sobota, 16 czerwca 2018


Globalny system przestał działać i gołym okiem widać opcje na stole. Z jednej strony „róbmy tak dalej”, a więc bogaci bogacą się jeszcze bardziej. Z drugiej załamanie globalizacji i wówczas każdy będzie chciał wyjść z systemu globalnego jak najwcześniej, zgodnie z zasadą, że ostatni, którzy wybiegają z płonącego budynku, zazwyczaj giną w pożarze…

A tak konkretniej?

Weźmy przykład z wczesnych lat 30. Globalny system się wówczas rozpadał, a ci, co próbowali go naprawiać, albo doświadczyli głębokiego kryzysu, jak USA – przypomnijmy, że Roosevelt przyszedł dopiero 3 lata po krachu, albo po prostu faszyzmu, jak Niemcy. W tych krajach rządziły elity próbujące narzucać cięcia i równoważyć budżet. Tak było z prezydentem Hooverem i tak samo z kanclerzem Brüningiem. Do tego Niemcy wyszły ze standardu złota o wiele za późno, Wielka Brytania uczyniła to wcześniej i jakoś przetrwała.

A lekcja na dziś?

Mniej globalizacji, mniej neoliberalizmu, prywatyzacji i urynkowienia, a system będzie w stanie przetrwać. To, czego musi nauczyć się globalna elita, to że możliwa jest jakaś alternatywna dla neoliberalizmu forma kapitalizmu. Ponieważ jej nie prezentują, wchodzą w to miejsce wasz Kaczyński z Morawieckim i mówią, że przecież można inaczej – a w pakiecie dają reformę sądów.

(...)

A co z technologiami komunikacyjnymi? Miały nam przynieść demokratyzację dyskursu, umożliwić prostowanie kłamstw polityków i ekspresję postulatów. A dostaliśmy breitbarta i fake-newsy…

Historię rewolucji komunikacyjnej trzeba pisać na bieżąco, było kilka jej faz. Najpierw elita kreuje neoliberalizm, potem technologia przynosi nam media społecznościowe, które pozwalają na ekspresję gniewu na neoliberalizm – zauważyliśmy to w 2011 roku. I jak odpowiadają na to elity? Jeden sposób to po prostu zamknąć lub ograniczyć dostęp, co robi np. Erdogan czy Chińczycy. Nie znajdziesz w wyszukiwarce pewnych stron czy postaci – czyli cenzura. To działa jednak różnie, bo ludzie uczą się ją obchodzić.

A jak obejdą?

Drugi pomysł elit to tradycyjna propaganda, ale ludzie ją łatwo przejrzą. Jak Putin wyłowił dwie wazy z dna morza, to ludzie dość szybko zaczęli sobie robić z tego jaja. I stąd wzięła się trzecia droga, o której pisał między innymi Steven Bannon: zalewasz system morzem gówna. Mnóstwo fałszywych informacji w sferze publicznej sprawia, że zaczynasz szukać autorytetu, na zasadzie „niech mi ktoś w końcu powie, w co mam wierzyć”. No i wtedy taki Kaczyński czy Erdogan mówią: my wam powiemy, co jest prawdą, tzn. że my jesteśmy prawdą.

krytykapolityczna.pl

czwartek, 14 czerwca 2018


„Jednym z niepokojących aspektów sprawy jest to, że oczywiste boty rozsiewają wysoce zapalne i często ksenofobiczne treści”, napisał Robert Gorwa, członek zespołu badającego propagandę komputerową w dziewięciu krajach, w raporcie Oxford Internet Institute na temat manipulowania przez polityków polskimi użytkownikami sieci. I dodał, że jest to problem o szczególnym znaczeniu, ponieważ tak zmanipulowane treści są obserwowane przez zwyczajnych odbiorców i traktowane jak sygnały tego, czym interesuje się opinia publiczna i co myślą ludzie. Tymczasem w rzeczywistości są one wynikiem propagandy i celowej dezinformacji, bardzo sprawnie rozsiewanej za pomocą Facebooka i Twittera oraz komentarzy zamieszczanych w wielu innych miejscach w sieci – choćby na forach stron informacyjnych.

