sobota, 31 marca 2018


W lipcu przywódcy Polski, Węgier, Słowacji i Czech spotkali się z Netanjahu i stworzyli wspólne grupy ds. walki z terroryzmem i ds. współpracy technologicznej.

Izraelska prawica jest bardzo zainteresowana sojuszem z potencjalnie antysemickimi europejskimi prawicami na bazie wspólnego militaryzmu, ksenofobii, wiary w etniczny nacjonalizm. To jest ciekawe o tyle, że to pokazuje, jak bardzo instrumentalizowany jest zarzut antysemityzmu przez obecne izraelskie władze. Dla mnie to jest przerażające, bo oni się świetnie dogadają np. z obecnymi polskimi władzami, które pobłażają antysemitom pokroju Jacka Międlara.

No więc Polski rząd na pewno nie będzie bojkotować Izraela.

W bojkocie kluczowy jest fakt, że europejscy Żydzi, którzy zdominowali kulturę izraelską od samego początki, zawsze mieli marzenie o byciu częścią Europy, jej kulturalną, cywilizacyjną odnogą.

Izrael występuje w Eurowizji, grają w mistrzostwach Europy w piłkę nożną…

A Palestyna gra w mistrzostwach Azji. Przywiązanie Izraela do Europy jest bardzo ważne i może być źródłem nacisku. Weźmy izraelskie uniwersytety. Oczywiście, że pracuje tam wiele genialnych osób, ale także dysydenci i krytycy władz. Te uniwersytety są kluczową częścią okupacji. To tam się rozwija technologie wojskowe. Bojkot ekonomiczny ciężko jest oddolnie zorganizować, a ja nie mam wiary w żadne rządy, więc nie sądzę, żeby kiedyś udało się coś takiego wymusić.

Ale bojkot akademicki, kulturalny już tak – a to są rzeczy, które bardzo dotykają wygodnego życia elit inteligenckich, kulturalnych w Izraelu. I to może przymusić ludzi, żeby się chwilę zastanowili. Bo rzeczywiście nic innego nie działa.

(...)

Ostatnią wojnę w Gazie w 2014 r. poprzedziło ogromne napięcie w Jerozolimie. Jerozolima w ogóle nie jest przyjemnym miejscem do życia, tam można kroić powietrze nożem: protesty, ostentacyjne wycieczki nacjonalistów żydowskich… Do tego jest niemal tak uboga jak Gaza – 75 proc. osób żyje poniżej linii ubóstwa, bo palestyńska część jest tragicznie niedoinwestowana przez miasto.

Część ludności z Jerozolimy Wschodniej pracuje w Jerozolimie Zachodniej: jako kucharze, parkingowi, to są proste fizyczne prace. Tuż przed wybuchem ostatniej wojny izraelski rząd robił to, co robi nasz rząd, czyli nakręcał ekstremalnie ksenofobiczną atmosferę. I tak jak u nas nastąpiła cała seria pobić osób o innym kolorze skóry, tak w Jerozolimie też wylał się antypalestyński rasizm. Po głównej ulicy Jerozolimy zachodniej chodziły bandy młodych wyrostków, nacjonalistów żydowskich, które szukały Palestyńczyków wracających z pracy i biły ich, często na oczach przechodniów. Tego nikt nie widział wcześniej na taką skalę. Wtedy zaczęły się protesty, które trwały przez pół roku. Mało mediów o tym pisało. Wtedy pierwszy raz widziałam protesty, które miały szansę naprawdę zamienić się w powszechny ruch i być tą trzecią intifadą, o której wszyscy mówią średnio raz do roku, że za chwilę wybuchnie. Mnie się wręcz wydaje, że to była ta trzecia intifada, tylko że ona przeszła zupełnie niezauważona.

I wtedy było widać wyraźnie: im gorsza sytuacja mieszkańców, tym intensywniejsze protesty, im więcej aresztowań dzieci, porwań z domów i w drodze do szkoły, im więcej wizyt izraelskiego wojska i nocnych rajdów na dzielnice, im więcej zajmowanych domów i masowych aresztowań, ostrej amunicji czy nowych, testowanych pocisków, im więcej zamykania całych dzielnic – tym bardziej burzyli się ludzie.

