sobota, 1 grudnia 2018
Nie inaczej jest z najnowszą epidemią narkotykową dotykającą Stany – masowym uzależnieniem od opiatów. Epidemia zaczęła się od przepisywanych na receptę leków przeciwbólowych. Z leków na receptę wielu uzależnionych przechodzi do heroiny, rozpowszechnianej na terenie Stanów przez sieci meksykańskich gangów. Już w 2008 roku przedawkowanie (przede wszystkim opiatów) staje się w Stanach główną przyczyną nienaturalnych zgonów – więcej ludzi ginie z przedawkowania niż w wypadkach samochodowych czy strzelaninach.
Krajobraz tej epidemii rysuje w swojej reporterskiej książce „Dreamland” Sam Quinones. Pejzaż opiatowej katastrofy kształtują dwa kluczowe społeczno-polityczne czynniki. Pierwszym są amerykańskie polityki zdrowotne, powstające na przecięciu interesów wielkich firm farmaceutycznych i ubezpieczeniowych. W interesie obu graczy leży model, gdzie pacjentom skarżącym się na bóle i różne inne dolegliwości podaje się po prostu coraz większe ilości uśmierzających je leków. Z punktu widzenia akcjonariuszy firmy ubezpieczeniowej sensowniej jest zrefundować pacjentce cierpiącej na bóle pleców wizyty u wypisującego recepty lekarza pierwszego kontaktu, niż np. płacić za długą fizjoterapię.
Drugą ważną częścią równania opisującą epidemię opiatów jest upadek „pasa rdzy” – stanów niegdyś stanowiących przemysłowy kręgosłup Ameryki, dziś duszących się w bezrobociu, długu i braku nadziei. Miejscem, w którym Quinones zaczyna i kończy swoją narrację jest Portsmouth w stanie Ohio, typowe dla amerykańskiego Środkowego Zachodu miasto średniej wielkości. Jeszcze kilka dekad temu ośrodek przemysłowy ze stalownią, fabrykami obuwia i sznurówek. Przemysł zapewniał dobre, stabilne miejsca pracy klasie pracującej i średniej. Tworzył szkielet, wokół którego wzrastać mógł społeczny kapitał.
Dziś wszystko to przeszłość. Od kilku dekad fabryki zamykają się – ich właściciele przenoszą produkcję w miejsca, gdzie siła robocza jest tańsza. Portsmouth się wyludnia – kto może ucieka do sąsiednich miast i stanów - gdziekolwiek, gdzie widać jakieś perspektywy. W tym krajobrazie, na przeciwległym brzegu rzeki Ohio, w miasteczku South Shore w Kentucky, wyrasta pierwsza w Stanach „fabryka prochów” – przychodnia zdrowia, która swój model biznesowy opiera nie na leczeniu czegokolwiek, ale na masowym wypisywaniu pacjentom recept na leki przeciwbólowe.
Epidemia opiatów nie ogranicza się przy tym do miejsc takich jak Portsmouth. Dotyka także zamożnych przedmieść klasy średniej w słonecznej Kalifornii i innych miejscach kojarzonych raczej z amerykańskimi sukcesami ostatnich dekad. Sukces ten – zwłaszcza od czasu wielkiego kryzysu z przełomu 2008 i 2009 roku – podszyty jest jednak niepewnością. Amerykańska klasa średnia obawia się, czy zdoła utrzymać swój status i przekazać go następnemu pokoleniu. Klasa pracująca boi się zupełnej ekonomicznej degradacji. Po raz pierwszy od długiego czasu amerykańska przyszłość przynosi więcej lęków niż nadziei. Ta atmosfera stwarza hossę zarówno dla ekspansji opiatowego nałogu, jak i politycznego populizmu spod znaku Trumpu. Oba dopadają zresztą często te same grupy społeczne.
dwutygodnik.com
sobota, 17 listopada 2018
Przykładem udanego osiedla w Krakowie jest dla mnie Krowodrza-Górka, czyli dawne Osiedle 30-lecia PRL. Realizacja z pierwszej połowy lat 70., częściowo z wielkiej płyty. Nie zostało zrealizowane w stu procentach zgodnie z tym, co założyli sobie planiści, ale zasadniczy kształt zgadza się z wytycznymi i jako długoletnia użytkowniczka mogę powiedzieć, że zawsze odbierałam je jako bardzo dobrze funkcjonującą przestrzeń.
To znaczy?
Dlaczego mieszkało się tam tak dobrze, zrozumiałam dopiero wtedy, gdy pracując nad książką, miałam okazję porozmawiać z autorem projektu osiedla Mieczysławem Turskim. Po pierwsze, kształt urbanistyczny dostosowano do ukształtowania terenu. Po drugie, osiedle sprytnie łączy różne typy zabudowy – wysokiej i niskiej. Między blokami znajdowały się spore obszary wspólnej, zielonej, niezagospodarowanej przestrzeni, idealnej do zabawy dla dzieci oraz różnych interakcji między dorosłymi. Osiedle zapewniało całą potrzebną infrastrukturę: pawilony handlowe, pocztę, bibliotekę, przedszkola, szkoły, dom kultury. Było też bardzo różnorodne społecznie. A przy tym było to zwyczajne osiedle, nieopromienione sławą Hansenów czy Haliny Skibniewskiej.
Z udanych zagranicznych przykładów w książce opisuję bloki wokół Platz der Vereinten Nationen z dawnego Berlina Wschodniego. Z zewnątrz wyglądają jak realizacje znane z PRL, w środku są dwupoziomowe mieszania o naprawdę komfortowych metrażach. Inny przykład – którego akurat w Betonii nie ma – to wiedeński Wohnpark Alterlaa – osiedle z ogrodami na tarasach – rosną tam nawet całe drzewa – i basenami na dachach. Zamieszkuje je bardzo zwarta społeczność, starannie dobierająca nowych mieszkańców. Lista oczekujących na mieszkanie w tych blokach jest bardzo długa.
(...)
O Krowodrzy-Górce mówiłaś, że „nie wszystko udało się tam zrealizować zgodnie z planem” – ta fraza powtarza się w opisie niemal każdego osiedla w twojej książce, niezależnie od tego, z której strony żelaznej kurtyny stało. Z czego wynikała ta przepaść między planami a ich realizacją?
Krótko mówiąc, z dwóch kwestii: polityki i gospodarki. W krajach gospodarki rynkowej decydowały najczęściej oszczędności, w bloku wschodnim także niedobory i ogólna niewydolność gospodarki, niezdolnej np. dostarczyć na czas odpowiednich materiałów.
W krajach demokratycznych bloki powstawały jako odpowiedź na wielki, powojenny głód mieszkaniowy, miały zapewnić politykom przychylność wyborców. Jednak projekty budownictwa społecznego często kończyły się skoszarowaniem uboższej ludności w gigantycznych, niedoinwestowanych osiedlach, dogmatycznie usiłujących wcielać w życie ideały z czasów Karty Ateńskiej. Bloki rosły wzdłuż i wszerz, a społeczna infrastruktura i transport publiczny nie nadążały za rozbudową nowych części miasta. Wielkie kompleksy bloków tworzyły miasta satelickie – jednocześnie w mieście i poza nim. Teoretycznie samowystarczalne, w praktyce w ogóle.
Potem kompletnie nie troszczono się dalszy los osiedli, przez co degeneracji ulegała niejednokrotnie bardzo wartościowa architektura. Przykładem choćby zaprojektowane przez Basila Spence’a Hutchesontown w Glasgow – pomnik brutalizmu, który musiał zostać zrównany z ziemią. Trudno odczuwać zadowolenie z tego, że mieszka się w wartościowym architektonicznie otoczeniu, gdy w wysokim bloku od roku nie działają windy i nie są wywożone śmieci, a administracja nie ma środków, by rozwiązać problem.
Pozostawieni sami sobie mieszkańcy takich miast satelickich ulegali stygmatyzacji. W Wielkiej Brytanii i Stanach przykład zaniedbanych osiedli często bywał przywoływany jako dowód na to, że biednym (czy czarnym) nie można „dać mieszkań za darmo”, bo zawsze to skończy się społeczną katastrofą.
krytykapolityczna.pl
piątek, 9 listopada 2018
Polityczna prawica traktuje członkostwo w Unii jak źle dopasowane wdzianko, które uwiera w kroku, pije pod pachami i ociera szyję: trzeba w nim chodzić, bo przecież nie będziemy paradować na golasa, a w dodatku po kieszonkach poupychano wypchane banknotami euro koperty; nie ma takiego krawca, który by je na naszą miarę przerobił, więc jak już jest bardzo niewygodnie, to trzeba się raptownie wypiąć, a wtedy szew na pupie pęknie, poczujemy się swobodniej, a blask naszych rozżarzonych przeżywaniem tożsamości narodowej pośladków pół Europy olśni, a pół oślepi. Cała reszta naszej sceny politycznej Unię Europejską traktuje inaczej: to prawda, garniturek kupiliśmy w sklepie, nie był szyty dokładnie na naszą miarę, gdzieniegdzie nas uwiera, więc staramy się go rozchodzić: tu fikniemy nóżką, tu majtniemy rączką, ale wszystko ostrożnie, żeby się nie podarło, bo zostaniemy łachmaniarzami. To jest przecież nasze wdzianko, innego nie mamy.
gazeta.pl
Wspólnotowe Centrum Badawcze Komisji Europejskiej (JRC) opublikowało 21 czerwca nowy Światowy Atlas Upustynnienia (jego dwie poprzednie edycje ukazały się w 1992 i 1998 r.). To raport o obecnej i prognozowanej skali degradacji krajobrazu i gleb na całym świecie, przyczynach tego zjawiska i wskazówkach dla decydentów politycznych i lokalnych władz, jak walczyć z pustynnieniem i regenerować zniszczone gleby.
Jego lektura potwierdza, że naturalne zasoby Ziemi są obecnie eksploatowane i obciążone w skali bez precedensu w historii, głównie wskutek wzrostu światowej populacji, ekspansji działalności człowieka i zmieniających się wzorców konsumpcji. Zanieczyszczenia powietrza, gleb i wody, erozja ziem, coraz dotkliwsze susze – wszystko to obniża jakość gleby i czyni tereny nienadającymi się do uprawy czy zasiedlenia.
Autorzy szacują, że degradacji uległo już ponad trzy czwarte całej lądowej powierzchni Ziemi, a do roku 2050 liczba ta może wzrosnąć do nawet 90 proc. Rocznie degradacji ulega obszar wielkości połowy powierzchni Unii Europejskiej. Najbardziej podatne są tereny w Afryce i Azji.
Przyczyniają się do tego coraz bardziej rozrastające się miasta oraz zjawisko wylesiania, ale największym winowajcą jest niekontrolowany rozwój rolnictwa. Pola uprawne i pastwiska zajmują obecnie ponad jedną trzecią lądu Ziemi.
Z raportu wynika jednak, że to właśnie sektor rolniczy najbardziej ucierpi na postępującej degradacji, bowiem do roku 2050 – według prognoz - globalne zbiory zmniejszą się o ok. 10 proc. Najdotkliwiej odczują to mieszkańcy Indii, Chin i Afryki subsaharyjskiej, gdzie wskutek pogarszającego się stanu gleb zbiory zmniejszą się nawet o połowę.
