sobota, 27 stycznia 2018


Badacze z Uniwersytetu w Cardiff zidentyfikowali co najmniej 47 kont powiązanych z rosyjskimi władzami, które wysłały 475 wiadomości dotyczących ataków, do których doszło w Wielkiej Brytanii. Autorzy analizy podkreślają, że zostały one udostępnione ponad 150 tys. razy, stając się zauważalnym elementem debaty publicznej w pierwszych godzinach po zamachach.

Zdaniem ekspertów publikowane treści były "elementem systematycznej kampanii skierowanej przeciwko Wielkiej Brytanii, mającej na celu zwiększenie szkód" wyrządzonych przez ataki przez podsycanie lęku i podziałów społecznych.

Jeden z tych wpisów - zamieszczony godzinę po majowym zamachu terrorystycznym w Manchester Arena, w którym zginęły 22 osoby - nawoływał do wprowadzenia zakazu praktykowania islamu i został udostępniony blisko 4 tys. razy. Inny pokazywał śmiejących się ludzi, sugerując fałszywie, że to muzułmanie świętujący czerwcowy atak terrorystyczny na London Bridge.

Analitycy podkreślili, że obserwowane przez ponad 136 tys. osób konto na Twitterze, na którym opublikowano oba powyższe wpisy, było prowadzone bezpośrednio przez pracowników finansowanej przez rosyjskie państwo Agencji Badań Internetu w Petersburgu.

Profesor Anthony Glees z Uniwersytetu w Birmingham ocenił, że jest "ewidentne, iż celem ich działań było zmylenie, a także zmobilizowanie i zradykalizowanie opinii publicznej w nadziei na wywołanie reakcji łańcuchowej, a nawet agresji na ulicach", w tym np. zamieszek przeciwko brytyjskiej mniejszości muzułmańskiej.

forsal.pl

Łącznie pomiędzy 2000 a 2015 r. liczba godzin przepracowanych rocznie przez młodych mężczyzn spadła aż o 12 proc. Naturalnym wytłumaczeniem jest spadek popytu na pracę, a w szczególności na takie jej rodzaje, które najczęściej świadczą młodzi mężczyźni. I rzeczywiście: w przemyśle oraz w zawodach z większym udziałem czynności rutynowych, a także w budownictwie w wielu stanach zatrudnienie się zmniejszyło. Tyle że spadek popytu wyjaśnia zaledwie niewielki procent zaobserwowanego spadku zatrudnienia młodych mężczyzn.

Problemem zajęli się Mark Aguiar (Princeton), Mark Bils (University of Rochester), Kerwin Kofi Charles oraz Erik Hurst (obaj z Chicago University), a odpowiedzi szukali we wzorcach aktywności. W badaniach nazywanych „budżetami czasu”, które dostępne są w USA niemal co roku, reprezentatywna populacja deklaruje rodzaje czynności, którym poświęca czas, np. dojazdy do pracy, sprzątanie, gotowanie i zakupy, opieka nad dziećmi, praca czy uczenie się – a także wypoczynek, czyli przyjemne sposoby spędzania wolnego czasu (kino, czytanie dla przyjemności itp.; czas snu i higieny osobistej zliczany jest osobno). Dzięki takim danym można prześledzić dokładnie wzorce spędzania czasu i zmiany w nich.

Okazało się, że młodzi mężczyźni w USA zwiększyli ilość czasu poświęcanego na przyjemności średnio o ok. 2,3 godz. w tygodniu, podczas gdy czas pracy zawodowej spadł o średnio 2,5 godz. Spowolnienie gospodarcze i kryzys przejawiły się m.in. tym, że wzrosła ilość czasu spędzanego na edukacji i poszukiwaniu pracy, średnio o 1,1 godz., lecz głównie kosztem opieki nad dziećmi oraz prac domowych. W przypadku młodych mężczyzn przyjemność zastąpiła pracę, a poszukiwanie pracy i edukacja – prace domowe. Wzorce spędzania czasu starszych mężczyzn (w wieku 31–55 lat) oraz kobiet w tym samym wieku nie uległy podobnym zmianom.

Cóż takiego robią w czasie wolnym ci młodzi mężczyźni? W kategorii „wypoczynek” mieści się oglądanie telewizji i filmów, socjalizowanie, fitness, jedzenie, a także... rekreacyjny komputer oraz gry. Okazuje się, że to wzrost czasu spędzonego na rekreacyjnym komputerze i grach wyniósł aż 1,9 godz. tygodniowo. To 82 proc. całego wzrostu czasu wolnego. W przypadku młodych kobiet i starszych mężczyzn przyrost czasu spędzonego na grach komputerowych i wideo był niewielki.

forsal.pl

Dzisiaj niezadowolenie z globalizacji zasila falę populizmu w Stanach Zjednoczonych i innych zaawansowanych gospodarkach, rządzonych przez polityków, którzy mówią swoim wyborcom, że system jest niesprawiedliwy wobec ich krajów. W USA prezydent Donald Trump twierdzi, że amerykańscy negocjatorzy porozumień handlowych zostali wystrychnięci na dudka przez negocjatorów z Meksyku i Chin.

Jak coś, co miało nam wszystkim się przysłużyć, zarówno w krajach rozwiniętych, jak i rozwijających się, mogło niemal wszystkim tak bardzo obrzydnąć? W jaki sposób porozumienia handlowe mogą być nieuczciwe wobec wszystkich jego stron?

Dla ludzi z krajów rozwijających się tezy Trumpa – podobnie jak on sam – są po prostu śmieszne. Stany Zjednoczone same napisały przecież zasady i stworzyły instytucje globalizacji. W niektórych z tych instytucji, na przykład w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, Ameryka nadal ma prawo weta, pomimo że jej rola w globalnej gospodarce się zmniejszyła (rola, którą jak się wydaje, Trump poprzysiągł pomniejszyć jeszcze bardziej).

Dla ludzi takich jak ja, którzy pilnie obserwują negocjacje handlowe od ponad ćwierć wieku, jest jasne, że negocjatorzy z ramienia USA dostali większość tego, czego chcieli. Problem polegał na tym czego chcieli. Ich cele zostały ustalone, za zamkniętymi drzwiami. Przez korporacje. To były cele napisane przez i dla wielkich międzynarodowych firm, kosztem pracowników i zwykłych obywateli na całym świecie.

Rzeczywiście, niektórym się wydaje, że pracownicy, których zarobki spadały, a miejsca pracy znikały, to po prostu „ofiary transformacji”, niewinne, acz nieuniknione ofiary bezlitosnego marszu postępu gospodarczego. Ale istnieje także inna interpretacja: jednym z celów globalizacji było celowane osłabienie siły przetargowej pracowników. Korporacje chciały tańszej siły roboczej – nieważne jakimi środkami zdobytej.

(...)

Istnieją trzy odpowiedzi na globalne niezadowolenie z globalizacji. Pierwszą nazwijmy strategią Las Vegas. Polega on na podwojeniu stawki i postawieniu na globalizację w formie, którą miała ona w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. To niebezpieczny hazard. Jest to stawianie na skompromitowaną politykę z przeszłości, której klęski potwierdzono licznymi dowodami (jak ekonomia „skapywania” – trickle-down economics) i opiera się na nadziei, że jakimś sposobem w przyszłości któraś z nich zadziała.

Druga odpowiedź to Trumpism: odcinamy się od globalizacji z nadzieją, że to jakoś przywróci świat, którego już nie ma. Ale protekcjonizm nie zadziała. Na całym świecie zmniejsza się liczba miejsc pracy przy produkcji, po prostu dlatego, że wzrost produktywności przewyższył wzrost popytu.

(...)

Istnieje też trzecie podejście: ochrona społeczna bez protekcjonizmu. To rodzaj podejścia zastosowany przez kraje skandynawskie. Wiedziały one, że jako małe kraje muszą pozostać otwarte. Wiedziały jednak również, że takie otwarcie wystawi na szwank interes ich pracowników. Dlatego kraje te musiały mieć umowę społeczną, która pomogła pracownikom przekwalifikować się ze starych rodzajów pracy na nowe, w okresie przejściowym udzielając im pewnego wsparcia.

krytykapolityczna.pl

piątek, 26 stycznia 2018


KB: A czy nauka przyszłości pójdzie w kierunku odpowiedzi na odwieczne pragnienie nieśmiertelności?

MF: Niektórzy uważają, że można zapewnić nieśmiertelność poprzez przepisywanie całej naszej wiedzy na maszynę. Nie do końca tak jest, bo receptory, które odbierają wrażenia zmysłowe, również są elementem całego układu przetwarzania informacji. Zatem technologiczna puszka, w której zamkniemy nasze wspomnienia, nie będzie tożsama ze świadomością charakterystyczną dla żywego człowieka. Kiedy ja myślę o śmierci – a każdy starszy człowiek o niej myśli – najstraszniejszy wydaje się fakt, że nie będzie już mojego świata. Dla mnie świat się skończy. Choć będzie trwał, to przestanie istnieć. Utrata świadomości w śmierci wydaje mi się najstraszniejsza, ale nie sądzę, żebyśmy byli w stanie czymś zastąpić naszą świadomość. Uważam, że istnienie człowieka to czas od narodzin do śmierci, czas ograniczony, a w stosunku do trwania Wszechświata to nie jest nawet mrugnięcie okiem. I pojawia się pytanie, czy to już jest wszystko, co mogliśmy dla tego świata zrobić. Tu wkraczamy w pole naszych świadomych działań. Jesteśmy w stanie mocno ingerować w życie osobiste i ogromnie w świat, który nas otacza i z którym jesteśmy ściśle związani.

KB: I być może, mając świadomość ograniczonego czasu na ziemi, człowiek tak dalece w ten świat ingeruje.

MF: To prawda. Dzisiejszy świat nijak się ma do świata w czasach, kiedy formował się nasz genom i rodziła nasza świadomość. Nasz genom formował się 3 mln lat temu, a współczesny świat zaczęliśmy budować zaledwie 100 lat temu. Genom, czyli nasza biologia, za tym światem nie nadąża. Próbuje, ale nie jest w stanie zareagować na tak szybkie zmiany. Mnie szczególnie trapi problem edukacji. Nasz sposób edukowania ludzi jest XIX-wieczny, a mamy XXI w. (...) Uważam, że nie mamy dzisiaj pomysłu, jak przekazywać wiedzę naukową. Istnieje „doktor Google” i każdy, kto ma zasięg w smartfonie, doraźnie sięga po informacje. Fizyki wciąż uczy się na poziomie XIX w. Fizycy mówią, że nie można o mechanice kwantowej opowiadać w szkole. A dziś cała fizyka jest oparta na mechanice kwantowej! Powinniśmy być w stanie nauczyć więcej niż 100 lat temu, ale z jakiegoś powodu w dziedzinie edukacji i rozwoju społecznego doszliśmy do ściany. Znajdujemy się w zamkniętej, malutkiej, europejskiej bańce. Czasem nam się wydaje, że świat niewiele się zmienił, lecz zmienił się nadzwyczajnie. Biologia może tutaj tylko bezradnie rozłożyć ręce.

KB: A może odpowiedzią jest integracja nauk, interdyscyplinarność?