Skoro mechanizm jest taki, jak zawsze: ksenofobia nakręca protesty, protesty dają pretekst do większej ksenofobii i tak dalej – aż do rozlewu krwi, to może trzeba liczyć na zmianę polityczną w Izraelu? Na przyjście władzy, która tę ksenofobię wyciszy i całkowicie zmieni nastawienie?

To by musiało pójść dużo dalej niż tylko zmiana rządu. To jest cały system państwowy, który tę ksenofobię utrwala. Podręczniki izraelskie są bardzo ksenofobiczne od dziesiątek lat, one pogłębiają uprzedzenia. Trzeba by było stworzyć warunki do zmiany tej arabofobicznej, islamofobicznej mentalności. Żeby dzieci się nie uczyły głupich stereotypów o Palestyńczykach. Zresztą w podręcznikach w ogóle nie ma Palestyńczyków, są Arabowie – nie uznaje się w ogóle ich tożsamości narodowej, są pasterzami, jeżdżą na wielbłądach, są przemocowi i brutalni. Utwierdzają te najgorsze stereotypy, podobnie jak szkolne sposoby przedstawienia palestyńskiej historii.

Poza tym większość ludzi w Izraelu ma bardzo ograniczony kontakt z Palestyńczykami. Mieszkają bardzo, bardzo blisko, ale ich kontakty to są albo sprzątaczki, albo budowlańcy na budowie w Tel Awiwie, z którymi nawet nie mają okazji porozmawiać. Więc nic dziwnego, że w Izraelu nie szykuje się żadna dogłębna polityczna zmiana. To społeczeństwo nie staje się coraz bardziej progresywne i liberalne, tylko raczej tak jak u nas, jest coraz bardziej prawicowe, zamknięte, islamofobiczne, coraz większy wpływ na wszystko ma religia. Niestety, to nie idzie w dobrą stronę.

krytykapolityczna.pl

wtorek, 20 marca 2018


Dziś centralne instytucje izraelskie są w Jerozolimie, a wszystkie ambasady w Tel Awiwie. Skąd to rozdwojenie?

Izrael od lat 50. traktuje Jerozolimę Zachodnią jako swoją stolicę – tam jest siedziba Knesetu, Sądu Najwyższego i inne rządowe budynki. W 1980 roku w Knesecie zostało uchwalone prawo o aneksji podbitej wcześniej wschodniej, palestyńskiej części miasta. Społeczność międzynarodowa nigdy nie uznała tej aneksji i oczekuje, że status Jerozolimy, prawdopodobnie jako stolicy dwóch państw, Izraela i Palestyny, będzie wynegocjowany w ostatniej fazie rozmów pokojowych. Na znak protestu przeciwko aneksji, która jest nielegalna wedle prawa międzynarodowego, wszystkie kraje utrzymują swoje ambasady w Tel Awiwie.

A za tym wszystkim stoi skomplikowana historia izraelskiego państwa…

Pod koniec XIX wieku, kiedy rodziła się koncepcja „powrotu” rozproszonych po świecie Żydów na tereny obecnego Izraela, czyli ruch syjonistyczny i jego nurty, koncepcje wokół Jerozolimy były bardzo różne. Niektórzy żydowscy intelektualiści chcieli, żeby Jerozolima była centrum duchowym Żydów świata, ale niekoniecznie stolicą formalnego państwa. Dla pionierów, pierwszych syjonistów, którzy przyjeżdżali do Palestyny, Jerozolima nie była aż tak ważna. To były osoby o poglądach raczej socjalistycznych, niereligijne. Państwo, które chcieli zbudować miało być socjalistyczne.

Ale było już wtedy wielu Żydów na całym świecie, którzy nie widzieli innego centrum państwowości niż Jerozolima.

