wtorek, 29 października 2019


Obserwatorfinansowy.pl: Prezentuje Pan hipotezę, że gdyby Polska po wojnie była kapitalistyczna, to niekoniecznie osiągnęłaby sukces. Czy dobrze rozumiem?

Dr Marcin Piątkowski: Często bezwiednie zakłada się, że gdyby po 1945 r. Polska nie dostała się w sferę wpływu ZSRR, to jako kraj kapitalistyczny rozwinęłaby się jak nigdy dotąd. Sądzę jednak, że sukces takiej alternatywnej Polski wcale nie byłby pewny, z tych samych powodów dla których nasza gospodarka nie potrafiła dogonić Zachodu przez 500 lat wcześniej. Głównym hamulcem rozwoju był oligarchiczny system społeczno-gospodarczy, który służył tylko wąskim elitom i blokował rozwój większości społeczeństwa.

Taka szkodliwa struktura społeczna byłaby najprawdopodobniej odtworzona po 1945 r, tak jak ją odtworzono po 1918 r. Dopiero PRL dokonał społecznej rewolucji, wyeliminował stare, oligarchiczne i często jeszcze feudalne elity i po raz pierwszy w historii stworzył społeczeństwo inkluzywne, dając wszystkim, szczególnie tym najsłabszym, szanse na rozwój.

Zdaje się, że elity wyeliminowała już II Wojna Światowa, w trakcie której mordowano polską inteligencję, polską arystokrację i polskich przedsiębiorców.

To oczywiście wielka tragedia narodowa, ale elity te funkcjonowały w ramach systemu, który szkodził rozwojowi gospodarczemu. II RP to wielki sukces patriotyczny, ale porażka gospodarcza, bo poziom dochodu Polaka w stosunku do Zachodu w 1938 r. był niższy niż w 1913 r. Praktycznie nigdy nie mieliśmy też rodzimych przedsiębiorców, a w czasie II RP nie powstała żadna duża firma prywatna!

Zaraz – a Lilpop, Łukasiewicz i inni?

Jeden był imigrantem, a biznes drugiego skończył się wraz z jego śmiercią. Polscy przedsiębiorcy w XIX w. i w XX w. przed II Wojną Światową stanowili mniejszość. Większość przemysłowców na naszym terytorium stanowili Niemcy, Żydzi oraz inni imigranci. Było tak nie bez powodu. To wielowiekowej świadomej polityki szlachty polskiej, która od XIV w. tworzyła i utrwalała w Polsce oligarchiczny system polityczno-gospodarczy. Mieszczaństwo i chłopstwo to siły, które uznawała za potencjalnie wrogie, a nie chciała, by ktokolwiek zagroził jej uprzywilejowanemu statusowi. Wobec tego chłopstwu zabrała wolność osobistą, a mieszczaństwu polskiemu utrudniała, jak mogła prowadzenie interesów.

Na początku XVI wieku zabroniono np. polskim kupcom eksportu zboża, oddając go w ręce Niemców i Holendrów, a do końca XVIII w. kupiectwo było uznawane za zajęcie haniebne, które szlachcica mogło pozbawić tytułów. Szlachta wiedziała jednak, że z samego chłopstwa nie wyżyje, więc sprowadzała kupców i przemysłowców z zagranicy, pozwalając im działać w specjalnych rewirach. Oddanie biznesu w ręce mniejszości, które nie miały siły politycznej, było sposobem na czerpanie zysków bez ryzyka utraty władzy i zmiany systemu. Oto jeden z powodów, dlaczego przez 500 lat, aż do wybuchu największej wojny światowej w dziejach nie udało nam się osiągnąć sukcesu gospodarczego.

Przecież po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. nasza gospodarka – z problemami – ale ruszyła, czy nie tak?

Ruszyła wszędzie w Europie, tylko w Polsce mniej niż gdzie indziej. Elity arystokratyczne były zbyt mocno historycznie zakorzenione i uprzywilejowane, by Polska mogła się zmodernizować w dwadzieścia lat. Były uprzywilejowane tak mocno, że nie potrafili zmienić tego nawet reformatorsko nastawieni przywódcy niepodległej Polski, zachłyśnięci przecież socjalizmem i egalitaryzmem. Upraszczając, cały dorobek II RP to Gdynia, której odpowiedniki budujemy dzisiaj za unijne pieniądze raz na kwartał, niedokończony Centralny Okręg Przemysłowy, który nie wiadomo, czy przetrwałby na wolnym rynku i dwie potiomkinowskie reformy rolne, które niczego nie zmieniły, bo mimo całej propagandy rozparcelowano mniej niż 10 proc. ziemi. Elity wciąż trzymały się mocno. Odsetek ludzi idących na studia wynosił w 1938 r. zaledwie 1,2 proc. i dziwnym trafem na studia szły dzieci z bogatych rodzin. Dzisiaj ten wskaźnik to 55 proc. Dzisiejsi polscy przedsiębiorcy, w przeciwieństwie do tych sprzed 1939 r., noszą mało szlacheckie nazwiska i są, z kilkoma wyjątkami, prawdziwymi „self-made menami”.