W naszym kraju, wynika z konkluzji raportu zatytułowanego „Komputerowa propaganda w Polsce”, jest pod tym względem gorzej niż w Wielkiej Brytanii, we Francji i w Niemczech, a podobnie jak w Stanach Zjednoczonych w okresie kampanii prezydenckiej. Co jest porównaniem o tyle istotnym, że we wszystkich tych krajach dostrzeżono wagę problemu i stał się on przedmiotem troski opinii publicznej oraz specjalistów. Powołano komisje parlamentarne do wyjaśnienia skali zjawiska, a na firmy zarządzające platformami społecznościowymi wywierano nacisk, by zapanowały nad sytuacją. We Francji przed ostatnimi wyborami prezydenckimi doprowadziło to do usunięcia z Facebooka 30 tys. fałszywych kont. Był to zapewne jeden z powodów, dla których nad Loarą obroniono się przed falą populizmu.

Nie udało się to w Polsce i zapewne m.in. z tego powodu trafiliśmy pod lupę naukowców z Oksfordu. Gołym okiem było też widać ogromne podobieństwa między komunikacją w sieci, która wspierała wybór Trumpa lub brexit, i tą popierającą PiS oraz Andrzeja Dudę.

„Podczas gdy komentatorzy skłaniają się ku temu, by łączyć te zmiany (chodzi o zmiany w Polsce – przyp. aut.) z szerszym trendem prawicowego populizmu w Europie, ich interesującym aspektem, który pozostaje niedostatecznie zbadany, jest to, jaką rolę odegrał w nich internet oraz media społecznościowe”, napisał Gorwa i postarał się parę spraw wyjaśnić. W tym celu przeprowadził badania jakościowe, na które złożyły się wywiady ze specjalistami. Dotyczyły one głównie Facebooka, gdzie trudniej o analizy statystyczne, a liczba komunikacji ma mniejsze znaczenie. Później uzupełniono je ilościowym badaniem Twittera, które potwierdziło, jak źle jest z polską siecią.

Szczególnie ciekawe okazały się rozmowy z jednym z praktyków manipulowania siecią. „W ciągu ostatnich 10 lat jego firma stworzyła ponad 40 tys. unikalnych tożsamości, każdą z wieloma kontami na różnych platformach społecznościowych i portalach, unikalnymi adresami IP, a nawet własnymi osobowościami, kreując kilkaset tysięcy fałszywych kont, które były wykorzystywane w polskiej polityce oraz wielu wyborach”, relacjonuje Robert Gorwa w raporcie i dokładnie opisuje, co później robi się z takimi kontami. A działa to tak, że każdy pracownik firmy zarządza mniej więcej 15 tożsamościami. Każda z nich ma swój styl, swoją historię i ludzi, na których wpływa. Nie chodzi bowiem o to, by bezpośrednio wpływać na opinię publiczną. Bardziej liczy się wpływanie za pomocą sygnałów popularności (lajków, przychylnych komentarzy) na liderów opinii – blogerów, dziennikarzy, polityków, administratorów popularnych stron, ważnych aktywistów.

„Poprzez infiltrację wpływowych grup na Facebooku, podkładanie komentarzy i bezpośrednie rozpoczynanie dyskusji z tymi liderami opinii dąży się do celu, którym jest przekonanie wybranych osób, że podążający za nimi szczerze wierzą w określony argument, i dostarczenie długoterminowych bodźców pchających w kierunku pewnych strategicznie określonych pozycji”, czytamy w raporcie. Co oznacza mniej więcej tyle, że zadaniem tych ludzi jest pisanie komentarzy, które przekonają osoby mające poglądy inne od wygodnych dla zleceniodawcy, że te są niepopularne, i zniechęcą do zabierania głosu lub skłonią do zmiany poglądów.

