czwartek, 20 czerwca 2019
„Etatyzm polega w Polsce na nadmiernej rozbudowie gospodarki państwowej oraz na wciskającej się we wszystkie tryby życia gospodarczego interwencji państwa. (…) Wszystkie działy etatyzmu wyrażają się w niesłychanej ilości więzów, nakazów i zakazów” – narzekał na łamach miesięcznika „Prąd” w 1929 r. prof. Adam Heydel. Zdaniem znanego ekonomisty pęd obozu sanacyjnego do obejmowania kontroli nad kolejnymi obszarami gospodarki wynikał przede wszystkim z uwarunkowań społecznych. „Struktura socjalna Polski to mieszanina trzech typów: szlachcica, inteligenta urzędnika i inteligenta z wolnego zawodu. Żaden z nich nie jest typem gospodarza przedsiębiorcy w nowoczesnem tego słowa znaczeniu” – pisał w artykule pt. „Dążności etatystyczne w Polsce” prof. Heydel. Przy czym nie widział żadnej siły zdolnej w II RP zapobiec triumfalnemu pochodowi etatyzmu. „Ideologja feudalna, kult tradycji, tradycyjnego sposobu życia i stopy życiowej, traktowanie ziemi nie jako warsztatu zarobkowego, ale irracjonalnie, z punktu widzenia sentymentu lub ambicji, charakteryzuje często nawet współczesnego ziemianina. Urzędnik nastawiony jest oczywiście etatystycznie. Im więcej ma inicjatywy, ambicji, energji tem silniej chce zaznaczyć swoją indywidualność. Wraz z inteligentem z wolnego zawodu ma na pół, lub zupełnie socjalistyczną wiarę w państwo, myśl «państwowo-twórczą». Wszystkim tym trzem przeważającym w Polsce typom wspólne jest jedno: pogarda dla zysku, dla dorobkiewiczostwa” – podkreślał prof. Heydel.
forsal.pl
„Przed domem nagle padł strzał skierowany z tyłu do Huberta Lindego. Strzał był wymierzony w głowę” – donosił „Głos Polski” 18 kwietnia 1926 r. Dzień wcześniej byłego prezesa PKO zastrzelił w Warszawie sierżant Wacław Trzmielowski. Opinia publiczna bardzo szybko opowiedziała się po stronie mordercy, bo Linde kojarzył się obywatelom z bankowością, czyli wszystkim, co najgorsze. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej, pod koniec lata 1925 r., krajem wstrząsnął potężny kryzys. Po ujawnieniu przez prasę malwersacji w jednym z lwowskich banków ludzie ruszyli do kas, żeby wycofać swoje oszczędności. Większości się to nie udało, bo bank upadł. Wkrótce podobna panika ogarnęła klientów innych instytucji finansowych i rozlała się na cały kraj. Rząd Władysława Grabskiego i powołany do życia Bank Polski SA, mający status banku centralnego, wcześniej potrafiły poradzić sobie z hiperinflacją, lecz te zdarzenia ich przerosły. Nim nadeszła zima, upadło w II RP jakieś trzy czwarte prywatnych instytucji finansowych i kryzys sam wygasł. Obywatele stracili jednak większość oszczędności, nabierający rozpędu wzrost gospodarczy się załamał, również złotówka uległa dewaluacji. Na koniec upadł i rząd Grabskiego.
Wkrótce potem podejrzenia zwykłych ludzi, że bankierzy to oszuści, potwierdziły opisane w lewicowej prasie nadużycia Huberta Lindego, byłego ministra skarbu z czasów premierostwa Witosa. Związany ze środowiskami endeckimi ekonomista podczas krachu kierował państwową Pocztową Kasą Oszczędności. Jak wykryła kontrola NIK, główną troską prezesa było zapewnienie bratu oraz politycznym przyjaciołom posad w zarządzanej przez siebie instytucji. Ponadto inspektorzy zarzucili Lindemu niegospodarność, podejrzewając go nawet o świadome wyprowadzanie pieniędzy z PKO. Były minister skarbu stanął przed sądem, lecz nim zapadł wyrok, karę wymierzył zawodowy żołnierz, sierżant Trzmielowski. „Przesiadywał na procesie, słuchał mów obrońców i replik, doszedł do wniosku, że Linde może być zbyt łagodnie ukarany, wobec tego, jak oświadczył, dla dobra ojczyzny postanowił popełnić zbrodnię” – relacjonował „Głos Polski” zeznania zabójcy.
Wiosną 1926 r. odczucia sierżanta Trzmielowskiego podzielały rzesze obywateli tęskniących za tym, żeby wreszcie w kraju przejął władzę ktoś, kto przywróci poczucie sprawiedliwości. Głównym kandydatem na przywódcę był oczywiście Józef Piłsudski. Nigdy nie wątpiono w jego uczciwość, a na dodatek – po wycofaniu się z życia politycznego – żył skromnie w podarowanym mu przez społeczeństwo dworku w Sulejówku. To kontrastowało ze stylem życia elity rządzącej. „Panowie generałowie siedzący na dobrach kupionych za bezcen, panowie politycy robiący interesy na swoim wpływie publicznym, panowie urzędnicy zabezpieczający sobie przezornie znakomicie płatne posady w koncernach i towarzystwach akcyjnych, jakże musicie pogardzać tym litewskim odludkiem, do którego czystych i pięknych rąk nie przylgnął żaden grosz publiczny” – wyliczał w książce „Wielki człowiek w Polsce” przywódca socjalistów Ignacy Daszyński.
forsal.pl
środa, 19 czerwca 2019
O 5.20 porucznik Roman Abraham, przyszły generał WP, wchodzi z oddziałem na rynek główny, zrywa z ratusza flagi ukraińskie i zawiesza polską. Jeszcze przed świtem zaczynają się napady na sklepy i domy żydowskie. Żołnierze polscy idą rabować dzielnicę żydowską. To na razie są chaotyczne rabunki, to jeszcze nie jest pogrom w rosyjskim sensie tego słowa.
O ósmej rano na rynku zbierają się już tłumy Polaków.
– Przyszli powitać niepodległość. Na oczach tłumu żołnierze oddziału Abrahama w obecności dowódcy rozbijają największy żydowski sklep jubilerski, czyli salon Zippera. To wtedy zaczyna się pogrom w rosyjskim znaczeniu tego słowa, czyli morderstwa, rabunki, gwałty, podpalenia co najmniej tolerowane przez władze. Splądrowane są wszystkie żydowskie sklepy w rynku, pod ratuszem, gdzie urzędują już polskie władze. Chrześcijańskie pozostają nietknięte. Potem ul. Krakowską wojsko i tłum lwowian idą na Zamarstynów.
(...) Eksplozja nienawiści następuje o świcie w piątek 22 listopada i trwa dwie doby, do ósmej rano w niedzielę 24 listopada. Charakterystyczne jest zachowanie Mączyńskiego. Mimo nakazu generała Roi w pierwszym dniu pogromu, by wprowadził natychmiast sądy doraźne, nie tylko ich nie wprowadza, lecz także wydaje w drugim dniu oskarżycielską odezwę do ludności żydowskiej, którą nakazuje rozwiesić na ulicach Lwowa. Ta odezwa tak naprawdę wzywa do pogromu.
Ile osób zamordowano?
– Minimalna liczba ofiar śmiertelnych podana przez sędziego Zygmunta Rymowicza to 50 osób. Komisja Ministerstwa Spraw Zagranicznych mówiła w grudniu 1918 r. o blisko 150 ofiarach śmiertelnych. Rannych jest wielokrotnie więcej. No i gwałty, grabieże, podpalenia.... Spłonęło 50 kamienic żydowskich, obrabowano ponad 500 sklepów.
(...)
Znalazłem opis kobiet, które na rabunek przychodzą ze służącymi, żeby było komu zanieść zrabowane rzeczy do domów państwa. I opisy lwowskiej inteligencji, która z satysfakcją patrzy na Żydów uciekających z płonących domów.
(...)
- Widziano polskich oficerów i polskie kobiety chodzące w projches na głowie, czyli w tkaninach, które okrywały w synagogach szafy do przechowywania Tory. Robiono stosy z Tory, najpierw je deptano, potem podpalano. Nie chodziło tylko o czysty rabunek, ale także o symboliczne poniżenie, moralny gwałt.
Trudno nie zauważyć zbieżności z postępowaniem Wehrmachtu czy SS. W pierwszych dniach okupacji w Polsce wpychano Żydów na beczki, obcinano pejsy.
– To są te same sceny, które miały miejsce 20 lat wcześniej w polskim mieście. Są opisy, jak w grudniu 1918 r. żołnierze zmuszają Żydów do tańczenia na stołach, skakania po ławkach, obcinają brody i pejsy, żydowscy lekarze, a także adwokaci, muszą czyścić latryny. To się dzieje już po pogromie, przez następne sześć tygodni, gdy dzielnica żydowska jest terroryzowana przez Miejską Straż Obywatelską pod dowództwem Wita Sulimirskiego, która podlegała de facto Mączyńskiemu. Żydzi byli wtedy całkowicie wyjęci spod prawa. Polacy mogli robić z nimi, co chcieli. Byli aresztowani, bici, kobiety gwałcone w mieszkaniach.
wyborcza.pl
Polska jest w niechlubnej europejskiej czołówce pod względem liczby skutecznych prób samobójczych wśród dzieci i młodzieży. [dajmy tu konkretne dane] Z danych Policji wynika, że w ubiegłym roku na 730 prób samobójczych 116 zakończyło się śmiercią. Gorzej jest tylko w Niemczech. Dlaczego sytuacja jest tak dramatyczna?
Jeśli jest tak, że przyjmujemy na ostrym dyżurze pacjentów w wieku od 15 do 18 lat, to oznacza, że coś niepokojącego działo się z tymi dziećmi już wcześniej. Przyczyna leży w braku zaplecza psychologicznego, pedagogicznego, psychiatrycznego w środowisku pacjenta, czyli braku pomocy na różnych etapach rozwoju dziecka. W Polsce w dalszym ciągu myślimy w kategoriach leczenia objawów, a nie przyczyn. Do rządu powinno w końcu dotrzeć, że zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży zapewnia prawidłowe funkcjonowanie społeczne. To czysta ekonomia - im szybciej się komuś pomoże, tym mniej wyda się na niego pieniędzy. Ale takie podejście, niestety, wymaga całkowitej przebudowy strukturalnej na różnych poziomach, a na nią nie ma odpowiednich środków. Dopiero ostatnio ministerstwo zaczęło coś w tym temacie robić, na początku roku powołano zespoły, których zadaniem jest opracowanie zmian w psychiatrii dzieci i młodzieży. Na razie nie wiadomo, kiedy wejdą one w życie. Perspektywa jest raczej długa, nie wiem, czy my, psychiatrzy i personel, doczekamy tych zmian.
(…)
Dlaczego w tej chwili tak wiele młodych osób potrzebuje pomocy psychiatrycznej?
