sobota, 24 sierpnia 2019


rp.pl: - Po wyborach powiedział pan, że PiS stworzył „masarnię na kółkach, która wyprodukowała ogromną ilość kiełbasy wyborczej". Czy to jest sposób na wyborców?

Ludwik Dorn: Sama masarnia nie gwarantuje sukcesu. Klasyk socjologii Max Weber trafnie zauważył, że nie idee, ale interesy materialne oraz interesy powiązane z ideałami i wartościami rządzą zachowaniem ludzi. PiS miał masarnię, którą wytoczył, ale jednocześnie zaproponował koncepcję zagrożonej przez świat zewnętrzny wspólnoty narodowej i ustanowił siebie, z Jarosławem Kaczyńskim na czele, defensor patriae, psem obronnym, który chroni Polaków przed złymi ludźmi i złowrogimi siłami, z którymi sprzymierzona jest opozycja. Nie mówię o relacji tego przesłania do rzeczywistości, ale jest ono spójne i ma moc perswazyjną. W jego ramach mieści się to, że jak „tamci" dojdą do władzy, to nie tylko przyjdzie straszliwy gender i seksualizacja dzieci, niszczenie Kościoła i narodu, ale także odbiorą wam to, co my wam daliśmy. To przesłanie formatuje na polityczne potrzeby PiS lęki i neurozy, które, z racji dramatycznej historii ostatnich stuleci, podskórnie przenikają znaczną część polskiego społeczeństwa. Masarnia wyprodukuje, co jest już zresztą zapowiedziane, kolejne porcje kiełbasy: obniżenie VAT na artykuły dziecięce, objęcie zerową stawką podatkową nie tylko umów o pracę, ale umów zlecenia i umów o dzieło dla osób do 26. roku życia. Ponadto większe niż wynika to z algorytmu nakazanego przez ustawę podniesienie płacy minimalnej, i to podniesienie dużo większe. A jeśli trzeba będzie, to przed wyborami PiS uchwali 13. emeryturę na 2020 rok. Masarnia będzie działała i będzie działało przesłanie: „Polsko, Polacy, my jedyni was obronimy przed tymi, którzy chcą Polsce i Polakom zrobić źle, a zwłaszcza wyrwać wam z kieszeni koperty wypchane setkami, które teraz wysyłamy wam pocztą".

- Kampania do PE w dużej mierze skupiała się na wewnętrznej polityce. Jesienią też tak będzie?

Uważam, że kampania wyborcza Koalicji Europejskiej, zwłaszcza Platformy Obywatelskiej, rzeczywiście skupiała się na problemach wewnętrznych, czyli paskudnym PiS. Natomiast zasadnicze przesłanie PiS odnosiło się do kwestii relacji wspólnoty narodowej z cywilizacja współczesną, światem zewnętrznym i Unia Europejską, w której trzeba być, żeby Polskę na dalekim przedpolu bronić przed zakusami „lewicowo-liberalnych elit brukselskich". PiS mówił zdecydowanie na temat. Koalicja Europejska mówiła nie na temat, teraz ma tego efekty.

Wszystkie wypowiedzi Donalda Tuska były komentowane – nie tylko w mediach propisowskich – w perspektywie wystąpienia pana Jażdżewskiego, które było wyraźnym otwarciem wojny religijnej po stronie opozycyjnej. To nie pomogło, tylko zaszkodziło, można się spierać w jakim stopniu, ale bezdyskusyjne jest, że nie pomogło.

- A jak wpłynęło na wizerunek samego Donalda Tuska?

Koalicja Europejska z wyraźnym wsparciem Tuska przegrała siedmioma punktami procentowymi, więc on też ma na czole przybitą pieczątkę przegrańca. To nie służy politykom.

- PO wyciągnie jakieś wnioski?

Po tych diagnozach, które politycy Platformy Obywatelskiej na razie stawiają, nie widać, żeby zrozumieli wiele z tego, co wyborcy dali im do zrozumienia.

- Wygrana PiS wiąże się z rekonstrukcją rządu. Czy poza obsadzeniem wakatów mogą się pojawić inne zmiany, np. wymiana ministra finansów?

Ewentualna zmiana ministra finansów to jedyna interesująca i ważna dla państwa zmiana, do której może dojść przy tej rekonstrukcji rządu. Cała reszta to machanie packami na muchy w PiS-owskim muchotłuku; to może być interesujące dla kierownictwa i aktywu, parlamentarzystów PiS, ale dla ludzi z zewnątrz nie ma to żadnego znaczenia. Natomiast zmiana na stanowisku ministra finansów ma znaczenie. Pani minister Teresa Czerwińska rzeczywiście usiłowała jakoś wywiązywać się z roli strażnika racjonalności budżetowej i finansowej, zwracając uwagę na zasadę, że z pustego i Salomon nie naleje. Jest procedura nadmiernego deficytu, są wymogi konwergencji i ona usiłowała, zwłaszcza na ostatnim etapie, żenić ogień z wodą, co nie bardzo wychodziło. Jeżeli Teresa Czerwińska zostanie wymieniona, będzie to oznaczało, że w Polsce nie będzie ministra finansów.

- Dlaczego?

Minister finansów jest od tego, żeby mówić „nie da się". Zasadnicze przesłanie PiS, jego prezesa, a także pana premiera brzmi: „Jak to się nie da? Da się i żadni księgowi w okularkach, którzy siedzą nad tabelkami, nie będą nam mówili, że się nie da, bo ważny jest zwykły Polak i szary człowiek". Opowiadano mi kiedyś, że gdy premier Leszek Miller peregrynował po Europie Środkowej, poszukując sojuszników dla Polski podczas wetowania traktatu konstytucyjnego, rozmawiał m.in. z premierem Węgier Ferencem Gyurcsánym z Węgierskiej Partii Socjalistycznej. Rozmawiali o traktacie, ale przy okazji o tym, jak się im rządzi. Podobno gdy Miller wyszedł z tego spotkania, zapytał naszego ambasadora: „Panie ambasadorze, ale czy oni w ogóle mają ministra finansów?". Ta anegdota przypomniała mi się, ponieważ pani minister Czerwińska była i ciągle jest ministrem finansów. Gdy jej nie będzie, to nie będzie ministra finansów. Wtedy pojawi się podejście, które prezentował de Gaulle; pytany o kwestie finansowe i gospodarcze, na których się nie znał, odpowiadał po generalsku: „l'intendance suivra!" (intendentura nadąży za decyzjami dowódcy).

rp.pl

Iza Mrzygłód: W książce oprócz tego, że próbujecie przywrócić I wojnę światową świadomości zbiorowej, wprowadzacie również trochę inną – niż dominująca w Polsce – perspektywę. Po pierwsze, piszecie o tak zwanej „długiej I wojnie światowej”, obejmującej okres 1912–1923, od wojen bałkańskich aż po walki o granice w Europie Środkowej po podpisaniu traktatu wersalskiego. Po drugie, wprowadzacie dodatkową cezurę w środku I wojny światowej, dzieląc ją na pierwszą fazę, w której kluczową rolę odgrywają imperia, i drugą, w której na scenę wkraczają środkowoeuropejskie narody i to one przejmują pałeczkę.

Maciej Górny: Rzecz w tym, że od początku wojny w różnych aspektach życia występuje proces wydrążania tego imperialnego ciała przez nowe życie, na ogół związane z ruchami narodowymi. To dzieje się na początku w dziedzinie polityki społecznej, działań charytatywnych. W wojsku pierwszymi takim oznakami jest powstanie oddziałów, które się definiowały narodowo, jak Legiony Polskie w armii austro-węgierskiej czy ukraińscy Strzelcy Siczowi. Z punktu widzenia historiografii narodowych to jest początek drogi do niepodległości, wolności albo walki o nią. Jednak z punktu widzenia tych imperiów można zaryzykować metaforę, że to jest rak, który drąży ciało, aż w końcu doprowadza do zgonu.

O I wojnie światowej rozumianej jako wojna narodów można mówić mniej więcej od 1916–1917 roku. Ten proces etnicyzacji, który zaczyna się już w 1914 roku, dojrzewa i gdzieś po drodze masa krytyczna zostaje przekroczona. W różnych imperiach w różnym tempie. W przypadku Rosji szybko i głośno – i takim momentem, który łatwo zidentyfikować, jest pierwsza rosyjska rewolucja w lutym 1917 roku i decyzja o rekonstrukcji armii rosyjskiej na zasadzie etnicznej. To jest o tyle ważny przypadek, że to się dzieje zupełne jawnie: jest gdzieś zapisane, pada konkretny rozkaz. W innych imperiach zachodzą podobne procesy, ale trudno jest uchwycić momenty symboliczne, kiedy imperia upadają z wielkim łoskotem pod wpływem jednego impulsu, który by je pozbawił życia.

A czym te dwie odsłony wojny się charakteryzują?