Globalne konsekwencje będą jednak dużo poważniejsze. Kurczące się zasoby ”dobrych” ziem zmuszą do migracji lub przymusowych wysiedleń nawet 700 mln ludzi do roku 2050.
naukawpolsce.pap.pl
(...) Zacząłem rozwodzić się nad tłem historycznym, opowiadając, jak w latach 70., w czasie kryzysu naftowego, kraje OPEC wpompowały tak wiele swoich nowo nabytych bogactw w zachodnie banki, że te miały kłopoty ze znalezieniem sensownych inwestycji. Powiedziałem o Citibanku i Chase, które rozesłały wówczas po świecie swoich gońców, aby przekonali dyktatorów i polityków w krajach Trzeciego Świata do zaciągnięcia pożyczek (nazywało się to wtedy „bankowością spekulacyjną”). Wspomniałem, że początkowo miały one skrajnie niskie stopy procentowe, które niemal natychmiast poszybowały do około dwudziestu procent wskutek rygorystycznej polityki pieniężnej Stanów Zjednoczonych na początku lat osiemdziesiątych, co w tej i następnej dekadzie doprowadziło do kryzysu zadłużenia w Trzecim Świecie. Do akcji wkroczył wówczas MFW, dając do zrozumienia, że biedne kraje, które chcą uzyskać refinansowanie swoich pożyczek, zostaną zobowiązane do porzucenia regulacji cen na podstawowe artykuły żywnościowe oraz rezygnacji z utrzymywania strategicznych rezerw żywności, a także darmowej służby zdrowia i nieodpłatnej edukacji. Wszystko to zniszczyło najważniejsze źródła wsparcia wielu najbiedniejszych i najbardziej bezbronnych ludzi na świecie. Mówiłem o biedzie, przemocy, niedożywieniu, beznadziei i złamanym życiu.
(...)
Współcześnie agresję militarną uznaje się na przykład za zbrodnię przeciw ludzkości, a sądy międzynarodowe orzekające w tego rodzaju kwestiach zwykle żądają od agresorów wypłaty reparacji. Niemcy musiały płacić ogromne sumy po pierwszej wojnie światowej, a Irak wciąż wypłaca reparacje Kuwejtowi po dokonanej przez Saddama Husajna inwazji w 1990 roku. Jednak dług Trzeciego Świata, dług krajów takich jak Madagaskar, Boliwia czy Filipiny, działa w dokładnie odwrotny sposób. Niemal wszystkie zadłużone kraje Trzeciego Świata zostały w pewnym momencie zaatakowane i podbite przez państwa europejskie – często te same, u których kraje te są obecnie zadłużone. W 1895 roku Francja najechała Madagaskar, obaliła rząd ówczesnej królowej Ranavalony III i ogłosiła kraj francuską kolonią. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie generał Gallieni zrobił po przeprowadzeniu „pacyfikacji” – jak zwykło się to wówczas nazywać – było obłożenie wysokimi podatkami malgaskiej ludności. Częściowo po to, aby zwróciły się koszty inwazji, a częściowo dlatego, że francuskie kolonie miały się samofinansować i trzeba było zdobyć środki na budowę planowanych przez francuski rząd kolei, dróg, mostów i plantacji. Malgaskich podatników nigdy nie zapytano, czy chcą tych wszystkich rzeczy ani jak i gdzie należałoby je zbudować. Przeciwnie: w następnych pięćdziesięciu latach francuska armia i policja zabiły wielu Malgaszów, którzy zbyt głośno protestowali przeciwko narzuconym im rozwiązaniom (ponad pół miliona osób, według niektórych szacunków, w trakcie jednej tylko rewolty z 1947 roku). Madagaskar nigdy nie wyrządził porównywalnych szkód Francji. Mimo to Malgasze od początku słyszeli, że są winni Francji jakieś pieniądze, co nie zmieniło się zresztą do dziś, podobnie jak uznanie takiego stanu rzeczy za sprawiedliwy przez resztę świata. Kiedy „społeczność międzynarodowa” dostrzega w tym kontekście problem moralny, chodzi zwykle o zbyt wolne jej zdaniem tempo spłaty długu przez rząd Madagaskaru.
krytykapolityczna.pl
czwartek, 1 listopada 2018
Polityczny nastrój związany z rokiem 1918 był bardzo egalitarny. „Od dnia ogłoszenia niniejszych przepisów praca robotnika lub pracownika we wszystkich zakładach przemysłowych, górniczych, hutniczych, rzemieślniczych, przy komunikacjach lądowych i wodnych oraz przedsiębiorstwach handlowych trwać ma najwyżej 8 godzin na dobę. Dekret niniejszy nie może pociągać za sobą obniżenia płac robotników i pracowników” – czytamy w dekrecie Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego wydanym 23 listopada 1918 r., a więc niecałe dwa tygodnie po odrodzeniu polskiej państwowości. Gdy dokument wchodził w życie, na polskim rynku pracy byli ludzie, którzy dobrze pamiętali pracę po 12–13 godzin na dobę. Wówczas wprowadzono również prawa wyborcze dla kobiet.
Tego egalitarnego ducha pierwszych chwil po odzyskaniu niepodległości tłumaczyć można na dwa sposoby. Po pierwsze, w elitach politycznych II RP dominowali socjaliści z PPS. Na wsi zaś silne wpływy miało lewicowe Wyzwolenie. Warstwy posiadające obserwowały ten proces z milczącym przyzwoleniem. I tak dochodzimy do drugiego kluczowego powodu wyjaśniającego „egalitarny rok 1918”. Kilkaset kilometrów na wschód w bolszewickiej Rosji trwał eksperyment – trudno uwierzyć – z jeszcze bardziej egalitarnymi rozwiązaniami. Ziemiaństwo i fabrykanci czuli, że muszą pójść na ustępstwa, jeśli nie chcą skończyć z jakąś formą rewolucji październikowej nad Wisłą. Zwłaszcza, że rewolucyjny ferment trwał wówczas również w Berlinie czy Monachium.
Z biegiem czasu egalitarny impet II RP został jednak wyhamowany. Niemieckie rewolucje wygasły. Bolszewików Piłsudski odepchnął na wschód. Polski kapitalizm krzepnął, a polityczne wpływy obozu chadecko-mieszczańsko-ziemiańskiego zaczęły się rozbudowywać. Wyczekiwana reforma rolna się odwlekała. Podatki pozostały nieegalitarne. Na dodatek postrzegany przez lewicę jako zbawca Józef Piłsudski, który wrócił do władzy po roku 1926 już dawno porzucił socjalistyczne przekonania. Politycznie reżym sanacji zaczął zmierzać w kierunku autokracji.
W efekcie historycy gospodarki patrzą dziś na II RP jako na kraj, któremu nie udało się przełamać dominacji tzw. wykluczających instytucji życia ekonomicznego (Piątkowski, 2018). Na górze hierarchii społecznej mieliśmy arystokratyczne elity oraz – wywodzącą się głównie ze zubożałej szlachty – inteligencję. Obie te warstwy dzielą między siebie najważniejsze zasoby ekonomiczne kraju. To dlatego w latach 30. w gronie 900 najbogatszych mieszkańców Polski aż 700 to posiadacze ziemscy. A gros z tych fortun pochodziło jeszcze z czasów przed 1918 rokiem.
Inteligencja spełniała się w administracji (państwowej i publicznej). Przedsiębiorczość? Nieszczególnie interesowała ani jednych ani drugich. Uchodziła za zajęcie niegodne Polaka i została w pewnym sensie „outsoursowana” za granicę. W roku 1935 na 244 duże zakłady przemysłowe (zatrudniające ponad 500 osób) 209 należało do kapitału zagranicznego. Klasy dominujące nie miały większych zachęt do tego, by dążyć do zmiany istniejącego status quo. Załamywało nad tym ręce (z różnych przyczyn) wielu ówczesnych intelektualistów, od Romana Dmowskiego po Floriana Znanieckiego.
Analfabetyzm był dramatem ok. 20 proc. populacji. Dostęp do edukacji na poziomie ponadpodstawowym miało 3,2 proc. populacji. Szansę studiowania na uczelni wyższej miał zaledwie 1 proc. Wszystkie te wskaźniki należały do najniższych w Europie.
Ekonomista Banku Światowego Marcin Piątkowski w swojej książce „Europe’s Growth Champion: Insights from the Economic Rise of Poland” stawia nawet tezę, że pod tym względem II RP bardzo przypominała południe Stanów Zjednoczonych po wojnie secesyjnej. I tu i tam poddaństwo osobiste zostało formalnie zniesione jeszcze w XIX wieku, a dawni niewolnicy (czarni w USA, chłopi w Polsce) mieli prawo szukać szczęścia gdzie im się podoba. W praktyce jednak feudalne struktury trwały nadal. Środki produkcji pozostały w rękach dawnych panów, którzy posiadali niemal nieograniczone możliwości dalszego – tym razem już rynkowego – wyzyskiwania dawnych niewolników. W tej sytuacji ułudą były też prawa polityczne. Formalnie istniała równość w wobec prawa. W praktyce brak materialnych podstaw do ich realizacji był jednak dojmujący. Trochę jak na późniejszej karykaturze, gdzie pan czyta chłopu konstytucję marcową z 1921 roku i mówi „No i teraz jesteśmy równi sobie. Rozumiesz, chamie?!”.
obserwatorfinansowy.pl
Podczas pierwszej wojny światowej lekarze zaopatrzyli w nowe twarze tysiące poparzonych i przestrzelonych. Nie wszystkie były udane, nic w tym dziwnego. Takim jak ten mój wojskowy, tylko dużo poważniej doświadczonym, dorabiano nosy, żuchwy, uszy, szyto nowe powieki, klajstrowano dziury w policzkach i szyi. Pierwsza wojna była okresem najgwałtowniejszego rozwoju operacji plastycznych, przeprowadzanych najczęściej na widocznych fragmentach ciała: były to operacje ratujące życie, pozwalające jako tako funkcjonować, pokazać się sobie samemu, najbliższej rodzinie albo na ulicy. Pochodzący z Nowej Zelandii otolaryngolog doktor Harold Gillies dokonał wówczas rewolucji w tym, co przyjmowane dziś jest jako naturalne, w chirurgii plastycznej. Chorzy czekali miesiącami, aż skóra nacięta na przykład ramieniu, jeśli pozostała tam jakakolwiek skóra, przyjmie się gdzieś na twarzy i powoli będzie można z niej formować wargę, nos czy policzek. Przez długie miesiące pacjent był jakby sklejony nowymi połączeniami, płatami skóry, często między ręką a twarzą, a cała ta konstrukcja, ramię i głowa, pozostawała wówczas unieruchomiona w nienaturalnej i bolesnej pozycji. (…)
Jeśli nie dało się przeszczepić nowych części ciała ani odtworzyć ich z własnej skóry pacjenta, sięgano po repertuar teatralny i z rozmaitych materiałów tworzono maski. Początkowo najczęściej używano gumy, jednak szybko się okazało, że jest bardzo podatna na zniszczenie. Przetarta i brudna twarz w miejsce twarzy nieistniejącej lub zmiażdżonej, taka to była zamiana. Szybko znaleziono jednak nowy materiał, który zapewniał wygodę, był dostatecznie lekki i trwały, mógł wytrzymać lata: była to cienka blacha miedziana malowana na kolor skóry. Pokaleczeni, ci, którym brakowało niemal wszystkiego (jest takie zdjęcie z profilu w podręczniku Gilliesa: czoło, niżej trójkątne wcięcie sięgające w głąb czaszki, niemal do ucha, i dopiero pozostałość dolnej szczęki; nicość obudowana resztką człowieka), ci wciąż żywi, choć przecież wyglądali, jakby już za życia dosięgł ich pośmiertny rozkład, nosili te nowe miedziane twarze na tasiemkach, paskach, haczykach; najczęściej jednak częścią zestawu były specjalne okulary, służące za rusztowanie dla metalowego oblicza. Chcę wierzyć, że nosili je z radością.
dwutygodnik.com
wtorek, 16 października 2018
Pierwsze polityczne kroki stawia w swoim rodzinnym Szczecinie. Współtworzy The Temple of Fullmoon i The Black Order, młodzieżowe organizacje neonazistowskie. Z kolegami wydaje dwa ziny: „Odalę” oraz „Waderę”. Czego w tych periodykach nie ma: wychwalanie Adolfa, fetyszyzacja swastyki, nazi blackmetal, Varg Vikernes, negowanie Holocaustu, „ezoteryczny narodowy socjalizm” i „pierwotny poganizm”, lata nowej ery liczone od urodzin Hitlera, wyższość rasy aryjskiej, Światowy Kościół Twórcy, soczysty antysemityzm i panslawizm – w zasadzie całe neonazistowskie bingo. Z muzyki młody Piskorski poleca wrocławski nazi blackmetalowy Graveland i („nie tylko ze względu na formę, lecz także treść merytoryczną”) białych suprematystów z Honoru. Z wokalistą tego pierwszego, Robertem Fudali, ps. Rob Darken, znają się zresztą jeszcze z The Temple of Fullmoon.
