sobota, 27 lipca 2019
Teoria w największym możliwym skrócie zakłada, że państwo może „drukować pieniądze”, żeby finansować nimi wydatki publiczne; nie musi ich najpierw pożyczać od obywateli czy inwestorów (poprzez obligacje), może je sobie po prostu dopisać na rachunku. Odruchowo przychodzi nam do głowy, że to absurd, bo przecież druk pustego pieniądza w gospodarce nakazowo-rozdzielczej wywołuje nawis inflacyjny (pieniądz nie ma pokrycia w towarze), w kapitalistycznej zaś – po prostu inflację. Twórcy MMT wskazują jednak, że tak być nie musi, tzn. dodrukowany pieniądz nie musi tracić na wartości, o ile służy zatrudnieniu niezagospodarowanych środków produkcji: stojących bezczynnie maszyn, a przede wszystkim bezrobotnych ludzi. Dopóki państwo finansuje niewykorzystane zasoby, inflacji nie ma, rośnie po prostu zatrudnienie i produkcja, a dodruk należy zatrzymać w momencie, gdy PKB realny zbiega się z potencjalnym. Krótko mówiąc, gdy gospodarka pracuje na full mocy – dalszy dodruk oznaczałby bowiem wzrost cen towarów i płac.
krytykapolityczna.pl
A propos spotkania na Kremlu... Media poinformowały, że Łukaszenka z okazji zbliżającego się Nowego Roku podarował Putinowi słoninę i cztery worki kartofli.
- Łukaszenka już w latach 90. zeszłego stulecia, zanim został prezydentem, miał taki zwyczaj, że ludziom, w których łaski chciał się wkupić, przywoził ze swojego sowchozu na przykład bagażnik pełen ogórków. Taka jest jego mentalność. Jak widać, nawet 20 lat na urzędzie prezydenta Białorusi nie zmieniło tego byłego dyrektora sowchozu. Oczywiście, taki prezent dla Putina ma wymiar czysto symboliczny. Jednak symboliczne jest również to, że Łukaszenka z Moskwy wyjechał bez prezentu. Znamienny jest też fakt, znając miłość Łukaszenki do hokeja, że nie dał się on zaprosić Putinowi na mecz. Stwierdził, że wraca do Mińska, bo się spieszy. Jeżeli dodamy do tego wcześniejsze słowa Łukaszenki, że są z Putinem sobą zmęczeni, to mamy pełen obraz dosyć poważnej gry nerwów. Łukaszenka później wycofywał się z tych słów, ale jednak one padły. Kolejna rzecz wskazująca na mocno napięte relacje, to brak konferencji prasowej po jednym ze spotkań na Kremlu.
- W takich sytuacjach zamiast polityków "mówią" media. W tym przypadku ewentualną wersję wydarzeń przedstawiły rosyjskie media. Przypomniano, że w 2024 roku Putinowi kończy się kadencja i jednocześnie formalnie konstytucyjna możliwość kontynuowania rządów. Zaczęto spekulować, że być może utworzenie nowego tworu państwowego, poprzez przyłączenie Białorusi, spowoduje zmianę konstytucji i pozwoli Putinowi na kontynuowanie rządów.
Jak oceniać taki scenariusz? Wydaje się, że Putin nie będzie widział żadnych przeszkód, by doprowadzić do takiego właśnie rozwiązania.
- Wcześniej takie spekulacje wydawały się political fiction, ale po aneksji Krymu wszystko jest możliwe. Zwłaszcza, że Białorusini w wielu kwestiach pozwalają na wiele Kremlowi. Weźmy przykład plany stworzenia nowych baz wojsk rosyjskich na Białorusi. Mińsk początkowo twardo przekonywał, że się na to nie zgodzi, później jednak stwierdził, że może nowe wojskowe bazy rosyjskie to nie byłby taki zły pomysł, jeśli weźmiemy pod uwagę, że NATO buduje kolejne bazy w Europie Wschodniej. A to tylko jeden z przykładów, kiedy Białoruś stroszy piórka, a później potulnie wykonuje polecenia Rosji. Co się wydarzy w 2024 roku? Na pewno trzeba byłoby znaleźć nowe miejsce dla Łukaszenki.
Wykluczone jednak jest siłowe zajęcie Białorusi? Nie będzie drugiego Krymu.
- Rosja chyba nie może sobie pozwolić na kolejną taką awanturę. Raczej to byłby polityczno-ekonomiczny manewr pod pretekstem zjednoczenia. Byłby to manewr tym łatwiejszy, że Białoruś to nie Ukraina. Stopień sowietyzacji białoruskiego społeczeństwa, jego sympatii dla Rosji, jest nieporównywalnie większy, niż kiedykolwiek był na Ukrainie - może z wyjątkiem właśnie Krymu i wschodnich obwodów, które oderwano w 2014 roku. Prawdopodobnie tylko garstka ludzi demonstrowałaby przeciwko przyłączeniu Białorusi przez Rosję. Wydaje mi się też, że Putin zachowałby się według sprawdzonych stalinowskich wzorców. Niczego nie można przesądzać, ale to nie byłoby bezpośrednio włączenie czy też wchłonięcie, choć o takim scenariuszu przed laty mówił Putin strasząc Łukaszenkę. Wzorce są. W czasach Związku Sowieckiego zarówno Ukraina, jak i Białoruś, były między innymi samodzielnymi członkami Organizacji Narodów Zjednoczonych. Stalin to wykorzystywał, miał dwa głosy więcej i posługiwał się tymi "republikami" na arenie międzynarodowej. Wydaje mi się, że Putin będzie się na tym wzorował. Białoruś pozostanie państwem formalnie suwerennym. Już teraz jest wygodna - na przykład do obchodzenia zachodnich sankcji. Po co rezygnować z takiego narzędzia? Raczej więc nie zostanie zamieniona w kolejny obwód, czy też "trzy gubernie", jak kiedyś groził Putin, a Łukaszenko mianowany gubernatorem. Pewnym jest natomiast, że na Białorusi Putin nie będzie potrzebował "zielonych ludzików". Zabrzmi to brutalnie, ale co drugi Białorusin jest "zielonym ludzikiem".
Czyli mówiąc wprost, Białorusini chcieliby być w Rosji?
- Wielu Białorusinów w ogóle nie widzi różnicy pomiędzy Białorusią a Rosją. Ci wychowani w czasach Związku Sowieckiego, mentalnie żyją w tamtym okresie. To jednak nie dotyczy tylko starszego pokolenia Białorusinów, dlatego że światopogląd i kultura sowiecko-rosyjska są cały czas odnawiane. Teraz sprzedawana są w atrakcyjniejszej formie. Rosja stworzyła własny krąg kulturowy, który przyciąga mieszkańców świata posowieckiego. Najlepszym przykładem popsa - rosyjska tandetna muzyka słuchana niemal we wszystkich byłych republikach. Inny przykład na jedność tego świata to rosyjskie seriale - często realizowano je na przykład na Ukrainie, bo tam było taniej, a widz w ogóle nie orientował się, że to kręcone było zagranicą - te same bloki, te same ulice, ci sami ludzie... Znamienna jest zresztą sytuacja z początków niepodległości Białorusi, gdy wprowadzono białoruskie banknoty z symbolami zwierząt. Białorusini tak nimi gardzili, bo nie były to ukochane rosyjskie ruble, że mówili o nich kpiąco "zajcziki". To myślenie w kategoriach Związku Sowieckiego pozostało tam do dziś i jest bardzo żywe. Wyjątkiem może jest mińska inteligencja i część młodych żyjących na zachodzie Białorusi, zwłaszcza w Grodnie i okolicach, gdzie też najwięcej jest Polaków.
interia.pl
- W takich sytuacjach zamiast polityków "mówią" media. W tym przypadku ewentualną wersję wydarzeń przedstawiły rosyjskie media. Przypomniano, że w 2024 roku Putinowi kończy się kadencja i jednocześnie formalnie konstytucyjna możliwość kontynuowania rządów. Zaczęto spekulować, że być może utworzenie nowego tworu państwowego, poprzez przyłączenie Białorusi, spowoduje zmianę konstytucji i pozwoli Putinowi na kontynuowanie rządów.
Jak oceniać taki scenariusz? Wydaje się, że Putin nie będzie widział żadnych przeszkód, by doprowadzić do takiego właśnie rozwiązania.
- Wcześniej takie spekulacje wydawały się political fiction, ale po aneksji Krymu wszystko jest możliwe. Zwłaszcza, że Białorusini w wielu kwestiach pozwalają na wiele Kremlowi. Weźmy przykład plany stworzenia nowych baz wojsk rosyjskich na Białorusi. Mińsk początkowo twardo przekonywał, że się na to nie zgodzi, później jednak stwierdził, że może nowe wojskowe bazy rosyjskie to nie byłby taki zły pomysł, jeśli weźmiemy pod uwagę, że NATO buduje kolejne bazy w Europie Wschodniej. A to tylko jeden z przykładów, kiedy Białoruś stroszy piórka, a później potulnie wykonuje polecenia Rosji. Co się wydarzy w 2024 roku? Na pewno trzeba byłoby znaleźć nowe miejsce dla Łukaszenki.
Wykluczone jednak jest siłowe zajęcie Białorusi? Nie będzie drugiego Krymu.
- Rosja chyba nie może sobie pozwolić na kolejną taką awanturę. Raczej to byłby polityczno-ekonomiczny manewr pod pretekstem zjednoczenia. Byłby to manewr tym łatwiejszy, że Białoruś to nie Ukraina. Stopień sowietyzacji białoruskiego społeczeństwa, jego sympatii dla Rosji, jest nieporównywalnie większy, niż kiedykolwiek był na Ukrainie - może z wyjątkiem właśnie Krymu i wschodnich obwodów, które oderwano w 2014 roku. Prawdopodobnie tylko garstka ludzi demonstrowałaby przeciwko przyłączeniu Białorusi przez Rosję. Wydaje mi się też, że Putin zachowałby się według sprawdzonych stalinowskich wzorców. Niczego nie można przesądzać, ale to nie byłoby bezpośrednio włączenie czy też wchłonięcie, choć o takim scenariuszu przed laty mówił Putin strasząc Łukaszenkę. Wzorce są. W czasach Związku Sowieckiego zarówno Ukraina, jak i Białoruś, były między innymi samodzielnymi członkami Organizacji Narodów Zjednoczonych. Stalin to wykorzystywał, miał dwa głosy więcej i posługiwał się tymi "republikami" na arenie międzynarodowej. Wydaje mi się, że Putin będzie się na tym wzorował. Białoruś pozostanie państwem formalnie suwerennym. Już teraz jest wygodna - na przykład do obchodzenia zachodnich sankcji. Po co rezygnować z takiego narzędzia? Raczej więc nie zostanie zamieniona w kolejny obwód, czy też "trzy gubernie", jak kiedyś groził Putin, a Łukaszenko mianowany gubernatorem. Pewnym jest natomiast, że na Białorusi Putin nie będzie potrzebował "zielonych ludzików". Zabrzmi to brutalnie, ale co drugi Białorusin jest "zielonym ludzikiem".
Czyli mówiąc wprost, Białorusini chcieliby być w Rosji?
