czwartek, 21 marca 2019


Prezydent Trump, który obiecywał roczny wzrost na poziomie „czterech i pół, a nawet sześciu procent”, wraz z republikańskimi pomagierami w Kongresie doprowadził do bezprecedensowych deficytów. Według najnowszej prognozy Biura Budżetowego Kongresu (CBO) tegoroczna dziura budżetowa wyniesie 900 miliardów dolarów i każdego roku po 2021 będzie przekraczać sumę 1 biliona dolarów. A mimo zaangażowania takich środków cukrowy haj w gospodarce, wywołany przez ostatnie pogłębienie deficytu, już przemija. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że wzrost gospodarczy USA, który w 2018 wynosił 2,9 procent, w bieżącym roku spadnie do 2,5 procent, a w 2020 wyniesie tylko 1,8 procent.

Na problem niskiego wzrostu połączonego z dużymi nierównościami pracuje wiele czynników. Po źle zaprojektowanej „reformie” systemu podatkowego, którą przeprowadził Trump i republikanie, istniejące wcześniej wady systemu zostały pogłębione, jeszcze większy strumień zysków popłynął do najlepiej zarabiających. Ameryka wciąż nie zarządza dobrze procesami globalizacji, a rynki finansowe dalej są nastawione bardziej na czerpanie zysku (renty ekonomicznej) niż  na świadczenie użytecznych usług.

Dyrektorzy amerykańskich korporacji zadbali na przykład o to, by korzyści z obniżki podatków poszły głównie w dywidendy i wykupy akcji przez macierzyste przedsiębiorstwa, które w 2018 roku osiągnęły rekordową wartość ponad 1,1 biliona dolarów. Wykupywanie akcji winduje ich ceny i poprawia wskaźnik zysku z akcji (EPS), od którego są uzależnione zarobki wielu dyrektorów. Tymczasem inwestycje pozostały na niskim poziomie (13,7 procent PKB), a programy emerytalne wielu przedsiębiorstw dalej są niedofinansowane.

Dowody na rosnącą pozycję rynkową garstki przedsiębiorstw widać niemal na każdym kroku. Wysokie narzuty przekładają się na olbrzymie zyski. W wielu branżach – od niewielkich, takich jak producenci karmy dla kotów, po największe: telekomunikację, sieci kablowe, linie lotnicze i platformy technologiczne – kilka dominujących firm kontroluje 75–90 procent rynku. W niektórych przypadkach wskaźnik ten bywa nawet wyższy, a na poziomie lokalnym problem jest jeszcze bardziej zauważalny.

(...)

Za wzrost pozycji rynkowej przedsiębiorstw odpowiada wiele czynników. Jednym z nich jest rozwój sektorów, w których duże znaczenie ma efekt sieciowy (kiedy wartość danego dobra wzrasta wraz ze zwiększaniem się liczby jego konsumentów) i które łatwo może zdominować jedna firma – taka jak Facebook albo Google. Innym czynnikiem jest powszechne wśród czołowych biznesmenów nastawienie, że rynkowa dominacja to jedyna droga do zapewnienia stabilnych zysków. Warto przypomnieć słynne stwierdzenie inwestora i szefa funduszu hedgingowego Petera Thiela: „konkurencja jest dla frajerów”.

(...)

Co więcej, z perspektywy strony podażowej wysoka pozycja rynkowa zniechęca do inwestycji i wypracowywania innowacji. Firmy wiedzą, że jeśli zwiększą produkcję, będą musiały obniżyć ceny. Dlatego inwestycje w USA pozostają na niskim poziomie, mimo że przedsiębiorstwa odnotowują rekordowe zyski, a w rezerwach gotówkowych ulokowały już biliony dolarów. Poza tym po co się trudzić zwiększaniem produkcji czegoś, co ma wartość dla konsumentów, jeśli dzięki politycznym wpływom można manipulować rynkiem i ciągnąć jeszcze wyższą rentę ekonomiczną? Polityczne inwestycje w obniżanie podatków przynoszą znacznie wyższe zyski niż realne inwestycje w fabryki albo sprzęt.

Na domiar złego niska relacja wpływów z podatków do PKB (która wynosiła tylko 27,1 procent, zanim jeszcze Trump obniżył podatki) sprawia, że brakuje pieniędzy na inwestycje w infrastrukturę, edukację, opiekę zdrowotną i badania podstawowe, które pozwalają na utrzymanie wzrostu w przyszłości. To są akurat takie rozwiązania ze strony podażowej rynku, gdzie naprawdę sprawdza się teoria skapywania: zyski w jednym obszarze gospodarki po pewnym czasie przynoszą korzyści wszystkim.

krytykapolityczna.pl

poniedziałek, 11 marca 2019


Gwoli sprawiedliwości, sektor technologii był w ostatnich dziesięcioleciach dumą i radością gospodarki Stanów Zjednoczonych oraz pozornie nieskończonym źródłem innowacji. Szybkość i moc wyszukiwarki Google zapiera dech w piersiach, dając nam dostęp do nieograniczonej wiedzy na wyciągnięcie ręki. Telefonia internetowa, przy bardzo niskich kosztach, pozwala przyjaciołom, krewnym i współpracownikom na kontakt twarzą w twarz z drugiego końca świata.

Pomimo wszystkich tych innowacji, tempo wzrostu produktywności w szerzej pojętej gospodarce pozostaje jednak słabe. Wielu ekonomistów opisuje obecną sytuację jako „drugi moment Solowa”, nawiązując do słynnej uwagi Roberta Solowa, legendarnego ekonomisty z MIT, z 1987 roku: „Erę komputerów można zobaczyć wszędzie, za wyjątkiem statystyk produktywności”.

