sobota, 30 listopada 2019


Niewystarczająco ogrzane mieszkania sprzyjają rozwojowi chorób układu oddechowego, układu krążenia, alergiom czy zaburzeniom hormonalnym, wpływają także na zdrowie psychiczne. W skrajnych przypadkach stan ubóstwa energetycznego może prowadzić nawet do śmierci. Według szacunków dr Grzegorza Libora z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Śląskiego zawartych w opracowaniu Ubóstwo energetyczne – śmiertelność i jej koszt, w którym przeanalizował on dostępne dane pod kątem wpływu ubóstwa energetycznego na życie Polaków i stan gospodarki, w 2017 r. na skutek zimna w Polsce zmarło ponad 35 tys. ludzi. 

Najwięcej osób z powodu zimna umiera w województwie mazowieckim i śląskim, najmniej natomiast w województwie opolskim oraz lubuskim. Dane te nie pokrywają się jednak z danymi dotyczącymi skali ubóstwa energetycznego w poszczególnych województwach, wyliczonymi przez Instytut Badań Strukturalnych dla 2014 roku. – Wykorzystanie do pomiaru ubóstwa energetycznego miary obiektywnej (LIHC) prowadzi bowiem do koncentracji osób żyjących w ubóstwie energetycznym głównie w województwie opolskim oraz na wschodzie Polski. Wykorzystanie miary subiektywnej skutkuje z kolei wzrostem odsetka takich osób w województwach zachodnich. Powyższe dane wymagają jednak uwzględnienia liczby ludności każdego województwa z osobna. Wówczas okaże się, że najwięcej osób umiera z powodu zimna w województwie łódzkim i świętokrzyskim, najmniej w podkarpackim oraz pomorskim. Powyższy rozkład jest już nieco bliższy rozkładowi skali ubóstwa energetycznego przy zastosowaniu miary LIHC. W każdym województwie dostrzec można jednak tendencję, bądź co bądź naturalną, do wzrostu liczby zgonów wraz z wiekiem, również jeśli chodzi o zgony z zimna – wyjaśnia dr Libora.

(...)

Ekspert wyliczył także, ile kosztują budżet przedwczesne zgony wywołane zimnem. „Przyjmując za koszt utraconego przedwcześnie życia wskaźnik, którym posłużono się w raporcie Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, a więc 1,57 mln euro, okazuje się, że koszt zgonów spowodowanych zimnem w Polsce wynosi około 54 mld euro, tj. ponad 213 mld złotych, zakładając jednak, że wszystkie zgony spowodowane zimnem miały charakter przedwczesny, a jeden taki zgon równa się kilkunastu latom życia. Oczywiście podane kwoty są kwotami maksymalnymi dla wartości waluty z 2010 roku. Tym samym koszt zgonów spowodowanych zimnem, w przeliczeniu na 1 mieszkańca Polski, wynosi 1509 euro tj. prawie 6 tysięcy złotych” – czytamy w analizie.

/Metodologia wyników nie jest przejrzysta w tym przypadku - red./

gazetaprawna.pl

Grzegorz Sroczyński: Przecież reklamować wódki nie wolno.

Krzysztof Brzózka: Ale piwo wolno! Ustawa z 2001 roku dopuściła reklamy piwa, bo panowało przekonanie, że jeśli Polacy zaczną pić więcej piwa, to będzie korzystne dla zdrowia publicznego. "Zamiast wódki, chętniej będziemy sięgać po piwo. Wzrośnie kultura picia". Takie były wtedy tytuły w gazetach. "Zmieńmy strukturę spożycia alkoholu, więcej piwa, mniej wódki". Tak to uzasadniano. Sam wtedy tak uważałem.

I?

To jest bzdura. Powstało masę badań, które pokazują, że piwo i wódka są napojami komplementarnymi. W Polsce takie badania robiła prof. Zofia Mielecka-Kubień z Akademii Ekonomicznej w Katowicach.

Napoje komplementarne?

Chodzi o to, że piwo ciągnie za sobą wódkę. Niech pan spojrzy na dane: gdy rośnie spożycie piwa, prawie jednocześnie rośnie krzywa spożycia wódki.

Bo?

Tak jak z narkotykami - od miękkich do twardych, mocniejszych. Dzisiejsi maturzyści to piwosze, ale za chwilę piwo przestaje wystarczać. Potrzebne są coraz większe dawki alkoholu.

Biznes wódczany jest szczęśliwy, gdy piwo się reklamuje, bo wiedzą, że im też będzie sprzedaż rosła. Byliby wściekli, gdyby w ogóle zakazano reklamy napojów alkoholowych. Ale dzięki śpiewce o "kulturze picia", przekonywaniu w mediach, że jak zwiększymy spożycie piwa, to Polacy przestaną się upijać, udało się reklamy alkoholu dopuścić.

Reklamy piwa powodują wzrost spożycia?

Też. Ale biznesowi nie tylko o to chodzi. Dzięki zalewowi reklam jesteśmy narodem najbardziej zsocjalizowanym z alkoholem. Traktujemy alkohol jak normalny produkt spożywczy. Podobnie działa na nas obecność wódki w każdym spożywczaku i na każdej stacji benzynowej. Kupę kasy idzie na wyraźną ekspozycję. Chodzi nie tylko o to, żeby się alkohol sprzedał, ale też o ważny efekt wizerunkowy: alkohol ma być czymś zwyczajnym.

I jakie to ma skutki?

Światopoglądowe. To wpływa na przekonania, które wyznajemy jako społeczeństwo. Przyzwyczajeni do obecności alkoholu na każdym kroku, wszelkie próby ograniczenia sprzedaży traktujemy jak dziwaczne pomysły. Każda zmiana przepisów w Polsce, nawet delikatna próba ograniczenia sprzedaży alkoholu, wywołuje jazgot mediów i obywateli. "To napaść na wolność, to powrót peerelu".

Biznes alkoholowy wydał mnóstwo pieniędzy, żebyśmy obecność flaszki wódki na każdej stacji benzynowej traktowali niemal jak element praw człowieka. Polacy na puncie dostępności wódki maja podobnego fioła jak Amerykanie na punkcie dostępności broni.

Alkohol na stacjach benzynowych to kolejny ponury skandal. Odwiedzają mnie cudzoziemcy i łapią się za głowę. "Krzysztof, jak to możliwe, że wy na to pozwalacie!?". Oczywiście nie ma dowodów, że wypadki powodują kierowcy, którzy kupili wódkę na stacji. Nie sądzę, żeby tak było. Cała diabelska szkodliwość tej sytuacji polega na czymś innym. Stacje paliw są tak naprawdę melinami z alkoholem, świetnie skomunikowanymi i czynnymi całą dobę. Dla wszystkich ze skłonnością do picia ma to efekt psychologiczny.

Jaki?

Jeśli kierowca zatrzymuje się pod zwykłym sklepem z alkoholem, to wiadomo, po co to robi. Musi podjąć jasną decyzję: "Chcę kupić wódkę". A jak się zatrzymuje na stacji paliw, to jest to mniej ostentacyjne. Kupuje paliwo, a przy okazji: "Poproszę jeszcze małpkę cytrynówki albo wiśniówki".

Proszę zwrócić uwagę, że kolorowe małe buteleczki na wielu stacjach stoją na wysokości wzroku. To nie jest przypadkowe, biznes wódczany wydaje ciężkie miliony na zbadanie, jak działa umysł człowieka ze skłonnością do picia.

Kobieta płaci za paliwo, przy okazji weźmie taką małpkę do torebki. "Ja przecież nie piję wódki, tylko kolorową nalewkę" - tłumaczy potem sama sobie. Bo nie zatrzymała się przecież pod sklepem z alkoholem, tylko po benzynę, a ta małpka to nic wielkiego. Szatański pomysł.

Małpki?

No oczywiście. Niech pan spojrzy rano na trawnik pod blokiem. Buteleczki leżą wszędzie. W Polsce sprzedaje się półtora miliarda rocznie. Ich perfidia polega na tym, że są poręczne.

Pojawiły się 10 lat temu - jeden z Polmosów wpadł na pomysł, żeby wrócić do opakowań 100 ml i wystawić je z ceną 5 zł. Zawojowali rynek. Przemysł alkoholowy postawił wtedy na strategię wciągania w picie kobiet, ale ze wszystkich badań im wychodziło, że kobiece picie wódki jest u nas czymś kulturowo nietolerowanym. I jeśli już - kobiety chcą to robić dyskretnie. Więc wymyślili opakowanie, które dobrze leży w dłoni i mieści się do torebki. A jak ruszyli ze sprzedażą okazało się, że na małpki łapią się wszyscy: kobiety, mężczyźni, dzieci.

Są dwa piki sprzedażowe małpek: 6.30 do 8 rano, a potem po 17-tej. Czyli przed pracą i po pracy. Mężczyzna dzięki małpce może sobie dziabnąć przed robotą, kiedyś kupował piwo, ale małpka łatwiej wejdzie za pazuchę. Niech pan zwróci uwagę, że ludzie w pociągach już nie piją piwa, tylko dyskretnie pociągają z małpek. To po prostu ułatwia picie.

gazeta.pl

Grzegorz Sroczyński: Co się dzieje?

Krzysztof Brzózka: Innym spada, nam rośnie. Francja wraca z dalekiej podróży, w 1980 roku mieli 19 litrów na głowę, teraz - poniżej 12 litrów, Włosi z 16 litrów zeszli do 7 litrów na głowę, Niemcom też spożycie spada, w niedzielę jak wszystko jest zamknięte, to wódki się nie kupi, nawet Rosja w ostatnich latach zanotowała spadek, bo Putin się przeraził, że mężczyźni żyją średnio 64 lata i wprowadził ograniczenia.

Spożycie gigantycznie rosło na Litwie, ale wymordowali ten trend zakazując reklam i zamykając sklepy z alkoholem między 22 a 6 rano. Natomiast Polska z 8 litrów wskoczyła na 11. Pijemy już więcej niż piliśmy w peerelu.

Dlaczego?

Bo jesteśmy jedynym krajem w Europie, który - przy naszym sposobie picia - ma tak liberalne przepisy. Pokutuje u nas pogląd, że w walce z nadmiernym piciem najskuteczniejsza jest profilaktyka, a nie zakazy. Zakazy rzekomo nie działają.

A działają?

Oczywiście. Biznes alkoholowy produkuje nie tylko alkohol, ale też informacje. Fake newsy. Od lat lobbyści pakują nas w ślepą uliczkę: tylko profilaktyka działa, inwestujmy w edukację, róbmy pogadanki, lekcje w szkołach o złym wpływie alkoholu. I oni to chętnie sfinansują, bo tacy są odpowiedzialni.

Oni?

Firmy wódczane. Psycholog społeczny Thomas Babor zebrał dane z całego świata i udowodnił, że sama profilaktyka kompletnie nie działa. Może pan wydać na to dowolne kwoty, ale jeśli nie będzie to połączone z przykręceniem śruby biznesowi alkoholowemu, ograniczeniem reklam, ograniczeniem liczby punktów sprzedaży - są to pieniądze wyrzucone w błoto. Gdyby tak było, że sama wiedza wystarcza, to nie byłoby tylu uzależnionych lekarzy, farmaceutów, chemików. Największe korzyści z profilaktyki antyalkoholowej finansowanej przez przemysł alkoholowy ma ten przemysł.

W Polsce alkohol jest wszędzie. Stacje benzynowe, budy 24 h, sklepy spożywcze, reklamy telewizyjne. Jeden punkt sprzedaży przypada na 275 mieszkańców. To oznacza, że w zasadzie każdy blok mieszkalny ma swoją budę z alkoholem albo knajpę.

Pijemy ponad 11 litrów czystego alkoholu na głowę według miary WHO (Światowej Organizacji Zdrowia), czyli w grupie powyżej 15 roku życia. Wkrótce osiągniemy poziom 12 litrów. Powyżej tej bariery rusza proces degradacji społecznej.

Degradacji?

WHO ustaliło taką granicę. Zbadali, że kiedy spożycie przekracza 12 litrów na dorosłego, wtedy przestaje rosnąć długość życia i jednocześnie rośnie liczba zwolnień lekarskich.

W Polsce długość życia po 1989 roku rosła, teraz ten trend został zatrzymany. I wśród innych przyczyn - takich jak smog, stres, choroby onkologiczne - jest też alkohol. Po przekroczeniu granicy 12 litrów na głowę, długość życia zacznie nam spadać.

Kiedy to się stanie?

