środa, 26 września 2018


PAP: Jakie byłoby nasze życie, gdybyśmy nie potrafili orientować się w przestrzeni?

Prof. Edvard Moser: Jesteśmy całkowicie od niej zależni, wszystkie zwierzęta są. Gdybyśmy nie byli w stanie się w niej orientować, nie bylibyśmy w stanie przetrwać, znaleźć pożywienia, partnerów życiowych. Nie bylibyśmy w stanie uciec przed niebezpieczeństwem. Myślę, że to fundamentalna zdolność, która rozwinęła się bardzo wcześnie w drodze ewolucji.

PAP: Odkrył pan, że w naszym mózgu są specjalne neurony – komórki siatkowe, które wspólnie z odkrytymi wcześniej przez Johna O`Keefe`a z University College London komórkami (neuronami) miejsca tworzą w naszym mózgu mapę miejsc, które odwiedzamy. Jak powstaje ten system?

Prof. E. M.: To są dwa różne systemy. Siatka miejsca w korze śródwęchowej jest bardziej jak ogólna metryka systemu mierniczego, której możemy użyć w każdym możliwym miejscu świata, by obliczyć odległości i kierunki. Jest też drugi system, w hipokampie, zupełnie inny. To kolekcja tysięcy różnych map, po jednej dla każdego znanego otoczenia. Jak powstaje system, którym się zajmowałem, wiemy tylko trochę, ale mamy pewne pomysły, jak to się może odbywać. Jeden z nich zakłada, że komórki siatkowe mogą powstawać w wyniku interakcji między komórkami, które są bardzo gęsto ze sobą połączone, kiedy aktywność między nimi osiąga pewną równowagę i tworzą struktury heksagonalne.

PAP: Państwo odkryliście, że komórki siatki tworzą w mózgu struktury przypominające te znane z plastrów miodu, taki nasz system nawigacyjny.

Prof. E. M.: Pomysły na to, jak powstają w naszym mózgu te systemy prawdopodobnie będą ewoluować. Myślę, że możemy powiedzieć, iż są tworzone dość wcześnie w trakcie dojrzewania, jest tam silny komponent wrodzony, stąd dostajemy je niezależnie od doświadczenia, są uwarunkowane genetycznie.

PAP: Dlaczego te komórki siatki są umiejscowione w korze śródwęchowej? Przodkowie współczesnych ssaków byli zwierzętami nocnymi, może stąd bierze się powiązanie systemu nawigacji z korą śródwęchową?

Prof. E. M.: Rzeczywiście węch jest powiązany z tym obszarem mózgu, podobnie zresztą jak inne zmysły. Jest również częścią systemu nawigacji. Ale nie jest zbyt dokładny. Do precyzyjnej nawigacji powonienie nie jest zbyt często przydatne, bo zapachy się rozchodzą, przemieszczają. Inne bodźce zmysłowe też mają ogromne znaczenie, a w szczególności dane związane z poruszaniem się, informacja zwrotna płynąca z naszych mięśni w trakcie ruchu. To mogło pomóc mózgowi obliczyć, jak szybko się poruszamy i w którym kierunku.

PAP: Gdzie w naszym mózgu są przechowywane mapy miejsc, które odwiedziliśmy?

Prof. E. M.: Prawdopodobnie, przynajmniej częściowo, w samych komórkach tworzących system nawigacji. Komórki te są częścią systemu, który ocenia, gdzie się znajdujemy w każdym dowolnym momencie. Kiedy za każdym razem wracamy w to samo miejsce, te same komórki są aktywne. Ale możliwe, że dodatkowo te informacje znajdują się też w innych miejscach w mózgu.

PAP: Taka raz utworzona mapa jest wieczna i niezmienna?

Prof. E. M.: Wspomnienia nie są trwałe, zmieniają się z czasem. Każdego razu, kiedy ponownie odwiedzamy dane miejsce, "updatujemy" pamięć. I nawet kiedy o nim myślimy, nasze wspomnienia mogą się zmieniać. To może pomagać pamięci stać się bardziej dokładną, ale też może pójść w innym kierunku. Wydaje ci się, że pamiętasz, myślisz o czymś, co się wydarzyło, ale tak naprawdę nie miało to miejsca.

PAP: Tworzenie wspomnień to wciąż trwający proces?

Prof. E. M.: Tak, za każdym razem, kiedy o czymś myślisz, to wspomnienie może się trochę zmienić.

naukawpolsce.pap.pl

Gdyby zapytać młodych Polaków o to, jak po 1945 r. zagospodarowano ziemie zachodnie i północne, mieliby spore kłopoty z odpowiedzią. Kolejna biała plama w naszej historii. I to stworzona przez samych Polaków. Jeszcze tylko starsi mieszkańcy tych terenów wiedzą, co działo się na nich po wojnie. Skąd ich rodziny tam się znalazły, jakie były ich losy, jak z przybyszami z różnych stron budowano nową wspólnotę. A przecież te ziemie mogły wcale do Polski nie należeć. Nie byłoby Wrocławia, Kołobrzegu czy Szczecina. Byłyby Breslau, Kolberg i Stettin.

