wtorek, 27 czerwca 2017
Tworzenie zaawansowanej wiedzy technicznej i innowacji jest skoncentrowane geograficznie oraz ograniczone głównie do tzw. megaregionów. O ich sile decyduje klasa kreatywna. (...)
Twórcą tych określeń jest amerykański badacz Richard Florida. Twierdzi on, że na obszarach megaregionów powstaje duża część PKB, generują też one znaczny odsetek globalnych technologicznych innowacji. Zdaniem badacza na świecie jest w tej chwili około 40 silnych megaregionów. Liczby określające ich potencjał są porażające: skupiają aż 20 proc. światowej populacji, produkują dwie trzecie globalnego PKB oraz generują 85 proc. wszystkich światowych innowacji. Florida przekonuje, że mniejsze miasta i skupione wokół nich regiony mają tylko jedną szansę, by sprostać wyzwaniom szybko zmieniającej się kapitalistycznej gospodarki – zbudowanie powiązań z megaregionem. Kluczową grupą społeczną napędzającą rozwój technologii i wiedzy w tych kluczowych regionach jest klasa kreatywna.
Klasa kreatywna dzieli się według Floridy na dwa segmenty. Pierwszy z nich to tzw. superaktywny rdzeń obejmujący przedstawicieli następujących zawodowych obszarów: inżynierii, edukacji, programowania komputerowego, prac badawczo-rozwojowych, jak również osób związanych ze sztuką, projektowaniem i mediami. Wszyscy oni są w pełni zaangażowani w pracę twórczą. Drugim segmentem są „twórczy profesjonaliści”, czyli konwencjonalni pracownicy o gruntownym przygotowaniu naukowym, działający w sektorach takich jak służba zdrowia, biznes, finanse, prawo i edukacja. Zajmują się oni rozwiązywaniem konkretnych problemów, korzystając z rozległej wiedzy nabytej na studiach.
Florida twierdzi, że klasa kreatywna gromadzi się w miejscach, które rozwijają się pod względem tzw. trzech „T”: technologii, talentu i tolerancji. Oznacza to, że gospodarcza ekspansja miast i regionów nie jest już uzależniona w tak dużym stopniu jak w XX wieku od ich potencjału finansowego, dostępności do surowców, czy gęstości zaludnienia, ale od zapewnienia młodym ludziom odpowiedniego klimatu do rozwoju, dostępu do innowacji i technologii oraz innych inspirujących, utalentowanych pracowników.
Najbardziej wyróżniającą cechą klasy kreatywnej jest jej stosunek do pracy, która nie jest traktowana jedynie jako źródło zarobkowania, ale staje się częścią stylu życia. Twórcze umysły wybierają więc miejsce zamieszkania nie tylko pod kątem rozwoju zawodowego, ale także potencjału społecznego czy kulturalnego danego ośrodka: dostępu do muzeów, centrów handlowych, nowoczesnych kawiarni i restauracji czy wysokiej jakości infrastruktury. „Kreatywna” generacja jest skrajnie indywidualistyczna, co prowadzi do zaniku tradycyjnie rozumianych lokalnych więzi społecznych. Florida przekonuje, że kapitał społeczny przekształca się więc powoli w kapitał kulturowy.
forsal.pl
Pomimo faktu, iż od kilkunastu lat sunniccy fanatycy z Al-Kaidy (a od 2014 roku także islamiści z Państwa Islamskiego) systematycznie organizują mniej lub bardziej spektakularne zamachy terrorystyczne w większości z państw sąsiadujących z Iranem (w Iraku, Afganistanie, Turcji czy Pakistanie) – Teheranowi udawało się dotychczas uniknąć tego losu. W głównej mierze działo się tak dzięki dużej skuteczności (opartej jednak na bezwzględności i brutalności) irańskich służb i struktur bezpieczeństwa, zdolnych do zapobieżenia nie tylko niedozwolonej aktywności antypaństwowej o charakterze politycznym, ale i regularnych działań terrorystycznych. Jak się jednak wydaje, klucz do odpowiedzi na pytanie o to, w jaki sposób udało się Iranowi unikać tak długo ataków ze strony struktur globalnego dżihadu sunnickiego, leży gdzie indziej. Wiele wskazuje bowiem na to, iż przyczyną takiego stanu rzeczy było... nieformalne porozumienie między władzami irańskimi a kierownictwem Al-Kaidy, zawarte gdzieś ok. 2001/2002 roku, po faktycznym upadku Islamskiego Emiratu Afganistanu, stworzonego i kierowanego przez afgańskich talibów blisko sprzymierzonych z ugrupowaniem założonym i kierowanym przez Osamę bin Ladena. O porozumieniu takim (i jego „szczegółach”) informowano wielokrotnie począwszy już od początku lat 2000., jego zakres, charakter i sam fakt, iż miałoby być ono zawarte między śmiertelnymi ideologicznymi i teologicznymi przeciwnikami sprawiał jednak, że długo nie brano tych doniesień na poważnie. Z biegiem czasu pojawiało się jednakże coraz więcej dowodów na prawdziwość tych informacji, a pośrednią wskazówką na zasadność tezy o istnieniu jakiegoś porozumienia między Teheranem a centralą Al-Kaidy może być właśnie i to, że Irańczykom udało się przez wiele lat uniknąć fali morderczych zamachów w wydaniu sunnickich dżihadystów.