Istnieje wiele powodów powolnego wzrostu produktywności, w tym przede wszystkim dekada niskiego poziomu inwestycji w związku z globalnym kryzysem finansowym z 2008 roku. Mimo tego są podstawy do obaw, że piątka największych firm technologicznych stała się tak dominująca, tak dochodowa i tak wszechogarniająca, że obecnie start-upom bardzo trudno jest rzucić im wyzwanie, co prowadzi do zahamowania innowacyjności. Oczywiście, kiedyś początkujące firmy takie jak Facebook i Google zmiażdżyły Myspace i Yahoo. Ale stało się to zanim wyceny firm technologicznych wystrzeliły do kosmicznych poziomów, dając zakorzenionym na rynku graczom ogromną przewagę finansową.

Dzięki swojemu bogactwu, wielkie firmy technologiczne (tzw. Big Tech) mogą przejąć lub zablokować działania każdej nowej firmy, która – choćby tylko pośrednio – zagraża ich podstawowym źródłom zysków. Oczywiście nieustraszony młody przedsiębiorca wciąż może odrzucić ofertę wykupu, ale jest to łatwiejsze w teorii niż w praktyce. Niewiele osób jest wystarczająco odważnych (lub na tyle głupich), aby dzisiaj odrzucić ofertę miliarda dolarów, w nadziei na znacznie większe zyski w przyszłości. Ponadto istnieje ryzyko, że technologiczni giganci wykorzystają swoje ogromne armie programistów do opracowania prawie identycznego produktu oraz swoje ogromne zasoby prawne do jego obrony.

(...)

To prawda, że są pewne sukcesy. Niezwykła brytyjska firma z sektora sztucznej inteligencji DeepMind, wykupiona przez Google w 2014 roku za 400 milionów dolarów, wydaje się szybko rozwijać. DeepMind słynie z opracowania pierwszego na świecie programu, który pokonał mistrza świata w grze Go. Wydarzenie to podobno skłoniło chińską armię do rozpoczęcia wszechstronnych wysiłków na rzecz uzyskania dominacji w obszarze sztucznej inteligencji. Ale ogólnie rzecz biorąc DeepMind wydaje się być wyjątkiem.

Problemem organów regulacyjnych jest to, że standardowe ramy antymonopolowe nie mają zastosowania w świecie, w którym koszty ponoszone przez konsumentów (głównie w postaci danych i prywatności) są całkowicie nieprzejrzyste. Jest to jednak słaba wymówka dla braku interwencji w przypadku stosunkowo oczywistych działań ograniczających konkurencję, jak na przykład wtedy, gdy Facebook wykupił Instagram (wraz z jego szybko rozwijającą się siecią społecznościową) lub gdy Google wykupił Waze, swojego konkurenta w obszarze map internetowych.

obserwatorfinansowy.pl

czwartek, 7 marca 2019


- Lekarze poznają pracowników po stopach. Są często owrzodzone. Pracownicy mają otwarte rany, problemy z kręgosłupem, depresję. Nie biorą zwolnień, bo to się kończy wyrzuceniem z pracy - (...)


- Co miesiąc trzeba wyrobić większą normę. Jeżeli komuś nie uda się cztery razy, zostaje zwolniony. Pracownik "robi" 20 km dziennie - (...)

Jak mówiła, firmy takie jak Amazon szantażują państwa, wymuszając na nich swoje zasady traktowania pracowników. Dziennikarka tłumaczyła, że korzystają one z różnych luk prawnych. Mogą ustalać sobie dowolne normy pracy, bo kodeks pracy tego nie reguluje, a PIP nie ma narzędzi, żeby kontrolować.

Jak to wygląda w praktyce, wyjaśniał w TOK FM Grzegorz Ilnicki z Ogólnopolskiego Pracowniczego Związku Zawodowego Konfederacja Pracy

- Wątki dotyczące naruszania praw pracy funkcjonują w wysublimowany sposób. Amazon, kiedy broni się przed oskarżeniami, pokazuje czyste hale i mówi "zobaczcie, to wcale nie wygląda tak źle".

- A problem polega na wyśrubowanych normach pracy, czyli liczbie czynności, które trzeba wykonać w określonym czasie - mówił Ilnicki.

Tłumaczył, że Kodeks pracy mówi, że normy są ustalane z uwzględnieniem osiągniętego poziomu techniki i organizacji pracy. Mogą być one zmieniane w miarę wdrażania technicznych i organizacyjnych usprawnień zapewniających wzrost wydajności pracy.

- Co takiego dzieje się z kwartału na kwartał, co usprawiedliwiałoby mówienie ludziom, że muszą pracować wydajniej? - pytał retorycznie.

(...)

Przypomnijmy - Jeff Bezos, założyciel i największy udziałowiec Amazona, jest na pierwszym miejscu listy najbogatszych ludzi świata sporządzonej przez Bloomberga. Jego pracownicy nie są jednak zadowoleni ze sposobu, w jaki firma pomnaża swoją fortunę. Stworzyli międzynarodową akcję protestacyjną.

W ubiegłym tygodniu, w czasie Prime Day, czyli dni specjalnych wyprzedaży,  pracownicy w kilku krajach w Europie uzgodnili, że przeprowadzą akcje protestacyjne. W Hiszpanii w strajku wzięło udział 1800 osób, w Niemczech strajkowało już osiem centrów logistycznych.

tokfm.pl

Liczne afisze, które rozwieszono na ulicach Budapesztu, przyciągały wzrok już od kilku miesięcy. Na zarys Królestwa Węgier – które do 1918 r. rozciągało się od Adriatyku aż po Siedmiogród – nałożono współczesne granice kraju w kolorze krwistej czerwieni. W ten sposób zachęcano mieszkańców stolicy do przyjścia na pl. Bohaterów, by obejrzeli plenerową „Rock operę o Trianon” opowiadającą o traktacie, na mocy którego po I wojnie światowej państwo utraciło 72 proc. terytorium i 64 proc. ludności.