Tych powodów jest mnóstwo. Na pewno jednym z nich jest to, że zwiększyła się świadomość społeczna, ludzie częściej szukają specjalistycznej pomocy. Drugi czynnik to intensywnie zmieniająca się kultura, sposób życia społecznego. Zupełnie inaczej wygląda życie rodzinne dziś niż 20 czy 30 lat temu. Zdecydowanie więcej dzieci wychowuje się w rodzinach niepełnych lub tzw. patchworkowych [powstających w wyniku ponownego zakładania rodzin przez jednego lub oboje rodziców po rozwodzie - przyp. red.]. Albo w rodzinach, które funkcjonują tylko formalnie, bo jeden z rodziców pracuje za granicą lub w innym mieście. Rodzice pracują zdecydowanie więcej niż kiedyś, dzieci są więc bardziej samotne. Nie ma już prawie rodzin wielopokoleniowych. Podsumowując - ważnym problemem jest brak wystarczającego oparcia w rodzinie.
gazeta.pl
sobota, 15 czerwca 2019
Zerknijmy jeszcze raz do Barometru Rynku Pracy. Jeżeli niemal 50 proc. pracodawców ma problem ze znalezieniem odpowiedniego pracownika, to świetnie się składa, bo niemal tyle samo (47 proc.) pracowników deklaruje, że zmieniłoby pracę, jeżeli dostaliby ofertę pracy z wynagrodzeniem o 25-50 proc. wyższym. Kolejne 24 proc. zmieniłoby pracę jeżeli dostałoby podwyżki na poziomie 10-25 proc. Tylko, że jedynie 15 proc. pracodawców chce w najbliższym czasie dać podwyżki. Dodatkowo rodzimi przedsiębiorcy raczej niechętnie inwestują w rozwój kapitału ludzkiego w swoich firmach.
Jak więc odczytywać marudzenia pracodawców na to, że nie mogą znaleźć pracowników? Prawda jest brutalna. Należy je traktować jako przejaw nieudolności polskich firm. Jeżeli mamy określać w jakiś sposób obecny rynek, to będzie to rynek nieudolnego pracodawcy – wytwarzającego nisko wydajne produkty (na tle europejskiej konkurencji), niewiele płacącego, niechętnie inwestującego w rozwój pracowników i swoich biznesów. Dla przykładu według raportu KPMG jedynie 44 proc. średnich firm (zatrudniających od 50 do 249 pracowników) z branży przetwórstwa przemysłowego (gros polskiego przemysłu i aż 22 proc. wartości dodanej brutto w gospodarce) zamierza w najbliższym czasie optymalizować procesy biznesowe. To znaczy, że ponad połowa nie zamierza tego robić.
newsweek.pl
Służąca usługiwała nie tylko pani, ale i jej mężowi oraz paniczom. W mieszczańskich domach był taki zwyczaj, że wieczorami wystawiało się do przedpokoju buty, żeby służąca wiedziała, które ma wyczyścić. Jak już je wyczyściła, to - jeśli była zima - rozpalała w piecach, szła po świeże bułki, zajmowała się dziećmi. W mniej zamożnych rodzinach klasy średniej była zwykle jedna służąca, w arystokratycznych służba była bardziej rozbudowana. Ale nawet i w zamożniejszych domach inteligencji, gdy dom był duży, służba liczyła kilka osób. Pisarze Józef Wittlin czy Jarosław Iwaszkiewicz mieli i kucharkę, i służącą, i nianię. Jak ktoś miał służbę męską, czyli lokaja i kamerdynera, to znaczyło, że rodzina jest naprawdę zamożna.
Ile zarabiała służąca?
Średnio 7 złotych tygodniowo, czyli około 30 złotych miesięcznie. Ale w Warszawie więcej - około 50. W fabryce taka dziewczyna zarabiałaby 70-90 złotych miesięcznie. Ale tam nie miałaby mieszkania. I jedzenia. Tak czy inaczej, stawki służących były bardzo niskie, W podręczniku z lat 30. pisano, że służąca może sobie w ciągu roku odłożyć na płaszcz, jak będzie oszczędzała połowę pensji. Ale dziewczyny pracujące w mieście żyły skromnie, bardzo często oszczędzały, głównie na to, żeby pieniądze wysyłać rodzinie na wsi, żeby ta mogła sobie na przykład konia kupić.
Gdy służąca jechała na wieś w odwiedziny, wyróżniała się pięknym ubiorem, którego miejscowe jej zazdrościły. Z opowieści Bronisławy, która nigdy wcześniej nie widziała pociągu, wynika, że praca w mieście była dla niej przygodą życia. W czasie wojny wróciła do siebie na wieś, ale stale wspominała tamte czasy jako najwspanialsze. Te, w których widziała tramwaj, telefon czy odkurzacz. Czuła się częścią wspaniałego świata.
Witka Boguszówna, która przyjechała do Warszawy z małopolskiej wsi, w stolicy po raz pierwszy zobaczyła drewniany parkiet. Zbaraniała. Zdjęła buty i chodziła po nim boso, bo się bała, że się wywróci. U niej w domu było klepisko. Szok cywilizacyjno-kulturowy był ogromny.
gazeta.pl
czwartek, 13 czerwca 2019
100 godzin tygodniowo to 14 godzin pracy dziennie przez 7 dni. 80 godzin przekłada się na 13 godzin dziennie, z wolną niedzielą. Przy 60 godzinach sprawa wygląda trochę lepiej – wystarczy pracować 12 godzin przez 5 dni i weekend ma się wolny!
Tyle czasu spędzało w biurze wielu spośród kilku tysięcy pracowników firmy Rockstar przez tygodnie, miesiące, a nawet lata poprzedzające niedawną premierę „Red Dead Redemption 2”. Szlifowali każdy aspekt i szczegół gry (sławetnym przykładem stały się końskie jądra zmieniające rozmiar pod wpływem warunków pogodowych). Wszystko, by zapewnić graczom możliwie najbardziej immersyjne doświadczenie przebywania w cyfrowej wersji Dzikiego Zachodu. I cóż, udało im się – oj, jak bardzo się udało.
100-godzinnym tygodniem pracy – przedstawiając go jako godne podziwu poświęcenie twórców dla odbiorców – pochwalił się w wywiadzie dla serwisu „Vulture” Dan Houser, współzałożyciel Rockstara i główny scenarzysta gry. Wkrótce potem dziennikarz Jason Schreier, po serii wywiadów z byłymi i obecnymi pracownikami firmy, napisał dla serwisu „Kotaku” reportaż o ich doświadczeniach przy tworzeniu „Red Dead Redemption 2”. Choć nikt nie przyznał się do spędzania aż stu godzin tygodniowo w biurze, obraz kultury pracy w Rockstarze wcale nie wygląda dzięki temu lepiej: mordercze nadgodziny były na porządku dziennym, a do dobrego tonu należało przesiadywanie w pracy w weekendy, choćby po to, by pokazać się szefostwu. Skutki były łatwe do przewidzenia: wypalenie zawodowe, rozbite związki, problemy ze zdrowiem psychicznym, nałogi. Ach tak, również znakomita gra.
dwutygodnik.com
W latach 1924-1925 sytuacja gospodarcza w Niemczech stopniowo się poprawiała. Zagłębie Ruhry opuściły wojska francuskie i belgijskie, co oznaczało formalny powrót najbardziej uprzemysłowionego obszaru pod niemiecki zarząd. W celu możliwie najszybszego odrobienia strat w przemyśle i górnictwie zniesiono 8 godzinny dzień pracy. Dzięki temu Niemcy błyskawicznie stały się węglową potęgą (drugim najważniejszym producentem węgla w Europie i trzecim na świecie). W sierpniu 1924 r. koalicjanci uzgodnili nowe korzystniejsze dla Niemiec terminy spłat reparacji wojennych (tzw. plan Dawesa). Odblokowany został także dostęp do zagranicznych kredytów.
Zmiany następowały także w polityce handlowej Niemiec. W styczniu 1925 r. wygasły postanowienia traktatu wersalskiego, które zobowiązywały Niemcy do jednostronnego objęcia towarów pochodzących z państw Ententy (w tym Polski) klauzulą najwyższego uprzywilejowania (KNU). Odtąd Niemcy już samodzielnie prowadziły politykę handlową i przyznały klauzulę najwyższego uprzywilejowania na zasadzie wzajemności tym krajom, z którymi zawarły umowy handlowe. W latach 1923-1925 Niemcy zawarły takie umowy z blisko sześćdziesięcioma krajami. Polska była najważniejszym partnerem handlowym, z którym nie podpisano takiej umowy. Negocjacje polsko-niemieckie zakończyły się jedynie utrzymaniem dotychczasowych warunków przez pierwszą połowę 1925 r. Niemcy czekali bowiem na wygaśnięcie w końcu czerwca 1925 r. postanowień Konwencji o podziale Górnego Śląska, które gwarantowały Polsce eksport 6 mln ton węgla rocznie do Niemiec.
Na kilkanaście dni przed końcem obowiązywania bezcłowego handlu produktów górnośląskich, Niemcy zaproponowały import 1 mln ton węgla na dotychczasowych warunkach w zmian za przyjęcie politycznych warunków, które dotyczyły gwarancji praw własności dla obywateli niemieckich w Polsce (tzw. optantów) oraz częściowej korekty granic. Polska odrzuciła niemieckie żądania sprzeczne z postanowieniami traktatu wersalskiego. W efekcie Niemcy wprowadziły zakaz importu węgla z Górnego Śląska, a jednocześnie od początku lipca 1925 r. znacząco wzrosły niemieckie cła w imporcie polskich produktów (ze względu na wygaśnięcie KNU). W odpowiedzi Polska ogłosiła listę zakazanych towarów w imporcie z Niemiec. Niemcy nie pozostały dłużne. Eskalacja zakazów w handlu między Polską a Niemcami wydłużała się jeszcze z obu stron.
(...)
Polsko-niemiecka wojna handlowa była jedynym takim wydarzeniem w dwudziestoleciu międzywojennym. Niemcy, wykorzystując duże uzależnienie polskiej gospodarki (w 1924 r. na Niemcy przypadało 42 proc. polskiego eksportu), starały się w ten sposób doprowadzić do destabilizacji sytuacji gospodarczej i politycznej w Polsce, w tym przede wszystkim na Górnym Śląsku. Polska wprowadziła zakaz importu towarów, które z jednej strony miały istotne znaczenie w imporcie z Niemiec, z drugiej strony można je było względnie łatwo zastąpić importem z innych europejskich krajów, aby nie zakłóciło to funkcjonowania polskich przedsiębiorstw. W wyniku wojny celnej silnie ograniczony został import z Niemiec taboru kolejowego, produktów chemicznych, skór, obuwia, tkanin oraz przetworów zbożowych (mąki). Natomiast w eksporcie, obok węgla, niemieckie restrykcje były najbardziej dotkliwe dla żelaza i stali oraz wyrobów z cynku.
obserwatorfinansowy.pl
Jak zauważył analityk Banku BGŻ BNP Paribas Paweł Wyrzykowski zaraz po odzyskaniu niepodległości przez nasz kraj powołano do życia Główny Urząd Statystyczny, który trzy lata później opublikował pierwsze dane m.in. o polskim rolnictwie. Natomiast dane o wydatkach i spożyciu pochodzą z pierwszych badań budżetów rodzin robotniczych z 1927 r.