- Wielu Białorusinów w ogóle nie widzi różnicy pomiędzy Białorusią a Rosją. Ci wychowani w czasach Związku Sowieckiego, mentalnie żyją w tamtym okresie. To jednak nie dotyczy tylko starszego pokolenia Białorusinów, dlatego że światopogląd i kultura sowiecko-rosyjska są cały czas odnawiane. Teraz sprzedawana są w atrakcyjniejszej formie. Rosja stworzyła własny krąg kulturowy, który przyciąga mieszkańców świata posowieckiego. Najlepszym przykładem popsa - rosyjska tandetna muzyka słuchana niemal we wszystkich byłych republikach. Inny przykład na jedność tego świata to rosyjskie seriale - często realizowano je na przykład na Ukrainie, bo tam było taniej, a widz w ogóle nie orientował się, że to kręcone było zagranicą - te same bloki, te same ulice, ci sami ludzie... Znamienna jest zresztą sytuacja z początków niepodległości Białorusi, gdy wprowadzono białoruskie banknoty z symbolami zwierząt. Białorusini tak nimi gardzili, bo nie były to ukochane rosyjskie ruble, że mówili o nich kpiąco "zajcziki". To myślenie w kategoriach Związku Sowieckiego pozostało tam do dziś i jest bardzo żywe. Wyjątkiem może jest mińska inteligencja i część młodych żyjących na zachodzie Białorusi, zwłaszcza w Grodnie i okolicach, gdzie też najwięcej jest Polaków.
interia.pl
Tak się składa, dla wielu niespodzianie, że w wymiarze globalnym to biedniacy ciągną wóz ze wzrostem gospodarczym. Zwłaszcza, że w zaprzęgu są Chiny i Indie. Wprawdzie Chiny to wielowymiarowy gigant, ale gigant nadal dość biedny, z PKB per capita dwa i pół razy mniejszym niż w tak-sobie majętnej Portugalii. Przez wiele ośrodków Chiny zaliczane są więc jeszcze do grupy gospodarek wschodzących (rozwijających się), a polemika z takim przypisaniem byłaby tyleż długa, co jałowa.
Przez ostatnie 15 lat państwa rozwijające się w liczbie ok. 70 zapewniły światu prawie 2/3 globalnego wzrostu i ponad połowę nowej konsumpcji. Grupa ta jest jednak bardzo niejednorodna. Obejmuje stale potężniejące Chiny i bardzo dynamiczne gospodarki Indonezji, Malezji, czy Tajlandii, ale także ledwo dyszące Zimbabwe, jak również Ukrainę i Rosję – oba państwa w stagnacji i w wielkich kłopotach.
obserwatorfinansowy.pl
czwartek, 25 lipca 2019
Często jest tak, że kiedy ktoś traci, to i ktoś zyskuje. Skoro rosną ceny węgla, to źle dla polskich producentów energii, ale dobrze dla kopalni i polskiego górnictwa.
Najnowsze dane pokazują, że importujemy najwięcej węgla od lat.
Skąd?
W 75 procent z Rosji, ale również między innymi z Kolumbii. I teraz odpowiedzmy sobie na pytanie, dlaczego bardziej opłaca się sprowadzać do Polski węgiel ze wschodniej Syberii czy Kolumbii, niż brać go ze Śląska?
Słucham.
Po pierwsze, w Polsce mamy kopalnie głębinowe, w których opłacalność wydobycia spada, bo trzeba schodzić coraz niżej, a w związku z tym rosną koszty. Jak mamy konkurować z takimi państwami – jak choćby Australia czy Rosja – gdzie działają kopalnie odkrywkowe? Po drugie, państwowe kopalnie wciąż bardzo hojnie rozdają przywileje pracownicze – od deputatów węglowych, po czternastki. Po trzecie, polski węgiel jest kiepskiej jakości. Węgiel rosyjski jest po prostu lepszy. Po czwarte, wiele perspektywicznych, nowych złóż zostało zabudowanych, na przykład autostradami w okolicach Gliwic. Te wszystkie elementy powodują, że wydobycie węgla w Polsce musi spadać. Rząd sam to zresztą zapowiada – do 2050 roku udział węgla w wytwarzaniu energii ma zmaleć z 80 do 50 procent.
To po cholerę nam ta elektrownia węglowa w Ostrołęce?
To jest okręg wyborczy ministra Tchórzewskiego. Można powiedzieć, że budowa elektrowni węglowej w Ostrołęce to najdroższa kampania wyborcza w historii.
Jaki jest jej koszt?
Około 6 miliardów złotych.
Jak się ma wzrost importu węgla do zapewnień rządu o budowie energetycznej suwerenności?
Nijak. Społeczeństwo jest po prostu oszukiwane. Ponieważ świadomość energetyczna jest wciąż niska, opinię publiczną można dowolnie modelować, jak plastelinę.
Akurat tę sprzeczność dość łatwo zrozumieć – mieliśmy uniezależniać się od Rosji, a importujemy stamtąd coraz więcej węgla.
Import, mimo że rośnie, nadal stanowi ułamek tego, co produkujemy w Polsce. Ale to się będzie zmieniać. W perspektywie 15–20 lat to będzie bardzo poważny udział.
A inne źródła energii?
Rząd „zaorał” wiatraki, które rozwijały się najszybciej. Wprowadzono przepisy mówiące, że nowe wiatraki można budować w odległości co najmniej 2 kilometrów od zabudowań. To utrudnia rozbudowę już istniejących farm wiatrowych i budowę nowych. W związku z tym cały sektor nie tylko wyhamował, ale znajduje się na skraju bankructwa.
Dlaczego to zrobiono?
Ponieważ Polska ma pewne normy do wypełnienia jeśli chodzi o odnawialne źródła energii. Najprostszym sposobem na ich wypełnienie jest doprowadzenie firm prywatnych, które dominowały w branży wiatrowej, do bankructwa, a następnie wykupienie ich za bezcen. To bandycka polityka.
Przez jakiś czas pojawiały się też pomysły na budowę elektrowni atomowej.
Do 2030 roku emisje gazów cieplarnianych w porównaniu z rokiem 1990 muszą spaść o 40 procent. To bardzo dużo. Jeśli tak się nie stanie, spadną na Polskę surowe kary. A ponieważ przespaliśmy wiele lat – bo u nas rzadko myśli się dłużej niż jedną kadencję do przodu – doszliśmy do sytuacji, że właściwie jedynym sposobem na wypełnienie tych norm jest budowa elektrowni jądrowej. Problem polega na tym, że żadne spółki skarbu państwa – poza Orlenem – nie mają odpowiedniego kapitału.
O jakich kosztach mówimy?
Między 40 a 60 miliardów złotych. Moim zdaniem głównym problemem nie jest dziś to, czy budować taką elektrownię, ale za co.
Niektóre kraje – przede wszystkim Niemcy – z takich elektrowni rezygnują.
Ale to nie jest ogólnoświatowy trend. W Indiach i Chinach uznaje się, że przy obecnym tempie wzrostu liczby ludności i zapotrzebowania na energię, jedynym rozwiązaniem jest właśnie energetyka jądrowa.
kulturaliberalna.pl
wtorek, 23 lipca 2019
Jak gwałtownie wzrosły ceny za emisję CO2? Czy to zjawisko rozciągnięte w czasie, które można było przewidzieć, czy nagłe?
Mechanizm handlowania emisjami CO2 został tak skonstruowany, żeby te uprawnienia drożały. Wszystko po to, żeby zniechęcać do węgla, bo Unia założyła sobie, że chce produkować energię ze źródeł czystych, niskoemisyjnych. Polski rząd wiedział więc, że te uprawnienia będą drożeć.
Tym, co zaskoczyło nasze władze, jest tempo wzrostu cen. Nikt się nie spodziewał, że przed rokiem 2020 ceny za tonę wyemitowanego CO2 przebiją 20 euro. Polskie spółki są na to nieprzygotowane. I mają dwa wyjścia: albo podwyższyć ceny, żeby zrekompensować te wzrosty, albo – jeśli z przyczyn politycznych nie mogą tego zrobić – sięgnąć do własnych rezerw finansowych.
Jest jeszcze drugi czynnik powodujący wzrost cen energii: sam węgiel, który także drożeje. Doszło do sytuacji, w której polskie przedsiębiorstwa produkujące energię – z powodu uzależnienia od węgla – będą zmuszone płacić za wytwarzanie energii o kilkadziesiąt procent więcej. Z roku na rok.
Gdzie trafiają pieniądze za prawa do emisji? Kto na tym zarabia?
Państwo. W Polsce niekiedy słychać głosy, że Unia Europejska to jest ciemny lud, który gwałcąc nasze interesy narodowe, każe nam odchodzić od węgla. To nieprawda. Unia daje coś w zamian – środki na transformację energetyczną. Jednym ze źródeł są zyski dla państwa ze sprzedaży uprawnień do emisji. To są miliardy.
Ile miliardów? 2, 10, 20?
W zeszłym roku z samej sprzedaży uprawnień budżet zarobił około miliard euro, czyli około 4 miliardy złotych. To duże środki, które powinny być przeznaczone na modernizację energetyki.
A są dedykowane na ten cel czy mogą być wydane na coś innego?
Na tym polega problem – mogą być przeznaczone na cokolwiek. Skoro koszty wytwarzania energii wzrosły, to normalnie, gdyby chodziło o wolny rynek, powinno się to przenieść na cenę dla każdego konsumenta – dla mnie, dla pana, dla tej kawiarni, w której jesteśmy, dla małych, średnich i największych przedsiębiorstw. Ale rząd wymyślił sobie – ponieważ w przyszłym roku mamy wybory parlamentarne – żeby wprowadzić dopłaty z żywej gotówki dla najbardziej energochłonnych i największych przedsiębiorstw oraz dla konsumentów indywidualnych. Te pieniądze mają pochodzić właśnie ze środków ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2.
Czyli pieniądze, które miały iść na reformę polskiej energetyki, pójdą na łagodzenie skutków tego, że energetyka zreformowana nie jest?
Błędne koło. Naszym problemem jest węgiel i z jego powodu rosną ceny energii. A ponieważ wzrost cen powoduje, że polska gospodarka będzie skrajnie niekonkurencyjna, to trzeba ją wesprzeć środkami, które powinny służyć ograniczaniu użycia węgla. Energetyka nie ma więc z czego się zmodernizować i odejść od węgla, bo środki na to „przejada”, wypłacając dopłaty do nierentownego przemysłu.
Ale może taki system jest do utrzymania? Przedsiębiorstwa energetyczne emitują CO2, płacą za to państwu, a państwo te pieniądze zwraca w postaci dopłat.
Moglibyśmy tak trwać, gdyby nie to, że system handlu emisjami został stworzony w taki sposób, żeby one nieustannie drożały i zachęcały do rezygnacji z węgla. W efekcie nierentowność polskich spółek energetycznych będzie się pogłębiać.
Ale państwo będzie miało coraz więcej wpływów.
Nie, ponieważ Polsce przysługuje tylko pewna, ograniczona pula praw do emisji. I jeśli ją wyczerpiemy, trzeba dokupić od innych. Oczywiście można by z tym coś zrobić, ale rząd sam się skrępował swoją antyunijną retoryką.
Tylko czy to jest wina tego rządu? Sektora energetycznego nie reformuje się z dnia na dzień. Ceny za emisję mogą rosnąć szybciej, niż przewidywaliśmy, ale cały ten mechanizm nie powstał wczoraj. Był czas, żeby się dostosować.
Problem wynika z zaniechań wszystkich rządów, które z przyczyn politycznych nie chciały odchodzić od węgla. W tej sytuacji kryzysowej można by jednak było szybko obniżyć ceny energii przy współpracy z Komisją Europejską, która ma na to środki. Niestety z różnych powodów – między innymi sporu o praworządność w Polsce – relacje polskiego rządu z Komisją są najgorsze od lat.
Co konkretnie mogłaby zrobić Komisja?
Upraszczając, można powiedzieć, że Komisja zachowała sobie pewną pulę praw do emisji w rezerwie, żeby ewentualnie wpływać na ceny energii. Gdyby polski rząd miał dobre relacje z Komisją i się z nią dogadał – co obecnie jest niemożliwe – Komisja mogłaby wypchnąć część tych rezerw na rynek, dzięki czemu spadłyby ceny za emisję CO2, a za nimi: ceny energii. To można by zrobić w ciągu kilku tygodni, bardzo szybko.
Ale?