„Wojna narodów” różni się od „wojny imperiów” prawe wszystkim. Tak naprawdę walczą w niej już trochę inne wojska, dotychczasowi sojusznicy zaczynają krzywo na siebie patrzeć, a czasami strzelają do siebie. Na przełomie 1917 i 1918 roku dzieje się tak w Rumunii, gdzie w ciągu tygodni armia rumuńska i rosyjska praktycznie zrywają współpracę. W lutym 1918 roku II brygada Legionów Polskich przebija się przez austriacki front w proteście przeciw traktatowi brzeskiemu. Z obu stron giną żołnierze, którzy nie dość, że jeszcze niedawno należeli do tej samej armii, to w zasadzie nie mają żadnego powodu, aby się nawzajem zabijać. Chorwaci, którzy akurat pechowo stacjonowali w tym miejscu, nie mieli ze „sprawą polską” nic wspólnego. Poprzez takie wydarzenia zmieniają się także fronty. Poczynając od roku 1917, są już inne niż te widoczne na mapie, bo rodzą się konflikty, z którymi będziemy mieli oficjalnie do czynienia dopiero po 1918 roku.

Trochę inaczej zaczyna funkcjonować samo wojsko i inny jest stopień jego organizacji. Zaciera się granica pomiędzy profesjonalną wojną a starciami jednostek paramilitarnych. Ta pierwsza ma wprawdzie mnóstwo usterek, ale jednak funkcjonują różne służby, zaopatrzenie dociera, a przestępstwa się karze. Po drodze następuje gdzieś taka przemiana, że to przestaje być standardem. I w bardzo wielu miejscach wojna zaczyna dotyczyć przede wszystkim ludności cywilnej, która traci nawet iluzoryczną ochronę przed samowolą ludzi z bronią.

Zresztą, rosnące zaangażowanie ludności cywilnej ma poważne następstwa. Dosyć jasno dotąd wyrysowane fronty zamieniają się w przestrzenną konstrukcję, gdzie tych wrogów jest wielu. Mieszkańcy to już nie tylko ofiary. Często stają się dodatkową, trzecią (a czasem czwartą albo piątą) stroną konfliktu. Kiedy w 1918 roku na Ukrainę wkraczają niemieckie i austro-węgierskie wojska okupacyjne, ich dowódcom wydaje się, że jedyne zagrożenie stanowią bolszewicy. Już po paru tygodniach widać jednak, że w okolicy kręcą się także prywatne wojska różnych „atamanów”, anarchiści, „biali” Rosjanie i kto tam jeszcze. W dodatku własną siłą zbrojną dysponują nawet niektóre wsie.

Pojawia się na przykład kategoria „zielonych”, czyli nieregularnych formacji, różnych partyzantów i chłopskich band, którzy często występują w obronie lokalnej społeczności lub własnych partykularnych interesów. I tutaj chciałabym się zatrzymać przy chłopach, bo oni też zyskują pewną podmiotowość jako aktorzy różnych działań i walk. W książce z jednej strony dostrzegacie ich nową rolę i swoistą emancypację, a z drugiej stwierdzacie, że sytuacja i mentalność chłopów tkwiła w świecie archaicznych, przednowoczesnych reguł. To jak to w końcu jest? Czy oni również podlegali etnicyzacji i angażowali się w sprawę narodową? Czy raczej przychylałbyś się do tezy Michała Łuczewskiego, że chłopska tożsamość narodowa ukształtowała się znacznie później, a jej domknięcie nastąpiło dopiero w okresie PRL-u?

Przede wszystkim fenomen „zielonych” dotyczy ziem polskich akurat stosunkowo w małym stopniu. Najwięcej uzbrojonych chłopów, wsi i wiejskich republik było tam, gdzie wojenne bezprawie trwało najdłużej, czyli na ziemiach ukraińskich i białoruskich. Przejściowo jest to również fenomen słowacki i chorwacki. Natomiast w okresie, kiedy kształtuje się państwo polskie, chłopi, tam gdzie okoliczności temu sprzyjają – czyli tam, gdzie nie ma silnej władzy, albo w ogóle nie ma władzy – mają tendencje, żeby rządzić się sami. Ich stosunek do powstających struktur państwowych, tych czy innych, jest zależny od tego, co im próbują dać lub co im próbują zabrać. W polskich meldunkach z roku 1919 donosi się o całych gminach, które z punktu widzenia polskich władz wojskowych żyją w totalnym „bezprawiu”, a to znaczy, że nie wpuszczają do siebie polskich urzędników, polskich żandarmów, polskiego wojska. Broń mają, bo wojna przeszła parę razy przez ich okolicę, i radzą sobie sami.

Etnicyzacja dotyczy akurat tej grupy społecznej w stosunkowo niewielkim stopniu. Michał Łuczewski ma więc rację. Źródła pokazują, że z unarodowieniem chłopów są olbrzymie problemy i jeśli się ich nie weźmie w karby dyscypliny, to unikają zaangażowania w walki powstających właśnie państw. Dzieje się tak zarówno na ziemiach polskich, jak i w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Przede wszystkim chłopi nie zgłaszają się do poboru. To jest pierwsza żelazna reguła. Nie jest przypadkiem, że w meldunkach wojskowych, nie tylko polskich, pojawia się zawsze informacja o tym, który z naszych sąsiadów aktualnie prowadzi pobór, bo to oznacza, że po naszej stronie granicy będą się gromadzić młodzi mężczyźni, którzy uciekli ze wsi po drugiej stronie. I chłopi z terytoriów polskich oczywiście też uciekają w momencie poboru.

Tak jest nawet w roku 1920, w okresie wojny z bolszewikami, kiedy całe powiaty nie stawiają się do służby wojskowej albo stawiają się bardzo wybiórczo.

I to o postawach chłopów u progu niepodległości mówi znacznie więcej niż propaganda kierowana do ludu.

kulturaliberalna.pl

Xi prezentuje Chiny jako wzór do naśladowania dla innych państw, jednak również za granicą spotyka się z krytyką. Jego inicjatywa „jeden pas i jedna droga” trwa już wystarczająco długo, by wyszły na jaw jej mankamenty. Przede wszystkim inicjatywa powstała z myślą o promowaniu chińskich interesów, nie zaś interesów państw przyjmujących inwestycje. Co więcej, ambitne projekty infrastrukturalne finansowano głównie z kredytów, nie z grantów, a zagranicznych urzędników częstokroć przekupywano, by zapalili zielone światło dla projektu. Wiele z tych projektów okazało się ryzykownych z gospodarczego punktu widzenia.

Sztandarowym przykładem jest tu Sri Lanka. Chiny pożyczyły Lankijczykom pieniądze na opłacenie Chińczyków, którzy wybudowali port mający służyć strategicznym interesom Chin. Jednak komercyjny ruch w porcie nie rozkręcił się na tyle, by Lankijczycy zdołali spłacić długi, co umożliwiło Chinom przejęcie portu. Podobne przypadki odnotowano w kilku innych miejscach, co wywołuje zrozumiałą niechęć.

Liderem oporu stała się Malezja. Poprzednie władze, pod wodzą Najiba Razaka, zaprzedały się Chinom. Jednak w maju 2018 roku Najib został usunięty z urzędu głosami koalicji prowadzonej przez Mahathira Mohameda. Rząd Mahathira natychmiast wstrzymał kilka dużych projektów infrastrukturalnych realizowanych przez chińskie firmy, a obecnie negocjuje kwotę, którą Malezja będzie musiała Chinom jeszcze zapłacić.

Sytuacja w Pakistanie, największym odbiorcy chińskich inwestycji, jest niejasna. Pakistańska armia jest co prawda zakładnikiem Chin, jednak stanowisko Imrana Khana, od ubiegłego sierpnia premiera kraju, jest bardziej ambiwalentne. Na początku 2018 roku Chiny i Pakistan ogłosiły ambitne plany współpracy wojskowej. Pod koniec roku w Pakistanie zapanował głęboki kryzys finansowy, jednak jedna rzecz była już jasna: Chiny chcą wykorzystać „jeden pas i jedną drogę” również w celach wojskowych.

Wszystkie te komplikacje zmusiły Xi do zmiany podejścia. We wrześniu ogłosił, że zamiast popisowych projektów, które mają podbijać Chinom bębenek, będą realizowane bardziej rozważne inicjatywy. Chiński „Dziennik Ludowy” ostrzegł w październiku, że projekty te powinny służyć państwom-odbiorcom inwestycji.

Klienci zostali tym samym ostrzeżeni. Kilku z nich, od Sierra Leone po Ekwador, kwestionuje lub renegocjuje warunki projektów. Xi przestał też mówić o planie „Made in China 2025”, który jeszcze rok wcześniej był gwoździem jego programu autopromocji.

krytykapolityczna.pl

Według śledztwa dziennikarskiego Josha Constine’a z serwisu TechCrunch młodzi użytkownicy dostają pieniądze za zainstalowanie aplikacji „Facebook Research”, dostępnej za pośrednictwem serwisów do testowania wersji beta aplikacji Applause, BetaBound i uTest, a nie bezpośrednio od Facebooka. Aplikacja prosi użytkowników o zainstalowanie certyfikatu root, co daje Facebookowi praktycznie nieograniczony dostęp do zawartości telefonu, od prywatnych wiadomości po dane o lokalizacji. Brzmi to jak sposób na szpiegowanie młodych osób, które być może nie rozumieją, na co się zgadzają. Do tego stoi to w sprzeczności z polityką sklepu z aplikacjami Apple. Po publikacji TechCrunch Facebook poinformował, że usunie aplikację ze sklepu Apple, ale będzie ona wciąż dostępna dla użytkowników Androida.