Mniej więcej za trzy lata.

gazeta.pl

W niedawnym wystąpieniu szef Sztabu Generalnego sił zbrojnych Rosji generał Walerij Gierasimow sformułował program przygotowań do wojny na dużą skalę - pisze w poniedziałkowej niezależnej "Nowej Gaziecie" komentator wojskowy Paweł Felgenhauer.

Publicysta analizuje wystąpienie Gierasimowa podczas konferencji na temat przyszłości rosyjskiej strategii wojennej, która odbyła się 2 marca w Akademii Nauk Wojskowych. Podobnie jak niedawno amerykański dziennik "New York Times", tak i Felgenhauer porównuje tezy Gierasimowa z jego wystąpieniem na analogicznej konferencji w 2013 roku, w którym mówił on o metodach wojny hybrydowej i które nazwano na Zachodzie "doktryną Gierasimowa".

Sześć lat później nowy wykład Gierasimowa "należy uznać za znacznie zmodyfikowaną, w warunkach coraz bardziej napiętej globalnej konfrontacji z Zachodem, nową +doktrynę Gierasimowa+" - ocenia Felgenhauer. Zwraca uwagę na zmianę tonu i zauważa, że "do oficjalnych dokumentów powróciła retoryka z czasów kulminacji zimnej wojny": Stany Zjednoczone i ich sojuszników nazywa się "agresorami" i "prawdopodobnymi przeciwnikami", tak jak 50 lat temu.

"Sztab generalny przez wszystkie poprzednie lata +opracowywał koncepcje dotyczące neutralizowania działań agresywnych+" - relacjonuje wystąpienie Gierasimowa komentator "Nowej Gaziety". Z wystąpienia wynika, że odpowiedź Rosji będzie opierać się na działaniach nazwanych przez Gierasimowa "strategią aktywnej obrony" i "kompleksem działań uprzedzających w celu zneutralizowania zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa".

Felgenhauer uważa, że analogiczną koncepcję "aktywnej obrony" rozwijał przez 40 lat Sztab Generalny ZSRR. Również i teraz koncepcja zakłada "rozlokowywanie jednocześnie sił powstrzymywania zarówno jądrowego, jak i niejądrowego". Poprzednią "strategię Gierasimowa", która "kładła akcent na działania hybrydowe", komentator nazywa "umiarkowaną" i ocenia, że teraz nie jest już przydatna. "Oczywiście, pozostają w arsenale wszelkie +środki asymetryczne, polityczne, gospodarcze, informacyjne i inne środki pozawojskowe+" - pisze, cytując wypowiedzi Gierasimowa. Teraz jednak, zgodnie z przytoczonymi słowami szefa Sztabu Generalnego zasadniczą treść strategii wojskowej "stanowią kwestie przygotowania do wojny i jej prowadzenia przez siły zbrojne".

"W ciągu sześciu lat wszystko powróciło na swoje miejsce, jak w dawnym dobrym radzieckim podręczniku wojskowym, z którego uczono kiedyś obecnych najwyższych dowódców" - komentuje Felgenhauer.

Ekspert zwraca uwagę na słowa Gierasimowa o tym, że Rosja powinna zapewnić sobie "przewagę techniczną, technologiczną i organizacyjną nad wszelkim potencjalnym przeciwnikiem". Podkreśla, że szef sztabu wskazał na konieczność zaopatrywania armii we wszelki niezbędny sprzęt jeszcze w czasie pokoju, ponieważ - jak mówił Gierasimow - stopień komplikacji współczesnego uzbrojenia raczej nie pozwala na uruchomienie produkcji w szybkim tempie w czasie, gdy konflikt zbrojny już się rozpocznie.

Zdaniem Felgenhauera koncepcje te oznaczają, że "siły zbrojne Rosji powinny mieć przewagę nad połączonymi siłami pozostałej ludzkości". Właśnie takie cele przyświecały radzieckiemu sztabowi generalnemu - przypomina komentator. Jak dodaje, cel ten został osiągnięty pod koniec lat 80. XX wieku, jeśli chodzi np. o ogólną liczbę czołgów czy głowic jądrowych. Wówczas jednak ZSRR nie wytrzymał zbyt wielkiego napięcia gospodarczego i społecznego.

forsal.pl

Inicjacyjny charakter I wojny światowej dla pokolenia rewolucyjnych konserwatystów wiązał się także ze zderzeniem ich przedindustrialnych wyobrażeń z brutalną i dotychczas nieznaną rzeczywistością rodzącej się w okopach nowoczesnej, przemysłowej wojny. To w czasie Wielkiej Wojny po raz pierwszy pojawiły się w powietrzu samoloty i sterowce, piechotę wspierały czołgi, a rozpylane nad okopami gazy bojowe przerażały zarówno szeregowych żołnierzy, jak i ludność cywilną. Te apokaliptyczne okoliczności uświadomiły wracającym z frontu, że powrót do świata przedindustrialnego jest już niemożliwy. Wojna oznaczała ostateczny triumf społeczeństwa przemysłowego. Tego pochodu nie dało się zatrzymać, lecz można było się do niego odnieść.

Rewolucyjni konserwatyści uznali zatem, że liberalizm jest destrukcyjny przez swój indywidualizm dewastujący tradycyjne wspólnoty, ale jego osiągnięcia techniczne mogą być użyteczne w tworzeniu nowego porządku, zbudowanego dzięki erupcji nacjonalistycznej świadomości.

(...)

Współcześnie alt-prawica również nie ucieka od nowych technologii, zaprzęgając technikę w służbę głoszenia i popularyzacji swoich idei. Ich głównym narzędziem stał się Internet, gdzie toczy się wojna o dusze i serca internautów. Pierwszym (a z pewnością najbardziej rozpoznawalnym) żołnierzem alternatywnej prawicy jest brytyjski konserwatywny katolik, a zarazem zdeklarowany gej, Milo Yiannopoulos. Zanim został zbanowany na Twitterze, jego wpisy śledziło ponad 388 tys. użytkowników, a na Instagramie ma obecnie 387 tys. obserwujących. Yiannopoulos nie lubi się ograniczać. Ostro atakuje feminizm („to rak”), islam („to AIDS”), gra także własną orientacją seksualną (jego cykl wykładów na uniwersytetach nosi nazwę Dangerous Faggot Tour, dosłownie „Trasa niebezpiecznej cioty”). Yiannopoulos jest znakomitym przykładem tego, jak Internet może stać się skutecznym narzędziem promowania alt-prawicowych poglądów zgodnie ze starą, medialną zasadą: „Nieważne, jak mówią, ważne, by nie przekręcili nazwiska”.

Nie mniejszą popularnością w alt-rightowym Internecie cieszy się chociażby irlandzko-kanadyjski youtuber i radykalny libertarianin Stefan Molyneux, właściciel niezależnego Freedomain Radio, w którym wypowiada się na tematy związane z polityką, krytycznie odnosząc się m.in. do feminizmu i multikulturowości, widząc w nim narzędzie „białego ludobójstwa” (white genocide). Molyneux jest postacią bardzo kontrowersyjną, oskarżaną o budowanie wokół siebie czegoś na kształt sekty. Wszystko przez promowany przez niego tzw. deFOOing. Molyneux namawia swoich nastoletnich słuchaczy do zrywania wszelkich relacji z rodzicami, jeśli stosowali oni wobec nich przemoc w dzieciństwie, choćby to był tylko klaps. Sam Molyneux promuje peaceful parenting, powstrzymujący się nawet od krzyczenia na własne dzieci.

(...)

Alt-rightowy Internet to jednak przede wszystkim oddolna aktywność tysięcy internautów na łamach portali takich jak 4chan, 8chan czy Reddit, gdzie promują oni swoje poglądy za pomocą internetowych memów. Z tychże źródeł pochodzą choćby przeróżne wariacje związane z popularną Żabą Pepe (Pepe the Frog) przedstawianą jako Donald Trump, nazista, członek Ku-Klux-Klanu lub generał Augusto Pinochet; obrazki przedstawiające krzyżowca krzyczącego „Deus Vult!”, stanowiące aluzję do antyislamskich nastrojów wśród alternatywnej prawicy; wreszcie graficzne przedstawienia „przejażdżek helikopterem” (helicopter rides), nawiązujące do sposobów zabójstw działaczy opozycji lewicowej w Chile i sugerujące ewentualną aprobatę do podobnych działań w USA.

(...)

W przypadku alternatywnej prawicy również mamy do czynienia z ideowym patchworkiem, gdzie pod jedną etykietą funkcjonują poglądy nieraz ze sobą sprzeczne. Do tego samego worka są wrzucani neonaziści, biali nacjonaliści/supremacjoniści, neopoganie, monarchiści, chrześcijańscy fundamentaliści, paleokonserwatysći, libertarianie, protekcjoniści ekonomiczni czy neokonfederaci. Łączy ich, podobnie jak w przypadku rewolucyjnych konserwatystów, jedynie nienawiść do demoliberalnej Ameryki i jej haseł afirmujących mniejszości etniczne, seksualne, religijne itd.

klubjagiellonski.pl

czwartek, 31 października 2019


Ukraiński ruch nacjonalistyczny, w tym jego banderowski odłam – najbliższy ideowo-politycznie niemieckiemu nazizmowi – od lat 90. XX w. jest przedstawiany na Ukrainie jako ruch narodowowyzwoleńczy. Podobnie było w latach 40. Utworzona w 1929 r. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów za głównego wroga uważała Polaków i II Rzeczpospolitą. W jej materiałach propagandowych na drugim po Polakach miejscu wymieniano Żydów, a na trzecim ZSRR („moskiewską komunę”). Dlatego ofiarami działalności terrorystycznej OUN przed 1939 r. byli prawie wyłącznie Polacy. Wyjątek stanowił radziecki konsul we Lwowie Aleksiej Majłow – zastrzelony 21 października 1933 r. w gmachu konsulatu przez bojówkarza OUN. W 1941 r., kiedy w agresji na ZSRR wzięły udział złożone z nacjonalistów ukraińskich bataliony Nachtigall i Roland oraz tzw. grupy pochodne OUN, ostrze ich terroru skierowało się przeciwko Żydom. Doszło wtedy do dwóch wielkich pogromów we Lwowie (30 czerwca-2 lipca oraz 25-27 lipca 1941 r.), w których zginęło 7 tys. osób, oraz kilkudziesięciu pogromów w innych miejscowościach. Wsparcia Niemcom w Zagładzie udzieliły też w latach 1941-1942 formacje ukraińskiej policji pomocniczej, do których zaciągali się głównie członkowie OUN. Największą zbrodnią nacjonalistów ukraińskich – popełnioną w latach 1943-1944 przez banderowską frakcję OUN i utworzoną przez nią Ukraińską Powstańczą Armię – było ludobójstwo na Polakach zamieszkujących Wołyń i Małopolskę Wschodnią (100-130 tys. ofiar).

Jednak ofiarami OUN i UPA – o czym ich gloryfikatorzy nie chcą pamiętać – stali się także Ukraińcy. Nie mogło być inaczej, ponieważ rzeczywistym celem inspirowanego ideologią faszystowską ruchu nacjonalistycznego było utworzenie państwa totalitarnego, monopartyjnego i homogenicznego narodowościowo. Państwa o hierarchicznej strukturze społecznej podporządkowanej wodzowi, tak samo jak we włoskim i niemieckim pierwowzorze. To miała być Ukraina wcale nie niepodległa, samostijna – tym hasłem szermowano, by zdobyć poparcie naiwnych – lecz faszystowska. Oba odłamy OUN, banderowski i melnykowski, nie miały przy tym nic przeciw temu, by taka Ukraina była niemieckim protektoratem. Zginąć więc musieli również ci Ukraińcy, którzy stali na drodze do osiągnięcia tego celu: komuniści, antyfaszyści.

Ukraińskie ofiary OUN i UPA zawsze należały do najgłębiej skrywanych tajemnic ruchu nacjonalistycznego. Zarówno podczas wojny, jak i później – kiedy ukraińska emigracja nacjonalistyczna w Kanadzie przystąpiła do tworzenia mitu walki narodowowyzwoleńczej. Główne dzieło tej emigracji – wielotomowe wydanie Litopysu (Kroniki) UPA – zawiera jedynie materiały propagandowe i wspomnienia kombatantów UPA, gloryfikujących i fałszujących swoją działalność. To samo można powiedzieć o twórczości „naukowej” banderowskich kombatantów, czyli takich dziełach jak „Ukrajińska Powstańśka Armija” Petra Mirczuka, „UPA” Mykoły Łebedia czy „Istoriji ukraińśkoho wijska” Łwa Szankowśkiego. Podają one jedynie wybrane przykłady działań OUN i UPA, akcji, w których ginęli wyłącznie czerwoni partyzanci i enkawudziści, ale nie popełniano żadnych zbrodni na cywilach. Ten nurt dominuje obecnie w historiografii i polityce historycznej Ukrainy.

tygodnikprzeglad.pl

- Dyktatura to nasza marka - powiedziała rzeczniczka prezydenta Białorusi Alaksandra Łukaszenki Natalia Ejsmant w wywiadzie dla telewizji ONT. Wyjaśniła, że w niestabilnych czasach na świecie może wzrosnąć popyt na dyktaturę, rozumianą jako "porządek, dyscyplinę i spokojne życie".