MF: Jestem kiepsko wykształcona w dziedzinie matematyki i fizyki. Kończyłam studia w 1958 r. i wtedy sobie nie wyobrażano, że biologowi taka wiedza może być potrzebna. Mam teraz młodszych kolegów, którzy są często po studiach informatycznych, potrafią programować – i to też są biolodzy. W ciągu 60 lat nauki przyrodnicze zrozumiały, że potrzebują nauk ścisłych. Dzięki temu nauka się nie kończy – zawsze będą do rozwiązania jakieś problemy, bardziej lub mniej podstawowe. A czy we wszystkich naukach dojdziemy do ściany, o której mówi Krzysztof Meisner? Uważam, że skoro fizyka do niej doszła, to podobny los czeka wszystkie nauki ścisłe. I co się wtedy stanie? Nie wiem. Może będzie się musiała cofnąć do wyjaśniania jakichś dodatkowych szczegółów albo będzie musiała opisywać w sposób bardziej zintegrowany to, co się dzieje wokół nas. Dziś integracja nauk wydaje się głównym celem w naukach przyrodniczych i ścisłych. W mojej dziedzinie nie ma już pojedynczych odkryć. Nie ma geniusza, który dokonałby odkrycia porównywalnego z mendlowskim (że to geny decydują o dziedziczeniu). Ważnych i ciekawych odkryć – przykładowo dotyczących fal grawitacyjnych – dokonują zespoły liczące nawet tysiące ludzi. Oczywiście pojedyncze nazwiska firmują projekty i odbierają Nagrodę Nobla. Zresztą nienadążającą za współczesnością, bo nie wiadomo, według jakiej metody wybrać tego najważniejszego spośród tysięcy ludzi, którzy uczestniczą w odkryciu, zarówno od strony technologiczno-inżynieryjnej, jak również od strony koncepcji teoretycznej czy interpretacji wyników. Moim zdaniem nauka zmierza w kierunku wielkiej integracji różnych specjalizacji, a biologia – na przykład ku poszukiwaniu genów związanych z chorobami psychicznymi. To są prace, w których biorą udział setki osób i dziesiątki pracowni. Powstaje coś w rodzaju zbiorowego umysłu. Nie mogę powiedzieć, że zbliżamy się do końca badań naukowych. Będą one trwały, dopóki jest człowiek, dopóki ma mózg i chce współpracować, z innymi ludźmi i z inteligentnymi maszynami. A jakie będzie sobie stawiał pytania? Nie umiem powiedzieć. Natomiast dziś wiadomo, że największym wyzwaniem jest kwestia mózgu: jak on działa, na czym polega i dlaczego galaretowata substancja, której kilogram w sobie nosimy, jest tak niezwykła strukturalnie i funkcjonalnie.

KB: Ale wydaje się, że złożoność systemu nauki nie przybliża, a czasem wręcz oddala od odpowiedzi na pytania podstawowe.

MF: Niewykluczone, że pomogą nam maszyny, które pozwolą na szybszą analizę, integrację, dezintegrację, syntezę i spojrzenie z szerszej perspektywy. Trudno dziś stwierdzić, ile naszych naukowych zadań przejmą. Pozostaje pytanie, czy wtedy w ogóle będzie potrzebny ludzki mózg. A przecież jego używanie, np. w pracy badawczej, to wielka przyjemność.

magazynterazpolska.pl

Z uwagi na fakt, iż, jak pisał amerykański uczony Tuan Yi-Fu: „Przestrzeń jest bogactwem naturalnym, które zapewnia zamożność i siłę (...). Na całym świecie jest symbolem siły i prestiżu. Możny człowiek zajmuje więcej przestrzeni niż mniej możne istoty (...). Przestrzeń, która jest dla wszystkich zwierząt potrzebą biologiczną, dla człowieka jest również potrzebą psychologiczną, społecznym produktem ubocznym, a nawet atrybutem duchowym”, konflikty o charakterze przestrzennym są stałym elementem społecznej aktywności człowieka. Siła implikuje zdolność do sprawowania kontroli lub wywierania wpływu na innych, a kontrola nad przestrzenią jest rezultatem siły. Relacje i związki pomiędzy siłą a przestrzenią można obserwować we wszystkich geograficznych skalach. W domach rodzice kontrolują przestrzeń swoich dzieci, w przypadku małych dzieci tworząc bariery fizyczne, uniemożliwiające im dostęp do niektórych niebezpiecznych urządzeń. W przypadku starszych dzieci kontroluje się ich przestrzeń poprzez wywieranie presji psychicznej, ograniczanie obszaru, po którym mogą się one poruszać i bawić. Narzucane ograniczenia w wykorzystywaniu przestrzeni są więc doświadczeniem każdego człowieka od najmłodszych lat i występują w ciągu całego ludzkiego życia. Są więc dostrzegalne w skali jednostkowej.

W skali ponadjednostkowej - społecznej, także istnieją wyraźne związki pomiędzy władzą (siłą) a organizowaniem przestrzeni. Kontrola nad terytorium jest jedną z głównych prerogatyw władz lokalnych i rządów, które są odpowiedzialne za politykę przestrzenną, stanowiącą element kształtowania przestrzeni i kontroli nad człowiekiem jako członkiem społeczeństwa. W niektórych społeczeństwach rządowa kontrola nad przestrzenią jest środkiem restrykcyjnym, służącym do wykluczenia pewnych grup społecznych, a wyróżnienia innych. Do lat dziewięćdziesiątych w Republice Południowej Afryki polityka apartheidu ograniczała możliwość swobodnego przemieszczania się i osiedlania ludności czarnej, która nie stanowiła pełnoprawnego członka wspólnoty politycznej.

I wreszcie w stosunkach międzypaństwowych można dostrzec, iż kontrola nad przestrzenią jest jednym z często wykorzystywanych środków wobec przeciwników. Kraje, które zostaną pokonane w wojnie, muszą zrzec się swojej władzy nad określonym terytorium, a w niektórych przypadkach nawet przekazać całą władzę nad swoim terytorium w ręce przeciwnika.

Jakub Potulski - Wprowadzenie do geopolityki

czwartek, 25 stycznia 2018


Duże rozwarstwienie ekonomiczne w brytyjskim społeczeństwie nie jest zjawiskiem ani nowym, ani dziwnym. Kraj, zachowujący od setek lat strukturę klasową, zbudowany na mocnym rozdźwięku między arystokracją a klasą pracującą, pozostaje jednym z tych miejsc na świecie, gdzie przywileje i dysproporcje majątkowe są niezwykle wyraźne. Ekskluzywne i drogie szkolnictwo prywatne, dziedziczenie wpływów politycznych i ekonomicznych, posiadanie kilku mieszkań oraz posiadłości za miastem to wciąż codzienność dziesiątek tysięcy Brytyjczyków urodzonych w bogatszych rodzinach.

Na drugim biegunie społecznym sytuacja wygląda inaczej. Niemal dekada rządów Partii Konserwatywnej, połączona z wieloletnią nieudolnością laburzystów, którzy w pewnym momencie przestali bronić interesów najuboższych, doprowadziła do tego, że odsetek populacji w ubóstwie stał się w Wielkiej Brytanii jednym z najwyższych w Europie.

Według najnowszych statystyk, zaprezentowanych niedawno przez Fundację im. Josepha Rowntree, wiodący brytyjski think tank zajmujący się polityką społeczną i sprawami socjalnymi, ponad milion Brytyjczyków, w tym przeszło 312 tys. dzieci, żyje dzisiaj w nędzy. Najbardziej narażone na problemy materialne są rodziny imigrantów, wobec których wsparcie publiczne zredukowano w ostatnich kilku latach najbardziej. Niewiele lepiej wygląda sytuacja osób starszych, powyżej 65. roku życia, oraz, co może dziwić, nastolatków w wieku 15-19 lat. Na przykładzie tej ostatniej grupy łatwo zobrazować konsekwencje dekady oszczędności w sektorze publicznym i redukowania roli państwa w społeczeństwie, co było przez lata obsesją ekonomicznego ideologa torysów George’a Osborne’a. Coraz mniejsze nakłady na edukację publiczną, wstrzymanie programów i szkoleń mających stymulować zatrudnienie wśród młodych, którzy nie decydują się iść na studia, oraz izolacja ekonomiczna wielu części kraju (głównie przemysłowej północy) od londyńskiej metropolii zahamowały i tak małą mobilność społeczną. W dodatku galopujące jak nigdzie indziej na kontynencie ceny wynajmu mieszkań spowodowały eksmisje wielu rodzin.

Jedną z najwymowniejszych ilustracji tego zjawiska był krótki film dokumentalny wyemitowany rok temu przez Channel 4, w którym 19-letnia Alice opowiadała o życiu jej rodziny po eksmisji. Matka, samotnie wychowująca Alice i młodszą córkę, straciła pracę w sektorze publicznym w Bath w wyniku cięć wprowadzonych przez tamtejsze władze lokalne, wywodzące się z Partii Konserwatywnej. Szybko utraciła też płynność finansową i musiała opuścić mieszkanie, wynajmowane od ponad dwóch dekad od tego samego właściciela. Alice, która w tym samym czasie dostała się na lokalny uniwersytet, znalazła się z rodziną na ulicy dosłownie w przeddzień inauguracji roku akademickiego. Dokument pokazuje, jak młoda studentka geografii wraca codziennie do ciasnego pokoju w jednym z hosteli, do którego rodzina przeniosła się po przymusowej eksmisji. Dziewczyna łamiącym się głosem opowiada o dziesiątkach wymówek przed koleżankami, które chcą odwiedzić ją w domu. Duma nie pozwala jej się przyznać do trudnej sytuacji finansowej. Jednak znajomi mogli się domyślić natury problemów Alice, gdy zaczęła regularnie dojadać niedokończone przez nich posiłki w uniwersyteckiej stołówce.

tygodnikprzeglad.pl

Atmosfera anglofońskiej polityki jest gęsta od burżuazyjnego oburzenia. W Ameryce tak zwany liberalny establishment jest przekonany, że padł ofiarą politycznego rabunku w wykonaniu żałosnych „deplorables” („godnych pożałowania”, jak Hillary Clinton nazywała wyborców Trumpa). To ich rzekomo Władimir Putin obrócił w oręż polityczny przy wsparciu jakichś mrocznych machlojek Facebooka.

W Wielkiej Brytanii rozsierdzona burżuazja też robi wielkie oczy, że poparcie dla opuszczenia Unii Europejskiej w zamian za XIX-wieczną brytyjską splendid isolation („chwalebną izolację”) wcale nie spada, mimo że proces brexitowania zszedł na psy.

Może się zakręcić w głowie od tego, jak szeroki jest zakres analizy sytuacji. Fala wojującej zaściankowości po obu stronach Atlantyku jest tłumaczona pod każdym wyobrażalnym kątem: psychoanalitycznie, kulturowo, antropologicznie, estetycznie i oczywiście za pomocą polityki tożsamości. Jedyne ujęcie, o którym w zasadzie się szeroko nie dyskutuje, a kryje klucz do zrozumienia obecnej sytuacji, to perspektywa wojny klasowej, którą wypowiedziano przeciwko biednym pod koniec lat 70. i która trwa nieustająco do dziś.

Całą historię można wyczytać z dwóch danych z 2016 roku (rok Trumpa i Brexitu), które nawet najbystrzejsi establishmentowi analitycy sumiennie ignorują. Według Banku Rezerw Federalnych ponad połowa rodzin w Stanach Zjednoczonych nie spełniała warunków pozwalających wziąć kredyt na najtańsze nowe auto na rynku (Nissan Vera sedan, cena: 12.825 dol.). W tym samym czasie w Wielkiej Brytanii ponad 40 proc. rodzin musiało wziąć kredyt albo skorzystać z banku żywności, żeby mieć co jeść lub zaspokoić podstawowe potrzeby.

(...)