Ale Komisja na razie nie chce tych rezerw wrzuć na rynek, bo wydaje się, że mamy do czynienia z szerokim konfliktem na wielu polach między Brukselą a Polską.
„Wydaje się”? Związek między kwestiami praworządności w Polsce a cenami energii to są pana domysły czy fakty?
Z racji tego, że zajmuję się energetyką od lat, doradzam różnym spółkom, jeżdżę do Brukseli regularnie i to jest to, co słyszę od urzędników Komisji Europejskiej średniego szczebla. Mówią wprost, że Polsce nikt na rękę nie pójdzie. Komisja będzie się ściśle trzymać litery prawa, trochę na zasadzie strajku włoskiego. Skutek jest taki, że bank Crédit Agricole w przyszłym roku przewiduje w Polsce podwyżki cen energii na poziomie od 50 do 70 procent.
Dla kogo?
Dla wszystkich, ale skutki są oczywiście różne dla różnych grup. Pierwsza grupa to największy przemysł, który konsumuje najwięcej energii. Dla takich przedsiębiorstw podwyżka o kilkadziesiąt procent oznacza utratę konkurencyjności i upadek. To oznaczałoby katastrofę gospodarczą, dlatego rząd chce wypłacać tym przedsiębiorstwom rekompensatę, żeby utrzymać ich konkurencyjność. Środki na to mają pochodzić właśnie z funduszu modernizacyjnego na polską energetykę. To nie jest do końca głupie rozwiązanie, bo inne państwa niekiedy też tak robią – każde chce chronić swój przemysł. Pytanie, jaką część funduszu modernizacyjnego chcemy na rekompensaty przeznaczyć.
Druga grupa to mali i średni przedsiębiorcy. Jako że rząd nie ma w tej chwili dla nich żadnego rozwiązania, to przewiduję, że w przyszłym roku małe i średnie firmy w Polsce będą padać jak muchy. Pod presją cen energii.
kulturaliberalna.pl
piątek, 19 lipca 2019
Wysiadamy w Moście. To kilkudziesięciotysięczne miasto, które słynie z tego, że w latach sześćdziesiątych zburzono w nim starówkę, aby rozszerzyć działalność kopalni węgla brunatnego. Oraz z licznej społeczności romskiej, z powodu której o Moście zrobiło się w tym roku głośno. Kandydaci w październikowych wyborach samorządowych prześcigali się bowiem w pomysłach na rozwiązanie jej problemu.
Komitet Mostowianie dla Mostu proponował z plakatów wyborczych budowę „wiosek dla hołoty” i wygnanie tejże z miasta. Ugrupowanie Otwarty Ratusz – Most poszło dalej, ogłaszając na swoim fanpage’u, że „środki deratyzacyjne to za mało na te szkodniki” – dostali zaledwie parę procent, ale już „Mostowianie” zajęli trzecie miejsce i zachęcili mainstreamowe partie do podobnych, choć bardziej eufemistycznie sformułowanych postulatów.
(...)
Przemysł ciężki – górniczy i chemiczny – od lat dewastuje środowisko naturalne okolicy, ale daje pracę. Po transformacji coraz mniej stabilną i coraz mniejszej ilości osób (również z powodu ekologicznych limitów wydobycia), ale alternatywy nie widać. Siła nabywcza regionu należy do najniższych w całych Czechach, do najwyższych za to wskaźniki bezrobocia, komornika na karku, a nawet wykonywanych aborcji.
(...)
– Bezrobocie w górniczych regionach Czech spadło, ludzie nie żyją w nędzy, nie umierają z głodu, nie są bezdomni – dodaje Jaroslav Fiala politolog i redaktor naczelny magazynu „Alarm”– ale pracują od rana do nocy, są niepewni swojego zatrudnienia i ciężko związać im koniec z końcem. To klasyczny przykład biednych pracujących.
Jest jedna sprawa, która się wielu mieszkańcom bardzo nie podoba: Romowie.
Nie chcą robić, dużo ćpają, wykorzystują państwo – narzekają Mostowianie – współlokatorzy, współobywatele, nieprzystosowani, politycy boją się zajrzeć tam, gdzie oni mieszkają.
krytykapolityczna.pl
Szpitali nigdy wprost nie zmuszono do outsourcingu. „Uznać jednak należy – czytamy w raporcie – że decyzje te zostały wymuszone pośrednio przez wprowadzone regulacje prawne. Zmieniając sposób zarządzania i finansowania szpitali doprowadziły one do głębokiego kryzysu finansowego placówek, które zwróciły się w kierunku działań oszczędnościowych na pracownikach najniższych szczebli.”
Outsourcing w usługach publicznych jest pozostałością po czasach, gdy wierzono, że wolna konkurencja sama z siebie podniesie wydajność i jakość. Z jednej bowiem strony pozwala on danej placówce na zmniejszenie kosztów stałych. Personel sprzątający i dostarczający jedzenie nie jest zatrudniany bezpośrednio przez szpital, a dostarczanie usługi z zewnątrz zwalnia jednostkę z obowiązku utrzymywania kuchni i pralni o odpowiednich standardach.
Z drugiej, ma on służyć podniesieniu jakości usług. Pomysł jest prosty: skoro wiele podmiotów ma konkurować w jednym przetargu, to będą chciały dostarczyć usługi o najwyższej jakości po najniższej możliwej cenie, bo jakikolwiek fakap spowoduje utratę zaufania u zamawiającego.
(...)
To nie zły charakter dyrektorów i organów prowadzących szpitali doprowadził do wypchnięcia personelu niemedycznego do firm zewnętrznych, ale wpisane w regulacje prawne zachęty i ograniczenia. Problem jest systemowy, co pokazały oba raporty. Nigdy dość powtarzania w tym kontekście rzeczy oczywistej: wtedy, kiedy jedynym efektywnym kryterium oceny oferty jest cena, wykonawcy, by mieć szanse w przetargu, oszczędzają na jakości usług i zatrudnienia swoich pracowników.
Skutki tego rodzaju praktyk nietrudno sobie wyobrazić. Dostarczane do szpitali jedzenie było bardzo niskiej jakości i nie przychodziło na czas, podobnie jak czysta bielizna dla pacjentów czy fartuchy dla lekarzy. Pracownice sprzątające mówiły również, że często brakowało odpowiednich środków czystości: papieru toaletowego czy nakładek na mopy.
(...)
Co więcej, z kolein outsourcingu niełatwo się wydostać. Przejście na dostarczanie usług niemedycznych przez firmy zewnętrzne wiąże się z likwidacją infrastruktury koniecznej do ich dostarczania na miejscu: zamknięciem kuchni, pralni czy redukcją przestrzeni, w których trzyma się środki czystości. Taką odpowiadającą standardom infrastrukturę niełatwo odbudować, zwłaszcza jeśli podstawowym motywem do jej likwidacji były oszczędności. Nie dziwi zatem fakt, że choć robiono wyceny kosztów i strat przejścia na outsourcing, to w zasadzie nigdy nie wykonano bilansu dla kontynuowania korzystania z firm zewnętrznych.
Pracownicy firm sprzątających, ochroniarskich i dostarczających wyżywienie w badanych placówkach pracowali na umowach cywilnoprawnych, które pozwalały na omijanie przepisów dotyczących (i tak oburzająco niskiej) płacy minimalnej oraz uprawnień do płatnych zwolnień lekarskich czy płatnych urlopów. Jak dobitnie stwierdza autorka: „Instytucje państwowe godziły się zatem z tym, że w firmach zewnętrznych warunki płacowe pracowników będą radykalnie gorsze, niż w przypadku zatrudnienia przez szpital.” Wyjątkiem były osoby z orzeczeniem o niepełnosprawności, dzięki którym firmy zatrudniające otrzymywały dopłaty z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.
krytykapolityczna.pl
Jak wspominają autorki, jesienią 1977 roku Komitet Obrony Robotników przekształcił się w Komitet Samoobrony Społecznej „KOR”, który spotykał się co miesiąc w mieszkaniu profesora Edwarda Lipińskiego. W spotkaniach tych brali udział młodzi opozycjoniści, do których zaliczali się wówczas Jacek Kuroń czy Adam Michnik, ale także autorytety należące do starszej generacji, której przedstawiciele pamiętali jeszcze czasy II RP, czyli tak zwani Starsi Państwo.
Podczas obrad, relacjonują autorki, „spierano się o różne sprawy, ale nic bodaj nie wzbudziło takiej emocji Starszych Państwa, jak projekt oświadczenia na sześćdziesiątą rocznicę odzyskania niepodległości”. Wysunęli oni propozycję, by rocznicę „uczcić nie zdawkowym, rytualnym oświadczeniem KOR, tylko obszerną oceną całego dwudziestolecia międzywojennego”. Odpowiedni tekst opracowali Jan Józef Lipski, Adam Michnik oraz Jerzy Ficowski.
Michnik mówił potem, że „tekst był napisany oczywiście z wielką aprobatą, respektem, szacunkiem dla dokonań II RP, ale też bardzo krytycznie. Przedstawiliśmy go i rozpętało się piekło”. Kuroń twierdził z kolei, że uczestnicy dyskusji podzielili się „nie według opcji: prawica – lewica, ale idealnie wiekowo, według pokoleń. Cała młoda część KOR, od prawa do lewa, uważała projekt za dobry”. Jak wyjaśniał Kuroń: „oddając cześć wielkiemu dziełu Dwudziestolecia, chcieliśmy też wspomnieć o Berezie Kartuskiej, zamachu majowym, prześladowaniu mniejszości narodowych”, jednak „wszyscy, ale to wszyscy Starsi Państwo zakrzyknęli zgodnym chórem: «Świętości nie szargać!»”.
Dlaczego tak się stało? Oto wyjaśnienie Kuronia: „Myślę, że taki stosunek Starszych Państwa do sprawy był podyktowany głównie tym, że szło o ich młodość, ich dzieło, a oświadczenie składali tak naprawdę nie społeczeństwu, ale władzom, które ich dzieło opluwały”. Sam Kuroń był zdania, że oświadczenie wydane przez KOR powinno być skierowane do społeczeństwa, a nie do władz i chciał do tego przekonać Starszych Państwa. Jak piszą autorki „Jacka”, chodziło o to, „żeby podjąć najlepsze tradycje tamtej Rzeczypospolitej, dokonać wyboru, co trzeba powielać, a co zmienić”. Kuroń uważał, że Starsi Państwo „nie muszą przed nikim bronić II RP”, za to „mają obowiązek bycia krytyczni wobec samych siebie”.
(...)
Łuczywo i Bikont relacjonują, że w 1977 roku negocjacje nie były łatwe: „Był taki moment, kiedy wyglądało, że strony się nie dogadają i trzeba będzie w ogóle zrezygnować z oświadczenia – wspominał Kuroń. – Gdy to jednak zaproponował, Starsi Państwo zaprotestowali. Wspólne redagowanie uznali za lekcję trudnego kompromisu. W ferworze dyskusji Adam Michnik zwrócił się do profesora Lipińskiego: «Skoro tak było świetnie, to po co pan profesor tę Ligę Obrony Praw Człowieka i Obywatela zakładał?». «Bo byłem głupi» – odpowiedział profesor”.
kulturaliberalna.pl
W jednym amerykański model bez wątpienia sprawdza się znakomicie – chodzi o tworzenie PKB. Z punktu widzenia PKB wytwarzanego na głowę mieszkańca USA są jednym ze zdecydowanie najzamożniejszych krajów świata. Gdybyśmy zapytali przypadkowego przechodnia o poziom PKB per capita w USA i np. we Francji, Niemczech czy Szwecji, to zapewne stwierdziłby, że jest porównywalny. Prawda jest jednak taka, że USA biją na głowę pod tym względem wszystkie kraje UE – poza Irlandią, ale mierzenie PKB w tym raju podatkowym mija się z celem. Zresztą PKB Irlandii sztucznie pompują też głównie korporacje amerykańskie – Google czy Apple. PKB na głowę w USA w 2016 r. wynosiło 58 tys. dolarów, tymczasem w Niemczech i Szwecji 49 tys. dol., w Wielkiej Brytanii 43 tys. dol., a we Francji 41 tys. W Polsce w tym czasie wyniosło 27 tys. dol. – oczywiście wszystkie te dane uwzględniają parytet siły nabywczej.