- Dlatego, że za tym słowem w dzisiejszym naszym rozumieniu przede wszystkim widzimy, porządek, dyscyplinę, absolutnie normalne i spokojne życie. Wydaje mi się, że tak często wypowiadamy to słowo, że dyktatura to już nasza marka - powiedziała Ejsmant.

- "Dyktatura" to bardzo ciekawe słowo, tak różnie jest odbierane - dodała. "(...) Często używamy tego słowa w całkowicie różnym sensie. Czasem z pewnym zabarwieniem satyrycznym. A czasami wydaje mi się, że dzisiaj, w 2019 r., słowo dyktatura nabiera jakiegoś pozytywnego zabarwienia" - mówiła przedstawicielka prezydenta Białorusi.

polsatnews.pl

wtorek, 29 października 2019


Obserwatorfinansowy.pl: Prezentuje Pan hipotezę, że gdyby Polska po wojnie była kapitalistyczna, to niekoniecznie osiągnęłaby sukces. Czy dobrze rozumiem?

Dr Marcin Piątkowski: Często bezwiednie zakłada się, że gdyby po 1945 r. Polska nie dostała się w sferę wpływu ZSRR, to jako kraj kapitalistyczny rozwinęłaby się jak nigdy dotąd. Sądzę jednak, że sukces takiej alternatywnej Polski wcale nie byłby pewny, z tych samych powodów dla których nasza gospodarka nie potrafiła dogonić Zachodu przez 500 lat wcześniej. Głównym hamulcem rozwoju był oligarchiczny system społeczno-gospodarczy, który służył tylko wąskim elitom i blokował rozwój większości społeczeństwa.

Taka szkodliwa struktura społeczna byłaby najprawdopodobniej odtworzona po 1945 r, tak jak ją odtworzono po 1918 r. Dopiero PRL dokonał społecznej rewolucji, wyeliminował stare, oligarchiczne i często jeszcze feudalne elity i po raz pierwszy w historii stworzył społeczeństwo inkluzywne, dając wszystkim, szczególnie tym najsłabszym, szanse na rozwój.

Zdaje się, że elity wyeliminowała już II Wojna Światowa, w trakcie której mordowano polską inteligencję, polską arystokrację i polskich przedsiębiorców.

To oczywiście wielka tragedia narodowa, ale elity te funkcjonowały w ramach systemu, który szkodził rozwojowi gospodarczemu. II RP to wielki sukces patriotyczny, ale porażka gospodarcza, bo poziom dochodu Polaka w stosunku do Zachodu w 1938 r. był niższy niż w 1913 r. Praktycznie nigdy nie mieliśmy też rodzimych przedsiębiorców, a w czasie II RP nie powstała żadna duża firma prywatna!

Zaraz – a Lilpop, Łukasiewicz i inni?

Jeden był imigrantem, a biznes drugiego skończył się wraz z jego śmiercią. Polscy przedsiębiorcy w XIX w. i w XX w. przed II Wojną Światową stanowili mniejszość. Większość przemysłowców na naszym terytorium stanowili Niemcy, Żydzi oraz inni imigranci. Było tak nie bez powodu. To wielowiekowej świadomej polityki szlachty polskiej, która od XIV w. tworzyła i utrwalała w Polsce oligarchiczny system polityczno-gospodarczy. Mieszczaństwo i chłopstwo to siły, które uznawała za potencjalnie wrogie, a nie chciała, by ktokolwiek zagroził jej uprzywilejowanemu statusowi. Wobec tego chłopstwu zabrała wolność osobistą, a mieszczaństwu polskiemu utrudniała, jak mogła prowadzenie interesów.

Na początku XVI wieku zabroniono np. polskim kupcom eksportu zboża, oddając go w ręce Niemców i Holendrów, a do końca XVIII w. kupiectwo było uznawane za zajęcie haniebne, które szlachcica mogło pozbawić tytułów. Szlachta wiedziała jednak, że z samego chłopstwa nie wyżyje, więc sprowadzała kupców i przemysłowców z zagranicy, pozwalając im działać w specjalnych rewirach. Oddanie biznesu w ręce mniejszości, które nie miały siły politycznej, było sposobem na czerpanie zysków bez ryzyka utraty władzy i zmiany systemu. Oto jeden z powodów, dlaczego przez 500 lat, aż do wybuchu największej wojny światowej w dziejach nie udało nam się osiągnąć sukcesu gospodarczego.

Przecież po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. nasza gospodarka – z problemami – ale ruszyła, czy nie tak?

Ruszyła wszędzie w Europie, tylko w Polsce mniej niż gdzie indziej. Elity arystokratyczne były zbyt mocno historycznie zakorzenione i uprzywilejowane, by Polska mogła się zmodernizować w dwadzieścia lat. Były uprzywilejowane tak mocno, że nie potrafili zmienić tego nawet reformatorsko nastawieni przywódcy niepodległej Polski, zachłyśnięci przecież socjalizmem i egalitaryzmem. Upraszczając, cały dorobek II RP to Gdynia, której odpowiedniki budujemy dzisiaj za unijne pieniądze raz na kwartał, niedokończony Centralny Okręg Przemysłowy, który nie wiadomo, czy przetrwałby na wolnym rynku i dwie potiomkinowskie reformy rolne, które niczego nie zmieniły, bo mimo całej propagandy rozparcelowano mniej niż 10 proc. ziemi. Elity wciąż trzymały się mocno. Odsetek ludzi idących na studia wynosił w 1938 r. zaledwie 1,2 proc. i dziwnym trafem na studia szły dzieci z bogatych rodzin. Dzisiaj ten wskaźnik to 55 proc. Dzisiejsi polscy przedsiębiorcy, w przeciwieństwie do tych sprzed 1939 r., noszą mało szlacheckie nazwiska i są, z kilkoma wyjątkami, prawdziwymi „self-made menami”.

Zorientowani wolnorynkowo ekonomiści uważają PRL za stratę czasu i marnowanie zasobów. Niesłusznie?

Realny socjalizm świetnie sobie radził przez pierwsze 15 lat istnienia: do 1960 r. Polska rozwijała się równie szybko, jak na przykład Hiszpania. Dopiero później PRL wpadł w stagnację i skończył się gospodarczą katastrofą. Gdyby PRL skończył się w 1960 r. a nie w 1989 r., to mielibyśmy o nim całkiem dobre zdanie, podobnie jak dzisiaj mówi się o autorytarnym sukcesie Singapuru, Tajwanu czy Korei Południowej. PRL miał jednak jedną wielką zaletę: otworzył na oścież polskie społeczeństwo, zlikwidował przywileje klasowe, wyedukował, uprzemysłowił i unowocześnił społeczeństwo. Dla przykładu, już w 1960 r. na uniwersytetach studiowało 7 proc. Polaków, prawie tyle samo, ile w kilkakrotnie bogatszej Francji. PRL również oderwał od archaicznego rolnictwa prawie 30 proc. społeczeństwa i przeniósł do przemysłu, 30-krotnie przekraczając COP-u (chociaż jakoś nikt nie zamierza budować pomników np. Hilaremu Mincowi).

Krótko mówiąc, PRL stworzył inkluzywne, otwarte, egalitarne społeczeństwo, które stało się fundamentem polskiego bezprecedensowego sukcesu po 1989 r.

Jaka więc była rola reform po 1989 roku?

Zasługą reformatorów po 1989 r. było wykorzystanie pozostawionego po PRL ludzkiego potencjału, uwolnienie gospodarki od wcześniejszych absurdów, i włączenie nas w nurt rozwoju globalnego. Byliśmy jak łódka w martwym dorzeczu Amazonki, która po 1989 r. nagle znów uzyskała łączność z nurtem. Wreszcie mogliśmy zarabiać i się bogacić.

obserwatorfinansowy.pl

Ludzki mózg nie radzi sobie zbyt dobrze z wykonywaniem wielu zadań jednocześnie. Przeciwnie, ewolucyjnie jesteśmy zaprogramowani na skupianie się na jednej rzeczy i odcinanie uwagi od innych, mniej istotnych. Dlatego jeśli odrabiający lekcje nastolatek będzie zarzekał się, że absolutnie nie przeszkadza mu jednoczesne dyskutowanie z przyjacielem na komunikatorze, to nie jest to prawda. Dowiedli tego uczeni z Uniwersytetu Stanforda w swoim badaniu przeprowadzonym z udziałem 100 studentów tej uczelni. Podczas wykonywania kilku zadań jednocześnie ich sprawność umysłowa spadała, zwłaszcza w zakresie zapamiętywania informacji i selekcji tych najważniejszych.

Tylko jedna grupa ludzi wyróżnia się na plus w kwestii podzielności uwagi - to dorosłe kobiety. Dowiedli tego naukowcy z University of Glasgow, którzy przeprowadzili dwa bardzo ciekawe eksperymenty z udziałem grupy 120 kobiet i tylu samo mężczyzn. W pierwszym teście badani siedzieli przed komputerami, a na monitorach pojawiały się różne figury geometryczne. Zadaniem badanych było je jednocześnie liczyć i segregować pod względem kształtu. Naukowcy w ten sposób chcieli sprawdzić, jak sprawnie w umysłach kobiet i mężczyzn następuje "przełączanie" pomiędzy liczeniem a rozpoznawaniem kształtów. Okazało się, że u obu płci w miarę upływu czasu wykonywania zadania szybkość tego "przełączania" pomiędzy funkcjami w mózgu spadała, jednak u mężczyzn znacząco szybciej - pod koniec eksperymentu odpowiadali oni 77 proc. wolniej niż na początku, podczas gdy kobiety 69 proc. wolniej. Wygląda na to, że kobiecy mózg sprawniej radził sobie z wykonywaniem dwóch zadań wymagających skupienia. Jak podkreśla dr Gijsbert Stoet, współautor tego badania, różnica może nie jest duża, ale może kumulować się podczas wykonywania pracy przez cały dzień.

Drugi eksperyment przyniósł jeszcze ciekawsze rezultaty. Kobiety i mężczyźni dostali w nim zadania z życia wzięte - mieli w ciągu ośmiu minut zlokalizować restaurację na mapie, wykonać proste obliczenie, porozmawiać przez telefon i znaleźć zgubione na podwórku klucze. Naukowcy wiedzieli, że zrobienie tego wszystkiego w osiem minut jest niemożliwe, było to więc zadanie na określanie priorytetów, planowanie, wyznaczanie optymalnej trasy poszukiwań kluczy. Co się okazało? Kobiety osiągnęły lepsze rezultaty. Może dlatego, że więcej czasu przeznaczały na przemyślenie swoich działań i efektywnego wykorzystania czasu niż mężczyźni, którzy przystępowali do wykonywania zadań impulsywnie i chaotycznie. Widać to było zwłaszcza w zadaniu poszukiwania kluczy. Dr Gijsbert opisuje, że mężczyźni kręcili się często po podwórku bez żadnego planu, podczas gdy kobiety poruszały się po z góry zaplanowanej trasie, na przykład zwężającymi się kręgami - to bardzo skuteczna strategia poszukiwania terenu.

Zdolności do organizowania czasu i sprawnego zarządzania zadaniami są imponujące, ale jeśli dodamy do nich ogromną dozę empatii i rozumienia cudzych intencji, kobiety wyrastają na prawdziwe superbohaterki w domu czy w miejscu pracy. Dzisiaj bowiem w najbardziej nowoczesnych miejscach pracy w cenie są tak zwane kompetencje miękkie - zdolności komunikacyjne, negocjacyjne, radzenie sobie ze stresem oraz inteligencja emocjonalna. W tych aspektach kobiety nie mają sobie równych. Większy poziom emocjonalnej empatii wśród kobiet niż u mężczyzn zaznacza się już w wieku nastoletnim - dowiedli psycholodzy z uniwersytetu w Walencji. Najważniejsze jest to, że - jak wykazali badacze z Uniwersytetu Wiedeńskiego - kobiety w stresie potrafią współdziałać, a ich zdolność do empatii rośnie - w odróżnieniu od mężczyzn, którzy w silnym stresie są częściej egocentryczni i samolubni. To dlatego panie bardziej sprawdzają się w rozwiązywaniu sytuacji kryzysowych, nie mają problemu z proszeniem o pomoc i przyjmowaniem jej.

gazeta.pl

piątek, 11 października 2019


Królową Marię Antoninę można by właściwie ogłosić patronką ofiar fake-newsów – bo ona sama padła pastwą jednej z najbardziej znanych i wyjątkowo dla niej okrutnej dezinformacji w dziejach świata.