tygodnikprzeglad.pl

Ostatnią kampanię wyborczą w Stanach Zjednoczonych i pierwszy rok prezydentury Donalda Trumpa da się streścić jako nieistniejącą powieść Thomasa Pynchona. Jej fabuła szłaby tak: wywodzący się z branży nieruchomości krezus z niejasnymi finansami i gwiazdor reality TV startuje w wyścigu do Białego Domu. Za jego plecami staje magnat medialny, podszeptujący idącemu jak burza kandydatowi skandalizujące i mroczne idee. Między nimi a władzą stoi kobieta, pierwsza w historii prezydenckiego wyścigu. W tle kampanii przewijają się rosyjscy hakerzy, neonaziści z alt-right i fałszywe wiadomości o politykach gwałcących dzieci w podziemiach pizzerii. Nieoczekiwanie dla świata i także dla samego siebie gwiazdor aferzysta wygrywa, ale to dopiero początek kłopotów… Blurb na okładce: „Tego gówna nie zmyślisz”. To mantra pierwszego rzecznika Białego Domu, Seana Spicera, która w „Ogniu i furii” Michaela Wolffa pojawia kilka razy. Spicer oczywiście nie ma racji, bo wszystko da się zmyślić. Jego mantra mówi o czymś innym. Chodzi o zdumienie, że to gówno dzieje się naprawdę.

(...)

Bannon to dzisiaj już była szara eminencja Białego Domu, pierwszy w historii amerykańskiej prezydentury człowiek, który piastował funkcję głównego stratega prezydenta (nie mając do tego żadnego politycznego doświadczenia, chociaż przy prezydencie, który sam nie ma doświadczenia w sprawowaniu urzędów publicznych, to akurat nie znaczy zbyt wiele). Kiedyś inwestor, bankier i producent filmowy, Bannon pojawił się w orbicie Trumpa jako medialny baron, głowa konserwatywnego imperium medialnego o nazwie Breitbart, kontrowersyjnego, bo kojarzonego z fałszywymi wiadomościami, ale i niebotycznym zasięgiem, który w 2016 roku pracował przede wszystkim na korzyść Donalda Trumpa.

Według licznych relacji były główny strateg Trumpa to będący na bakier z higieną abnegat. Jego ulubiony strój: bojówki, kilka warstw koszulek i klapki. Jednocześnie to człowiek wielkiej ambicji („Ludzie na lewicy chcą wygrywać Pulitzery, kiedy ja pragnę BYĆ Pulitzerem!” – zanotował Joshua Green, autor jego reporterskiej biografii „Devil’s Bargain”), który wierzy, że ma do odegrania historyczną rolę w historii swojego kraju, a być może i świata. Sam o sobie mówi, że jest politycznym street fighterem, co znać po jego brutalnych zagraniach i agresywnym języku, czego przykładów w „Ogniu i furii” nie brakuje – o Ivance Trump mówi na przykład, że jest „głupią jak cegła” suką.

Zaczytany w biografiach amerykańskich generałów i prezydentów, a do tego zafascynowany chrześcijańskim mistycyzmem, ezoterycznym hinduizmem i pismami francuskiego tradycjonalisty René Guénona, Bannon postrzega prezydenturę Trumpa jako moment dziejowy. To głównie Bannon stoi za tym, co zyskało miano trumpizmu, czegoś na kształt politycznej ideologii Trumpa, będącej mieszanką populizmu, białego nacjonalizmu i izolacjonizmu. To oczywiście rodzaj uproszczenia, bo prezydent nie ma żadnej ideologii. W okresie opisywanym przez Wollfa miotał się między walczącymi na śmierć i życie ośrodkami wpływu, czyli Bannonem i Jarvanką, jak ten pierwszy nazywa Ivankę Trump i jej męża Jareda Kushnera, przywołując skojarzenia z innymi power couples: Jayoncé i rozwiedzioną już Brangeliną.

Bannon zrozumiał też, że Trump nigdy się nie zmieni, media i tak go nie polubią, a to, co mówią o nim liberalni dziennikarze, nie ma żadnego znaczenia dla jego zwolenników, dlatego bardziej opłaca się iść na starcie z mediami niż próbować je ugłaskiwać. Słuchając podszeptów Bannona, Trump zyskał pewność, że może powiedzieć wszystko i ujdzie mu to na sucho. Już nie musiał przepraszać i kajać się przed dziennikarzami jak politycy lat minionych – mógł nazwać każdą krytykę brakiem obiektywizmu i wciąż być dla swoich zwolenników bohaterem. I nawet jeśli świat usłyszy, jak przechwala się molestowaniem seksualnym, nic mu się nie stanie.

dwutygodnik.com

BiznesAlert.pl: Jak rosyjska gospodarka radzi sobie w okresie podwyżki cen ropy naftowej?