Prawicowa polityka historyczna, skrajnie wroga wobec Polski Ludowej, unika tego tematu. Bo za dobrze trzeba by było pisać o władzy i jej działaniach na Ziemiach Odzyskanych. Ich zagospodarowanie i scalenie z resztą kraju należy do najważniejszych osiągnięć PRL. Historycy IPN nie mogą tego zakwestionować, więc milczą. Bierne są też inne instytucje, szkoły, uczelnie. Atmosfera, jaką tworzy obóz władzy, nie sprzyja uczciwemu docenieniu dorobku pionierów Ziem Odzyskanych. Stąd też świadomość Polaków o ogromnym wysiłku ich przodków włożonym w scalenie tych ziem z macierzą jest znikoma. I najczęściej sprowadza się do scen z filmu „Sami swoi”.

Ziemie zachodnie i północne, jeszcze do niedawna zwane Ziemiami Odzyskanymi, stanowią dziś integralną część Polski. Spostrzegawczy podróżny zwróci co najwyżej uwagę na poniemiecką architekturę, tak odmienną od tej, którą widzimy na Mazowszu czy Lubelszczyźnie. Ludzie są tu bardziej otwarci i tolerancyjni, bliskość granicy oraz wielonarodowa przeszłość tworzą skuteczną zaporę przed różnego rodzaju nacjonalizmami i ksenofobią. Jeśli jednak wskazać konkretną cechę, która definiuje Ziemie Odzyskane, będą to wysiłek i determinacja ich mieszkańców, od 1945 r. niestrudzenie budujących polską historię tych terenów. Często wbrew woli rządzących.

„Siedziałam przy oknie pozbawionym szyb i bezmyślnie patrzyłam w dal. Nic mnie tu nie dziwiło ani nie interesowało. Te pola zryte czołgami, zdeptane stopami ludzi i zwierząt. Połamane drzewa i krzewy. Szkielety wypalonych domów, stosy gruzów” – wspominała swoją podróż do Kostrzyna nad Odrą Zofia Zielińska, jedna z setek tysięcy Polek i Polaków, którzy w połowie 1945 r. przybyli na Ziemie Odzyskane.

W pierwszych latach powojennych pas ziem od Szczecina po Opole i od Gdańska po Gołdap był morzem ruin. Jeszcze całkiem niedawno wchodziły one w skład Trzeciej Rzeszy, a poparcie dla nazistów było tu silniejsze niż gdzie indziej. W wyborach parlamentarnych z 1933 r. partia Hitlera zdobyła we wschodnich regionach Niemiec grubo ponad 50% głosów. Nic zatem dziwnego, że zmierzające na Berlin oddziały Armii Czerwonej niespecjalnie troszczyły się o stan zdobywanych miejscowości. Znamienny był los Landsbergu (obecnie Gorzowa Wielkopolskiego), zajętego w styczniu 1945 r. niemal bez jednego wystrzału. Kiedy jednak w marcu przybyła do niego polska administracja, dopalała się większość centrum miasta.

Z Gorzowem los i tak obszedł się łaskawie. Zamieniony przez Niemców w twierdzę Wrocław ostał się w 20%. Nieznacznie lepiej w połowie 1945 r. wyglądał Szczecin. W przygranicznym Gubinie działania wojenne przetrwało zaledwie 10% zabudowy. Podobnie było m.in. w Głogowie i Kołobrzegu. Całkowicie z powierzchni ziemi zniknął Kostrzyn, wielowiekowy fort stanowiący bramę do Berlina.

Jak pisze prof. Robert Skobelski z Uniwersytetu Zielonogórskiego, „średnia zniszczeń w przemyśle Ziem Odzyskanych dochodziła w 1945 r. do 73,1% i była wyższa od średniej zniszczeń przemysłu w całym kraju. Spośród 9.255 zakładów i przedsiębiorstw na tym obszarze zniszczeniu uległo 6.727. Straty w budownictwie mieszkalnym osiągnęły 1,5 mln izb, czyli 45%. Liczba budynków mieszkalnych, których stopień uszkodzeń przekraczał 10%, wynosiła 147.824 (na ziemiach dawnych 147.607). (…) Odłogiem leżało aż 78% gruntów ornych, straty w inwentarzu żywym dochodziły zaś do 80-90%”.

tygodnikprzeglad.pl

niedziela, 23 września 2018


Zaczynamy odczuwać przesyt technologią - wynika z najnowszego badania GfK Polonia i Clue PR. 83 proc. badanych dobrze się czuje w miejscach bez zasięgu, a ponad połowa uważa, że nowe technologie za bardzo ingerują w nasze życie.

Jak dodają autorzy badania, 32 proc. ankietowanych deklaruje, że ma o wiele za dużo aplikacji w swoim smartfonie, a 33 proc. respondentów celowo wyłącza transmisję danych od czasu do czasu, aby znaleźć się poza siecią.

Jednocześnie 57 proc. deklaruje, że ich zdaniem internet i nowe technologie "negatywnie wpływają na jakość kontaktów międzyludzkich, a 53 proc. ma poczucie, że nowe technologie za bardzo ingerują w życie człowieka". Tyle samo uważa, że są dla niego niebezpieczne. "Chociaż często z własnej woli jesteśmy zanurzeni w świecie cyfrowym, wyraźnie zaczynamy odczuwać zmęczenie" - oceniono.