Jak wspomniano, ten „romans z rozsądku” między radykalnym szyickim Iranem a równie radykalną sunnicką Al-Kaidą rozpoczął się w momencie, kiedy międzynarodowa koalicja antyterrorystyczna pod wodzą Stanów Zjednoczonych kończyła pierwszy etap swej operacji w Afganistanie. Kampania militarna o kryptonimie „Enduring Freedom” w krótkim czasie doprowadziła do obalenia afgańskiego emiratu talibów i dość sprawnego zainstalowania w Kabulu reżimu pro-zachodniego. W tym samym czasie, gdzieś na przełomie 2001 i 2002 roku, dziesiątki operatorów i członków kierownictwa Al-Kaidy (w tym najwyższego szczebla) – przebywających w bazach i obozach szkoleniowych tej organizacji, rozsianych po całym terytorium Afganistanu kontrolowanym dotychczas przez talibów – rozpaczliwie szukało dróg ucieczki z kraju. Wielu z nich się to nie udało (ci albo zginęli, albo zasilili już wkrótce szeregi „pensjonariuszy” specjalnego więzienia w bazie Guantanamo), jednak zaskakująco duża liczba liderów Al-Kaidy, zwłaszcza wysokich rangą członków kierownictwa tej organizacji (z samym jej emirem, Osamą bin Ladenem, na czele), zdołała ujść cało i wolno z afgańskiej matni. Zdecydowana większość z nich znalazła schronienie – podobnie jak w przypadku kierownictwa talibów – na terenie sąsiedniego Pakistanu, nie bez wiedzy i akceptacji ze strony jego władz (a zwłaszcza struktur bezpieczeństwa, w tym osławionego wywiadu wojskowego ISI). Jednak kilkunastu prominentnych liderów centrali Al-Kaidy, najpewniej odciętych od pakistańskiego kierunku ucieczki, zmuszonych zostało na początku 2002 roku do przekroczenia granicy z Iranem. Już później okazało się, że byli wśród nich tak ważni dla organizacji bin Ladena ludzie, jak Saif al-Adel (członek jej centralnego komitetu wojskowego, uważany za autora głównych programów szkoleniowych Al-Kaidy, szczególnie w zakresie minerstwa i konstruowania urządzeń wybuchowych), Sulejman Abu Ghaj’th (do 2002 roku „rzecznik prasowy” Al-Kaidy, prywatnie zięć bin Ladena), Abu Hafs al-Mauritani (prominentny islamski teolog i poeta, ideologiczny i duchowy doradca bin Ladena), czy Abu Muhammad al-Masri (kolejny członek komitetu wojskowego Al-Kaidy). Wraz z nimi w Iranie znalazło się – według niepotwierdzonych informacji, bazujących na „przeciekach” strony irańskiej – nawet ok. 800 bojowników Al-Kaidy. Większość została skrupulatnie wyłapana przez irańskie siły bezpieczeństwa i aresztowana do wiosny 2003 roku (moment nieprzypadkowy – to wtedy właśnie padł reżim Saddama Hussajna w Iraku, a dziesiątki tysięcy amerykańskich i zachodnich żołnierzy znalazło się nagle nad zachodnią granicą Iranu). Co bardziej prominentni członkowie kierownictwa Al-Kaidy – w tym najbliższa rodzina Osamy – zyskali w Iranie status internowanych, będąc faktycznie osadzonymi w areszcie domowym. Część źródeł twierdzi jednak, że większość bojowników i niższych rangą operatorów Al-Kaidy przez lata cierpiała w Iranie niewygody w specjalnych obozach internowania lub wprost w więzieniach. Warto odnotować, że przez kilka kolejnych lat zarówno sam Osama bin Laden, a także jego zastępca (i późniejszy następca) Ajman az-Zawahiri, słali władzom w Teheranie oficjalne pisma, grożące Iranowi „najsurowszymi konsekwencjami” ze strony ruchu dżihadu, jeśli Irańczycy nie uwolnią głównych operatorów Al-Kaidy i członków rodziny lidera tej organizacji. Irańczycy do żądań tych się jednak nie zastosowali (...), a sama Al-Kaida nigdy nie wywiązała się ze swych gróźb.