Nie chcąc wydusić słowa o tym, że w ogóle trwa nasilająca się wojna klasowa, elity brną bez końca w teorie spiskowe o rosyjskim mataczeniu, o nagłym wybuchu spontanicznej mizoginii, o fali imigrantów, buncie maszyn i tak dalej. Chociaż te wszystkie obawy są wyraźnie skorelowane z nastrojami bojowej zaściankowości, które napędzają Trumpa i Brexit, ale schodzą na plan dalszy wobec głębokiej przyczyny: wojny klasowej przeciwko biednym, której wycinek widać w danych na temat przystępności samochodów w USA i uzależnieniem dużej części Brytyjczyków od kredytów.

Oczywiście Trumpa i Brexit popierali też niektórzy stosunkowo zamożni wyborcy. Ale to poparcie wynikało w dużej mierze z lęku związanego z tym, że obserwowali jak niższe klasy społeczne pogrążają się w otchłani rozpaczy i uświadamiali sobie, że przyszłość ich własnych dzieci rysuje się w coraz ciemniejszych barwach.

Dwadzieścia lat temu ci sami liberalni komentatorzy pielęgnowali utopijną wizję, w której zglobalizowanie kapitalizmu finansowego miało przynieść większości ludzi dobrobyt. Gdy kapitał w skali światowej zaczął osiągać coraz wyższe stopnie koncentracji i z coraz większą wrogością obchodził się z tymi, którzy majątku nie posiadali, komentatorzy ci oświadczyli, że wojna klasowa się skończyła.

krytykapolityczna.pl

środa, 24 stycznia 2018


Zespół pod kierownictwem dr hab. Macieja Gduli przeprowadził wiosną i latem tego roku badania klasy ludowej i średniej mieszkającej w niewielkim mieście województwa mazowieckiego. Przytłaczające zwycięstwo wyborcze odniosło tam Prawo i Sprawiedliwość.

(...)

Wnioski płynące z raportu mogą zaskoczyć zwolenników „populizmu” jako kategorii wyjaśniającej sukcesy polityczne PiS. Kategorią tą posługiwało się także środowisko Krytyki Politycznej – w tym główny autor raportu – w czasach pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości z lat 2005-2007. Zwycięstwo prawicy tłumaczono wówczas, w duchu teorii Chantal Mouffe i Ernesto Laclaua, wyparciem kwestii społecznej – tematów takich, jak nierówności, wyzysk, ale przede wszystkim istnienie „ofiar neoliberalnej transformacji” – ze zdominowanej przez transformacyjny, rynkowo-europejski konsensus sfery publicznej, w której stempel prawomocności przyznawały tzw. środowiska opiniotwórcze kojarzone z redakcją „Gazety Wyborczej” czy środowiskiem Unii Wolności.

Dekada po wstąpieniu Polski do UE, inaczej niż lata tuż przed pierwszym zwycięstwem PiS, była jednakowoż okresem wzrostu gospodarczego. Wzrost ten jest dostrzegalny nie tylko na podstawie wskaźników makro (rosnące płace realne, spadek bezrobocia, a nawet spadające nierówności dochodowe), ale także – co bardzo istotne – na podstawie osobistych doświadczeń życiowych bardzo istotnej grupy zwolenników obecnego obozu władzy. Autorzy raportu tłumaczą poparcie tej grupy dla PiS między innymi generalnym wzrostem aspiracji połączonym z uznaniem aktywnego państwa za aktora niezbędnego do ich realizacji. Praktycznym tego przejawem była np. zrealizowana po wyborach obietnica hojniejszej polityki rodzinnej.

Przeprowadzenie badania właśnie w Miastku (fikcyjna nazwa realnie istniejącej miejscowości) było podyktowane nie tylko wynikiem wyborczym, pozwalającym zgromadzić odpowiednią próbę zwolenników obozu władzy, ale także kondycją gospodarczo-społeczną tego miejsca. Wyraźnie zyskało ono estetycznie i materialnie na integracji z Unią Europejską, a warunki pracy i płacy, choć poniżej średniej ogólnopolskiej, nie pozwalają określić go mianem „przegranej” czy „zaniedbanej” prowincji – stereotypowo wiązanej z poparciem dla PiS i to w narracjach niemal wszystkich stron politycznego sporu.

(...)

Po pierwsze, różnice między klasą ludową i średnią widać w ich stosunku do elit i rządów Platformy Obywatelskiej, ocenianych w grupie wyborców PiS bardzo krytycznie, acz z nie do końca tych samych powodów. O ile w klasie ludowej dominowało postrzeganie elit III RP, zwłaszcza rządowych, jako oderwanych od zwykłego człowieka i nie dotrzymujących obietnic, o tyle dla klasy średniej najważniejsze zarzuty ogniskowały się wokół praktyk korupcyjnych i niemoralnego podejścia do życia publicznego.

(...)

Po czwarte, badacze zauważyli przeważający sceptycyzm (!) wobec zaostrzenia prawa aborcyjnego, jakkolwiek i tu uzasadnienia różnią się nieco rozłożeniem akcentów. Klasa ludowa wskazuje przede wszystkim na trudy i cierpienia związane z rodzeniem i wychowaniem chorych dzieci przez kobiety; klasa średnia skupia się bardziej na kwestii wolności osobistych i prawie wyboru. Ten nieoczywisty rozkład opinii wśród wyborców postrzeganych jako bardzo konserwatywni autorzy raportu wiążą z faktem, że polityczny lider (Jarosław Kaczyński), z którym większość respondentów się politycznie identyfikuje, nie zdecydował się dotychczas na zaostrzenie prawa. Poza tym dochodzi czynnik pokoleniowy: na poziomie światopoglądowym zwłaszcza starsze kobiety wydają się być wyraźnie bardziej skłonne nawet do liberalizacji obowiązującego prawa.

(...)

„Obraz PiS-u jako partii opierającej się na ludowym elektoracie jest nieprawdziwy. Partia Kaczyńskiego rzeczywiście miała największe poparcie wśród rolników i robotników, odpowiednio 53,3% i 46,8%. Warto jednak pamiętać, że w tych grupach frekwencja wyborcza jest zazwyczaj niższa niż w pozostałych i pomimo swej znacznej liczebności są one w wyborach niedoreprezentowane. PiS nigdy nie osiągnąłby tak wysokiego wyniku, gdyby zabrakło mu poparcia klasy średniej, czyli pracowników administracji i usług. Tutaj jego zwycięstwo nie było przytłaczające, ale zdołał zebrać najwięcej głosów – 35,4%. Platforma Obywatelska wygrała tylko w jednej z wyróżnionych w sondażu grup zawodowych – wśród dyrektorów i kierowników. Jednak nawet w tej grupie PiS deptał jej po piętach i zdobył tylko 1,7% głosów mniej. PiS wygrał też wśród właścicieli firm z wynikiem 29,1% i osób z wyższym wykształceniem – 30,4%”.

(...)

Co może jeszcze bardziej znaczące „[o]soby z klasy ludowej, albo znajdujące się gdzieś na granicy klasy ludowej i średniej, przedstawiające swoje życie w większym stopniu w kategoriach biografii, to znaczy procesu, w którym realizowali założony plan i zachowywali kontrolę nad własnym życiem, raczej głosowały na partie antysystemowe, to znaczy na stowarzyszenie Kukiz’15 lub KORWiNa. Dotyczyło to zwłaszcza młodych mężczyzn oddalających się od klasy swojego pochodzenia”.

Poczucie kontroli nad własnym życiem i deklarowane zadowolenie z niego nie kłóci się bynajmniej z radykalnie krytycznym stosunkiem do III RP, jej elit, liberalnej opozycji (zwłaszcza KOD), ani z tym wszystkim, co stereotypowo wiążemy z postawami prawicowymi. Nie ma zatem prostego przełożenia między sytuacją życiową a światopoglądem. Autorzy wskazują, że „[p]rzegląd historii życia wyborców i sympatyków prawicy, których w badaniu była ponad połowa, nie pozwala obronić tezy o podobnej strukturze doświadczenia, która zbliża ich do siebie. Osoby głosujące na PiS posługują się odmiennymi sposobami opowiadania o swoim życiu”.

To rozpoznanie prowadzi autorów raportu do bardziej ogólnego wniosku na temat charakteru projektu politycznego PiS i źródeł mobilizacji poparcia dla prawicy: „Ten rozdźwięk między osobistym doświadczeniem a postawą polityczną, będący elementem dzisiejszej dynamiki politycznej, pokazuje, że oddalamy się od populizmu w stronę innego typu relacji łączących wyborców i polityków. W populizmie mechanizm zdobywania poparcia polegał na znajdowaniu środków wyrazu dla doświadczeń, dla których nie było miejsca w sferze publicznej. Dziś mamy do czynienia z nową sytuacją. Prywatne doświadczenia są marginalizowane przez identyfikację polityczną. Wzmacniany jest sposób przeżywania świata, który selekcjonuje doświadczenia, tak aby pasowały do uczestnictwa w dramacie społecznym”.

Projekt polityczny obozu władzy, tak jak definiują go autorzy omawianego badania, to neoautorytaryzm. „Neo”, gdyż odwołuje się do demokratycznego imaginarium (to głos ludu-suwerena daje mandat do rządzenia nieograniczonego konstytucją i prawem, nad którymi dominuje „sprawiedliwość” jako emanacja woli narodu) i przeprowadza się w nim konkurencyjne wybory. Jednocześnie – i stąd jednak „autorytaryzm” – esencją tego projektu jest dominacja nad słabszymi, mniejszościami i obcymi oraz zawężenie solidarności do granic własnej wspólnoty narodowej, które nie są przykrym efektem ubocznym rządów, lecz składową ich legitymizacji.

(...)

Rozliczenie skorumpowanych, niemoralnych i wyalienowanych elit – to wątek może najmocniej odpowiadający niektórym stereotypom o wyborcach PiS jako pragnących odegrać się za swoje osobiste (prawdziwe lub wyimaginowane) – krzywdy. U innych z kolei wiąże się ono z dążeniem do przywrócenia moralnego ładu i uzyskania poczucia moralnej wyższości wobec “możnych”, nielojalnych wobec wspólnoty czy po prostu niegodnych swego statusu. Drugi element to – na swój sposób inkluzywna – wizja wspólnoty narodowej, która zwłaszcza osobom z klasy ludowej pozwala uzyskać poczucie przynależności do grupy „normalnych ludzi”. Wewnątrz tej grupy obowiązują reguły solidarności (np. na rzecz rodziców ponoszących ciężar wychowania dzieci), przy czym jest ona wyraźnie odgrodzona od „elit, «patologii» i obcych”, którym solidarność zwyczajnie się nie należy. Wreszcie, trzeci element – być może najbardziej zauważalny wśród klas średnich – to wymiar dumy i mocy realizowanych wobec grup słabszych czy uznawanych za niższe moralnie – od uchodźców przez „patologię społeczną” i kobiety aż po „odsunięte od koryta” elity ancien regime’u III RP.

krytykapolityczna.pl

wtorek, 23 stycznia 2018


Powyższe zjawiska składają się razem na obraz zdecydowanie płytkiej i wyspowej modernizacji, jaka dokonała się w Polsce. Dopełniają go takie fakty jak wysoki wskaźnik zatrudnienia w rolnictwie i niewielka w porównaniu z krajami zachodnimi urbanizacja (co jest cechą całego regionu Europy Środkowej i Wschodniej) oraz niski odsetek obywateli z wyższym wykształceniem (obecnie w dramatycznym tempie zwiększany poprzez masowy rozwój szkolnictwa wyższego). Nie jest trudno podać historyczne uzasadnienie tego faktu, biorąc pod uwagę, że przez cały XIX i XX w., kiedy kraje rozwinięte budowały społeczeństwa przemysłowe i postprzemysłowe, Polska istniała przez raptem trzydzieści lat. Przy czym nawet nie sama płytkość modernizacji stanowi największe utrudnienie w tworzeniu inkluzywnego ładu politycznego i społecznego, ale jej wyspowość. Polska jest społeczeństwem rozdartym kulturowo i cywilizacyjnie. Różnice między niewielkimi grupami miejskich elit uczestniczących w kosmopolitycznej kulturze wysokiej a resztą społeczeństwa bardziej przypominają sytuację krajów południowoamerykańskich niż zachodnich, co potwierdza, niestety, tezę o (pół)peryferyjnym statusie Polski w systemie światowym. Dobrze koresponduje z tym ideologia intelektualnych elit, które widzą siebie jako grupę zasadniczo lepszą i odrębną od reszty społeczeństwa, przez co przyznają sobie prawo do paternalistycznej kontroli nad jej losami. Postawa ta przebijała wyraźnie w stosunku polskich polityków intelektualistów do procesu transformacji ustrojowej lat 90., w którym to poszkodowane masy były przez elitę traktowano jako konieczne ofiary przekształceń systemowych.