Jest to jednak marnym pocieszeniem dla milionów Amerykanów żyjących w biedzie. Zasięg biedy w USA porównywalny jest z krajami Ameryki Południowej, a nie z zamożnymi krajami Europy Zachodniej. Poniżej granicy ubóstwa w USA w 2016 r. żyło 18 proc. społeczeństwa, tymczasem w Wielkiej Brytanii 12 proc., w Niemczech jedynie 10 proc., w Szwecji 9 proc., a we Francji tylko 8. W niezamożnej Polsce poniżej progu ubóstwa w 2016 r. żyło 11 proc. obywateli. Oczywiście bieda jest względna – ubogi z USA ma więcej pieniędzy, niż ubogi z Polski. Tylko że bieda powoduje też wykluczenie społeczne. Milionów biednych Amerykanów średnio obchodzi, że mają więcej pieniędzy niż biedni Polacy – oni porównują się do swoich rodaków. I na własnej skórze odczuwają fakt, że przeróżne atrakcje oferowane przez amerykański model są poza ich zasięgiem – i będą takie zapewne do końca życia. Co jest tym bardziej bolesne w kraju tak nastawionym na prestiż i osobisty sukces, jak USA.
W USA nie tylko jest mnóstwo osób biednych – ubodzy w USA tracą też zdecydowanie więcej do nieubogich rodaków, niż ubodzy w większości krajów Europy. Wyrażane jest to w tak zwanym wskaźniku luki dochodowej. Przeciętne gospodarstwo domowe w USA żyjące poniżej granicy ubóstwa ma wydatki niższe od granicy ubóstwa aż o 40 proc. Tylko dwa kraje wykazywane przez OECD wyprzedzają USA pod tym względem – RPA oraz Włochy, których gospodarka przechodzi od co najmniej dekady poważne kłopoty (co ciekawe, gospodarka USA podobno ma się świetnie). W Wielkiej Brytanii luka dochodowa wynosi 36 proc., w Polsce 29 proc., w Niemczech 26 proc., we Francji 24 proc., a w Szwecji jedynie 23 proc. Inaczej mówiąc, ubodzy w Niemczech, Francji czy Szwecji żyją zaraz pod kreską, a tych z USA do pokonania granicy ubóstwa czeka długa droga.
Przy tak dużym zasięgu ubóstwa i dalekim dystansie, który dzieli ubogich w USA od reszty rodaków, w oczywisty sposób musi rosnąć łamanie prawa. W końcu działalność na czarnym rynku zaczyna się nie dlatego, że się wyssało mordercze instynkty z mlekiem matki, lecz dlatego, że nie widzi się szans na dorobienie się w legalny sposób. Ubogich w USA jest mnóstwo, ich dystans do reszty społeczeństwa jest bardzo odległy, więc i skłonność do chwytania się nielegalnych zajęć większa. Pod względem wskaźnika morderstw (liczba przypadków na 100 tys. mieszkańców) USA są wyprzedzane jedynie przez Łotwę, RPA, Rosję, Meksyk i Brazylię (spośród krajów wykazanych przez OECD). Wskaźnik zabójstw w USA to 4,9, tymczasem w Polsce 0,8, w podobno „terroryzowanej przez islamistów” Francji 0,6, w Szwecji, która ponoć „ma zaraz upaść” równe 1, w Niemczech 0,4, a w Wielkiej Brytanii 0,2. Poza krajami bałtyckimi, w żadnym kraju UE wskaźnik zabójstw nie jest wyższy od 2.
Jak sobie radzą Stany Zjednoczone z plagą przestępczości? Najprościej – masowo wsadzają ludzi do więzień. To w końcu prostsza metoda, niż żmudne reformowanie modelu ekonomiczno-społecznego. Wskaźnik inkarceracji to liczba osób w więzieniu na 100 tys. mieszkańców. Pod tym względem USA biją już na głowę wszystkich w OECD. Amerykański wskaźnik inkarceracji wynosi 655, a w drugiej pod tym względem Turcji – 287. W Polsce 199, w Wielkiej Brytanii 141, we Francji 102, w Niemczech tylko 78, a w Szwecji zaledwie 57.
W kraju, w którym brak powszechnej opieki zdrowotnej, miliony obywateli nie mają ubezpieczenia zdrowotnego, a usługi zdrowotne są piekielnie drogie, musi fatalnie wyglądać ogólny poziom zdrowia obywateli. Dwa najważniejsze wskaźniki badania poziomu zdrowia w społeczeństwie to przeciętna długość życia oraz umieralność niemowląt. Pod względem długości życia USA przypominają kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Średnia długość życia w USA to niecałe 79 lat, czyli dokładnie pół roku więcej niż w dużo mniej zamożnej Polsce i pół roku mniej niż w Czechach. W Niemczech i Wielkiej Brytanii długość życia to 81 lat, a we Francji i Szwecji ponad 82 lata. W Stanach Zjednoczonych umiera 6 niemowląt na tysiąc urodzeń żywych, czyli dokładnie tyle, ile w Rosji. W Polsce i Francji umierają 4 niemowlęta na tysiąc urodzeń żywych, a w Niemczech ponad 3. W Szwecji notuje się tylko 2,5 zgony noworodków na tysiąc urodzeń.
USA trapią też przeróżne problemy społeczne. Jednym z nich jest chociażby epidemia otyłości. Jak wiadomo, współcześnie na otyłość cierpią głównie ubodzy, a nie bogaci. Zamożni mogą zadbać o podniebienie i apetyt, a zarazem nie przytyć, dzięki zdrowemu i niskokalorycznemu pożywieniu. Mają też czas i pieniądze na regularne treningi oraz trenerów personalnych czy dietetyków. Ubodzy muszą się żywić jedzeniem niskiej jakości, które zwykle obfituje w tłuszcze nienasycone oraz węglowodany, za to ma niewiele białka. Prowadzą często nieregularny tryb życia, od fuchy do fuchy, co zniechęca do regularnego dbania o siebie. Oczywiście w USA otyłość nie wynika jedynie z zasięgu ubóstwa, ale przede wszystkim z amerykańskiego stylu życia, opierającego się o przesadną konsumpcję, co jest zresztą typowe dla krajów z wysokimi nierównościami, w których konsumpcja to element prestiżu oraz tłumienia stresu. Na nadwagę lub otyłość cierpi aż 71 proc. Amerykanów. Więcej jest jedynie w Meksyku i Chile. W Europie takich osób jest wyraźnie mniej – na nadwagę cierpi 53 proc. Polaków, 51 proc. Niemców, 49 proc. Szwedów i 46 proc. Francuzów.
nowyobywatel.pl
"Prawdziwą władzę daje - nie chce nawet wymieniać tego słowa - strach" - powiedział Trump pod koniec marca 2016 r., gdy rywalizował jeszcze m.in. z Hillary Clinton o urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. To ta wypowiedź dała tytuł całej książce, którą otwiera kontrowersyjna sprawa wypowiedzenia układu USA z Koreą Południową - układu będącego podstawą ich wzajemnych stosunków gospodarczych (umowa KORUS), ale także sojuszu wojskowego.
Rakieta z Korei Północnej, która obecnie - jak przypomina Woodward - może przenieść broń jądrową, jest w stanie dolecieć do Los Angeles w 38 minut. Wykrycie takiego pocisku jest możliwe już po 7 sekundach od jego wystrzelenia, ale tylko dzięki współpracy wojskowej z Koreą Południową. Bez tego Amerykanie mają do dyspozycji jedynie radary na Alasce, które wykryją rakietę dopiero po 15 minutach. Różnica między 7 sekundami a 15 minutami - jak zauważa Woodward - jest olbrzymia, a to na rzecz tej różnicy, a tym samym przeciwko bezpieczeństwu USA, działał Trump.
"Problem ten nie pojawiłby się, gdyby nie wściekłość Trumpa wywołana informacją, że Stany Zjednoczone notują ujemny bilans handlowy z Koreą Południową (różnica wynosiła 18 miliardów dolców co roku), a do tego przeznaczają 3,5 miliarda dolarów rocznie na utrzymanie swoich żołnierzy na terytorium sojusznika (...). Opinia publiczna nie orientowała się w powadze sytuacji. Trump wydawał się nieobliczalny: ciągle lawirował i rzadko prezentował stałe poglądy. Kiedy wpadał w kiepski nastrój, potrafił się wściec z dowolnego powodu - ważnego lub błahego. Podejmował wówczas decyzje takie jak w kwestii umowy KORUS: +Dzisiaj się z niej wycofujemy+" - pisze Woodward.
Ostatecznie do tego nie doszło, ale nie dzięki refleksji samego Trumpa, lecz - jak przedstawia to Woodward - dzięki urzędnikom w Białym Domu, którzy ukrywali przed prezydentem dokumenty. "Był to ni mniej, ni więcej, tylko administracyjny zamach stanu podważający wolę prezydenta Stanów Zjednoczonych i jego konstytucyjną władzę" - napisał dziennikarz, który opisał działania administracji Trumpa, w tym Gary'ego Cohna - byłego prezesa banku Goldman Sachs, a we wrześniu 2017 r. głównego doradcy gospodarczego. Według Cohna, wypowiedzenie umowy KORUS byłoby katastrofalne dla bezpieczeństwa Amerykanów.
forsal.pl
Jakub Bodziony: Ameryka prezydenta Trumpa dalej jest gwarantem polskiego bezpieczeństwa?
Jacek Bartosiak: Na to pytanie nikt nie jest w stanie odpowiedzieć. To zostanie sprawdzone podczas konfliktu lub realnego zagrożenia. Jeśli ktoś w ogóle miałby szanse przyjść nam z pomocą, to przecież tylko Amerykanie. Ale czy na pewno to zrobią? Nie wiadomo.
Mimo wszystko retoryka prezydenta Trumpa uderza w wiarygodność Sojuszu.
To nie jest ważne. NATO nie istnieje, a bez Ameryki Sojusz nie ma znaczenia. To Stany Zjednoczone dysponują siłą, która decyduje o polityce. Rosjanie w ogóle nie przejmowaliby się NATO gdyby nie było tam Amerykanów. Państwa Zachodniej Europy nie dysponują odpowiednimi siłami.
To pokazały próby zachodnich interwencji poza granicami Europy – w Libii czy Syrii.
Dlatego liczą się tylko Amerykanie, którzy mają co raz mniej pieniędzy. Do tego dochodzą ich problemy na zachodnim Pacyfiku, na Bliskim Wschodzie i Rosja, której potrzebują w rozgrywce z Chinami i Iranem. Amerykańskie wojska są rozproszone i rozsiane po całym globie – nie jest ich na tyle dużo, aby jednocześnie pomóc w konflikcie czarnomorskim, na Bliskim Wschodzie i wschodniej flance NATO. Dlatego Trump jest wściekły – i swoją złość kieruje na Europę Zachodnią.
Mówił pan, że w Białym Domu zawsze będzie istnieć możliwość resetu w stosunkach z Rosją. Czy dojdzie do niego w wyniku ostatniego spotkania Donalda Trumpa i Władimira Putina w Helsinkach?
Wydaję mi się, że nie. Stany Zjednoczone myślą, że Europa po krytyce zmieni nastawienie, a Chiny poprzez wojnę handlową zostaną zmuszone do uległości. Kraje Pacyfiku Biały Dom będzie przekonywać do swojego planu za pomocą dwustronnych traktatów handlowych. Natomiast osłabionych sankcjami Rosjan również próbują do siebie przekonać. Dlatego myślą, że dadzą radę.