Widowisko, wystawione na początku czerwca w 98. rocznicę podpisania układu, przygotowano z rozmachem. Cztery sceny, fajerwerki, 20 aktorów, 200 tancerzy i ponad 100 statystów, do tego konie, motocykle oraz samochody. Nie zabrakło również admirała Miklósa Horthyego, który pojawił się na scenie dwukrotnie. Pierwszy raz na białym koniu, co symbolizowało jego wjazd do Budapesztu 16 listopada 1919 r. To zdarzenie oznaczało przejęcie przez niego władzy i koniec Węgierskiej Republiki Rad. Drugi raz, kiedy w tle odtwarzano jego słowa z 1938 r. Regent oznajmiał w przemówieniu, że po arbitrażu wiedeńskim należące do Czechosłowacji Koszyce wracają do Węgier. Obydwu momentom towarzyszyły brawa kilku tysięcy widzów, choć jest postacią niejednoznaczną. Po II wojnie światowej skazano go na zapomnienie jako sojusznika III Rzeszy, ale od 2010 r., od wygranych przez Fidesz wyborów, przywraca się pamięć o nim i o jego epoce. Przed rokiem premier Viktor Orbán nazwał regenta „wyjątkowym węgierskim patriotą”.

forsal.pl

Wczoraj dziennikarz Fox News zapytał Donalda Trumpa: „Dlaczego mój syn miałby jechać do Czarnogóry, by bronić jej przed napaścią”. – Rozumiem, co mówisz. Sam zadaję sobie to pytanie. (Czarnogórcy – red.) to bardzo silni ludzie. Mogą stać się agresywni i gratulacje, mamy III wojnę światową – odpowiedział prezydent USA. Tymczasem w stołecznej Podgoricy trwa proces najemników, którzy w 2016 r., u progu sfinalizowania procesu akcesji do NATO, próbowali dokonać tam prorosyjskiego zamachu stanu. Rosja wszystkiemu zaprzecza.

Właściciel piłkarskiego klubu PAOK Saloniki Iwan Sawwidi, w Grecji znany jako Sawidis, trafił na czołówki portali w marcu 2018 r., gdy wtargnął z bronią w ręku na boisko i groził śmiercią sędziemu podczas ligowego meczu z AEK Ateny. Ten urodzony w greckiej wiosce w Gruzji biznesmen jest najbogatszym rosyjskim Grekiem. Dobry znajomy prezydenta Władimira Putina przez osiem lat był deputowanym do rosyjskiej Dumy z ramienia kremlowskiej Jednej Rosji. W Grecji poza klubem piłkarskim inwestuje także w miejscowe media. Wspiera prowadzącą w sondażach konserwatywną Nową Demokrację (ND).

ND sprzeciwia się porozumieniu zawartemu w czerwcu przez lewicowego premiera Aleksisa Tsiprasa z jego macedońskim odpowiednikiem Zoranem Zaewem. Układ, na którego mocy postjugosłowiańskie państwo przybiera nazwę Macedonii Północnej, a Ateny w zamian odblokowują jego starania o wejście do NATO i UE, został zgodnie oprotestowany przez opozycję w obu państwach. Tsipras musiał się zmierzyć ze zgłoszonym przez ND wnioskiem o wotum nieufności, a neonazistowski poseł Konstandinos Barbarusis nawoływał nawet do wojskowego puczu. Zaew zaś musiał obalić w parlamencie weto wywodzącego się z opozycji prezydenta Dźorgego Iwanowa.

dziennik.pl

Proceder wywożenia z ziem polskich młodych dziewcząt i sprzedawania ich do domów publicznych całego świata, mimo działań podejmowanych przez społeczników i policję, trwał w latach 20. w najlepsze. Rozpoczął się w latach 60. XIX w., kiedy wielkie porty oceaniczne zostały połączone liniami kursujących regularnie parowców. Obie Ameryki ściągały wtedy z Europy miliony poszukujących pracy imigrantów, wśród których przeważali samotni mężczyźni. W miastach Argentyny, Brazylii, Chile, Stanów Zjednoczonych czy Kanady powstawały niezliczone burdele wszelkich kategorii: od pośpiesznie skleconych bud i namiotów, w których niewykwalifikowani robotnicy płacili za kwadrans z dziewczyną, po wykończone marmurami, kryształami i czerwonym pluszem pałace rozpusty. Brytyjscy dżentelmeni wysyłani do miast kolonii imperium: Kalkuty, Bombaju, Johannesburga, a także do europejskich faktorii handlowych w krajach Dalekiego Wschodu: Szanghaju, Pekinu, Jokohamy, domagali się od przedsiębiorców oferujących usługi seksualne, aby w ofercie mieli przede wszystkim białe dziewczęta.

Otworzył się gigantyczny globalny rynek usług seksualnych, z ogromnym zapotrzebowaniem na pracujące niewolniczo lub półniewolniczo młode kobiety. Początkowo były zwożone przez alfonsów z całej Europy: z Anglii, Francji, Niemiec, Belgii i Holandii. Jednak w tych krajach protestancka i katolicka opinia publiczna bardzo szybko zaczęła się domagać od władz państwowych zdecydowanych działań, by ukrócić zamorski „handel dziewczęcym mięsem”, jak ów proceder wtedy nazywano. Powstały liczne państwowe, wyznaniowe i społeczne organizacje, zazwyczaj sprawnie funkcjonujące, podpisywano międzynarodowe konwencje.