psz.pl
Odkrycie, że lasy często przyczyniają się – w skali rocznej - do ochłodzenia powierzchni ziemskiej w tropikach i regionach o klimacie umiarkowanym oraz do jej ocieplenia w wysokich szerokościach geograficznych, nie było dla badaczy nowością. Zaskoczyło ich jednak to, że zjawisko schładzania w średnich i niskich szerokościach geograficznych okazało się niemal tak silne, jak we wstępnych estymacjach z użyciem samych danych z satelity. Naukowcy byli przekonani, że faktyczny efekt będzie znacznie niższy niż wynikający z obliczeń, gdyż dane z satelity uwzględniają tylko bezchmurne dni, pomijając te z pokrywą chmur.
Kolejnym odkryciem był fakt, że mechanizmy odpowiedzialne za regulowanie temperatury na powierzchni – zwłaszcza transferu wody i ciepła z ziemi do atmosfery przez konwekcję i ewapotranspirację (proces parowania terenowego obejmujący parowanie z roślin i z gruntu) – mają o wiele większe znaczenie dla klimatu, niż dotychczas sądzono. Co więcej, w wielu przypadkach wydają się ważniejsze niż czynniki związane z energią słoneczną.
Jak tłumaczy główny autor badania, Ryan Bright z Norweskiego Instytutu Badań Bioekonomicznych, choć lasy (zwłaszcza wieczne zielone) często pochłaniają więcej promieniowania słonecznego niż łąki czy tereny uprawne, wydalają też więcej wilgoci do atmosfery i przyczyniają się do większego mieszania się powietrza przy powierzchni Ziemi niż te o niższej roślinności.
naukawpolsce.pap.pl
poniedziałek, 26 czerwca 2017
Rzeczywisty zakres oraz charakter terrorystycznego zagrożenia w Unii Europejskiej w wielu aspektach znacząco odbiega od medialnego czy stereotypowego wyobrażenia. Dobrze odzwierciedla to na przykład najnowszy (opublikowany 15 czerwca) raport Europolu zatytułowany Europol TE-SAT 2017, European Union Terrorism Situation and Trend Report 2017. Przedstawiono w nim wiele ważnych informacji będących podsumowaniem 2016 roku (...).
Pierwszą istotną kwestią jest skala terroryzmu. W 2016 r. Europol na terytorium Unii Europejskiej odnotował 142 nieudane, udaremnione lub przeprowadzone ataki terrorystyczne. Jest to dość duży spadek w porównaniu na przykład z okresem 2014-2015, kiedy liczba ataków sukcesywnie wzrastała. W roku 2014 było ich 201, a w 2015 - 211. Ataki terrorystyczne mające miejsce w Unii Europejskiej, choć często krwawe i spektakularne, jak wynika jednak z danych zgromadzonych przez amerykański Departament Stanu, stanowią tylko około 2% ogółu światowych przejawów terroryzmu.
Jeszcze niższy wskaźnik dotyczy liczby ich ofiar. Dla przykładu w 2016 roku w UE na skutek ataków terrorystycznych zginęły 142 osoby, a 379 odniosło rany. W skali całego świata np. w 2015 r. było natomiast około 28 tys. zabitych i 35 tys. rannych. Nie chodzi tutaj oczywiście o deprecjonowanie terrorystycznego zagrożenia w UE czy związanych z nim ofiar, lecz obiektywne ukazanie zakresu problemu.