Facebook w oświadczeniu twierdzi, że użytkownicy wiedzieli, co robią – udzielili firmie zgody i wzięli za to pieniądze, a nastolatki, stanowiące 5 proc. użytkowników, przedstawiły upoważnienie podpisane przez rodziców.

(...)

Na hurtowym rynku danych osobowych firmy handlują naszymi danymi i wykorzystują je do personalizowania reklam. Dla Facebooka przeciętna wartość aktywnego użytkownika, według najnowszej publikacji o dochodach firmy, wyniosła w trzecim kwartale 2018 r. około 2 dolary miesięcznie. W USA i Kanadzie było to już ok. 9,2 dolara. Im bardziej precyzyjnie da się połączyć dane z użytkownikiem, tym więcej jest on wart.

forsal.pl

„Kliki kumoterskie działają podobnie w przedsiębiorstwach przemysłowych, wyższych uczelniach i szkołach podstawowych, organizacjach politycznych i administracyjnych państwa” – wyliczał socjolog prof. Jan Szczepański w 1974 r. w odpowiedzi na ankietę tygodnika „Polityka”. W jego opinii ekonomiczny rozwój państwa i życie zwykłych obywateli zatruła plaga klientelizmu. Za jej sprawą nie kompetencje decydowały o karierze, ale to, kto pod kogo był „podczepiony”. Ponadto posiadane znajomości określały możliwości dostępu do dóbr kontrolowanych przez państwo. Zasługi dla społeczeństwa, ciężka praca czy nawet prawo nie miały większego znaczenia. Liczyły się nieformalne powiązania, których PRL był wielkim generatorem, doskonaląc w tej sztuce pokolenia Polaków.

„Nawet w środkach masowego przekazu – głównie w telewizji – jako pozytywne informacje o pracy niektórych służb, na przykład o szpitalnictwie, wymienia się fakt, że pacjenta hospitalizuje się bez protekcji” – opisywał w 1982 r. socjolog Wojciech Pawlik. (...) „«Naturalność» istnienia relacji i zachowań nieformalnych w niektórych sytuacjach jest tak duża, że zdziwienie budzi raczej fakt rezygnacji z nieprzyjmowania zwyczajowych gratyfikacji niż ich praktykowanie” – podkreślał Pawlik.

forsal.pl

Jaromír Balda obmyślił wprost genialny plan: tak bardzo obawiał się hipotetycznych ataków terrorystycznych, jakich hipotetyczni radykalni imigranci muzułmańscy mogli się dopuścić w jego ukochanym kraju, że wziął i całkiem niehipotetycznie ich w tym uprzedził. Ten prewencyjny akt terroru miał wywołać nastroje antyimigranckie, które zapobiegłyby dalszym aktom terroru. Żelazna logika, nie ma to tamto.

Czym jednak byłby godny podziwu wyczyn bez odpowiednio kunsztownego planu? W 2017 roku Balda postanowił wykoleić dwa pociągi – w tym celu ściął drzewa tak, żeby upadły na tory. Dla wzmocnienia efektu rozrzucił w okolicy ulotki. Posłużyły potem jako materiał dowodowy podczas procesu i są po prostu zbyt dobre, żeby ich tutaj nie przytoczyć. Każda zaczyna się śmiałym zawołaniem „Allah akbar”, a żeby nie było absolutnie żadnych wątpliwości co do obcego pochodzenia domniemanych autorów, dalej czytamy: „Czezki niewerny pies. Mi tótaj z nami Islam i dzichat”. Szacun za to, że nie zrobił błędu w słowie „pies” , tylko dlaczego skierował swoje ostrzeżenie do pojedynczego czworonoga-ateisty?

Dobra wiadomość jest taka, że pierwszy czeski terrorysta pozostał wierny odwiecznej narodowej tradycji i nie wyrządził żadnej istotnej szkody; nikt nie zginął, a oba pociągi ucierpiały jedynie powierzchownie (choć maszyniści twierdzą, że zadecydował o tym łut szczęścia). W zasadzie cała ta przykra sprawa zostałaby zapamiętana co najwyżej jako kolejny absurdalny epizod w wielkiej historii Czech, gdyby nie zaangażowali się w nią politycy. Jak zwykle.

Nikt się szczególnie nie zdziwił, kiedy wyszło na jaw, że Balda jest zwolennikiem alt-prawicowego, antyimigranckiego i antyrozumnego ugrupowania SPD. Formalnie nie należał do partii (co jej władze podkreśliły w pospiesznie wydanym oświadczeniu), jednak zaangażował się nieco zbyt entuzjastycznie w jej kampanię wyborczą, już to rozdając ulotki (również w czasie ciszy wyborczej, co, tak się akurat składa, jest nielegalne – ups!), już to naklejając zdjęcia zwalczającego imigrantów imigranta Tomia Okamury na swoim samochodzie, domu i kilku budynkach użyteczności publicznej (jak wspomina burmistrz rodzinnej miejscowości Baldy, „rozlepiał je wszędzie, gdzie się pojawił” – co, tak się składa, też jest nielegalne. Ups!)

krytykapolityczna.pl

Myśl o użyciu broni jądrowej mogła się wydawać Trumanowi irracjonalna, ale u podstaw polityki zastraszania leżało realne zagrożenie jej użyciem. A planowanie jej użycia stało się pełnoetatową pracą dla największych amerykańskich umysłów. Podstawowe kwestie strategii jądrowej wciąż nie zostały jeszcze ustalone. Projekt Vista, w największej tajemnicy prowadzony w California Institute of Technology, ożywił debatę wojskową o tym, jak należy bronić Europy Zachodniej przed radziecką inwazją. W 1950 roku NATO porozumiało się w kwestii utworzenia armii sojuszniczej złożonej z 54 dywizji – dość, by powstrzymać Armię Radziecką, której liczebność szacowano wówczas na 175 dywizji. Jednak europejscy członkowie NATO nie mogli wyposażyć koniecznej liczby żołnierzy i w 1952 roku wydawało się, że sojuszowi nie uda się wystawić liczby wojska nawet zbliżonej do wymaganej. Mały kontyngent amerykański w Europie Zachodniej służył na linii frontu jako „potykacz”, „szklany mur”. Amerykańskie wojsko jako jedno z pierwszych spotkałoby się z ewentualnym atakiem radzieckim i szybko zostałoby pokonane, co zmusiłoby Stany Zjednoczone do przystąpienia do wojny. Strategic Air Command odpowiedziałoby zniszczeniem większości terytorium Związku Radzieckiego. Ale armia radziecka dalej mogłaby podbijać Europę, a ofiary wśród cywilów byłyby ogromne.

Eric Schlosser - Poza kontrolą

czwartek, 22 sierpnia 2019


Przypomnijmy, że w styczniu 2018 roku rząd PiS znowelizował ustawę o IPN. Zmiana ta wywołała kontrowersje i spowodowała kryzys w relacjach polsko-izraelskich. W lutym ub. r. podczas konferencji w Monachium izraelski dziennikarz "New York Timesa" Ronen Bergman powiedział, że w czasie drugiej wojny światowej część jego krewnych została wydana przez Polaków gestapo. Po opowiedzeniu tej historii Bergman zapytał Mateusza Morawieckiego, czy zgodnie z nowymi przepisami trafiłby do więzienia za opowiadanie takich historii.

Niedługo później konta dziennikarza w mediach społecznościowych zalały hejterskie komentarze. Bergman zlecił firmie Cyabra przyjrzenie się tej sprawie. Cyabra to izraelski startup, który działa od 2017 roku i zatrudnia około 10 osób. W czerwcu 2018 roku firma otrzymała milion złotych wsparcia od funduszu inwestycyjnego Uniwersytetu w Tel Avivie. W zarządzie Cyabry jest m.in. były zastępca dyrektora Mossadu Ram Ben-Barak.

Do raportu dotarł poseł PO Paweł Suski. Z analiz Cyabry wynika, że za kampanią stała "doświadczona organizacja z dostępem do dużych zasobów finansowych".

Analitycy firmy rozpoznali m.in. 15 fałszywych kont na Facebooku, z których publikowano posty po polsku i po angielsku. Wykryto, że jeden z użytkowników klikał "lubię to" pod każdym postem zawsze jako ostatni, a inny zawsze jako pierwszy. Zdaniem analityków firmy taka aktywność nie jest naturalna i świadczy o "użyciu automatycznego mechanizmu".

Podobne nieprawidłowości miały miejsce na Twitterze, gdzie zidentyfikowano ok. 10 fałszywych kont, a także zaobserwowano wysyłanie identycznych wiadomości w tym samym czasie przez grupę użytkowników - zdaniem Cyabry był to "zorganizowany atak z użyciem botów".

Nieprawidłowości zaobserwowano też na forum jednego z izraelskich portali informacyjnych - zdaniem analityków ponad połowa (56 proc.) odpowiedzi była generowana przez boty. Niektórzy użytkownicy zamieszczali po dwa wpisy na sekundę, co nie jest możliwe do wykonania w przypadku człowieka.