Z danych tych wynika, że tuż po I wojnie światowej najważniejszą uprawą w Polsce było żyto (a obecnie jest to pszenica). Jego powierzchnia upraw w sezonie 1921/1922 wynosiła 4,5 mln ha, co stanowiło 25 proc. powierzchni gruntów ornych w Polsce. Pszenica, z areałem upraw na poziomie nieco powyżej 1 mln ha, uplasowała się dopiero na czwartym miejscu. Znaczące są różnice w plonach tych zbóż, 100 lat temu plony żyta były o 64 proc. mniejsze, a pszenicy o 77 proc. Dodał że wówczas powierzchnia zasiewów w porównaniu z obecną była o ok. 2 mln ha większa.
Znacznie więcej uprawiano ziemniaków, ich uprawa wówczas zajmowała 2,2 mln ha, a w 2017 r. ziemniaki zajmowały areał ok. 320 tys. hektarów
Przez 100 lat znacznie spadło pogłowie koni. Ich pogłowie w 1921 r. wyniosło 3,2 mln sztuk i było 17 razy większe niż w 2017 r. Znacznie więcej było również owiec - 2,18 mln sztuk wobec zaledwie 260 tys. w 2017 r. W 1921 r. pogłowie bydła było zaś o 22 proc. większe od notowanego w 2017 r. Znacznie mniejsze było pogłowie trzody chlewnej, w 1921 r. ukształtowało się na poziomie 5,2 mln sztuk, czyli było ich o 45 proc. mniej niż w 2017 r. - zauważył Wyrzykowski.
Przemysł spożywczy był jednym z podstawowych działów przetwórstwa przemysłowego w Polsce po odzyskaniu niepodległości. Najsilniejszą gałęzią przemysłu spożywczego były cukrownie i rafinerie cukru, gdzie znajdowało zatrudnienie 36 tys. osób. Produkcja cukru surowego w sezonie 1922/1923 odbywała się w 70 fabrykach i wyniosła 315 tys. ton, w 2017 r. cukier wytwarzało osiemnaście zakładów, które zatrudniały 3,3 tys. osób wyprodukowało 2,3 mln t cukru białego.
W latach dwudziestych ubiegłego wieku wystąpiła w Polsce hiperinflacja. W styczniu 1923 r. najczęstsze dzienne wynagrodzenie rzemieślnika w Warszawie stanowiło równowartość 6,6 kg chleba bądź 12,7 l mleka lub 0,6 kg masła lub 1,9 kg wołowiny lub 72,6 kg ziemniaków. A miesiąc później za wynagrodzenie ze stycznia można było kupić już tylko 4,2 kg chleba, 7,4 l mleka, 1,3 kg wołowiny lub 29,4 kg ziemniaków.
Warto też zauważyć, że 100 lat temu wydatki na żywność stanowiły prawie 60 proc. wydatków ogółem - podkreślił analityk. Pierwsze badania rodzin robotniczych przeprowadzono w 1927 r. w czterech ośrodkach przemysłowych (Warszawie, Łodzi, Zagłębiu Dąbrowskim i na Górnym Śląsku). Przeciętnie w rodzinie robotniczej w tym okresie przebywało 4,94 osób. Dla porównania, w gospodarstwach domowych pracowników w 2017 r. średnia liczba osób wyniosła 3,09.
W 1927 r. w rodzinach robotniczych wydatki na zakup żywności stanowiły 59,7 proc. wszystkich wydatków takiej rodziny. Obecnie gospodarstwo domowe osób pracowniczych na żywność i napoje bezalkoholowe przeznacza 23 proc. swoich wszystkich wydatków.
W 1927 r. najwięcej pieniędzy wydawano na pieczywo i mąkę, te zakupy stanowiły 31,2 proc. wszystkich wydatków na żywność. Drugą najważniejszą pozycję stanowiły mięso i ryby (16,3 proc. wydatków na żywność), a trzecią wydatki na tłuszcze (bez masła, 11 proc.). Wydatki na mleko stanowiły 8 proc., na ziemniaki i cukier po 6 proc.
Podstawą diety był chleb i ziemniaki. W 1927 r. jedna osoba w rodzinach robotniczych spożywała aż 104 kg chleba i 175 kg ziemniaków. W 2017 r. osoba w gospodarstwie domowym pracowników konsumowała 40 kg pieczywa i 38 kg ziemniaków.
Mięsa jadano mniej niż obecnie i najczęściej była to wołowina. W 1927 r. w rodzinach robotniczych stanowiła ona 2/3 konsumowanego mięsa ogółem. Przeciętnie jedna osoba rocznie spożywała 12,3 kg wołowiny, 4,4 kg wieprzowiny i tylko 0,3 kg drobiu. Teraz struktura spożycia mięsa jest zupełnie inna.
Obecnie drób jest podstawowym mięsem spożywanym w gospodarstwach domowych. W 2016 r. jedna osoba skonsumowała rocznie 16,8 kg mięsa drobiowego rocznie, 14,0 kg wieprzowiny i zaledwie ok. 1 kg wołowiny - podsumował Wyrzykowski. (PAP)
naukawpolsce.pap.pl
Mamy rok 1901. W Paryżu grają groteskę Alfreda Jarry’ego o królu Ubu, który rządzi „w Polsce, czyli nigdzie”. Minęło sto lat, odkąd królestwo polskie znikło z mapy. Dziadek Izaak rodzi się jako poddany austriacki, tata jako rosyjski, a miasto, w którym ja mam się urodzić, należy do Prus i sprawia wrażenie przedmieścia Berlina: ciężka architektura, solidni rzemieślnicy i wysprzątane ulice.
Ale teraz władza cesarska wszędzie drży w posadach i zaczyna kiełkować nadzieja. Wśród Serbów i Polaków, Litwinów i Estończyków, Słoweńców i Słowaków, Rusinów i Czechów, Chorwatów i Węgrów, i wszystkich innych, którzy albo stracili, albo nigdy nie mieli własnego państwa, z flagą, orderami, teatrem narodowym, znaczkami pocztowymi, uniwersytetem, walutą i własnym królem, albo przynajmniej prezydentem.
Tak pisać nie wypada. Przepraszam wymienione narody. Chodziło wszak o samostanowienie, o język ojczysty i nazbyt długo negowaną odrębność. O demokrację nawet. Ale jak wielu jest w granicach dawnej Polski takich, co marzą o własnym państwie? Którzy potrafią napisać Szczebrzeszyn, noszą żałobę w rocznice przegranych powstań i mówią „pobiliśmy Turka” o bitwie pod murami Wiednia w 1683?
Mniej więcej co dziesiąty, odpowiadają historycy. Gdy sto lat temu spytało się chłopa o przynależność, to mówił „tutejszy” i wymieniał nazwę swojej wsi, w najlepszym razie parafii. A Polacy? „Nie ma ich w domu, panie. Państwo pojechali do miasta”.
„Polacy” to prawie wyłącznie potomkowie ziemiaństwa, jedynej klasy uprawnionych w rzeczypospolitej szlacheckiej. Dziadek Władysław należy do tego małego narodu. Jest wprawdzie tylko konduktorem kolei transsyberyjskiej, lecz jego polskość jest solidnie zakotwiczona w późnym średniowieczu. Nad kominkiem wiszą na pewno pordzewiałe szable. Nie jest jasne, kiedy i jak rodzina straciła majątki. Złośliwcy twierdzą, że przegrano je w karty. W najlepszym razie zostały skonfiskowane za polskie rebelie. Lecz trudno sobie wyobrazić, aby ludzie z Bielewa ronili łzy, kiedy dziedzica Bielawskiego wieziono na Syberię. Polska nie była ich sprawą i być nią nie mogła. Niewolnicy nie mają ojczyzny, a to niewolnicy, dopiero co wyzwoleni, byli ludem w tej części świata. Pańszczyznę zniesiono, gdy dziadek był nastolatkiem, w roku 1864.
Do czego zmierzam? Do tego, że w roku 1901 Roman Dmowski jest narodowcem bez narodu. Lub, dokładnie rzecz biorąc, z malutkim, rozpuszczonym w morzu analfabetów mówiących pięcioma językami. Z tych dwudziestu milionów, które żyją w obrębie dawnych granic Polski, może ze dwa miliony to Polacy, w tym sensie, w jakim od ponad dwustu lat każdy smolandzki parobek czuł się Szwedem.
Jak sprawić, aby na poły zruszczeni warszawscy urzędnicy, śląscy lokalni partrioci z Beuthen, krakowscy kupcy wierni cesarzowi czy muzułmańscy Tatarzy (jak Buczyńscy, antenaci Charlesa Bronsona), przyjęli do wiadomości, że są w pierwszym rzędzie Polakami, dumnymi spadkobiercami królestwa, które ich przodkom odmawiało wszelkich praw? Jak sprawić, aby parobek poczuł, że dzieli los z dziedzicem, lecz nie ze szwagrem, który gada po białorusku i żegna się na opak?
krytykapolityczna.pl
wtorek, 11 czerwca 2019
„HAMAS, HAMAS, JUDEN AUF DEN GAS!”, skandują kibice piłki nożnej podczas meczu w Warszawie w kwietniu 2011 roku. Siedemnastu z nich rozpoznano na zdjęciach i zostali skazani. Z przesłuchań:
Magazynier: Nie znam historii Żydów. Nie zastanawiałem się, po co to się krzyczy na meczu. Śmiałem się z tego.
Student uczelni technicznej: Z hasła „Hamas…” nie rozumiem dwóch pierwszych słów. Jak krzyczałem, domyślałem się, co znaczy „gas”. „Juden” nie było mi znane. Nie robiłem hitlerowskiego pozdrowienia, tylko coś pokazywałem.
Uczeń technikum informatycznego: Wiem, że Żydzi byli mordowani w komorach gazowych. Skandowałem przeciwko kibicom Widzewa. Kojarzą się oni w środowisku kibiców jako klub żydowski, nie wiem dlaczego. Nie wiedziałem, że to przestępstwo.
Fryzjer: Wiem, co znaczy to hasło, ale krzyczała cała trybuna. Krzyczałem: „Humus”. Nie chciałem, żeby ktoś zauważył, że nie dopinguję drużyny.
Student politologii: Nie rozumiałem, bo to było po niemiecku.
Bezrobotny elektryk: Wiem, co znaczy „Hamas, Hamas…”, to „Żydzi do gazu”. Nie jestem rasistą. Nie wiem, dlaczego krzyczałem. Wszyscy to krzyczeli.
Fizjoterapeuta: Dałem się ponieść emocjom. Zrobiłem to nieświadomie.
Zawodowy żołnierz: Łódź była traktowana jako żydowskie miasto. Jak ktoś zapowiada doping, to krzyczę.
Wśród skazanych są także magister historii, pracownik sądu i dwaj prywatni przedsiębiorcy. Odmówili składania zeznań. Prokurator nie spytał, czy którykolwiek z nich widział kiedyś Żyda. Chyba dlatego, że z góry znał odpowiedź.
krytykapolityczna.pl
Ledwie zdążyli sami się policzyć, polscy aryjscy doktorzy, kiedy z zachodu wjechali jeszcze lepsi Aryjczycy i rozpędzili ich związek. Było ich wtedy 4.161, jedna trzecia ogółu lekarzy, członków ZLPP. W programie: rugowanie Żydów ze wszystkich fachów mających cokolwiek wspólnego z medycyną. Nie będzie im wolno pracować w aptekach, produkować stetoskopów, drukować podręczników ani recept.