Wydawcami „Odali” i „Wadery” są, obok Piskorskiego, Igor Górewicz i Marcin Martynowski. Razem prowadzą też wydawnictwo Folk. „Adolf Hitler przywrócił nam naszą szlachetną wizję, dał nam siłę do marzeń, do tworzenia nowych cywilizacji”, możemy przeczytać na okładce opublikowanej przez nich broszurki Narodowy socjalizm, którą tłumaczy Piskorski. Jej autorem jest David Myatt, brytyjski neonazista i okultysta, współpracownik terrorystów z Combat 18. „Odala” umajona jest cytatami z Führera – „Wszystko, co nie wywodzi się z dobrej rasy, jest śmieciem”, możemy sobie przeczytać grubą czcionką. „Jakie inne doktryny, prócz faszyzmu i narodowego socjalizmu, i jakie inne kraje, prócz Italii i Trzeciej Rzeszy, osiągnęły tak wielkie zyski materialne i duchowe w tak krótkim czasie, stawiając czoło tak wielu przeszkodom?”, pytają retorycznie autorzy jednego z artykułów.
krytykapolityczna.pl
czwartek, 11 października 2018
Paradoksalnie, ludzie żyjący w średniowieczu byli bliżej osiągnięcia szczęśliwej bezczynności znanej z Krainy Obfitości niż my obecnie. Około roku 1300 kalendarz wypełniały dni wolne i święta. Juliet Schor, historyczka i ekonomistka z Harvardu, wyliczyła, że w tamtych czasach liczba dni wolnych od pracy stanowiła co najmniej jedną trzecią wszystkich dni w roku. W Hiszpanii udział ten wynosił zdumiewające 5 miesięcy, a we Francji niemal pół roku. Większość wieśniaków nie pracowała ciężej, niż to było potrzebne do życia. „Tempo życia było wolne – pisze Schor – nasi przodkowie nie byli być może bogaci, mieli za to mnóstwo czasu na wypoczynek”.
Gdzie więc podział się ten czas wolny?
Sprawa jest naprawdę bardzo prosta. Czas to pieniądz. Wzrost gospodarczy może przynieść albo większą ilość czasu wolnego, albo większą konsumpcję. W latach 1850–1980 rosło i jedno, i drugie, lecz później zwiększała się tylko konsumpcja. Nawet tam, gdzie dochody realne pozostały na tym samym poziomie i nierówności szybko narastały, konsumpcyjne szaleństwo nadal trwało, ale już na kredyt.
(...)
Na początku XX wieku Henry Ford przeprowadził serię eksperymentów, które wykazały, że robotnicy są najbardziej wydajni, gdy pracują 40 godzin w tygodniu. Dodatkowe 20 godzin pracy tygodniowo dawało korzyści przez 4 tygodnie, później zaś wydajność pracy spadała.
Inni posunęli się jeszcze dalej. Pierwszego grudnia 1930 roku, gdy wciąż szalał wielki kryzys, W. K. Kellogg, magnat zajmujący się produkcją płatków kukurydzianych, wprowadził w fabryce w Battle Creek w stanie Michigan sześciogodzinny dzień pracy. Był to świetny pomysł: dzięki temu Kellogg mógł zatrudnić dodatkowych 300 osób, a liczba wypadków przy pracy spadła o 41 procent. Ponadto pracownicy stali się znacznie bardziej wydajni. „Dla nas nie jest to kwestia czysto teoretyczna – z dumą opowiadał lokalnej gazecie Kellogg. – Jednostkowy koszt wytworzenia produktu tak się obniżył, że stać nas na płacenie za sześć godzin pracy tyle samo, co poprzednio płaciliśmy za osiem”.
(...)
Prawie pół wieku później brytyjski premier Edward Heath również odkrył zalety kapitalizmu płatków kukurydzianych, choć stało się to przypadkiem. Pod koniec 1973 roku miał on duże problemy: inflacja była rekordowo wysoka, wydatki rządu astronomicznie wysokie, a związki zawodowe wykluczały możliwość zawarcia jakiegokolwiek kompromisu. Jakby tego było mało, górnicy postanowili rozpocząć strajk. Z powodu częstych braków w dostawach energii Brytyjczycy przykręcili termostaty i założyli swoje najgrubsze swetry. Przyszedł grudzień i nawet bożonarodzeniowa choinka na Trafalgar Square nie została oświetlona.
Heath zdecydował się na radykalne kroki. Pierwszego stycznia 1974 roku zarządził trzydniowy tydzień pracy. Do czasu zażegnania kryzysu energetycznego pracownikom nie wolno było w pozostałe dni tygodnia korzystać z prądu. Magnaci stalowi spodziewali się, że produkcja przemysłowa spadnie aż o 50 procent. Ministrowie brytyjskiego rządu obawiali się gospodarczej katastrofy. Gdy w marcu 1974 roku przywrócono pięciotygodniowy dzień pracy, urzędnicy przystąpili do obliczania całkowitych strat produkcyjnych. Widząc rezultat, nie mogli uwierzyć własnym oczom: w sumie wyniosły one 6 procent.
krytykapolityczna.pl
środa, 26 września 2018
PAP: Jakie byłoby nasze życie, gdybyśmy nie potrafili orientować się w przestrzeni?
Prof. Edvard Moser: Jesteśmy całkowicie od niej zależni, wszystkie zwierzęta są. Gdybyśmy nie byli w stanie się w niej orientować, nie bylibyśmy w stanie przetrwać, znaleźć pożywienia, partnerów życiowych. Nie bylibyśmy w stanie uciec przed niebezpieczeństwem. Myślę, że to fundamentalna zdolność, która rozwinęła się bardzo wcześnie w drodze ewolucji.
PAP: Odkrył pan, że w naszym mózgu są specjalne neurony – komórki siatkowe, które wspólnie z odkrytymi wcześniej przez Johna O`Keefe`a z University College London komórkami (neuronami) miejsca tworzą w naszym mózgu mapę miejsc, które odwiedzamy. Jak powstaje ten system?
Prof. E. M.: To są dwa różne systemy. Siatka miejsca w korze śródwęchowej jest bardziej jak ogólna metryka systemu mierniczego, której możemy użyć w każdym możliwym miejscu świata, by obliczyć odległości i kierunki. Jest też drugi system, w hipokampie, zupełnie inny. To kolekcja tysięcy różnych map, po jednej dla każdego znanego otoczenia. Jak powstaje system, którym się zajmowałem, wiemy tylko trochę, ale mamy pewne pomysły, jak to się może odbywać. Jeden z nich zakłada, że komórki siatkowe mogą powstawać w wyniku interakcji między komórkami, które są bardzo gęsto ze sobą połączone, kiedy aktywność między nimi osiąga pewną równowagę i tworzą struktury heksagonalne.
PAP: Państwo odkryliście, że komórki siatki tworzą w mózgu struktury przypominające te znane z plastrów miodu, taki nasz system nawigacyjny.
Prof. E. M.: Pomysły na to, jak powstają w naszym mózgu te systemy prawdopodobnie będą ewoluować. Myślę, że możemy powiedzieć, iż są tworzone dość wcześnie w trakcie dojrzewania, jest tam silny komponent wrodzony, stąd dostajemy je niezależnie od doświadczenia, są uwarunkowane genetycznie.
PAP: Dlaczego te komórki siatki są umiejscowione w korze śródwęchowej? Przodkowie współczesnych ssaków byli zwierzętami nocnymi, może stąd bierze się powiązanie systemu nawigacji z korą śródwęchową?
Prof. E. M.: Rzeczywiście węch jest powiązany z tym obszarem mózgu, podobnie zresztą jak inne zmysły. Jest również częścią systemu nawigacji. Ale nie jest zbyt dokładny. Do precyzyjnej nawigacji powonienie nie jest zbyt często przydatne, bo zapachy się rozchodzą, przemieszczają. Inne bodźce zmysłowe też mają ogromne znaczenie, a w szczególności dane związane z poruszaniem się, informacja zwrotna płynąca z naszych mięśni w trakcie ruchu. To mogło pomóc mózgowi obliczyć, jak szybko się poruszamy i w którym kierunku.
PAP: Gdzie w naszym mózgu są przechowywane mapy miejsc, które odwiedziliśmy?
Prof. E. M.: Prawdopodobnie, przynajmniej częściowo, w samych komórkach tworzących system nawigacji. Komórki te są częścią systemu, który ocenia, gdzie się znajdujemy w każdym dowolnym momencie. Kiedy za każdym razem wracamy w to samo miejsce, te same komórki są aktywne. Ale możliwe, że dodatkowo te informacje znajdują się też w innych miejscach w mózgu.
PAP: Taka raz utworzona mapa jest wieczna i niezmienna?
Prof. E. M.: Wspomnienia nie są trwałe, zmieniają się z czasem. Każdego razu, kiedy ponownie odwiedzamy dane miejsce, "updatujemy" pamięć. I nawet kiedy o nim myślimy, nasze wspomnienia mogą się zmieniać. To może pomagać pamięci stać się bardziej dokładną, ale też może pójść w innym kierunku. Wydaje ci się, że pamiętasz, myślisz o czymś, co się wydarzyło, ale tak naprawdę nie miało to miejsca.
PAP: Tworzenie wspomnień to wciąż trwający proces?
Prof. E. M.: Tak, za każdym razem, kiedy o czymś myślisz, to wspomnienie może się trochę zmienić.
naukawpolsce.pap.pl
Gdyby zapytać młodych Polaków o to, jak po 1945 r. zagospodarowano ziemie zachodnie i północne, mieliby spore kłopoty z odpowiedzią. Kolejna biała plama w naszej historii. I to stworzona przez samych Polaków. Jeszcze tylko starsi mieszkańcy tych terenów wiedzą, co działo się na nich po wojnie. Skąd ich rodziny tam się znalazły, jakie były ich losy, jak z przybyszami z różnych stron budowano nową wspólnotę. A przecież te ziemie mogły wcale do Polski nie należeć. Nie byłoby Wrocławia, Kołobrzegu czy Szczecina. Byłyby Breslau, Kolberg i Stettin.