Marek Menkiszak: Pozostaje ona zależna od modelu surowcowego, eksportu ropy naftowej i gazu ziemnego. Potrzebuje inwestycji zagranicznych. Rosja wyszła z recesji i weszła w stagnację. Jest wyraźnie lepiej, bo nie ma spadku PKB. Według pierwszej oceny w zeszłym roku zanotowano wzrost 1,5 procent. Warto jednak podkreślić, że jest to poniżej oczekiwań, które zakładały wzrost na poziomie 2,1 procenta. Jest pewien zawód władz rosyjskich. Kwartalne wskaźniki pokazują, że po pierwszym entuzjazmie z drugiego kwartału, kiedy wzrost PKB wyniósł 2,5 procenta, nastąpiło wyraźne spowolnienie. Produkcja przemysłowa zanotowała 1 procent wzrostu. To słabo. Owo tempo potwierdza przewidywania niezależnych analityków rosyjskich, którzy twierdzili, że problemem rosyjskiej gospodarki będzie brak zrównoważonego, dynamicznego wzrostu gospodarczego. Rysuje się perspektywa stagnacji: wzrostu 0-2 procent PKB rocznie, co przy kiepskim klimacie inwestycyjnym i małym napływie kapitału zagranicznego nie daje szans na dynamiczny rozwój ekonomiczny, który pozwoli Rosji poprawić pozycję międzynarodową. Jednakże taki wzrost wystarczy, aby zapewnić stabilność finansową i utrzymać poziom wskaźników społeczno-gospodarczych. Gospodarka rosyjska może utrzymywać się na tym poziomie przez długie lata.

I przejść spokojnie przez wybory…

…dokładnie. Priorytetem Kremla jest utrzymanie stabilności politycznej. Głównym zagrożeniem dla tego jest pauperyzacja społeczeństwa na tyle duża, aby przełożyła się na stabilność. Jeżeli spojrzeć na wskaźniki socjalne, to czwarty rok z rzędu spadają dochody Rosjan. W 2016 roku sięgał on prawie 6 procent, a w 2017 roku było to 1,7 procent. Wciąż nie został przezwyciężony negatywny trend spadkowy dochodów realnych. Około 40 procent rosyjskiego społeczeństwa nie starcza pieniędzy na niektóre podstawowe wydatki, jak ubranie i jedzenie. Topnieją ich oszczędności. Ponad dwie trzecie Rosjan nie ma żadnych. Do tego dochodzi problem, że dotyka to głównie emerytów, których problemów nie rekompensuje indeksacja emerytur przy rosnących cenach żywności i lekarstw. Widać, że rząd zdaje sobie z tego sprawę. W kampanii wyborczej ten temat będzie ważny. Władza podejmie jakieś działania, albo będzie próbowała sprawić wrażenie, że to robi.

Jaką rolę odegra tutaj przemysł militarny i energetyczny?

Te dwa sektory są w Rosji kluczowe. Dochody naftowo-gazowe to za zeszły rok około 190 mld dolarów. Połowa to eksport ropy, 30 procent – produktów naftowych i dopiero 20 procent – eksport gazu. To więcej, niż w 2016 roku, bo wtedy te dochody wynosiły 150 mld dolarów ale dużo mniej od rekordowego 2013 roku – kiedy Rosja zarobiła na eksporcie surowców energetycznych prawie 350 mld dolarów. Ten obecny wzrost cieszy Rosję, bo średnioroczna cena ropy naftowej marki Urals wzrosła z 42 dolarów w 2016 roku do 53 dolarów w 2017 roku. Ceny miesięczne zwiększyły się jeszcze bardziej. To pomaga budżetowi i redukuje jego deficyt. Rosja stara się przy tym oszczędzać. Wyliczenia budżetowe są konserwatywne i zakładają dochody liczone według, średniej ceny ropy na poziomie 40 dolarów.

Obecnie jest to prawie 70 dolarów.