Trump spotkał się z Putinem, żeby dać Europie i Chinom do zrozumienia, że może zagrać w grę na równowagę – w znanym nam z Wielkiej Brytanii stylu „dziel i rządź”.
To zwiastuje powrót do dziewiętnastowiecznego stylu polityki międzynarodowej, który dla Polski nie skończył się dobrze.
Styl ten jest podstawowym systemem historycznym. Nie było tak w czasie Imperium Rzymskiego, kiedy ówczesny hegemon miał maksymę: „spokój w granicach limes”. Podobnie było po 1989 roku, bo Amerykanie dominowali na całym świecie.
Konstruktywistyczny ład światowy był oparty na jednym hegemonie, który na konferencji w Bretton Woods ustanowił prymat dolara i Bank Światowy. To jedno państwo regulowało ONZ i inne systemy, mając przy tym normatywne struktury. Czasami na peryferiach wybuchały pomniejsze konflikty i Amerykanie zbrojnie interweniowali w celu zapewnienia trwałość systemu. Mieli taką przewagę, że nikt nie był w stanie realnie im się przeciwstawić i budować koalicji balansujących. Ogół korzystał na tym, że USA ułożyło system, w którym każdy mógł mieć dostęp do globalnego rynku. Po 1991 roku Amerykanie wpuszczali do niego kolejne państwa. Ale ten czas już minął. Polacy po dołączeniu do zachodnich struktur politycznych i militarnych żyli uśpieni złotym czasem pauzy geopolitycznej.
Jak to się stało, że system zaprojektowany przez USA przestał im służyć?
Amerykanie przeoczyli Chiny, które rozegrały świetną partię – i w ten sposób są na drodze do światowej dominacji gospodarczej. System stworzony przez Stany Zjednoczone chwieje się w posadach, ale to nie jest sprawa, która może zakończyć się z dnia na dzień.
Chiny, dzięki swojej sile ekonomicznej, są pierwszym państwem, które rzuci realne wyzwanie USA?
Chiny już teraz są znacznie silniejsze niż kaiserowskie Niemcy czy Rosja radziecka. Amerykanie to przespali, ponieważ byli zaangażowani w peryferyjny konflikt na Bliskim Wschodzie. Zaczęli się budzić, zaproponowali pivot na Pacyfiku i myśleli, że to wystarczy.
W odpowiedzi na amerykański zwrot Chińczycy ogłosili projekt Nowego Jedwabnego Szlaku.
I wtedy zrobiło się poważnie. Okazało się, że Pekin pozyskuje co raz więcej partnerów handlowych. Chińczycy dołączyli do morskiego systemu wymiany handlowej i stali się jego głównym elementem. Wśród chińskich decydentów pojawiły się ambicję, by ustalać reguły gry, co jest możliwe ze względu na ogromny kapitał finansowy, jakim dysponują.
kulturaliberalna.pl
Dlaczego KNF objęła dopiero w październiku 2012 roku swoim nadzorem SKOK-i? Posłowie z zespołu śledczego odpowiadają krótko: bo posłowie PiS bronili Kas przed nadzorem Komisji. I wskazują: w 2006 roku rządzi PiS w koalicji z LPR i Samoobroną, premierem jest Jarosław Kaczyński. Większość sejmowa wprowadza ustawę o nadzorze finansowym i powołuje Komisję Nadzoru Finansowego. Poprawka opozycyjnej PO o objęciu nadzorem także SKOK-ów zostaje odrzucona przez koalicję rządzącą.
- Sektor SKOK-ów z małych kas, które bazowały na więzi członkowskiej, nagle rozrósł się do takich rozmiarów, że miał do 2 mln członków, a środki zdeponowane sięgały kilkunastu miliardów złotych. - To nie było bezpieczne i dlatego chcieliśmy objąć SKOK-i nadzorem - tłumaczy przewodnicząca zespołu.
W roku 2009, gdy rządzi już koalicja PO-PSL, do Sejmu trafia projekt obejmujący nadzorem SKOK-i. Jednak po jej uchwaleniu, 30 listopada 2009 roku, ówczesny prezydent Lech Kaczyński nie podpisuje ustawy i odsyła ją do Trybunału Konstytucyjnego. Wniosek Pałacu Prezydenckiego przygotowuje Andrzej Duda, podsekretarz stanu.
- To spowodowało, że SKOK-i pozostały poza nadzorem przez jeszcze 3 lata - dodaje Izabela Leszczyna.
To wtedy, zdaniem posłów Platformy, wokół SKOK-ów powstaje wiele spółek outsourcingowych, do których wyprowadzane są działania, łącznie z analizą ryzyka kredytowego. Te spółki łączy osoba senatora Grzegorza Biereckiego, który często jest w nich członkiem zarządu. Te dane były ogólnie dostępne na stronach KNF, choć za czasów Marka Chrzanowskiego w KNF zostały usunięte.
Dopiero interpelacja posłanki Leszczyny spowodowała, że dane wróciły na stronę.
- Te spółki wysysały pieniądze z Kas. Koszty działalności bieżącej coraz częściej przewyższają przychody z Kas. Taką sytuację zastała KNF, przejmując nadzór nad SKOK-ami - tłumaczy Leszczyna.
Mimo prężnie rozwijającego się systemu Kas Oszczędnościowo-Kredytowych, myli się ten, kto uważa, że podatki z nich wpływały do polskiego budżetu. - W 2007 roku powstaje spółka SKOK Holding w Luksemburgu, założona przez Grzegorza Biereckiego. Spółka ta nadzoruje kilkanaście spółek wokół SKOK-ów. Szeroki strumień kasy płynie do Luksemburga - tłumaczy przewodnicząca zespołu ds. SKOK.
W październiku 2012 roku SKOK-i zostają objęte nadzorem KNF. Wówczas okazuje się, że w SKOK Wołomin istnieje protokół z lustracji z 9 sierpnia 2009 roku, z którego wynika, że Kasa Krajowa o nieprawidłowościach w Wołominie wiedziała już w 2008 roku - twierdzą posłowie opozycji.
18 marca KNF rozpoczyna postępowanie mające na celu ustanowić zarząd komisaryczny w SKOK Wołomin.
Jak mówią posłowie badający aferę SKOK, dwuznaczną rolę odegrała Kasa Krajowa SKOK. Nie tylko przymykała oko na wieloletnie nieprawidłowości, forsowała też Mariusza G., szefa SKOK Wołomin, na prezesa zarządu i to już przy sprzeciwie KNF - 6 sierpnia 2014 r., po tym jak KNF zawiadamia prokuraturę, a pan Wojciech Kwaśniak zostaje pobity i wszyscy wiedzą, że w SKOK Wołomin dzieją się rzeczy straszne, KNF odmawia zatwierdzenia Mariusza G. na stanowisko prezesa zarządu SKOK Wołomin, Kasa Krajowa zgłasza wówczas protest - tłumaczy Izabela Leszczyna.
Mariusz G. to bliski współpracownik Grzegorza Biereckiego. Odszedł z Kasy Krajowej dopiero razem z Biereckim w 2012 roku. Wcześniej w 2011 roku sektor SKOK-ów nagrodził go Feniksem jako najlepszego menedżera w systemie SKOK.
wiadomo.co
Czy z brexitu płyną wnioski dla Polski? Zdecydowanie tak. I nie chodzi o proste stwierdzenie, że z Unii Europejskiej niełatwo się wychodzi. Brexit to przede wszystkim zderzenie rojeń o wielkości państwa z twardą rzeczywistością. Brytyjczycy – a zwłaszcza zwolennicy brexitu – szli do referendum przekonani o sile swojego kraju, o odpowiedzialności rządu i kompetencjach urzędników, a wreszcie o międzynarodowej atrakcyjności marki „Zjednoczone Królestwo”.
Słabość Brytyjczyków w negocjacjach przywodzi na myśl tragifarsę. Przede wszystkim brexit pokazał Brytyjczykom, że nie są tym, kim myśleli, że są. Co ciekawe, to samo dotyczy Unii Europejskiej. Rzekomo „ciapowata”, zbiurokratyzowana i niesprawna – w rozmowach okazała się twardym partnerem. Wyspiarze nie są w stanie niczego jej narzucić. I jeszcze za twardy brexit mogą zapłacić rozpadem Zjednoczonego Królestwa.
„Po raz pierwszy w nowożytnej historii Brytania jest mała”, pisze jeden z felietonistów serwisu Politico. Wielka Brytania nie wie, jaką tak naprawdę siłą dysponuje, nie wie, jak działa Unia, a w związku z tym sprawia wrażenie „niezdarnej i bezczelnej”. Dokładnie taką samą diagnozę znajdziemy w brytyjskim tygodniku „The Economist”. Obecny autor rubryki o brytyjskiej polityce Adrian Wooldridge pisze, że na całym świecie wizerunek Brytyjczyków – jako narodu pragmatyków, konserwatywnych i rozsądnych, a jednocześnie otwartych na świat – zaczyna się walić. Prawdziwym zmartwieniem nie jest jednak to, że ów wizerunek się zmienia, pisze Wooldridge, ale że „to bardziej ponure spojrzenie na Brytanię jest bardziej realistyczne niż to poprzednie”.
W rozmowie z Łukaszem Pawłowskim i Tomaszem Sawczukiem Wooldridge przyznaje, że ostatne dwa lata wysadziły z hukiem wszystkie potoczne przekonania na temat brytyjskiego systemu politycznego i klasy politycznej. „Każdy dzień przynosi zdarzenia absolutnie wyjątkowe. Jeśli danego dnia nie stanie się coś wyjątkowego, już samo to czyni ten dzień wyjątkowym”. A on – jeszcze niedawno uznający ideę powtórnego referendum za absurdalną – dziś uważa, że to najlepsza z katalogu złych opcji, jakie ma do wyboru brytyjski rząd!
Zwyczajne wycofanie wniosku o wyjście, do czego – jak stwierdził ostatnio Trybunał Sprawiedliwości UE – Wielka Brytania ma prawo, zaaprobowanie warunków wyjścia, jakie wynegocjowała premier Theresa May lub wyjście bez żadnych ustaleń (tak zwany no–deal Brexit). Ta ostatnia budzi entuzjazm najtwardszych zwolenników brexitu i przerażenie większości innych komentatorów, bo może mieć katastrofalne skutki dla brytyjskiej gospodarki ściśle związanej z gospodarkami państw Unii.
kulturaliberalna.pl
Epoka maltuzjańska w gospodarce trwała mniej więcej do początku rewolucji przemysłowej. Od początku historii aż do tego momentu światowy dobrobyt w zasadzie nie postępował. Jakikolwiek wzrost gospodarczy pociągał za sobą jedynie wzrost liczby ludności, a nie wzrost poziomu życia.
Innymi słowy PKB na głowę w zasadzie stało w miejscu przez tysiące lat – chłop w XVII-wiecznej Francji żył na podobnym poziomie, co chłop w starożytnej Babilonii. W tamtych czasach niezbędna była więc walka o ograniczone zasoby, a polityka międzynarodowa była grą o sumie zerowej – nasze zyski musiały oznaczać czyjeś straty. Racjonalne było więc rozszerzanie strefy wpływów po to, by zwiększać domenę, z której czerpie się zyski. Dążenia władców tamtego okresu do uzyskania kontroli nad nowymi zasobami i terytoriami można więc uznać za racjonalne – po prostu nie było innej możliwości bogacenia się.