Prawicowa polityka historyczna, skrajnie wroga wobec Polski Ludowej, unika tego tematu. Bo za dobrze trzeba by było pisać o władzy i jej działaniach na Ziemiach Odzyskanych. Ich zagospodarowanie i scalenie z resztą kraju należy do najważniejszych osiągnięć PRL. Historycy IPN nie mogą tego zakwestionować, więc milczą. Bierne są też inne instytucje, szkoły, uczelnie. Atmosfera, jaką tworzy obóz władzy, nie sprzyja uczciwemu docenieniu dorobku pionierów Ziem Odzyskanych. Stąd też świadomość Polaków o ogromnym wysiłku ich przodków włożonym w scalenie tych ziem z macierzą jest znikoma. I najczęściej sprowadza się do scen z filmu „Sami swoi”.
Ziemie zachodnie i północne, jeszcze do niedawna zwane Ziemiami Odzyskanymi, stanowią dziś integralną część Polski. Spostrzegawczy podróżny zwróci co najwyżej uwagę na poniemiecką architekturę, tak odmienną od tej, którą widzimy na Mazowszu czy Lubelszczyźnie. Ludzie są tu bardziej otwarci i tolerancyjni, bliskość granicy oraz wielonarodowa przeszłość tworzą skuteczną zaporę przed różnego rodzaju nacjonalizmami i ksenofobią. Jeśli jednak wskazać konkretną cechę, która definiuje Ziemie Odzyskane, będą to wysiłek i determinacja ich mieszkańców, od 1945 r. niestrudzenie budujących polską historię tych terenów. Często wbrew woli rządzących.
„Siedziałam przy oknie pozbawionym szyb i bezmyślnie patrzyłam w dal. Nic mnie tu nie dziwiło ani nie interesowało. Te pola zryte czołgami, zdeptane stopami ludzi i zwierząt. Połamane drzewa i krzewy. Szkielety wypalonych domów, stosy gruzów” – wspominała swoją podróż do Kostrzyna nad Odrą Zofia Zielińska, jedna z setek tysięcy Polek i Polaków, którzy w połowie 1945 r. przybyli na Ziemie Odzyskane.
W pierwszych latach powojennych pas ziem od Szczecina po Opole i od Gdańska po Gołdap był morzem ruin. Jeszcze całkiem niedawno wchodziły one w skład Trzeciej Rzeszy, a poparcie dla nazistów było tu silniejsze niż gdzie indziej. W wyborach parlamentarnych z 1933 r. partia Hitlera zdobyła we wschodnich regionach Niemiec grubo ponad 50% głosów. Nic zatem dziwnego, że zmierzające na Berlin oddziały Armii Czerwonej niespecjalnie troszczyły się o stan zdobywanych miejscowości. Znamienny był los Landsbergu (obecnie Gorzowa Wielkopolskiego), zajętego w styczniu 1945 r. niemal bez jednego wystrzału. Kiedy jednak w marcu przybyła do niego polska administracja, dopalała się większość centrum miasta.
Z Gorzowem los i tak obszedł się łaskawie. Zamieniony przez Niemców w twierdzę Wrocław ostał się w 20%. Nieznacznie lepiej w połowie 1945 r. wyglądał Szczecin. W przygranicznym Gubinie działania wojenne przetrwało zaledwie 10% zabudowy. Podobnie było m.in. w Głogowie i Kołobrzegu. Całkowicie z powierzchni ziemi zniknął Kostrzyn, wielowiekowy fort stanowiący bramę do Berlina.
Jak pisze prof. Robert Skobelski z Uniwersytetu Zielonogórskiego, „średnia zniszczeń w przemyśle Ziem Odzyskanych dochodziła w 1945 r. do 73,1% i była wyższa od średniej zniszczeń przemysłu w całym kraju. Spośród 9.255 zakładów i przedsiębiorstw na tym obszarze zniszczeniu uległo 6.727. Straty w budownictwie mieszkalnym osiągnęły 1,5 mln izb, czyli 45%. Liczba budynków mieszkalnych, których stopień uszkodzeń przekraczał 10%, wynosiła 147.824 (na ziemiach dawnych 147.607). (…) Odłogiem leżało aż 78% gruntów ornych, straty w inwentarzu żywym dochodziły zaś do 80-90%”.
tygodnikprzeglad.pl
niedziela, 23 września 2018
Zaczynamy odczuwać przesyt technologią - wynika z najnowszego badania GfK Polonia i Clue PR. 83 proc. badanych dobrze się czuje w miejscach bez zasięgu, a ponad połowa uważa, że nowe technologie za bardzo ingerują w nasze życie.
Jak dodają autorzy badania, 32 proc. ankietowanych deklaruje, że ma o wiele za dużo aplikacji w swoim smartfonie, a 33 proc. respondentów celowo wyłącza transmisję danych od czasu do czasu, aby znaleźć się poza siecią.
Jednocześnie 57 proc. deklaruje, że ich zdaniem internet i nowe technologie "negatywnie wpływają na jakość kontaktów międzyludzkich, a 53 proc. ma poczucie, że nowe technologie za bardzo ingerują w życie człowieka". Tyle samo uważa, że są dla niego niebezpieczne. "Chociaż często z własnej woli jesteśmy zanurzeni w świecie cyfrowym, wyraźnie zaczynamy odczuwać zmęczenie" - oceniono.
"Początkowy hurraoptymizm, z jakim wielu z nas reagowało na technologiczne nowości, ustępuje miejsca rezerwie i większej świadomości w wyborze sprzętów. Rosnąca grupa konsumentów zaczyna podchodzić do technologii w japońskim duchu wabi sabi, odkrywającym piękno w przemijaniu i niedoskonałościach" – zaznaczyła, cytowana w komunikacie, Alicja Wysocka-Świtała, współautorka badania.
Według badaczy trend, który był dotąd obecny w designie, zaczyna przenikać do świata technologii. "75 proc. badanych nie wymienia sprzętów na nowe od razu, gdy uzna je za przestarzałe czy niezgodne z trendami" - czytamy. Ponadto 36 proc. respondentów ceni sobie urządzenia, których używa już kilka lat, "ponieważ są skonfigurowane zgodnie z ich potrzebami i bardziej +swojskie+”.
Dlatego, jak podkreślają autorzy, 42 proc. respondentów stara się naprawić sprzęty, a nie wymieniać. "Ma to związek z personalnym podchodzeniem do technologii, 23 proc. lubi nadać używanym urządzeniom osobisty charakter, poprzez naklejki, czy nienaprawianie zbitego ekranu, aby przestały być jedynie lśniącymi gadżetami" - wyjaśniono.
Średnio badani mają sześć urządzeń elektronicznych i deklarują, że mogliby zrezygnować z połowy z nich. "Przeciętnie konsumenci korzystają z 7 aplikacji na swoich smartfonach – co w obliczu liczby dostępnych aplikacji odpowiadających na praktycznie każdą sferę życia, nie wydaje to się zbyt wysoką liczbą. Zwłaszcza, że 32 proc. deklaruje, że ma za dużo aplikacji w smartfonie, a 23 proc. celowo nie instaluje niektórych aplikacji, aby uniknąć efektu hiperpołączenia, czyli nieustannego przebywania w sieci" - wskazano.
Badanie GfK Polonia i Clue PR przeprowadzono w kwietniu 2018 r. metodą CAWI na ogólnopolskiej próbie 600 Polaków w wieku 21-50 lat.
naukawpolsce.pap.pl
W 2017 roku kilka zaprzyjaźnionych think tanków z Bułgarii, Czech, Węgier, Łotwy, Słowenii i Polski wydało raport "Uciekające podatki - czy firmy w Europie Środkowo-Wschodniej płacą uczciwą część podatków". Z polskiej strony autorem raportu był mający już wyrobioną markę Instytut Globalnej Odpowiedzialności.
Główną tezą raportu było to, że w krajach Europy Środkowej korporacje płacą nieproporcjonalnie niskie podatki w porównaniu z innym krajami rozwiniętymi. Tę peryferyjną słabość wobec międzynarodowych koncernów państwa Europy Środkowej odbijają sobie na własnych obywatelach - wprowadzają wysokie podatki pośrednie, które płacą konsumenci.
(...)
Według raportu wpływy z podatku od korporacji CIT stanowią w Polsce tylko niecałe 1,5 proc. PKB, tymczasem średnia OECD jest… dwukrotnie wyższa. Spośród wszystkich badanych krajów tylko w Czechach wpływy z CIT stanowią większą część PKB (ponad 3 proc.), niż wynosi średnia OECD. Na Węgrzech, Litwie i Słowenii wpływy te, podobnie jak w Polsce, są niższe niż 2 proc. PKB. Z czego to wynika?
Po pierwsze, administracje skarbowe krajów naszego regionu nie radzą sobie z kontrolami cen transferowych, dzięki czemu międzynarodowe koncerny mogą pozorować handel między swoimi oddziałami i sztucznie zwiększać koszty (a więc zmniejszać na papierze swój dochód, czyli też finalnie płacony podatek).
Po drugie, państwa Europy Środkowej bardzo ochoczo przydzielają inwestorom ulgi podatkowe. Choć w sumie przecież nie muszą, bo i tak przyciągają inwestorów zdecydowanie niższymi kosztami pracy niż na Zachodzie. Raport zaczyna się od przykładu Bułgarii, w której w 2015 r. 10 największych pod względem dochodów firm per saldo otrzymało więcej ulg podatkowych, niż wpłaciło do budżetu.
Natura nie znosi próżni, więc oczywiście ubytki z podatku korporacyjnego trzeba czymś zasypać. Kraje Europy Środkowej uzupełniają więc swoje budżety podatkami pośrednimi, a szczególnie podatkiem od towarów i usług (VAT). Czyli czynią to kosztem własnych obywateli, bo podatek VAT to podatek płacony przez konsumentów. We wszystkich krajach regionu udział podatku VAT w całości dochodów podatkowych jest wyraźnie wyższy niż średnia OECD.
gazeta.pl
Baszar al-Asad w tej wojnie wygrywa? Już ją wygrał?
Prezydent Asad i jego sojusznicy kontrolują trochę ponad połowę terytorium Syrii – bez kurdyjskiej północy i terenów pustynnych – ale aż 2/3 ludności. Można powiedzieć, że z tej perspektywy reżim wojnę wygrał, tyle że byłoby uproszczenie, bo tam się toczy aż pięć wojen. Już jakieś trzy lata temu Asad wygrał wojnę z demokratycznym powstaniem, które zaczęło się na fali arabskiej wiosny 2011 roku. Zaczęło, dodajmy, bez przemocy i z niechęcią sięgnęło po broń dopiero w obliczu rzezi, jaką Asad zareagował na pokojowe demonstracje.
To demokratyczne powstanie miało jakieś szanse? Można mu było pomóc z zewnątrz?
Sama narzuca się tu analogia z hiszpańską wojną domową: oto państwa demokratyczne wstrzymywały się z interwencją tak długo, aż demokraci zostali wytłuczeni. Następnie zaś powiedziano, że jeżeli w tej wojnie komuniści walczą z faszystami, no to kogo my niby mamy popierać? Coś takiego stało się w Syrii: dość powszechny ruch świeckiej klasy średniej, tyle że słabo uzbrojony, początkowo odnosił sukcesy, także dzięki poparciu politycznemu Zachodu.
Czyli jednak demokratów wspierano?
Kiedy się okazało, że za tym poparciem politycznym nie idzie broń, za to reżim Asada jest stale dozbrajany przez Rosję i Iran, a z kolei dżihadyści przez Turcję, Katar i Arabię Saudyjską, to ci, którzy najpierw walczyli w szeregach zbrojnych utworzonych przez ruch demokratyczny, przenieśli się gdzie indziej: znudziło im się patrzeć, jak wszyscy dookoła giną. Nie bezzasadnie mówimy zatem, że w Syrii nie ma właściwie ruchów, które demokrata mógłby z czystym sumieniem poprzeć – bo najpierw demokrata pozwolił, by zostały wybite. Krótko mówiąc: Asad wojnę z demokratami wygrał, zdobywając wschodnią Gutę, ostatnią ich enklawę. Z kolei Idlib, czyli ostatni duży i zaludniony obszar Syrii, którego Asad nie kontroluje, jest w całości opanowany przez dżihadystów.