Wszystko przez zmyślony cytat. "S’ils n’ont pas de pain, qu’ils mangent de la brioche" ("Jeśli nie mają chleba, niech jedzą ciastka") – to wcale nie ona powiedziała. Te słowa włożył jej w usta Jean-Jacques Rousseau w swoich "Wyznaniach".

(...)

Polskim symbolem trzymania się kurczowo władzy dla samej władzy, w oderwaniu od jakichkolwiek wartości, jest oczywiście PZPR – niedoścignionego wzoru epoki słusznie minionej pewnie żadne ugrupowanie długo przebić nie zdoła. Po 1989 r. najbliżej tej sytuacji było SLD, które po aferze Rywina było w stanie tylko zarządzać, nie miało większości nawet do tego, by przeforsować przedstawiony przez własnego ministra "plan Hausnera".

W podobnej sytuacji znalazła się Platforma pod koniec drugiej kadencji. Poobijana aferą taśmową, z pogubioną Ewą Kopacz na czele partia ta w żaden sposób nie umiała pokazać, po co właściwie powinna rządzić kolejne cztery lata.

Tym bardziej że wtedy sondażowo wyrósł PiS. Partia Kaczyńskiego w kampanii 2015 r. porażała atawistyczną chęcią sięgnięcia po władzę. Parła do niej ze zwierzęcą determinacją gotowa rozbić każdą przeszkodę, która stanęła jej po drodze. Ale jednocześnie w kampanii przedstawiała się jako partia wartości. I to wielu wartości.

Oprócz odwołań – typowych w przypadku tej formacji – do Boga, Kościoła, polskich tradycji, także silnymi akcentami położonymi na konieczność wyrównywania różnic społecznych i pomocy najsłabiej usytuowanym (500 plus, niższy wiek emerytalny). Do tego doszła jeszcze argumentacja o konieczności sanacji moralno-etycznej – w domyśle, ekipa rządzącą jest do cna przeżarta różnego rodzaju problemami, dlatego należy ster władzy oddać ekipie świeżej, nieskażonej władzą, o czystych rękach i jasnych intencjach.

Ta argumentacja chwyciła. Do tego stopnia, że nawet wśród wyborców liberalnych narosło silne przekonanie, że Platforma stała się typową partią władzy – wypraną z wartości, chcącą rządzić dla samego rządzenia.

To z tego powodu sukces w ostatnich wyborach odniosła Nowoczesna. 7,6 proc. poparcia dla partii Ryszarda Petru było wyraźnym sygnałem, że nawet dla wyborców wielkomiejskich PO stała się partią skażoną władzą – i że należy ją wymienić na ugrupowanie, które pamięta, po co idzie się do Sejmu i rządu.

(...) PiS po czterech latach rządów w naturalny sposób jest poszczerbiony, poobijany. Z drugiej strony determinacja, jaką zademonstrował, przedstawiając "piątkę Kaczyńskiego" musiała zrobić wrażenie – choć wrażenie też niepełne, bo doceniając fakt, że PiS jest gotów wydać ogromne sumy na to, żeby pozyskać poparcie, jednocześnie z tyłu głowy pojawia się pytanie: czy partia rządząca jest na tym etapie, że musi płacić za to, co cztery lata temu dostawała za darmo?

wp.pl

Rynek wyszukiwania w internecie jest zdominowany (prawie 90 proc. udziałów) przez Google. Sektor portali społecznościowych (prawie 80 proc. rynku) należy do Facebooka. Obie firmy mają duopol na rynku reklamy w internecie. Z kolei branżę sklepów internetowych zdominował Amazon.

Ale koncentracja nie dotyczy tylko internetu. Dwie firmy w USA mają 90 proc. rynku piwa. Czterech graczy kontroluje rynek amerykańskiej wołowiny. Cztery linie lotnicze przejęły za oceanem sektor lokalnych połączeń lotniczych. Pięć banków kontroluje ponad połowę aktywów sektora bankowego. 75 proc. gospodarstw domowych w USA ma możliwość uzyskania dostępu do internetu tylko od jednego operatora.

Po serii ostatnich fuzji trzy firmy kontrolują 70 proc. światowego rynku pestycydów i 80 proc. amerykańskiego rynku kukurydzy. Tę listę można ciągnąć bardzo długo.

Autor cytuje w publikacji (jej polski tytuł to „Mit kapitalizmu. Monopole i śmierć konkurencji”) polskiego ekonomistę Michała Kaleckiego: „Monopole wydają się być głęboko zakorzenione w naturze systemu kapitalistycznego: wolna konkurencja, jako założenie, może być użyteczna na pierwszym etapie pewnych badań, ale jako opis normalnego stanu ekonomii kapitalistycznej to zaledwie mit”.

W USA liczba giełdowych firm jest taka, jaka była w latach 70. XX w., gdy PKB był na poziomie jednej trzeciej obecnego. W ciągu ostatnich 20 lat w 75 proc. sektorów gospodarki USA doszło do koncentracji. Jeżeli obecne trendy się utrzymają, to w 2070 r. w każdej branży będzie tylko po jednej firmie. Zresztą amerykański kapitaliści coraz częściej otwarcie przyznają, że nie lubią konkurować a ich docelowym stanem prowadzenia biznesu jest monopol.

obserwatorfinansowy.pl

Szukał swojej drogi powoli, zawsze pobudzany przez dziwaczną wiedzę z zapomnianej bocznej drogi historii nauki. Odważył się zapuścić w lingwistykę matematyczną, gdzie wyjaśnił prawo rozkładu słów. (Przepraszając za symbolikę, twierdził, że problem znalazł się w polu jego uwagi za sprawą książki, którą wyciągnął z kosza na śmieci jednego matematyka, żeby mieć coś do czytania podczas podróży paryskim metrem). Badał również teorię gier. Wkraczał także do i poza ekonomię. Pisał o regularnościach skali w rozkładzie wielkich i małych miast. Jednak generalnie pozostawał w tle, niekompletnie uformowany.

James Gleick - Chaos. Narodziny nowej nauki

poniedziałek, 7 października 2019


Firma Coca-Cola zachęca nas, byśmy „wybrali szczęście”. Politycy znajdują czas, by zrobić sobie przerwę od budowania karier na ruinach demokracji, i przypominają nam o konieczności regularnych ćwiczeń fizycznych. Blogerzy i blogerki wciskają setkom tysięcy obserwujących ich profile, że wolność ma wygląd białoskórej kobiety, która uprawia samotnie jogę na plaży. Pod takimi obrazkami możemy przeczytać podpisy w rodzaju: „Im bardziej kochasz samego siebie, tym bogatszy się stajesz”. To urocze stwierdzenie – ale kamienicznicy i deweloperzy nie pobierają czynszu w walucie, jaką ma być „miłość do samego siebie”.

Czy zatem całe to pozytywne myślenie jest szkodliwe? Carl Cederström i André Spicer, autorzy „Syndromu wellness”, z pewnością są takiego zdania, podkreślając, iż obsesyjna rytualizacja „dbałości o siebie” [wellness to termin oznaczający zarówno dobre samopoczucie fizyczne, jak i psychiczne – przyp. tłum.] oznacza w konsekwencji rezygnację z angażowania się w sprawy grupowe i wspólne, zamieniając każdy społeczny problem w osobistą pogoń za „dobrym życiem”. „Wellness stało się ideologią” – piszą.

Twierdzenie, że jeśli mamy odpowiednie nastawienie, to możemy „wyprodukować” sobie spontanicznie dobre samopoczucie i zdrowie, ma jednoznacznie polityczny wymiar. Kilka miesięcy po tym, jak David Cameron, lider najbardziej prawicowego rządu w najnowszej historii Wielkiej Brytanii, został wybrany na swoje stanowisko, wprowadził nieszczęsny „program szczęśliwości”. Być może pomysł zostałby lepiej przyjęty, gdyby w tym samym czasie premier nie był zaangażowany w dziesiątkowanie opieki zdrowotnej, pomocy społecznej i edukacji wyższej – struktur społecznych, które sprawiają, że życie codzienne Brytyjczyków jest prostsze i lepsze. Jedną ze zmian wprowadzonych przez Camerona w systemie pomocy społecznej było przechrzczenie bezrobocia na „zaburzenie psychiczne”. Według raportu, który ukazał się w magazynie „Medical Humanities”, osoby pozostające bez pracy i odczuwające skutki najdłuższego i najgłębszego kryzysu, jaki pamiętają, zachęcano do leczenia „psychicznego oporu” przed podjęciem pracy – za pomocą obowiązkowych kursów, które uczyły ich radośniejszego podejścia do własnej kiepskiej sytuacji. Pouczano ich też przy pomocy sms-ów, że powinni „uśmiechać się do życia” oraz że „sukces to jedyna możliwość”.

(...)

Ideologia well-being jest symptomem szerszej politycznej choroby. Jesteśmy uwięzieni w pułapce rygoru pracy, ale i rygoru braku pracy. Przestrzeń publiczna została do reszty skolonizowana przez prywatny kapitał i coraz trudniej zbudować jakąkolwiek społeczność – miotamy się więc w samotnej walce o przetrwanie. Oczekuje się, że uwierzymy, iż tylko indywidualną pracą i wysiłkiem możemy polepszyć swój byt. Jak pisał w „Jacobinie” Chris Maisano: „Nic dziwnego w tym, że rozwiązaniem problemów naszych czasów wydają się podejście indywidualistyczne oraz terapia psychologiczna. Ich ucisk można przełamać tylko dzięki stworzeniu poczucia solidarności, które odbuduje w nas pewność, że razem mamy szansę zmienić świat”.

(...)

W swoim iskrzącym się inteligencją eseju w książce „Otwarta demokracja” Chloe Kings pisze: „Nasza zmiana nastawienia nie spowoduje zmiany lub zniesienia strukturalnych nierówności ani też niedziałających, niezrównoważonych modeli gospodarczych, które faworyzują tylko bogatych tego świata, a wyzyskują resztę społeczeństwa, szczególnie klasę robotniczą i ubogich. Moim zdaniem »pozytywne myślenie« niszczy nam życie. Sformułowania typu »po prostu myśl pozytywnie« to wstęp do wiary, że »będzie lepiej« – a twarda rzeczywistość jest taka, że sytuacja wielu bezbronnych osób będzie się stopniowo pogarszać”.

nowyobywatel.pl

wtorek, 17 września 2019


„Sytuacja jest skandaliczna. Jesteśmy przepracowani, spada na nas coraz więcej obowiązków, a płace stoją w miejscu. Ludzie robią, co mogą, niektórzy dorabiają, np. sprzątając podłogę w salonie fryzjerskim. A tu nagle okazuje się, że pieniądze są. Podczas sobotniej konwencji PiS zapowiedział m.in. rozszerzenie programu 500 plus” – mówi OKO.press Justyna Przybylska, przewodnicząca Krajowego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Ad Rem”, i pyta „A co z nami?”.

Płace większości pracowników pozostają na niezmienionym poziomie od 2011, oscylują wokół minimum krajowego. „Ich niezadowalający poziom jest podstawowym powodem coraz powszechniejszych odejść pracowników sądów z zawodu” –  napisało w stanowisku pięć stowarzyszeń sędziowskich, które poparły protest.

„Proces ten destabilizuje i tak coraz trudniejszą sytuację stron postępowań, prowadzi do stałego wydłużania czasu trwania procesów ponad społecznie akceptowalną miarę”. (...)

„Przy poziomie odpowiedzialności, jaka spoczywa na sekretarzu/sekretarce w sądzie, wynagrodzenie na poziomie minimum krajowego, notoryczne uzupełnianie braków w ludziach osobami »pełniącymi obowiązki stażysty«, to jest po prostu skandal. A potem się mówi, że to przez »lenistwo« wiadomej »kasty« sprawy obywateli w sądach trwają latami” – opowiada OKO.press radca prawny z Wielkopolski.

„Pracuję w sądzie od trzech lat. Na umowie na zastępstwo. Zarabiam 2400 zł brutto. Na pełen etat. Normalnie prowadziłam referat jednego sędzi, ale teraz już czterech sędziów, bo brakuje pracowników. Chodzimy na ich wokandy, obrabiamy ich akta” – mówiła OKO.press pracowniczka Sądu Rejonowego dla Krakowa Nowej-Huty.

