sobota, 17 listopada 2018
Przykładem udanego osiedla w Krakowie jest dla mnie Krowodrza-Górka, czyli dawne Osiedle 30-lecia PRL. Realizacja z pierwszej połowy lat 70., częściowo z wielkiej płyty. Nie zostało zrealizowane w stu procentach zgodnie z tym, co założyli sobie planiści, ale zasadniczy kształt zgadza się z wytycznymi i jako długoletnia użytkowniczka mogę powiedzieć, że zawsze odbierałam je jako bardzo dobrze funkcjonującą przestrzeń.
To znaczy?
Dlaczego mieszkało się tam tak dobrze, zrozumiałam dopiero wtedy, gdy pracując nad książką, miałam okazję porozmawiać z autorem projektu osiedla Mieczysławem Turskim. Po pierwsze, kształt urbanistyczny dostosowano do ukształtowania terenu. Po drugie, osiedle sprytnie łączy różne typy zabudowy – wysokiej i niskiej. Między blokami znajdowały się spore obszary wspólnej, zielonej, niezagospodarowanej przestrzeni, idealnej do zabawy dla dzieci oraz różnych interakcji między dorosłymi. Osiedle zapewniało całą potrzebną infrastrukturę: pawilony handlowe, pocztę, bibliotekę, przedszkola, szkoły, dom kultury. Było też bardzo różnorodne społecznie. A przy tym było to zwyczajne osiedle, nieopromienione sławą Hansenów czy Haliny Skibniewskiej.
Z udanych zagranicznych przykładów w książce opisuję bloki wokół Platz der Vereinten Nationen z dawnego Berlina Wschodniego. Z zewnątrz wyglądają jak realizacje znane z PRL, w środku są dwupoziomowe mieszania o naprawdę komfortowych metrażach. Inny przykład – którego akurat w Betonii nie ma – to wiedeński Wohnpark Alterlaa – osiedle z ogrodami na tarasach – rosną tam nawet całe drzewa – i basenami na dachach. Zamieszkuje je bardzo zwarta społeczność, starannie dobierająca nowych mieszkańców. Lista oczekujących na mieszkanie w tych blokach jest bardzo długa.
(...)
O Krowodrzy-Górce mówiłaś, że „nie wszystko udało się tam zrealizować zgodnie z planem” – ta fraza powtarza się w opisie niemal każdego osiedla w twojej książce, niezależnie od tego, z której strony żelaznej kurtyny stało. Z czego wynikała ta przepaść między planami a ich realizacją?
Krótko mówiąc, z dwóch kwestii: polityki i gospodarki. W krajach gospodarki rynkowej decydowały najczęściej oszczędności, w bloku wschodnim także niedobory i ogólna niewydolność gospodarki, niezdolnej np. dostarczyć na czas odpowiednich materiałów.
W krajach demokratycznych bloki powstawały jako odpowiedź na wielki, powojenny głód mieszkaniowy, miały zapewnić politykom przychylność wyborców. Jednak projekty budownictwa społecznego często kończyły się skoszarowaniem uboższej ludności w gigantycznych, niedoinwestowanych osiedlach, dogmatycznie usiłujących wcielać w życie ideały z czasów Karty Ateńskiej. Bloki rosły wzdłuż i wszerz, a społeczna infrastruktura i transport publiczny nie nadążały za rozbudową nowych części miasta. Wielkie kompleksy bloków tworzyły miasta satelickie – jednocześnie w mieście i poza nim. Teoretycznie samowystarczalne, w praktyce w ogóle.
Potem kompletnie nie troszczono się dalszy los osiedli, przez co degeneracji ulegała niejednokrotnie bardzo wartościowa architektura. Przykładem choćby zaprojektowane przez Basila Spence’a Hutchesontown w Glasgow – pomnik brutalizmu, który musiał zostać zrównany z ziemią. Trudno odczuwać zadowolenie z tego, że mieszka się w wartościowym architektonicznie otoczeniu, gdy w wysokim bloku od roku nie działają windy i nie są wywożone śmieci, a administracja nie ma środków, by rozwiązać problem.