W literaturze przedmiotu popularna jest teza, że w latach 90. Polska zaczęła przechodzić przyspieszoną modernizację. Twierdzenie to, choć wydaje się oczywiste, moim zdaniem, nie jest jednak wcale takie pewne. Naturalnie, można spierać się, co to jest nowoczesność. Jeśli jednak przyjmiemy, że modernizacja polega na realizacji formułowanego między oświeceniem a pozytywizmem projektu budowy otwartego, egalitarnego i racjonalnego społeczeństwa dającego możliwość emancypacji zarówno indywidualnej (prawa obywatelskie), jak i zbiorowej (edukacja oraz poprawa materialnego statusu mas), w Polsce pod wieloma względami mamy do czynienia z regresem w porównaniu do czasów PRL. Dotyczy on takich kwestii jak laickość państwa i sfery publicznej, egalitaryzm społeczny, status kobiet (na przykład prawo do aborcji) czy ekonomiczna dostępność dóbr kultury (książek, kina, teatrów itp.). Zdecydowanie trafniejsza wydaje mi się teza, iż w Polsce następuje  p o s t m o d e r n i z a c j a, z typową dla niej skłonnością do afirmowania kulturowego status quo, kastrowania dyskursów emancypacyjnych (w imię polityki różnicy lub demontażu metanarracji) oraz propagowaniem ideologii konserwatywnych lub komunitarystycznych, czemu towarzyszy brak realnego zainteresowania ekonomią, w tym szczególnie kwestią sprawiedliwości redystrybucyjnej. Zgodnie z dominującą poetyką postmodernizmu polska tradycja, do której odwołują się prawicowi przeciwnicy liberalizmu politycznego i społecznego, jest pastiszową, hiperrealną symulacją. To zjawisko wybiórczego i twórczego wyciągania z lamusa historii elementów narodowej tożsamości w celu wykorzystania ich w doraźnej walce politycznej Jadwiga Staniszkis nazywa neotradycjonalizacją i wyraźnie odróżnia od modernizacji.

Nie jest przypadkiem, że jedyna przeprowadzona przez Polaka systematyczna i całościowa krytyka liberalnego konsensusu, jaka w ciągu prawie dwóch dekad istnienia III RP przebiła się do głównego nurtu refleksji akademickiej i dyskursu medialnego w Polsce – a mianowicie książka Demokracja peryferii Zdzisława Krasnodębskiego – została wyartykułowana z takiej dokładnie ponowoczesno-konserwatywnej pozycji. Stawia się w niej tezę, że model demokracji liberalnej przeszczepiony z zachodu ciemięży tradycyjną, polską tożsamość i nie pozwala zaistnieć w sferze publicznej unikatowym cechom polskiej kultury. Prawdziwa nowoczesność, zdaje się mówić autor, zgodnie z ponowoczesnym idiomem parodiując dialektykę, polega właśnie na tym, aby nie być nowoczesnym, ale „pozostać sobą”, nawet jeśli oznacza to bycie nienowoczesnym. Entuzjastyczne i ostentacyjne poparcie Krasnodębskiego dla Prawa i Sprawiedliwości w czasie wyborów parlamentarnych 2005 r. dobrze lokuje postomodernistyczno-komunitarystyczne idee na politycznej mapie. Troska o los pokrzywdzonych i bezrobotnych jest tu potraktowana czysto instrumentalnie, a nawet cynicznie, ponieważ orientacja ekonomiczna postomodernistycznej prawicy pozostaje neoliberalna. Świadczy o tym na przykład mianowanie przez PiS Zyty Gilowskiej na ministra finansów i zupełne zignorowanie protestów społecznych na tle ekonomicznym, jak było na przykład w czasie protestu pielęgniarek w czerwcu i lipcu 2007 r. Ważniejszym celem jest dla prawicowych populistów prowadzenie na wzór amerykańskiego neokonserwatyzmu „kulturowych wojen”, wzniecanych w imię idei prawości i sprawiedliwości, skierowanych jednak przeciw urojonym wrogom, jak geje i lesbijki, oraz fantomowym problemom w stylu deubekizacji.

Krasnodębski przekonuje, że recepcja idei liberalnych w Polsce była zawsze zafałszowana, a model realizowanej po przełomie 1989 r. demokracji liberalnej był obcy i wrogi tradycyjnej polskiej tożsamości kulturowej, która nie może się pod jego ciężarem swobodnie wyrazić. Nie bardzo wiadomo jednak, jakie  p o z y t y w n e  i konkurencyjne wobec liberalizmu, a typowo polskie wartości powinny dla dobra całego społeczeństwa pełniej się wyrazić. Polacy posiadają zapewne wiele pozytywnych cech, które odróżniają ich od innych narodów, zasadniczo są to jednak przymioty ze sfery prywatnej, jak gościnność, spontaniczność, umiejętność dobrej zabawy czy zdolność do improwizowania. Jeśli chodzi o człowieka publicznego, trudno wskazać, czym moglibyśmy konkurować z zachodnimi ideałami tolerancji i społecznej otwartości. Unikatowe cechy polskiej sfery publicznej to raczej pieniactwo, warcholstwo, negatywnie rozumiana anarchia, wywodząca się z tradycji demokracji szlacheckiej, zawiści i zamiłowanie do intryg, korupcja oraz ksenofobia. Czy te wartości powinniśmy afirmować w imię postmodernistycznej polityki różnicy i na nich budować naszą komunitarystyczną wspólnotę?

Jan Sowa - Ciesz się, późny wnuku!

poniedziałek, 22 stycznia 2018


"Kłamaliśmy rano, w nocy i wieczorem" - przyznał kiedyś na "taśmie prawdy" węgierski premier Ferenc Gyurcsany i wkrótce stracił stanowisko. W środę właściwie to samo przyznał brytyjski minister ds. Brexitu David Davis. Miesiącami Davis ogłaszał na prawo i lewo, że jego resort przygotowuje ponad 50 "potwornie szczegółowych" analiz opisujących skutków wyjścia z Unii Europejskiej. Teraz przyznał, że żadnych analiz nie ma. Mało tego: stwierdził, że takie analizy nie byłyby przydatne, bo "modele ekonomiczne zawsze się mylą". Ostatecznie parlamentowi przedstawił "analizy sektorowe", złożone z - jak to ujął jeden z publicystów - rzeczy, które można znaleźć w Google. (...)

Tak zapierająca w dech w piersiach niekompetencja i lekkomyślność - w obliczu być może najbardziej brzemiennego w skutkach wydarzenia w powojennej historii kraju - może szokować. Tym bardziej, że wszystko dzieje się w Wielkiej Brytanii, tej ostoi parlamentaryzmu i demokracji. Ale jeśli kogoś to zaskakuje, to chyba tylko dlatego, że przez ostatni rok nie zwracał na Wyspy uwagi. Na kłamstwach, lekkomyślności i filozofii "jakoś to będzie" została zbudowana cała kampania na rzecz Brexitu. Wbrew faktom i logice, Brexiterzy obiecywali 350 milionów funtów tygodniowo więcej na brytyjską służbę zdrowia, by wycofać się z tej obietnicy już w dzień po referendum. Lider kampanii Boris Johnson - dziś szef dyplomacji - zapewniał, że Wielka Brytania "zje ciastko i będzie mieć ciastko"; że zachowa wszystkie korzyści związane z członkostwem w unijnym rynku i uniknie wszystkich "wad", czyli np. otwartych granic dla obywateli UE. Kiedy eksperci wskazywali, że wszystko to jest niemożliwe i że konsekwencje Brexitu mogą być bolesne, odpowiedzią było, że "ludzie mają dość ekspertów".

opinie.wp.pl

sobota, 20 stycznia 2018


Kolejną kwestią jest rola państwa w czołowych firmach. Chciałbym, żeby nasza historia potoczyła się inaczej i różnica w akumulacji kapitału była mniejsza w porównaniu do najwyżej rozwiniętych państw. Od potopu szwedzkiego traciliśmy dystans pod tym względem do Europy Zachodniej. Dzisiaj jesteśmy w takiej sytuacji, że suma oszczędności i aktywów na głowę mieszkańca jest w Polsce cztery razy niższa niż w Grecji i 18 razy niższa niż Niemczech. Substytutem kapitału prywatnego może być kapitał publiczny. W Polsce wytworzył się konsensus do takiego właśnie podejścia. (...) Dwaj zachodni ekonomiści przebadali gospodarki Europy Środkowo-Wschodniej. Wyszło im, że kraje naszego regionu nie mają niezależności ekonomicznej – są zależnymi gospodarkami rynkowymi. Najbardziej z tych zależnych gospodarek niezależne są Polska i Słowenia. Nie sposób nie zauważyć, że w tych dwóch krajach skala prywatyzacji była najmniejsza. Poszliśmy trochę inną drogą niż pozostałe państwa w czasach transformacji. Mamy znaczną rolę kapitału państwowego w gospodarce, a mniej zagranicznego. Idzie nam chyba dobrze. Nie podejmuję się oceniać z tak krótkiej perspektywy czy to było słuszne podejście, to jest zadanie dla historyków.

(...)

Co pan sądzi o repolonizacji?

Po pierwsze, ma znaczenie narodowość kapitału, który kontroluje dane aktywa. Mówię to jako osoba, która pracowała w różnych krajach i uczestniczyła w projektach doradczych na trzech różnych kontynentach. Dość wcześnie wyrobiłem sobie pogląd w tym temacie. Dlatego repolonizację rozumiem. Chodzi też oto, żeby tak jak selektywna powinna być prywatyzacja, tak również wybiórcza powinna być repolonizacja. Rozumiem oddanie kontroli nad firmami, gdzie konieczny był transfer know how. Dzięki temu mogły one wykonać skok rozwojowy. Ale nie potrafiłem zrozumieć dlaczego na przykład oddaliśmy kontrolę nad wszystkimi cementowniami, chociaż było jasne, że będziemy budować infrastrukturę. Zasadne jest zastanawianie się nad repolonizacją tych firm, gdzie da nam to jakąś dodatkową wartość, niż wynika to z prostej sumy zdyskontowanych przyszłych zysków.

forsal.pl

piątek, 19 stycznia 2018


Dlaczego ta kwestia ma tak negatywne reperkusje dla relacji polsko-niemieckich?

Relacje między Berlinem a Warszawą były, a przynajmniej tak to wyglądało z niemieckiej perspektywy, bardzo dobre. (Donald) Tusk i (Radosław) Sikorski byli popularnymi postaciami w Berlinie, wystarczy wspomnieć kryzys na Ukrainie (w 2014 r.). Ministrowie spraw zagranicznych Niemiec i Polski wspólnie pojechali do Kijowa, wspólnie rozmawiali z ludźmi z Majdanu, a kierował tym wszystkim nie niemiecki, lecz polski szef dyplomacji. Polski minister negocjował kompromis w Kijowie, a niemiecki siedział obok niego jak notariusz. Warto o tym pamiętać.