Jednak Rosja nie uczestniczyła w międzynarodowych działaniach zmierzających do ograniczenia zjawiska, Austro-Węgry zaś nie wykazywały specjalnego zaangażowania. Dlaczego? W Rosji porywaniem i wywozem dziewcząt zajęły się żydowskie szajki działające przede wszystkim na ziemiach polskich, gdzie władze rosyjskie ustaliły strefy osiedlenia dla Żydów przepędzanych z innych rejonów imperium. Urzędnicy i policjanci, zgodnie z oficjalną doktryną rosyjskiego państwowego antysemityzmu, nie widzieli powodu, żeby powstrzymywać gangi wywożące w siną dal, najczęściej już na zawsze, żydowskie dziewczęta. Austriacy również chętnie pozbywali się Żydów, niezależnie od płci i wieku. Wkrótce zresztą do żydowskich stręczycieli dołączyli polscy koledzy, pozyskujący dla zamorskich lupanarów katolickie dziewczęta (w Ameryce Południowej, Azji i Afryce najwięcej płacono za blondynki o jasnej skórze), lecz dla władz rosyjskich i austriackich wciąż nie było to powodem do podejmowania działań zapobiegawczych.

tygodnikprzeglad.pl

niedziela, 3 marca 2019


W ciągu tych nieco ponad dwóch lat Polska kompletnie zniszczyła kapitał, który kolejne, różne polskie rządy gromadziły w Europie przez ostatnich dwadzieścia pięć lat. Nie jestem w stanie panu opisać, jak bardzo politycy na Zachodzie są Polską zawiedzeni. Jeszcze trzy lata temu politycy w Paryżu byli zaniepokojeni dobrymi stosunkami polsko-niemieckimi, bo bali się, że Francja może stracić wpływy w Berlinie właśnie na rzecz Polski. Mówiło się o tym, że Francja potrzebuje więcej dyplomatów mówiących po polsku. Francuzi nagle zorientowali się, że Europa Środkowa staje się bardzo ważna.

Ale od czasu zerwania umowy na helikoptery z Airbusem, a potem na skutek rozmontowywania przez Polskę własnego wymiaru sprawiedliwości, cały ten nastrój prysł. Dziś ludzie mówią, że Polska przestała być potrzebna, bo nie wiadomo nawet, jak długo zostanie w Unii Europejskiej i czy to kraj, który chce być częścią tej Europy. Odżywają wszystkie negatywne stereotypy na temat Polski, które – jak sądziłam – zostały już pokonane. Wiele z nich jest niesprawiedliwych i nieuzasadnionych – o tym, że Polacy są zacofani, radykalnie prawicowi, że powszechny jest antysemityzm – ale prowadzą do przekonania, że tego narodu nie da się zintegrować z resztą zachodniej Europy.

kulturaliberalna.pl

Żyjemy w epoce…

Kapitalizmu inwigilacji.

Jakiej?

Do niedawna trwał kapitalizm informacji. Ale szybko się wyczerpał, a przejście od informacji do inwigilacji dokonało się dla większości w sposób niezauważony. Jednak zacznijmy od kapitalizmu informacji, zwanego także kapitalizmem wiedzy. Ten termin pojawił się w latach 90. XX w., gdy zaczęły się rozwijać nowe technologie komunikacji. To właśnie dzięki nim wiedza i informacje miały stać się fundamentem gospodarek. Przy czym przyjęło się uważać, że to po prostu kolejna forma tradycyjnego kapitalizmu. Dużo szkody narobiły prace Manuela Castellsa, hiszpańskiego socjologa, badacza społeczeństwa informacyjnego, który uspokajał, że przejście do nowej ery nie wiąże się z żadnymi wielkimi zmianami. Że wszystko pozostanie po staremu, prócz tego, że w epoce informacji będziemy wykonywać pracę szybciej, wydajniej oraz przy niższych kosztach. Przyjęliśmy bezkrytycznie tę narrację i dopiero po jakimś czasie okazało się, jak błędne było to myślenie. Okazało się, że mieliśmy do czynienia z rewolucją.

Czyli?

Na początku powstały nowe zjawiska rynkowe wymyślone na potrzeby mediów cyfrowych, niezdolne istnieć poza nimi. Zaczęły także obowiązywać nowe reguły gry – pojawiły się niezbyt jeszcze efektywne praktyki śledzenia naszej aktywności w internecie, jak ciasteczka (cookies). Wraz z tym doszło też do pierwszych debat, a nawet prób legislacyjnych, by chronić prywatność oraz dane użytkowników sieci. Niestety, nie przykładaliśmy wtedy do tego należytej wagi, bo w latach 1996–2001 internetowa branża wciąż szukała na siebie pomysłu, a inwestorzy nie mieli pewności, czy w ogóle może ona na siebie zarabiać. Temu przepoczwarzaniu – z ery informacji w epokę inwigilacji – pomogło też to, że zachodnia gospodarka w tamtym czasie przybrała wyjątkowo odrażającą formę. Była nastawiona na skrajną eksploatację konsumenta, nic nie dając mu z zamian. Podsumowując – nie tylko kapitalizm informacji okazał się czymś o wiele istotniejszym, niż myśleliśmy, ale kolejne jego wcielenie – kapitalizm inwigilacji, zaczął rozwijać się, nie napotykając przeszkód i w efekcie stając się dominującą formą dla całej ekonomii, nie tylko tej związanej z siecią.