Kolejną nieprawidłowość analitycy odkryli wśród wiadomości, które dziennikarz otrzymywał za pośrednictwem swojej strony - część osób, by ukryć swoją prawdziwą tożsamość, korzystała z adresów IP kupionych w Belgii.

Kto mógł opłacić taką kampanię? Tego Cyabra nie podaje.

gazeta.pl

Spośród obiegowych opinii dotyczących życia w PRL szczególnie żywotna jest taka, że stłoczono wtedy ludzi w maleńkich, standardowych mieszkaniach i że była to jedna z przemyślanych szykan państwa wobec obywateli, których w ten sposób chciano upodlić. A wynikało to z nędzy, która ogarnęła nasz kraj pod panowaniem komunistów. Peerelowska ciasnota i brzydota mieszkań jako degradacja po II RP, w której żyło się pięknie i przestrzennie, to zadziwiająco trwały mit historyczny, chyba tym trwalszy, im bardziej antykomunizm i tęsknota za II RP stają się jałową etykietką tożsamościową.

A przecież przez cały okres II Rzeczypospolitej jednym z niewyobrażalnych dziś mankamentów życia większości jej mieszkańców, a także bardzo poważną barierą cywilizacyjną, blokującą wszelki awans społeczny, był – jak to nazywała prasa tamtego okresu – „głód mieszkaniowy”, czyli konieczność mieszkania w potwornej ciasnocie, w fatalnych warunkach higienicznych i przy braku elementarnej intymności oraz jakichkolwiek perspektyw i nadziei na poprawę stanu rzeczy.

Po I wojnie światowej 73% obywateli RP (według spisu ludności z 1931 r.) mieszkało na wsi i w małych miasteczkach, w warunkach skrajnego i wciąż pogłębiającego się przeludnienia. Najmniejsze było w dawnym zaborze pruskim, największe zaś w Galicji, gdzie w 1938 r. 100 ha ziemi musiało wyżywić przeciętnie 114 mieszkańców.

Duża część gospodarstw nie produkowała więc nawet takich nadwyżek, które pozwoliłyby zakupić drewno do rozbudowy domu, kiedy powiększała się rodzina gospodarza lub rodziny jego dzieci. Większość przedwojennych domów wiejskich budowana była jeszcze w czasach pańszczyzny lub niedługo po jej zniesieniu, kiedy chłopi nie kupowali budulca na wolnym rynku, ale otrzymywali od pana w ramach jego powinności feudalnych bądź tzw. serwitutów. Tradycyjnie składały się one z dwóch izb: większej, białej, zamieszkiwanej tylko latem, i mniejszej, czarnej, a więc ogrzewanej od pieca kuchennego, do której zimą sprowadzała się cała wielopokoleniowa rodzina, często wraz ze zwierzętami gospodarczymi. Kilka lub kilkanaście osób na ok. 15-20 m kw. powierzchni mieszkalnej musiało się wyspać, spełnić obowiązki małżeńskie, ugotować jedzenie, odrobić lekcje, naprawić ubranie i narzędzia gospodarcze, wyleczyć chorą krowę, urodzić dzieci i umrzeć.

Władze II RP ograniczały napływ ludności wiejskiej do miast przez bezwzględne egzekwowanie obowiązku meldunkowego. Można by napisać, że w miastach wcale nie było lepiej, jednak często ekonomiczni imigranci ze wsi, którym udało się tam zaczepić, wspominali, że w porównaniu z domową miejska ciasnota wydawała się im ogromnym awansem.

Jak wyglądała sytuacja mieszkaniowa w przedwojennej Warszawie w porównaniu choćby z peerelowską, można sobie wyobrazić dzięki przytoczeniu kilku danych. W 1938 r. Warszawa miała ok. 1,3 mln mieszkańców, po wojnie podobną liczbę osiągnęła w latach 70. Tyle że przed wojną powierzchnia miasta wynosiła 141,5 km kw., a w 1977 r. – 484,6 km kw. (...) Co więcej, ponad trzy czwarte warszawiaków mieszkało w granicach miasta sprzed 1916 r. (32,73 km kw.), kiedy okupacyjne władze niemieckie pozwoliły na rozrost metropolii poza linię carskich fortyfikacji.

Warszawa przedwojenna, podobnie jak inne duże polskie miasta, w śródmieściu zabudowana była bardzo gęsto XIX-wiecznymi kamienicami z oficynami otaczającymi tzw. podwórka studnie, do których nie docierały światło dzienne ani wiatr pozwalający na wymianę powietrza. Układ tych kamienic znamy choćby z „Lalki” Bolesława Prusa, w której mamy obraz kamienicy Łęckich: mieszkania z oknami od ulicy na pierwszym i drugim piętrze, ze skanalizowanymi łazienkami i ubikacjami, wyposażone w instalację elektryczną i gazową, złożone z czterech-ośmiu pokojów, przeznaczone były dla bogatych najemców. Mieszkania na wyższych piętrach były już mniejsze, często jedno-, dwuizbowe. Za to mieszkania w oficynach, wiecznie ciemne, których nie można było porządnie wywietrzyć, przeznaczone dla uboższych lokatorów, pozbawione były wygód, budowane byle jak, z cienkimi, często na jedną cegłę, ścianami zewnętrznymi, przez które zimą przechodził niedający się opanować chłód.

Ceny komornego w Warszawie były bardzo wysokie. Choć w latach 20. wprowadzono urzędową kontrolę czynszów najmniejszych, jedno- i dwuizbowych mieszkań oraz zakaz ich podnoszenia, dopóki trwała umowa najmu, to zjawiskiem powszechnym i pogłębiającym się było wynajmowanie przez lokatorów części mieszkania sublokatorom. Mały, samodzielny pokój przy rodzinie kosztował 60-80 zł miesięcznie, przy miesięcznych zarobkach np. niewykwalifikowanego robotnika wynoszących 80-100 zł, a wykwalifikowanego robotnika, nauczyciela czy niższego urzędnika – 120-150 zł (na prowincji niższe były i zarobki, i ceny wynajmu). Łóżko sublokatorskie w wieloosobowym pokoju to koszt 20-50 zł, a łóżko dzielone z innym sublokatorem (np. ślusarz pracujący w dzień wynajmuje to samo łóżko z piekarzem pracującym w nocy, co było dość częstą kombinacją) 15 zł. Do tego płaciło się za węgiel, elektryczność, wodę, jeśli była w mieszkaniu, a także za pranie pościeli. Często sublokatorzy mieli wyznaczone godziny przebywania w mieszkaniu, które w nocy było sypialnią, a w dzień zamieniało się w warsztat rzemieślniczy.

tygodnikprzeglad.pl

wtorek, 20 sierpnia 2019


Emeryci, już i tak biedni, lecz rząd traktuje ich tak, jakby stanowili jaskinię Ali Baby. Kobiety, które samotnie wychowują dzieci i z trudem egzekwują alimenty od swoich byłych partnerów, często tak ubogich jak one. Pary, które się rozstały, lecz muszą razem mieszkać, gdyż nie stać ich na płacenie dwóch czynszów. Nowe obowiązkowe wydatki, Internet, komputer i smartfon, nie dla przyjemności wynikającej z oglądania filmów na Netflixie, lecz dlatego, że racjonalizacja usług poczty, fiskusa, kolei, a także zniknięcie kabin telefonicznych, sprawia, iż bez nich nie da się żyć. Porodówki, które się zamyka, sklepy, które się ulatniają, Amazon, który wszędzie rozkłada się ze swoimi magazynami.

Cały ten świat anomii społecznej, przymusu technologicznego, kwestionariuszy do wypełnienia, wydajności do zmierzenia, a także samotności, istnieje nie tylko we Francji, lecz plus minus wszędzie, w ramach różnych ustrojów politycznych i poprzedza wybór Macrona. Tylko że, jak się wydaje, francuski prezydent lubi ten nowy świat i zrobił z niego swój projekt społeczeństwa. Również dlatego jest znienawidzony.

Lecz nie przez wszystkich: ci, którym się powodzi, mają dyplomy, są mieszczanami, mieszkają w metropolii, podzielają optymizm prezydenta. Dopóki w kraju panuje spokój lub rozpacz, co wychodzi na jedno, świat i przyszłość do nich należą. Pewna „żółta kamizelka”, właściciel jednego z tych domków, które w latach 70. były symbolem awansu społecznego, ironizuje z goryczą: „Kiedy samoloty przelatują na małej wysokości nad działką, człowiek mówi sobie: No proszę, ci paryżanie mogą sobie pozwolić na wyjazd na wakacje i na dodatek zanieczyszczają atmosferę.”