"Początkowy hurraoptymizm, z jakim wielu z nas reagowało na technologiczne nowości, ustępuje miejsca rezerwie i większej świadomości w wyborze sprzętów. Rosnąca grupa konsumentów zaczyna podchodzić do technologii w japońskim duchu wabi sabi, odkrywającym piękno w przemijaniu i niedoskonałościach" – zaznaczyła, cytowana w komunikacie, Alicja Wysocka-Świtała, współautorka badania.

Według badaczy trend, który był dotąd obecny w designie, zaczyna przenikać do świata technologii. "75 proc. badanych nie wymienia sprzętów na nowe od razu, gdy uzna je za przestarzałe czy niezgodne z trendami" - czytamy. Ponadto 36 proc. respondentów ceni sobie urządzenia, których używa już kilka lat, "ponieważ są skonfigurowane zgodnie z ich potrzebami i bardziej +swojskie+”.

Dlatego, jak podkreślają autorzy, 42 proc. respondentów stara się naprawić sprzęty, a nie wymieniać. "Ma to związek z personalnym podchodzeniem do technologii, 23 proc. lubi nadać używanym urządzeniom osobisty charakter, poprzez naklejki, czy nienaprawianie zbitego ekranu, aby przestały być jedynie lśniącymi gadżetami" - wyjaśniono.

Średnio badani mają sześć urządzeń elektronicznych i deklarują, że mogliby zrezygnować z połowy z nich. "Przeciętnie konsumenci korzystają z 7 aplikacji na swoich smartfonach – co w obliczu liczby dostępnych aplikacji odpowiadających na praktycznie każdą sferę życia, nie wydaje to się zbyt wysoką liczbą. Zwłaszcza, że 32 proc. deklaruje, że ma za dużo aplikacji w smartfonie, a 23 proc. celowo nie instaluje niektórych aplikacji, aby uniknąć efektu hiperpołączenia, czyli nieustannego przebywania w sieci" - wskazano.

Badanie GfK Polonia i Clue PR przeprowadzono w kwietniu 2018 r. metodą CAWI na ogólnopolskiej próbie 600 Polaków w wieku 21-50 lat.

naukawpolsce.pap.pl

W 2017 roku kilka zaprzyjaźnionych think tanków z Bułgarii, Czech, Węgier, Łotwy, Słowenii i Polski wydało raport "Uciekające podatki - czy firmy w Europie Środkowo-Wschodniej płacą uczciwą część podatków". Z polskiej strony autorem raportu był mający już wyrobioną markę Instytut Globalnej Odpowiedzialności.

Główną tezą raportu było to, że w krajach Europy Środkowej korporacje płacą nieproporcjonalnie niskie podatki w porównaniu z innym krajami rozwiniętymi. Tę peryferyjną słabość wobec międzynarodowych koncernów państwa Europy Środkowej odbijają sobie na własnych obywatelach - wprowadzają wysokie podatki pośrednie, które płacą konsumenci.

(...)

Według raportu wpływy z podatku od korporacji CIT stanowią w Polsce tylko niecałe 1,5 proc. PKB, tymczasem średnia OECD jest… dwukrotnie wyższa. Spośród wszystkich badanych krajów tylko w Czechach wpływy z CIT stanowią większą część PKB (ponad 3 proc.), niż wynosi średnia OECD. Na Węgrzech, Litwie i Słowenii wpływy te, podobnie jak w Polsce, są niższe niż 2 proc. PKB. Z czego to wynika?

Po pierwsze, administracje skarbowe krajów naszego regionu nie radzą sobie z kontrolami cen transferowych, dzięki czemu międzynarodowe koncerny mogą pozorować handel między swoimi oddziałami i sztucznie zwiększać koszty (a więc zmniejszać na papierze swój dochód, czyli też finalnie płacony podatek).

Po drugie, państwa Europy Środkowej bardzo ochoczo przydzielają inwestorom ulgi podatkowe. Choć w sumie przecież nie muszą, bo i tak przyciągają inwestorów zdecydowanie niższymi kosztami pracy niż na Zachodzie. Raport zaczyna się od przykładu Bułgarii, w której w 2015 r. 10 największych pod względem dochodów firm per saldo otrzymało więcej ulg podatkowych, niż wpłaciło do budżetu.

Natura nie znosi próżni, więc oczywiście ubytki z podatku korporacyjnego trzeba czymś zasypać. Kraje Europy Środkowej uzupełniają więc swoje budżety podatkami pośrednimi, a szczególnie podatkiem od towarów i usług (VAT). Czyli czynią to kosztem własnych obywateli, bo podatek VAT to podatek płacony przez konsumentów. We wszystkich krajach regionu udział podatku VAT w całości dochodów podatkowych jest wyraźnie wyższy niż średnia OECD.

gazeta.pl

Baszar al-Asad w tej wojnie wygrywa? Już ją wygrał?