Tak. Kolejny element to kompleks przemysłu zbrojeniowego. Trudno to rozdzielić, bo są zakłady pracujące jednocześnie dla sektora cywilnego i wojskowego. Poza tym jedna czwarta budżetu federalnego jest utajniona. Faktem jest, że wydatki zbrojeniowe Rosji, które systematycznie rosły nawet mimo kryzysu, mają funkcję nie tylko czysto militarną i geopolityczną, czyli budowę wizerunku mocarstwa i odstraszanie przeciwników, ale także funkcję socjalną. To sektor, w który pompowane są duże pieniądze także po to, aby utrzymać stabilność społeczną w Rosji. Te kilkanaście milionów ludzi zatrudnionych w tym sektorze, to – wraz z rodzinami – istotna część społeczeństwa.

biznesalert.pl

wtorek, 12 czerwca 2018


Stalin i Żdanow, zastanawiając się, jak połączyć rosyjski patriotyzm z rewolucyjnym bolszewizmem, aby wykorzenić zagraniczne wpływy i przywrócić moralność, dumę i dyscyplinę, podjęli to, czego nie dokończyli przed wojną. Niczym dwaj zrzędliwi profesorowie, owładnięci obsesją wielkości dziewiętnastowiecznej kultury i zgorszeni zepsuciem nowoczesnej sztuki i obyczajów, dawny seminarzysta i potomek prowincjonalnej inteligencji sięgnęli do swej młodości, planując zaciekły atak na modernizm („formalizm”) i zagraniczne wpływy w rosyjskiej kulturze („kosmopolityzm”). Ci dwaj skrupulatni, niezmordowani „intelektualiści”, których łączył nienasycony bolszewicki głód wykształcenia, przesiadywali do później nocy nad czasopismami literackimi i obmyślali kres kulturalnych swobód czasu wojny.

Pogrążony w klasyce, pełen pogardy dla nowomodnej sztuki Żdanow zainicjował politykę znaną Aleksandrowi I i Mikołajowi I. Zwycięstwo pobłogosławiło małżeństwo rosyjskości z bolszewizmem: Stalin postrzegał Rosjan jako element spajający ZSRR, „starszego brata” narodów radzieckich, a jego nowy rosyjski nacjonalizm bardzo się różnił od swego dziewiętnastowiecznego przodka. Nie będzie żadnych nowych swobód, żadnych zagranicznych wpływów, wszystkie te nowinki zostaną zgniecione w wymuszonym kulcie rosyjskości.

Simon S. Montefiore - Stalin. Dwór czerwonego cara

Giełdy w Szanghaju i Shenzhen należą do największych na świecie - ich łączna kapitalizacja przekracza 8 bln dolarów - jednak wciąż rządzą się swoimi, nietypowymi jak na symbol kapitalizmu, prawami. Tak jak o modelu gospodarczym Państwa Środka mówi się, że jest to "socjalizm z chińską charakterystyką", tak i giełda jest przykładem "rynku z chińską charakterystyką".

To że Chińczycy mają specyficzne podejście do inwestycji na giełdzie, wiadomo nie od dziś - ceny akcji nie mają prawa spadać, a jeśli tak się dzieje, to na parkiet powinien wkroczyć chiński "plunge protection team", zwany za Murem "drużyną narodową". I tak właśnie wyglądała praktyka przez ostatnie dwa lata - chińska drużyna miała wyraźnie mniejszą cierpliwość niż jej bardziej tajemniczy odpowiednik z USA. Nie raz indeksy traciły po kilka procent przed przerwą śródsesyjną, by na koniec handlu znaleźć się minimalnie pod lub nawet nad kreską. Pekin wprost przyznał, że dba o stabilizację rynku, czyli, mówiąc wprost, nie dopuszcza do dużych spadków cen akcji.

Tym większe musiało być zdumienie inwestorów, gdy władze nie zdecydowały się zainterweniować w ubiegłym tygodniu - podczas fali najgłębszych spadków od dwóch lat. I to tuż przed najważniejszym świętem w Państwie Środka. Chińczycy nie omieszkali wyrazić swojego niezadowolenia w mediach społecznościowych, obwiniając Amerykanów i regulatora rynku (CSRC) o popsucie obchodów Nowego Roku (16 lutego).