Drugim istotnym elementem jest podkreślenie faktu, iż wbrew częstym i obiegowym opiniom w Unii Europejskiej nie dominują ataki terrorystyczne o podłożu islamistycznym. Przykładowo w 2014 r. spośród 199 aktów tylko 2 zaliczono do tego nurtu. Z kolei w 2015 r. na łączną liczbę 211 ataków 17 wynikało z motywacji islamistycznej. Dane za rok 2016 pokazują natomiast, że wśród wszystkich odnotowanych ataków (142) zdecydowanie przeważały te o charakterze separatystycznym (99). Pozostałe zakwalifikowano zaś jako: skrajnie lewicowe (27), dżihadystyczne (13), niesklasyfikowane (2) oraz skrajnie prawicowe (1).
defence24.pl
Od stycznia Finlandia testuje Bezwarunkowy Dochód Gwarantowany w wysokości 560 euro miesięcznie. W testach bierze udział 2 tysiące losowo wybranych bezrobotnych, którzy w zamian za otrzymywane w ramach BDG pieniądze nie muszą niczego udowadniać – nie muszą pokazywać, że szukają pracy, mogą wydać te pieniądze w dowolny sposób (także na alkohol) i jeżeli tylko chcą, mogą całymi dniami leżeć na kanapie przed telewizorem. Są już pierwsze efekty tego eksperymentu. Może się okazać, że straszenie zmniejszeniem aktywności zawodowej beneficjentów programu było niesłuszne.
Beneficjenci programu, do których dotarli dziennikarze „The Economist” okazują się być mniej zestresowani i znacznie aktywniejsi w poszukiwaniu pracy niż w czasie, gdy otrzymywali zasiłki dla bezrobotnych. Powód takiego stanu rzeczy jest bardzo prosty – nawet nisko płatne zajęcie powodowało utratę zasiłku, ale nic nie powoduje utraty BDG. Dlatego też bezrobotni są bardziej skłonni do pracy (jej znalezienie nie wiąże się już ze stratami finansowymi), a także do planowania własnego biznesu. Nie muszą się bowiem martwić o to, co się stanie, gdy powinie im się noga oraz nie tracą czasu na wypełnianie druczków i podań.
next.gazeta.pl
niedziela, 25 czerwca 2017
W swoich badaniach Gorwa oparł się na wywiadach z ekspertami, managerami kampanii politycznych, dziennikarzami, aktywistami, pracownikami firm marketingowych działających w mediach społecznościowych i przedstawicielami grup obywateli. Badał także pod względem ilościowym zjawiska dotyczące dyskusji politycznych na polskim Twitterze.
Według niego wypowiedzi badanych pozwalają sądzić, że w Polsce powstał istny przemysł zajmujący się tworzeniem fałszywych tożsamości na Facebooku, Twitterze i w innych mediach społecznościowych. Media te można wykorzystywać w celach komercyjnych i politycznych.
Polem bitwy są portale internetowe, zwłaszcza dwa najważniejsze: Onet i Wirtualna Polska - wskazuje naukowiec. Natychmiast po opublikowaniu wiadomości na dowolny temat pojawiają się komentarze polityczne. (Dlatego wiele stron internetowych, np. Gazety Wyborczej, stara się utrudnić użytkownikom takie dyskusje). Jak zauważa Gorwa, rozpowszechniony jest pogląd, jakoby partie polityczne opłacały niektórych komentujących, a duża część trollowania miała charakter zorganizowany.
"Ciekawym i niepokojącym" zjawiskiem - zdaniem eksperta - są interakcje trollingu i internetowych algorytmów. Nienawistne wpisy, które zostały usunięte przez moderatorów, są jednak zauważane przez indeksujące algorytmy i pozostawiają w internecie ślad. Jeśli wiele wpisów sugeruje, że "Kowalski jest gejem" - to mimo usunięcia samych wpisów nt. Kowalskiego Google wciąż wyświetla to nazwisko w określonym kontekście.
(...)
Gorwa dotarł też do politycznego konsultanta i marketera pracującego dla dużej firmy zajmującej się wykorzystaniem fałszywych tożsamości na polskich platformach społecznościowych. W ciągu ostatnich 10 lat Firma (jak umownie nazywa ją autor raportu) stworzyła ponad 40 tysięcy unikatowych tożsamości – każdą z wieloma kontami na różnych platformach społecznościowych i portalach, unikatowym adresem IP, a nawet tożsamością. Zdjęcia profilowe wyszukuje się w Internecie i modyfikuje, aby nie rozpoznawały ich poszukujące pierwowzoru wyszukiwarki. Tak uzyskane setki tysięcy fałszywych kont wykorzystywane są do celów politycznych i komercyjnych (np. przez firmy farmaceutyczne, które chcą skorzystać z "szeptanego" marketingu).