Pozostawieni sami sobie mieszkańcy takich miast satelickich ulegali stygmatyzacji. W Wielkiej Brytanii i Stanach przykład zaniedbanych osiedli często bywał przywoływany jako dowód na to, że biednym (czy czarnym) nie można „dać mieszkań za darmo”, bo zawsze to skończy się społeczną katastrofą.
krytykapolityczna.pl
piątek, 9 listopada 2018
Polityczna prawica traktuje członkostwo w Unii jak źle dopasowane wdzianko, które uwiera w kroku, pije pod pachami i ociera szyję: trzeba w nim chodzić, bo przecież nie będziemy paradować na golasa, a w dodatku po kieszonkach poupychano wypchane banknotami euro koperty; nie ma takiego krawca, który by je na naszą miarę przerobił, więc jak już jest bardzo niewygodnie, to trzeba się raptownie wypiąć, a wtedy szew na pupie pęknie, poczujemy się swobodniej, a blask naszych rozżarzonych przeżywaniem tożsamości narodowej pośladków pół Europy olśni, a pół oślepi. Cała reszta naszej sceny politycznej Unię Europejską traktuje inaczej: to prawda, garniturek kupiliśmy w sklepie, nie był szyty dokładnie na naszą miarę, gdzieniegdzie nas uwiera, więc staramy się go rozchodzić: tu fikniemy nóżką, tu majtniemy rączką, ale wszystko ostrożnie, żeby się nie podarło, bo zostaniemy łachmaniarzami. To jest przecież nasze wdzianko, innego nie mamy.
gazeta.pl
Wspólnotowe Centrum Badawcze Komisji Europejskiej (JRC) opublikowało 21 czerwca nowy Światowy Atlas Upustynnienia (jego dwie poprzednie edycje ukazały się w 1992 i 1998 r.). To raport o obecnej i prognozowanej skali degradacji krajobrazu i gleb na całym świecie, przyczynach tego zjawiska i wskazówkach dla decydentów politycznych i lokalnych władz, jak walczyć z pustynnieniem i regenerować zniszczone gleby.
Jego lektura potwierdza, że naturalne zasoby Ziemi są obecnie eksploatowane i obciążone w skali bez precedensu w historii, głównie wskutek wzrostu światowej populacji, ekspansji działalności człowieka i zmieniających się wzorców konsumpcji. Zanieczyszczenia powietrza, gleb i wody, erozja ziem, coraz dotkliwsze susze – wszystko to obniża jakość gleby i czyni tereny nienadającymi się do uprawy czy zasiedlenia.
Autorzy szacują, że degradacji uległo już ponad trzy czwarte całej lądowej powierzchni Ziemi, a do roku 2050 liczba ta może wzrosnąć do nawet 90 proc. Rocznie degradacji ulega obszar wielkości połowy powierzchni Unii Europejskiej. Najbardziej podatne są tereny w Afryce i Azji.
Przyczyniają się do tego coraz bardziej rozrastające się miasta oraz zjawisko wylesiania, ale największym winowajcą jest niekontrolowany rozwój rolnictwa. Pola uprawne i pastwiska zajmują obecnie ponad jedną trzecią lądu Ziemi.
Z raportu wynika jednak, że to właśnie sektor rolniczy najbardziej ucierpi na postępującej degradacji, bowiem do roku 2050 – według prognoz - globalne zbiory zmniejszą się o ok. 10 proc. Najdotkliwiej odczują to mieszkańcy Indii, Chin i Afryki subsaharyjskiej, gdzie wskutek pogarszającego się stanu gleb zbiory zmniejszą się nawet o połowę.