A te pozostałe wojny?
Druga wojna, która jest w centrum zainteresowania Zachodu i która wywołała interwencję zbrojną, to wojna z kalifatem. Ona powoli się kończy na naszych oczach, bo po zdobyciu Rakki i Dajr az-Zaur przez siły kurdyjsko-arabskie już żadne duże ośrodki nie są pod kontrolą islamistów.
Czyli chociaż jeden problem został rozwiązany?
Nie, bo teraz będzie jak w Iraku, tzn. pozostaną uśpione komórki i niewielkie grupki partyzanckie. Kalifat to była z jednej strony niewyobrażalnie brutalna dyktatura, z drugiej jednak, przynajmniej dla sunnickich mieszkańców Syrii, to byli „skurwiele, ale nasi” – bo jednak bronili ich przed jeszcze groźniejszymi dla nich alawitami, tzn. przed Asadem, Irańczykami i ich najemnikami. Poza tym ta wojna się teraz przeciągnie, bo oddziały kurdyjskie, które odgrywały w niej główną rolę, teraz mają ważniejsze zmartwienie…
Czyli walkę z Turkami?
Tak, stawianie oporu Turkom, którzy zajęli m.in. miasto Afrin. To jest trzecia wojna, która tam się rozgrywa – na opanowanej przez Kurdów północy Syrii graniczącej z Turcją. Przypomnijmy, że oddziały YPG, czyli kurdyjskie Powszechne Jednostki Obrony, utrzymywały neutralność w konflikcie między Asadem a siłami demokratycznymi, a także w trwającym konflikcie między Asadem a dżihadystami. Dzięki temu mogły efektywnie opanować północ kraju zamieszkałą głównie przez Kurdów, a następnie, korzystając z poparcia Amerykanów – którzy traktują ich jako głównych sojuszników w walce z ISIS – opanowali środkowe pogranicze syryjsko-tureckie, w tym tereny, gdzie większość ludności jest arabska. Zapewniają tam jednak minimum bezpieczeństwa w zamian za posłuszeństwo.
(...)
Jest jeszcze czwarta wojna: reżimu Asada z dżihadystami, i ona się nie skończyła. Reżim dotąd nie miał za bardzo ochoty się z nimi bić, bo i dla dżihadystów większym wrogiem był demokratyczny sprzeciw wobec Asada niż sam Asad. Co ciekawe, prezydent Syrii wypuścił dżihadystów z więzień zaraz po pierwszych demonstracjach w 2011 roku. Oni bowiem rozumieją, że walka z Asadem toczy się o militarną kontrolę terytorium Syrii, ale już nie o władzę nad duszami; ruch demokratyczny jak najbardziej stanowił tu dla nich konkurencję.
Podsumujmy: Asad wytłukł demokratów; Kurdowie pobili islamistów, a teraz bronią się przed najazdem Turków z północy, Asad bije się z dżihadystami, ale nie za bardzo…
A to wszystko dzieje się w kontekście piątej wojny, jaką Iran przy pomocy Syrii Asada toczy o kontrolę nad Bliskim Wschodem przeciwko wpływom sunnickiej Arabii Saudyjskiej – i tutaj Iran jest zdecydowanie triumfatorem. To siły lądowe Iranu umożliwiły Asadowi wygranie jego pierwszej wojny, do spółki z rosyjskim lotnictwem. Irańczycy pomogli mu, mimo że z szyickiego punktu widzenia alawici to heretycy tylko trochę mniejsi niż sunnici – to pokazuje, że reżim w Teheranie jest pragmatyczny, gdy chodzi o dobór sojuszników. Wskutek wojny w Syrii Teheran ma teraz korytarz lądowy do Morza Śródziemnego.
krytykapolityczna.pl
piątek, 21 września 2018
W Monachium SS-Obergruppenführer Gottlob Berger przejął trzynaście worków walut o wartości ocenianej na 18 milionów dolarów (ok. 170 mln obecnie). Kilka dni później do tego samego oddziału banku Rzeszy ponownie wtargnęli esesmani, lecz zdołali wywieźć tylko niewiele ponad milion dolarów. Była to część wielkiej akcji rabowania niemieckich banków prowadzanej przez SS.
We Wrocławiu pojawił się tajemniczy wysłannik Heinricha Himmlera. Podobno nazywał się Ollenhauer, choć tytułowano go również grafem von Hollerei. Widywano go w mundurze majora Wehrmachtu i po cywilnemu. To on nadzorował wyszukiwanie miejsc, gdzie można by ukryć skarby z Wrocławia, na które złożyły się kosztowności rekwirowane obywatelom i zakładom jubilerskim oraz bankom. Nie udało się ustalić, jak wielka była to fortuna, bo nie odnaleziono pokwitowań ani spisów gromadzonych kosztowności i bankowych aktywów.
Skrzynie składano w wielkim gmachu prezydium policji. Początkowo w podziemnych korytarzach ustawiono 56 metalowych skrzyń ważących od 50 do 200 kg, z wiekami uszczelnionymi gumą. Z biegiem czasu było ich tak dużo, że skrzynie nie tylko metalowe, lecz także drewniane, różnej wielkości i wagi, ustawiano na parterze. W styczniu i na początku lutego 1945 roku, zanim wojska sowieckie zamknęły pierścień wokół Wrocławia, wywożono je do skrytek w lochach zamków, sztolniach opuszczonych kopalń cynku i złota oraz niedokończonych chodników podziemnego kompleksu Riese w Górach Sowich, w rejonie Wałbrzycha. Do dzisiaj tego gigantycznego majątku nie odnaleziono.
newsweek.pl
czwartek, 20 września 2018
Cechą wyróżniającą tych tekstów jest to, że ich autorzy nie skupiają się na demaskowaniu, obnażaniu i dawaniu odporu wstrętnym antyliberalnym populistom w rodzaju Trumpa, Kaczyńskiego, Orbana czy Le Pena, ale analizują, jak liberałowie – dominująca przez kilkadziesiąt lat elita cywilizacji euroatlantyckiej – zawiedli. Bodaj najsilniej ten ton wybrzmiał w książce prof. Zielonki, który sam określa się jako "zaprzysięgły liberał". "Celem ataku – pisze – jest nie tylko Unia Europejska, ale także inne symbole współczesnego porządku: liberalna demokracja i neoliberalna ekonomia, migracja i wielokulturowe społeczeństwo, historyczne 'prawdy' i polityczna poprawność, umiarkowane partie polityczne i media głównego nurtu, kulturowa tolerancja i neutralność wobec religii".
Dlaczego tak się stało? Liberałowie przegięli, stwierdza krótko profesor z Oksfordu, który - w dodatku – pytany o przypadek Polski, uznaje, że używane z lubością przez prezesa PiS pojęcie "imposybilizmu" trafnie ukazuje problem: nawet jeśli wygrasz wybory, nie jesteś w stanie zmieniać polityki – bo ona może być tylko jedna. Dominować zaczęło myślenie przede wszystkim w kategoriach rozwoju gospodarczego, do czego w dużym stopniu przyczyniła się jedna z interpretacji liberalizmu, tj. neoliberalizm. To zostało wyjęte spod kontroli politycznej. Okazało się, że wyborcy mają prawo wybierać, kogo chcą, ale politycy i tak muszą prowadzić politykę, która jest zdominowana przez pewien konsensus elit.
(...)
Wtóruje mu Yascha Mounk, dla którego konieczne dla liberalnej demokracji "biurokratyczne instytucje regulacyjne obsadzone przez wyspecjalizowanych ekspertów zaczęły odgrywać rolę quasi-ustawodawczą", co zaowocowało tworzeniem "niedemokratycznego liberalizmu". W tle oczywiście u wszystkich autorów pojawia się globalizacja i działające w skali globalnej rynki finansowe, które uniezależniły się od demokratycznie powoływanych rządów i parlamentów państw narodowych.
(...)
Wspomniany Yascha Mounk wskazuje na nierówności, jako jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy. Zauważa, że choć nierówności między krajami ostatnio się zmniejszyły, to systematycznie wzrastają nierówności wewnątrz krajów – w tym tych najbardziej rozwiniętych. W Ameryce od lat pięćdziesiątych do 1985 roku dochody realne dolnej połowy podatników wzrosły dwukrotnie, a od 1986 roku do 2016 w ogóle nie wzrosły, natomiast w tym samym czasie dochody górnego jego procenta zwiększyły się o dwie trzecie. Polityczny sprzeciw wobec tak długotrwałej i uznawanej za krzywdzącą sytuacji, skutkujący wyborem populistycznego prezydenta, staje się zrozumiały.
tvn24.pl
Z badań, które przeprowadzono wynika, że około 30 proc. spośród ukrywających się Żydów przeżyło, a ponad 60 proc. zginęło. Procentowo najwięcej Żydów – spośród tych, którzy podjęli próby ratowania – przeżyło z powiatu złoczowskiego (47 proc.), a najmniej – łukowskiego (12 proc.).
W pewnej miejscowości doszło do strasznych zbrodni dokonanych rękoma miejscowych. Na potomków osób, które pomagały Żydom, wspólnota wiejska do dzisiaj patrzy się z podejrzeniem. W momencie, gdy rodzina tych ludzi, dokładnie wnuki, rozpoczęli rozbudowę swojego domu powstało podejrzenie, że robią to za żydowskie złoto - opowiada prof. Jan Grabowski, dodając, że nie jest łatwo dostać się osobom z zewnątrz się do tej wiedzy. - Dlatego kontakty z lokalnymi historykami regionalistami były dla nas ogromną pomocą.
Do ciekawych wniosków badacze doszli analizując Bielsk Podlaski, gdzie przed wojną w dużej mierze mieszkała zubożała szlachta, tzw. okoliczna, nazywana również zaściankową.
Na terenie tego powiatu wyszła zależność, że schronienie można było znaleźć w zaściankach. To one głównie pomagały Żydom. Natomiast w dużo większym stopniu, niemal wyłącznie, wydawali Żydów chłopi - mówi prof. Engelking zdradzając, że jest jedna rzecz, która łączyła wszystkie osoby pomagające Żydom. Dom na skraju lasu.
Jeżeli szukaliśmy ludzi, którzy pomagali Żydom, to najłatwiej było ich szukać wśród osób, które mieszkały w domach w pobliżu lasu. Innym słowy wśród ludzi żyjących na granicy wspólnoty wiejskiej, ale z drugiej strony, było to pierwsze miejsce, gdzie Żydów szukano.
Każdy powiat miał swoją specyfikę, każdy też stwarzał inne możliwości ratunku. Na przykład ucieczki przez granicę były możliwe jedynie w powiatach bocheńskim, dębickim oraz nowotarskim. Tam, gdzie było to możliwe, powstawały siatki przerzutu za granicę, zwłaszcza na Słowację i Węgry.
Ci, którym nie udało się znaleźć bezpiecznej kryjówki pod dachem domu, stajni czy stodoły, skazani byli na wędrowanie i błądzenie, okresowe przebywanie w lesie, na polach (np. latem - w stogach siana, zimą - w prymitywnych ziemiankach), czasem na krótkotrwałe pobyty w gospodarstwach. Przemieszczali się z miejsca na miejsce, stale poszukując bezpiecznej kryjówki na dłużej.