Z pani prac można się dowiedzieć, że przełomowy dla kapitalizmu inwigilacji był 2001 r. Dlaczego?

Pękła internetowa bańka i Krzemowa Dolina wpadła w panikę. W opałach znalazł się też Google, wówczas firma raczkująca, oferująca bardzo dobrą wyszukiwarkę, lecz wciąż niegenerująca zysków – a więc pod presją ze strony inwestorów. W owym czasie relacje koncernu z reklamodawcami były tradycyjne. Firma kojarzyła ich produkt ze słowem kluczem wpisanym przez internautę do wyszukiwarki i pokazywała mu ogłoszenie. Inżynierowie Google’a zaczęli jednak przeglądać serwery z danymi pozostawionymi przez użytkowników i odkryli, że pozostawiają oni po sobie dużo więcej informacji niż tylko wpisana fraza. Że zostaje po nich ślad informacyjny, czyli dane o tym, kim są, w jakim wieku, gdzie mieszkają, co ich interesuje czy czego szukają w sieci. Pojawił się pomysł, by ten ślad wykorzystać do próby przewidzenia zachowania klientów – i od wyników tej projekcji uzależnić wyświetlanie reklam. To był całkowicie nowy rodzaj gry. Do tego Google zastrzegł, że nie wyjawi światu swojego „patentu”. Nikomu się to nie podobało, ale też nikt za bardzo nie narzekał, bo nowa strategia okazała się sukcesem. Między 2001 r. a 2004 r., kiedy to firma dopracowała technologię, jej przychody wzrosły o 4 tys. proc.

I zaczął się kapitalizm inwigilacji.

Dokładnie. Na rynku pojawił się nowy produkt, możliwy dzięki zupełnie nowemu surowcowi. Surowcem stał się ślad, jaki pozostawiamy po sobie w internecie, zaś produktem – przewidywanie naszych zachowań. Ten produkt jest sprzedawany na rynki, które skupił wokół siebie Google. Powszechnie myśli się, że to branża reklamowa, ale to błąd. Te rynki też są nowe. To rynki przewidywania przyszłych zachowań ludzkich (behavioral futures markets). Zostały stworzone, by służyć reklamie na podobnej zasadzie, co masowa produkcja branży motoryzacyjnej – taśmę wymyślono po to, by zwielokrotnić zyski. Dzisiaj już widzimy obecność tych nowych rynków w bardzo wielu sferach naszego życia: w ubezpieczeniach, handlu, bankowości, polityce – co pokazała nam afera związana z Facebookiem i firmą Cambridge Analytica. FB właśnie odpowiedział na pytanie rządowego US House Energy & Commerce Committee – w 750-stronicowym dokumencie przyznał się, że dane użytkowników przekazywał lub sprzedawał 52 firmom z branży IT. Warto także wiedzieć, że nad technologią będącą fundamentem kapitalizmu inwigilacji pracowała w Google’u Sheryl Sandberg, obecna szefowa operacyjna Facebooka, nie dziwi więc, że to te dwie firmy są liderami nowej formy gospodarki. Na bazie ich sukcesu ten model rynkowy stał obowiązujący. I gdziekolwiek spojrzymy, tam trwa wyścig o zbieranie danych o naszych zachowaniach w celu kreowania produktu zgodnego jak najbardziej z naszym pożądaniem. Kapitalizm inwigilacji wylał się z sieci nawet do świata offline’u. A to przecież nie koniec, bo rynek, jak natura, jest wciąż w ruchu, ewoluuje.

Dokąd więc zmierzamy?

Jak zawsze – toczy się odwieczna walka o to, kto będzie miał najlepszy produkt na rynku. Surowcem jest ślad informacyjny, wobec czego rynek poszukuje sposobów na usprawnienie metod projektowania naszych oczekiwań. A o wiele łatwiej coś przewidzieć, jeśli najpierw dokona się ingerencji w zachowanie tak, by przybrało ono pożądane formy. Co więc się dzieje? Dynamika kapitalizmu inwigilacyjnego prze coraz bardziej w kierunku wcielania w życie programów modyfikacji naszych zachowań. Mówiąc wprost – rynek usiłuje nas, jako klientów i konsumentów, coraz mocniej popychać w preferowanym przez siebie kierunku, próbuje wpływać na nasze opinie, niekiedy wręcz zaganiać w określone miejsca niczym owce na pastwisku. To jest obecny kierunek rozwoju rynku.

forsal.pl

Co się zdarzyło w Polsce po roku 1945? Czy to była wielka rewolucja społeczna? Jak to określić?

– Kiedyś prof. Tadeusz Łepkowski, znakomity historyk, twierdził, że w latach 1945-1946 zderzyły się dwie rewolucje: niepodległościowo-demokratyczna i komunistyczna. Ta druga zwyciężyła, bez wątpienia dzięki radzieckim bagnetom. Ale nie tylko. Wszak w Polsce pod koniec wojny narastały nastroje lewicowe, co widać chociażby w dokumentach AK, w tużpowojennej publicystyce. Przy czym wielu historyków dopowiada, że te przemiany rewolucyjne zaczęły się już w okresie II wojny. Zniknęli Żydzi, a wraz z nimi ich majątki. Wszystko, co zostało po nich, posłużyło bardzo silnej zmianie, która miała charakter rewolucji, oczywiście…

Sztetl został zasiedlony.

– Przez polski żywioł. Ludowy. I w związku z tym poziom życia tych ludzi się zmienił.

Do domków biedoty wprowadziła się jeszcze większa biedota.