Zorientowani wolnorynkowo ekonomiści uważają PRL za stratę czasu i marnowanie zasobów. Niesłusznie?

Realny socjalizm świetnie sobie radził przez pierwsze 15 lat istnienia: do 1960 r. Polska rozwijała się równie szybko, jak na przykład Hiszpania. Dopiero później PRL wpadł w stagnację i skończył się gospodarczą katastrofą. Gdyby PRL skończył się w 1960 r. a nie w 1989 r., to mielibyśmy o nim całkiem dobre zdanie, podobnie jak dzisiaj mówi się o autorytarnym sukcesie Singapuru, Tajwanu czy Korei Południowej. PRL miał jednak jedną wielką zaletę: otworzył na oścież polskie społeczeństwo, zlikwidował przywileje klasowe, wyedukował, uprzemysłowił i unowocześnił społeczeństwo. Dla przykładu, już w 1960 r. na uniwersytetach studiowało 7 proc. Polaków, prawie tyle samo, ile w kilkakrotnie bogatszej Francji. PRL również oderwał od archaicznego rolnictwa prawie 30 proc. społeczeństwa i przeniósł do przemysłu, 30-krotnie przekraczając COP-u (chociaż jakoś nikt nie zamierza budować pomników np. Hilaremu Mincowi).

Krótko mówiąc, PRL stworzył inkluzywne, otwarte, egalitarne społeczeństwo, które stało się fundamentem polskiego bezprecedensowego sukcesu po 1989 r.

Jaka więc była rola reform po 1989 roku?

Zasługą reformatorów po 1989 r. było wykorzystanie pozostawionego po PRL ludzkiego potencjału, uwolnienie gospodarki od wcześniejszych absurdów, i włączenie nas w nurt rozwoju globalnego. Byliśmy jak łódka w martwym dorzeczu Amazonki, która po 1989 r. nagle znów uzyskała łączność z nurtem. Wreszcie mogliśmy zarabiać i się bogacić.

obserwatorfinansowy.pl

Ludzki mózg nie radzi sobie zbyt dobrze z wykonywaniem wielu zadań jednocześnie. Przeciwnie, ewolucyjnie jesteśmy zaprogramowani na skupianie się na jednej rzeczy i odcinanie uwagi od innych, mniej istotnych. Dlatego jeśli odrabiający lekcje nastolatek będzie zarzekał się, że absolutnie nie przeszkadza mu jednoczesne dyskutowanie z przyjacielem na komunikatorze, to nie jest to prawda. Dowiedli tego uczeni z Uniwersytetu Stanforda w swoim badaniu przeprowadzonym z udziałem 100 studentów tej uczelni. Podczas wykonywania kilku zadań jednocześnie ich sprawność umysłowa spadała, zwłaszcza w zakresie zapamiętywania informacji i selekcji tych najważniejszych.

Tylko jedna grupa ludzi wyróżnia się na plus w kwestii podzielności uwagi - to dorosłe kobiety. Dowiedli tego naukowcy z University of Glasgow, którzy przeprowadzili dwa bardzo ciekawe eksperymenty z udziałem grupy 120 kobiet i tylu samo mężczyzn. W pierwszym teście badani siedzieli przed komputerami, a na monitorach pojawiały się różne figury geometryczne. Zadaniem badanych było je jednocześnie liczyć i segregować pod względem kształtu. Naukowcy w ten sposób chcieli sprawdzić, jak sprawnie w umysłach kobiet i mężczyzn następuje "przełączanie" pomiędzy liczeniem a rozpoznawaniem kształtów. Okazało się, że u obu płci w miarę upływu czasu wykonywania zadania szybkość tego "przełączania" pomiędzy funkcjami w mózgu spadała, jednak u mężczyzn znacząco szybciej - pod koniec eksperymentu odpowiadali oni 77 proc. wolniej niż na początku, podczas gdy kobiety 69 proc. wolniej. Wygląda na to, że kobiecy mózg sprawniej radził sobie z wykonywaniem dwóch zadań wymagających skupienia. Jak podkreśla dr Gijsbert Stoet, współautor tego badania, różnica może nie jest duża, ale może kumulować się podczas wykonywania pracy przez cały dzień.