Każdy pracownik Firmy zarządza nawet 15 różnymi tożsamościami – mają one własny styl pisania, zainteresowania i osobowość. Manipulacje VPN pozwalają udawać, że chodzi o prawdziwe osoby, przemieszczające się po mieście. Fałszywi internauci nie kopiują wzajemnie swoich wypowiedzi. "Wszystko to sprawia, że odróżnienie ich prawdziwych kont od fałszywych jest praktycznie niemożliwe" - ocenia naukowiec.
Wpływanie na opinię publiczną nie odbywa się bezpośrednio – działalność botów skierowana jest raczej do liderów opinii: polityków, dziennikarzy, blogerów. Zgadzając się z nimi i stając followersami, boty podejmują subtelne działania, mające doprowadzić do założonego celu.
naukawpolsce.pap.pl
sobota, 24 czerwca 2017
Kwestia tureckiej polityki wobec Kataru pokazuje ograniczenia zawężania napięć regionalnych do religijno-politycznego konfliktu szyicko-sunnickiego. Jakkolwiek zarówno sunnickie Turcja i Katar negatywnie oceniają politykę regionalną szyickiego Iranu (w przypadku Turcji ma to charakter strategicznej rywalizacji), to unikają eskalacji napięć z Teheranem i są w stanie podejmować ograniczoną współpracę z Iranem w konkretnych kwestiach. Jednocześnie, mimo szeregu wspólnych interesów z Arabią Saudyjską, oba państwa cechuje brak zaufania, a momentami wręcz wrogość w relacjach z Rijadem – największym rywalem Ankary w staraniach o patronowanie siłom sunnickim w regionie. Napięcia pomiędzy Arabią Saudyjską a Turcją i Katarem były szczególnie widoczne w Egipcie, gdzie Rijad wspiera wojskowy reżim prezydenta Abd al-Fattaha as-Sisi, który w 2013 roku obalił wywodzącego się z Bractwa Muzułmańskiego i wspieranego przez Turcję i Katar prezydenta Muhammada Mursiego.
www.osw.waw.pl
poniedziałek, 19 czerwca 2017
Walter Kohl dowiedział się z radia o śmierci swojego ojca. Przez wiele lat nie miał już kontaktu z nim, człowiekiem, który wszędzie wynoszony jest na piedestał jako „wielki mąż stanu” i „wielki Europejczyk”. Dla Waltera Kohla jego ojciec nie był bohaterem zjednoczenia Niemiec, ani politycznym liderem, torującym drogę Unii Europejskiej, tylko wielkim rozczarowaniem. Człowiekiem, który był wciąż nieobecny, który nie interesował się dziećmi, który zerwał z nimi kontakt. Latem 2011 Walter ostatni raz rozmawiał z ojcem przez telefon, potem nie wolno mu było go nawet odwiedzać – opowiada 53-latek. Dopiero teraz mógł znowu na chwilę wejść do rodzinnego domu – kiedy ojciec już nie żył.
dw.com
Podczas czterogodzinnego maratonu pytań i odpowiedzi Putin przyznał, że liczba Rosjan żyjących poniżej progu ubóstwa wzrosła do 13,5 proc. Oświadczył jednak, że recesja została przezwyciężona i nastąpiło przejście do okresu wzrostu gospodarczego. Powołał się na pozytywne wskaźniki, m.in. wzrost PKB przez trzy kwartały pod rząd i spadek inflacji do poziomu 4,1 proc.
W ocenie Władimira Putina, część rosyjskiej opozycji żeruje na problemach przeciętnych obywateli dla zdobycia popularności. Nie należy spekulować, lecz proponować rozwiązania, bo tylko ci, którzy mają jakieś propozycje, zasługują na szczególną uwagę i mają prawo do dialogu z władzą - stwierdził rosyjski przywódca.