Były też oczywiście sprawy sporne, jak Nord Stream, ale myśmy uważali, że relacje są tak dobre, jak nigdy przedtem. Po kryzysie migracyjnym to się skończyło i wszyscy mądrzy Niemcy bardzo tego żałują.

Czym kierowała się Merkel w tych kluczowych momentach, we wrześniu 2015 roku? Dlaczego nie przewidziała skutków swoich decyzji?

To był czas wielkiej paniki w niemieckim rządzie. Od czasów Helmuta Kohla w niemieckiej polityce zagranicznej istniała żelazna zasada: zanim cokolwiek zrobimy w Europie, najpierw zawsze rozmawiamy z mniejszymi partnerami, rozmawiamy ze wszystkimi, a kiedy ich wszystkich wysłuchamy, wtedy próbujemy znaleźć kompromis z Francją. Kompromis uwzględniający interesy wszystkich. Angela Merkel dawniej też tak postępowała.

We wrześniu 2015 roku niemiecki rząd wpadł w panikę, ponieważ granicę państwa przekraczało bardzo wiele osób, a rząd uważał, że nie jest w stanie powstrzymać tej fali i w dodatku obiecał Niemcom europejskie rozwiązanie problemu. Nie było jednak żadnego europejskiego rozwiązania. Dlatego sięgnięto po plan, który powstał wcześniej, nie w Berlinie, lecz w Brukseli - rozdział uchodźców był pierwotnie planem unijnym. Berlin zwalczał ten plan przez 10 lat, a w sytuacji kryzysowej uchwycił się go jak ostatniej deski ratunku. Przeforsował go 22 września 2015 roku siłą na posiedzeniu ministrów spraw wewnętrznych UE, łamiąc wszelkie zasady niemieckiej polityki zagranicznej.

Merkel straciła kontrolę i - jak to się często dzieje w polityce - próbując naprawić błąd, popełniała kolejne. W normalnych czasach nie doszłoby do przegłosowania w taki sposób planu (rozdziału uchodźców).

Gdy ludzie zobaczyli nadciągające tłumy Arabów i wiwatujących na ich cześć Niemców, nie wiedzieli, kogo mają się bardziej bać - Arabów czy Niemców. Powiedzieli wtedy: stop, zero (uchodźców), w żadnym wypadku. Otwarcie przez Merkel granicy pogrzebało tym samym plany rozdziału uchodźców.

Dlaczego władze Niemiec nie zamknęły granicy 13 września, chociaż wszystko było już przygotowane do takiej operacji?

Odpowiedź na to pytanie stanowi sedno mojej książki. Gdy mówi się o uchodźcach, jedni chwalą Merkel za heroiczną decyzję wpuszczenia uciekinierów, a drudzy oskarżają ją o perfidny, diabelski plan, zarzucają jej, że chce wymienić naród na inny, zislamizować go. Merkel przedstawiana jest albo jak święta, albo jak diabeł wcielony.

W rzeczywistości nie zapadła żadna decyzja, ani o otwarciu, ani o zamknięciu, ponieważ w chwili, gdy granica miała zostać zamknięta, szef MSW Thomas de Maiziere nie odważył się tego zrobić. Zadzwonił do Merkel, a ona nie powiedziała ani tak, ani nie. Pytała, czy zamknięcie jest z prawnego punktu widzenia w porządku i czy media nie będą krytykować. A on (de Maiziere) nie mógł tego zagwarantować. W decydującym momencie doszło do braku decyzji, do zaniechania. Merkel nie jest ani Matką Teresą, ani demonem.

forsal.pl

czwartek, 18 stycznia 2018


Alex de Vries, analityk zajmujący się kryptowalutami, który prowadzi serwis Digieconomist, wykorzystał chwilowe zainteresowanie energetycznym aspektem bitcoina do rozpropagowania Bitcoin Energy Consumption Index, który co dnia wylicza roczne zapotrzebowanie kryptowaluty na prąd. Według indeksu, 6 listopada było to ponad 25,5 TWh, czyli ok. 15 proc. zużycia energii elektrycznej w Polsce w 2016 r. lub tyle, ile w ciągu roku łącznie konsumuje niemal 2,4 mln amerykańskich gospodarstw domowych.

Zaskakiwać może jednak tempo, w jakim rośnie zużycie prądu przez bitcoin - według danych z 25 listopada 2017 r. zużycie od początku roku przekroczyło już 30 TWh i zbliża się do jednej piątej zużycia w Polsce. Bitcoin potrzebuje tyle samo prądu, co na przykład Maroko, ma niedaleko do Danii i Białoruś. Jego udział w globalnym zużyciu wynosi 0,13%.

Bitcoin konsumuje energię elektryczną nie tylko w trakcie jego wydobycia, ale również podczas każdej zmiany właściciela. Jest to związane ze zdecentralizowanym procesem autoryzacji każdej z ok. 300 tys. realizowanych co dnia transakcji. Ten energochłonny proces autoryzacji sprawia, że oszukańcze transakcje są kosztowne. To zaś zniechęca tych, którzy chcieliby dokonać nadużyć kryptowaluty. Kiedy jednak pada pytanie, czy bitoin można nazwać kryptowalutą "zrównoważoną", to odpowiedź brzmi - nie. Według uśrednionych szacunków, "kopalnie" zużywają obecnie ok. 15 TWh energii rocznie. Reszta zużycie przypada na komputery autoryzujące codzienny obrót.

Wychodzi na to, że jedna transakcja bitcoinami pochłania ponad 200 kWh energii, co wydaje się ilością wręcz niesamowitą. Mniej więcej tyle prądu zużywa w ciągu miesiąca statystyczna polska rodzina. To również przeszło 20 tys. razy tyle, co jedna płatność kartą VISA.

bankier.pl

"Na obecnym etapie rozwoju nauki nie ma najmniejszej wątpliwości, że właśnie te zwierzęta, (...) - czyli ssaki i ptaki - są świadome zdarzeń w otaczającym świecie i stanu własnego ciała. Ich podstawowe doznania są takie same jak u ludzi" – powiedział prof. Andrzej Elżanowski z Uniwersytetu Warszawskiego.

Przypomniał też, że w 2012 r. grupa czołowych neurobiologów, neurofarmakologów, neurofizjologów i neuroanatomów wydała oświadczenie w postaci Deklaracji z Cambridge o Świadomości (The Cambridge Declaration on Consciousness). Napisali w niej m.in., że "zachowania, neurofizjologia i neuroanatomia ptaków dostarcza uderzającego przykładu równoległej [do ssaków] ewolucji świadomości".

Jak podkreśla profesor, deklaracja z Cambridge potwierdza "fundamentalną wspólnotę stanów emocjonalnych ssaków i ptaków". "Fakt, że ludzkie i pozaludzkie doznania emocjonalne powstają w homologicznych, podkorowych sieciach mózgu, jest niezbitym dowodem na ewolucyjną wspólnotę pierwotnych stanów afektywnych" – napisali jej autorzy.

Silne oraz/lub długotrwałe doznania negatywne, takie jak ból, strach, poczucie cielesnego skrępowania, głód, pragnienie, u niektórych samotność - których nie da się uniknąć - są cierpieniem tak, jak u ludzi - powiedział prof. Elżanowski.

"Ale ssaki i ptaki zdolne są nie tylko do odczuwania cierpienia, ale również przyjemności czy satysfakcji - nie tylko z aktów spełniających, jak jedzenie, ale też własnej aktywności, kontaktów społecznych i zabawy" – tłumaczył.

Zwrócił uwagę, że pozbawienie zwierząt społecznych, takich jak słonie, owce czy psy, kontaktów z towarzyszami (w przypadku psa - z opiekunem) – jest znęcaniem się w kategoriach ujętych w ustawie o ochronie zwierząt. "To jest element ostrej deprywacji, która może doprowadzić do depresji" – mówi zoolog.

naukawpolsce.pap.pl

środa, 17 stycznia 2018


Kilka tygodni wcześniej brałem udział w obiedzie roboczym, na którym przemawiał były minister finansów jednego z państw strefy euro. Rozmawiano o rosnącej fali populizmu. Były minister odszedł z polityki i nie przebierał w słowach, mówiąc o błędach popełnionych przez elitę europejskich decydentów. „Oskarżamy populistów o składanie obietnic niemożliwych do spełnienia, a pod tym względem powinniśmy bić się sami w pierś” – powiedział nam.

Tego samego wieczoru na obiedzie omawiałem problem, który nazywam „trylematem”, czyli niemożliwość jednoczesnego posiadania narodowej suwerenności, demokracji i hiperglobalizacji. Trzeba wybrać dwa elementy z trzech. Były polityk mówił z pasją: „Populiści są przynajmniej szczerzy. Jasno mówią, jakiego wyboru dokonują: chcą państwa narodowego, a nie hiperglobalizacji czy wspólnego rynku europejskiego. Ale my powiedzieliśmy obywatelom, że można mieć wszystkie trzy rzeczy jednocześnie. Nie możemy obiecywać czegoś, czego nie damy rady osiągnąć”. (...)

Elity często nie mogą zrozumieć, dlaczego ludzie biedni albo z klasy pracującej głosują na kogoś takiego jak Trump. Przecież polityka gospodarcza, którą obiecywała Hillary Clinton, byłaby najprawdopodobniej dla nich korzystniejsza. Ten ewidentny paradoks tłumaczą ignorancją wyborców, irracjonalnością albo rasizmem.

Ale jest jeszcze jedno wyjaśnienie, spójniejsze z racjonalnością oraz z interesem własnym. Kiedy politycy głównego nurtu tracą wiarygodność, naturalne jest, że wyborcy skreślają też obietnice, które wcześniej składali ich liderzy. Od tego momentu przyciągać ich będą raczej kandydaci wywodzący się spoza establishmentu, wobec których oczekuje się odejścia od głównych, obowiązujących dotąd programów politycznych.

krytykapolityczna.pl

wtorek, 16 stycznia 2018


Ludzie nie obawiają się inflacji także z tego względu, że przestała straszyć na świecie. Jeszcze kilka lat temu, kiedy banki centralne rozpoczęły ogromne akcje zwiększania podaży pieniądza, wielu ekonomistów było zdania, że może się to skończyć katastrofą. Jeden z nich, Tim Lee, pisał nawet z przekąsem o „keczupowej teorii inflacji”: banki potrząsają energicznie butelką (drukują pieniądze), żeby wyleciał keczup (pojawiła się inflacja). Ale jak wiedzą amatorzy co gęstszych odmian tego dodatku, czasami przyprawa nie chce wypłynąć z opakowania, w związku z czym potrząsamy butelką jeszcze mocniej (drukujemy jeszcze więcej pieniędzy), jednak wtedy keczup najczęściej zalewa potrawę (gwałtowny skok inflacji).

Wbrew tej niepozbawionej solidnych podstaw ekonomicznych obawie, pomimo wpompowania bilionów dolarów/euro/jenów w gospodarki, widmo inflacji nie zajrzało nam jednak w oczy. Odchodząca z urzędu szefowa amerykańskiego banku centralnego Janet Yellen pozwoliła sobie nawet ostatnio na chwilę szczerości i stwierdziła na jednej z konferencji, że Fed nie ma zielonego pojęcia, co właściwie odpowiada za niską inflację w USA A.D. 2017. Owszem, zaznaczyła, dotychczas można było ją tłumaczyć złą sytuacją na rynku pracy, stagnacją wynagrodzeń lub niskimi cenami nośników energii. Ale teraz, kiedy gospodarka się kręci?