Globalne konsekwencje będą jednak dużo poważniejsze. Kurczące się zasoby ”dobrych” ziem zmuszą do migracji lub przymusowych wysiedleń nawet 700 mln ludzi do roku 2050.
naukawpolsce.pap.pl
(...) Zacząłem rozwodzić się nad tłem historycznym, opowiadając, jak w latach 70., w czasie kryzysu naftowego, kraje OPEC wpompowały tak wiele swoich nowo nabytych bogactw w zachodnie banki, że te miały kłopoty ze znalezieniem sensownych inwestycji. Powiedziałem o Citibanku i Chase, które rozesłały wówczas po świecie swoich gońców, aby przekonali dyktatorów i polityków w krajach Trzeciego Świata do zaciągnięcia pożyczek (nazywało się to wtedy „bankowością spekulacyjną”). Wspomniałem, że początkowo miały one skrajnie niskie stopy procentowe, które niemal natychmiast poszybowały do około dwudziestu procent wskutek rygorystycznej polityki pieniężnej Stanów Zjednoczonych na początku lat osiemdziesiątych, co w tej i następnej dekadzie doprowadziło do kryzysu zadłużenia w Trzecim Świecie. Do akcji wkroczył wówczas MFW, dając do zrozumienia, że biedne kraje, które chcą uzyskać refinansowanie swoich pożyczek, zostaną zobowiązane do porzucenia regulacji cen na podstawowe artykuły żywnościowe oraz rezygnacji z utrzymywania strategicznych rezerw żywności, a także darmowej służby zdrowia i nieodpłatnej edukacji. Wszystko to zniszczyło najważniejsze źródła wsparcia wielu najbiedniejszych i najbardziej bezbronnych ludzi na świecie. Mówiłem o biedzie, przemocy, niedożywieniu, beznadziei i złamanym życiu.
(...)
Współcześnie agresję militarną uznaje się na przykład za zbrodnię przeciw ludzkości, a sądy międzynarodowe orzekające w tego rodzaju kwestiach zwykle żądają od agresorów wypłaty reparacji. Niemcy musiały płacić ogromne sumy po pierwszej wojnie światowej, a Irak wciąż wypłaca reparacje Kuwejtowi po dokonanej przez Saddama Husajna inwazji w 1990 roku. Jednak dług Trzeciego Świata, dług krajów takich jak Madagaskar, Boliwia czy Filipiny, działa w dokładnie odwrotny sposób. Niemal wszystkie zadłużone kraje Trzeciego Świata zostały w pewnym momencie zaatakowane i podbite przez państwa europejskie – często te same, u których kraje te są obecnie zadłużone. W 1895 roku Francja najechała Madagaskar, obaliła rząd ówczesnej królowej Ranavalony III i ogłosiła kraj francuską kolonią. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie generał Gallieni zrobił po przeprowadzeniu „pacyfikacji” – jak zwykło się to wówczas nazywać – było obłożenie wysokimi podatkami malgaskiej ludności. Częściowo po to, aby zwróciły się koszty inwazji, a częściowo dlatego, że francuskie kolonie miały się samofinansować i trzeba było zdobyć środki na budowę planowanych przez francuski rząd kolei, dróg, mostów i plantacji. Malgaskich podatników nigdy nie zapytano, czy chcą tych wszystkich rzeczy ani jak i gdzie należałoby je zbudować. Przeciwnie: w następnych pięćdziesięciu latach francuska armia i policja zabiły wielu Malgaszów, którzy zbyt głośno protestowali przeciwko narzuconym im rozwiązaniom (ponad pół miliona osób, według niektórych szacunków, w trakcie jednej tylko rewolty z 1947 roku). Madagaskar nigdy nie wyrządził porównywalnych szkód Francji. Mimo to Malgasze od początku słyszeli, że są winni Francji jakieś pieniądze, co nie zmieniło się zresztą do dziś, podobnie jak uznanie takiego stanu rzeczy za sprawiedliwy przez resztę świata. Kiedy „społeczność międzynarodowa” dostrzega w tym kontekście problem moralny, chodzi zwykle o zbyt wolne jej zdaniem tempo spłaty długu przez rząd Madagaskaru.