Obecnie żyjemy w epoce postmaltuzjańskiej, w której następuje szybki wzrost PKB na głowę połączony z wzrostem liczby ludności. To epoka oparta na fundamentach zupełnie różnych od poprzedniej. Obecnie polityka międzynarodowa spokojnie może przyjmować rezultat win-win – żeby się wzbogacić, nie trzeba najeżdżać sąsiada, a w zasadzie to przeszkadza nawet w rozwoju, czego przykładem jest Rosja. Państwa potrafią też generować olbrzymią wartość dodaną nie kontrolując zasobów naturalnych, czego przykładów jest mnóstwo: Izrael, Korea Południowa, Finlandia, Tajwan i tak dalej. Politycy nie są już zakładnikami uwarunkowań geograficznych, jak próbują nam wmówić geopolitycy.
(...)
Skoro czynniki geograficzne są kluczowe dla powodzenia i historii państw, to dlaczego Korea Południowa jest bogatym eksporterem technologii, zaś Północna biednym barakiem wojskowym? Dlaczego Kostaryka jest średnio zamożną demokracją, a położona obok Nikaragua ubogą despotią?
krytykapolityczna.pl
czwartek, 11 lipca 2019
Nazywał się Roman Dmowski, nasz polski Frankenstein. W grudniu 1919 roku odrodzona Polska ma rok. W Londynie John Maynard Keynes pisze książkę o Europie po wielkiej wojnie. Nie wierzy, że nowej Polsce uda się przetrwać zbyt długo. „Polska to gospodarcza niemożliwość, w której jedyny przemysł to judzenie przeciw Żydom”.
John Maynard Keynes jest niesprawiedliwy, a oprócz tego nie ma racji: istniało wiele innych gałęzi gospodarki. Jednak Keynes spotkał Romana Dmowskiego i mógł odnieść wrażenie, że sensem wolnej Polski było, aby Polacy mogli poniewierać swoje mniejszości bez wtrącania się obcych. Keynes nie był w tym odosobniony. Brytyjski minister Robert Cecil uznał ataki Dmowskiego na Żydów za „odrażające” (repugnant). Pisarz Gilbert Keith Chesterton zapamiętał tylko jedną replikę z rozmów z polskim politykiem. „Żydzi zabili naszego Jezusa”. Brzmiało to, jakby Jezus był Polakiem. Czechosłowacki Edvard Beneš dziwił się, że reprezentant Polski nieomal chełpi się swoimi przesądami.
krytykapolityczna.pl
Można przyjąć, że przejście z rozwoju rolniczego (agrarnego) do rozwoju przemysłowego następuje wtedy, kiedy wielkość zatrudnienia w rolnictwie spada poniżej 50 proc. ogółu pracujących. Z przejściem z gospodarki przemysłowej do gospodarki postindustrialnej (nazywanej niekiedy gospodarką usług, gospodarką dualną) mamy zaś do czynienia wtedy, kiedy zatrudnienie w usługach przekracza 50 proc.
W Stanach Zjednoczonych (odkąd w XIX wieku USA wyprzedziły Wielką Brytanie pod względem rozwoju gospodarczego, stały się krajem odniesienia, do którego inni się porównują – przyjmijmy i my taką perspektywę) przejście do społeczeństwa industrialnego nastąpiło ok. 1885 roku, natomiast do społeczeństwa postindustrialnego – ok. 1955 roku. Te dwie daty, 1885 i 1955, można uznać za lata referencyjne, które pozwalają często dostrzec, jak duże jest opóźnienie w rozwoju gospodarczym danego kraju wobec USA.
Kiedy przyglądamy się statystykom rynku pracy w Polsce, możemy stwierdzić, że zatrudnienie w rolnictwie spadło poniżej 50 proc. ok. 1955 roku, natomiast zatrudnienie w usługach osiągnęło poziom 50 proc. ok. 1998 roku. Na podstawie tych danych możemy zatem oszacować, że w drugiej połowie lat pięćdziesiątych XX wieku opóźnienie w rozwoju gospodarczym naszego kraju wobec Stanów Zjednoczonych wynosiło ok. 70 lat, natomiast pod koniec XX wieku zmniejszyło się do ok. 45 lat.
(...)
Tuż po uzyskaniu niepodległości, w 1921 roku, w Polsce w rolnictwie pracowało 64 proc. ogółu zatrudnionych. Taki wskaźnik w rolnictwie osiągnięty został w USA ok. 1845 roku. Możemy zatem powiedzieć, że na początku lat dwudziestych XX wieku opóźnienie rozwoju gospodarczego Polski wobec Stanów Zjednoczonych wynosiło ok. 75 lat. Natomiast w usługach w 1921 roku w Polsce pracowało 19 proc. ogółu zatrudnionych. W USA wskaźnik taki osiągnięty został ok. 1850 roku, opóźnienie rozwojowe Polski to zatem ok. 70 lat.
Na tej podstawie opóźnienie rozwojowe Polski wobec USA w 1921 roku, wkrótce po odzyskaniu niepodległości, możemy określić na ok. 70 – 75 lat.
Stosując podobne szacunki możemy stwierdzić, że w 1938 roku, przy zatrudnieniu w rolnictwie w Polsce wynoszącym 59 proc. (w USA taki poziom osiągnięto ok. 1853 roku), opóźnienie rozwojowe naszego kraju wynosiło ok. 85 lat. Przy zatrudnieniu w usługach w Polsce wynoszącym w tym samym roku 18 proc. (w USA taką wartość osiągnięto ok. 1840 roku), opóźnienie naszego kraju to ok. 95 lat.
Opóźnienie w rozwoju gospodarczym Polski wobec USA pod koniec dwudziestolecia międzywojennego możemy zatem szacować na 85-95 lat.
(...)
Przyjrzyjmy się teraz, jak sprawy się miały w 1990 roku, w czasie upadku PRL i rozpoczęcia polskiej transformacji. W rolnictwie zatrudnienie w Polsce wynosiło 28 proc., w USA było tak ok. 1925 roku, opóźnienie rozwojowe naszego kraju to zatem mniej więcej 63 lata. W usługach zatrudnienie w Polsce wynosiło w tym samym czasie 36 proc., w USA było tak ok. 1922 roku, opóźnienie zatem to ok. 66 lat.
Z danych wynika zatem, że przez 40 lat gospodarki komunistycznej w Polsce dokonany został jednak wyraźny postęp. Opóźnienie w rozwoju gospodarczym zostało zredukowane do ok. 65 lat (czyli o ok. 30 lat). Wiele złego działo się w Polsce Ludowej, jednakże jeśli chodzi o zmiany strukturalne w gospodarce, to postęp był wyraźny. Osobną kwestią, wymagającą dłuższej dyskusji, jest jak wielkim kosztem społecznym (widocznym głównie w bardzo niskim poziomie życia) zostało to osiągnięte.
Przeanalizujmy teraz okres transformacji w Polsce. Po 20 latach przemian, w 2010 roku, w rolnictwie zatrudnienie w Polsce wynosiło 16 proc. W USA 16 proc. zatrudnienia w rolnictwie osiągnięto ok. 1952 roku, opóźnienie rozwojowe naszego kraju to zatem ok. 58 lat. W tym samym czasie w usługach zatrudnienie w Polsce wynosiło 57 proc. W USA 57 proc. zatrudnienia w usługach osiągnięto ok. 1968 r., opóźnienie to zatem mniej więcej 42 lata.
W pierwszych 20 latach polskiej transformacji opóźnienie rozwojowe Polski wobec Stanów Zjednoczonych zredukowane zostało więc o ok. 15 lat (z ok. 65 lat do ok. 50 lat).
obserwatorfinansowy.pl
poniedziałek, 1 lipca 2019
W białej legendzie, forsowanej przez liberalną lewicę, najbardziej irytuje obłuda. Lewica na sztandarach głosi hasła walki z wykluczeniem, a cała jej aktywność wokół Okrągłego Stołu polegała na maksymalnym wykluczeniu konkurentów politycznych.
Z „lotu ptaka” Okrągły Stół może wyglądać jak pojednanie ponad podziałami. Tak naprawdę było to jednak pojednanie części elit poprzez wykluczenie wielu innych grup społecznych i środowisk opozycyjnych. Lista jest rzeczywiście imponująca. W tym procesie nie znalazło się miejsce dla: Konfederacji Polski Niepodległej, Solidarności Walczącej, Unii Polityki Realnej, Grupy Roboczej Komisji Krajowej, łódzkiej grupy Grzegorza Pałki, środowiska czasopisma „Głos”, środowiska Jana Olszewskiego, grupy Anny Walentynowicz, Klubu Politycznego ’88…
Na jesieni 1981 roku odbyły się pierwsze demokratyczne wybory na szefa „S”. Przeciwko Wałęsie wystartowali wówczas Jan Rulewski, Marian Jurczyk i Andrzej Gwiazda. Łącznie uzyskali wówczas 45 procent głosów delegatów. Osiem lat później dla nikogo z nich nie znalazło się miejsce przy Okrągłym Stole.
Zmarginalizowany został również potencjał rewolucyjny pokolenia Niezależnego Zrzeszenia Studentów oraz Federacji Młodzieży Walczącej, które dopiero wchodziło na scenę polityczną. Grupa Kuronia odrzuciła zatem liczne i bardzo zasłużone w latach 80. środowiska. Zręcznie rozegrano podział na dążących do dialogu „pragmatyków” i pałających rządzą rozlewu krwi „fundamentalistów”. Dzięki hegemonii „Gazety Wyborczej” taki sposób „etykietowania” stanie się zresztą metodą tego środowiska również w kolejnych latach.
(...)
Wiele obłudy jest również w czarnej legendzie forsowanej przez prawicę. Choć na sztandarach głosi ona hasło „tylko prawda jest ciekawa”, to i jej pamięć o Okrągłym Stole jest szalenie wybiórcza. Prawda w tym wypadku jest bowiem niewygodna: jeśli miałaby to być „zdrada elit”, to dokonała się ona również rękami ikon prawicy. Kaczyńscy byli ważną częścią elit, gdy ta miała dokonać rzekomej „zdrady”. I nie jest prawdą, że zrobili to tylko taktycznie, by zaraz zerwać z „logiką Okrągłego Stołu”.
Startując na senatorów z Elbląga i Gdańska, tworząc gabinet prezydenta Wałęsy, zostając wiceprzewodniczącym „S” (Lech) czy stając na czele reaktywowanego „Tygodnika Solidarność” (Jarosław), bracia Kaczyńscy byli w centrum ówczesnego establishmentu. Nawet po obaleniu rządu Jana Olszewskiego, po sławetnej „nocy teczek”, Jarosław Kaczyński był gotów do rozmów z Unią Demokratyczną na temat nowej koalicji rządowej. Późniejszy prezes PiS-u nie kontestował Okrągłego Stołu, tylko starał się na nim ugrać tyle, ile zdołał.
Również przetrwanie środowiska PC w trudnej drugiej połowie lat 90., gdy zostali zupełnie zepchnięci na margines, było możliwe tylko dlatego, że wcześniej zdecydowali się uwłaszczyć na państwowym majątku.
Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa-Książka-Ruch” była zapleczem wydawniczym partii komunistycznej od 1947 roku. Pod koniec PRL-u była największym koncernem wydawniczo-kolportażowym w Europie Środkowo-Wschodniej. Imperium obejmowało nie tylko wiele tytułów prasowych, ale również ogromną bazę poligraficzną oraz ogólnopolską sieć kiosków. W Porozumieniach Okrągłego Stołu znajdziemy konstatację, że droga do „nowego ładu informacyjnego” wiedzie przez ograniczenie dominacji tego koncernu.
Dlatego Sejm w marcu 1990 roku przyjął ustawę o likwidacji RSW. Na jej mocy, co dziś wydaje się niewyobrażalne, część tytułów prasowych miała zostać zakupiona przez ówczesne partie polityczne jako „forma dopuszczenia opozycji do prasy”. Porozumieniu Centrum przypadł w udziale „Express Wieczorny”, a oficjalne poparcie dla takiej decyzji Komisji Likwidacyjnej wyraził nie kto inny jak sam Wałęsa, ówczesny przewodniczący „S”.