Kolejną strategią, obecną w niemal wszystkich opisywanych powiatach, było ukrywanie się w leśnych bunkrach: lasy stanowiły naturalne miejsce schronienia, pierwszą kryjówkę dla większości uciekinierów z gett. Chroniły się tam setki Żydów. Ich liczba topniała jednak na skutek następujących po sobie obław i „polowań”.
Najbardziej śmiertelnym miejscami, które przeanalizowano pracując nad książką, były małe miasteczka.
O ile na wsi można było przeżyć, to małe miasteczka były śmiertelnymi pułapkami. Ocalali tam nieliczni Żydzi, z reguły malutkie dzieci, przyjęte przez polskie rodziny - wyjaśnia prof. Grabowski.
Dużą rolę w niemieckiej strategii wyniszczenia Żydów odegrała Policja Polska Generalnego Gubernatorstwa, zwanej od koloru mundurów, granatową.
Mieszkańcy polskich wsi częściej niż Niemcom donosili lokalnej polskiej policji. Policja granatowa nieraz rozstrzeliwała Żydów na miejscu lub w pobliżu miejsca wykrycia. Czasem koło posterunku PP. Mordy na Żydach dokonane przez granatowych policjantów bywały także wynikiem ich własnej inicjatywy, bez wiedzy Niemców.
Śmiertelne zagrożenie dla ukrywających się Żydów stanowili także członkowie polskiej konspiracji. Szczególnie wielu (14 proc. spośród wszystkich ukrywających się, którzy zginęli) zostało zamordowanych przez polskie podziemie w powiecie miechowskim.
tokfm.pl
piątek, 14 września 2018
Np. w 1772 roku interwencja dyplomacji watykańskiej przyczyniła się do udziału Austrii w pierwszym rozbiorze Rzeczypospolitej. Cesarzowa austriacka Maria Teresa, gorliwa katoliczka, była mu pierwotnie przeciwna. Zwolennik rozbioru Polski i szef dyplomacji wiedeńskiej książę von Kaunitz przekonał cesarzową korzystając z życzliwości papieża.
Poprzez spowiednika cesarzowej, jezuitę, papież przekazał jej myśl, że obowiązkiem Austrii jest udział w rozbiorach – po to, aby przeciwstawić się rosnącej potędze Rosji i wybawić kilka milionów dusz katolików od prawosławia, które dla Rzymu było wówczas schizmą.
Kościół zwalczał Konstytucję 3 Maja 1792 roku, którą uważał za szerzącą ideały francuskich jakobinów, oraz popierał konfederację targowicką – do której należał prymas oraz wielu biskupów.
9 czerwca 1832 roku papież Grzegorz XVI w encyklice „Cum primum” potępił powstanie listopadowe (1830-1831) jako bunt skierowany przeciwko legalnej władzy cara.
Pisał: „Wiemy, że posłuszeństwo, które ze strony ludzi należy się ustanowionym od Pana Boga władzom, jest prawem bezwzględnym, któremu nikt, chyba, gdyby się zdarzyło, iż one coś boskiemu i Kościoła prawu przeciwnego rozkazują, sprzeciwiać się nie może”.
Papież Pius IX potępił powstanie styczniowe (1863-1864), wypowiedział się, że car miał prawo stłumić „niesprawiedliwy rokosz” i bardziej zainteresowany był potępianiem „knowań rewolucyjnych”, które mogły być groźne dla wiary.
Nic więc dziwnego, że patriotyczna radykalna inteligencja polska uważała często Watykan za ośrodek polskiej niepodległości wrogi albo obojętny. Widać to dobrze w słynnej scenie audiencji papieskiej w „Kordianie” Juliusza Słowackiego, dramacie napisanym w 1833 roku, a więc tuż po upadku powstania listopadowego oraz papieskiej encyklice, która je potępiła i przypomniała Polakom o obowiązku posłuszeństwa wobec cara.
oko.press
sobota, 8 września 2018
Poza „szpiegami” Rosjanie wyłapują też „dywersantów” – tych ostatnich „wykryto” znacznie więcej, szesnastu na samym Krymie. Wśród nich jest Ołeksij Syzonowycz: sześćdziesięciojednoletni emeryt z Donbasu, którego siłą wywieziono do Rosji. Za „przygotowywanie zamachów na terytorium Federacji Rosyjskiej” w trwającej zaledwie trzy dni rozprawie sądowej został skazany na dwanaście lat więzienia. Sąd oparł się na zeznaniach dziewięciu osób, które nie pojawiły się w sądzie, a adwokaci uważają, że część z nich istnieje tylko „na papierze”. Według wersji prokuratury podczas zatrzymania Syzonowycz próbował uciec wpław przez rzekę, co zdaniem obrońcy jest absurdem, gdyż emeryt nie potrafi pływać.
Za „dywersantów” na Krymie zostali uznani także Jewhen Panow, Andrij Zachtijoraz długoletni eksperci od spraw militarnych renomowanego centrum analitycznego NOMOS w Sewastopolu – Dmytro Sztyblikow i Ołeksij Besarabow. Panow jest byłym uczestnikiem operacji antyterrorystycznej na Donbasie. Na Krym trafił w nieznanych do dziś okolicznościach. Zachtij miał z kolei na koncie drobne wykroczenia, które prawdopodobnie posłużyły za pretekst do wysunięcia poważniejszych zarzutów. Cała czwórka miała rzekomo przygotowywać na półwyspie ataki na obiekty infrastruktury krytycznej. Na materiale wideo z mieszkania Sztyblikowa, który opublikowały rosyjskie media, śledczy prezentują „arsenał” – broni służącej do gry w paintball.
Osobną grupę stanowią więźniowie przetrzymywani w związku z tak zwaną sprawą czeczeńską. Chodzi o członków Prawego Sektora Mykołę Karpiuka oraz Stanisława Kłycha, którym rosyjskie organy ścigania zarzucają udział w zbrodniach wojennych w Czeczenii w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Śledczy twierdzą, że obaj rozstrzelali co najmniej trzydziestu obywateli Rosji. Jednak według danych Memoriału osiemnastu z nich zabito w innych miejscach, niż wskazywała prokuratura, a kolejnych jedenastu nie zginęło przez rozstrzelanie. Karpiuka i Kłycha skazano na odpowiednio dwadzieścia dwa i pół roku oraz dwadzieścia lat więzienia. Według ukraińskiego konsula w Rosji, obaj mają na ciele ślady tortur. W trakcie śledztwa mieli także zeznać, że w Czeczenii walczył były premier Ukrainy Arsenij Jaceniuk.
new.org.pl
wtorek, 4 września 2018
Jak wyobraża sobie pan idealną pluralistyczną wspólnotę polityczną?
Idealnej nie ma, ale możemy mieć taką wspólnotę rozumianą jako naród polityczny, nie etniczny czy kulturowy, czyli dotyczącej wszystkich obywateli Rzeczpospolitej i zarazem będącą częścią wspólnoty europejskiej. Unia Europejska to nie jest naród, ale nie jest też tylko jakimś doraźnym, pragmatycznym zlepkiem. Myślę, że to potrwa, ale taka tożsamość powstanie. Myślałem o tym ostatnio, czytając Pojutrze Pauliny Wilk, to książka napisana w bardzo zmysłowy sposób. Można w niej poczuć tłok Seulu, beznadziejny upał Kampali i zrozumieć, że jakąś wartością jest miasto europejskie – polskie, niemieckie, czeskie. Zrozumieć, że to nie jest fikcja, ale realny, odrębny od otaczającego nas świata krąg kulturowy i polityczny.
Dziś ciężko sobie wyobrazić jednolitą, wychodzącą poza nasz konflikt polską tożsamość.
Nasze imaginarium jest silnie historyczne, więc w i historii powinniśmy szukać pluralizmu. Myślałem, że to będzie zanikać wraz z oddalaniem się komunizmu, zwłaszcza, że na początku lat 90. był taki moment obojętności wobec historii. Było mi nawet z tego powodu przykro, bo jako absolwent historii miałem poczucie że to, co mnie interesuje, jest dla większości nieważne. Te obawy nie znalazły jednak pokrycia w rzeczywistości. Nie wiem, czy się z tego cieszyć, ale można to wykorzystać. Batalia o nasze imaginarium wymaga przekopania się przez historię, zrozumienia realnych, bardzo różnych wyborów, jakich dokonywali Polacy w epoce nowoczesnej, może już bez tego sięgania do husarii i Sarmatów.
Ale do rabacji galicyjskiej już tak.
Prędzej, ale myślę przede wszystkim o historii najnowszej. Przykładowo, to co napisał Andrzej Leder w Prześnionej rewolucji uważam za bardzo ciekawe wyzwanie intelektualne dla prawej strony. Za mało uwagi poświęcamy na prawicy temu, jak bardzo naród po wojnie się zmienił. Andrzej Chwalba pisze na początku jednego z tomów Dziejów Krakowa, że ktoś, kto przed wojną był urzędnikiem, stał się fryzjerem, a stróż zasiadł we władzach miasta. To było naprawdę gigantyczne przegrupowanie, jeśli dodać do tego przesunięcie granic na zachód, zmianę warunków mieszkaniowych, zajęcie dawnych domów niemieckich, żydowskich. A jeszcze to ludzie przeżyli przecież drugą wojnę światową! Po tej wojnie nie było takiego ctrl+z, że wracamy tam, skąd przyszliśmy. Tak samo ważnym tematem jest społeczeństwo polskie po 1956 roku, bo do odwilży było w nim jeszcze poczucie obcości, terroru, ale potem komunizm złagodniał, wiele ludzi poszło na współpracę z systemem. Odkrywanym dopiero dziś tematem są też polskie miasta, które w ostatnich dekadach naprawdę bardzo się zmieniły, co więcej mają przecież nowych mieszkańców, przybyłych po wojnie, w czasie kolejnych fal urbanizacji. Niektórzy badacze twierdzą, że dopiero w trzecim pokoleniu miasto uznaje się za swoje. Pani pokolenie nie dziwi się już ich kształtowi, nie odrzuca np. bloków i ich brzydoty, funkcjonuje w polskich miastach w sposób naturalny. Chciałbym, żeby to nowe imaginarium objęło te wszystkie historie.
krytykapolityczna.pl
Nic nam się nie udało? Państwo rzeczywiście jest tylko teoretyczne?
Jeśli chodzi o kształt instytucjonalny, to moim zdaniem dobrze zbudowaliśmy centrum władzy – najpierw reformą Cimoszewicza, kiedy utworzono KPRM, później odpowiednimi zapisami w konstytucji – i dzięki temu mamy silny urząd premiera i jak ktoś chce być silnym premierem, to może nim być. Problemem jest natomiast słabe zaplecze premiera, w tym przede wszystkim intelektualne. Nie chodzi mi o to, że urzędnicy są głupi, tylko że brakuje ludzi i instytucji, które wyposażałyby premiera w niezależną od resortów wiedzę. Premier powinien być nie tylko najlepiej poinformowaną osobą w państwie, ale również aspirować do przewagi nad partnerami z innych państw. A sądząc po tym, kim otaczają się nasi premierzy, najważniejszy jest wizerunek, to by nas było jak najlepiej widać.
I dlatego nazywa pan Polskę krajem o ograniczonej percepcji?
Tak, to przede wszystkim wada polskiego państwa. Władza powinna być wyposażona w instytucje, które zbierają wiedzę, programują polityki publiczne, a nie tylko zatrudniać speców od politycznego PR-u, spin doktorów od medialnych zadym.