Owszem, jako religijne, duchowe centrum, Jerozolima była zawsze ważna. Ale cała idea syjonizmu była taka, żeby zaprzeczyć wizerunkowi diaspory, który kształtowali antysemici: słabego Żyda, zepchniętego do getta, zamkniętego, kulturowo zacofanego, będącego słabą mniejszością. Izrael miał być państwem nowego hebrajskiego Żyda, silnego, często na plakatach wyglądającego wręcz jak aryjscy Niemcy: blondyna o niebieskich oczach, opalonego, na traktorze, pracującego na roli. To w niewielkim stopniu miało coś wspólnego z religią.

To odcięcie od religii nie do końca wyszło, sądząc po tym, jak wygląda dziś Izrael. Kiedy religia zaczyna decydować o losach Izraela?

Im bliżej powstania państwa, tym bardziej świeccy Żydzi, socjaliści, syjoniści mają problem z religijnymi Żydami, którzy nie chcą w ogóle rozmawiać o państwie. Wierzą, że Izrael może powstać dopiero po nadejściu mesjasza i nie wolno tego procesu przyspieszać poprzez ściąganie Żydów do Palestyny i tworzenie świeckiego państwa.

Ważne wydarzenia mają miejsce w przededniu przyjazdu Specjalnej Komisji ONZ ds. Palestyny, która miała zbadać sytuację na ziemiach i tuż przed planem ich podziału. Jeden z ojców założycieli państwa, Ben Gurion, zawiera wówczas układ z religijnymi Żydami. To była umowa, która symbolizuje wszystko, co się dzieje do dziś. Ben Gurion poprosił ich, żeby rozmawiając z komisją ONZ nie mówili, że nie chcą państwa. Ale w zamian za to obiecał, że jeśli to państwo powstanie, to będzie dbało o przestrzeganie religijnych nakazów.

Trochę tak jest do dziś – świeccy Izraelczycy z jednej strony potrafią wyrażać się bardzo pogardliwie o ortodoksyjnych Żydach, a z drugiej potrzebują ich i ich narracji.

A nie jest tak, że świeckie państwo w sumie potrzebuje religii, żeby uzasadnić swoje istnienie? No bo jeśli nie religia, to dlaczego w ogóle osiedlać się akurat na Bliskim Wschodzie?

Dokładnie tak jest. Religia stała się w którymś momencie podstawą roszczeń Izraela o prawie do tej ziemi. Partie polityczne, np. Likud, który jest u władzy, a który nie jest partią religijną, tylko konserwatywną, prawicową i bardzo nacjonalistyczną, wchodzi w sojusze z religijnymi ruchami, żeby uzasadnić prawo Żydów do całej ziemi między rzeką Jordan a Morzem Śródziemnym.

krytykapolityczna.pl

poniedziałek, 19 marca 2018


Kurz w puszce, zużyte testy ciążowe, a nawet sesje przytulania – jest coś, czego jeszcze nie wystawiono na sprzedaż?

Zdaje się, że wszystko już było. Widziałem nawet do kupienia wyżute gumy Britney Spears czy Baracka Obamy. Ale można też trafić na kubek, z którego pił mleko Justin Bieber, co też specjalnie mnie nie zaskakuje.

A jak pan to sobie tłumaczy?

Jestem wielkim wyznawcą prawa popytu i podaży, czyli jeśli ktoś chce kupić, to znajdzie się ktoś, kto daną rzecz sprzeda. Po drugie, nawet jeśli przedmioty będą mieć zerową wartość, to mogą stać się cenne za sprawą opowieści o nich.

Czyli płacimy za historie, a nie za rzeczy takie, jakimi one są?!

Absolutnie tak. Jest taki eksperyment, opisany w książce „Significant Objects” (Znaczące rzeczy). Rob Walker, dziennikarz „New York Timesa”, oraz Josh Glenn, autor bestsellerowej książki „Taking Things Seriously”, kupili na pchlich targach i garażowych wyprzedażach 200 przedmiotów, głównie bibelotów. Czego tam nie było: popielniczki, świnki-skarbonki, piłeczki golfowe... Płacili dokładnie tyle, ile chcieli sprzedający. Średnio za każdą z tych rzeczy dali 1,5 dol., czyli łącznie była to inwestycja rzędu 300 dol. Po czym rozdali te przedmioty swoim znajomym, ale tylko takim, którzy parają się opowiadaniem historii. Wśród nich byli pisarze, poeci, dziennikarze, copywriterzy. I poprosili ich o napisanie historii otrzymanego obiektu. „Nie wolno kłamać, ale można używać słów typu: prawdopodobnie, tak sądzę” – zastrzegali. Po czym wystawili te przedmioty plus opowieści o nich na aukcjach w sieci. Pozwolili ludziom płacić tyle, ile chcą, wnioskując – poniekąd słusznie – że różnica pomiędzy tym, co zapłacą za przedmiot z opowieścią, a tym, ile oni sami za niego dali, będzie ceną samej opowieści.