Prezydent Asad i jego sojusznicy kontrolują trochę ponad połowę terytorium Syrii – bez kurdyjskiej północy i terenów pustynnych – ale aż 2/3 ludności. Można powiedzieć, że z tej perspektywy reżim wojnę wygrał, tyle że byłoby uproszczenie, bo tam się toczy aż pięć wojen. Już jakieś trzy lata temu Asad wygrał wojnę z demokratycznym powstaniem, które zaczęło się na fali arabskiej wiosny 2011 roku. Zaczęło, dodajmy, bez przemocy i z niechęcią sięgnęło po broń dopiero w obliczu rzezi, jaką Asad zareagował na pokojowe demonstracje.

To demokratyczne powstanie miało jakieś szanse? Można mu było pomóc z zewnątrz?

Sama narzuca się tu analogia z hiszpańską wojną domową: oto państwa demokratyczne wstrzymywały się z interwencją tak długo, aż demokraci zostali wytłuczeni. Następnie zaś powiedziano, że jeżeli w tej wojnie komuniści walczą z faszystami, no to kogo my niby mamy popierać? Coś takiego stało się w Syrii: dość powszechny ruch świeckiej klasy średniej, tyle że słabo uzbrojony, początkowo odnosił sukcesy, także dzięki poparciu politycznemu Zachodu.

Czyli jednak demokratów wspierano?

Kiedy się okazało, że za tym poparciem politycznym nie idzie broń, za to reżim Asada jest stale dozbrajany przez Rosję i Iran, a z kolei dżihadyści przez Turcję, Katar i Arabię Saudyjską, to ci, którzy najpierw walczyli w szeregach zbrojnych utworzonych przez ruch demokratyczny, przenieśli się gdzie indziej: znudziło im się patrzeć, jak wszyscy dookoła giną. Nie bezzasadnie mówimy zatem, że w Syrii nie ma właściwie ruchów, które demokrata mógłby z czystym sumieniem poprzeć – bo najpierw demokrata pozwolił, by zostały wybite. Krótko mówiąc: Asad wojnę z demokratami wygrał, zdobywając wschodnią Gutę, ostatnią ich enklawę. Z kolei Idlib, czyli ostatni duży i zaludniony obszar Syrii, którego Asad nie kontroluje, jest w całości opanowany przez dżihadystów.

A te pozostałe wojny?

Druga wojna, która jest w centrum zainteresowania Zachodu i która wywołała interwencję zbrojną, to wojna z kalifatem. Ona powoli się kończy na naszych oczach, bo po zdobyciu Rakki i Dajr az-Zaur przez siły kurdyjsko-arabskie już żadne duże ośrodki nie są pod kontrolą islamistów.

Czyli chociaż jeden problem został rozwiązany?

Nie, bo teraz będzie jak w Iraku, tzn. pozostaną uśpione komórki i niewielkie grupki partyzanckie. Kalifat to była z jednej strony niewyobrażalnie brutalna dyktatura, z drugiej jednak, przynajmniej dla sunnickich mieszkańców Syrii, to byli „skurwiele, ale nasi” – bo jednak bronili ich przed jeszcze groźniejszymi dla nich alawitami, tzn. przed Asadem, Irańczykami i ich najemnikami. Poza tym ta wojna się teraz przeciągnie, bo oddziały kurdyjskie, które odgrywały w niej główną rolę, teraz mają ważniejsze zmartwienie…

Czyli walkę z Turkami?

Tak, stawianie oporu Turkom, którzy zajęli m.in. miasto Afrin. To jest trzecia wojna, która tam się rozgrywa – na opanowanej przez Kurdów północy Syrii graniczącej z Turcją. Przypomnijmy, że oddziały YPG, czyli kurdyjskie Powszechne Jednostki Obrony, utrzymywały neutralność w konflikcie między Asadem a siłami demokratycznymi, a także w trwającym konflikcie między Asadem a dżihadystami. Dzięki temu mogły efektywnie opanować północ kraju zamieszkałą głównie przez Kurdów, a następnie, korzystając z poparcia Amerykanów – którzy traktują ich jako głównych sojuszników w walce z ISIS – opanowali środkowe pogranicze syryjsko-tureckie, w tym tereny, gdzie większość ludności jest arabska. Zapewniają tam jednak minimum bezpieczeństwa w zamian za posłuszeństwo.

(...)

Jest jeszcze czwarta wojna: reżimu Asada z dżihadystami, i ona się nie skończyła. Reżim dotąd nie miał za bardzo ochoty się z nimi bić, bo i dla dżihadystów większym wrogiem był demokratyczny sprzeciw wobec Asada niż sam Asad. Co ciekawe, prezydent Syrii wypuścił dżihadystów z więzień zaraz po pierwszych demonstracjach w 2011 roku. Oni bowiem rozumieją, że walka z Asadem toczy się o militarną kontrolę terytorium Syrii, ale już nie o władzę nad duszami; ruch demokratyczny jak najbardziej stanowił tu dla nich konkurencję.