Jak sobie pan to wyobraża?
Sprawne zaplecze władzy jest nieduże, ale potrafi zamówić wiedzę, analizować dostępne źródła, by briefować premiera, a w pewnych sytuacjach – także opinię publiczną, a nie zamulać ją propagandą. I umie zadawać pytania, czyli na przykład ogłasza konkurs – choćby na wzór jednej z firm konsultingowych – dotyczący pomysłów na sprawne państwo, a potem wybiera najlepszą ofertę i wynagradza jej pomysłodawców, by mogli ją rozwinąć. Przy okazji dysponuje mapą interesujących ośrodków eksperckich, które wprawdzie przegrały konkurs, ale mają dobre pomysły i wiedzę. Tymczasem nasze państwo traktuje ekspertyzy jako jakieś podkładki, usprawiedliwienia dla politycznych decyzji.
krytykapolityczna.pl
piątek, 17 sierpnia 2018
Rafał Matyja: (...) Jesteśmy zatem w pułapce rozdętego do granic konfliktu politycznego, który rozgrywa się między PO i PiS – dwiema partiami centroprawicowymi, które w genezie były do siebie bardzo podobne.
Kto zaczął?
To jest pytanie z poziomu piaskownicy, trzeba by je zadać uczestnikom sporu. Próbowałem kiedyś prześledzić jego historię: wcześniej artykułował go Tusk, ale jednak prowokowany przez wypracowany przez Kaczyńskiego podział na Polskę solidarną i liberalną. Stało się to w 2005 roku, kiedy okazało się, że koalicja PO-PiS nie jest możliwa, choć wcześniej przecież politycy obu partii mówili o „braciach z Platformy i braciach z PiS-u”. Myślę, że Kaczyński i Tusk decyzję o tym, że nic z tego nie będzie, podjęli jednocześnie, bo te partie były zbyt blisko siebie, i potem już tylko sprawdzali, na ile można grać z partnerem va banque. Obydwu panom było to bardzo na rękę.
Być może to się musiało załamać? Wątły konsensus, który pozwolił Polsce przetrwać lata 90. w jako takim politycznym spokoju, oparty był na wizji wejścia Polski do UE i NATO. W 2005 roku te marzenia już się spełniły…
Nie, ja dostrzegam tutaj inną przyczynę. W 2004 roku załamały się wpływy SLD, który zgarniał dużą część wyborców lewicowych i liberalnych, znacznie większą, niż by to wynikało z jego postkomunistycznego charakteru. Jednocześnie w roku 2005 do Sejmu weszły ponownie dwie antyeuropejskie partie, czyli Samoobrona i LRP, co pokazuje, że ten konsensus nie był pełny. I z analizy elektoratów wyszło, że PiS, idąc na walkę z PO, miał drogę otwartą do pozyskania wyborców Samoobrony i LPR, bo ci przede wszystkim nie znosili liberałów. Tusk natomiast mógł przejąć dużą część elektoratu SLD, który przede wszystkim nie lubił PiS-u i Kościoła.
Ale chyba nie tylko politycy odpowiedzialni są za podsycanie konfliktu, który wtedy się rozpoczął.
Również media, które nazywam tożsamościowymi, czyli te, które dostarczają pociechy swoim odbiorcom i utwierdzają ich w przekonaniu, że wartości przez nich wyznawane są słuszne. Na szczęście istnieją media i dziennikarze, którzy mimo swoich poglądów – lewicowych, liberalnych czy prawicowych – wznoszą się ponad logikę dwóch walczących armii. Media tożsamościowe są niebezpieczne, bo nie dość, że podsycają konflikt, to odwracają uwagę odbiorców od rzeczywistych wyzwań, które nie mieszczą się w logice debaty PiS – antyPiS. A wiemy, że tematy dotyczące spraw spoza tego sporu – peryferyjności, kwestii społecznych, rynku pracy – przebijają się w mediach z trudem. Wielu dziennikarzy reaguje znudzeniem, gdy próbuję mówić o samorządach, centrum rządu. Czekają, by zadać jeszcze jedno pytanie o Kaczyńskiego czy Tuska lub o którąś z symbolicznych awantur.
krytykapolityczna.pl
poniedziałek, 13 sierpnia 2018
W biedniejszych – i przez to często patologicznych – środowiskach stosuje się inne niż w warstwach uprzywilejowanych modele wychowania. To one w dużym stopniu odpowiadają za gorsze wyniki w nauce i testach na inteligencję. Problemem zajęła się Annette Lareau z University of Pennsylvania, badaczka norm kulturowych w różnych kręgach społeczeństwa amerykańskiego. Razem ze swoimi asystentami spędziła ponad 20 lat w salonach i nędznych przyczepach kempingowych służących za mieszkania, obserwując funkcjonowanie rodzin. Zauważyła, że przedstawiciele klas wyedukowanych i nizin społecznych nie reprezentują stylów rodzicielstwa z przeciwnych końców tego samego kontinuum, ale tworzą zupełnie różne teorie i wzorce wychowania dzieci.
Dzieci z tzw. dobrych domów wzrastają w atmosferze określanej przez Lareau zgodnym wychowaniem. Ich rodzice angażują się we wszystkie dziedziny życia swoich pociech. Podejmują spójne wysiłki, by dostarczyć im nieprzerwany strumień stymulujących informacji, wrażeń i doświadczeń. Wożą je z jednych zajęć na drugie i pilnują, by w trakcie 10-minutowej przerwy między tenisem a nauką kodowania ich latorośl odrobiła pracę domową z fizyki jądrowej. Reżim nie do pozazdroszczenia. Ale czy będąca jego skutkiem dojrzałość społeczna nie jest warta największego wysiłku? Dzieci wiedzą, jak się obracać w świecie zorganizowanych instytucji, sztywnych reguł i konwenansów. Umieją występować przed publicznością, robić dobre wrażenie i rozmawiać z dorosłymi, patrząc im prosto w oczy. Niektóre nawet przewidują konsekwencje swoich czynów.
Gdy Annette Lareau pokazywała gorzej sytuowanym rodzicom grafik zajęć pewnej zamożnej rodziny, łapali się za głowę. Uważali, że z powodu stresu, tempa i obciążeń dzieciaki z bogatych domów muszą być niewiarygodnie smutne. Przedstawiciele niższych klas społecznych byli pewni, że pozwalając własnym dzieciom na więcej wolności, uszczęśliwiają je i uczą samodzielności. Rzeczywiście, były bardziej rozluźnione, energiczne i spontaniczne. Rzadziej też narzekały na nudę. Lareau dostrzegła wiele zalet modelu wychowania w niższych klasach. Ale zwróciła też uwagę na jego wady. Za małą wagę przywiązuje się w nich do wpajania zasad współczesnej ekonomii – oceniała. Wprawdzie uboższe dzieci mają lepszy kontakt z dalszymi krewnymi i kolegami z podwórka, lecz w sytuacjach publicznych, oficjalnych tracą całą pewność siebie. Ich zdolności komunikacyjne, językowe pozostawiają wiele do życzenia, co zdecydowanie odróżnia je od rówieśników z elitarnych dzielnic i szkół prywatnych. Słabiej też kontrolują swoje emocje i impulsy.
„Efekty widać gołym okiem. Studenci z najbiedniejszych ćwierci populacji mają 8,6 proc. szansy na zdobycie dyplomu. Studenci z najbogatszej ćwierci – aż 75 proc.” – pisze David Brooks w książce „Projekt życie”. I cytuje Jamesa J. Heckamana, laureata Nagrody Nobla z ekonomii: „50 procent różnic w dochodach w trakcie całego życia determinują czynniki obecne w życiu człowieka przed ukończeniem osiemnastu lat. Większość tych różnic wiąże się ze zdolnościami nieuświadomionymi, takimi jak postawy, postrzeganie i normy”.
focus.pl
„Naprawdę nie chciałem zepsuć internetu” – mówi Ethan Zuckerman, który wynalazł reklamy pop-up. „Naprawdę nie chciałem truć ludziom życia. Jest mi niesłychanie przykro”.
„Budzę się często zlany potem i myślę: »co zgotowaliśmy światu«?” – to Tony Fadell, jeden z ojców iPoda.
„Znacie ten odcinek Black Mirror, w którym każdy ma obsesję na punkcie lajków?” – pyta Leah Pearlman, współwynalazczyni lajków. „Nagle zaczęłam się bać, że stanę się takim człowiekiem. I że sama to innym umożliwiłam”.
„Byliśmy głupi” – mówią jednym głosem złote dzieci Doliny Krzemowej. „Myśleliśmy, że pchając technologię do przodu łączymy ludzi, niesiemy Globalnemu Południu narzędzia budowania demokracji i udostępniamy darmową wiedzę”.
Nie wyszło, bo – jak opowiadają „New York Magazine” – wszystko zepsuł pan kapitalizm. Żeby internet pozostał darmowy, trzeba było zbudować potężny model biznesowy oparty na pochłanianiu uwagi internautów. A jak najłatwiej zwrócić czyjąś uwagę, wiedziano już od czasu powstania mediów masowych: szokowaniem, wkurzaniem i podsuwaniem wrogów.
„Marzenie Doliny Krzemowej o stworzeniu usieciowionej utopii skończyło się globalną budą z jednorękimi bandytami opanowaną przez spam, cybersebiksów i Władimira Putina” – pisze Noah Kulwin, autor wywiadu, zauważając, że ostatnie lata w coraz bardziej spersonalizowanym, ubańkowionym internecie przyniosły światu niespotykaną do tej pory polaryzację postaw, nienawiść reprodukowaną kliknięciami użytkowników. A w efekcie – Trumpa i Brexit.
Putin jest oczywiście zachwycony, że udało mu się przyczynić do czegoś, co politologowie nazywają „powrotem wielobiegunowego świata”, gdzie Putin, rzecz jasna, jest jednym z biegunów. Co wolno kapitałowi na Zachodzie – dzielić i rządzić (w rozproszeniu) – nie wolno jednak w Rosji, która od lat kroczy w awangardzie cenzurowania internetu. Czynność ta w krajach liberalnej demokracji pozostaje (jeszcze) tabu. Od 2008 roku w Rosji funkcjonuje rejestr stron zakazanych, a wprowadzane później ustawami zakazy używania brzydkich słów, propagowania homoseksualizmu czy ekstremizmu uderzają przede wszystkim w internetowych aktywistów.
Teraz Rosja – a dokładnie Roskomnadzor, federalna służba odpowiadająca za kontrolę mediów – wzięła się za komunikator Telegram, jeden z najbardziej znanych dzieł rosyjskiej branży IT. Jego twórca, Paweł Durow, odmówił udostępnienia służbom – oczywiście w celu walki z ekstremizmem – kluczy kryptograficznych do deszyfrowania wiadomości przesyłanych przez użytkowników. W odpowiedzi dokonano próby zablokowania komunikatora, ale oczywiście nie jest to tak proste, jak w przypadku pojedynczej witryny.
W wyniku ścigania się z Durowem (i VPN-ami), czyli blokowania milionów adresów IP związanych z Telegramem, Roskomnadzorowi udało się, według doniesień mediów, doprowadzić np. do problemów z funkcjonowaniem m.in. terminalów płatniczych i kas w supermarketach, Asany, Vibera, Microsoft Office’a, Play Station, Xbox Live, a nawet Tindera. Przypadkowo odblokowano też wpisane w 2014 roku na czarną listę opozycyjne portale internetowe: kasparov.ru i grani.ru. Roskomnadzor zaczął temu wszystkiemu na swojej stronie zaprzeczać, ale dementi nie można było przeczytać, gdyż strona padła ofiarą ataków DDoS.