Ile zarobili?

8 tys. dol., co daje zwrot z inwestycji na poziomie 3200 proc., o ile dobrze liczę. Tyle dokładnie są warte historie.

forsal.pl

niedziela, 18 marca 2018


Ignacy Morawski: Wśród ekonomistów w Polsce, zwłaszcza tych zajmujących się polityką gospodarczą, dominuje przekonanie, że naszej gospodarce potrzebne jest szarpnięcie cuglami. Widać to i po prawej, i po lewej stronie spektrum – mówi się, że inaczej wpadniemy w „pułapkę średniego rozwoju”, która ma polegać z grubsza na tym, że relatywnie łatwo jest przejść z niskiego poziomu rozwoju do średniego, ale już kolejne szczeble pokonać jest coraz trudniej.

Dlaczego?

Wedle tej koncepcji najpierw wystarczy uruchomić proste rezerwy: przesunąć pracowników z rolnictwa do przemysłu, a potem do bardziej wydajnych usług, przyciągnąć kapitał, sprywatyzować firmy państwowe, itp. To wszystko wymaga nieraz trudnych decyzji politycznych, ale technicznie jest dość proste. Potem mają zaczynać się schody.

A tak nie jest?

Ja, jako jeden z pierwszych w Polsce, około 2010-11 roku opisałem badania tej tzw. pułapki, jakie pojawiły się na świecie, potem idea ta zaczęła się rozprzestrzeniać także u nas w kraju. Jest ona atrakcyjną bazą do formułowania efektownych strategii, ale w praktyce nie ma dowodów, że coś takiego w ogóle istnieje. Ryzyko, że kraj przestanie się w pewnym momencie rozwijać jest dość podobne bez względu na etap rozwoju, z tym zastrzeżeniem, że gospodarki wysoko rozwinięte są bardziej stabilne. Naprawdę rzadko się zdarza, żeby kraj bogaty zupełnie przestał się rozwijać – wyjątkiem są może Włochy, które pod względem produktywności i postępu technologicznego są w stagnacji.

Japonia też.

Nie, Japonia ma bardzo niski wzrost gospodarczy, ale wydajność produkcji wciąż tam rośnie, problem ma raczej charakter demograficzny. W każdym razie nie jest tak, żeby na „średnim” poziomie ryzyka stagnacji były większe niż na niskim czy – w przypadki Polski – dziś były większe niż 10 lat temu. To atrakcyjna formuła, jak ktoś chce wybrzmiewać w mediach, ale procesy gospodarcze są bardziej liniowe niż skokowe. Dość powoli przechodzimy od gospodarki prostych produktów, których konkurencyjność bazuje na taniej sile roboczej, do kraju innowacyjnego przemysłu i bardziej wyrafinowanych usług. Tak czy inaczej, zawarta także w Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju diagnoza, że dziś trzeba „szarpnąć cuglami” może prowadzić do niekoniecznie najlepszych rekomendacji.

(...)

W swoim tekście w Ekonomii politycznej „dobrej zmiany”, obok repolonizacji banków wskazuje pan na inne, źle zdiagnozowane wyzwania: reindustrializację czy wyjście z zależności od kreowanych przez kraje centrum łańcuchów produkcji. Nie uważa pan, że to kwestie domagające się interwencji?