„Express Wieczorny” długo nie przetrwał, ale dla środowiska Kaczyńskich kluczowe okazały się nieruchomości, które posiadła ich fundacja wraz z tym tytułem. Tak powstał majątek głośnej dziś spółki Srebrna. Tam znajdowali zatrudnienie kluczowi politycy tego środowiska, gdy nagle znaleźli się na politycznym aucie. To jeden z wielu paradoksów III RP. Środowisko będące największym krytykiem postkomunizmu mogło przetrwać chude lata tylko dlatego, że samo zabezpieczyło swój byt, uwłaszczając się na zapleczu wydawniczym partii komunistycznej. I jak tu wiarygodnie krytykować uwłaszczenie nomenklatury?
„Jarosław i Lech Kaczyńscy – pisze Jacek Sokołowski – akceptowali Okrągły Stół i w latach 1989-1992 aktywnie współkreowali nowe instytucje polityczne. Odrzucenie przez nich III Rzeczypospolitej na gruncie moralnym – ale również filozoficzno-prawnym – nastąpiło dopiero wtedy, gdy ta właśnie Rzeczpospolita «wyjęła ich spod prawa». Formalnym narzędziem – i zarazem symbolem – tej delegitymizacji Kaczyńskich i ich ugrupowania stała się słynna instrukcja 0015, w oparciu o którą działał zespół płk. Lesiaka”. To wtedy zaczną o sobie myśleć jako o „obywatelach drugiej kategorii” i to poczucie zostanie z nimi na zawsze.
Kaczyńscy na bazie tych osobistych doświadczeń przechodzą „do podziemia”. Gdzieś w połowie lat 90. przestają definiować się jako mainstreamowi liderzy polityczni i stają się liderami „drugiego obiegu”. To wtedy, jak plastycznie opisał to Jan Rokita, pod polskim życiem publicznym zaczyna płynąć podziemna rzeka, która podmywa realne instytucje.
kulturaliberalna.pl
Można powiedzieć, że Michalkiewicz jest postacią paradygmatyczną dla całej skrajnej prawicy. Jako sprawny geszefciarz spina w swojej publicystyce i wystąpieniach praktycznie wszystkie tematy, jakimi nurt ten się interesuje. Dzielnie łączy zatem sfery w których krulem jest Korwin – fetyszyzację wolnego rynku, ultrakonserwatyzm w sprawach obyczajowych i obelgi poręczne jak cepy – z motywami typowymi dla endeckich matuzalemów – ukrainofobią, „judeosceptycyzmem”, antyniemieckością i atakami na lewicę i ruch LGBT+.
Ukraina to dla niego państwo specjalnej troski, wejście do Unii Europejskiej nazywa Anschlussem, a samą Brukselę eurokołchozem, dzięki któremu Niemcy mogą kolonizować Polskę. Jednocześnie nad Odrą i Wisłą z niemieckim imperializmem realizującym idee Mittleuropy walczy obóz amerykańsko-żydowski. Platformersi w tym układzie to namiestnicy germańskiego kolonizatora, a więc tzw. „Stronnictwo Pruskie”, zaś PiS reprezentuje opcję amerykańsko-judejską. Lewica z kolei to pól na pół – cyniczni oszuści i durnie.
Donald Trump jest, co prawda, OK, ale ciągle go zwalcza „amerykańska żydokomuna” i „tamtejsi bezpieczniacy, czyli FBI”, a także „masoneria”. Nie ma więc lekko i w związku z tym nie może od razu otworzyć serca dla Polaków i znieść dla nich wiz. W Kościele katolickim karty rozdaje sodomicka mafia, zaś aborcja jest w interesie Żydów, którzy również w Polsce dzielą i rządzą. Jak bowiem twierdzi Michalkiewicz „żydowska okupacja Polski doszła do skutku”. Adam Michnik, co za niespodzianka, pełni w tym wszystkim, z nadania CIA, rolę Stalina.
Żydowska obsesja naszego bohatera jest niezwykle rozbuchana. Fantazjom na ten temat poświęcił książki takie jak Studia nad żydofilią, Herrenvolk po żydowsku oraz Niemcy, Żydzi i folksdojcze, w których Żydzi knują, spiskują, kontrolują i wymuszają, zza pleców sterując imperiami amerykańskim i radzieckim tak, by w końcu opanować łacińską, cywilizowaną Europę. Michalkiewicz należy jednak do unikalnej grupy antysemickich filosemitów. Szuka bowiem żydowskich spisków, tajnych kręgów i agentów Syjonu, ale zarazem chwali te fantastyczne byty jako wzór działania dla Polski i Polaków.
krytykapolityczna.pl
Konsolidacja mediów pod kierownictwem osób związanych z premierem Viktorem Orbánem jest wyrazem jego dominującej pozycji nad węgierskimi oligarchami, którzy oficjalnie dobrowolnie przekazują także swoje dochodowe spółki medialne. Stworzenie holdingu zabezpiecza obóz rządowy na wypadek sporów w elicie władzy i wyklucza ryzyko, że któraś z gazet zmieni front. Sytuacja taka miała miejsce w 2015 roku, gdy po konflikcie z Orbánem oligarcha Lajos Simicska rozpoczął kampanię medialną wymierzoną w Fidesz, co przyczyniło się do utraty przez partię większości konstytucyjnej. Gdy Fidesz ją odzyskał w kwietniu br., Simicska wycofał się z rynku medialnego. Można przypuszczać, że nieczytelne biznesowo posunięcia następują pod presją rządu, a straty zostaną węgierskim oligarchom zrekompensowane, np. poprzez korzystne kontrakty w innych obszarach (jeden z nich ma np. dużą spółkę budowlaną).
Operacja konsolidacyjna wzmocni przewagę konserwatywnego obozu na węgierskim rynku mediów. Holding będzie miał możliwość proponowania lepszych warunków finansowych reklamodawcom, łatwiejsza będzie też koordynacja kampanii marketingowych. Węgierski rynek reklamy zostanie zdominowany przez dwa powiązane ze sobą podmioty: fundację (głównego beneficjenta przychodów z reklamy) oraz rząd, który w ub.r. był zdecydowanie największym reklamodawcą w kraju (32 mln euro). Przekaz proponowany przez media, które ma zrzeszać fundacja, był do tej pory stosunkowo jednolity i zgodny ze stanowiskiem rządowym, konsolidacja nie doprowadzi więc do dużej zmiany w tym względzie. Możliwa jest natomiast lepsza koordynacja, ułatwiająca dotarcie do odbiorców.
Jednym z ostatnich medialnych bastionów antyrządowych pozostaje Internet, gdzie do głównych mediów opozycyjnych należy popularny serwis informacyjny Index.hu (własność kapitału węgierskiego). W ostatnich latach sektor medialny opuściła część zagranicznych koncernów (te, które zostały, są zwykle neutralne wobec rządu), kilka opiniotwórczych tytułów zostało zamkniętych, a większość została przejęta przez biznesmenów związanych z Fideszem. Malejącą różnorodność przekazu medialnego odzwierciedlają międzynarodowe zestawienia: w indeksie wolności prasy Freedom House media na Węgrzech zajęły ostatnie miejsce spośród państw UE (ex aequo z Grecją). Głębokie zaniepokojenie zmianami na rynku mediów na Węgrzech wyrazili w ostatnich dniach Reporterzy bez Granic i inne międzynarodowe organizacje zrzeszające dziennikarzy.
osw.waw.pl
Wracając jednak do istoty problemu, zgodnie z założeniami pierwszych radzieckich kodyfikatorów działających w drugiej połowie lat 20. XX wieku, fufajka miała być rodzajem ciepłej, uniwersalnej koszuli, zakładanej przez mężczyzn wprost na ciało, a przez kobiety – na stanik. Miałaby więc w Związku Radzieckim służyć zakryciu brzydkiej bielizny czy też być antidotum na jej permanentne braki. A o tym, że problem bieliźniany był faktem, świadczy chociażby apel sowieckiej wieloletniej minister kultury, Jekateriny Furcewej, która w 1954 roku zakrzyknęła „Każda sowiecka kobieta ma prawo do wysokiej jakości biustonosza!”. Na niewiele zdały się te odezwy, gdyż przez długi czas w oficjalnym obiegu funkcjonowały jedynie trzy dostępne rozmiary stanika, a wszelkie odstępstwa były możliwe albo na czarnym rynku, albo – dla najzamożniejszych żon kacyków – na zgniłym Zachodzie. O tym, jak ubogo, by nie powiedzieć wręcz karykaturalnie prezentowała się ta gałąź przemysłu tekstylnego, niech świadczy anegdota przywołana przez wielką baletnicę radziecką i jedną z większych osobistości tańca XX wieku, Ałłę Osipienko. W książce Beauty and Resistance in Soviet Ballet (‘Piękno i ruch oporu w radzieckim balecie’) opisała, jak w 1957 roku Moskwę i Leningrad odwiedziła słynna francuska para: aktor i piosenkarz Yves Montand oraz aktorka Simone Signoret. Gwiazdy światowego formatu wprost nie mogły uwierzyć, że nawet szykowne moskwiczanki nosiły tak niewyobrażalnie brzydkie desusy. Nie wiadomo czy bardziej rozbawiony, czy przerażony Montand zebrał owe „majtki do kolan, brązowe, bawełniane rajstopy, staniki jak spadochrony” i zawiózł do Paryża, gdzie zorganizował wystawę. Podczas prezentacji – zapewnia w książce Osipienko – niektóre z pań mdlały.
new.org.pl
Ideologiczna ofensywa objęła w pierwszym rzędzie szkoły. Zmieniła się nawet ich nazwa: szkoły podstawowe stały się szkołami narodowymi. Począwszy od grudnia 1937 r. główny – lewicujący – związek zawodowy nauczycieli został rozwiązany, a w listopadzie 1940 r. wprowadzono korporacjonizm oparty, jak wszędzie, na modelu włosko-niemieckim. Przysposobienie wojskowe (dla chłopców) rozpoczęte od 1917 r., a powszechne od 1925 r., obejmowało szkolenie czteroletnie, w sumie 400 godzin. Prowadzili je zawodowi oficerowie. W ostatnim roku szkolenia uczniowie otrzymywali prawdziwą broń. Stopniowo znikała wolność pedagogiczna. Nauczycieli zmuszano (często czynili to ich uczniowie, którzy stawali się w coraz większym stopniu nacjonalistami) do porzucenia kalendarza zachodniego i pisania dat wyłącznie w systemie japońskim, a począwszy od 1943 r. gimnazja utraciły możliwość wyboru między różnymi podręcznikami. Nieliczni nauczyciele, którzy odmawiali posługiwania się dziełami przesiąkniętymi propagandą, byli nierzadko aresztowani albo odwoływani. Podczas wojny na Pacyfiku programy nauczania były coraz bardziej upraszczane, aby zrobić miejsce dla szkoleń wojskowych i zajęć praktyczno-technicznych (zwłaszcza dla dziewcząt), a sama nauka – ograniczana. Począwszy od października 1943 r. studenci i licealiści powyżej siedemnastego roku życia byli wcielani do wojska i zmuszani do porzucania przynajmniej na jakiś czas swoich studiów.