Macron może liczyć na inne wsparcia, a nie tylko na stołecznych mieszczan-nomadów, w tym dziennikarzy. Np. na poparcie Unii Europejskiej. Kiedy Wielka Brytania powraca do swojej wyspiarskości, Węgry wierzgają, Włochy okazują nieposłuszeństwo, a Biały Dom ich podburza, Unia nie może obejść się bez Francji ani ukarać jej tak jak Grecji, kiedy francuskie rachunki wymykają się spod kontroli. Choćby nie wiadomo jak osłabiony Macron pozostaje jedną z rzadkich na szachownicy Europy liberalnej figur, które się liczą. Bruksela i Berlin czuwają więc nad tym, aby się trzymał.

www.facebook.com/notes/le-monde-diplomatique-edycja-polska/

poniedziałek, 12 sierpnia 2019


Już na samym początku Goggins zaleca nam, abyśmy „wyszli ze strefy komfortu”, przestali „szukać wymówek” i „porzucili mentalność ofiary”. Jeśli to was nie przekonuje, może zrobi to cytat z Heraklita. Na polu bitwy „na stu ludzi dziesięciu nie powinno tam nawet być, osiemdziesięciu to tylko mięso armatnie, dziewięciu potrafi walczyć, ale tylko jeden jest prawdziwym wojownikiem”. Od ciebie zależy, czy chcesz odgrywać rolę wojownika. „Pora pójść na wojnę z samym sobą” – zachęca Goggins.

W pierwszym odruchu można zlekceważyć Can’t Hurt Me jako przykład poradnikowego kiczu, marginesu kulturowego dla czytelników o wyjątkowo złym guście, którzy łakną motywacyjnych formułek. Problem polega na tym, że to wcale nie jest margines. Nie chodzi tylko o to, że książka Gogginsa sprzedaje się znakomicie. Rzecz w tym, że jest częścią o wiele szerszego zjawiska, które znajduje się w samym centrum naszej współczesnej kultury.

Mogliście wcześniej nie słyszeć o Gogginsie, ale na pewno znacie Arnolda Schwarzeneggera. Na YouTube znajdziecie filmik z jego przemową motywacyjną. Choć został opublikowany niecały miesiąc temu, ma już ponad siedem milionów wyświetleń. Schwarzenegger mówi mniej więcej to samo co Goggins. Przytacza na przykład statystyki, z których wynika, że 74% Amerykanów jest niezadowolonych ze swojej pracy. Można by pomyśleć, że jako człowiek aktywnie działający w polityce zaproponuje jakieś systemowe rozwiązanie tego problemu. Albo przynajmniej zaduma się nad tym, co stało się z amerykańskim rynkiem pracy. Nic z tego. Schwarzenegger twierdzi, że rozwiązanie jest proste. Każda z tych niezadowolonych osób musi, w pojedynkę, wziąć się za siebie. Musi znaleźć motywację i cel w życiu. Taka hollywoodzka wersja hasła „weź kredyt i zmień pracę”. W trakcie słuchania przemowy możemy podziwiać fragmenty filmików, na których półnagi Schwarzenegger podnosi kolejne ciężary. W tle przygrywa inspirująca muzyka.

(...)

Ten wizerunek zaradnego twardziela również doskonale wpisuje się w kulturę coachingu. Największą karierę robią w tej branży mężczyźni. I często bazują oni na stereotypowych wyobrażeniach męskości: wysportowane ciało, emocjonalność sprowadzona do wulgaryzmów, kult twardości oraz wojowniczości. Świat to dżungla, nieustanna rywalizacja i tylko prawdziwy facet może dać sobie z nim radę – do tego wielokrotnie sprowadzają się nauki wszelkiej maści coachów.

(...)

Tak jak książka Gogginsa jest częścią szerszego zjawiska coachingu, tak też sam coaching jest tylko wyjątkowo jaskrawym przejawem tego, jak wyglądają współczesne społeczeństwa kapitalistyczne. Nietrudno zauważyć, że we wszystkich wymienionych przykładach powracają dwa wątki: indywidualizacja szczęścia i wspomniany już ideał zaradnego twardziela. Jedno i drugie są charakterystyczne dla kultury późnego kapitalizmu.

William Davies, brytyjski socjolog, w książce The Happiness Industry twierdzi, że coraz rzadziej potrafimy myśleć o szczęściu inaczej niż w kategoriach indywidualnej odpowiedzialności. Komuś nie podoba się jego praca? Jest wypalony i popadł w depresję? Mało kto pyta o systemowe, społeczne powody tej sytuacji. O stan gospodarki czy prawa pracownicze. Problem niemal natychmiast zostaje sprowadzony na poziom jednostkowy. Rozwiązaniem może być terapia, tabletki, filmik motywacyjny ze Schwarzeneggerem – cokolwiek, byle uwaga pozostała skupiona wyłącznie na osobie, która źle się czuje. Szczęście staje się indywidualnym zadaniem każdego z nas. Wymiar polityczny i zbiorowy nie grają tu żadnej roli. (...)

Davies zauważa, że jest to sytuacja wręcz idealna z perspektywy osób znajdujących się na szczycie systemu kapitalistycznego. Ludzie są tak bardzo pochłonięci robieniem z siebie coraz wydajniejszych pracowników, że nie mają czasu ani chęci, żeby zastanawiać się nad systemowymi powodami swojej sytuacji. Pracownicy zaczytani w książkach takich jak Can’t Hurt Me nie zorganizują strajku, bo zbiorowy protest nie będzie mieścił się w granicach ich światopoglądu.

Zwycięzcy, ludzie na szczycie drabiny społecznej, nie tylko nie muszą się obawiać zbiorowych protestów, ale mają sporą szansę stać się wzorami do naśladowania. Bo są symbolem męskiego bohaterstwa – kultury zaradności, w której władza i pieniądze to najlepszy dowód, że dana osoba zamiast użalać się na sobą, wdrapała się na szczyt w twardym świecie rywalizacji. Właśnie dlatego taką popularnością cieszą się bogaci biznesmeni.

Carl Rhodes i Peter Bloom, autorzy książki CEO Society, przekonują, że ludzie tacy jak Trump, Jobs czy Zuckerberg już dawno przestali być symbolem sukcesu tylko w biznesie. Dla wielu stanowią oni uniwersalny wzór tego, jak należy żyć. Ich sposób działania można wykorzystać w dowolnej sferze rzeczywistości, od kontaktów towarzyskich po politykę. Nie bez przyczyny Trump w kampanii prezydenckiej nieustannie podkreślał swoje – prawdziwe bądź nie, to bez znaczenia – sukcesy biznesowe. Nieprzypadkowo stylizował się na twardziela, który nigdy się nie waha i zawsze wie, co należy zrobić. Wiedział, że do ludzi to przemówi. Bo dzień w dzień jesteśmy uczeni podziwiać genialne jednostki, twardych herosów, którzy w pojedynkę rozwiążą nasze problemy.

„Wolny rynek i globalizacja wytwarzają ogólne poczucie lęku i bezradności. Nie da się nic zrobić z utratą miejsc pracy, z zamykaniem sklepów i fabryk, z outsourcingiem oraz masową degradacją środowiska. Lista współczesnych dolegliwości kulturowych wydaje się nie mieć końca” – piszą Rhodes i Bloom. I dodają, że dla wielu ludzi marzenie bycia kimś takim jak Zuckerberg czy Trump „stanowi antidotum na te lęki”. Ludzie utożsamiają się z figurą zaradnego, twardego miliardera i przyjmują jego skrajnie indywidualistyczny etos, bo wierzą, że dzięki temu też mogą uzyskać kontrolę nad otaczającą ich rzeczywistością.

krytykapolityczna.pl

Mogłoby się wydawać, że punkty widzenia lekarza i pacjenta powinny być zbieżne, tak jak ich interesy: pacjent chce się poczuć lepiej, lekarz chce mu pomóc. Nie jest to jednak cała prawda. Adam – będę używała imienia, bo autor wchodzi z czytelnikiem w układ kumpelski – narzeka na to, że pacjenci nie rozumieją, że lekarz właśnie został po godzinach, żeby przyjąć wszystkich, ma też rodzinę, chciałby mieć jakieś życie towarzyskie, więc, co oczywiste, pacjent jest dla niego tylko jednym z przypadków. Dla pacjenta, który oczekiwał czasem kilka godzin przed gabinetem, żeby dostać 10-15 minut, ten czas ma inne znaczenie. Wreszcie będzie mógł przedstawić swój problem, który jest dla niego oczywiście wyjątkowy i pojedynczy.

Adam zabawnie opisuje kobietę, która przychodzi na porodówkę z bardzo szczegółowym planem porodu (to nie jest nic nadzwyczajnego, także w Polsce zachęca się kobiety, żeby to robiły). W tym planie są i świece, i odpowiednia muzyka, i rozmaite bajery. On przyjął ponad 1200 porodów, a dla kobiety to jest może najważniejsze życiowe doświadczenie, więc może nie ma się z czego śmiać. I to miłe, jak często kobietom towarzyszą ich partnerzy, nawet jeśli czasem przeszkadzają.

(...)