To po kolei. Jeśli chodzi o repolonizację, mam mieszane uczucia. Wiąże się ona bowiem z diagnozą, że problem z inwestycjami w Polsce wynika głównie z ograniczeń w dostępie do finansowania. To jest pośrednio powiązane z bardzo popularną diagnozą, że w Polsce brakuje oszczędności, by finansować inwestycje. Tyle że de facto ten problem był poważny 10-15 lat temu, wtedy rzeczywiście inwestycji było więcej niż oszczędności, w efekcie czego generowaliśmy deficyt na rachunku bieżącym, bo trzeba było importować kapitał.

A oszczędności nam nie brakuje?

Niskie oszczędności to nie jest bariera dla inwestycji, bo gdyby tak było, to mielibyśmy nierównowagi zewnętrzne – np. nadmierny import w stosunku do eksportu, ale też np. wysokie stopy procentowe. Tymczasem mamy rekordową nadwyżkę handlową – w 2016 roku ponad 20 mld złotych, a realne stopy procentowe, tzn. po uwzględnieniu inflacji są dziś ujemne. Byłyby też problemy z finansowaniem przedsiębiorstw, czego firmy nie sygnalizują – GUS pyta je co miesiąc o bariery inwestycyjne i dostęp do finansowania. Moim zdaniem bariery dla zwiększonych inwestycji są gdzie indziej, częściowo rząd może je usunąć, a częściowo nie…

A gdzie pan je widzi?

Np. polityka spółek skarbu państwa – ogromna zmienność kadr i ingerencja polityków w ich działanie nie sprzyjają inwestycjom, a to jest spora część sektora dużych przedsiębiorstw.

A czy ma znaczenie, czy w tych spółkach siedzą ludzie od Ziobry czy od Morawieckiego?

Nie, ważne jest to, że siedzą tam na walizkach. Druga grupa barier to bariery regulacyjne, tzn. niepewność związana ze stanowieniem prawa. Weźmy zmiany z ostatnich dwóch lat: zakaz ekspansji sieci aptecznych, zakaz budowy wiatraków, zmiany interpretacji podatkowych… Te ostatnie zawsze były problemem, ale dziś to element walki o uszczelnienie systemu podatkowego. Niepewność regulacyjna jest większa niż kiedykolwiek i może generować zbyt niskie inwestycje. Wreszcie, problem polega na tym, że jesteśmy gospodarką opartą na małych i średnich przedsiębiorstwach.

To źle?

To jest piękna sprawa dla polityków, którzy rytualnie się do nich odwołują i nawet jakoś obiektywnie trzeba powiedzieć, że to jest wyraz przedsiębiorczości Polaków. Jak pojedziemy na Słowację, to widzimy lasy i piękne widoki, a za naszą granicą wszędzie budki z oscypkami i kożuchami, hotele i spa… Nie wszystkim to się podoba, ale taki jest obraz polskiego biznesu. Kłopot w tym, że małe firmy mniej inwestują.

Bo nie mają z czego?

Nie korzystają z efektów skali, dzięki której koszt wytworzenia produktu jest mniejszy, mają mniej wolnych funduszy na innowacje. Bo żeby wprowadzić innowacje, trzeba zaryzykować jakiś pieniądz, a zatem nie może on być zaangażowany w bieżący obrót. A żeby mieć nadwyżki, trzeba mieć wysokie marże, których one zazwyczaj nie mają, bo wysokie marże uzyskuje się głównie przez budowę marki, rozwój unikalnych technologii, czy monopol, np. patentowy, . Krótko mówiąc: oparcie gospodarki na MiS-iach (małych i średnich przedsiębiorstwach – red.) powoduje, że te inwestycje wcale nie są wysokie.

(...)

No to dalej: reindustrializacja.

To zupełne nieporozumienie. Na tle krajów OECD udział przemysłu w polskim PKB jest wysoki i albo rośnie, albo utrzymuje się na stałym poziomie, podobnie jak zatrudnienie. Jesteśmy krajem mocno zindustrializowanym – to nie Wielka Brytania, gdzie faktycznie doszło do finansjalizacji gospodarki i kraj ma kłopoty z przemysłem, a zwłaszcza z upadłymi regionami poprzemysłowymi.

I autorzy Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju tego nie wiedzieli?