/Drastyczne podwyżki płacy minimalnej lat poprzednich i następujących, spłaszczą piramidę płac w instytucjach, ale i podniosą - siłą rzeczy - wypłaty rzesz pracowników biurowych - red./

oko.press

Sprawa ta dotyczy jeszcze tylko około 30 osób w Belgii w wieku ponad 90 lat, które wciąż pobierają dodatkowe "emerytury Hitlera" w wysokości od 425 do 1275 euro miesięcznie. Poinformował o tym belgijski badacz okresu nazizmu  Alvin de Coninck, który w rozmowie z dziennikiem "De Morgen" zwrócił uwagę na szokujący fakt. Okazuje się, że Belgom walczącym w szeregach dywizji Waffen-SS "Wallonien", którzy po wojnie przebywali w więzieniach skazani za kolaborację z Niemcami, okres pobytu w więzieniu zaliczono jako "lata pracy", podczas gdy  "Belgowie, którzy w czasie wojny musieli pracować jako przymusowi robotnicy w Niemczech, po wojnie otrzymywali odszkodowanie o równowartości 50 euro miesięcznie".

Po zajęciu przez Niemcy Francji, Belgii i innych państw Adolf Hitler wydał tzw. rozporządzenie Führera (Führererlass), czyli rodzaj dekretu, na mocy którego wszyscy cudzoziemcy, którzy zgłosili się ochotniczo do służby w szeregach Waffen-SS i walczyli po stronie III Rzeszy, nabywali uprawnienia do świadczeń emerytalnych na równi z rodowitymi Niemcami. Jak wyjaśnił w rozmowie z Deutsche Welle historyk z Moguncji Martin Göllnitz "Od 1 stycznia 1940 roku żołnierzy Waffen SS użyto jako jednostek wspierających działania wojenne Wehrmachtu i nie traktowano ich od tamtej pory jako członków NSDAP, tylko jako funkcjonariuszy państwowych Rzeszy Niemieckiej. W związku z tym członkowie Waffen SS nabywali także uprawnień emerytalnych".

Pod tym względem zostali oni zrównani ze wszystkimi żołnierzami Wehrmachtu, niezależnie od ich narodowości. Göllnitz podkreśla, że trudno jest dziś ustalić, ile osób na całym świecie otrzymuje jeszcze z Niemiec dodatki do emerytury za służbę w szeregach Waffen SS. Zwraca jednak uwagę, że jeszcze w połowie lat 90. XX wieku na Łotwie z takich uprawnień emerytalnych korzystało około półtora tysiąca byłych SS-manów.

dw.com

niedziela, 15 września 2019


Czuł, że wielka historia, która właśnie dzieje się w Polsce, przechodzi obok niego. Miał związki z opozycją, przez pewien czas działał w Komitecie Helsińskim, opublikował kilka tekstów w podziemnej prasie, ale w latach 80. nie był znanym działaczem i jego dorobek polityczny był niewielki. Był prawnikiem, ale nie miał skończonej aplikacji uprawniającej do wykonywania zawodu prawnika. Miał doktorat obroniony w 1976 roku na podstawie mało interesującej pracy o roli ciał kolegialnych w kierowaniu szkołą wyższą, ale kariera naukowa go nie pociągała, choćby dlatego, że nie znał żadnego obcego języka. Przez kilka lat był starszym bibliotekarzem w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego.

wyborcza.pl

Demokracja to ciężka praca. Społeczne "elity" czyli eksperci i osoby publiczne, które pomagają większości radzić sobie z odpowiedzialnością wynikającą z zasad samorządności, są coraz bardziej spychane na margines. W tej sytuacji obywatele okazują się być źle przygotowani, zarówno poznawczo jak i emocjonalnie, do kierowania dobrze funkcjonującą demokracją.

W konsekwencji centrum się rozpadło i miliony sfrustrowanych, nabuzowanych gniewem wyborców zwróciło się w odruchu desperacji w stronę prawicowych populistów.

Przewidywania Rosenberga? – W utrwalonych demokracjach takich jak Stany Zjednoczone, demokratyczna rządność będzie w nieunikniony sposób więdnąć, aż w końcu upadnie – mówi.

Druga połowa XX wieku była złotą erą demokracji. Według jednego z sondaży w 1945 roku na całym świecie było jedynie 12 demokracji. Pod koniec wieku już 87. Potem jednak nastąpił wielki odwrót: W drugiej dekadzie XXI wieku zwrot ku demokracji w sposób raczej nieoczekiwany i złowrogi wyhamował – i przybrał przeciwny kierunek.

Prawicowi populiści przejęli władzę lub są tego bliscy w Polsce, na Węgrzech, we Francji, Wielkiej Brytanii, Włoszech, w Brazylii i Stanach Zjednoczonych. Jak zauważył Rosenberg: – Według niektórych wyliczeń udział prawicowych populistów w podziale głosów w całej Europie wzrósł ponad trzykrotnie, z czterech procent w 1998 r. do blisko 13 procent w 2018.

W Niemczech poparcie dla prawicowych populistów rosło nawet po zakończeniu Wielkiej Recesji na początku tej dekady i po tym, gdy napływ imigrantów przybywających do kraju osłabł, dodał.

W krótkie trzy dekady po tym, gdy niektórzy wieszczyli "koniec historii", niewykluczone, że to demokracja zbliża się do końca. I to nie tylko prawicowi wichrzyciele tak mówią. (...)

Zgodnie z jego teorią w najbliższych kilku dekadach liczne duże demokracje w stylu zachodnim na całym świecie będą dalej obumierać, a te które pozostaną, staną się wydmuszkami. Zdaniem Rosenberga miejsce demokracji zajmie prawicowy populizm, oferujący wyborcom proste odpowiedzi na skomplikowane pytania.

I tu leży fundament jego argumentacji: demokracja to ciężka praca i wymaga wiele od tych, którzy w niej uczestniczą. Wymaga od ludzi by szanowali tych, którzy mają inne poglądy niż oni sami i którzy wyglądają inaczej niż oni. Zobowiązuje obywateli do sortowania wielkiej ilości informacji i oddzielania dobrego od złego, prawdy od kłamstwa. Wymaga uważności, dyscypliny i logiki.

Niestety ewolucja nie sprzyjała ćwiczeniu tych cnót w kontekście współczesnej masowej demokracji. Cytując powszechnie znane ustalenia z dziedziny psychologii, Rosenberg przypomina, że istoty ludzkie nie myślą w sposób uporządkowany. Uprzedzenia różnego rodzaju wypaczają nasze mózgi na najbardziej fundamentalnym poziomie.

Dla przykładu rasizm nieświadomie może obudzić u białych zdjęcie czarnego mężczyzny w kapturze. Odrzucamy dowody, które nie są zbieżne z naszymi celami, a jednocześnie szukamy informacji, które potwierdzałyby nasze uprzedzenia. Czasami słysząc, że nie mamy racji, tylko utwierdzamy się w naszych przekonaniach. I tak dalej i tak dalej.

Nasze mózgi, mówi Rosenberg, okazują się nieprzystosowane do współczesnej demokracji. Ludzie się po prostu do niej nie nadają.

Począwszy od Platona ludziom od dwóch tysiącleci mówi się, że demokracja nie działa. Amerykańscy Ojcowie Założyciele bali się tego tak bardzo, że pozostawili w rękach ludu niewielką tylko część rządu federalnego – resztę wykonują za nich wybrani przedstawiciele. Demokracja w Ameryce od dwóch stuleci mniej więcej funkcjonuje dzięki temu, nie wysadzając się przy tym w powietrze. (...)

Naukowiec dochodzi do wniosku, że przyczyną ostatniego sukcesu prawicowych populistów jest to, że "elity" tracą kontrolę nad instytucjami, które tradycyjnie chroniły ludzi przed ich najbardziej niedemokratycznymi impulsami.

Kiedy ludziom pozostawi się podejmowanie decyzji politycznych, w nieunikniony sposób dryfują oni w kierunku prostych rozwiązań oferowanych przez prawicowych populistów na całym świecie: śmiertelnej mieszanki ksenofobii, rasizmu i autorytaryzmu.

Te elity, tak jak definiuje je Rosenberg, to ludzie trzymający władzę na szczycie ekonomicznej, politycznej i intelektualnej piramidy, którzy mają "motywację do wspierania kultury demokratycznej i instytucje oraz władzę, by robić to skutecznie".

W swoich rolach jako senatorowie, dziennikarze, profesorowie, sędziowie i urzędnicy rządowi, by wymienić tylko kilka z nich, elity te tradycyjnie kontrolowały publiczny dyskurs i amerykańskie instytucje – i w tej roli pomagały zrozumieć społeczeństwu znaczenie demokratycznych wartości.

Dziś jednak to się zmienia. Dzięki mediom społecznościowym i nowym technologiom, każdy kto ma dostęp do internetu, może publikować bloga i promować sprawę, w którą wierzy – nawet jeżeli robi to z ukrycia i opiera się na całkowicie fałszywych przesłankach. Tak było między innymi z kłamliwym oskarżeniem, że Hillary Clinton kieruje gangiem pedofili działającym w podziemiach jednej z waszyngtońskich pizzerii.

O ile elity wcześniej mogły skutecznie demaskować spiskowe teorie i wytykać populistom ich niekonsekwencje, to dziś coraz mniej obywateli traktuje elity poważnie. (...)

W porównaniu z ostrymi wymaganiami stawianymi przez demokrację, która wymaga tolerancji dla kompromisu i różnorodności, prawicowy populizm jest jak wata cukrowa. Podczas gdy demokracja wymaga od nas akceptacji faktu, że musimy dzielić nasz kraj z ludźmi, którzy myślą i wyglądają inaczej niż my, prawicowy populizm oferuje prostą receptę. Zapomnijmy o politycznej poprawności. O ludziach należących do innych szczepów – możemy myśleć dokładnie to, co chcemy.

Prawicowi populiści nie muszą kierować się logiką. Mogą jednocześnie obwiniać imigrantów o to, że zabierają pracę Amerykanom i twierdzić, że ci sami ludzi to lenie, polujący jedynie na socjal. Wszystko, czego potrzebują zwolennicy populistów, to posiadanie wroga, którego mogliby obwinić za swoje poczucie rozczarowania.

/Zjawisko deficytu sprawczości ze strony zbiurokratyzowanych, nieruchliwych "elit", w warunkach piętrzących się wyzwań wewnętrznych i zewnętrznych; tutaj obwinia się "nieracjonalny" lud o wymuszanie owej sprawczości, a raczej poszukiwanie jej u tych, którzy obiecują coś zmienić - red./

onet.pl

Rząd, usiłujący chronić kraj przed rewolucyjnymi bakcylami niby zagrażającymi społeczeństwu, sam padł ofiarą znacznie groźniejszej zarazy. Wciągu pierwszych pięciu lat rewolucji francuskiej niemal wszystkie państwa Europy rozbudowały do nieznanych dotąd rozmiarów systemy zbierania informacji i nadzorowania jednostek, stworzyły lub rozszerzyły sieci informatorów, szpiegów, a nawet agents provocateurs, zachęcały do składania donosów, wykorzystywały nieuczciwą propagandę, piętnowały swoich przeciwników jako „wrogów państwa”, bezpodstawnie zarzucały im „niemoralność” i wielokrotnie próbowały wykorzystywać postępowanie sądowe do celów politycznych. Ponieważ wszystkie te metody zostały zainicjowane lub rozwinięte przez władze rewolucyjnej Francji, można powiedzieć, że zaraza zebrała większe żniwo na szczeblu rządów niż w szeregach prostych ludzi, których owe rządy tak bardzo się bały. Wirus rewolucyjnego buntu okazał się umiarkowanie zaraźliwy, ale infekcja, której objawami były kontrola państwa nad jednostką i polityzacja systemu prawnego, przyniosła poważne szkody.

Adam Zamoyski - Urojone widmo rewolucji 

niedziela, 8 września 2019


Grzegorz Sroczyński: I dlaczego to takie ważne?

Ignacy Morawski: Bo jak te ceny rosną, to budżet więcej zarabia na podatkach, głównie VAT.

W ciągu trzech lat rządów PiS nominalny wzrost PKB był prawie dwukrotnie wyższy, niż w ostatnich trzech latach rządów PO. Wyniósł średnio 5,5 proc., a PO miała średnio 2,9 proc.

"Wszystko zawdzięczają koniunkturze światowej" - to jeden z liberalnych ekonomistów.