Drugi eksperyment przyniósł jeszcze ciekawsze rezultaty. Kobiety i mężczyźni dostali w nim zadania z życia wzięte - mieli w ciągu ośmiu minut zlokalizować restaurację na mapie, wykonać proste obliczenie, porozmawiać przez telefon i znaleźć zgubione na podwórku klucze. Naukowcy wiedzieli, że zrobienie tego wszystkiego w osiem minut jest niemożliwe, było to więc zadanie na określanie priorytetów, planowanie, wyznaczanie optymalnej trasy poszukiwań kluczy. Co się okazało? Kobiety osiągnęły lepsze rezultaty. Może dlatego, że więcej czasu przeznaczały na przemyślenie swoich działań i efektywnego wykorzystania czasu niż mężczyźni, którzy przystępowali do wykonywania zadań impulsywnie i chaotycznie. Widać to było zwłaszcza w zadaniu poszukiwania kluczy. Dr Gijsbert opisuje, że mężczyźni kręcili się często po podwórku bez żadnego planu, podczas gdy kobiety poruszały się po z góry zaplanowanej trasie, na przykład zwężającymi się kręgami - to bardzo skuteczna strategia poszukiwania terenu.

Zdolności do organizowania czasu i sprawnego zarządzania zadaniami są imponujące, ale jeśli dodamy do nich ogromną dozę empatii i rozumienia cudzych intencji, kobiety wyrastają na prawdziwe superbohaterki w domu czy w miejscu pracy. Dzisiaj bowiem w najbardziej nowoczesnych miejscach pracy w cenie są tak zwane kompetencje miękkie - zdolności komunikacyjne, negocjacyjne, radzenie sobie ze stresem oraz inteligencja emocjonalna. W tych aspektach kobiety nie mają sobie równych. Większy poziom emocjonalnej empatii wśród kobiet niż u mężczyzn zaznacza się już w wieku nastoletnim - dowiedli psycholodzy z uniwersytetu w Walencji. Najważniejsze jest to, że - jak wykazali badacze z Uniwersytetu Wiedeńskiego - kobiety w stresie potrafią współdziałać, a ich zdolność do empatii rośnie - w odróżnieniu od mężczyzn, którzy w silnym stresie są częściej egocentryczni i samolubni. To dlatego panie bardziej sprawdzają się w rozwiązywaniu sytuacji kryzysowych, nie mają problemu z proszeniem o pomoc i przyjmowaniem jej.

gazeta.pl

piątek, 11 października 2019


Królową Marię Antoninę można by właściwie ogłosić patronką ofiar fake-newsów – bo ona sama padła pastwą jednej z najbardziej znanych i wyjątkowo dla niej okrutnej dezinformacji w dziejach świata.

Wszystko przez zmyślony cytat. "S’ils n’ont pas de pain, qu’ils mangent de la brioche" ("Jeśli nie mają chleba, niech jedzą ciastka") – to wcale nie ona powiedziała. Te słowa włożył jej w usta Jean-Jacques Rousseau w swoich "Wyznaniach".

(...)

Polskim symbolem trzymania się kurczowo władzy dla samej władzy, w oderwaniu od jakichkolwiek wartości, jest oczywiście PZPR – niedoścignionego wzoru epoki słusznie minionej pewnie żadne ugrupowanie długo przebić nie zdoła. Po 1989 r. najbliżej tej sytuacji było SLD, które po aferze Rywina było w stanie tylko zarządzać, nie miało większości nawet do tego, by przeforsować przedstawiony przez własnego ministra "plan Hausnera".

W podobnej sytuacji znalazła się Platforma pod koniec drugiej kadencji. Poobijana aferą taśmową, z pogubioną Ewą Kopacz na czele partia ta w żaden sposób nie umiała pokazać, po co właściwie powinna rządzić kolejne cztery lata.

Tym bardziej że wtedy sondażowo wyrósł PiS. Partia Kaczyńskiego w kampanii 2015 r. porażała atawistyczną chęcią sięgnięcia po władzę. Parła do niej ze zwierzęcą determinacją gotowa rozbić każdą przeszkodę, która stanęła jej po drodze. Ale jednocześnie w kampanii przedstawiała się jako partia wartości. I to wielu wartości.