(...)

Dlaczego sytuacja na rynku pracy jest tak ważna? Wzrost płac, za którym nie idzie większa wydajność pracy, zwykle prowadzi do wzrostu cen. A to dlatego, że pracodawcy nie są w stanie skompensować rosnących kosztów pracy zwiększoną produkcją. I muszą je przerzucić na odbiorcę.

W czarnym scenariuszu wzrost cen może prowadzić do dalszej eskalacji żądań wzrostu płac – co przekłada się na ceny. Zaczyna się kręcić spirala płacowo-cenowa. Gdy wymyka się spod kontroli, przybiera postać hiperinflacji. Stopniowy wzrost inflacji można porównać do tlącego się poszycia lasu: sytuacja jest jeszcze pod kontrolą, ale jeśli sobie odpuścimy, może dojść do tragedii. Czyli gwałtownej pożogi. O ile inflacja powoduje, że pieniądz traci na wartości, o tyle hiperinflacja pieniądz po prostu nieodwracalnie niszczy.

(...)

Z przygotowanego kilka lat temu przez Steve’a Hankego i Nicholasa Krusa opracowania wynika, że najwyższa hiperinflacja w historii dotknęła powojenne Węgry. W szczytowym okresie wskaźnik przyjął wartość 41,9 biliardów (liczba z piętnastoma zerami) proc. miesięcznie. To oznacza, że dziennie ceny rosły o 207 proc. Sytuacja była tak zła, że za bochenek chleba wieczorem płaciło się dwa razy więcej niż rano, bo ceny podwajały się średnio co 15 godzin.

Hiperinflacja w tym wypadku była związana z chroniczną niemożnością pokrycia zobowiązań przez powojenny węgierski rząd. Nie tylko kraj był kompletnie zrujnowany, ale też Sowieci nałożyli na Budapeszt kontrybucje wojenne. Aby pokryć należności, Węgrzy postanowili drukować pieniądze. Kiedy sytuacja wymknęła się spod kontroli, banknot o najwyższym nominale w obiegu opiewał na 100 trylionów (trylion ma 18 zer) pengő (tak się nazywała używana wówczas nad Balatonem waluta). Nominały rosły tak szybko, że dla oszczędności rząd przedrukowywał stare nominały na nowe, zmieniając nazwę waluty na milpengő (milion pengő) oraz na b.-pengő (bilion), a do poboru podatków wprowadzono osobną walutę, pengő podatkowe (adópengő).

forsal.pl

poniedziałek, 15 stycznia 2018


Prezydent Andrzej Duda podczas ubiegłorocznych uroczystości rocznicowych pod pomnikami w Gdyni i Szczecinie ubolewał nad tym, że III RP nie rozliczyła PRL-owskich „oprawców” odpowiedzialnych za krwawe stłumienie strajków w grudniu 1970 r., kiedy zginęło 41 osób. Niestety, prezydent Duda nie zauważył, że w II RP postępowano ze strajkującymi tak samo, a nawet brutalniej. Zwłaszcza po 1926 r. prowadzono dialog społeczny za pomocą karabinów, i to w sensie dosłownym. Premier i minister spraw wewnętrznych, gen. Felicjan Sławoj-Składkowski, w wystąpieniu przed komisją budżetową Sejmu 24 stycznia 1938 r. podał następujące liczby zabitych w wyniku siłowego tłumienia przez policję strajków i manifestacji w latach 1932-1937: 1932 r. – 141 zabitych, 1933 r. – 145 zabitych, 1934 r. – 118 zabitych, 1935 r. – 143 zabitych, 1936 r. – 157 zabitych, 1937 r. – 114 zabitych, w tym 44 podczas tłumienia powszechnego strajku chłopskiego2. Razem 818 osób.

Znamienne, że najwięcej ofiar było w latach 1935-1936, a więc już po przejściu światowego kryzysu gospodarczego. Przyczyny były dwie: utrzymująca się stagnacja gospodarcza oraz brutalizacja metod tłumienia protestów społecznych, związana nierozłącznie z polityką gen. Sławoja-Składkowskiego. Na temat pierwszej ze wspomnianych przyczyn tak wówczas pisał związany z obozem narodowym publicysta Adam Grzymała-Siedlecki: „Oblewa nas już istna powódź nędzy. Statystyka wykazuje zatrważającą ilość ludzi pozbawionych pracy (…). A każda cyfra w statystyce i poza statystyką – to niekończące się nigdy, beznadziejne dni niedostatku, niedojadania, często dosłownego głodu, rozpaczliwych warunków mieszkania, strzępów, wiszących na ciele zamiast ubrania”.

Wydarzenia, do których doszło w Krakowie i Lwowie podczas tzw. krwawej wiosny 1936 r., były jednymi z bardziej dramatycznych. Na początku marca w Krakowie rozpoczął się strajk okupacyjny w Polsko-Szwajcarskiej Fabryce Czekolady „Suchard” SA, a wkrótce potem w Polskich Zakładach Gumowych „Semperit”. 20 marca policja usunęła siłą strajkujących w Sempericie. W odpowiedzi Okręgowy Komitet Robotniczy PPS i Rada Związków Zawodowych proklamowały na 23 marca jednodniowy strajk powszechny. W zaplanowanym terminie najpierw odbył się wiec z udziałem 10 tys. osób przy ul. Warszawskiej, po czym jego uczestnicy – mimo braku zezwolenia – ruszyli w kierunku Rynku Głównego. Na ul. Basztowej pochód zatrzymała blokada policyjna. Doszło do starć manifestujących z policją, która użyła broni. Zginęło osiem osób, a kilkadziesiąt zostało rannych.

To tragiczne zdarzenie skomentował kard. Adam Sapieha w orędziu, które odczytano w krakowskich kościołach pod koniec marca: „W kraju szerzy się okropna nędza. Robotnik, wieśniak, bezrobotny inteligent i zubożały rękodzielnik przymierają z głodu i niedostatku. Spychamy ten stan na tzw. kryzys. Wiemy dobrze, że on dotknął dziś i pracodawców, i pracujących, ale czy zawsze w równej mierze? Czy jednak w wielu wypadkach niepohamowana chęć zysku, zbyt wysokie wynagrodzenia jednych, nie powodują nieuczciwego wyzysku biedy? Ze wstydem przyznać musimy, że tak jest, a krwawe wypadki w Krakowie i gdzie indziej są tego jaskrawym dowodem”.

Wysokie bezrobocie, narastające ubóstwo oraz polityka siłowego rozwiazywania konfliktów społecznych doprowadziły kilka dni później do zajść we Lwowie. Bezpośrednią przyczyną manifestacji bezrobotnych 14 kwietnia 1936 r. było obniżenie w budżecie państwa środków na roboty publiczne. Podczas tej manifestacji od kul policji zginął bezrobotny Władysław Kozak (1913-1936). Jego pogrzeb 16 kwietnia 1936 r. przemienił się w antysanacyjną manifestację z udziałem ok. 8 tys. osób. W starciach z policją zginęło według oficjalnych danych 19 osób, a według prasy lewicowej 49; rannych było ok. 200. Masowe aresztowania po rozruchach były tak liczne, że władze musiały dementować pogłoski o założeniu pod Lwowem obozu koncentracyjnego. Oficjalnie aresztowano ok. 1,5 tys. osób, z których ok. 70 deportowano do obozu odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Dopiero lwowski krwawy czwartek skłonił rząd płk. Mariana Zyndrama-Kościałkowskiego do odblokowania funduszy na roboty publiczne.

tygodnikprzeglad.pl

Piotr Szostak: W maju 2017 na okładce „The Economist” największe firmy z Doliny Krzemowej przedstawiono jako platformy wiertnicze. Czy dane faktycznie są współczesnym odpowiednikiem ropy naftowej?

Evgeny Morozov: Zawsze trzymałem się z dala od podobnej retoryki. Można znaleźć kilka strukturalnych podobieństw między zbieraniem danych, a wydobywaniem surowców naturalnych. Myślę, że wyrażenie „wydobywanie danych” nawet lepiej oddaje to, co się teraz dzieje w gospodarce cyfrowej, niż mówienie, że wszyscy nieświadomie pracujemy dla firm technologicznych, produkując dane. Jednak w przeciwieństwie do ropy czy innych surowców, które się ciągle wydobywa, proces „wydobywania danych” może się skończyć w ciągu 5–10 lat wyłonieniem się kilku firm – dominujących pośredników nie tylko w branży reklamowej, ale w obszarze sztucznej inteligencji. To jest dla mnie niepokojące.

Dlaczego?

Zwróć uwagę, że Google nie skanuje już twojego maila, żeby wyświetlać spersonalizowane reklamy. Nie dlatego, że tak dba o twoją prywatność. Po prostu nie musi. Wie o tobie wystarczająco dużo, żeby je wyświetlać na podstawie danych, które już posiada. Poza tym skanowanie maila spotyka się z niechęcią klientów biznesowych, którzy obawiają się, że w ten sposób mogą wyciec ich tajemnice handlowe. Ze sztuczną inteligencją jest podobnie – kiedy już nauczysz samochód autonomiczny odróżniać sygnalizację świetlną od krowy, nie musisz go karmić większą ilością danych. Wystarczy, że będziesz mu aktualizować mapy. Myślę, że jest pewien limit danych, który branża technologiczna jest gotowa wypompować. Kiedy zbiorą ich wystarczająco dużo, żeby mieć działające systemy AI, dlaczego mieliby dalej utrzymywać darmowe usługi w rodzaju wyszukiwarki itd.? Powiesz, że dla zysków z reklam, ale kiedy przestawią się z modelu opartego na reklamie, dlaczego mieliby to dalej robić, skoro będą mogli zaoferować np. algorytmy wspierające służbę zdrowia w skuteczniejszym wykrywaniu chorób, a rządy będą za nie płacić?

(...)

Parę tygodni temu Kaspersky Lab uruchomił w Londynie The Data Dollar Store, w którym jedyną walutą, którą możesz płacić, są dane. Możesz je wymienić np. na koszulkę zaprojektowaną przez słynnego artystę.

Podobny projekt widziałem jakieś trzy lata temu w Niemczech. Jako prowokacja to fajny sposób, żeby zwrócić uwagę ludzi na wartość danych. Chociaż ja akurat nie uważam, że dane mają wartość same w sobie, tzn. bez infrastruktury, która będzie je przetwarzać, analizować, zamieniać w usługi i budować dzięki nim sztuczną inteligencję. Moje dane są dużo więcej warte dla Google’a niż dla jakiegoś startupu z trzema komputerami i dostępem do internetu. Nie interesuje mnie budowanie jakiejś giełdy, na której mógłbym sprzedać dane i zarobić trochę pieniędzy. Są jednak osoby zainteresowane stworzeniem rynku wtórnego danych: to ludzie związani ze Światowym Forum Ekonomicznym w Davos czy grupa naukowców na MIT, którą kieruje Alex „Sandy” Petland. Jeśli coś takiego powstanie, pewnie utrudni trochę życie Google’a czy Facebooka, ale nie zbliży cię nawet trochę do jakiegoś alternatywnego modelu polityczno-ekonomicznego.

(...)

A dlaczego Dolina Krzemowa stała się taką zwolenniczką dochodu podstawowego?

W strukturze globalnej gospodarki widać wyraźnie, że powstała nowa generacja rentierów. Infrastruktura internetu przedmiotów (Internet of Things) jest dla mnie upowszechnieniem tej zasady, zgodnie z którą będziesz płacić za korzystanie ze wszystkiego tak, jak płacisz za jazdę po autostradzie.