Nie wszystko. W bardzo dobrym momencie wysłali impuls popytowy. Kiedy gospodarka zaczynała zwalniać w 2016 roku i potrzebowała wsparcia, rzucili na rynek 23 mld zł w ramach 500 plus. I na to - owszem - nałożyło się odbicie gospodarcze w Niemczech oraz nowy strumień funduszy europejskich, który przyspieszył pod koniec 2017 roku.

Ale co było ważniejsze? Lepsza koniunktura w Niemczech i strefie euro, czy pisowska polityka pobudzania gospodarki transferami socjalnymi?

Nie umiem odpowiedzieć, co bardziej nakręciło wzrost. Myślę, że pół na pół. W każdym razie opowieści, że PiS wszystko zawdzięcza czynnikom zewnętrznym są naciągane. W połowie 2018 roku kraje strefy euro wróciły do dawnej mizerii, czyli wzrostu w okolicach 1 proc. A my grzejemy dalej.

To zaskakujące, ale prawdopodobnie te 23 mld rocznie pompowane bezpośrednio do obywateli dało większy efekt, niż można się było spodziewać. W największym skrócie: Polacy dostali do ręki 500 zł, a wydali 700 zł.

Jak to?

Do końca nie wiadomo, bo w Polsce wielu rzeczy się porządnie nie bada. Mogę gdybać, że powstał silny efekt wtórny w postaci większego optymizmu konsumentów, większej skłonności do wydawania pieniędzy i szybszego wzrostu wynagrodzeń. Ktoś dostał 500 zł, wydał w sklepie, sklep zarobił, firma produkująca towary zarobiła, więc podniosła płacę komuś innemu o 200 zł, które też zaraz zostało wydane. I mamy efekt 700 zł.

Ten mechanizm oczywiście tak mocno by nie zdziałał, gdyby nie druga sprężyna, czyli koniunktura w strefie euro. Do tego doszły inne działania PiS na samym początku ich władzy, czyli spora podwyżka płacy minimalnej i wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej, co miało wpływ na dochody dużej grupy najsłabiej zarabiających.

Niektóre zjawiska ciężko wytłumaczyć samymi liczbami.

Co na przykład?

Zjawiska psychologiczne. One też mocno działają na gospodarkę. Pisowskie transfery społeczne mogły wielu najsłabiej zarabiającym pracownikom dać większą pewność siebie. W naukach społecznych to się nazywa "silniejsza pozycja negocjacyjna pracownika wobec pracodawcy". Ktoś zarabia 1500 zł na rękę, ma dwójkę dzieci i nagle dostaje dodatkowo 1000 zł od państwa. Zaczyna być wobec szefa bardziej hardy, domaga się podwyżki i lepszego traktowania. Albo odważa się na ryzyko i rzuca pracę, żeby poszukać lepszej, bo te 1000 zł jakoś mu pozwoli przetrwać miesiąc, jeśli nie znajdzie nowej pracy od razu.

Mamy ogromny problem z oceną, jak naprawdę wyglądają u nas nierówności dochodowe, bo nie istnieją w pełni wiarygodne dane, ale jak się patrzy na wzrost płac, to najszybszy nastąpił w tych branżach, które płacą najmniej: handel, produkcja żywności, ochrona. W handlu wzrost płac wyraźnie przyspieszył wiosną 2016 roku, czyli po wprowadzeniu 500 plus. Można przypuszczać, że transfery społeczne odegrały tu dużą rolę. Ale dziwne jest coś innego.

Dziwne?

Że mimo rozgrzanej koniunktury polskie firmy nie inwestują. W badaniach ankietowych twierdzą, że popyt na ich towary i usługi rośnie, sytuację oceniają świetnie, więc według teorii powinny na potęgę inwestować. Nie robią tego.

Rząd PiS od początku mówił o dwóch filarach swojej polityki gospodarczej: większa solidarność i wyższe inwestycje. Ten pierwszy filar stoi mocno, a drugi - leży. To się nie zmienia od trzech lat.

Dlaczego?

Nikt do końca nie wie. Inwestycje publiczne ruszyły, koleje się remontują, drogi się budują, środki unijne płyną. Dobrze się też trzymają inwestycje zagraniczne, bo międzynarodowe korporacje otwierają u nas centra usług wspólnych i zapełniają rosnące w dużych miastach biurowce. Sporo firm niemieckich buduje u nas magazyny i centra dystrybucyjne, bo wreszcie mamy dobre drogi. A inwestycje małych i średnich polskich przedsiębiorstw są niższe niż były trzy lata temu.

I ma pan jakieś wyjaśnienie?

Uważam, że ich właściciele są w głębokim szoku. Dla polskich firm sytuacja na rynku pracy jest kompletnym zaskoczeniem, boją się jej, traktują jak zagrożenie egzystencjalne, bo cały swój model biznesowy opierały na tanich pracownikach, a teraz nie mogą ich znaleźć. I nie wiedzą, co robić.

Podnieść płace.

Jasne. Tyle że ceny swoich towarów i usług kalkulowały przy założeniu, że płace są niższe. Teraz jedyny sposób na przetrwanie to podniesienie cen. A polskie firmy często nie mogą tego zrobić.

Bo?

Nie kształtują swojej polityki cenowej. Większość naszych firm to są tak zwani biorcy cen.

Biorcy?

Załóżmy, że firma dostarcza jakiś specyficzny komponent do produkcji części samochodowych. Albo nawet produkuje jakąś część dla ogromnego koncernu. Po pierwsze to są kontrakty wieloletnie, które mają określony poziom cen i sposób ich indeksowania. Po drugie - często odbiorcą tej produkcji jest jeden duży klient. I jak pan mu powie: "Podnosimy ceny o 10 proc., bo nam płace wzrosły", to pana wyśmieje.

Czyli polskie firmy nie kształtują cen?

Nie bardzo. To zresztą dotyczy wszystkich rynków, na których panuje duża konkurencja. Zdolność kształtowania cen mają tak naprawdę wielcy producenci, którzy w swoich sektorach osiągnęli pozycję dominującą. A dużych polskich firm z taką siłą przetargową jest niewiele.

Polskie małe i średnie firmy doświadczają wzrostu płac i mają ograniczoną możliwość przełożenia tego na ceny. Więc biznes przestaje im się spinać. Dla wielu firm jest to duży problem, zresztą widać, że mimo mocnego ożywienia gospodarczego rentowność firm w ostatnich latach się obniżyła.

Schizofreniczna sytuacja. Z jednej strony firmy widzą rosnący popyt, a z drugiej boją się inwestować, bo biznes może się przestać opłacać.

Czyli taka firma mogłaby zbudować nową halę i zatrudnić dodatkowo stu ludzi, ale się boi?

Tak. Bo nie może zrekrutować tych stu osób, żeby koszty z cenami jej się spinały, a ceny ma ustalone przez okoliczności zewnętrzne.

Jak się spojrzy na historię cykli gospodarczych, to wzrost zatrudnienia i wzrost inwestycji szły ze sobą w parze. Znajdzie to pan w każdym podręczniku do ekonomii. Ludzie mają pracę, więcej kupują, firmy mają zbyt, zaczynają inwestować. Duża korelacja. I teraz w Polsce to się rozjechało. Właśnie dlatego, że na rynku pracy mamy coś z rodzaju wstrząsu.

Weźmy badania GUS, w których firmy raportują m.in. problemy z rekrutacją pracowników. W latach 2017-18 mamy skokowy wzrost, aż 50 proc. firm przemysłowych i budowlanych twierdzi, że to blokuje ich rozwój. Tego zjawiska wcześniej w takiej skali nie było.

Ale na czym w zasadzie to polega? Nie ma ludzi?

Nie ma. A jak są, to musi ich pan podkupić innej firmie i więcej im zapłacić. Prezes jednej z firm mi opowiadał, że gdzieś był przetarg na budowę dworca, który miał budżet X, a najniższe oferty wynosiły trzy razy X. Bo tak podrożały koszty pracy.

Jak spojrzymy na udział płac w PKB, to po raz pierwszy od 25 lat zaczął w Polsce rosnąć. To jest zasadnicza zmiana.

(...)

Czyli pracownikom jest dobrze, a dla firm to szok?

Tak. Bo nigdy nie działały w takich okolicznościach. Zasoby siły roboczej w Polsce, czyli liczba ludzi w przedziale wiekowym 18-64 spada co roku o ponad 200 tysięcy. Imigranci uzupełnili na kilka lat ten niedobór, ale tylko w niektórych zawodach. I z punktu widzenia właściciela małej czy średniej firmy to trzęsienie ziemi. Jeszcze niedawno było zupełnie inaczej. W latach 2000-2010 na rynek pracy wchodził wyż demograficzny z przełomu lat 70. i 80., który miał bardzo niskie oczekiwania płacowe. 15 lat temu młodzi ludzie byli skłonni pracować za darmo, latami tkwili na bezpłatnych stażach. Ale dzisiaj nie mają już 20 lat, tylko 35.

Polska jest obecnie krajem z trzecim najniższym bezrobociem w Unii. Dla mojego pokolenia, które wchodziło na rynek pracy w warunkach 20 proc. bezrobocia, to jest nie do wyobrażenia. Jak się rozmawia z menadżerami w firmach, to wielu mówi, że nowe pokolenie nie jest skłonne poświęcać wszystkiego dla pracy i ceni czas wolny. Wzrosło poczucie własnej wartości młodych pracowników. Inaczej trzeba nimi zarządzać i jedni menadżerowie zrozumieją, że to zmiana korzystna, dostosują się. A inni będą rwać włosy z głowy i narzekać.

Jesteśmy w trakcie rewolucji. Firmy bazujące na niskich kosztach pracy stoją przed widmem upadku.

Czy jakieś inne działania PiS-u - poza transferami społecznymi - miały wpływ na gospodarkę?

Nie. Mocne stymulowanie konsumpcji na wszystkie sposoby. I to tyle.

A inne rzeczy? Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju premiera Morawieckiego?

Leży.

Ale też prawda jest taka, że polityką gospodarczą nie da się szybko wpłynąć na wzrost innowacji i inwestycji prywatnych, to są działania przynoszące efekty bardzo odłożone w czasie. Te narzędzia, które były najprostsze w pobudzaniu wzrostu, zostały wykorzystane. Nie widzę innych działań, które mogłyby mieć wpływ na obecny dobry stan gospodarki. Polski Fundusz Rozwoju - tam trochę ciekawych rzeczy się dzieje, ale muszą minąć lata, żeby to miało przełożenie.

A że PiS przejmuje sądownictwo? Ma to wpływ na gospodarką?

Raczej nie ma. Bardzo źle oceniam zmiany w sądownictwie, ale nie istnieją żadne dane, które by pozwoliły powiedzieć, że to osłabia gospodarkę. Niektórzy się doszukują związku między zmianami w sądownictwie a niskimi inwestycjami przedsiębiorstw. Ale jeśli wziąć pod uwagę wszystkie pisowskie zmiany instytucjonalne, to Polska jest podobna do Węgier. A na Węgrzech inwestycje rosną obecnie w tempie 20 proc. i są to również ogromne inwestycje kapitału zagranicznego, dzięki czemu Węgry po latach stagnacji wyszły na prostą. Więc jeśli popatrzymy na Polskę, Węgry, Czechy i Słowację, to nie widać, żeby rewolucja instytucjonalna w stylu Orbana czy Kaczyńskiego zniechęcała rynki. Tak jest dziś. Co będzie kiedyś, to nie wiem.

Przecież gospodarka i wolny rynek miały wzmacniać liberalną demokracje, w podręcznikach nadal uczy się tego studentów. Tymczasem okazuje się, że jedno sobie, a drugie sobie.

Według teorii lansowanej przez niektórych amerykańskich badaczy, obecne wstrząsy polityczne na świecie wynikają właśnie z tego, że w społeczeństwach Zachodu załamało się przekonanie, że demokracja i dobrobyt są ze sobą powiązane. To efekt kryzysu 2008 roku, który zostawił klasę średnią z niepewnością, frustracjami i poczuciem zagrożenia. Po drugie wynika to też mocno z sukcesu gospodarczego Chin, kraju autorytarnego.

Ale jak to jest, że Unia karci Węgry, a potem kapitał zachodni biegnie tam inwestować.

No jest tak. I co?

Dlaczego? Rynki mają liberalną demokrację w nosie?

Duży kapitał zagraniczny umie się dogadywać z politykami.

A co musiałoby się wydarzyć, żeby takiego Orbana rynki ukarały? Likwidacja wyborów?

Nie sądzę. Dopóki by się to nie przełożyło na warunki prowadzenia biznesu. Kapitał jest obecny w Chinach i nie ma problemów z brakiem demokracji.