Rozumiem, że hasło to oznacza przede wszystkim budowę polskich firm przemysłowych, ale to jest nie tyle kwestia uprzemysłowienia, ile funkcjonowania polskich firm w sieciach budowania wartości dodanej. Chodzi o tzw. teorię zależności i podział świata na centrum i peryferie.

A konkretniej?

To chyba jest filar myślenia gospodarczego PiS i to ich też różni od PO. W wielu szczegółach różnice poglądów ekonomicznych przebiegają w poprzek podziałów partyjnych, ale tu podział jest klarowny. PO jest przekonana, że możemy – poprzez integrację ze strukturami zachodnimi – powoli zbliżać się do poziomu życia Europy Zachodniej. To miałby być proces liniowy, oparty na idei konwergencji: otworzymy granice, utrzymamy stabilną makroekonomię i regulacje, technologie napłyną, będziemy się ich uczyć, a produktywność kiedyś będzie taka jak w Niemczech.

Rozumiem, że PiS tego nie kupuje.

PiS wyznaje inną teorię, a mianowicie, że różnice wydajności między krajami wynikają nie tylko z uzbrojenia w kapitał, wiedzę czy kulturę organizacyjną, ale też z siły politycznej walki o interesy, z możliwości wspierania krajowych firm przez rząd. Widać tu ślady teorii dependystów czy teorii systemu-świata z jego podziałem na centrum i peryferie.

I kto jest bliżej rzeczywistości?

Uważam, że możemy się wciąż zbliżać do Zachodu bez wielkiego wysiłku politycznego; kiedyś pewnie uderzymy w szklany sufit, ale do tego jeszcze długa droga. Inna sprawa, że nawet u Wallersteina peryferie są w stanie awansować tylko wtedy, gdy centrum przechodzi kryzys, a peryferie wykorzystują uchylającą się szczelinę. To proces wymagający cierpliwości i czekania na okazję. I to się właściwie dzieje: kryzys w UE osłabił zachodnie firmy i np. polskie firmy meblarskie wykorzystały słabość finansową konkurentów zagranicznych, na przykład Nowy Styl przejął od czasów kryzysu kilka spółek zagranicznych. Jest też dużo firm, które zaczynają sprzedawać swoje produkty w branży finansowej.

Wypchniemy HSBC z City?

Nie, ale spójrzmy np. na branżę „zarządzania należnościami”, czyli na windykatorów. Ta branża bardzo się zmieniła w ostatnich latach i to już nie są smutni panowie, którzy w skórzanych kurtkach pukają do drzwi. Kultura tego biznesu jest dziś inna; jedna z polskich firm – Kruk –zaczęła rozwijać interes we Włoszech, gdzie dotąd zajmował się nim sektor bankowy, który dziś jest osłabiony kryzysem. To przykład sytuacji, w której słabość Zachodu generuje szansę dla nas.

Czyli jednak nie imitacja, a właśnie wykorzystywanie słabości centrum?

Zgadzam się, że istnieje podział na centrum i peryferie, ale peryferie nie mogą się zbliżyć do centrum poprzez konflikt z nim – na co gra PiS – tylko trzymać się blisko niego i wkładać stopę w drzwi zamiast iść na zwarcie.

Ale skoro nie imitacja, to w imię czego to zwarcie?

Rząd jest zapatrzony w model azjatycki: wysokie oszczędności, krajowe technologie, niezależność od zewnętrznego kapitału, silna wspólnotowość no i ostry kurs polityczny – bo przecież do lat 80. Korea Południowa była krajem autorytarnym. Tylko że Morawiecki patrzy na Azję i myśli: oszczędności krajowe, inwestycje i innowacje, za to Kaczyński myśli: twarda ręka i wspólnota narodowa.

To się może udać?

Wiele rzeczy nie przystaje do Polski, np. kultura i sposób organizowania administracji publicznej w Azji. W Chinach urzędnik historycznie był osobą o wysokim statusie, to część mandaryńskiej tradycji. U nas tradycja jest raczej rosyjska: urzędnik to trochę biznesmen, państwo deleguje na niego zadania, ale nie ma go za co utrzymać, więc pozwala mu, żeby zadbał o własne dochody…

krytykapolityczna.pl