Podsumujmy: Asad wytłukł demokratów; Kurdowie pobili islamistów, a teraz bronią się przed najazdem Turków z północy, Asad bije się z dżihadystami, ale nie za bardzo…

A to wszystko dzieje się w kontekście piątej wojny, jaką Iran przy pomocy Syrii Asada toczy o kontrolę nad Bliskim Wschodem przeciwko wpływom sunnickiej Arabii Saudyjskiej – i tutaj Iran jest zdecydowanie triumfatorem. To siły lądowe Iranu umożliwiły Asadowi wygranie jego pierwszej wojny, do spółki z rosyjskim lotnictwem. Irańczycy pomogli mu, mimo że z szyickiego punktu widzenia alawici to heretycy tylko trochę mniejsi niż sunnici – to pokazuje, że reżim w Teheranie jest pragmatyczny, gdy chodzi o dobór sojuszników. Wskutek wojny w Syrii Teheran ma teraz korytarz lądowy do Morza Śródziemnego.

krytykapolityczna.pl

piątek, 21 września 2018


W Monachium SS-Obergruppenführer Gottlob Berger przejął trzynaście worków walut o wartości ocenianej na 18 milionów dolarów (ok. 170 mln obecnie). Kilka dni później do tego samego oddziału banku Rzeszy ponownie wtargnęli esesmani, lecz zdołali wywieźć tylko niewiele ponad milion dolarów. Była to część wielkiej akcji rabowania niemieckich banków prowadzanej przez SS.

We Wrocławiu pojawił się tajemniczy wysłannik Heinricha Himmlera. Podobno nazywał się Ollenhauer, choć tytułowano go również grafem von Hollerei. Widywano go w mundurze majora Wehrmachtu i po cywilnemu. To on nadzorował wyszukiwanie miejsc, gdzie można by ukryć skarby z Wrocławia, na które złożyły się kosztowności rekwirowane obywatelom i zakładom jubilerskim oraz bankom. Nie udało się ustalić, jak wielka była to fortuna, bo nie odnaleziono pokwitowań ani spisów gromadzonych kosztowności i bankowych aktywów.

Skrzynie składano w wielkim gmachu prezydium policji. Początkowo w podziemnych korytarzach ustawiono 56 metalowych skrzyń ważących od 50 do 200 kg, z wiekami uszczelnionymi gumą. Z biegiem czasu było ich tak dużo, że skrzynie nie tylko metalowe, lecz także drewniane, różnej wielkości i wagi, ustawiano na parterze. W styczniu i na początku lutego 1945 roku, zanim wojska sowieckie zamknęły pierścień wokół Wrocławia, wywożono je do skrytek w lochach zamków, sztolniach opuszczonych kopalń cynku i złota oraz niedokończonych chodników podziemnego kompleksu Riese w Górach Sowich, w rejonie Wałbrzycha. Do dzisiaj tego gigantycznego majątku nie odnaleziono.

newsweek.pl

czwartek, 20 września 2018


Cechą wyróżniającą tych tekstów jest to, że ich autorzy nie skupiają się na demaskowaniu, obnażaniu i dawaniu odporu wstrętnym antyliberalnym populistom w rodzaju Trumpa, Kaczyńskiego, Orbana czy Le Pena, ale analizują, jak liberałowie – dominująca przez kilkadziesiąt lat elita cywilizacji euroatlantyckiej – zawiedli. Bodaj najsilniej ten ton wybrzmiał w książce prof. Zielonki, który sam określa się jako "zaprzysięgły liberał". "Celem ataku – pisze – jest nie tylko Unia Europejska, ale także inne symbole współczesnego porządku: liberalna demokracja i neoliberalna ekonomia, migracja i wielokulturowe społeczeństwo, historyczne 'prawdy' i polityczna poprawność, umiarkowane partie polityczne i media głównego nurtu, kulturowa tolerancja i neutralność wobec religii".

Dlaczego tak się stało? Liberałowie przegięli, stwierdza krótko profesor z Oksfordu, który - w dodatku – pytany o przypadek Polski, uznaje, że używane z lubością przez prezesa PiS pojęcie "imposybilizmu" trafnie ukazuje problem: nawet jeśli wygrasz wybory, nie jesteś w stanie zmieniać polityki – bo ona może być tylko jedna. Dominować zaczęło myślenie przede wszystkim w kategoriach rozwoju gospodarczego, do czego w dużym stopniu przyczyniła się jedna z interpretacji liberalizmu, tj. neoliberalizm. To zostało wyjęte spod kontroli politycznej. Okazało się, że wyborcy mają prawo wybierać, kogo chcą, ale politycy i tak muszą prowadzić politykę, która jest zdominowana przez pewien konsensus elit.

(...)

Wtóruje mu Yascha Mounk, dla którego konieczne dla liberalnej demokracji "biurokratyczne instytucje regulacyjne obsadzone przez wyspecjalizowanych ekspertów zaczęły odgrywać rolę quasi-ustawodawczą", co zaowocowało tworzeniem "niedemokratycznego liberalizmu". W tle oczywiście u wszystkich autorów pojawia się globalizacja i działające w skali globalnej rynki finansowe, które uniezależniły się od demokratycznie powoływanych rządów i parlamentów państw narodowych.

(...)