W związkowym piśmie „Życie Lekarskie” doktor Ludwik Dydyński naucza, jak wytropić Żydów. Rejestr lekarzy, ku jego ubolewaniu, nie wyszczególnia rasy ani religii. Ale jeżeli ktoś nazywa się Weinberg, Rotberg, Rabinowicz albo Zelman, to sprawa jest oczywista. Także imiona mogą być wskazówką: Szymon, Bernard, Dawid. I, oczywiście, Aron albo Chana. Doktor Dydyński policzył ich wszystkich, od Poznania na zachodzie po Wilno na wschodzie. 4839. Cztery tysiące osiemset trzydzieści dziewięć osób, jedna trzecia ogółu lekarzy. Lecz przypuszczalnie jest ich więcej, wielu nosi dziś polskie nazwiska.
Na dwa tygodnie przed napadem hitlerowskich Niemiec na Polskę związek lekarzy wysyła dramatyczny apel do rządu: trzeba koniecznie zabronić żydowskim lekarzom przybierania chrześcijańskich imion! Jeżeli ktoś urodził się jako Alter, to nie ma prawa nazywać się Artur. Polscy pacjenci nie mogą być oszukiwani i szukać porad lekarskich u wroga. Związek lekarzy rozkleja plakaty: Oto prawdziwi polscy lekarze! Unikajcie innych! Zdarza się, że afisze są zrywane. Związek domaga się, aby policja położyła kres temu niszczeniu. Niestety są chrześcijańscy lekarze, którym brakuje patriotyzmu i którzy protestują przeciw nowym zasadom. Tych trzeba publicznie napiętnować. Ludzie muszą poznać nazwiska tych zdrajców.
(...)
Odrodzona Polska stoi u progu lat dwudziestych zeszłego wieku przed gigantycznym problemem. Trzy zabory, które przez przeszło sto lat były od siebie oddzielone, każdy z własnym systemem szkolnictwa, językiem urzędowym, walutą, gospodarką i systemem prawnym, należy scalić w jeden kraj. Nowo wytyczone granice amputują dawne rynki – a na nowych drogi biegną w złą stronę. Są kopalnie i są stalownie, ale nie łączy ich kolej. Prawo cywilne jest w chaosie, pięć różnych systemów działa równolegle. Mieszkańców Kalisza obowiązuje ślub kościelny i zakaz rozwodów, trzydzieści kilometrów dalej na zachód ważny jest tylko ślub cywilny. Co trzeci obywatel w nowym kraju nie umie czytać ani pisać, co piąte dziecko umiera w kołysce. Co nie powinno dziwić, bo kraj cierpi na dramatyczny brak lekarzy. Ale co druga gazeta utrzymuje, że głównym obowiązkiem Polaka jest tak obrzydzić życie co trzeciemu doktorowi, żeby z Polski uciekł.
krytykapolityczna.pl
Marcin Piątkowski: Przez ostatnich sto lat polska gospodarka była na rollercosterze, bo jechaliśmy często w górę, ale też bardzo często spadaliśmy w dół. Ponad sto lat temu, na progu pierwszej wojny światowej, byliśmy mniej więcej na poziomie połowy dochodu Europy Zachodniej, ale potem było już tylko gorzej.
Dopiero kilka lat temu przekroczyliśmy relatywny poziom dochodu sprzed ponad stu lat. W czasie II RP nie udało nam się ani trochę dogonić Zachodu. Przeciwnie, mimo dużego zacofania, które powinno pomóc nam w nadganianiu, w 1938 roku mieliśmy poziom dochodu i produkcji niższy niż w 1913. Było to głównie rezultatem szkodliwej polityki gospodarczej, bo utrzymywaliśmy aż do samego końca mocny kurs złotego i nawet w czasie światowego kryzysu zamiast zwiększać wydatki budżetowe to myśmy je zmniejszali.
Centralny Okręg Przemysłowy i port w Gdyni to przedsięwzięcia, które można wspominać na rocznicowych obchodach, ale nie zmieniają one ogólnego obrazu gospodarczej porażki II RP. Później był PRL. Co ciekawe, przez pierwszych 20 lat PRL-u bardzo szybko doganialiśmy Zachód. Szliśmy mocno do przodu i oceniając pół żartem, pół serio, gdyby PRL skończył się w 1965 roku to, abstrahując od politycznych i społecznych kosztów, gospodarczo byłby on sukcesem.
(...)
II RP to była gospodarka oparta na rolnictwie ze słabym dostępem do rynków zbytu, bo ani nie mogliśmy eksportować do Związku Radzieckiego, ani do Niemiec z powodu wojny celnej. Mieliśmy też szkodliwą politykę gospodarczą i oligarchiczną strukturę społeczną, w którym państwo było rządzone przez wąską elitę na swoją korzyść, a nie całego społeczeństwa.
gazeta.pl
niedziela, 9 czerwca 2019
Prawo do posiadania broni to kolejna kwestia, która dzieli społeczeństwo na zwolenników na demokratów i republikanów. Republikańska kultura broni odzwierciedla te same siły, które kształtują jej anty-mniejszościowe poglądy. W doskonałej książce Loaded historyczka Roxanne Dunbar-Ortiz przypomina, że „dobrze zorganizowana milicja”, o której mowa w drugiej poprawce do konstytucji USA, gwarantującej prawo do posiadania broni, oznaczała watahy białych mężczyzn, którzy najeżdżali wioski rdzennych Amerykanów i polowali na uciekających niewolników.
Jak napisali Avidit Acharya, Matthew Blackwell i Maya Sen w niedawno wydanej książce Deep Roots: How Slavery Still Shapes Southern Politics, to dziedzictwo niewolnictwa i powojennej segregacji dało początek obecnej kulturze politycznej Południa. „To właśnie na obszarach, gdzie niegdyś mieszkało najwięcej niewolników, znajdziemy najwięcej białych oponentów Partii Demokratycznej, przeciwników programu wyrównywania szans i głosicieli poglądów, które można odbierać jako rasistowskie”.
Zarówno przed wojną domową, jak i po niej, biedni biali z Południa akceptowali swój niski status, ponieważ cenili własną wyższość nad jeszcze bardziej zdesperowanymi Afroamerykanami. W ten sposób polityka rasowa nie dopuściła do głosu polityki klasowej, dzięki której biedni biali i czarnoskórzy mogliby wspólnie domagać się lepszych usług publicznych, opłacanych z wyższych podatków ściąganych od białych elit.
Spośród dwudziestu sześciu senatorów reprezentujących dziś trzynaście stanów byłej Konfederacji, dwudziestu jeden to republikanie, a pięciu to demokraci. Z trzydziestu ośmiu senatorów reprezentujących obecnie dziewiętnaście stanów, które w 1861 roku należały do Północy, dwudziestu siedmiu to demokraci, a dziewięciu to republikanie (dwóch niezależnych senatorów, Bernie Sanders i Angus King, współpracuje z demokratami). Prezydent Donald Trump to geograficzna anomalia: rasista z liberalnego Nowego Jorku. Trump, gorący orędownik kultury białych mężczyzn z Południa, został odrzucony przez swój rodzimy stan (59% dezaprobaty we wrześniu 2018 roku). Więcej w nim Missisipi niż Manhattanu.
(...)
Demokraci i republikanie tworzą partie nie tylko różnych kultur i regionów, ale także różnych gospodarek. Stany Północnego Wschodu i wybrzeża Pacyfiku przewodzą w dziedzinie zaawansowanych technologii, innowacji, szkolnictwa wyższego, dobrze płatnych miejsc pracy i dochodu na głowę mieszkańca. Południe pozostaje daleko w tyle. Biali mężczyźni z klasy robotniczej z Południowego i Środkowego Zachodu bronią swego statusu i przywilejów rasowych, ale także walczą o miejsca pracy w branżach, w których automatyzacja i wolny handel stale zmniejszają zatrudnienie.
Biali reprezentanci klasy robotniczej z Południa mogliby wiele zyskać, gdyby odwrócili się od republikańskiej polityki konfliktów rasowych, a wybrali politykę klasową. To przecież białe korporacyjne elity, a nie biedni Afroamerykanie, Latynosi i inne mniejszości odbierają białym z klasy robotniczej dobre szkoły publiczne, przystępną cenowo opiekę zdrowotną i bezpieczne środowisko. Zasiadający w Senacie biali mężczyźni z Południa rozgrywają wojnę kulturową częściowo po to, by chronić ultrabogatych sponsorów Partii Republikańskiej, którzy pełnymi garściami czerpią zyski z obniżek podatku dochodowego i deregulacji środowiskowych, podczas gdy partia wskazuje palcem kozły ofiarne – Afroamerykanów i Latynosów.
krytykapolityczna.pl
W 2011 r. samoloty MiG-29 i Su-22 trafiły do zakładu w Bydgoszczy, ponieważ w K-36 skończyły się resursy, czyli okresy ważności użytkowania. Aby te fotele mogły dalej latać, technicy w bydgoskich zakładach zrobili przeglądy i wymienili zużyte elementy.
Problem w tym, że nie mieli już wówczas dostępu do oryginalnych części zamiennych.
- Przedłużenie okresu ważności foteli nastąpiło w 2011 r. Został dokonany przegląd i wymiana niektórych części – przyznaje w rozmowie z Onetem prezes Leszek Walczak. Doprecyzowuje, że wymieniono wtedy m.in. pierścienie: – We wszystkich fotelach nastąpiły pewne ulepszenia.
Właśnie w tych „ulepszeniach” ppłk Tomasz Łyżwa, a także kilku innych pilotów, z którymi rozmawialiśmy, dopatruje się bezpośredniej przyczyny śmierci kpt. Sobańskiego: – Z przecieków wiadomo, że główną przyczyną śmierci tego pilota, czyli nieotworzenia spadochronu, było nieodpalenie zagłówka z fotela, w którym znajduje się spadochron – mówi.
- Dlaczego zagłówek miałby nie odpalić?
- Zakład w Bydgoszczy samowolnie dorobił pierścień odpowiedzialny za odpalenie spadochronu w zagłówku. Materiał, z którego ten pierścień był wykonany, był trzy razy bardziej wytrzymały niż przewidywała to technologia producenta – tłumaczy pilot.
Chodzi o wspominany już pierścień ustalający mechanizmu strzałowego. Jedna z kontrolowanych eksplozji podczas katapultowania zrywa go, powodując rozwinięcie się spadochronu. Zbyt duża wytrzymałość pierścienia może spowodować, że spadochron się blokuje i nie odpala, zatrzymując kolejne etapy procesu katapultowania. W konsekwencji pilot spada na ziemię razem z fotelem.
A tak właśnie się stało, gdy kpt. Sobański feralnej nocy próbował ratować życie.
(...)