– Dzisiaj, na 100-lecie niepodległości, będziemy pod pewnym przymusem pokazywać, jaka piękna była II Rzeczpospolita. Wszystkich zwolenników takich tez odsyłam do „Pamiętników chłopów” z 1935 r., które pokazują, jak zacofany był to kraj w sensie społecznym. Bohaterowie opisują swoje warunki życia. To wstrząsająca lektura, zwłaszcza dla ludzi młodych, dla których obecny świat jest czymś, co było zawsze.

Takie wsie, z takimi warunkami życia, z przeludnieniem, były na początku Polski Ludowej.

– Są badania z lat 50. Instytutu Budownictwa Mieszkaniowego. Oni badali nowe osiedla, które zaczęły wtedy powstawać w Mielcu, Stalowej Woli, Nowej Hucie. Są tam opisy hoteli robotniczych w Nowej Hucie… Że w jednej sali jest kilkadziesiąt osób, są dwie umywalki z zimną wodą. A potem pytano tych ludzi, jak oni to oceniają. Odpowiedź brzmiała: bardzo dobrze! W porównaniu z tym, co mieli u siebie na wsi, to, co nam się wydaje koszmarnymi warunkami życia, dla nich koszmarne nie było. Dla nich to był awans. I dlatego tak trudno nam dziś zrozumieć lata 50. Nie mamy tamtych doświadczeń.

Nie wiemy, jak w 14 osób można było żyć w dwuizbowej, drewnianej chałupie z glinianą polepą.

– Wielu chłopców, którzy z tych wsi spod Krakowa czy Rzeszowa szli przede wszystkim do Nowej Huty, wychodziło właśnie z takich warunków życia, gdzie w jednej chałupie nie wystarczało miejsc do spania. Spali w stodole, w komórce… I to są tego typu warunki, przeniesione z II Rzeczypospolitej. Oczywiście wieś wielkopolska była inna, ale mówimy o pewnej średniej.

Czyli industrializacja na wielką skalę to świadomy plan wyrwania Polski z tej nędzy?

– To był plan bardzo celowy. Są teorie mówiące, że to, co zdarzyło się w latach 50., było próbą siłowej, centralnie zaplanowanej modernizacji Polski, jako jednego z wielu na świecie obszarów peryferyjnych. Grzegorz Wójtowicz kiedyś zbadał tzw. produkt na osobę w Polsce od roku 1000 w stosunku do Europy Zachodniej. Oczywiście porównywać te wszystkie lata niemal nie sposób. Ale co mu wyszło? Że w 1950 r. w Polsce na statystycznego mieszkańca przypadało 54% dochodu przeciętnego mieszkańca Europy Zachodniej. W 1938 r. było to 50%, w 1978 – 48%, a w 1989 – 36%! Zgoda, że wskaźnik z 1950 r. to efekt stosowania w dużej mierze metod represyjnych w gospodarce, a postępujące od lat 70. zacofanie wobec Zachodu to głównie skutek zmiany filozofii gospodarowania – coraz bardziej liczyła się produkcja komputerów, a nie stali. Ale nawet przy tych zastrzeżeniach mówienie o tym jest dziś niepoprawne.

Projektowi modernizacji towarzyszył projekt awansu społecznego milionów.

– Awans społeczny w PRL szedł dwiema podstawowymi ścieżkami. Z jednej strony, był to awans do miasta i przede wszystkim do przemysłu, a z drugiej – awans oświatowy, przez szkołę. Jeżeli chodzi o ten pierwszy, był plan sześcioletni – industrializacji, szczególnie rozwoju przemysłu środków produkcji: ciężkiego i metalowego. To przedsięwzięcie potrzebowało mnóstwo siły roboczej. Są takie teksty propagandowe z lat 1949-1950, które mówią o tym, że wszyscy zbędni na wsi, młodzież, kobiety, powinni zasilić przemysł, bo tworzymy Polskę, jakiej nigdy nie było, Polskę wielkiego awansu, mocną gospodarczo.

Trudno stwierdzić, czy te teksty były skuteczne, ale faktem jest, że wieś się ruszyła.

– Jeżeli bada się migracje ze wsi do miasta, widać, że są dwa okresy w historii Polski, kiedy to wychodźstwo i awans z tym związany były najintensywniejsze. Otóż w latach 1951-1955 ze wsi do miasta przeniosło się na stałe ponad 1,8 mln osób. Podobna wielkość została uzyskana w Polsce w latach 1976-1980. Wszystko pośrodku było mniejsze. Duże, ale sporo mniejsze. Zwłaszcza migracja lat 50. jest interesująca. To jest migracja chłopska. Ona wchodzi w miasto z całym swoim kapitałem kulturowym, bardzo ograniczonym.

tygodnikprzeglad.pl

sobota, 2 marca 2019


Na początku publikacji jej autorzy zauważają, że niemiecki filozof Georg Hegel (1770-1831) przewidywał, iż podstawową komórką społeczną nowoczesnego społeczeństwa będzie państwo, Karol Marks, że komuna, Lenin i Hitler wskazywali na partię polityczną. Wcześniej sukcesja świętych i mędrców twierdziła to samo o kościele parafialnym, dworze feudalnym i monarchii.

Autorzy stawiają zaś tezę, że najważniejszą organizacją na świecie jest firma, bo jest ona „fundamentem zachodniego dobrobytu”. Dla większości z nas jedynym rywalem w konkurencji o czas i energię dla firmy jest rodzina. Mimo to rola jaką firma odegrała w cywilizacji jest często pomijana.