Wspomniany Yascha Mounk wskazuje na nierówności, jako jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy. Zauważa, że choć nierówności między krajami ostatnio się zmniejszyły, to systematycznie wzrastają nierówności wewnątrz krajów – w tym tych najbardziej rozwiniętych. W Ameryce od lat pięćdziesiątych do 1985 roku dochody realne dolnej połowy podatników wzrosły dwukrotnie, a od 1986 roku do 2016 w ogóle nie wzrosły, natomiast w tym samym czasie dochody górnego jego procenta zwiększyły się o dwie trzecie. Polityczny sprzeciw wobec tak długotrwałej i uznawanej za krzywdzącą sytuacji, skutkujący wyborem populistycznego prezydenta, staje się zrozumiały.

tvn24.pl

Z badań, które przeprowadzono wynika, że około 30 proc. spośród ukrywających się Żydów przeżyło, a ponad 60 proc. zginęło. Procentowo najwięcej Żydów – spośród tych, którzy podjęli próby ratowania – przeżyło z powiatu złoczowskiego (47 proc.), a najmniej – łukowskiego (12 proc.).

W pewnej miejscowości doszło do strasznych zbrodni dokonanych rękoma miejscowych. Na potomków osób, które pomagały Żydom, wspólnota wiejska do dzisiaj patrzy się z podejrzeniem. W momencie, gdy rodzina tych ludzi, dokładnie wnuki, rozpoczęli rozbudowę swojego domu powstało podejrzenie, że robią to za żydowskie złoto - opowiada prof. Jan Grabowski, dodając, że nie jest łatwo dostać się osobom z zewnątrz się do tej wiedzy. - Dlatego kontakty z lokalnymi historykami regionalistami były dla nas ogromną pomocą.

Do ciekawych wniosków badacze doszli analizując Bielsk Podlaski, gdzie przed wojną w dużej mierze mieszkała zubożała szlachta, tzw. okoliczna, nazywana również zaściankową.

Na terenie tego powiatu wyszła zależność, że schronienie można było znaleźć w zaściankach. To one głównie pomagały Żydom. Natomiast w dużo większym stopniu, niemal wyłącznie, wydawali Żydów chłopi - mówi prof. Engelking zdradzając, że jest jedna rzecz, która łączyła wszystkie osoby pomagające Żydom. Dom na skraju lasu.

Jeżeli szukaliśmy ludzi, którzy pomagali Żydom, to najłatwiej było ich szukać wśród osób, które mieszkały w domach w pobliżu lasu. Innym słowy wśród ludzi żyjących na granicy wspólnoty wiejskiej, ale z drugiej strony, było to pierwsze miejsce, gdzie Żydów szukano.

Każdy powiat miał swoją specyfikę, każdy też stwarzał inne możliwości ratunku. Na przykład ucieczki przez granicę były możliwe jedynie w powiatach bocheńskim, dębickim oraz nowotarskim. Tam, gdzie było to możliwe, powstawały siatki przerzutu za granicę, zwłaszcza na Słowację i Węgry.

Ci, którym nie udało się znaleźć bezpiecznej kryjówki pod dachem domu, stajni czy stodoły, skazani byli na wędrowanie i błądzenie, okresowe przebywanie w lesie, na polach (np. latem - w stogach siana, zimą - w prymitywnych ziemiankach), czasem na krótkotrwałe pobyty w gospodarstwach. Przemieszczali się z miejsca na miejsce, stale poszukując bezpiecznej kryjówki na dłużej.

Kolejną strategią, obecną w niemal wszystkich opisywanych powiatach, było ukrywanie się w leśnych bunkrach: lasy stanowiły naturalne miejsce schronienia, pierwszą kryjówkę dla większości uciekinierów z gett. Chroniły się tam setki Żydów. Ich liczba topniała jednak na skutek następujących po sobie obław i „polowań”.

Najbardziej śmiertelnym miejscami, które przeanalizowano pracując nad książką, były małe miasteczka.

O ile na wsi można było przeżyć, to małe miasteczka były śmiertelnymi pułapkami. Ocalali tam nieliczni Żydzi, z reguły malutkie dzieci, przyjęte przez polskie rodziny - wyjaśnia prof. Grabowski.

Dużą rolę w niemieckiej strategii wyniszczenia Żydów odegrała Policja Polska Generalnego Gubernatorstwa, zwanej od koloru mundurów, granatową.

Mieszkańcy polskich wsi częściej niż Niemcom donosili lokalnej polskiej policji. Policja granatowa nieraz rozstrzeliwała Żydów na miejscu lub w pobliżu miejsca wykrycia.  Czasem koło posterunku PP. Mordy na Żydach dokonane przez granatowych policjantów bywały także wynikiem ich własnej inicjatywy, bez wiedzy Niemców.

Śmiertelne zagrożenie dla ukrywających się Żydów stanowili także członkowie polskiej konspiracji. Szczególnie wielu (14 proc. spośród wszystkich ukrywających się, którzy zginęli) zostało zamordowanych przez polskie podziemie w powiecie miechowskim.

tokfm.pl

piątek, 14 września 2018


Np. w 1772 roku interwencja dyplomacji watykańskiej przyczyniła się do udziału Austrii w pierwszym rozbiorze Rzeczypospolitej. Cesarzowa austriacka Maria Teresa, gorliwa katoliczka, była mu pierwotnie przeciwna. Zwolennik rozbioru Polski i szef dyplomacji wiedeńskiej książę von Kaunitz przekonał cesarzową korzystając z życzliwości papieża.