Presja ideologiczna była niezwykle silna. Chrześcijan (ok. 1% ludności) uznano za rodzaj piątej kolumny i zwolenników zachodniego imperializmu, często ich prześladowano i zachęcano do wyrzeczenia się wiary. Począwszy od 1941 r. pytania stawiane podczas egzaminów zmuszały kandydatów do jednoznacznego opowiedzenia się po określonej stronie, np. pytanie: „Proszę się wypowiedzieć na temat ekspansji zamorskiej”. Konkursy na hasła propagandowe mnożyły się w szkołach, najlepsze hasła słano na front, aby dodały ducha walczącym. Począwszy od 1933 r. podręcznik czytania dla klasy pierwszej szkoły podstawowej rozpoczynał się zdaniem: „Żołnierze idą naprzód”. Kurs szkoły podstawowej obejmował lekturę listu matki do syna: wyrzuca ona synowi, że nie dość udziela się w walce. Podręcznik historii z 1944 r. zaczynał się od rozdziału o stworzeniu Japonii przez bogów i o boskim pochodzeniu panującej dynastii, jak gdyby chodziło o potwierdzone fakty historyczne. Nie było mowy, by przedstawione przekazy traktować jako alegorie; groziło to posądzeniem o obrazę majestatu. Podczas przerw bawiono się w „trzy żywe bomby z Szanghaju”. Była też pouczająca historyjka o trębaczu z wojny rosyjskojapońskiej, którego znaleziono martwego po bitwie, z kulą w sercu, ale nadal na baczność, z instrumentem przy ustach. Siedmiolatki maszerowały do szkoły z następującą pieśnią na ustach:
Ramię w ramię z moim starszym bratem,
idę dzisiaj do szkoły, dzięki żołnierzom, dzięki żołnierzom
którzy walczyli za nasz kraj, za nasz kraj.
Dni świąteczne, które dla większości były pochodną zorientowanego politycznie kalendarza (rocznica wstąpienia na tron pierwszego cesarza Jimmu; dzień wojska; dzień marynarki wojennej; a przede wszystkim urodziny panującego cesarza), stanowiły okazję do śpiewania patriotycznych pieśni i czytania patriotycznych lektur. Pojęcie narodu utożsamiano z pojęciem armii. Podczas lekcji w młodszych klasach omawiano takie tematy, jak „klasyfikacja okrętów wojennych”, „chorągiewki sygnalizacyjne”, „zabawa w żołnierzy” albo „mój brat wyrusza na front”. Przez ostatnie dwa lata szkoły podstawowej treści czysto propagandowe stanowiły połowę lektur. Wymieniano wyłącznie Japonię, jej kolonie, Mandżukuo i kraje okupowane, a reszta świata dla małych Japończyków po prostu nie istniała.
Margolin Jean-Louis - Japonia 1937-1945
Wielu ekonomistów uważa, że dług publiczny jest dobry, jeśli wykorzystuje się go produktywnie.
Tyle, że większość rządów tego warunku produktywności nie spełnia. Włoski PKB jest o 3,5 proc. poniżej poziomu sprzed dekady, produkcja przemysłowa o 17 proc. Realnie ich gospodarka się cofa. A dług rośnie. Ale to problemy wielu rządów w realiach pieniądza papierowego. Stąd przypuszczenie, że kolejny kryzys może oznaczać rewolucję w systemie pieniężnym. Przecież „fiat money” („Niech się stanie pieniądz” przyp. red.) to system działający zaledwie od 1971 r., gdy Richard Nixon zerwał pokrycie dolara w złocie. Od tamtej pory pusty pieniądz udowodnił jedno: jest bardzo niestabilny. Lata 70. XX w. cechowała galopująca inflacja konsumencka. Lata 90. i początek tego tysiąclecia to z kolei inflacja ujawniająca się na giełdach i w cenach aktywów takich, jak domy. Już teraz mamy miejsca na świecie, gdzie ludzie tracą wiarę w pieniądze państwowe. W Turcji np. porzucają lirę i rozliczają się w złocie, albo w dolarach, w które jeszcze wierzą.
Jeszcze?
Tak, bo dzięki stanowczym działaniom rządu i banku centralnego USA dolara raz po raz udaje się ratować. Np. po ostatnim kryzysie zadziałano tam szybciej niż w Europie i bardziej zdecydowanie: zamknięto niemal tysiąc banków, doprowadzono do ich konsolidacji, podniesiono wymogi kapitałowe. To zapobiegło całkowitemu upadkowi. I jeszcze jedno – Amerykanie zdążyli wyeksportować swoje problemy do Europy, „opychając” zwłaszcza bankom niemieckim swoje instrumenty oparte na toksycznych aktywach. Wytwarzane przez pieniądz typu „fiat”, w tym dolara, problemy nie znalazły jednak trwałego rozwiązania. Wiadomo, że w obliczu kolejnego kryzysu ludzie zwrócą się, jak zawsze to bywało, w stronę złota czy nieruchomości, czyli aktywów namacalnych, ale teraz mamy jeszcze tę alternatywę w postaci kryptowalut…
Chciał pan powiedzieć: w postaci bańki spekulacyjnej, jaką są kryptowaluty?
Możliwe, że bańki, ale to nie znaczy, że nie są one przyszłością. Każdy kryzys ma swoje spektakularne innowacje. Wielki Kryzys lat 30 XX w. zaowocował przełomowymi teoriami ekonomicznymi Keyensa. Kryzys 2008 r. przyniósł kryptowaluty i blockchain. Ich twórcy od początku podkreślali, że powstały właśnie w odpowiedzi na niedoskonałości oficjalnego systemu pieniężnego. Kryptowaluty przechodzą obecnie fazę prób. Nie wiadomo, która z nich będzie się nadawać do powszechnego użycia. Bitcoin jest raczej zbyt energochłonny i niewydajny. W ciągu sekundy można zarejestrować co najwyżej 7-10 transakcji bitcoinowych, gdy tradycyjny system pozwala na 4-5 tys. transakcji. Są jednak nieustannie opracowywane alternatywy dla bitcoina. Spekulacja na tym obszarze wynika właśnie z tego, że ludzie próbują zgadnąć, która z nich okaże się tą właściwą. Przypomina to zakłady na wyścigach konnych, przy czym możesz nieustannie zmieniać typowanego zwycięzcę nawet po starcie. Dzisiaj mówi się np. „cena bitcoina spadła o tyle a tyle dolarów”. Nie wykluczam, że w przyszłości będzie się mówić, że cena dolara spadła czy wzrosła o tyle a tyle jednostek jakiejś być może nieistniejącej jeszcze dzisiaj kryptowaluty. Że to kryptowaluty będą punktem odniesienia.
obserwatorfinansowy.pl
Zanim jednak przyjrzymy się polskiej inflacji, wypada zrobić krok wstecz, do I wojny światowej, w której tkwiły najpoważniejsze przyczyny gospodarczych trudności młodego państwa. Po pierwsze, niszczycielskie działania wojenne doprowadziły zarówno przemysł, jak i rolnictwo do katastrofalnego stanu. Wiele miasteczek i wsi zrujnowały one niemal doszczętnie, wystarczy powiedzieć, że fabryki ogołocone były z maszyn, 30 procent ziemi leżało odłogiem, a 40 procent zabudowy miast powiatowych i mniejszych została zniszczona. Po drugie, źródłem kłopotów finansowych była polityka monetarna państw centralnych, które, aby pokryć koszty wojny, zaczęły na potęgę drukować pieniądze, doprowadzając tym samym do spadku ich wartości i wzrostu kosztów życia. W czasie wojny ceny towarów były zablokowane.
Polityka inflacyjna została również utrzymana przez młode państwo polskie, które toczyło walki z sąsiadami i prowadziło wojnę z Rosją sowiecką. W 1920 roku wydatki Ministerstwa Spraw Wojskowych stanowiły 60 procent budżetu! Duże sumy pochłaniały również dopłaty do kolei, a wobec słabości inwestorów prywatnych państwo aktywnie uczestniczyło w odbudowie przemysłu. Oczywiście środki, którymi dysponowano, były niezwykle ograniczone, a ściąganie podatków nastręczało młodej administracji nie lada trudności. Dlatego wydatki pokrywano, zaciągając kredyty w Polskiej Państwowej Kasie Pożyczkowej, która na ten cel emitowała marki polskie (walutę odziedziczoną po okupantach). To napędzało dalej inflację, a ceny pięły się w górę. W kwietniu 1920 roku endek Juliusz Zdanowski pisał w dzienniku: „Z drożyzną dzieją się niesłychane rzeczy. […] Towar, który się ma w ręku i ogląda, za parę dni drożeje o 50-70%. […] Wskutek spadku [wartości] waluty każdy jest kupcem na wszystko i każdy towar [przez] Bóg wie ile rąk przechodzi. To tłumaczy, że taka masa ludzi się utrzymuje. Powstaje co dzień kilka nowych interesów handlowo-komisowych i każdy tylko o handlowaniu myśli, sprowadzając tym stan coraz gorszy”. Znamienne, że do czerwca 1921 roku właściwie utrzymany został system reglamentacyjny wprowadzony przez okupantów. Po zakończeniu działań wojennych inflacja stała się jednak sposobem nakręcania koniunktury gospodarczej, drukowane w nadmiarze pieniądze przeznaczano między innymi na kredyty gospodarcze i skup złota, a tania marka umożliwiała korzystny eksport polskich produktów.
W połowie 1923 roku inflacja przekształciła się w złowieszczą hiperinflację. W ciągu półrocza ceny wzrosły 286-krotnie. Każdy, jakkolwiek by nie był wykształcony, musiał się zmierzyć z wielomilionowymi transakcjami. Planowanie codziennych wydatków nastręczało wielu trudności. Jeden z publicystów pisał: „Te cyfry imponowały nam przed wojną. Dzisiaj inflacja, i jej siostra przyrodnia, drożyzna, spopularyzowały te cyfry. Używamy je z łatwością i nie mamy bynajmniej potrzeby wyszukiwania nowych sposobów porównania. […] Jeżeli odległość ziemi od słońca, 149 miljonów kilometrów, mogła nam imponować przed wojną, to co znaczy ta liczba dzisiaj? Wartość jednej akcji [zakładów tekstylnych] Żyrardowa!”. Zaczął się także załamywać – dotychczas dobrze funkcjonujący – system dostosowania płac do wzrostu cen. Doprowadziło to do licznych strajków, a w listopadzie 1923 roku do głośnych wystąpień w Krakowie, do których stłumienia użyto wojska, co pociągnęło za sobą 32 ofiary śmiertelne. Upadł rząd Chjeno-Piasta, czyli koalicja centrowo-prawicowa, na której czele stał Wincenty Witos. Wówczas na scenę wkroczył Władysław Grabski ze swoim programem naprawy, opracowanym znacznie wcześniej – u progu 1923 roku próbował zmierzyć się z reformą finansów publicznych. 20 grudnia 1923 roku Grabski wygłosił w Sejmie słynne exposé, w którym zażądał pełnomocnictw pozwalających wydawać dekrety w sprawie ustawodawstwa podatkowego, nowego systemu monetarnego i banku emisyjnego, a także ostrych oszczędności budżetowych.
W styczniu 1924 roku po utrzymaniu uprawnień przystąpił do realizowania kolejnych kroków potrzebnych do przeprowadzenia reformy walutowej i skarbowej. Terapia była szokowa, bo program, który minister pierwotnie planował na okres trzech lat, musiał ostatecznie przeprowadzić w kilka miesięcy. Rząd dokonał interwencji giełdowej i wprowadził program oszczędności. Udało się też Grabskiemu pozyskać zaufanie społeczne dla swoich działań, o czym najdobitniej świadczą wyniki subskrypcji akcji Banku Polskiego. W marcu 1924 roku sprzedano milion stuzłotowych akcji, które znalazły się w rękach 176 tysięcy akcjonariuszy. Wkłady były bardzo rozproszone – 150 tysięcy akcjonariuszy miało tylko po jednej akcji lub po dwie. Obywatele polscy odkupili swoje państwo. Bank Polski rozpoczął działalność 28 kwietnia 1924 roku i szybko podjął emisję nowej waluty – złotego polskiego, którego kurs został oparty na mierniku złota. W dość krótkim czasie wymieniono też wszystkie znajdujące się w obiegu marki polskie, symbol rozpasanej spekulacji walutowej.
kulturaliberalna.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