Internet przedmiotów rozszerza tę zasadę na poziomie codziennego życia. Dlatego te firmy budują inteligentne miasta, które będą się składać nie tylko z sensorów i czujników, ale też z połączonych z nimi mechanizmów płatności. Chodzi o to, żeby rozbić koszty korzystania z infrastruktury na bardzo drobnym poziomie. Żebyś płacił za użycie określonych dróg, chodników itd. na takiej zasadzie, jak płacisz za sprywatyzowaną elektryczność w swoim domu. Dużo firm i funduszy venture capital zainwestowało w to kupę pieniędzy, ale cała ta gospodarka i ekspansja tych firm zależy ostatecznie od tego, czy ludzie będą mieli za co korzystać z tych usług. To nie jest żaden sekret. Musisz stymulować popyt, a ludzie są zadłużeni i nie zarabiają. Jak możesz oczekiwać, że zapłacą?

(...)

Możemy się kiedyś obudzić w mieście zarządzanym przez prywatne firmy?

Niektóre firmy już szukają miast, które mogłyby przejąć i zarządzać nimi prywatnie. Google najchętniej wzięłoby miasto w rodzaju Detroit i kompletnie przemyślało je na nowo, przerobiło na miasto, które się opłaca, efektywne. Obecny główny ekonomista Banku Światowego Paul Romer zaproponował kiedyś pomysł tzw. miast statutowych, czyli zakładania w krajach rozwijających się miast zarządzanych potem przez kraje w rodzaju Kanady – Kanada zakłada miasto w Hondurasie, którego infrastruktura i prawo są kanadyjskie, żeby przyciągnąć inwestycje do Hondurasu. Kiedy pojawiły się głosy, że to właściwie nowa forma kolonializmu, do Romera dotarło, że taki pomysł może zniszczyć mu karierę, więc szybko się z niego wycofał. Jednak Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i wielkie korporacje ciągle wspierają takie projekty – np. w Gudźarat, gdzie Narendra Modi uruchomił podobny projekt, jeszcze zanim został premierem Indii. To model idealnego prywatnego miasta finansowanego z prywatnych pieniędzy i wspieranego przez Bank Światowy.

(...)

Czy można porównać pozycję, którą zyskuje teraz Dolina Krzemowa do pozycji Wall Street?

Nie, absolutnie nie. Gdyby Goldman Sachs nagle upadł – system finansowy by się rozpadł. Zobacz, ile pieniędzy oni pożyczają, ile pieniędzy ktoś pożycza od nich, zobacz na rynek instrumentów pochodnych. Nie ma porównania.

To jednak nie oznacza, że sektor technologiczny nie odgrywa określonej, strategicznej roli w dzisiejszym systemie. Przede wszystkim jestem przeciwny postrzeganiu Doliny Krzemowej jako jakiejś wynaturzonej wersji starego, dobrego neoliberalizmu. Wystarczy otworzyć gazety: „Ojej, są monopolistami, nie płacą podatków, wykorzystują pracowników…”. Zgodnie z tą perspektywą wystarczy pozmieniać kilka rzeczy, żeby ten sektor stał się normalną częścią gospodarki, a wszystko wróciło do normy. Nie uważam, żeby ten sektor był jakąś zepsutą gałęzią gospodarki, a reszta była zdrowym drzewem. Ja postrzegam te firmy jako naturalną, prawie logiczną konsekwencję wielu wyborów, których dokonano wcześniej. Globalizacja i liberalizacja rynków stworzyły warunki do powstania Ubera. Traktowanie mieszkań jako inwestycji i źródeł zysku wyjaśniają pojawienie się serwisów w rodzaju Airbnb. Z kolei międzynarodowe regulacje sankcjonujące wolny przepływ danych pozwoliły firmie takiej jak Google uzyskać swoją międzynarodową pozycję. Dla mnie sektor technologiczny jest tylko kulminacją neoliberalnego modelu, a nie jego dewiacją. Więc kiedy to wiesz, jak możesz oczekiwać, że coś się zmieni? (śmiech) Jak możesz oczekiwać, że politycy będą chcieli dobrowolnie związać tym firmom ręce? Zabronisz Emmanuelowi Macronowi mówić, że Francja jest startupem? Nie powie przecież: „Hej, rozwalmy rynek pracy, bo moi kapitalistyczni kumple mówią mi, że potrzebujemy większego wzrostu gospodarczego”. Nie powie tak. Musi powiedzieć: „Nie jesteśmy wystarczająco innowacyjni, więc przeprowadzimy kilka reform, żeby Francja była przyjazna innowacjom i startupy wyrastały w niej jak grzyby po deszczu”. Tak się to legitymizuje. We Włoszech widać to nawet wyraźniej. Opowiadasz o technologiach cyfrowych i innowacjach, przyprowadzasz tych kompletnie niekompetentnych ludzi i prezentujesz jako „innowatorów”, a w tle przeprowadzasz strukturalne zmiany, o których zawsze marzyłeś. W tym sensie Dolina Krzemowa żyje w symbiozie z neoliberalnym centrum.

krytykapolityczna.pl

piątek, 12 stycznia 2018


„Człowieka sowieckiego” cechuje skłonność do podążania za autorytetem państwa w ocenie rzeczywistości, biorąca się z nieufności i lęku wobec wszystkiego, co obce i nieznane, oraz z przekonania o własnej bezsilności i niemożności wpływu na otaczającą rzeczywistość – stąd już tylko krok do braku poczucia odpowiedzialności za nią. Tłumiona agresja, zrodzona przez chroniczne niezadowolenie z życia, dojmujące poczucie niesprawiedliwości i niemożności samorealizacji oraz zawiść przeradzają się w fascynację siłą i przemocą oraz skłonność do „identyfikacji negatywnej” – poprzez opozycję wobec „wroga” lub „obcego”. Osobowości takiej właściwe jest quasi-plemienne podejście do norm moralności i prawa (to, do czego mają prawo „swoi”, potępiane jest u „obcych”).

Powyższe cechy przekładają się na skłonność do samoizolacji i wiarę w czarno-biały, stereotypowy, konfrontacyjny obraz świata, serwowany przez kremlowską propagandę. „Człowiek sowiecki” cierpi na syndrom imperialny i projektuje na samego siebie dokonania przeszłych pokoleń, co napełnia go poczuciem wyższości wobec innych narodów. Funkcję kompensacyjną pełnić ma w tym kontekście wiara w szczególną, cywilizacyjną tożsamość Rosji, opartą na niedemokratycznym systemie wartości. Władza państwowa staje się dla niego gwarantem porządku i punktem odniesienia dla tożsamości narodowej. Może on doświadczać poczucia własnej wartości jedynie poprzez utożsamienie się z państwem, szczególnie w chwilach próby, mobilizacji całej wspólnoty przeciw wspólnemu wrogowi, co skutkuje podatnością na retorykę militarystyczną. Osobowością o takich cechach łatwo kierować i manipulować, ale też jest ona z natury inercyjna, odporna na zmiany.

"Uzależnieni od konfliktu. Wewnętrzne uwarunkowania antyzachodniej polityki Kremla." OSW 2017

Jeśli chodzi o radykalną prawicę, to aż do niedawna była ona zmarginalizowana. Do końca lat 30. niemal cała prawica albo stała się faszystowska, albo przed faszyzmem skapitulowała. Późniejsza klęska Hitlera owiała faszyzm złą sławą. Radykalna prawica straciła swój potencjał, a sukces socjaldemokratycznego, „regulowanego kapitalizmu” już wkrótce stał się podstawą dla lewicowo-postępowej hegemonii. Kryzys powojennego konsensusu za sprawą globalizacji, która pozwoliła biznesowi wypowiedzieć go dla zysku, przyspieszył nadejście nowej epoki neoliberalizmu, który dążył do wycofania się państw z przyjaznych światu pracy rozwiązań z przeszłości, zachowując potencjał wzrostu poprzez dług, zarówno publiczny, jak i prywatny. Jak stało się dziś jasne, kryzys neoliberalizmu z 2008 roku rozpoczął okres niepokojów i niepewności, w którym zbyt wielu ludzi ma zbyt małe szanse na dające status klasy średniej miejsca pracy znane z okresu powojennego – i ten właśnie okres przywrócił radykalnej prawicy jej moc i znaczenie. W końcu to jedyny nurt, który może powiedzieć – zgodnie z prawdą – że nie miał nic wspólnego z całym powojennym systemem społeczno-gospodarczym. Jedyny, który może zaprezentować się jako nowy i świeży.

Ta nowa radykalna prawica najpierw urosła w siłę w Europie Wschodniej. Za sprawą gorliwości, z jaką tamtejsze społeczeństwa powitały kapitalizm po upadku ustroju socjalistycznego, wzrost znaczenia takiej prawicy nie jest bardzo zaskakujący. Nie stawiając żadnego oporu, nawet wschodnioeuropejskie związki zawodowe przyczyniły się do tego, że rodzący się kapitalizm stał się wybitnie nieznośny. Ja sam pamiętam, jak wysoki rangą menadżer Procter&Gamble mówił mi w 1991 roku, że jego firma spodziewała się twardych negocjacji z NSZZ Solidarność, gdy firma zbudowała w Polsce pierwszą fabrykę, ale związek od początku dał korporacji carte blanche – którego P&G nawet nie chciała – zakładając, że prywatni właściciele z pewnością lepiej zaopiekują się robotnikami, niż robił to właściciel państwowy. Europa Wschodnia wcześniej niż inne regiony doświadczyła kryzysu neoliberalizmu, gdyż nie był on tam zbudowany na bazie socjaldemokratycznego kapitalizmu, lecz stanowił jedyną jego formę, jakiej region zaznał po roku 1989. Związki broniące robotników przed kapitalizmem nie stały się słabsze po roku 1989; były raczej słabe od samego początku. Słabe związki, skojarzenie lewicy z opresyjną władzą partii komunistycznej i wynikający z tego kult kapitalizmu jako „wroga naszego wroga” stworzyły ostatecznie żyzny grunt dla pojawienia się silnej antydemokratycznej prawicy.

Chociaż nowe partie prawicy – PiS w Polsce i Fidesz na Węgrzech to najważniejsze przykłady – zawsze podkreślają swój antykomunizm, uporczywie sięgały po głosy tych, którzy tęsknią za kolektywistycznym etosem, jaki zapewniał państwowy socjalizm. W swojej kampanii prezydenckiej z 2010 roku Jarosław Kaczyński mówił życzliwie o czasach Gomułki, będących szczytowymi latami tzw. narodowego komunizmu. Fidesz zdobył pełnię władzy na Węgrzech w roku 2010, PiS zaledwie pięć lat później. Choć obydwie ekipy doszły do władzy w ramach systemów parlamentarnych sankcjonowanych przez Unię Europejską, zobowiązanych przestrzegać praw mniejszości politycznych, promować w publicznej sferze pluralizm i wynosić profesjonalizm ponad lojalności partyjne, najbardziej charakterystyczną cechą ich rządów – najsilniej przywodzącą na myśl klasyczne praktyki bolszewików – jest konsekwentny wysiłek na rzecz skonsolidowania całej władzy we własnych rękach. Opozycję wykluczono z kluczowych komisji, zamieniono media publiczne w tuby propagandowe rządu, sądy odarto z niezależności i forsowano zmieniające ustrój ustawy bez publicznej dyskusji. Drastyczne manipulacje granicami okręgów w połączeniu z nową ordynacją wyborczą pozbawiły opozycję szansy realnego konkurowania w wyborach na Węgrzech, PiS grozi tym samym w Polsce.

krytykapolityczna.pl

Według międzynarodowego badania przeprowadzonego przez firmę Aon Hewitt, tylko 25 proc. pracowników na świecie jest bardzo zaangażowana w swoją pracę, a 39 proc. – „średnio”. Pozostali z 5 milionów przebadanych pracowników to osoby słabo zmotywowane, które nie są w stanie wykrzesać z siebie energii ani pomysłów.