Jak informuje "Global Times", ambasada USA dostała ponad 10 000 komentarzy na swoim koncie na Weibo (chiński Twitter), po czym zablokowała możliwość dodawania kolejnych. Chińczykom nie spodobały się noworoczne życzenia od Amerykanów - to w końcu za Oceanem przebudziły się niedźwiedzie, powodując lawinę spadków na giełdach na całym świecie, w tym w Państwie Środka.

bankier.pl

sobota, 2 czerwca 2018


Wprawdzie nazistowskie Niemcy stały się głównym beneficjentem Zagłady i to przede wszystkim do Rzeszy transferowane było ruchome mienie ofiar, to jednak skorzystało na niej także wielu innych mieszkańców Europy. „Doświadczenie to – pisze Jan Tomasz Gross – przybiera inne formy w Trzeciej Rzeszy niż w krajach okupowanych lub zależnych od Niemiec. Inaczej wygląda w Polsce, a inaczej we Francji, na Węgrzech czy w Grecji, ale w odbiorze społeczeństw lokalnych ma tę przyjmowaną z zadowoleniem cechę wspólną, że jest mechanizmem »przewłaszczenia« i redystrybucji żydowskiego stanu posiadania na korzyść Aryjczyków”. Nadto, co odnotowuje Frank Bajohr, „[b]ył to jeden z największych transferów własności na oczach współczesnych”. Transfer, którego pole podstawy wyznaczył antysemityzm, ale także spotęgowana okolicznościami chciwość, usypiająca moralną czujność i konstytuująca milczenie wobec ludobójstwa. „W świetle znanych dziś badaczom niepodważalnych faktów – zauważa Saul Friedlander – nie sposób już zakwestionować prawdziwości poniższego stwierdzenia: ani jedna grupa społeczna, ani jedna wspólnota wyznaniowa, ani jedna instytucja akademicka bądź zrzeszenie zawodowe, zarówno w Niemczech, jak i w całej Europie, nie zadeklarowało swojego poparcia dla Żydów (…). Dawało się zaobserwować zjawisko dokładnie odwrotne: popychani chciwością przedstawiciele licznych grup społecznych, w tym reprezentanci środowisk decyzyjnych, byli zaangażowani w proces wywłaszczania Żydów, których całkowite zniknięcie było im na rękę”.

(...)

Jeśli wczytamy się uważnie w czasopiśmiennictwo doby dwudziestolecia międzywojennego w Polsce, w programy polityczne wielu ówczesnych partii, ale przede wszystkim w to, co mówiono, pisano, a zwłaszcza czyniono już podczas wojny i po jej zakończeniu, jedno nie ulega wątpliwości: pozbycie się Żydów z Polski, przejęcie należącego do nich mienia, a zwłaszcza zajęcie ich miejsca w strukturze społecznej miast, wsi i miasteczek, nie było jedynie marzeniem polskich narodowców (i nie tylko ich). Było po prostu dyskutowanym projektem politycznym, a zarazem praktyką społeczną na różne sposoby realizowaną w warunkach okupacyjnych i latach powojennych. Wszystko to, czego nie przejęli Niemcy, co nie zasiliło majątku Rzeszy, nie pokryło kosztów Zagłady, która, jak pisał Raul Hilberg, miała być przecież „samofinansującym się przedsięwzięciem”, trafiło do rąk prywatnych lub zostało upaństwowione. Taki los podzieliły należące do Żydów nieruchomości, rozmaite przedmioty codziennego użytku, ale także miejsca pracy. Trudno tu zresztą o jakiś kompletny inwentarz wszystkich tych „żydowskich rzeczy”, które przecież nie wyparowały wraz z wymordowaniem około trzech milionów obywateli przedwojennej Polski. Nie wyparowały, ale też w neutralny sposób nie trafiły w ręce prywatne.