Oficer, który zajmował się zakupami dla wojska, w rozmowie z Onetem komentuje: – Tak, dokumentację w Polsce wydaje główny inżynier wojsk lotniczych w Inspektoracie Wsparcia Sił Zbrojnych, bez konsultacji z rosyjskimi producentami samolotów Su-22 i MiG-29. W swoich biuletynach rosyjski producent zawiera informacje o każdej najdrobniejszej zmianie, każdej śrubce i rozsyła je do kooperantów, by byli na bieżąco.
– W Polsce kooperantem jest WZL2 w Bydgoszczy, ale po pogorszeniu się stosunków politycznych z Moskwą, biuletynów od producenta już nie dostaje – twierdzi nasz informator. Na jakiej zasadzie główny inżynier sam pisze więc tę dokumentację? - Chyba na takiej, jak sobie mały Kaziu wojnę wyobraża – mówi oficer.
onet.pl
Piotr Gruszka: Dlaczego Dżamal Chaszukdżi był tak groźny dla Arabii Saudyjskiej, że zdecydowano się go zabić?
Dr Mariusz Marszewski: Chaszukdżi od wielu lat był jednym z najważniejszych dziennikarzy publikujących z krajów arabskich po angielsku. W 1982 roku skończył studia w Indianie w USA i czuł się na Zachodzie jak ryba w wodzie. Młodemu księciu Muhammadowi ibn Salmanowi nie podobało się, że Dżamal Chaszukdżi nie mówi z nim jednym głosem.
Jak wyglądała ta krytyka? Chyba do najostrzejszych nie należała…
To była krytyka w stylu: "reformy tak, wypaczenia nie". Chaszukdżi deklarował wielokrotnie, że popiera księcia, popiera jego reformy, popiera jego program "Wizja Arabii Saudyjskiej 2030". Podkreślał tylko, że jest przeciwko brutalnemu jednowładztwu i bezwzględnemu rozprawianiu się z przeciwnikami politycznymi. Mówił, że powinna być obecna w Arabii Saudyjskiej jakaś forma konsultacji społecznych. Dżamal Chaszukdżi krytykował też ślepy sojusz Rijadu z prezydentem Donaldem Trumpem. Mówił, że jest on bezrefleksyjny i nie do końca są brane pod uwagę interesy Arabii Saudyjskiej. Potępiał również wojnę rozpętaną przez władze Arabii Saudyjskiej w Jemenie. I to wystarczyło.
Dla księcia zachowanie Chaszukdżiego to była zdrada. Nie może tak być, że człowiek, którego rodzina, dzięki dynastii panującej, przez pokolenia dorobiła się sporych majątków, który sam jest częścią establishmentu, atakuje (przez brak jednomyślności i podporządkowania) władzę nowego następcy tronu.
Powiązania rodzinne też miał bardzo ciekawe...
Tak. Pochodził z rodziny, która doskonale osadzona i znana jest na Zachodzie. Jego stryj, miliarder Adnan Chaszukdżi, w latach 80. był jednym z najważniejszych handlarzy bronią na świecie, zamieszanym w aferę Iran-Contras, nieformalnym pośrednikiem pomiędzy USA i antyamerykańskim Iranem a popieraną przez Waszyngton antykomunistyczną partyzantką w Ameryce Łacińskiej. Najsłynniejszym kuzynem Dżamala Chaszukdżi był natomiast brytyjski milioner pochodzenia egipskiego Dodi Al-Fayed – kochanek księżnej Diany, który wraz z nią tragicznie zginął. Ciotki Dżamala to wybitne pisarki z rodziny Chaszukdżi tworzące po angielsku i arabsku - Samira i Soheira. Jego kuzynki to pochodzące z Libanu zachodnioeuropejskie milionerki Emad i Nabila Chaszukdżi zajmująca się globalnym handlem nieruchomościami, związane ze światem mody, projektowania wnętrz, finansów, inicjatyw filantropijnych, itd.
Chaszukdżi był więc kimś więcej poza wpływowym dziennikarzem.
Pracował również dla saudyjskiego MSW, jeździł do Osamy bin Ladena, by przeprowadzać z nim wywiady, a jednocześnie go szpiegować. Jako wysłannik saudyjskich służb przedstawiał mu najprawdopodobniej propozycję pokojową, w myśl której bin Laden będzie mógł powrócić do kraju, ale w zamian za to musiałby się pokajać.
Formalnie na czele państwa stoi król Salman, ale de facto rządzi nim następca tronu książę Muhammad ibn Salman. Jak to jest możliwe?
W Arabii Saudyjskiej przez dziesiątki lat władza, zgodnie z zasadami tradycyjnej sukcesji, przechodziła ze starszych na młodszych braci lub na najstarsze osoby w rodzinie. Działo się to po to, by to osoby starsze i bardziej doświadczone przejmowały ster rządów oraz aby różne gałęzie rodziny panującej miały dostęp do władzy. Sytuacja zmieniła się w zeszłym roku, kiedy król jako swojego następcę, wskazał swojego syna. Pierwszy raz dochodzi do sytuacji, że władzę ma objąć osoba o 50 lat młodsza od panującego króla. To jest kolosalna różnica pokoleniowa. Miała ona ułatwić reformy, adresowane przede wszystkim do młodzieży.
Trzeba także pamiętać, że samo Królestwo Arabii Saudyjskiej jako państwo jest zjawiskiem stosunkowo nowym. Jej powstanie zostało ogłoszone w 1932 roku. Dynastia panująca dba, by nie mając legitymizacji historycznej mieć legitymizacje religijną. Stąd w kraju ogromną rolę przykłada się do religii, do miejsc świętych całego islamu, do uczonych muzułmańskich (alimów). Oni to pełnią rolę kleru muzułmańskiego. Są elementem dystrybucji wiedzy religijnej oraz władzy dynastii panującej w społeczeństwo.
onet.pl
Skoro miasta narażone są na ryzyko powodziowe, najłatwiejszym rozwiązaniem podnoszącym poziom bezpieczeństwa jest odgrodzenie ich od rzek. Mieszkańców uspokaja widok wałów przeciwpowodziowych. Profesor Kazimierz Dębski – klasyk polskiej hydrologii – porównał je jednak do aspiryny, która uśmierza ból, ale nie leczy przyczyn dolegliwości. Wały przeciwpowodziowe to prosta konstrukcja ziemna wznoszona w celu ograniczenia zasięgu wezbrań i ochrony terenów zalewowych. Ze względu na niski koszt wykonania i nieskomplikowaną konstrukcję, budowle te znane są od czasów starożytnych.
W Polsce wiele wałów powstało jeszcze w XIX wieku i liczne z nich zbudowano siłami mieszkańców, z materiałów dostępnych w ich miejscach zamieszkania. Przeludnienie wsi i ogromny deficyt ziemi przekonywały w przeszłości mieszkańców do walki o każdy hektar ziemi wydarty rzece, dlatego dawne wały przeciwpowodziowe zbyt mocno zacieśniły drogę przepływu wody o ekstremalnie wysokim stanie (tzw. wód wielkich). Ich wadą jest także kiepski stan techniczny i częste usytuowanie na gruntach, które przepuszczają wodę pod korpusem wału. Wały budowane są przy tym jako odpowiedź na wodę o założonym prawdopodobieństwie wystąpienia (1 proc. oznacza, że możemy mieć z nią do czynienia raz na sto lat). Nie wiemy, kiedy pojawi się ta niebezpieczna sytuacja, możemy tylko oszacować prawdopodobieństwo takiego zdarzenia. Wielkie powodzie na rzece Missisipi w 1993 roku, Odrze w 1997, Łabie w 2001 i Wiśle w 2010 pokazały jednak, że wały przeciwpowodziowe są wysoce zawodną formą ochrony przeciwpowodziowej. Czy warto więc w nie inwestować?
Jednym z najbardziej efektywnych sposobów zmniejszania ryzyka powodziowego jest ograniczanie ekspozycji na niebezpieczeństwo, czyli lokalizacja zabudowy w bezpiecznych miejscach. Tylko gdzie sprawdzić, jaki jest poziom ryzyka powodziowego w miejscu naszego zamieszkania? Odpowiedź na to pytanie możemy znaleźć w opracowaniach wykonanych pod koniec 2015 r. w ramach unijnej Dyrektywy Powodziowej. Należą do nich mapa wstępnej oceny ryzyka powodziowego (WORP), mapy zagrożenia powodziowego (MZP), mapy ryzyka powodziowego (MRP) i plany zarządzania ryzykiem powodziowym (PZRP). Za powstanie tych dokumentów odpowiada Prezes Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej, a wyniki opracowań udostępnianie są w Internecie w ramach projektu „Informatyczny System Osłony Kraju przed nadzwyczajnymi zagrożeniami” (ISOK).
Mapy zagrożenia powodziowego przedstawiają obszary, na których prawdopodobieństwo wystąpienia powodzi jest niskie (raz na 500 lat), średnie (raz na 100 lat) i wysokie (raz na 10 lat). Pokazują także tereny zagrożone powodzią w przypadku zniszczenia lub uszkodzenia wału przeciwpowodziowego. Istotną dostarczaną przez nie informacją (przydatną przy podejmowaniu decyzji lokalizacyjnych) jest głębokość zatopienia terenu, a w kontekście obszarów miejskich także prędkość przepływu wody w przypadku powodzi. Informacje przedstawione na mapach wypracowano przez porównanie rzędnych terenu z wysokością wezbranej wody uzyskaną za pomocą matematycznego modelu rzeki. W procesie modelowania wykorzystane zostały bardzo dokładne dane opisujące ukształtowanie terenu, które pozyskane zostały techniką LIDAR, czyli lotniczego skaningu laserowego. Uzyskane w ten sposób cyfrowe modele terenów prawie całego kraju należą do najlepszych w Europie, a ich dokładność wysokościowa sięga 10–15 cm.
(...)
Analizując ryzyko powodziowe w miastach, trzeba też pamiętać o nowym problemie, czyli występowaniu powodzi miejskich, których przyczyną są intensywne opady w obszarach silnie przekształconych przez gęstą zabudowę miejską i uszczelnienie podłoża. Z badań nad rodzajami zachmurzenia nad Polską w latach 1966–2000 wynika, że w ciągu prawie czterech dekad istotnie zmieniła się częstotliwość pojawiania się konwekcyjnych chmur opadowych. Jest to skutek ewolucji warunków cyrkulacyjnych i wzrostu temperatury. Ze zmianami w składzie rodzajowym chmur wiąże się wzrost częstości pojawiania się opadów burzowych, stanowiący ogromne wyzwanie dla sieci kanalizacji deszczowych w polskich miastach. W przeważającej części była ona projektowana według zaleceń z lat 60. XX wieku, a w przypadku sieci położonych w śródmieściu Warszawy i Łodzi nawet według norm z przełomu XIX i XX stulecia. Przypadki występowania powodzi opadowych w zlewniach miejskich związanych z niedostateczną przepustowością kanalizacji deszczowej są więc wynikiem nie tylko pojawiania się nawałnic, ale także przestarzałych założeń technicznych kanalizacji. Problem ten wyraźnie podnosi ryzyko powodzi w naszych miastach.
magazynmiasta.pl
W ciągu ostatnich dwóch dekad afrykańska narracja przeszła głęboką metamorfozę. Wymęczona i wyświechtana fabuła niemal każdej historii o Czarnym Lądzie – utkana ze stereotypowych wątków biedy, chorób i krwawych wojen domowych – ustąpiła miejsca bezprecedensowym dla tego kontynentu obrazom wzrostu gospodarczego i względnej stabilizacji ustrojowej.