Najgorsze jest stałe przepracowanie. Dopóki nie zostaniesz specjalistą, siedzisz w szpitalu właściwie non stop, wbrew wszelkim przepisom kodeksu pracy. Na początku musisz też stale zmieniać miejsce zamieszkania, bo masz praktyki w różnych szpitalach – nikt ci za to nie zapłaci. Prowadzenie normalnego życia rodzinnego czy towarzyskiego czy zaplanowanie wakacji staje się prawie niemożliwe. Adam ma stałego partnera, który nie zawsze najlepiej to znosi. To zmienia się, kiedy minie okres terminowania i zostaje się „gotowym lekarzem”, co oznacza od razu mniej pracy i dużo więcej pieniędzy. A profesora w klinice Adam widział podobno raz, kiedy telewizja przyjechała coś filmować. Pod okiem kamery profesor mówi: „Gdyby coś się działo, dzwoń do mnie!”. Kiedy zostaje wyłączona, rzuca na odchodnym: „Oczywiście nie dzwoń”.

krytykapolityczna.pl

W 1999 r. powszechnie uważano, że na wprowadzeniu euro najwięcej stracą Niemcy. Istniały obawy, że EBC nie będzie zwalczać inflacji tak stanowczo jak Bundesbank. Do tego niemiecka marka była wówczas przewartościowana, a Niemcy notowały deficyt na rachunku obrotów bieżących. Uważano wtedy, że ustalenie kursu wymiany na takim poziomie stanowić będzie poważne wyzwanie dla konkurencyjności niemieckiego przemysłu.

Tymczasem po 20 latach inflacja jest jeszcze niższa niż w okresie, gdy odpowiadał za nią Bundesbank, a Niemcy utrzymują niezmiennie wysokie nadwyżki na rachunku obrotów bieżących, co uważane jest za dowód na to, że niemiecki przemysł jest zbyt konkurencyjny.

(...)

Tym niemniej samo utworzenie strefy euro oparte było na wnioskach wyciągniętych z przeszłości. W latach 70. i 80. XX wieku głównym problemem była wysoka i zmienna inflacja, często napędzana dwucyfrowym tempem wzrostu płac. Kryzysy finansowe prawie zawsze związane były ze skokowymi wzrostami inflacji, ale zakres kryzysów był we wcześniejszych okresach ograniczony, ponieważ rynki finansowe były mniejsze i nie były ze sobą głęboko powiązane.

Wraz z utworzeniem strefy euro wszystko się zmieniło. Presja płacowa osłabła w całym rozwiniętym świecie. Doszło jednak do gwałtownego wzrostu tłumionej przez dziesięciolecia aktywności na rynkach finansowych, w tym zwłaszcza operacji transgranicznych w obrębie strefy euro. Na przykład, transgraniczne aktywa krajów członkowskich strefy euro, głównie w formie kredytów bankowych i innych, wzrosły z poziomu około 100 proc. PKB pod koniec lat 90. XX wieku do 400 proc. PKB w 2008 roku.

Następnie, dekadę temu, wybuchł globalny kryzys finansowy, co zaskoczyło Europę. Pierwszy kryzys deflacyjny od lat 30. XX wieku był w Europie szczególnie bolesny z powodu wielkiej góry długów nagromadzonych w ciągu poprzednich dziesięciu lat, kiedy uwaga państw europejskich wciąż skupiona była na przeszłości.

Strefa euro nie była oczywiście jedynym podmiotem zaskoczonym kryzysem finansowym, który rozpoczął się w Stanach Zjednoczonych od rzekomo bezpiecznych papierów wartościowych opartych na kredytach hipotecznych typu subprime. Jednak Stany Zjednoczone, ze swoim zunifikowanym systemem finansowym i politycznym, były w stanie stosunkowo szybko przezwyciężyć kryzys, podczas gdy w strefie euro wiele państw członkowskich doświadczyło rozlewającego się powoli kaskadowego kryzysu.

Na szczęście EBC potwierdził swoją siłę. Jego kierownictwo dostrzegło konieczność przesunięcia uwagi ze zwalczania inflacji – czyli celu, do realizacji którego EBC został powołany – na ograniczanie deflacji. Ostatecznie euro przetrwało, ponieważ gdy zaszła taka konieczność, przywódcy państw strefy euro zużytkowali swój kapitał polityczny do przeprowadzenia niezbędnych reform. Mimo, że wcześniej twierdzili, że to waluta euro generuje problemy ich krajów.

Ten wzorzec zachowania, w którym decydenci najpierw demonizują euro, a następnie uznają potrzebę ochrony wspólnej waluty, utrzymuje się do chwili obecnej. Powinien on stanowić drugą lekcję z ostatnich 20 lat. Populistyczny rząd koalicyjny we Włoszech odważnie zapowiadał lekceważenie zasad strefy euro, a niektórzy jego członkowie opowiadali się nawet za wyjściem ze strefy euro w ogóle. Kiedy jednak na rynkach finansowych wzrosła premia za ryzyko, a włoscy inwestorzy i oszczędzający przestali kupować obligacje własnego rządu, rządząca koalicja szybko zmieniła zdanie.

W rzeczywistości wyniki gospodarcze strefy euro nie były tak złe, jak sugerowałby niekończący się strumień ponurych nagłówków prasowych. Wzrost PKB per capita rzeczywiście zwolnił w ciągu ostatnich 20 lat, ale nie bardziej niż w Stanach Zjednoczonych czy innych rozwiniętych gospodarkach.

Ponadto na rynkach pracy w Europie kontynentalnej doszło do częściowo niedoszacowanych pozytywnych zmian strukturalnych, a współczynnik aktywności zawodowej rósł z każdym rokiem, nawet w czasie kryzysu. Obecnie w strefie euro współczynnik aktywności zawodowej w populacji dorosłych jest wyższy niż w Stanach Zjednoczonych. Zatrudnienie osiągnęło rekordowe poziomy, a bezrobocie stale spada, choć wciąż pozostaje wysokie w niektórych krajach południowych.

obserwatorfinansowy.pl

Zombie to firmy, które nie są w stanie pokryć kosztów obsługi długu z bieżących zysków przez dłuższy czas. Zombie to firma już dojrzała, bo młode niekiedy muszą chłonąć kapitał zanim dadzą stopy zwrotu. Bieżąca rentowność nie musi być kluczowym kryterium, bo można sobie wyobrazić firmę, która dużo inwestuje, wskutek czego nie przynosi zysków.

(...)

OECD uznała, że ten rodzaj przedsiębiorstw charakteryzują zazębiające się ze sobą trzy cechy: niska produktywność, w tym niska wydajność pracy, niewłaściwa alokacja kapitału oraz hamowanie technologicznej dyfuzji. Trwanie zombie jest z tego powodu dla gospodarki szkodliwe. Ponieważ są szkodliwe, powinno się im ułatwiać wychodzenie z rynku. W ocenie OECD pomóc mogą w tym dobre systemy niewypłacalności, upadłości i restrukturyzacji.

Nic jednak z tego, bo „hodowaniem” zombie zajmują się banki. Rozrost tej „populacji zombie” jest pochodną słabości systemu bankowego, nieskłonnego do wypowiadania umów kredytowych, choćby z powodu niskiego współczynnika pokrycia kredytów rezerwami. Odpowiedzialne za łatwość, z jaką rolują zadłużenie są powszechne na świecie preferencje podatkowe dla finansowania długiem w stosunku do finansowania kapitałem.

(...)

OECD policzyła natomiast, jak liczna jest populacja zombie w 10 krajach należących do tej organizacji. I tak w 2013 roku największy ich odsetek znajdował się w Hiszpanii, gdzie stanowiły ok. 10 proc. wszystkich przedsiębiorstw. Najwięcej kapitału zombie pochłonęły natomiast we Włoszech – niemal 20 proc. W Hiszpanii zatrudniały ok. 12 proc. pracowników z sektora przedsiębiorstw.

Według badań Banku Finlandii, tamtejsza populacja zombie stanowi nieco ponad 4 proc. wszystkich firm, ale pracuje w nich aż 10 proc. zatrudnionych. W Belgii to aktualnie ok. 10 proc. przedsiębiorstw, które zatrudniają 13 proc. pracujących – podał podczas konferencji NBP „The Mystery of Low Productivity Growth in Europe” Luc Dresse, główny doradca w Narodowym Banku Belgii.

(...)

Literatura naukowa szeroko omawia gospodarcze skutki funkcjonowania zombie. Analitycy BIS podsumowują: „zamrażają” one duże zasoby (nieefektywnie wykorzystywane aktywa, kapitał, praca) i utrudniają ich realokację. Co jeszcze?

Zombie sprzedają znacznie mniej aktywów niż dochodowe firmy. Wpływają na ceny produktów w całych branżach, uniemożliwiają ich podnoszenie. Zawyżają płace w sposób niepowiązany z wydajnością, zwiększają koszty finansowania, zaburzają konkurencję o zasoby. Powodują, że nie-zombie zmniejszają inwestycje. Wzrost populacji zombie w danym sektorze o 1 punkt proc. powoduje odpowiednie zmniejszenie o 1 pkt proc. nakładów inwestycyjnych nie-zombie.

Prawdopodobnie to właśnie zombie w największym stopniu odpowiadają za spadek produktywności w większości gospodarek Zachodu. Szacunki BIS pokazują, że gdy udział zombie w gospodarce wzrośnie o 1 proc., wzrost produktywności spada o ok. 0,3 punktu proc.

Co więcej, przyczyny powstawania zombie powodują skutki, które z kolei te przyczyny wzmacniają. Powstaje błędne koło: więcej zombie w gospodarce to niższa produktywność, a spadek produktywności oznacza niższe stopy procentowe. A te sprzyjają zombie.

obserwatorfinansowy.pl

Tylko w ubiegłym roku majątek ponad 2,2 tys. miliarderów powiększył się o 900 mld dolarów, czyli rósł o 2,5 mld dol. dziennie. Gdy majątek najbogatszych wzrósł o 12 proc., biedniejsza część populacji zubożała o 11 proc. względem 2017 r.