Oprócz odwołań – typowych w przypadku tej formacji – do Boga, Kościoła, polskich tradycji, także silnymi akcentami położonymi na konieczność wyrównywania różnic społecznych i pomocy najsłabiej usytuowanym (500 plus, niższy wiek emerytalny). Do tego doszła jeszcze argumentacja o konieczności sanacji moralno-etycznej – w domyśle, ekipa rządzącą jest do cna przeżarta różnego rodzaju problemami, dlatego należy ster władzy oddać ekipie świeżej, nieskażonej władzą, o czystych rękach i jasnych intencjach.

Ta argumentacja chwyciła. Do tego stopnia, że nawet wśród wyborców liberalnych narosło silne przekonanie, że Platforma stała się typową partią władzy – wypraną z wartości, chcącą rządzić dla samego rządzenia.

To z tego powodu sukces w ostatnich wyborach odniosła Nowoczesna. 7,6 proc. poparcia dla partii Ryszarda Petru było wyraźnym sygnałem, że nawet dla wyborców wielkomiejskich PO stała się partią skażoną władzą – i że należy ją wymienić na ugrupowanie, które pamięta, po co idzie się do Sejmu i rządu.

(...) PiS po czterech latach rządów w naturalny sposób jest poszczerbiony, poobijany. Z drugiej strony determinacja, jaką zademonstrował, przedstawiając "piątkę Kaczyńskiego" musiała zrobić wrażenie – choć wrażenie też niepełne, bo doceniając fakt, że PiS jest gotów wydać ogromne sumy na to, żeby pozyskać poparcie, jednocześnie z tyłu głowy pojawia się pytanie: czy partia rządząca jest na tym etapie, że musi płacić za to, co cztery lata temu dostawała za darmo?

wp.pl

Rynek wyszukiwania w internecie jest zdominowany (prawie 90 proc. udziałów) przez Google. Sektor portali społecznościowych (prawie 80 proc. rynku) należy do Facebooka. Obie firmy mają duopol na rynku reklamy w internecie. Z kolei branżę sklepów internetowych zdominował Amazon.

Ale koncentracja nie dotyczy tylko internetu. Dwie firmy w USA mają 90 proc. rynku piwa. Czterech graczy kontroluje rynek amerykańskiej wołowiny. Cztery linie lotnicze przejęły za oceanem sektor lokalnych połączeń lotniczych. Pięć banków kontroluje ponad połowę aktywów sektora bankowego. 75 proc. gospodarstw domowych w USA ma możliwość uzyskania dostępu do internetu tylko od jednego operatora.

Po serii ostatnich fuzji trzy firmy kontrolują 70 proc. światowego rynku pestycydów i 80 proc. amerykańskiego rynku kukurydzy. Tę listę można ciągnąć bardzo długo.

Autor cytuje w publikacji (jej polski tytuł to „Mit kapitalizmu. Monopole i śmierć konkurencji”) polskiego ekonomistę Michała Kaleckiego: „Monopole wydają się być głęboko zakorzenione w naturze systemu kapitalistycznego: wolna konkurencja, jako założenie, może być użyteczna na pierwszym etapie pewnych badań, ale jako opis normalnego stanu ekonomii kapitalistycznej to zaledwie mit”.

W USA liczba giełdowych firm jest taka, jaka była w latach 70. XX w., gdy PKB był na poziomie jednej trzeciej obecnego. W ciągu ostatnich 20 lat w 75 proc. sektorów gospodarki USA doszło do koncentracji. Jeżeli obecne trendy się utrzymają, to w 2070 r. w każdej branży będzie tylko po jednej firmie. Zresztą amerykański kapitaliści coraz częściej otwarcie przyznają, że nie lubią konkurować a ich docelowym stanem prowadzenia biznesu jest monopol.

obserwatorfinansowy.pl

Szukał swojej drogi powoli, zawsze pobudzany przez dziwaczną wiedzę z zapomnianej bocznej drogi historii nauki. Odważył się zapuścić w lingwistykę matematyczną, gdzie wyjaśnił prawo rozkładu słów. (Przepraszając za symbolikę, twierdził, że problem znalazł się w polu jego uwagi za sprawą książki, którą wyciągnął z kosza na śmieci jednego matematyka, żeby mieć coś do czytania podczas podróży paryskim metrem). Badał również teorię gier. Wkraczał także do i poza ekonomię. Pisał o regularnościach skali w rozkładzie wielkich i małych miast. Jednak generalnie pozostawał w tle, niekompletnie uformowany.