Poprzez spowiednika cesarzowej, jezuitę, papież przekazał jej myśl, że obowiązkiem Austrii jest udział w rozbiorach – po to, aby przeciwstawić się rosnącej potędze Rosji i wybawić kilka milionów dusz katolików od prawosławia, które dla Rzymu było wówczas schizmą.

Kościół zwalczał Konstytucję 3 Maja 1792 roku, którą uważał za szerzącą ideały francuskich jakobinów, oraz popierał konfederację targowicką – do której należał prymas oraz wielu biskupów.

9 czerwca 1832 roku papież Grzegorz XVI w encyklice „Cum primum” potępił powstanie listopadowe (1830-1831) jako bunt skierowany przeciwko legalnej władzy cara.

Pisał: „Wiemy, że posłuszeństwo, które ze strony ludzi należy się ustanowionym od Pana Boga władzom, jest prawem bezwzględnym, któremu nikt, chyba, gdyby się zdarzyło, iż one coś boskiemu i Kościoła prawu przeciwnego rozkazują, sprzeciwiać się nie może”.

Papież Pius IX potępił powstanie styczniowe (1863-1864), wypowiedział się, że car miał prawo stłumić „niesprawiedliwy rokosz” i bardziej zainteresowany był potępianiem „knowań rewolucyjnych”, które mogły być groźne dla wiary.

Nic więc dziwnego, że patriotyczna radykalna inteligencja polska uważała często Watykan za ośrodek polskiej niepodległości wrogi albo obojętny. Widać to dobrze w słynnej scenie audiencji papieskiej w „Kordianie” Juliusza Słowackiego, dramacie napisanym w 1833 roku, a więc tuż po upadku powstania listopadowego oraz papieskiej encyklice, która je potępiła i przypomniała Polakom o obowiązku posłuszeństwa wobec cara.

oko.press

sobota, 8 września 2018


Poza „szpiegami” Rosjanie wyłapują też „dywersantów” – tych ostatnich „wykryto” znacznie więcej, szesnastu na samym Krymie. Wśród nich jest Ołeksij Syzonowycz: sześćdziesięciojednoletni emeryt z Donbasu, którego siłą wywieziono do Rosji. Za „przygotowywanie zamachów na terytorium Federacji Rosyjskiej” w trwającej zaledwie trzy dni rozprawie sądowej został skazany na dwanaście lat więzienia. Sąd oparł się na zeznaniach dziewięciu osób, które nie pojawiły się w sądzie, a adwokaci uważają, że część z nich istnieje tylko „na papierze”. Według wersji prokuratury podczas zatrzymania Syzonowycz próbował uciec wpław przez rzekę, co zdaniem obrońcy jest absurdem, gdyż emeryt nie potrafi pływać.

Za „dywersantów” na Krymie zostali uznani także Jewhen Panow, Andrij Zachtijoraz długoletni eksperci od spraw militarnych renomowanego centrum analitycznego NOMOS w Sewastopolu – Dmytro Sztyblikow i Ołeksij Besarabow. Panow jest byłym uczestnikiem operacji antyterrorystycznej na Donbasie. Na Krym trafił w nieznanych do dziś okolicznościach. Zachtij miał z kolei na koncie drobne wykroczenia, które prawdopodobnie posłużyły za pretekst do wysunięcia poważniejszych zarzutów. Cała czwórka miała rzekomo przygotowywać na półwyspie ataki na obiekty infrastruktury krytycznej. Na materiale wideo z mieszkania Sztyblikowa, który opublikowały rosyjskie media, śledczy prezentują „arsenał” – broni służącej do gry w paintball.

Osobną grupę stanowią więźniowie przetrzymywani w związku z tak zwaną sprawą czeczeńską. Chodzi o członków Prawego Sektora Mykołę Karpiuka oraz Stanisława Kłycha, którym rosyjskie organy ścigania zarzucają udział w zbrodniach wojennych w Czeczenii w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Śledczy twierdzą, że obaj rozstrzelali co najmniej trzydziestu obywateli Rosji. Jednak według danych Memoriału osiemnastu z nich zabito w innych miejscach, niż wskazywała prokuratura, a kolejnych jedenastu nie zginęło przez rozstrzelanie. Karpiuka i Kłycha skazano na odpowiednio dwadzieścia dwa i pół roku oraz dwadzieścia lat więzienia. Według ukraińskiego konsula w Rosji, obaj mają na ciele ślady tortur. W trakcie śledztwa mieli także zeznać, że w Czeczenii walczył były premier Ukrainy Arsenij Jaceniuk.

new.org.pl

wtorek, 4 września 2018


Jak wyobraża sobie pan idealną pluralistyczną wspólnotę polityczną?

Idealnej nie ma, ale możemy mieć taką wspólnotę rozumianą jako naród polityczny, nie etniczny czy kulturowy, czyli dotyczącej wszystkich obywateli Rzeczpospolitej i zarazem będącą częścią wspólnoty europejskiej. Unia Europejska to nie jest naród, ale nie jest też tylko jakimś doraźnym, pragmatycznym zlepkiem. Myślę, że to potrwa, ale taka tożsamość powstanie. Myślałem o tym ostatnio, czytając Pojutrze Pauliny Wilk, to książka napisana w bardzo zmysłowy sposób. Można w niej poczuć tłok Seulu, beznadziejny upał Kampali i zrozumieć, że jakąś wartością jest miasto europejskie – polskie, niemieckie, czeskie. Zrozumieć, że to nie jest fikcja, ale realny, odrębny od otaczającego nas świata krąg kulturowy i polityczny.