(...)

W latach 2017-2018 co dwa dni pojawiał się nowy miliarder. Przy czym te największe fortuny skoncentrowane są w rękach kilkudziesięciu osób, w ubiegłym roku 26 z nich dysponowało łącznie majątkiem równym temu co posiada 3,8 miliarda ludzi, stanowiących biedniejszą połowę ludzkości.

(...)

W raporcie autorzy zauważają, że podczas gdy najbogatsi nadal korzystają z powiększających się fortun, od dziesięcioleci korzystają również z najniższego opodatkowania.

W krajach bogatych średnia najwyższa stawka podatku dochodowego od osób fizycznych spadła z 62 proc. w 1970 r. do 38 proc. w 2013 r.

W krajach rozwijających się średnia najwyższa stawka podatku dochodowego od osób fizycznych wynosi 28 proc. W niektórych krajach, takich jak Brazylia i Wielka Brytania, najbiedniejsi płacą 10-proc. podatek - taki sam, jak najbogatsi. Przy czym pracownicy Oxfam zauważają, że skala porównania jest inna, bo np. 10 proc. dla najbiedniejszych Brazylijczyków stanowi niebywale ważną część w ich domowym budżecie.

Gdyby sytuacja była odwrotna, a więc bogatsi płaciliby wyższe podatki niż biedni, to większość rządów dysponowałaby wystarczającymi środkami na zapewnienie powszechnych usług publicznych - twierdzą autorzy raportu. Dodatkowe dochody podatkowe pochodzące od miliarderów i milionerów mogłyby zostać wykorzystane na wsparcie humanitarne krajów najbiedniejszych.

polsatnews.pl

Wzrost PKB jest obecnie najpopularniejszym wskaźnikiem makroekonomicznym na świecie. O ile w większości przypadków uznaje się, że pomiar produktu krajowego brutto ma sens (choć nie tak duży, jak chcieliby jego zwolennicy), ponieważ najlepiej oddaje kondycję gospodarczą państwa, regionu czy świata, to w przypadku Chin tak po prostu nie jest.

I nawet nie chodzi o to, że Chińczycy fałszują statystyki - manipulując danymi już na poziomie lokalnym i przekazując je potem do Pekinu, czy "dostosowując" wysokość deflatora PKB (miary zmiany cen) tak, by z nominalnego tempa wzrostu wyszedł "właściwy" wzrost realny. Wzrost PKB jest z góry znany - wyznacza go centrala, ale pozostałe podmioty (statystycy są ostatnim ogniwem w tym łańcuchu) muszą go zrealizować. Jest przyczyną, nie konsekwencją aktywności gospodarczej. W efekcie PKB rośnie jak od linijki, zgodnie z wolą Partii. W samym IV kwartale ubiegłego roku zwiększył się realnie o 6,4 proc. i był co prawda najwolniejszy od 2009 r., ale tylko o 0,4 p. proc. niższy niż trzy lata temu.

W wielu przypadkach nie ma znaczenia, czy dana inwestycja (czyli wydatek) ma ekonomiczny sens, czyli istnieje realna szansa, że przyniesie w przyszłości określoną korzyść albo chociaż pozwoli na spłatę zaciągniętego na jej realizację długu. Wzrost PKB jest miarą ilościową, a nie jakościową, szczególnie za Murem.

bankier.pl

niedziela, 11 sierpnia 2019


Zasady korzystania z Facebooka są tak naprawdę rozbite na wiele różnych dokumentów takich jak „Oświadczenie dotyczące praw i obowiązków”, „Zasady wykorzystania danych”, „Zasady platformy Facebooka” i wiele innych. Warto mieć więc na uwadze, że jeśli na przykład korzystamy z serwisu za pomocą aplikacji na telefon, musimy zaakceptować kolejne regulaminy, które wiążę się z kolejnymi uprawnieniami dla Facebooka i to niemałymi, np. korzystając z aplikacji na Androida musimy się liczyć z tym, że może ona czytać wszystkie nasze SMSy, ma informację na temat naszego położenia, czy też ma dostęp do kamery i głośnika naszego telefonu, nawet jeśli aktualnie nie korzystamy z aplikacji Facebooka. Oczywiście, jeśli któryś z zapisów Terms of Service nam nie odpowiada, mamy wybór jak w PRL’owskiej stołówce, możemy jeść, albo nie jeść. Tak, użytkownik nie ma żadnej możliwości, żeby modyfikować indywidualnie zapisy regulaminu, żadne wpisy na wallu, nawet te, w których powołujemy się na Konwencję Berneńską czy Konstytucję RP, nie zmienią naszej sytuacji, możemy je tylko akceptować lub nie, co wiąże się z niemożliwością korzystania z serwisu, lub konkretnej funkcji.

Warto mieć na uwadze, że w momencie kiedy postawiliśmy „fajeczkę” i zgodziliśmy się dołączyć do Facebooka, nawet jeśli regulamin wyświetlił się nam w języku polskim, podpisaliśmy umowę z amerykańską firmą i jest ona regulowana przez amerykańskie prawo. Więc gdyby ktoś z nas dopatrzył się, że portal narusza własny regulamin musiałby się liczyć z tym, że swoich praw musiałby dochodzić przed amerykańskim sądem. Chyba że jesteśmy w Niemczech, bo mieszkańców tego kraju, jako jedynych z całego globu obowiązuje odrębny regulamin.

Dobrą wiadomością dla każdego użytkownika Facebooka jest to, że wszystkie wpisy, zdjęcia, filmy i inne materiały mogące być chronione przez prawo własności intelektualnej które wrzucamy na portal pozostają naszą własnością, dajemy mu za to bardzo szerokie uprawnienia do korzystania z nich. Akceptując regulamin portalu zgadzamy się, że każde przesłanie treści na jego serwer wiąże się z przekazaniem mu „niewyłącznej, zbywalnej, obejmującej prawo do udzielania sublicencji, bezpłatnej, światowej licencji” na nie. Facebook może więc bez naszej wiedzy odsprzedawać nasze treści dowolnym partnerom. Co zresztą robi na masową skalę. Wiadomo, że współpracuje z firmami zajmującymi się brokerką danych i data miningiem. Co więcej, współpraca z tymi firmami polega nie tylko na sprzedawaniu, ale też na kupowaniu danych branych z innych usług i portali internetowych – sprawia to, że nawet jeśli np. korzystamy z telefonu na którym nigdy nie logowaliśmy na Facebooka, ale korzystamy na nim z maila jest bardzo prawdopodobne, że korporacje i tak będą wiedzieć z jakiego telefonu korzystamy. A dane z Facebooka są automatycznie wysyłane do takich serwisów jak Bing, Pandora, TripAdvisor, czy Yelp.

Jedynym sposobem na to, żeby odzyskać pełną własność nad naszymi treściami jest usunięcie konta, bądź usunięcie konkretnego materiału, przy czym muszą go również usunąć ze swoich profili wszystkie osoby, które tą treść przekazali dalej. Co biorąc pod uwagę viralowy charakter sieci społecznościowych jest bardzo trudne i trzeba zdawać sobie sprawę, że jeśli już coś wrzucimy na Facebooka, to ile nie włożymy bardzo dużo starań żeby to usunąć, już to tam pozostanie. Na pewno skutecznym rozwiązaniem nie jest tutaj ograniczanie widoczności naszych wpisów – wpływa to jedynie na to, którzy użytkownicy zobaczą nasz wpis, a nie na to, jakie dane przesyłamy do amerykańskiej korporacji.

Kiedy już zastanowimy się nad tym, co Facebook może robić z naszymi danymi, kluczowe staje się pytanie co faktycznie i w jakim celu z nimi robi. Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że głównym celem który przyświeca Facebookowi jest maksymalizacja zysków z wyświetlanych reklam. Wszystko to, co wrzucamy na portal, jak również metadane mówiące o tym, gdzie przebywamy, co robimy, z kim się kontaktujemy służą stworzeniu dokładnego profilu reklamowego, dzięki czemu możemy zostać uraczeni reklamami jak najlepiej dopasowanymi do naszych preferencji. Facebook zbiera nawet informacje o tym, czego nie zrobiliśmy (np. kiedy zaczęliśmy pisać wiadomość, ale w trakcie pisania zmieniliśmy zdanie i ją usunęliśmy, trafia ona i tak na serwery i jest analizowana) i kiedy z niego nie korzystamy, dzięki temu, że instaluje pliki cookies w przeglądarce zbiera informacji o wszystkim stronach internetowych które odwiedzamy. Oprócz lepszego dopasowania reklam, zbieranie danych służy również usprawnieniu działania portalu. Wiadomo też, że nasze dane są wykorzystywane przez FB do przeprowadzenia „badań”, chociaż sama firma oprócz zapewnień, że przed rozpoczęciem każdego projektu badawczego zbiera opinie od naukowców, etyków i organizacji rządowych na temat etyczność przeprowadzonych badań, nie chce się chwalić, czego konkretnie te badania dotyczą. Wiadomo, że w przeszłości Facebook badał, w jaki sposób dobór wyświetlanych nam treści może wpłynąć na nasze samopoczucie – za co był mocno krytykowany. Co jakiś czas publicyści zwracają uwagę, że dzięki temu, że Facebook stał się dla wielu ludzi głównym źródłem informacji, może też łatwo manipulować opinią publiczną. Temat wraca przy okazji każdych wyborów, ale szczególnie mocno mówiło się o tym przy okazji ostatnich wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Chociaż sama korporacja zaprzeczyła, że w jakimkolwiek stopniu manipulowała algorytmami odpowiedzialnymi za dobór treści, łatwo sobie wyobrazić, jakie byłyby konsekwencje takich działań. Faktem jest, że od kilku miesięcy jednym z priorytetów portalu stała się walka z „fake news”, które regularnie pojawiają się na naszych tablicach.

pokojadwokacki.pl

wtorek, 6 sierpnia 2019


W czerwcu 1944 roku pewien młody żołnierz poddał się amerykańskim spadochroniarzom po alianckiej inwazji na Normandię. Początkowo Amerykanie sądzili, że to Japończyk, ale w istocie był Koreańczykiem. Nazywał się Yang Kyoungjong.