W najnowszych biografiach premiera Wielkiej Brytanii Williama Gladstone`a (1809-1899), tzw. Companies Act, XIX-wiecznej ustawie, którą uważa się za kamień milowy w historii spółek, a której promotorem był właśnie Gladstone, poświęca się zaledwie jedno zdanie.

Robert Lowe, intelektualny ojciec nowoczesnej firmy, jest lepiej pamiętany za swoją pracę na rzecz edukacji i gderliwą opozycję w stosunku do powszechnego prawa wyborczego. W tomie historii Anglii „New Oxford History of England”, który obejmuje lata 1846-1886 i ma 720 stron, o powstaniu koncepcji nowoczesnej firmy nie ma nawet zdania.

Nowoczesna korporacja powstała z inicjatywy państwa, ale jej potęga nie wynika głównie z faktu, że dzięki niej produktywność rośnie. Jej główny atut – zdaniem autorów – jest taki, że ma większość praw takich, jakie mają ludzie, ale nie ma ograniczeń wynikających z biologii, czyli mówiąc wprost: firma sama z siebie nie umiera.

(...)

Korporacje od początku swojego istnienia wzbudzały kontrowersje. Angielski sędzia, a później polityk, Edward Coke (1552-1634) skarżył się, że „firmy nie mogą popełnić zdrady albo zostać wyjęte spod prawa czy ekskomunikowane, ponieważ nie mają one duszy”. Ten wątek powrócił dwa wieki później w słowach lorda kanclerza Edwarda Thurlowa (1731-1806). Mówił on: „Korporacje nie mają ani ciał, by je ukarać, ani dusz by je skazać na potępienie, a zatem czynią tak, jak mają ochotę”.

obserwatorfinansowy.pl

Utrzymująca się od lat nadwyżka w bilansie handlowym Chin wynika z chińskiej wewnętrznej polityki gospodarczej, nakierowanej na systemowe wspieranie sektora produkcyjnego. Zasadza się ona m.in. na utrzymywaniu stałego kursu juana do dolara amerykańskiego, oraz niskich stóp procentowych dla dużego biznesu, a także wieloletnim powstrzymywaniu wzrostu płac. Prowadzi do efektywnego subsydiowania sektora eksportowego, co zapewnia jego międzynarodową konkurencyjność. Pozyskiwane z eksportu nadwyżki dolarowe są lokowane na chłonnym amerykańskim rynku kapitałowym, finansując amerykański import z Chin. Innymi słowy, długotrwały deficyt USA w handlu z Chinami finansowany jest poprzez import chińskiego kapitału i rosnące zadłużenie wobec Chin. Obecna polityka gospodarcza państw regularnie notujących nadwyżki handlowe z USA (oprócz Chin również Niemcy, Japonia, Korea Południowa) uważana jest za szkodliwą dla amerykańskiej gospodarki, w sferze realnej powodując utratę konkurencyjności i przenoszenie produkcji z USA za granicę, a w sferze finansowej wpływając na obniżki stóp procentowych i powstawanie baniek na rynkach aktywów (sytuacja ta wskazywana jest jako jedna z głównych przyczyn kryzysu finansowego z 2008 roku). Przywrócenie równowagi handlowej między USA i Chinami wymaga reform po stronie chińskiej, częściowego demontażu systemu subsydiowania sfery produkcyjnej i zwiększenia chińskiej konsumpcji wewnętrznej. Działania doraźne, jak chińskie „misje zakupowe” w USA czy objęcie części importu cłami, nie rozwiążą problemów amerykańskiego bilansu płatniczego w długim okresie.

Drugie pole gospodarczego konfliktu USA z Chinami wiąże się z chińską polityką przemysłową. Rozwój wysokich technologii i wzrost pozycji chińskich firm w globalnych łańcuchach wartości wspierany jest przez rząd w Pekinie (m.in. w ramach strategii China 2025), często kosztem przedsiębiorstw amerykańskich. Odbywa się to poprzez subsydiowanie chińskich firm sektora high-tech, przymusowe transfery technologii przez zagranicznych inwestorów jako warunek dostępu do rynku chińskiego, wspierane przez państwowe banki zakupy amerykańskich spółek technologicznych, kradzież własności intelektualnej (wspieraną przez chińskie państwo), naruszanie patentów etc. Dotyczy to branż kluczowych dla długofalowej konkurencyjności amerykańskiego przemysłu i usług, m.in. sztucznej inteligencji, big data, robotyki, biotechnologii, awiacji czy technologii kosmicznych. Zmniejszanie dystansu technologicznego Chin i USA w tych sektorach postrzegane jest jako zagrożenie dla długofalowej konkurencyjności amerykańskiej gospodarki, a także wyzwanie dla przewagi technologicznej amerykańskiej armii.

osw.waw.pl

Odkąd Donald Trump został amerykańskim prezydentem, USA mają ciągłe pretensje do świata. Międzynarodowe reguły handlu mają być dla Stanów wyjątkowo niekorzystne, przez co ubożeje amerykańska klasa pracująca, a tamtejsza klasa średnia staje się coraz węższa. Zyskują zaś Chińczycy i Niemcy, sprzedając Amerykanom swoje produkty na potęgę. Kiedy słucha się przekazu sączącego się z Waszyngtonu od półtora roku, można dojść do wniosku, że USA, czyli globalne mocarstwo i jedno z najbogatszych państw na Ziemi, to w rzeczywistości największy poszkodowany globalnego porządku gospodarczego. Nie są poszkodowane państwa Afryki, których bogactwa naturalne brutalnie eksploatują zachodnie koncerny, nie są poszkodowani pracownicy z Azji Południowo-Wschodniej, którzy za grosze szyją tanie ubrania, by młodzi Amerykanie mogli sobie co tydzień kupować nowy ciuch, ani państwa rozwijające się, które w wyniku nagłych odpływów kapitału co chwilę gdzieś na świecie wpadają w kryzys finansowy. Nie, tym największym przegranym globalizacji tak naprawdę są Stany Zjednoczone.