James Gleick - Chaos. Narodziny nowej nauki

poniedziałek, 7 października 2019


Firma Coca-Cola zachęca nas, byśmy „wybrali szczęście”. Politycy znajdują czas, by zrobić sobie przerwę od budowania karier na ruinach demokracji, i przypominają nam o konieczności regularnych ćwiczeń fizycznych. Blogerzy i blogerki wciskają setkom tysięcy obserwujących ich profile, że wolność ma wygląd białoskórej kobiety, która uprawia samotnie jogę na plaży. Pod takimi obrazkami możemy przeczytać podpisy w rodzaju: „Im bardziej kochasz samego siebie, tym bogatszy się stajesz”. To urocze stwierdzenie – ale kamienicznicy i deweloperzy nie pobierają czynszu w walucie, jaką ma być „miłość do samego siebie”.

Czy zatem całe to pozytywne myślenie jest szkodliwe? Carl Cederström i André Spicer, autorzy „Syndromu wellness”, z pewnością są takiego zdania, podkreślając, iż obsesyjna rytualizacja „dbałości o siebie” [wellness to termin oznaczający zarówno dobre samopoczucie fizyczne, jak i psychiczne – przyp. tłum.] oznacza w konsekwencji rezygnację z angażowania się w sprawy grupowe i wspólne, zamieniając każdy społeczny problem w osobistą pogoń za „dobrym życiem”. „Wellness stało się ideologią” – piszą.

Twierdzenie, że jeśli mamy odpowiednie nastawienie, to możemy „wyprodukować” sobie spontanicznie dobre samopoczucie i zdrowie, ma jednoznacznie polityczny wymiar. Kilka miesięcy po tym, jak David Cameron, lider najbardziej prawicowego rządu w najnowszej historii Wielkiej Brytanii, został wybrany na swoje stanowisko, wprowadził nieszczęsny „program szczęśliwości”. Być może pomysł zostałby lepiej przyjęty, gdyby w tym samym czasie premier nie był zaangażowany w dziesiątkowanie opieki zdrowotnej, pomocy społecznej i edukacji wyższej – struktur społecznych, które sprawiają, że życie codzienne Brytyjczyków jest prostsze i lepsze. Jedną ze zmian wprowadzonych przez Camerona w systemie pomocy społecznej było przechrzczenie bezrobocia na „zaburzenie psychiczne”. Według raportu, który ukazał się w magazynie „Medical Humanities”, osoby pozostające bez pracy i odczuwające skutki najdłuższego i najgłębszego kryzysu, jaki pamiętają, zachęcano do leczenia „psychicznego oporu” przed podjęciem pracy – za pomocą obowiązkowych kursów, które uczyły ich radośniejszego podejścia do własnej kiepskiej sytuacji. Pouczano ich też przy pomocy sms-ów, że powinni „uśmiechać się do życia” oraz że „sukces to jedyna możliwość”.

(...)

Ideologia well-being jest symptomem szerszej politycznej choroby. Jesteśmy uwięzieni w pułapce rygoru pracy, ale i rygoru braku pracy. Przestrzeń publiczna została do reszty skolonizowana przez prywatny kapitał i coraz trudniej zbudować jakąkolwiek społeczność – miotamy się więc w samotnej walce o przetrwanie. Oczekuje się, że uwierzymy, iż tylko indywidualną pracą i wysiłkiem możemy polepszyć swój byt. Jak pisał w „Jacobinie” Chris Maisano: „Nic dziwnego w tym, że rozwiązaniem problemów naszych czasów wydają się podejście indywidualistyczne oraz terapia psychologiczna. Ich ucisk można przełamać tylko dzięki stworzeniu poczucia solidarności, które odbuduje w nas pewność, że razem mamy szansę zmienić świat”.

(...)

W swoim iskrzącym się inteligencją eseju w książce „Otwarta demokracja” Chloe Kings pisze: „Nasza zmiana nastawienia nie spowoduje zmiany lub zniesienia strukturalnych nierówności ani też niedziałających, niezrównoważonych modeli gospodarczych, które faworyzują tylko bogatych tego świata, a wyzyskują resztę społeczeństwa, szczególnie klasę robotniczą i ubogich. Moim zdaniem »pozytywne myślenie« niszczy nam życie. Sformułowania typu »po prostu myśl pozytywnie« to wstęp do wiary, że »będzie lepiej« – a twarda rzeczywistość jest taka, że sytuacja wielu bezbronnych osób będzie się stopniowo pogarszać”.

nowyobywatel.pl