Dziś ciężko sobie wyobrazić jednolitą, wychodzącą poza nasz konflikt polską tożsamość.

Nasze imaginarium jest silnie historyczne, więc w i historii powinniśmy szukać pluralizmu. Myślałem, że to będzie zanikać wraz z oddalaniem się komunizmu, zwłaszcza, że na początku lat 90. był taki moment obojętności wobec historii. Było mi nawet z tego powodu przykro, bo jako absolwent historii miałem poczucie że to, co mnie interesuje, jest dla większości nieważne. Te obawy nie znalazły jednak pokrycia w rzeczywistości. Nie wiem, czy się z tego cieszyć, ale można to wykorzystać. Batalia o nasze imaginarium wymaga przekopania się przez historię, zrozumienia realnych, bardzo różnych wyborów, jakich dokonywali Polacy w epoce nowoczesnej, może już bez tego sięgania do husarii i Sarmatów.

Ale do rabacji galicyjskiej już tak.

Prędzej, ale myślę przede wszystkim o historii najnowszej. Przykładowo, to co napisał Andrzej Leder w Prześnionej rewolucji uważam za bardzo ciekawe wyzwanie intelektualne dla prawej strony. Za mało uwagi poświęcamy na prawicy temu, jak bardzo naród po wojnie się zmienił. Andrzej Chwalba pisze na początku jednego z tomów Dziejów Krakowa, że ktoś, kto przed wojną był urzędnikiem, stał się fryzjerem, a stróż zasiadł we władzach miasta. To było naprawdę gigantyczne przegrupowanie, jeśli dodać do tego przesunięcie granic na zachód, zmianę warunków mieszkaniowych, zajęcie dawnych domów niemieckich, żydowskich. A jeszcze to ludzie przeżyli przecież drugą wojnę światową! Po tej wojnie nie było takiego ctrl+z, że wracamy tam, skąd przyszliśmy. Tak samo ważnym tematem jest społeczeństwo polskie po 1956 roku, bo do odwilży było w nim jeszcze poczucie obcości, terroru, ale potem komunizm złagodniał, wiele ludzi poszło na współpracę z systemem. Odkrywanym dopiero dziś tematem są też polskie miasta, które w ostatnich dekadach naprawdę bardzo się zmieniły, co więcej mają przecież nowych mieszkańców, przybyłych po wojnie, w czasie kolejnych fal urbanizacji. Niektórzy badacze twierdzą, że dopiero w trzecim pokoleniu miasto uznaje się za swoje. Pani pokolenie nie dziwi się już ich kształtowi, nie odrzuca np. bloków i ich brzydoty, funkcjonuje w polskich miastach w sposób naturalny. Chciałbym, żeby to nowe imaginarium objęło te wszystkie historie.

krytykapolityczna.pl

Nic nam się nie udało? Państwo rzeczywiście jest tylko teoretyczne?

Jeśli chodzi o kształt instytucjonalny, to moim zdaniem dobrze zbudowaliśmy centrum władzy – najpierw reformą Cimoszewicza, kiedy utworzono KPRM, później odpowiednimi zapisami w konstytucji – i dzięki temu mamy silny urząd premiera i jak ktoś chce być silnym premierem, to może nim być. Problemem jest natomiast słabe zaplecze premiera, w tym przede wszystkim intelektualne. Nie chodzi mi o to, że urzędnicy są głupi, tylko że brakuje ludzi i instytucji, które wyposażałyby premiera w niezależną od resortów wiedzę. Premier powinien być nie tylko najlepiej poinformowaną osobą w państwie, ale również aspirować do przewagi nad partnerami z innych państw. A sądząc po tym, kim otaczają się nasi premierzy, najważniejszy jest wizerunek, to by nas było jak najlepiej widać.

I dlatego nazywa pan Polskę krajem o ograniczonej percepcji?

Tak, to przede wszystkim wada polskiego państwa. Władza powinna być wyposażona w instytucje, które zbierają wiedzę, programują polityki publiczne, a nie tylko zatrudniać speców od politycznego PR-u, spin doktorów od medialnych zadym.

Jak sobie pan to wyobraża?

Sprawne zaplecze władzy jest nieduże, ale potrafi zamówić wiedzę, analizować dostępne źródła, by briefować premiera, a w pewnych sytuacjach – także opinię publiczną, a nie zamulać ją propagandą. I umie zadawać pytania, czyli na przykład ogłasza konkurs – choćby na wzór jednej z firm konsultingowych – dotyczący pomysłów na sprawne państwo, a potem wybiera najlepszą ofertę i wynagradza jej pomysłodawców, by mogli ją rozwinąć. Przy okazji dysponuje mapą interesujących ośrodków eksperckich, które wprawdzie przegrały konkurs, ale mają dobre pomysły i wiedzę. Tymczasem nasze państwo traktuje ekspertyzy jako jakieś podkładki, usprawiedliwienia dla politycznych decyzji.

krytykapolityczna.pl