Moim zdaniem takim punktem zwrotnym dla biznesu byłby wzrost ryzyka, że Polska i Węgry wyjdą z Unii, co oczywiście brak wolnych wyborów by wymusił.

(...)

Lepszy?

Ciężko powiedzieć. Według badań CBOS odsetek osób, które choć raz w roku idą do restauracji, wzrósł do 70 proc. Odsetek osób, które choć raz wyjechały na wakacje, wzrósł do 50 proc. Na dodatkowe zajęcia po szkole chodzi prawie 66 proc. dzieci. Te też wzrost, tyle że inaczej mierzony niż wskaźnikiem PKB. W scenariuszu alternatywnym te dane na pewno by tak nie wyglądały.

Na pewno za rządów PiS nastąpił przechył w stronę konsumpcji. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. A jednocześnie pisowskie ministerstwo finansów zobowiązało się wobec Unii, że będziemy deficyt systematycznie ograniczać. Jak spojrzymy na dane rządowe publikowane co roku w tzw. planach konwergencji, to tam jak byk stoi, że ściągniemy deficyt do 2021 roku w okolice zera. Wpisali sobie taki cel i teraz mają zgryz. Dlatego minister Czerwińska reagowała tak nerwowo na "piątkę Kaczyńskiego".

next.gazeta.pl

Program polityczny sformułowany pod szyldem Konfederacji jest dość prosty i nienowy – dotychczas funkcjonował jednak na marginesie i w rozproszeniu. W tej chwili ksenofobiczni Avengersi, filmowym basem Grzegorza Brauna, snują wspólną opowieść o okrągłostołowym spisku, zdradzie w Magdalence, komunistycznym eurokołchozie, ataku na polskie wartości przypuszczonym przez gejów, Żydów i Niemców.

Część odpowiedzialności za ten stan rzeczy można przypisać Prawu i Sprawiedliwości, które pada ofiarą własnego radykalizmu. To PiS wprowadziło do debaty publicznej wiele z haseł podnoszonych dzisiaj przez Konfederację, ale samo jest niedostatecznie radykalne, żeby zadowolić wyborców, szczególnie tych młodszych, których rozbudzają mocne hasła. Zjednoczona Prawica wygrała w najmłodszej (18–29 lat) grupie wyborców, zdobywając 28,4 procent głosów, jednak Konfederacja uzyskała wśród młodych 18,5 procent, co dało jej trzecią pozycję.

Jakie są zarzuty Konfederatów wobec PiS-u? Do porażek w polityce wewnętrznej zaliczają nieudaną repolonizację mediów, źle przeprowadzoną reformę sądownictwa czy brak zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Nie brakuje także zarzutów dotyczących spraw zagranicznych. Dość przypomnieć uchwalenie przez PiS nowelizacji ustawy o IPN-ie i jej kolejną nowelizację pod wpływem nacisków USA. Konfederacja zarzucała PiS-owi „poddańczość” wobec Izraela oraz Stanów Zjednoczonych, choćby w związku z porzuceniem ustawy reprywatyzacyjnej czy organizacją konferencji bliskowschodniej w Warszawie (o której pisaliśmy na tych łamach) i tak zwaną „ustawą 447”, uchwaloną przez amerykański Kongres, a dotyczącą dochodzenia roszczeń obywateli Izraela wobec Polski, zarówno w kwestii mienia bezspadkowego, jak i roszczeń rzeczywistych spadkobierców.

(...)

Po tych manewrach, na początkowym etapie kampanii wyborczej, rząd próbował przemilczeć Konfederację. Sytuacja uległa jednak zmianie, kiedy radykałowie na stałe zagościli w sondażach na poziomie 5 procent. Tuż przed rozpoczęciem ciszy wyborczej Mateusz Morawiecki mówił, że „powstała partia jawnie antyeuropejska, antyamerykańska i prorosyjska. To niebezpieczna opcja, przed którą przestrzegamy”. Antoni Macierewicz w swoim felietonie w Radiu Maryja opowiadał: „Apeluję do takich ludzi, których uważam za uczciwych, jak pan Michalkiewicz czy pan Braun: panowie, osłabiając Prawo i Sprawiedliwość, osłabiacie Polskę”.

Media publiczne i te zaprzyjaźnione z obozem władzy zaatakowały wówczas Konfederację, oskarżając jej polityków o rosyjskie powiązania. Samuel Pereira określił Konfederatów jako „zbrojne ramię totalnej opozycji”, a Dorota Kania, dziennikarka TV Republika i Polskiego Radia, sugerowała, że fakt, iż orzeł w partyjnym logo Konfederacji jest zwrócony na wschód, to symbol nie bez znaczenia. Na portalu Niezależna.pl mnożyły się nagłówki: „Kapelan kibiców: nie da się łączyć pamięci o Żołnierzach Wyklętych z wywiadami dla «Sputnika»”; czy „Z czego żyje Krzysztof Bosak? Niejasne źródła dochodów lidera Konfederacji”. Tomasz Sakiewicz, naczelny „Gazety Polskiej”, na krytykę Konfederacji poświęcił kilkanaście wpisów w mediach społecznościowych, a liderów ugrupowania określił jako „ludzi urwanych z choinki”, którzy nawiązują do „najbardziej dla Polski szkodliwych haseł” i „służą nie wiadomo komu, ale na pewno nie Polakom”. Wtórował mu Marian Kowalski, który na antenie TVP Info jako „ekspert” opowiadał o tym, że „sitwa wokół Brauna” tworzy frakcję prorosyjską w Polsce.

(...)

Mentzen zaczął swój wywód od rytualnej krytyki demokracji, bo przecież uczestnictwo w wyborach jest z rozumowego punktu widzenia bez sensu – bardziej prawdopodobne jest to, że w drodze do lokalu wyborczego potrąci nas samochód niż to, że nasz głos cokolwiek realnie zmieni. Następnie tłumaczył następnie, że jedyny przekaz, który się liczy, to przekaz emocjonalny. Skoro sama decyzja o pójściu na wybory jest nieracjonalna, to nikt, kto się takiego wysiłku podjął, nie będzie podejmować racjonalnych decyzji. Jako przykład polityka, który nie rozumie, jak należy robić politykę, Mentzen wymienił Roberta Gwiazdowskiego, który skupiał się na argumentach gospodarczych, zamiast odwoływać się do kwestii światopoglądowych. I to właśnie z niepowodzeń Polski Fair Play lekcje wyciągnąć miała Konfederacja.

Jakie to lekcje? Po pierwsze, nowe projekty polityczne muszą być radykalne, a nie szukać wyborców w centrum. Strateg Konfederacji uważa, że wyborcy centrowi nie interesują się polityką, dlatego nie głosują na wyraziste partie. Trzeba zatem mówić do ludzi, do których przemawiają „wielkie i radykalne idee”. Niezbędny jest również lider i tu Mentzen zestawia ze sobą porażkę Gwiazdowskiego z sukcesem Roberta Biedronia, tłumacząc go właśnie charyzmą przywódcy Wiosny, który nie walczy o centrum, a o „skrajnie lewicowego wyborcę”.

Wreszcie, Konfederaci doszli do wniosku, że cel uświęca nawet najbardziej obrzydliwe środki. Jak mówił Mentzen, „i już kiedy komuś się wydaje, że tym razem Konfederacja przegięła, bo batożenie homoseksualistów to naprawdę jest przesada – to nam poparcie rośnie!”. Do tego dochodzą „najlepsze wzorce z kampanii brexitowej i Donalda Trumpa” – badania fokusowe i targetowane reklamy na Facebooku.

W efekcie powstała „piątka Konfederacji”, która przebiła się poza radykalną bańkę i obiegła tradycyjne media. Jej treść to, mówi Mentzen: „Nie chcemy Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej”. Po tych słowach na sali słychać głośny aplauz. W podobny sposób polityk mówi o temacie ewentualnych żydowskich roszczeń: „trzeba mówić ludziom, że Żydzi dostaną naszą polską ziemię. To bardziej chwyci. I co więcej, myślą państwo, że jak dostaną tę naszą polską ziemię, to będą ją sami uprawiać? Oni zatrudnią Polaków. Założą Polakom chomąto i będą uprawiać nimi pole”.

W odpowiedzi na tytułowe pytanie swojego wykładu – „I kto tu jest szurem?” – Mentzen mógłby przedstawić swoją wyborczą drużynę. Bo to Krzysztof Bosak podczas telewizyjnej debaty przedwyborczej mówił o homoseksualizmie jak o zboczeniu, a jego koleżanka z listy Kaja Godek błysnęła frazą, że „geje chcą adoptować dzieci po to, żeby je gwałcić i molestować”. Z kolei Konrad Berkowicz w debacie z kandydatką PiS-u, przyłożył jej do głowy jarmułkę. Dodatkowo, Konfederacja uzyskała również poparcie antyszczepionkowego guru i fanatyka lewoskrętnej witaminy C Jerzego Zięby, a także Huberta Czerniaka, który przekonuje o śmiercionośnych zagrożeniach związanych z siecią 5G.

Cała polityczna zręczność Konfederacji sprowadza się do żerowania na najbardziej prymitywnych ludzkich instynktach i polskich fobiach. Trudno być z tego dumnym. Szczucie na uchodźców, imigrantów i Żydów nie znajduje usprawiedliwienia, więc nic dziwnego, że przyłapane na tym osoby dziwnym trafem zwykle tłumaczą się tym, że użyły tylko „figury retorycznej”, przenośni czy skrótu myślowego. Wystarczy zerknąć na sekcję komentarzy pod wystąpieniami Konfederatów, żeby przekonać się, w jaki sposób te rzekome metafory rozumie ich elektorat.

kulturaliberalna.pl

sobota, 7 września 2019


Jak zwrócił uwagę portal „Oko.press”, spadek poparcia dla PSL na obszarach wiejskich trwa co najmniej od 2015 roku. Już w wyborach parlamentarnych w 2015 roku PSL, startujący samodzielnie, uzyskał na wsi wynik o ponad 11,4 pkt procentowych gorszy, niż w 2011. W województwie świętokrzyskim w 2014 roku ludowcy byli w stanie wygrać wybory do sejmiku wojewódzkiego - z wynikiem 46,2 proc. W 2018 roku PSL zdobył tam zaledwie 25,2% głosów - za PiS, które wygrało z poparciem na poziomie 38,4%.

Liderzy ludowców nie mogą liczyć na to, że sam powrót do własnego szyldu i bardziej konserwatywny przekaz wystarczą, by zahamować odpływ wyborców do Prawa i Sprawiedliwości. Na czym polega siła PiS na wsi? 

newsweek.pl

sobota, 24 sierpnia 2019


rp.pl: - Po wyborach powiedział pan, że PiS stworzył „masarnię na kółkach, która wyprodukowała ogromną ilość kiełbasy wyborczej". Czy to jest sposób na wyborców?

Ludwik Dorn: Sama masarnia nie gwarantuje sukcesu. Klasyk socjologii Max Weber trafnie zauważył, że nie idee, ale interesy materialne oraz interesy powiązane z ideałami i wartościami rządzą zachowaniem ludzi. PiS miał masarnię, którą wytoczył, ale jednocześnie zaproponował koncepcję zagrożonej przez świat zewnętrzny wspólnoty narodowej i ustanowił siebie, z Jarosławem Kaczyńskim na czele, defensor patriae, psem obronnym, który chroni Polaków przed złymi ludźmi i złowrogimi siłami, z którymi sprzymierzona jest opozycja. Nie mówię o relacji tego przesłania do rzeczywistości, ale jest ono spójne i ma moc perswazyjną. W jego ramach mieści się to, że jak „tamci" dojdą do władzy, to nie tylko przyjdzie straszliwy gender i seksualizacja dzieci, niszczenie Kościoła i narodu, ale także odbiorą wam to, co my wam daliśmy. To przesłanie formatuje na polityczne potrzeby PiS lęki i neurozy, które, z racji dramatycznej historii ostatnich stuleci, podskórnie przenikają znaczną część polskiego społeczeństwa. Masarnia wyprodukuje, co jest już zresztą zapowiedziane, kolejne porcje kiełbasy: obniżenie VAT na artykuły dziecięce, objęcie zerową stawką podatkową nie tylko umów o pracę, ale umów zlecenia i umów o dzieło dla osób do 26. roku życia. Ponadto większe niż wynika to z algorytmu nakazanego przez ustawę podniesienie płacy minimalnej, i to podniesienie dużo większe. A jeśli trzeba będzie, to przed wyborami PiS uchwali 13. emeryturę na 2020 rok. Masarnia będzie działała i będzie działało przesłanie: „Polsko, Polacy, my jedyni was obronimy przed tymi, którzy chcą Polsce i Polakom zrobić źle, a zwłaszcza wyrwać wam z kieszeni koperty wypchane setkami, które teraz wysyłamy wam pocztą".