krytykapolityczna.pl
czwartek, 1 listopada 2018
Polityczny nastrój związany z rokiem 1918 był bardzo egalitarny. „Od dnia ogłoszenia niniejszych przepisów praca robotnika lub pracownika we wszystkich zakładach przemysłowych, górniczych, hutniczych, rzemieślniczych, przy komunikacjach lądowych i wodnych oraz przedsiębiorstwach handlowych trwać ma najwyżej 8 godzin na dobę. Dekret niniejszy nie może pociągać za sobą obniżenia płac robotników i pracowników” – czytamy w dekrecie Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego wydanym 23 listopada 1918 r., a więc niecałe dwa tygodnie po odrodzeniu polskiej państwowości. Gdy dokument wchodził w życie, na polskim rynku pracy byli ludzie, którzy dobrze pamiętali pracę po 12–13 godzin na dobę. Wówczas wprowadzono również prawa wyborcze dla kobiet.
Tego egalitarnego ducha pierwszych chwil po odzyskaniu niepodległości tłumaczyć można na dwa sposoby. Po pierwsze, w elitach politycznych II RP dominowali socjaliści z PPS. Na wsi zaś silne wpływy miało lewicowe Wyzwolenie. Warstwy posiadające obserwowały ten proces z milczącym przyzwoleniem. I tak dochodzimy do drugiego kluczowego powodu wyjaśniającego „egalitarny rok 1918”. Kilkaset kilometrów na wschód w bolszewickiej Rosji trwał eksperyment – trudno uwierzyć – z jeszcze bardziej egalitarnymi rozwiązaniami. Ziemiaństwo i fabrykanci czuli, że muszą pójść na ustępstwa, jeśli nie chcą skończyć z jakąś formą rewolucji październikowej nad Wisłą. Zwłaszcza, że rewolucyjny ferment trwał wówczas również w Berlinie czy Monachium.
Z biegiem czasu egalitarny impet II RP został jednak wyhamowany. Niemieckie rewolucje wygasły. Bolszewików Piłsudski odepchnął na wschód. Polski kapitalizm krzepnął, a polityczne wpływy obozu chadecko-mieszczańsko-ziemiańskiego zaczęły się rozbudowywać. Wyczekiwana reforma rolna się odwlekała. Podatki pozostały nieegalitarne. Na dodatek postrzegany przez lewicę jako zbawca Józef Piłsudski, który wrócił do władzy po roku 1926 już dawno porzucił socjalistyczne przekonania. Politycznie reżym sanacji zaczął zmierzać w kierunku autokracji.
W efekcie historycy gospodarki patrzą dziś na II RP jako na kraj, któremu nie udało się przełamać dominacji tzw. wykluczających instytucji życia ekonomicznego (Piątkowski, 2018). Na górze hierarchii społecznej mieliśmy arystokratyczne elity oraz – wywodzącą się głównie ze zubożałej szlachty – inteligencję. Obie te warstwy dzielą między siebie najważniejsze zasoby ekonomiczne kraju. To dlatego w latach 30. w gronie 900 najbogatszych mieszkańców Polski aż 700 to posiadacze ziemscy. A gros z tych fortun pochodziło jeszcze z czasów przed 1918 rokiem.
Inteligencja spełniała się w administracji (państwowej i publicznej). Przedsiębiorczość? Nieszczególnie interesowała ani jednych ani drugich. Uchodziła za zajęcie niegodne Polaka i została w pewnym sensie „outsoursowana” za granicę. W roku 1935 na 244 duże zakłady przemysłowe (zatrudniające ponad 500 osób) 209 należało do kapitału zagranicznego. Klasy dominujące nie miały większych zachęt do tego, by dążyć do zmiany istniejącego status quo. Załamywało nad tym ręce (z różnych przyczyn) wielu ówczesnych intelektualistów, od Romana Dmowskiego po Floriana Znanieckiego.
Analfabetyzm był dramatem ok. 20 proc. populacji. Dostęp do edukacji na poziomie ponadpodstawowym miało 3,2 proc. populacji. Szansę studiowania na uczelni wyższej miał zaledwie 1 proc. Wszystkie te wskaźniki należały do najniższych w Europie.