Do nowobogackiej Afryki, która inwestuje w rozwój megamiast, podążając śladem globalnych trendów, zjeżdżają renomowani starchitekci z całego świata. Chcą uczestniczyć w szeroko zakrojonych projektach urbanistycznych mających przebudować zastaną tkankę miejską i stworzyć ją od zera. Nowe miasta zazwyczaj wyrastają spomiędzy gruzów wczorajszych slumsów i dzielnic biedy rozsianych wzdłuż i wszerz całego kontynentu.
Równie szybko na tle afrykańskiego nieba wyrastają lśniące drapacze chmur, przepastne centra handlowe oraz ambitne projekty inteligentnych miast. Jednym z przykładów najnowszych realizacji urbanistycznych jest Eko Atlantic City, megamiasto położone w Nigerii. Rozciąga się ono wzdłuż nadbrzeżnej działki o powierzchni 10 km2 usytuowanej w stanie Lagos w południowo-zachodniej części Nigerii. Teren ten wydzielono z Oceanu Atlantyckiego dzięki osuszeniu nabrzeża i naniesieniu ogromnych ilości piasku oraz kamieni.
Miasto, które po zakończeniu planowanej budowy ma pomieścić 250 tys. mieszkańców, spełnia najwyższe standardy budownictwa XXI wieku pod każdym względem i będzie wyposażone w rozbudowaną sieć transportu, zrównoważony system gospodarki odpadami oraz wszelkie udogodnienia i luksusy charakterystyczne dla futurystycznych wizji miast przyszłości. Eko Atlantic City zostało też okrzyknięte pierwszym centrum finansowym Nigerii, wzorowanym zresztą na nowojorskim Manhattanie – zarówno pod względem skali, jak i stylu.
Podobne miasta znajdują się w całej Afryce – spójrzmy na przykład na Ebene Cyber City na Mauritiusie, Konza Technology City w Kenii, Safari City w Tanzanii, Le Cite du Fleuve w Kongo, Appolonia City w Ghanie i wiele innych ośrodków. W Afryce znajduje się obecnie przynajmniej dwadzieścia nowo wybudowanych megamiast, a około dwa razy tyle jest w trakcie budowy. Gigantyczne projekty urbanistyczne nieodwracalnie zmieniły afrykańską tkankę miejską, zastępując mdłą stylistykę kolonialnej architektury, z której znana była do tej pory. (...)
Co więcej, ta nowa narracja jest niestety tylko niewinną powłoką, za którą kryje się znacznie bardziej niepokojący obraz afrykańskiej urbanistyki. Wszystkie nowoczesne projekty są dostępne wyłącznie wąskiej grupie lokalnej społeczności. W rezultacie euforia, która towarzyszyła początkowo otwarciom nowych miast, stopniowo zaczyna przeradzać się w gniew i strach. Większość Afrykańczyków jest rozczarowana wysokim kosztem społecznym przemian urbanistycznych. Sami są postrzegani jako łup wojenny do zdobycia w walce trwającej między górą i dołem piramidy społecznej.
Warunki mieszkaniowe w ekskluzywnych dzielnicach znacznie różnią się od warunków, w których przychodzi żyć biedniejszym społecznościom, nierzadko pozbawionym podstawowej infrastruktury: dróg, dostępu do bieżącej wody oraz efektywnego systemu zarządzania odpadami. Taka nierówna dystrybucja dóbr publicznych staje się niepokojącym trendem w większości afrykańskich miast. I jakby tego było mało, przez wiele biednych społeczności przetacza się bezwzględna fala eksmisji i konfiskat mająca na celu usunięcie niepożądanych lokatorów i utorowanie drogi pod nowe budownictwo.
Kilka miesięcy temu mieszkańców Otodo-Gbame, rybackiej osady w Lagos, obudził dźwięk wystrzałów z karabinów – przerażeni zobaczyli grupę ponad sześćdziesięciu policjantów w towarzystwie buldożerów oraz robotników, jak się później okazało, przysłanych przez rząd stanowy w Lagos (LASG) do prac rozbiórkowych. Rozpoczęto wyburzanie domów położonych na lądzie, a palafity[i] stojące na palach wbitych w dno podpalono. Spanikowani mieszkańcy w pośpiechu ratowali swój dobytek, dusząc się od dymu i gazu łzawiącego, pospieszani przez policjantów, którzy bezlitośnie do nich strzelali. Zrozpaczeni mogli tylko patrzeć z oddali, jak ogień pożera pozostałości budynków, które jeszcze przed chwilą były ich domami.
magazynmiasta.pl
Załóżmy, że mamy milion dzieci, z których 99 proc. jest szczepionych na ospę a 1 proc. nie. Z tych 990 tys. zaszczepionych 9.900 zareaguje negatywnie a 99 umrze. Z 10 tys. które nie zostanie zaszczepionych 200 zachoruje na ospę a umrze 40. Z tego można by wysnuć wniosek, iż więcej dzieci umiera na powikłania po szczepionce, niż na ospę. I faktycznie wielu rodziców patrzy na podobne dane i alarmuje, że ich zdaniem „szczepionki zabijają”. Jednak prawidłowe rozumowanie wymaga założenia, że nie szczepimy nikogo. Wówczas z miliona dzieci na ospę zachoruje 20 tys. z których umrze 4 tys. Tak więc tym razem może konkludować, iż szczepionki ocaliły życie 3.861 dzieciom (różnica między 4 tys. a 139).
obserwatorfinansowy.pl
piątek, 7 czerwca 2019
Gdy Recep Erdogan został po raz pierwszy premierem Turcji w 2003 roku, ślubował, że będzie szanować demokratyczne instytucje kraju, i obiecał odejść, jeśli kiedykolwiek straci zaufanie społeczne. Rzeczywistość rządów Erdogana okazała się jednak bardziej ponura. Chociaż międzynarodowe gazety i tygodniki początkowo przedstawiały go jako demokratycznego reformatora, Erdogan systematycznie rozszerzał zakres swojej władzy i przeprowadził czystkę na najwyższych stanowiskach w armii, służbie cywilnej oraz instytucjach edukacyjnych. Gdy latem 2016 roku dawni sojusznicy przeprowadzili zamach stanu, próbując odsunąć go od władzy, wykorzystał okazję, by umocnić swoją władzę nad krajem. Dzięki szerokim uprawnieniom, które otrzymał kilka dni po nieudanym zamach stanu, mógł zdymisjonować dziesiątki tysięcy urzędników państwowych, których uznał za politycznie niepewnych. Zamknął też w więzieniu najbardziej znanych tureckich dziennikarzy.
Jednak nawet gdy rządy Erdogana stały się wyraźnie autorytarne, zaś prawo do krytykowania go jeszcze bardziej ograniczone, Turcja zorganizowała wielopartyjne wybory, co dawało opozycji jakąś możliwość rywalizacji przy urnach. W czerwcu 2018 roku Erdogan zdobył [w wyborach prezydenckich – przyp. red.] 53 procent głosów, choć wielu obserwatorów podkreślało, że wyniki wyborów zostały spaczone przez brutalne ataki na opozycję. Od tego czasu Erdogan kreował się na przywódcę całej Turcji.
Wydawało się, że dzięki tym wyborom Erdogan za jednym zamachem osiągnął dwa cele: z jednej strony, kontrola nad kluczowymi instytucjami, takimi jak komisja wyborcza, pozwoliła mu nie obawiać się o wynik wyborów i utratę władzy; z drugiej, wybory pomogły mu w legitymizacji jego władzy tak w kraju, jak i za granicą. Chociaż wszyscy obserwatorzy, od OBWE po Freedom House, podkreślali, że wybory nie były wolne i sprawiedliwe, to światowi liderzy na czele z Donaldem Trumpem i Angelą Merkel publicznie pogratulowali Erdoganowi „zwycięstwa” przy urnach. Jak ujął to Timur Kuran, turecki ekspert do spraw rządów autorytarnych, Erdogan usiłował połączyć „iluzję wolnych wyborów” ze „z góry określonym wynikiem”.
Pomimo ogromnej władzy, jaką dysponuje Erdogan, w zeszłym miesiącu zjednoczona opozycja była w stanie odnieść kilka niespodziewanych zwycięstw w wyborach samorządowych. Wykorzystując złość obywateli na narastający w Turcji kryzys gospodarczy, a także dzięki wystawieniu nowych kandydatów, łączących charyzmę z pojednawczym tonem, opozycja była w stanie zanotować dwa symboliczne zwycięstwa. Zarówno w stolicy kraju, Ankarze, jak i w największym mieście, Stambule.
Na skutek tych wydarzeń Erdogan, po raz pierwszy od czasu zamach stanu, stanął przed poważnym dylematem. Czy należy uznać wyniki wyborów, tym samym uznając rosnące niezadowolenie społeczne z jego rządów? Czy też, wykorzystując swoją władzę nad tureckimi instytucjami, unieważnić wyniki wyborów i otwarcie pokazać, że nad Bosforem demokracja umarła?
(...)
„Jesteśmy spragnieni demokracji”, mówił Ekrem Imamoglu do tłumów trzy tygodnie po wygraniu wyborów w Stambule. „Nikt nie może przeciwstawić się woli ludu”.
Ale jeszcze zanim wygłosił swoje inspirujące przemówienie, Imamoglu wiedział już, że Erdogan wygrał z wolą ludu. Po tym, jak przy użyciu krajowych mediów, prezydent Turcji rozpowszechnił niewiarygodne teorie spiskowe, jakoby bezsilna opozycja była w stanie sfałszować wyniki wyborów, następnie wykorzystał swoją kontrolę nad sądownictwem, aby anulować wyniki wyborów. Uzasadniając to nieprawidłowościami, komisja wyborcza ogłosiła w poniedziałek, że w Stambule odbędą się w czerwcu nowe wybory.
Anulowanie wyników wyborów i zapowiedź ich powtórzenia jest kluczowym punktem zwrotnym w historii politycznej Turcji. Żaden świadomy obserwator nie jest w stanie negować rzeczywistości. Kraj, którego prezydent może anulować wyniki wyborów, gdy tylko ich rezultat mu nie odpowiada, jest w sposób oczywisty dyktaturą. Od teraz, ktokolwiek nazywa Turcję demokracją lub uważa wyniki wyborów za miarodajne, jest jedynie kłamcą lub głupcem.
kulturaliberalna.pl
sobota, 1 czerwca 2019
Pod koniec lat 20. XX w. w gospodarce światowej panował system walutowy zwany „standardem złota”. W ramach tego systemu, do którego należała również Polska, poszczególne kraje gwarantowały wymienialność swoich walut na złoto według sztywnego parytetu.