Jest to tym zabawniejsze, że to przecież USA dominowały podczas tworzenia powojennego ładu na świecie. Najpierw przyczyniły się do stworzenia systemu Breton Woods, który z grubsza polegał na tym, że dolar był wymienialny na złoto, a pozostałe waluty na dolara według stałego kursu wymiany. USA zapewniły więc dolarowi kluczową rolę w zachodniej gospodarce. Gdy Breton Woods przestało być dla USA korzystne, a utrzymanie parytetu złota stało się niewygodne, jednostronnie wystąpiły z niego, zawieszając wymienialność dolara na złoto. Mimo to dolar do dziś utrzymał swoją pozycję światowej waluty rezerwowej, co pozwala Stanom Zjednoczonym bardzo tanio się zadłużać - o wiele taniej niż krajom o podobnej skali zadłużenia w stosunku do PKB. USA zapewniły sobie także większość głosów w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, który w okresie powojennym miał kluczowe znaczenie dla szerzenia gospodarczego Pax Americana i wymuszał na państwach rozwijających się przyjmowanie zasad gospodarczych zawartych w konsensusie waszyngtońskim (w zamian za kredyty). Stany Zjednoczone miały też istotne zdanie przy tworzeniu Światowej Organizacji Handlu i finalizacji rund negocjacji, które regulowały kolejne obszary światowego handlu. USA utrzymują też na swoim terytorium kilka rajów podatkowych, z których najsłynniejszy jest stan Delaware. Nie mówiąc już o tym, że jako globalne mocarstwo morskie kontrolują one najważniejsze szlaki handlowe na Atlantyku i Pacyfiku. Tak więc jeśli globalny ład gospodarczy jest niesprawiedliwy dla USA, to mogą mieć one pretensje tylko do siebie, bo to one go tworzyły. Problem w tym, że światowe zasady handlu wcale nie są dla USA niesprawiedliwe – niesprawiedliwy jest za to porządek gospodarczy, który USA ustanowiły u siebie w kraju.

Wystarczy rzut oka na podstawowy wskaźnik makroekonomiczny, który pokazuje poziom zamożności kraju, czyli PKB na mieszkańca (z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej), by przekonać się, że światowy porządek gospodarczy jest dla USA raczej łaskawy. W 2017 roku PKB wyniósł prawie 60 tys. dol. i był zdecydowanie wyższy od tego we wszystkich dużych krajach Zachodu. W Niemczech PKB na głowę wyniósł 51 tys. dol., w Szwecji - 50 tys. dol., w Kanadzie - 47 tys. dol., w Japonii - 43 tys. dol. Te różnice są jeszcze bardziej widoczne, jeśli weźmiemy pod uwagę pojedyncze stany, wśród których są tacy krezusi, jak Nowy Jork i Massachusetts (po 75 tys. dol. na głowę). Gdyby kraje Zachodu stały się stanami USA, to Niemcy pod względem PKB na głowę plasowałyby się na 32. miejscu. Zaraz nad Luizjaną, której gigantyczne problemy społeczne i ekologiczne opisała w książce „Obcy we własnym kraju” Arlie Hochschild. Pod Luizjaną znalazłaby się Szwecja, a Francja byłaby na 45. miejscu, między Arizoną a Karoliną Południową. Za to bogata Holandia znalazłaby się na 27. miejscu, zaraz nad trapionym przez patologie społeczne Kansas, któremu książkę „Co z tym Kansas?” poświęcił Thomas Frank.

Tak więc najbogatsze kraje UE pod względem dochodu narodowego znalazłyby się wśród biedniejszych stanów USA. A mimo to nie słychać o gigantycznych obszarach biedy w Niemczech czy Szwecji, nie ma też eksplozji patologii społecznych w Holandii. Problemem USA nie jest więc brak zamożności spowodowany niesprawiedliwym porządkiem globalnym, bo zamożności w USA jest aż nadto. Problemem USA jest patologiczny porządek ekonomiczno-społeczny, który stworzyły one same u siebie.

W jednej rzeczy z Donaldem Trumpem należy się zgodzić – rzeczywiście ostatnie dekady nie był dobre dla pracujących Amerykanów, szczególnie tych mniej zarabiających. Od lat 70. ich dochody są w stagnacji, za to wyraźnie wzrosły wskaźniki ubóstwa. Doskonale przedstawił to noblista z dziedziny ekonomii Angus Deaton w książce „Wielka ucieczka”. W roku 1974 najbiedniejsze 20 proc. amerykańskich gospodarstw domowych miało średni dochód na poziomie 18 tys. dol. rocznie. W 2010 r. ich realny dochód… spadł do 15 tys. dol. Rodziny w przedziale 20-40 proc. miały w 1974 r. średnie dochody na poziomie 37 tys. dol., czyli na dokładnie takim samym jak w 2010 r. Wskaźnik ubóstwa w 1973 r. wynosił w USA 10 proc., za to w 2010 r. - już 15 proc. Odsetek osób poniżej 18. roku życia żyjących poniżej granicy ubóstwa wzrósł w tym czasie z 15 do 22 proc. Chociaż od lat 60. próg ubóstwa de facto nie był zmieniany - był korygowany jedynie o wskaźnik inflacji.

gazeta.pl