Ekonomista Banku Światowego Marcin Piątkowski w swojej książce „Europe’s Growth Champion: Insights from the Economic Rise of Poland” stawia nawet tezę, że pod tym względem II RP bardzo przypominała południe Stanów Zjednoczonych po wojnie secesyjnej. I tu i tam poddaństwo osobiste zostało formalnie zniesione jeszcze w XIX wieku, a dawni niewolnicy (czarni w USA, chłopi w Polsce) mieli prawo szukać szczęścia gdzie im się podoba. W praktyce jednak feudalne struktury trwały nadal. Środki produkcji pozostały w rękach dawnych panów, którzy posiadali niemal nieograniczone możliwości dalszego – tym razem już rynkowego – wyzyskiwania dawnych niewolników. W tej sytuacji ułudą były też prawa polityczne. Formalnie istniała równość w wobec prawa. W praktyce brak materialnych podstaw do ich realizacji był jednak dojmujący. Trochę jak na późniejszej karykaturze, gdzie pan czyta chłopu konstytucję marcową z 1921 roku i mówi „No i teraz jesteśmy równi sobie. Rozumiesz, chamie?!”.
obserwatorfinansowy.pl
Podczas pierwszej wojny światowej lekarze zaopatrzyli w nowe twarze tysiące poparzonych i przestrzelonych. Nie wszystkie były udane, nic w tym dziwnego. Takim jak ten mój wojskowy, tylko dużo poważniej doświadczonym, dorabiano nosy, żuchwy, uszy, szyto nowe powieki, klajstrowano dziury w policzkach i szyi. Pierwsza wojna była okresem najgwałtowniejszego rozwoju operacji plastycznych, przeprowadzanych najczęściej na widocznych fragmentach ciała: były to operacje ratujące życie, pozwalające jako tako funkcjonować, pokazać się sobie samemu, najbliższej rodzinie albo na ulicy. Pochodzący z Nowej Zelandii otolaryngolog doktor Harold Gillies dokonał wówczas rewolucji w tym, co przyjmowane dziś jest jako naturalne, w chirurgii plastycznej. Chorzy czekali miesiącami, aż skóra nacięta na przykład ramieniu, jeśli pozostała tam jakakolwiek skóra, przyjmie się gdzieś na twarzy i powoli będzie można z niej formować wargę, nos czy policzek. Przez długie miesiące pacjent był jakby sklejony nowymi połączeniami, płatami skóry, często między ręką a twarzą, a cała ta konstrukcja, ramię i głowa, pozostawała wówczas unieruchomiona w nienaturalnej i bolesnej pozycji. (…)
Jeśli nie dało się przeszczepić nowych części ciała ani odtworzyć ich z własnej skóry pacjenta, sięgano po repertuar teatralny i z rozmaitych materiałów tworzono maski. Początkowo najczęściej używano gumy, jednak szybko się okazało, że jest bardzo podatna na zniszczenie. Przetarta i brudna twarz w miejsce twarzy nieistniejącej lub zmiażdżonej, taka to była zamiana. Szybko znaleziono jednak nowy materiał, który zapewniał wygodę, był dostatecznie lekki i trwały, mógł wytrzymać lata: była to cienka blacha miedziana malowana na kolor skóry. Pokaleczeni, ci, którym brakowało niemal wszystkiego (jest takie zdjęcie z profilu w podręczniku Gilliesa: czoło, niżej trójkątne wcięcie sięgające w głąb czaszki, niemal do ucha, i dopiero pozostałość dolnej szczęki; nicość obudowana resztką człowieka), ci wciąż żywi, choć przecież wyglądali, jakby już za życia dosięgł ich pośmiertny rozkład, nosili te nowe miedziane twarze na tasiemkach, paskach, haczykach; najczęściej jednak częścią zestawu były specjalne okulary, służące za rusztowanie dla metalowego oblicza. Chcę wierzyć, że nosili je z radością.
dwutygodnik.com
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