Wielki Kryzys, rozpoczęty krachem na giełdzie nowojorskiej w listopadzie 1929 r., wystawił ów system na ciężką próbę. Prawdziwym wstrząsem było wyjście z niego Wielkiej Brytanii, uchodzącej za ostoję międzynarodowego ładu walutowego. Brytyjczycy w 1931 r. zawiesili wymienialność swojej waluty na złoto i pozwolili na dewaluację funta o ok. 30 proc. Wiele państw natychmiast podążyło ich śladem, obniżając wartość własnych walut. Kolejnym wstrząsem było porzucenie standardu złota przez Stany Zjednoczone. W 1933 r., gdy prezydentem został Franklin Delano Roosevelt, USA zawiesiły wymienialność dolara na kruszec, a następnie dokonały jego dewaluacji o 40 proc. W systemie standardu złota pozostało wówczas już tylko kilka krajów europejskich, które pod przywództwem Francji utworzyły w 1933 r. „złoty blok”, zobowiązując się do zachowania wymienialności walut na złoto i utrzymania swobody przepływów kapitałowych. Członkiem tego elitarnego „złotego bloku” była również Polska. Z roku na rok zwiększał się jednak kontrast między recesją w krajach bloku a ożywieniem gospodarki w państwach, które odeszły od tego modelu. W 1936 r., a więc w siódmym roku od początku światowego kryzysu, różnica w wartości indeksu produkcji przemysłowej w stosunku do poziomu przedkryzysowego między gospodarkami, które zdewaluowały swoje waluty, a tymi należącymi do „złotego bloku”, przekraczała już 40 pkt proc. Mianowicie w pierwszej grupie produkcja przemysłowa w 1936 r. wynosiła średnio ponad 127 proc. poziomu z 1929 r., a w drugiej średnio zaledwie 86 proc. (przy czym w Polsce tylko 72 proc.).
Warto w tym miejscu podkreślić istotę korzyści, jakie odnosiły kraje odchodzące w okresie Wielkiego Kryzysu od standardu złota. Gospodarki znajdowały się wówczas w stanie recesji, miały niewykorzystane moce produkcyjne, wysokie bezrobocie i przeżywały spadek cen detalicznych i hurtowych. Sytuacja ta stwarzała przestrzeń do tego, aby poprzez ekspansję monetarną i fiskalną zwiększyć zatrudnienie i produkcję, bez wywoływania inflacji. Jednakże taka ekspansja spowodowałaby pogorszenie bilansu handlowego, wypływ rezerw walutowych i w efekcie utratę możliwości utrzymywania ustalonego kursu walutowego. Stąd w warunkach standardu złota nie było to możliwe. Natomiast w przypadku odejścia od parytetu kraj mógł prowadzić politykę zwiększania popytu wewnętrznego i ożywiania gospodarki, wykorzystując dostosowanie kursu walutowego jako instrumentu zapobiegającego powstaniu deficytu handlowego.
Polska pozostawała wierna standardowi złota i odrzucała kolejne nadarzające się okazje, aby obniżyć wartość zbyt silnej waluty. Pretekstem mogła być choćby dewaluacja amerykańskiego dolara w styczniu 1934 r. (Dolar był przedtem dość powszechnie używany jako waluta równoległa w Polsce i stabilność złotego oznaczała dla wielu po prostu stały kurs dolara w złotych. Można więc było w momencie dewaluacji dolara to samo zrobić ze złotówką, zachowując niezmienioną relację kursową dolar – złoty). Nie zdecydowano się na to i w efekcie złoty umocnił się wobec dolara. Przyniosło to wzrost zaufania do polskiej waluty, co bardzo ucieszyło władze Banku Polskiego. Tę radość wyrażano w piątym roku kryzysu, gdy polska gospodarka przeżywała dramatyczne załamanie – produkcja przemysłowa była o 37 proc. niższa niż w 1929 r. Nasuwa się tu analogia między sytuacją Polski w 1934 r. a sytuacją krajów południa strefy euro (Grecji, Włoch, Hiszpanii i Portugalii) 80 lat później. Kraje te (Polska w 1934 r., a kraje południa strefy euro w 2014 r.) miały solidne i budzące zaufanie waluty, a ich gospodarki pogrążone były w głębokim kryzysie, zaś rządzący starali się nie dostrzegać związku między kryzysem gospodarki a istniejącym rozwiązaniem walutowym.
Polska pozostawała w „złotym bloku” do kwietnia 1936 r., gdy wobec spadku rezerw wprowadzono reglamentację walutową i tym samym ograniczono możliwość wymiany złotego na złoto. „Złoty blok” przetrwał jeszcze tylko kilka miesięcy, do września 1936 r., gdy jego ostatni uczestnicy – Francja, Szwajcaria i Holandia – zdecydowali się na dewaluacje.
W Polsce nie osłabiono kursu, ale wprowadzone w kwietniu 1936 r. rozwiązanie zastępcze w postaci reglamentacji walutowej umożliwiło zasadniczą zmianę polityki makroekonomicznej. Możliwe było bowiem zwiększenie podaży pieniądza bez obawy, że naruszy to zdolność Banku Polskiego do realizacji obowiązku wymiany złotego na dewizy po stałym kursie (gdyż reglamentacja zwolniła faktycznie Bank Polski z tego obowiązku). Rozpoczął się wówczas okres bardzo aktywnej polityki pieniężnej i budżetowej – mogła ruszyć budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego.
Dzisiaj badacze uważają, że system standardu złota był zasadniczym źródłem Wielkiego Kryzysu i że bez odejścia od parytetu ożywienie w gospodarce światowej nie byłoby możliwe. Konsensus w tej sprawie ukształtował się na przełomie lat 80. i 90. XX w., a najbardziej reprezentatywną prezentacją tego poglądu jest książka Barry’ego Eichengreena „Golden Fetters: The Gold Standard and the Great Depression 1919–1939” (Złote kajdany. Standard złota i Wielki Kryzys 1919–1939), która ukazała się w 1992 r.
Polscy i zagraniczni naukowcy są zgodni, że pozostawanie przez Polskę w latach 30. XX w. w systemie standardu złota było nieporozumieniem, błędem i przyniosło gospodarce szkody. W wyniku tej polityki II RP trwała w stagnacji. Strat tych nie zdołała już odrobić. Niemiecki historyk gospodarczy Nikolaus Wolf uważa, że uporczywe pozostawanie w systemie parytetu złota było konsekwencją dążenia marszałka Józefa Piłsudskiego do utrzymywania silnych relacji wojskowych i gospodarczych z Francją. Wymuszało to jednak stosowanie polityki deflacyjnej, a więc polityki ograniczania popytu wewnętrznego. Witold Staniewicz, ekonomista i minister rolnictwa w rządach piłsudczykowskich, zwracał uwagę, że dopiero po odejściu od systemu standardu złota w 1936 r. możliwe stało się rozpoczęcie budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego. Pierwsze seryjnie produkowane czołgi, działa i samoloty zaczęły opuszczać fabryki COP tuż przed wybuchem wojny w 1939 r. Gdyby budowę COP rozpoczęto wcześniej, to polska armia przystąpiłaby do wojny znacznie lepiej wyposażona w nowoczesny sprzęt. Nie mogło się jednak tak stać, gdyż decyzje dotyczące systemu walutowego podporządkowano nie interesowi gospodarki, lecz – jak twierdzi Wolf – relacjom w ramach sojuszu politycznego i wojskowego. Warto przemyśleć ten przypadek, w którym kierowanie się przesłankami politycznymi przy wyborze rozwiązania walutowego nie przyniosło żadnych korzyści politycznych, natomiast zaszkodziło gospodarce i obniżyło bezpieczeństwo kraju.
forsal.pl
Otóż Nordhaus postanowił sprawdzić, jak na przestrzeni dziejów zmieniała się cena światła. Zaczął od przetestowania i przeliczenia lumenogodzin z otwartego paleniska, które wykorzystywano w paleolicie, a także w średniowieczu, na czas pracy.
Zrobił to najprostszym możliwym sposobem – porąbał i zapalił dziewięć kilogramów drewna, a później zmierzył, jak długo i jak jasno świecił się płomień. Wyszło, że uzyskanie 1000 lumenów przez jedną godzinę, wymagało tygodnia pracy. I to nie byle jakiego tygodnia, bo rąbać trzeba było przez sześć dni po 10 godzin dziennie. Później kupił prostą lampę olejową z czasów antycznego Rzymu i w podobny sposób – z tym, że nie rąbał już drewna – sprawdził, ile wtedy kosztowało 1000 lumenogodzin. Ustalił, że przeciętny robotnik w Babilonie musiał na nie pracować aż 42 godziny.
Dalej poszło już łatwiej, bo można było sięgnąć po cudze wyliczenia. A z anegdotami pospieszyli też czytelnicy. Na przykład z połowy XVIII wieku, kiedy będący rektorem Harvardu wielebny Edward Holyoake żalił się w pamiętniku, że całe jego gospodarstwo domowe poświęciło dwa dni na produkcję świec. Te starczyły na sześć miesięcy i były bardzo, ale to bardzo drogie. Na zapewnienie sobie światła przez 2 godziny i 20 minut każdego wieczora w roku trzeba było pracować tydzień. Chyba, że ktoś – tak jak Jerzy Waszyngton – lubił lepsze świece, które robiono ze spermacetu. Wtedy musiał w ciągu rok wydać równowartość około 1000 dzisiejszych dolarów.
Przez kilka tysięcy lat było więc coraz lepiej, ale postęp był bardzo wolny. To zmieniło się wraz z rewolucją przemysłową. I wynalezieniem żarówki. W 1900 roku tydzień pracy [wyliczenia na podstawie artykułu Nordhausa przeprowadził Tim Harford z BBC] kupował 10 dni światła 100 razy jaśniejszego niż to, które dawała świeca. 20 lat później zapewniał już pięć miesięcy światła. W 1990 roku – 10 lat. Świetlówki kompaktowe wydłużyły ten czas do 50 lat, a wprowadzenie LED-ów jeszcze go wydłuża. Praca, która zaledwie kilkaset lat temu, zapewniała kilkanaście minut światła, dziś może dać go nam przez całe życie.
smoglab.pl
Dotychczas utrzymywano w Polsce trzy dywizje ogólnowojskowe, ale mające swoje zadania w ramach systemu. Sami wysocy dowódcy Sił Zbrojnych RP zdawali sobie sprawę, że nie są to dywizje o spektrum możliwości dowodzenia, kierowania i oddziaływania niczym amerykańskie, lecz klasyczne związki taktyczne niezdolne do zarządzania polem walki poziomu operacyjnego, ze słabymi sztabami i narzędziami, współpracujące już w czasie pokoju w ramach tzw. modułów szkoleniowych z pododdziałami wsparcia (np. pułkami rozpoznawczymi, chemicznymi czy saperów). W ramach systemu trójkowego, przygotowanego do działań poza granicami kraju w ramach NATO, polskie dywizje posiadają także narodową specyfikę: dwie są zmechanizowane, jedna pancerna. Dotychczas była świadomość, że operacja obronna będzie wiązać się z dużymi, czasowymi, stratami terytorium Polski. Taka jest specyfika dynamicznych i manewrowych dziś działań poziomu operacyjnego, wyzwaniem jest także w naszym wypadku potencjał ewentualnego oponenta. Decyzją decydentów system ten ulega zmianie. Myślą przewodnią jest obrona każdej części terytorium Polski – czego konsekwencją jest budowa dwóch batalionów czołgów Leopard 2 w warszawskiej, nie tylko w nazwie wyróżniającej, 1. Brygadzie Pancernej.