Roskomnadzor wkurzył się tą kompromitacją i ogłosił, że zamierza zatem do końca roku zablokować na terenie Rosji Facebooka, od którego już od lat bezskutecznie żąda przechowywania danych rosyjskich użytkowników na serwerach znajdujących się na terenach Rosji.
krytykapolityczna.pl
wtorek, 7 sierpnia 2018
Volkswagen, BMW i Daimler czy może jednak Tesla? Barclays na prawie 90 stronach raportu zestawia spółkę Elona Muska z pomysłami na samochody elektryczne weteranów branży motoryzacyjnej. Najbliższe lata mają być kluczowe, bo weterani nie zamierzają odpuszczać pomimo wielu lat na karku.
Brytyjski bank nie obstawia jeszcze zwycięzców i przegranych wyścigu o prym na rynku samochodów elektrycznych, ale postanowił zestawić muskową pogoń za automatyzacją z ideą przemysłu 4.0 forsowaną przez największe przedsiębiorstwa branży motoryzacyjnej.
(...)
Ta pogoń niestety okazała się zbyt idylliczna – sam Musk w tweecie z połowy kwietnia przyznał, że ludzie są niedoceniani i automatyzacja powinna nieco zwolnić tempa, a nawet częściowo zawrócić. Zrzucenie większości procesów na „barki” robotów skończyło się dla Tesli ciągłym łataniem procesów i walki z wąskimi gardłami, które na stałe wpisały się już w harmonogram produkcji modelu 3.
I w tej kwestii szale przeważają na korzyść niemieckich producentów i „innych dinozaurów”, którym Tesla miała pokazać, kto rządzi na dzielni. Dinozaury natomiast skupiły się na przemyśle 4.0, czyli harmonizowaniu pracy robotów, ludzi i procesów – i niewątpliwie mają w tym znacznie dłuższe doświadczenie niż Tesla w automatyzacji. Przykładowo Toyota od lat implementowała w swoich fabrykach idee just-in-time czy Lean management. Jednym z elementów całej układanki stała się także judoka, czyli automatyzacja „z ludzkim sznytem” – skupienie na zatrzymywaniu problematycznych procesów i natychmiastowe ich rozstrzyganie. Japoński producent był przekonany, że w tym procesie niezbędny jest człowiek ze swoimi oczami, uszami i doświadczeniem.
bankier.pl
niedziela, 5 sierpnia 2018
- Im szybciej zaakceptujemy fakt, że w gruncie rzeczy straciliśmy naszą prywatność, tym szybciej możemy usiąść i odbyć bardzo ważną debatę, która zapewni, że ten nowy świat będzie nadal bezpiecznym i nadającym się do zamieszkania miejscem do życia – mówił dr Kosiński w rozmowie z „CBS Evening News”.
Metodologia badania społecznego dr Kosińskiego jest niezwykle precyzyjna i skuteczna. Ślady jakie zostawiają w sieci internauci pozwalają dokładnie określić nie tylko ich pochodzenie etniczne, wyznanie, poglądy polityczne i preferencje seksualne ale nawet wygląd, poziom inteligencji czy zainteresowania.
- To nie moja wina. To nie ja zbudowałem bombę. Ja tylko pokazałem, że ona istnieje – mówi naukowiec.
(...)
- Na podstawie lajków z Facebooka, algorytm jest w stanie przewidzieć ze skutecznością od 60 do 93 proc. fakty na temat życia każdej jednostki – tłumaczył dr Michał Kosiński na jednym ze spotkań branżowych. – Na podstawie 70-100 lajków, algorytm jest w stanie zdobyć podobną wiedzę na temat jednostki, co jego rodzina. Na podstawie 250 lajków, system będzie znał nas lepiej niż małżonek.
forsal.pl
środa, 1 sierpnia 2018
Po wejściu w życie ustawy Smoota–Hawleya do końca 1932 r. obroty w handlu światowym spadły o 47 proc. Wkrótce w krajach uprzemysłowionych pracę straciło 34 mln ludzi. Do tego jeszcze niemal ustał międzynarodowy handel żywnością. W tym sektorze gospodarki wartość zawieranych kontraktów zmalała o 75 proc. Dla amerykańskich farmerów oznaczało to wyrok śmierci. Lato 1930 r. przyniosło im wspaniałe plony z obsianych po same brzegi pól. Tylko nikt nie chciał ich kupić. Do tego jeszcze nisko oprocentowane pożyczki z budżetu federalnego zachęcające do zwiększenia produkcji nagle stały się kamieniem u szyi. „Ceny produktów rolnych spadły, co doprowadziło do bankructwa dziesiątki tysięcy rolników. Buszel pszenicy, który w 1929 roku był sprzedawany za dolara, około 1932 roku kosztował jedynie 30 centów” – pisze Lawrence W. Reed.
forsal.pl
Na ulicach Węgrowa w dniu likwidacji getta zabito około tysiąca Żydów. Przyglądający się rzezi Polacy zrywali z martwych ubrania i wyrywali im złote zęby. „Złote koronki z zębów ściągano różnymi narzędziami. Z tego powodu nazywano ich w Węgrowie 'dentystami'. Dentyści sprzedawali swój towar przy pomocy różnych pośredników. Gdy jednemu z tych pośredników, który był urzędnikiem sądowym, powiedziano, że na tym złocie jest ludzka krew, odpowiedział: 'nic podobnego, sam je dokładnie oczyściłem'”.
Inne przytoczone przez profesora Grabowskiego świadectwo pochodzi od strażaka Janiszewskiego: „Zdjąłem trupowi kolczyki i pierścionek i oddałem je komendantowi policji granatowej. A za to otrzymałem pozwolenie zatrzymania butów zdjętych z trupa zabitej Żydówki. W tych butach chodziła później moja żona”. Tenże sam Janiszewski zobaczył innym razem, że „obok trupa leżała szczęka kauczukowa ze złotą koronką, od której szpadlem odrąbałem koronkę i schowałem do kieszeni”.
Członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej najmowali się do pomocy Niemcom bez przymusu, wręcz na ochotnika. Po likwidacji getta w Węgrowie wraz z granatową policją i miejscową ludnością przeczesywali dom po domu, wyciągając Żydów z kryjówek. „Dodatkową zachętę stanowiło ćwierć kilo cukru, które Niemcy obiecali wydać polskim ochotnikom za każdego doprowadzonego Żyda” – pisze prof. Grabowski, przytaczając relację Efraima Przepiórki.
Innym razem ochotnikom rozdawano wódkę: „Jeden z żandarmów wezwał osoby biorące udział w łapaniu Żydów, by podniosły rękę do góry. Dużo osób podniosło ręce. Niemcy zaczęli rozdawać wódkę. Najbardziej zasłużeni dostawali po półtora litra wódki, a reszta po pół litra”.
Wyłuskiwanych z kryjówek Żydów prowadzono najczęściej na miejscowy kirkut, gdzie dokonywano egzekucji. To właśnie podczas tej ostatniej drogi żonie Fiszmana „gdyby nie była w stanie dość szybko ściągnąć kolczyków – próbowali obciąć uszy”. A do towarzyszącej jej Żydówki „Polacy wołali: 'oddaj nam swoje buty!'. A ona na to: 'Nie chcecie poczekać, aż mnie zabiją?'. Na to Niemiec kazał zdjąć jej buty (…) i powiedział do Polaków – teraz weźcie sobie jej buty”.
newsweek.pl
Wiktoria Bieliaszyn: Putin obiecał, że nie będzie kandydować w 2030 roku. Słyszałeś coś o tym?
Dmitry Glukhovsky: Nie odebrałbym tego jako obietnicy. Putin powiedział wprawdzie, że będzie już wtedy bardzo stary, ale zadał przy tym, niby żartem, pytanie: „Chcecie, żebym był prezydentem w wieku stu lat?”. I tak mi się wydaje, że gdyby to pytanie znowu padło, załóżmy, przed wyborami 2030, to społeczeństwo odpowiedziałoby: tak! (śmiech). Zresztą, teraz też się upewniał: „Chcecie, żebym był waszym prezydentem?” i, rzecz jasna, wszyscy powiedzieli: „Tak. Bardzo chcemy, żeby był pan naszym prezydentem przez kolejne sześć lat, które miną jak z bicza strzelił”.
Trudno sobie wyobrazić Rosję bez Putina?
Wręcz przeciwnie. Jak na pewno wiesz, śmierć Józefa Stalina była prawdziwą tragedią narodową. Miliony ludzi wyszły wtedy na ulicę, a w zamieszkach zginęło wiele osób. Niemalże wszystkim wydawało się wtedy, że to koniec, że nasze państwo nie będzie w stanie funkcjonować bez takiego przywódcy. I co się stało? Krótko po jego śmierci sytuacja nie tylko się nie pogorszyła, ale wręcz przeciwnie, widoczna była znacząca poprawa. Państwo świetnie funkcjonowało bez Stalina. Skoro więc poradziliśmy sobie ze stratą dyktatora, to czy można mieć wątpliwości, że poradzimy sobie bez Putina, który sprawuje władzę o wiele bardziej kolegialnie? Którego cechy osobiste w znacznie mniejszym stopniu przekładają się na sposób rządzenia? I wreszcie, co również ważne, który nie jest tak zideologizowany?
Po śmierci Stalina ludziom w kraju zaczęło żyć się lepiej, więc nie ma powodu, żeby bać się odejścia Putina?
Rosja już przecież przeżyła krótki moment bez Władimira Władimirowicza – myślę o kadencji Dmitrija Miedwiediewa w latach 2008-12. Wzrósł wtedy poziom społecznej odpowiedzialności, nabrała znaczenia klasa średnia, poprawił się stan rosyjskiej gospodarki, pojawiła się swoista transparentność. I chociaż wielu śmiało się do rozpuku z aparycji Miedwiediewa, jego komicznych gestów czy zachowań, to trzeba przyznać, że kiedy on sprawował urząd prezydenta, rosyjska retoryka uległa zmianie i nasze państwo obrało właściwy kurs. Jedyny problem z Miedwiediewem polegał na tym, że ludzie zaczęli wierzyć w jego obietnice. A kiedy różnica między tym, co obiecano, a tym, co rzeczywiście się działo, stała się już tak wielka, że nie można było jej ignorować, pojawiło się zniecierpliwienie i pytania: czy to były tylko żarty? A może działania służb?
Ale wrócił Putin i to wszystko chyba straciło na znaczeniu?
Bynajmniej. Powrót Putina doprowadził do tego, że rozwinęła się jakakolwiek aktywność protestacyjna. Ludzie wcale nie mieli ochoty wracać do hermetycznego modelu państwa KGB. Po jakimś czasie przekonaliśmy się jednak, że ci, którzy rządzą telewizją, rządzą też państwem. Ludzi można dowolnie nastroić, nawet zmienić ich punkt widzenia o 180 stopni, zwłaszcza, jeśli używa się do tego pewnych archetypów i mitów.
Na przykład?
Na przykład mit oblężonej twierdzy, przekonanie o ciągłej rywalizacji, przeświadczenie o istnieniu wroga, którego celem jest zniszczenie nas, poszukiwanie piątej kolumny, poszukiwanie wroga działającego od wewnątrz… Tworzenie atmosfery strachu. Wykształcanie potrzeby posiadania przywódcy. To wszystko mechanizmy wykorzystywane od wieków, zarówno w europejskich, jak i nieeuropejskich społeczeństwach. Tutaj po raz kolejny zadziałały.
krytykapolityczna.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)