W Polsce aż 52 proc. pracowników nie czuje się zaangażowanych w wykonywaną pracę. O największym spadku zaangażowania w pracę od lat mówi badanie Aon Best Employers, przeprowadzone na grupie blisko 72 tysięcy respondentów ze 119 polskich firm. Mimo, że obecnie mamy rekordowo niskie wskaźniki bezrobocia od początku lat 90., jakość wykonywanej pracy pogarsza się. Najbardziej spadło poczucie lojalności pracowników w stosunku do pracodawcy bo aż o 4 p. p. w stosunku do roku poprzedniego – z 59 proc. na 55 proc. O 3 p. p. obniżyły się także pozytywne myślenie i mówienie o firmie, w której pracujemy – z 59 proc. na 56 proc. oraz chęć działania i rozwoju w firmie – z 51 proc. na 48 proc.

Aż 74 proc. respondentów uznało, że ich wynagrodzenie nie jest adekwatne do ich wkładu w wykonywaną pracę.

"Pracownicy przychodząc do nowej firmy mają wysokie poczucie zaangażowania, które wynika z samego faktu rozpoczynania nowego etapu w życiu zawodowym. Niestety po jakimś czasie zaczynają odczuwać brak zainteresowania ze strony przełożonego, czują, że nie są wystarczająco ważni i docenieni w oczach pracodawcy, zarówno w kontekście wynagrodzenia, jak i pozafinansowych aspektów. Nie czują się też częścią sukcesów firmy. Dlatego ich lojalność drastycznie spada i odchodzą, a firma wpada w błędne koło zmagania się z niedoborem pracowników" – wyjaśnia Magdalena Warzybok, Talent Director w Aon Hewitt. - "Mamy też coraz większe oczekiwania, dlatego świadczenia pozafinansowe, takie jak karnety na basen, fitness czy do centrów medycznych nie robią już na nas wrażenia. To już nie benefit od pracodawcy i karta przetargowa w rekrutacji, a podstawowy wymóg kandydatów do pracy" – dodaje.

Problemem jest nie tylko samopoczucie pozbawionych motywacji pracowników, spędzających 8 godzin dziennie w miejscu, które ich nie inspiruje. Ich niezadowolenie przekłada się na tempo wzrostu gospodarki: firmy, w których zaangażowanie pracowników jest małe, często zmieniają zespół, borykają się z większą liczbą urlopów na żądanie i brakiem satysfakcji ze strony klientów. Konsekwencje są łatwe do przewidzenia: słabo rozwijające się przedsiębiorstwa prowadzą do spadku krajowego dobrobytu, a tym samym do pogorszenia się średniego standardu życia.

forsal.pl

czwartek, 11 stycznia 2018


48 metrów wysokości, 26 tys. miejsc paletowych i 2,2 tys. ton stali zużyte na budowę obiektu. Tak w skrócie można opisać magazyn wysokiego składowania, który na początku września uruchomiła spółka Amica we Wronkach. Całość kosztowała 60 mln zł. To unikatowa inwestycja, nie tylko w Polsce, ale i na świecie. (...)

Budowla ma 48 metrów i może zmieścić 220 tys. sztuk dużych wyrobów AGD. Komputer doskonale wie, w którym miejscu jest każdy towar, nawet po numerze seryjnym. Dziennie może obsłużyć 30 tys. sztuk towaru na wejściu i 36 tys. sztuk na wyjściu. Obiekt zabezpiecza logistykę spółki Amica do 2021 roku, ale przewidziana jest możliwość jego rozbudowy. (...)

W magazynie nie ma ogrzewania, a światło jest zgaszone. Nie pracuje w nim żaden pracownik, jedynie operator nadzoruje prawidłową pracę systemów. W obiekcie nie ma wypadków, a towar jest przenoszony przez pięć 44 metrowych ruchomych ramion. W weekendy magazyn nie bierze urlopów. Jest tak zaprogramowany, aby w tym czasie optymalizował ułożenie towaru pod zlecenia na kolejny tydzień.

strefainwestorow.pl

Bitcoin to najpopularniejsza z kryptowalut, czyli walut, których fundamentem jest specjalny kod elektroniczny. Liczba bitcoinów jest odgórnie ograniczona i nie może przekroczyć 21 mln, a każda podzielona jest na 100 mln mniejszych – nazwanych satoshi. Działanie kryptowalut oparte jest na technologii blockchain. To rejestr, do którego dopisywana jest każda transakcja. Dostęp do niego ma każdy i jest on gwarantem przejrzystości i uczciwości systemu. Żeby dana transakcja została do blockchainu dopisana, musi zostać zaakceptowana przez „górników”, czyli osoby zajmujące się wykopywaniem bitcoinów. Kopanie polega na dostarczaniu przez nich do sieci bitcoin mocy obliczeniowej, pozwalającej na jej funkcjonowanie. Dotąd wykopano już niemal 17 mln bitcoinów, a wykopanie kolejnych wymaga coraz większej mocy (...).

Jak wyjaśnia Janusz Zieliński w jednym z artykułów na portalu Bithub.pl, żeby używać bitcoinów, wystarczy zainstalować na komputerze odpowiedni program albo skorzystać z usług portali, które pozwalają na utworzenie osobistego portfela bitcoin. – (...) Użytkownik posiada powiązane ze sobą dwa klucze: publiczny i prywatny. Adres portfela bitcoin generowany jest z klucza publicznego, a do autoryzacji transakcji wymagany jest klucz prywatny. (...) Gdy Alice chce przelać bitcoiny Bobowi, dodaje do nich klucz publiczny Boba oraz podpis własnego klucza prywatnego. Kolejny krok to ogłoszenie transakcji w sieci. Kiedy sieć uzna, że cyfrowe podpisy i liczba bitmonet są poprawne, przelew zostanie zaakceptowany. Ostatnim etapem transakcji jest dodanie informacji o niej do bloku, który już na zawsze zostanie przypisany do Blockchaina – tłumaczy Zieliński. Za bitcoiny można kupić już właściwie wszystko – artykuły spożywcze, auta, nieruchomości, a nawet bilety lotnicze (wystarczy zgłosić się do internetowego brokera).

Korzystanie z kryptowalut jest szybkie, bezpieczne i nie generuje dodatkowych kosztów. Nie płacimy prowizji, nie kosztuje nas przewalutowanie. Prawdziwie rewolucyjną ich cechą jest zaś to, że czynią one zbędnymi (potencjalnie) nie tylko waluty tradycyjne, lecz także banki centralne czy w ogóle banki (a na pewno marginalizują ich znaczenie). Dlaczego? Kryptowaluty funkcjonują bez pośredników, bo gwarantem są inni użytkownicy sieci. Kryptowaluty dają więc prawdziwą finansową niezależność.

forsal.pl

środa, 10 stycznia 2018


Kluczową rolę w wepchnięciu I Rzeczpospolitej w stan zależności i niedorozwoju miała postawa jej elit oraz celowe działania przez nie podejmowane. Szlachta – bo o nią tu chodzi – nie dążyła oczywiście świadomie do zepchnięcia swojego państwa na bocznicę historii, realizowała jednak swoje interesy materialne w sposób, który do tego doprowadził. Dlatego na jej określenie używam terminu „elita kompradorska”, zaczerpniętego z badań nad kolonializmem w Ameryce Łacińskiej.

Rozwój gospodarki folwarcznej na terenach I Rzeczypospolitej wraz ze wszystkimi tego konsekwencjami – pańszczyzną, niedorozwojem miast i mieszczaństwa, osłabieniem rodzimej produkcji proto-przemysłowej, mizerną pozycją rodzimego kupiectwa itp. – był wynikiem świadomych i celowych działań szlachty, która widziała możliwość realizacji swoich interesów raczej we współpracy z obcymi ośrodkami gospodarki kapitalistycznej niż z resztą własnego społeczeństwa. Bardzo konsekwentnie i zdecydowanie walczyła też ze wszystkimi przejawami nowoczesności i była w tym tak zaciekła, że gdy w wieku osiemnastym młodzi szlachcice zaczęli przywozić oświeceniowe idee ze swoich podróży na zachód kontynentu, w Sejmie zgłoszono projekt prawa zakazującego takich podróży (a pamiętamy, jak niechętnie szlachta odnosiła się do wszelkich zakazów i nakazów nakładanych na jej „złotą wolność”; jest to jeden z bardzo nielicznych przypadków, gdy szlachta sama z siebie proponuje ograniczenie swojej wolności, widać jednak, że czyni to w obronie swojego interesu klasowego). Ci, którzy dzisiaj propagują polskość, odwołując się do kultury sarmackiej i szukając w niej inspiracji dla rozwiązywania współczesnych problemów społecznych i politycznych, konsekrują właśnie tradycję odpowiedzialną za zacofanie i peryferyzację Polski. Kto chce temu przeciwdziałać, powinien tego rodzaju postawy aktywnie zwalczać.

praktykateoretyczna.pl

Dodajmy do tego fakt, że w siedemnastym czy osiemnastym wieku miarą przestrzeni był czas potrzebny na jej pokonanie: Francja liczyła na przykład trzy tygodnie z południa na północ i tyle samo ze wschodu na zachód, przypomina Pobłocki. Z tego powodu geometryczną dysproporcję terytorialną między Prusami, rozciągniętymi wzdłuż Morza Bałtyckiego stanowiącego dogodny, szybki i doskonale opanowany szlak komunikacyjny, a Rzeczpospolitą, sięgającą daleko na ukraińskie stepy i pozbawioną choćby jednej rzeki płynącej ze wschodu na zachód, trzeba przemnożyć przynajmniej kilku-, jeśli nie kilkunastokrotnie. Jak argumentowałem w Fantomowym ciele króla, jednym z istotnych powodów upadku I Rzeczypospolitej był jej terytorialny rozrost niekorespondujący ani ze zdolnościami organizacyjnymi jej włodarzy, ani z zasobami politycznymi, społecznymi oraz materialnymi, jakimi dysponowali. Gdyby w szesnastym wieku polskie elity, zamiast przeć na Wschód w celu maksymalizacji indywidualnych korzyści kilku magnackich rodów (ziemia, jak uważa sam Pobłocki, zawsze była źródłem bogactwa), przytuliły swój kraj bardziej do Bałtyku i wzmocniły politykę morską (Polska od 1635 do 1918 roku nie posiadała marynarki wojennej), historia mogłaby potoczyć się inaczej. Możliwe, że bardziej kompaktowe państwo złożone z Wielkopolski, Małopolski, Mazowsza oraz Pomorza (z niewielkimi przyległościami), prowadzące bardziej trzeźwą i mniej życzeniową politykę, nigdy nie zniknęłoby z mapy, nawet gdyby utrzymało zarówno pańszczyznę, jak i swój osobliwy ustrój polityczny.

Ogólnie rzecz biorąc, monokauzalne strategie eksplikacyjne typu „wszystko przez pańszczyznę” albo „wszystko przez liberum veto” mają mały sens nie tylko ze względu na konfigurację różnych czynników w tym konkretnym przypadku, ale także z bardziej zasadniczego powodu: w świecie ludzkim bardzo niewiele zjawisk – jeśli w ogóle jakiejkolwiek – ma jedną przyczynę.

praktykateoretyczna.pl