W oczach piszącego te słowa, podobna jest myśl związana z utworzeniem 18. Dywizji Zmechanizowanej. Chodzi o posiadanie odwodu ciężkiego nie na poziomie dowódcy operacji (dywizja kawalerii pancernej), ale już na wschód od Wisły. Żelazna Dywizja posiadać będzie zatem dwie manewrowe brygady na KTO mające powstrzymywać i kanalizować ruch przeciwnika w dogodnym dla strony polskiej czasie i miejscu, gdzie rozbiją się na pancernym kowadle, a potem młocie 1. Brygady Pancernej. Mowa zatem o jak najmniejszych stratach terytorium. Otwartym pozostaje pytanie, raczej z podłożem pesymistycznym, jakie możliwości utrzymania inicjatywy w takim starciu (aktywnego oporu) będą miały polskie pododdziały z KTO Rosomak. Wydaje się, że jednak skromne, nawet jeśli generał Gromadziński zapewni dowódcom batalionów wozy Rosomak posiadające ppk, zwiększy dwukrotnie liczbę przenośnych Spike-LR czy doda trzeci pluton RAK-ów w batalionowej kompanii. Podstawą działań w takim konflikcie pozostają wojska pancerne i zmechanizowane, tak jest także w obowiązującym w Siłach Zbrojnych RP doktrynalnym podejściu do podziału zadań i wskazaniu środka ciężkości do ich wykonania. Piechota zmotoryzowana może działać na kierunkach pomocniczych, skrzydłach czy wykonywać dalekie rajdy, połączone nawet z działaniami aeromobilnymi. Oczywiście zaraz można przytoczyć przykład amerykańskiej kawalerii (chodzi o brygady Stryker), ale trzeba mieć świadomość, jaką wagę amerykańscy wojskowi przywiązują do zdobycia – przetworzenia – wykorzystania informacji, jakie mają także narzędzia do efektywnego i precyzyjnego wsparcia ogniowego swoich lekkich (dla klasycznego pola walki) pododdziałów KTO Stryker. W Polsce nie ma ani jednego, ani drugiego. Piszący te słowa, być może przykład narodowego sceptycyzmu, uważa, że taki stan będzie jeszcze długo obecny w naszych Siłach Zbrojnych. Oczywiście można zakładać, że informację i precyzyjne rażenie (śmigłowce szturmowe, artyleria dalekiego zasięgu) zapewni naszym dowódcom kluczowy sojusznik – amerykański system militarny. Na to jednak może nie być ani woli politycznej ani czasu, a 18. Dywizja Zmechanizowana wraz z pododdziałami WOT stanie przed wyzwaniem, gdzie decydujące dla uzyskania przewagi (wielodomenowej) staną się maksymalnie godziny, a nie nawet dni.
dziennikzbrojny.pl
Jednym z najbardziej widocznych - i to widocznych już teraz - efektów zmian klimatycznych jest częstsze występowanie susz. Nie chodzi o to, że deszczu będzie mniej, tylko będzie on miał bardziej nierównomierny charakter. Czyli z jednej strony będziemy mieć dłuższe okresy bez deszczu, a z drugiej przerwane one będą gwałtownymi opadami. Takim obszarem, któremu grozi silne pustynnienie jest województwo łódzkie.
"Obszar deficytu wody obejmować będzie znaczną część województwa. Będzie on potęgowany występowaniem strefy niskich opadów i strefy o wysokim niedoborze wód w sezonie wegetacyjnym w północnej części regionu oraz strefy bardzo silnego pustynnienia w północno-zachodniej części regionu. Szacuje się, że na 90 proc. terytorium województwa łódzkiego już teraz istnieje zagrożenie wystąpienia opadów poniżej 400 mm rocznie" - wyjaśnia raport MŚ. Suszą zagrożone jest też województwo kujawsko-pomorskie, szczególnie Kujawy, oraz Pojezierza Dobrzyńskie i Chełmińskie.
Polska w ogóle jest krajem z relatywnie niskimi zasobami wody, których w dodatku nie potrafi do końca dobrze wykorzystać. A poziom wód gruntowych jeszcze będzie się obniżać.
Między okresami suszy coraz częściej mogą występować krótkotrwałe, ale gwałtowne opady deszczu. Na przykład województwu łódzkiemu, które będzie powoli zamieniać się w pustynię, czy raczej zapewne step, jednocześnie grożą powodzie w dolinach największych rzek. Podobnie sytuacja ma wyglądać w województwie kujawsko-pomorskim. Zagrożenie powodziami występuje też w województwie opolskim (duże miasta) i podkarpackim. Tak naprawdę w całym kraju to ryzyko wzrośnie, a to dlatego, że po pierwsze, dużej ilości opadów w krótkim okresie nie będą w stanie przyjąć istniejące zbiorniki retencyjne, a po drugie, rozbudowując miasta mamy coraz więcej powierzchni, które nie przepuszczają wody.
gazeta.pl
W ostatnich latach zaczęliśmy się bardziej wnikliwie przyglądać korporacjom internetowym, ponieważ do perfekcji opanowały tajemną sztukę, której pionierami były gazety, radio i telewizja: sztukę przyciągania i przykuwania naszej uwagi po to, by sprzedać dostęp do niej reklamodawcom. O ile jednak czytelnicy, słuchacze i widzowie tradycyjnych mediów byli klientami kupującymi określone produkty, o tyle komercyjne media elektroniczne nauczyły się czerpać zyski wyłącznie z transakcji zawieranych bezpośrednio ze sprzedawcami towarów i usług, a nas samych i informacje o nas sprowadziły do roli biernego towaru – przedmiotu tych transakcji.
Firmy takie jak Google czy Facebook mogły udoskonalić ten specyficzny proces produkcji, w którym przedmiotem wymiany handlowej jest nasza uwaga, i uczynić z niego żyłę złota dlatego, że w bezprecedensowym stopniu decydują o tym, co pojawia się na naszych ekranach. Inaczej niż ich poprzednicy na tym polu, potrafią przykuć naszą uwagę komunikatami precyzyjnie dobranymi do konkretnej osoby, a nawet do jej nastroju w danej chwili po to, by natychmiast sprzedać tę uwagę temu, kto za dostęp do naszych zmysłów i naszych danych zapłaci najwięcej.
krytykapolityczna.pl
Kaja Puto: Więźniowie polityczni, represje wobec dziennikarzy, wojna na Ukrainie. To Rosja, którą znamy z mediów. Z twojej książki – Buszujący w barszczu – wynika jednak, że współczesna rosyjska kontrkultura kwitnie, jakby chodziło o jakiś Nowy Jork. Jak to jest możliwe w kraju, w którym ciężko działać w partii opozycyjnej?
Konstanty Usenko: W Rosji zawsze tak trochę było, i w XIX wieku, i w czasach Związku Radzieckiego. Ciężko ogarniać naraz te dwie rzeczywistości, kiedy siedzi się w jakiejś politycznie zaangażowanej księgarni, oglądając progresywną młodzież w jednym z wielu kreatywnych zagłębi, wpatrując się w dziesiątki kulturalnych ofert każdego dnia czy widząc internetową infrastrukturę tego wszystkiego. I nie mówię tutaj tylko o Moskwie i Petersburgu – oddolna niezależna kultura kwitnie dziś też w głębi Rosji, w Kazaniu, Jekaterynburgu, Nowosybirsku, Tomsku czy Władywostoku.
Przyjezdni nie mogą się w tym wszystkim odnaleźć – z jednej strony wiedzą o Sencowie czy Pussy Riot, a z drugiej przyjeżdżają do miast tętniących życiem dwadzieścia cztery godziny na dobę, wszędzie coś się dzieje, a na ulicach nie wiszą wcale portrety Putina i w porównaniu do poprzednich lat coraz mniej widać nawet nacjonalistyczne slogany. Niewiele ma to wspólnego ze światem kreowanym przez oficjalne rosyjskie kanały TV – trochę tak jak w Polsce, gdzie można przeżyć mały szok kulturowy, oglądając TVP Info, a potem zaglądając do Planu B. Tylko że to nasze TVP Info to jakiś przaśno-surrealistyczny kabaret, a rosyjskie kanały federalne emitują propagandę w wersji hi-tech z nakoksowanymi prezenterami-szołmenami w kreacjach za jakąś kosmiczną kasę, to taka perfidna kreacja rzeczywistości w 6D. Ale młode pokolenie Rosjan telewizji nie ogląda, nazywa ją „zombojaszczikiem”, czyli „zombiepudełkiem”. Tworzy własną kulturę w internecie. Te dwa równoległe światy współistnieją ze sobą.
W ogóle się nie przenikają?
Do pewnego stopnia tak, jasne, bo ważne tematy społeczne trafiają do mainstreamu, coraz częściej nawet i do federalnych kanałów. Panuje w nich dziś jakieś chaotyczne pomieszanie kontekstów, trochę jak w radiowej Trójce, gdzie po Szydłowskiej na antenę wpieprza się Cejrowski. Funkcja wentylu bezpieczeństwa w rosyjskich mediach robi się coraz bardziej zauważalna, ale widać też wymianę pokoleniową wśród copywriterów pracujących w mediach.
Zmienia się spojrzenie na sprawy społeczne na lokalnym szczeblu (dissowanie oligarchów – tych złych rzecz jasna – zawsze jest w trendzie), ale też sprawy obyczajowe. Siła rażenia dyskursu feministycznego sprawia, że nawet wśród działaczek Jednej Rosji pojawiają się nagle osoby nieśmiało mrugające okiem w tę stronę. Ale żadnym fejkiem nie są nowe kolumny z felietonami np. na łamach pisma „Ogoniok”, rosyjskiej mieszanki „Przekroju” i „Polityki”, opiniotwórczego inteligenckiego pisma z długimi tradycjami. Prowadzą je młode dziennikarki, które piętnują seksizm w rosyjskim życiu publicznym. Udało im się wywołać gorącą debatę po mundialu, kiedy pojawiło się mnóstwo obrzydliwych komentarzy na temat romansów Rosjanek z przyjezdnymi kibicami. Jeszcze parę lat temu takie debaty możliwe byłyby tylko w wąskich kręgach albo w feministycznych zinach.
krytykapolityczna.pl
Obraz sprzedano za 432,5 tys. dol. (równowartość ok. 1,6 mln zł), co przebiło oczekiwania ekspertów 45-krotnie. „Portret Edmonda Belamiego” został wygenerowany za pomocą algorytmu i bazy składającej się z 15.000 portretów namalowanych pomiędzy XIV a XX wiekiem.
To pierwszy obraz namalowany przez sztuczną inteligencję, który został sprzedany w jednym z najważniejszych domów aukcyjnych na świecie.
Sztuczna inteligencja została zaprojektowana przez paryski kolektyw artystyczny Obvious, który interesuje się łączeniem właśnie sztucznej inteligencji ze sztuką. „Chcieliśmy pokazać, że algorytmy są w stanie emulować kreatywność” – powiedział Hugo Caselles-Dupre z Obvious.
Na obrazie zamiast podpisu znalazło się równanie, które zostało wykorzystane do wygenerowania obrazu.
bankier.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)