(...) W oczekiwaniu na rozpoczęcie wywózki Żydów ze Szczebrzeszyna w połowie kwietnia 1942 roku, odnotowuje świadek wydarzeń Zygmunt Klukowski, „[z]jechało się sporo furmanek ze wsi i wszystko to niemal cały dzień stało w oczekiwaniu, kiedy można będzie przystąpić do rabunku. Z różnych stron dochodzą wiadomości o skandalicznym zachowaniu się części ludności polskiej i rabowaniu opuszczonych żydowskich mieszkań. Pod tym względem miasteczko nasze z pewnością nie będzie w tyle”. Nie pomylił się. Na dalszych stronach swojego Dziennika zapisze: „[l]udność z otwieranych żydowskich domów rozchwytuje wszystko, co jest pod ręką, ludzie bezwstydnie dźwigają całe toboły z nędznym żydowskim dobytkiem lub towarem z małych żydowskich sklepików”.

(...)

Nadto chciwość, dla zaspokojenia której stworzono podczas okupacji sprzyjające warunki, napędzana była antysemickimi fantazjami o żydowskim majątku, owym mitycznym żydowskim złocie. Karmiona antysemickimi kliszami chciwość spotkała się z dokonywaną przez Niemców demonstracją, że Żydów można bezkarnie zabijać w majestacie prawa. W ramach „przewłaszczenia” mordowano zatem Żydów, chcąc wejść w posiadanie ich dóbr materialnych, pozbyć się świadków ich przejęcia, unicestwić wyeksploatowane ekonomicznie ofiary, które nie były już w stanie dłużej opłacać swojego utrzymania, albo po prostu zabijano Żydów antycypując konieczność zwrotu zdeponowanych przez nich na czas wojny przedmiotów, pieniędzy, nieruchomości, inwentarza etc.

(...)

Oto co w memoriale z sierpnia 1943 roku, pisał Roman Knoll, kierownik Departamentu Spraw Zagranicznych Delegatury Rządu: „Ludność nieżydowska pozajmowała miejsca Żydów w miastach i miasteczkach i jest to w wielkiej części Polski zmiana zasadnicza, która nosi charakter ostateczny. Powrót Żydów w masie odczuty byłby nie jako restytucja, ale jako inwazja, przeciwko której broniłaby się ona nawet drogą fizyczną”. I faktycznie, w taki właśnie sposób część Polaków postanowiła się bronić.

krytykapolityczna.pl

Jak twierdzą eksperci portalu RynekPierwotny.pl dane dotyczące poziomu PKB per capita wskazują, że przez cały czas swojego istnienia II Rzeczpospolita zaliczała się do najsłabiej rozwiniętych krajów Starego Kontynentu. O niskim poziomie rozwoju społecznego i gospodarczego ówczesnej Polski, świadczyły również informacje na temat mieszkalnictwa. Prezentują one przerażający obraz warunków, w których musiała egzystować większość obywateli II RP. Wystarczy tylko wspomnieć, że na początku lat 30-tych minionego wieku, jedynie 16% wiejskich domów nie było przeludnionych. W 84% domów ze wsi, na jedną izbę przypadały więcej niż dwie osoby. Jeden na siedem wiejskich domów był trzykrotnie bardziej zatłoczony niż przewidywała ówczesna statystyczna norma (2 osoby/izbę). Problem przeludnienia mieszkań dotyczył również miast. W 1931 r. około 57% miejskich lokali cechowało się przeludnieniem, czyli obecnością więcej niż dwóch osób przypadających na izbę.

Można oczywiście argumentować, że w okresie międzywojennym warunki mieszkaniowe na terenie Europy Zachodniej również były dalekie od ideału. Dane ze starych roczników statystycznych pokazują nam jednak smutną prawdę o ówczesnym mieszkaniowym zacofaniu Polski. Na początku lat 30 - tych, około 56% Polaków z miast, żyło w przeludnionym mieszkaniu (ponad 2 osoby na izbę). Analogiczne wyniki dla innych krajów i obszarów Europy wówczas wynosiły:

• Anglia z Walią - 8%
• Niemcy - 10%
• Norwegia - 15%
• Włochy - 35%

Bardzo sugestywne są również dane dotyczące stolic. Przed II wojną światową, Warszawa była jednym z najbardziej zatłoczonych miast Europy. W przeludnionym lokum żyło około 60% jej mieszkańców (dane z 1931 r.). Porównywalne wskaźniki obliczone dla Berlina, Paryża oraz Londynu oscylowały na poziomie 9%.

forsal.pl