- Kampania do PE w dużej mierze skupiała się na wewnętrznej polityce. Jesienią też tak będzie?

Uważam, że kampania wyborcza Koalicji Europejskiej, zwłaszcza Platformy Obywatelskiej, rzeczywiście skupiała się na problemach wewnętrznych, czyli paskudnym PiS. Natomiast zasadnicze przesłanie PiS odnosiło się do kwestii relacji wspólnoty narodowej z cywilizacja współczesną, światem zewnętrznym i Unia Europejską, w której trzeba być, żeby Polskę na dalekim przedpolu bronić przed zakusami „lewicowo-liberalnych elit brukselskich". PiS mówił zdecydowanie na temat. Koalicja Europejska mówiła nie na temat, teraz ma tego efekty.

Wszystkie wypowiedzi Donalda Tuska były komentowane – nie tylko w mediach propisowskich – w perspektywie wystąpienia pana Jażdżewskiego, które było wyraźnym otwarciem wojny religijnej po stronie opozycyjnej. To nie pomogło, tylko zaszkodziło, można się spierać w jakim stopniu, ale bezdyskusyjne jest, że nie pomogło.

- A jak wpłynęło na wizerunek samego Donalda Tuska?

Koalicja Europejska z wyraźnym wsparciem Tuska przegrała siedmioma punktami procentowymi, więc on też ma na czole przybitą pieczątkę przegrańca. To nie służy politykom.

- PO wyciągnie jakieś wnioski?

Po tych diagnozach, które politycy Platformy Obywatelskiej na razie stawiają, nie widać, żeby zrozumieli wiele z tego, co wyborcy dali im do zrozumienia.

- Wygrana PiS wiąże się z rekonstrukcją rządu. Czy poza obsadzeniem wakatów mogą się pojawić inne zmiany, np. wymiana ministra finansów?

Ewentualna zmiana ministra finansów to jedyna interesująca i ważna dla państwa zmiana, do której może dojść przy tej rekonstrukcji rządu. Cała reszta to machanie packami na muchy w PiS-owskim muchotłuku; to może być interesujące dla kierownictwa i aktywu, parlamentarzystów PiS, ale dla ludzi z zewnątrz nie ma to żadnego znaczenia. Natomiast zmiana na stanowisku ministra finansów ma znaczenie. Pani minister Teresa Czerwińska rzeczywiście usiłowała jakoś wywiązywać się z roli strażnika racjonalności budżetowej i finansowej, zwracając uwagę na zasadę, że z pustego i Salomon nie naleje. Jest procedura nadmiernego deficytu, są wymogi konwergencji i ona usiłowała, zwłaszcza na ostatnim etapie, żenić ogień z wodą, co nie bardzo wychodziło. Jeżeli Teresa Czerwińska zostanie wymieniona, będzie to oznaczało, że w Polsce nie będzie ministra finansów.

- Dlaczego?

Minister finansów jest od tego, żeby mówić „nie da się". Zasadnicze przesłanie PiS, jego prezesa, a także pana premiera brzmi: „Jak to się nie da? Da się i żadni księgowi w okularkach, którzy siedzą nad tabelkami, nie będą nam mówili, że się nie da, bo ważny jest zwykły Polak i szary człowiek". Opowiadano mi kiedyś, że gdy premier Leszek Miller peregrynował po Europie Środkowej, poszukując sojuszników dla Polski podczas wetowania traktatu konstytucyjnego, rozmawiał m.in. z premierem Węgier Ferencem Gyurcsánym z Węgierskiej Partii Socjalistycznej. Rozmawiali o traktacie, ale przy okazji o tym, jak się im rządzi. Podobno gdy Miller wyszedł z tego spotkania, zapytał naszego ambasadora: „Panie ambasadorze, ale czy oni w ogóle mają ministra finansów?". Ta anegdota przypomniała mi się, ponieważ pani minister Czerwińska była i ciągle jest ministrem finansów. Gdy jej nie będzie, to nie będzie ministra finansów. Wtedy pojawi się podejście, które prezentował de Gaulle; pytany o kwestie finansowe i gospodarcze, na których się nie znał, odpowiadał po generalsku: „l'intendance suivra!" (intendentura nadąży za decyzjami dowódcy).

rp.pl

Iza Mrzygłód: W książce oprócz tego, że próbujecie przywrócić I wojnę światową świadomości zbiorowej, wprowadzacie również trochę inną – niż dominująca w Polsce – perspektywę. Po pierwsze, piszecie o tak zwanej „długiej I wojnie światowej”, obejmującej okres 1912–1923, od wojen bałkańskich aż po walki o granice w Europie Środkowej po podpisaniu traktatu wersalskiego. Po drugie, wprowadzacie dodatkową cezurę w środku I wojny światowej, dzieląc ją na pierwszą fazę, w której kluczową rolę odgrywają imperia, i drugą, w której na scenę wkraczają środkowoeuropejskie narody i to one przejmują pałeczkę.

Maciej Górny: Rzecz w tym, że od początku wojny w różnych aspektach życia występuje proces wydrążania tego imperialnego ciała przez nowe życie, na ogół związane z ruchami narodowymi. To dzieje się na początku w dziedzinie polityki społecznej, działań charytatywnych. W wojsku pierwszymi takim oznakami jest powstanie oddziałów, które się definiowały narodowo, jak Legiony Polskie w armii austro-węgierskiej czy ukraińscy Strzelcy Siczowi. Z punktu widzenia historiografii narodowych to jest początek drogi do niepodległości, wolności albo walki o nią. Jednak z punktu widzenia tych imperiów można zaryzykować metaforę, że to jest rak, który drąży ciało, aż w końcu doprowadza do zgonu.

O I wojnie światowej rozumianej jako wojna narodów można mówić mniej więcej od 1916–1917 roku. Ten proces etnicyzacji, który zaczyna się już w 1914 roku, dojrzewa i gdzieś po drodze masa krytyczna zostaje przekroczona. W różnych imperiach w różnym tempie. W przypadku Rosji szybko i głośno – i takim momentem, który łatwo zidentyfikować, jest pierwsza rosyjska rewolucja w lutym 1917 roku i decyzja o rekonstrukcji armii rosyjskiej na zasadzie etnicznej. To jest o tyle ważny przypadek, że to się dzieje zupełne jawnie: jest gdzieś zapisane, pada konkretny rozkaz. W innych imperiach zachodzą podobne procesy, ale trudno jest uchwycić momenty symboliczne, kiedy imperia upadają z wielkim łoskotem pod wpływem jednego impulsu, który by je pozbawił życia.

A czym te dwie odsłony wojny się charakteryzują?

„Wojna narodów” różni się od „wojny imperiów” prawe wszystkim. Tak naprawdę walczą w niej już trochę inne wojska, dotychczasowi sojusznicy zaczynają krzywo na siebie patrzeć, a czasami strzelają do siebie. Na przełomie 1917 i 1918 roku dzieje się tak w Rumunii, gdzie w ciągu tygodni armia rumuńska i rosyjska praktycznie zrywają współpracę. W lutym 1918 roku II brygada Legionów Polskich przebija się przez austriacki front w proteście przeciw traktatowi brzeskiemu. Z obu stron giną żołnierze, którzy nie dość, że jeszcze niedawno należeli do tej samej armii, to w zasadzie nie mają żadnego powodu, aby się nawzajem zabijać. Chorwaci, którzy akurat pechowo stacjonowali w tym miejscu, nie mieli ze „sprawą polską” nic wspólnego. Poprzez takie wydarzenia zmieniają się także fronty. Poczynając od roku 1917, są już inne niż te widoczne na mapie, bo rodzą się konflikty, z którymi będziemy mieli oficjalnie do czynienia dopiero po 1918 roku.

Trochę inaczej zaczyna funkcjonować samo wojsko i inny jest stopień jego organizacji. Zaciera się granica pomiędzy profesjonalną wojną a starciami jednostek paramilitarnych. Ta pierwsza ma wprawdzie mnóstwo usterek, ale jednak funkcjonują różne służby, zaopatrzenie dociera, a przestępstwa się karze. Po drodze następuje gdzieś taka przemiana, że to przestaje być standardem. I w bardzo wielu miejscach wojna zaczyna dotyczyć przede wszystkim ludności cywilnej, która traci nawet iluzoryczną ochronę przed samowolą ludzi z bronią.

Zresztą, rosnące zaangażowanie ludności cywilnej ma poważne następstwa. Dosyć jasno dotąd wyrysowane fronty zamieniają się w przestrzenną konstrukcję, gdzie tych wrogów jest wielu. Mieszkańcy to już nie tylko ofiary. Często stają się dodatkową, trzecią (a czasem czwartą albo piątą) stroną konfliktu. Kiedy w 1918 roku na Ukrainę wkraczają niemieckie i austro-węgierskie wojska okupacyjne, ich dowódcom wydaje się, że jedyne zagrożenie stanowią bolszewicy. Już po paru tygodniach widać jednak, że w okolicy kręcą się także prywatne wojska różnych „atamanów”, anarchiści, „biali” Rosjanie i kto tam jeszcze. W dodatku własną siłą zbrojną dysponują nawet niektóre wsie.

Pojawia się na przykład kategoria „zielonych”, czyli nieregularnych formacji, różnych partyzantów i chłopskich band, którzy często występują w obronie lokalnej społeczności lub własnych partykularnych interesów. I tutaj chciałabym się zatrzymać przy chłopach, bo oni też zyskują pewną podmiotowość jako aktorzy różnych działań i walk. W książce z jednej strony dostrzegacie ich nową rolę i swoistą emancypację, a z drugiej stwierdzacie, że sytuacja i mentalność chłopów tkwiła w świecie archaicznych, przednowoczesnych reguł. To jak to w końcu jest? Czy oni również podlegali etnicyzacji i angażowali się w sprawę narodową? Czy raczej przychylałbyś się do tezy Michała Łuczewskiego, że chłopska tożsamość narodowa ukształtowała się znacznie później, a jej domknięcie nastąpiło dopiero w okresie PRL-u?

Przede wszystkim fenomen „zielonych” dotyczy ziem polskich akurat stosunkowo w małym stopniu. Najwięcej uzbrojonych chłopów, wsi i wiejskich republik było tam, gdzie wojenne bezprawie trwało najdłużej, czyli na ziemiach ukraińskich i białoruskich. Przejściowo jest to również fenomen słowacki i chorwacki. Natomiast w okresie, kiedy kształtuje się państwo polskie, chłopi, tam gdzie okoliczności temu sprzyjają – czyli tam, gdzie nie ma silnej władzy, albo w ogóle nie ma władzy – mają tendencje, żeby rządzić się sami. Ich stosunek do powstających struktur państwowych, tych czy innych, jest zależny od tego, co im próbują dać lub co im próbują zabrać. W polskich meldunkach z roku 1919 donosi się o całych gminach, które z punktu widzenia polskich władz wojskowych żyją w totalnym „bezprawiu”, a to znaczy, że nie wpuszczają do siebie polskich urzędników, polskich żandarmów, polskiego wojska. Broń mają, bo wojna przeszła parę razy przez ich okolicę, i radzą sobie sami.

Etnicyzacja dotyczy akurat tej grupy społecznej w stosunkowo niewielkim stopniu. Michał Łuczewski ma więc rację. Źródła pokazują, że z unarodowieniem chłopów są olbrzymie problemy i jeśli się ich nie weźmie w karby dyscypliny, to unikają zaangażowania w walki powstających właśnie państw. Dzieje się tak zarówno na ziemiach polskich, jak i w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Przede wszystkim chłopi nie zgłaszają się do poboru. To jest pierwsza żelazna reguła. Nie jest przypadkiem, że w meldunkach wojskowych, nie tylko polskich, pojawia się zawsze informacja o tym, który z naszych sąsiadów aktualnie prowadzi pobór, bo to oznacza, że po naszej stronie granicy będą się gromadzić młodzi mężczyźni, którzy uciekli ze wsi po drugiej stronie. I chłopi z terytoriów polskich oczywiście też uciekają w momencie poboru.

Tak jest nawet w roku 1920, w okresie wojny z bolszewikami, kiedy całe powiaty nie stawiają się do służby wojskowej albo stawiają się bardzo wybiórczo.

I to o postawach chłopów u progu niepodległości mówi znacznie więcej niż propaganda kierowana do ludu.

kulturaliberalna.pl