W 1938 roku Japończycy przymusowo wcielili osiemnastoletniego Yanga do swojej Armii Kwantuńskiej w Mandżurii. Rok później Armia Czerwona wzięła go do niewoli po bitwie nad Chalchyn gol i zesłała do obozu pracy. Radzieckie władze militarne w kryzysowym okresie 1942 roku wcieliły go wraz z tysiącami innych więźniów do sowieckiego wojska. Potem, na początku 1943 roku, znalazł się jako jeniec u Niemców po bitwie pod Charkowem na Ukrainie. W roku 1944, już w niemieckim mundurze, został wysłany do Francji, aby służyć w Ostbataillon, teoretycznie mającym wzmacniać obronę Wału Atlantyckiego u podstawy półwyspu Cotentin, koło plaży „Utah”. Po okresie spędzonym w obozie jenieckim w Wielkiej Brytanii wyjechał do Stanów Zjednoczonych, nie wspominając o swojej przeszłości. Osiadł tam i ostatecznie zmarł w Illinois w 1992 roku.

Antony Beevor - Druga wojna światowa

Do 55-letniego senatora Grzegorza Biereckiego, przewodniczącego senackiej komisji finansów, jak bumerang znów wróciły sprawy SKOK. Dziś uparcie się od nich odcina. Co dziwi, zważywszy, że przez lata był ich dumnym ojcem założycielem, ich twarzą, a przez 20 lat szefował Kasie Krajowej. Do dziś czerpie z tego systemu sowite profity przez skomplikowaną sieć spółek, które narosły wokół SKOK.

Nową burzę wokół SKOK rozpętało kilka zdań rzuconych niejako mimochodem przez bankiera Leszka Czarneckiego w końcówce nagranej i ujawnionej niedawno rozmowy z szefem KNF Markiem Chrzanowskim. „Wie pan, też taka ciekawa historia ze SKOK…” – zaczął bankier. „Kiedy zaczęło być bardzo gorąco koło kas SKOK, i tej fundacji Biereckiego, Luxemburg, on przyszedł do nas do banku z prośbą włożenia depozytu. Już w tej chwili nie pamiętam – 60, 70 mln zł (…)? Ostatnia rzecz, której ja chciałem, to przyjmować depozyt od Biereckiego (…). Zadzwoniłem wtedy do Kwaśniaka i powiedziałem, że ja wiem, że zgodnie z prawem mi nie wolno odmówić przyjęcia depozytu, ale my go nie przyjmiemy (…). Ja się po prostu boję tych pieniędzy. Nie wiem, co będzie dalej, czy przypadkiem nie będę gdzieś tam miał podejrzenia o współudział w praniu brudnych pieniędzy, jak się okaże, że on te pieniądze ma nielegalnie wyciągnięte ze SKOK”.

O finansowych poczynaniach Biereckiego wiadomo też z upublicznionego w marcu 2015 r. pisma KNF do najważniejszych osób w państwie – premiera, marszałków Sejmu i Senatu, a także szefów ABW i CBA. KNF informował w nim o wyprowadzaniu pieniędzy z systemu SKOK do prywatnych spółek powiązanych z Grzegorzem Biereckim. Zdaniem komisji 77 mln zł z konta Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych trafiło do prywatnej spółki Spółdzielczy Instytut Naukowy, założonej przez Grzegorza Biereckiego, jego brata Jarosława i prawnika Adama Jedlińskiego. Do tego jeszcze z systemu SKOK do zarejestrowanej w Luksemburgu innej prywatnej spółki SKOK Holding wypłynęło 80 mln zł.

Bianka Mikołajewska pisała o tym w POLITYCE już dawno temu, ale za tekstami nie poszły działania prokuratury ani konsekwencje dla Biereckiego. Raportu KNF nie można było przemilczeć. W kontekście fali upadłości SKOK, wypłat idących w miliardy złotych dla klientów, których oszczędności nagle gdzieś zniknęły, raport był dla PiS – w czasie trwającej kampanii parlamentarnej – wizerunkową katastrofą. PiS zatem spektakularnie wyrzuciło Biereckiego jak zbędny balast za burtę, zawieszając go w prawach członka. Jarosław Kaczyński mówił wtedy: „Nie chcę w tej chwili oceniać czyjejś uczciwości. Senator jest zawieszony i moralne aspekty sprawy są badane (…)”.

W tamtym czasie wieszczono koniec Biereckiego. „Myśli pan, że Grzegorz leży i jest bliski klęski?” – pytał dziennikarz „GW” jednego z dawnych przyjaciół Biereckiego. Ten odpowiadał: „Na to wygląda. Ten raport Komisji Nadzoru Finansowego nie brzmi dobrze. Było 77 mln zł, niby wspólny kapitał całego ruchu Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych, a teraz okazuje się, że te pieniądze poszły do spółki Biereckiego. Wyborcy są czuli na takie sprawy”. Ale może nie był do końca pewien upadku senatora, bo na wszelki wypadek wolał zachować anonimowość. Tłumaczył: „Nie warto się narażać na proces, a wiadomo, że Bierecki otacza się świetnymi prawnikami i pozwy sądowe są w jego działaniach po prostu metodą walki”.

(...)

Zaplecze finansowe zawsze było dla Jarosława Kaczyńskiego ważne. Żadna inna partia w Europie nie dorobiła się takiego dużego majątku tak szybko i na skróty. Zaraz po 1989 r., przy okazji likwidacji RSW Prasa Książka Ruch, działacze PC, poprzedniczki dzisiejszego PiS, zajęli cztery nieruchomości na warszawskiej Woli. Zakręcili tak, że za budynek przy Nowogrodzkiej zapłacili czynszem, który Bank Przemysłowo-Handlowy zapłacił im jednorazowo za 13 lat z góry.

– W gestii samego kierownictwa PiS, czyli prezesa, jest spółka Srebrna, która obrosła w spółki-córki, i to jest podstawowe narzędzie finansowania i także kontroli, ale drugim są kasy SKOK czy Kasa Krajowa SKOK. Daje pracę, pieniądze, ogłoszenia – uważa polityk PiS. I dodaje: – Silna pozycja Grzegorza Biereckiego bierze się z jego umiejscowienia w pewnej architekturze finansowej całego przedsięwzięcia pisowskiego i nie mówię tutaj o partii. Mówię o pewnym konglomeracie finansowo-medialnym, w którym pan Bierecki odgrywa dużą rolę. I jak ten element, choć ma mniejszą wagę niż holding Srebrna, się wyciągnie, to wszystko się tam zacznie chwiać. Może się nie rozsypie, ale będzie niestabilnie.

polityka.pl

Przede wszystkim jednak warto pamiętać, że Wschód tym się różni od Zachodu, iż przypadki rzadko bywają tam przypadkami. Autorowi tego tekstu tłumaczył to przed laty w Moskwie, za pomocą anegdoty, ambasador RP w Rosji i późniejszy szef dyplomacji Stefan Meller. Ambasador Meller spytał mnie, czy rozumiem Wschód i nim zdążyłem odpowiedzieć zadał mi kolejne pytanie: czy wiem czym się różni skandal w operze w Paryżu od skandalu w operze w Moskwie.

Wyjaśnił, że jeśli baletnica w Paryżu pokaże "gołą d..." to oznacza to tyle, że na widowni był jej kochanek. Jeśli jednak baletnica uczyni to samo w Moskwie, to powstaje pytanie czy w Loży Prezydenckiej znajdował się Władimir Putin. Jeśli tak, to powstaje drugie pytanie: kto stoi za tym, że baletnica ośmieliła się pokazać Władimirowi Putinowi gołą d... i czy nie oznacza to aby, że Władimir Putin słabnie, a jego dni na tronie są już policzone. Jeśli natomiast Władimira Putina w Loży Prezydenckiej nie było, to powstaje pytanie, komu na Kremlu Władimir Putin - zlecając baletnicy pokazanie gołej d... w kierunku pustej Loży Prezydenckiej - chciał uświadomić, że nawet gołej d... nie można mu pokazać bez jego zgody.

onet.pl