Putin przyznał, że sankcje gospodarcze zaszkodziły Rosji, ale dodał, że nie uważa, by odbiły się one w sposób znaczący. "Większy wpływ wywarła na nas światowa koniunktura i spadek cen na nasze tradycyjne towary: ropę, gaz, przemysł metalurgiczny, chemiczny" - ocenił. Zapewnił także, że Rosja zawsze stykała się z sankcjami. "Wprowadzano je, gdy odczuwano konkurencję; po to, by powstrzymywać Rosję. Nie byłoby aneksji Krymu, to wymyślono by coś innego" - oświadczył.
bankier.pl
piątek, 16 czerwca 2017
KAJA PUTO: Wśród ekspertów zajmujących się Rosją utarło się analizowanie współczesnej rosyjskiej polityki zagranicznej jako obliczonej na wewnętrzne potrzeby Kremla. Czy ta perspektywa w istocie pomaga zrozumieć rosyjskie zachowanie na arenie międzynarodowej?
LILIA SZEWCOWA: Oczywiście, zarówno rosyjska, jak i każda inna polityka zagraniczna jest instrumentem uprawiania polityki wewnętrznej. W przypadku Rosji ta tendencja jest wyjątkowo silna, ponieważ w obliczu kurczenia się zasobów społecznych i finansowych, w obliczu upadku, rozkładu, a nawet agonii państwa, to właśnie od polityki zagranicznej zależy przetrwanie rosyjskiego systemu władzy spersonalizowanej. Państwo rosyjskie nie potrafi się samodzielnie modernizować ani utrzymywać. Jego działalność na arenie międzynarodowej ma na celu odwrócenie uwagi społeczeństwa od wewnętrznych problemów oraz imitację rozwoju państwa. Dodajmy, że Władimir Putin jest zapewne zmęczony po siedemnastu latach u władzy, sfrustrowany problemami wewnętrznymi kraju. Polityka zagraniczna to jego specjalność: być może również dlatego traktuje ją priorytetowo.
W jaki sposób Rosja może zapewnić sobie przetrwanie instrumentami polityki zagranicznej?
To coś jak powożenie dwoma końmi, każdym w przeciwnym kierunku. Z jednej strony polityka zagraniczna Rosji ma na celu utrzymywanie relacji z Zachodem za zadanie uzyskania niezbędnych finansowych, ekonomicznych i technologicznych zasobów, które pozwalają Rosji przetrwać. Rosja jest w tym zakresie niemal zupełnie uzależniona od Zachodu – wspomnijmy chociażby rosyjski gaz i ropę, dla których Zachód jest głównym rynkiem zbytu. To zabawne, bo Rosja wykorzystuje globalizację, by osiągnąć antyglobalistyczne cele…
Do tego wrócimy później. A ten drugi koń?
Z drugiej strony Rosja musi trzymać Zachód na dystans, by nie dopuścić do popularyzacji zachodnich – to jest liberalnych – wartości w społeczeństwie rosyjskim. Jest jeszcze trzeci koń: stworzenie dogodnego środowiska dla rosyjskiej elity politycznej i biznesowej na Zachodzie. Rosyjskie dzieci w londyńskich szkołach, rosyjskie firmy w londyńskich biurowcach i w rajach podatkowych… Rosyjską strategię wobec przetrwania określiłabym zatem w trzech punktach: być z Zachodem – w zakresie wykorzystywania zasobów, być przeciwko Zachodowi – i jego wpływowi na rosyjskie społeczeństwo, i być na Zachodzie – w postaci rosyjskich elit.
new.org.pl
wtorek, 13 czerwca 2017
Jedną z najstraszniejszych konsekwencji Brexitu jest porozumienie handlowe między Wielką Brytanią Teresy May a Stanami Zjednoczonymi Donalda Trumpa. Oraz umowa pomiędzy Wielką Brytanią a Chinami. Oraz... długo można by wymieniać. Unijna Wspólna Polityka Rolna jest daleka od ideału, ale amerykański sektor rolny postara się o to, żeby cokolwiek, co ją zastąpi, ani trochę nie przypominało środków ochrony środowiska, na jakie mieli nadzieję zwolennicy eko-Brexitu (jak Paul Kingsnorth). Wielkie korporacje będą za wszelką cenę chciały wkroczyć na brytyjskie rynki, od dekad chronione i subsydiowane przez UE. Jedną z najbardziej prawdopodobnych konsekwencji Brexitu będzie to, że brytyjska wieś stanie się ostatnim elementem garderoby, który rząd w Westminsterze zrzuci podczas postępującego striptizu zasobów.
Wyprzedaż angielskiej wsi będzie jedynie jednym z elementów negocjacji. Należy spodziewać się, że amerykańscy ubezpieczyciele zdrowotni wraz z ich słynnym lobby jak najszybciej będą chcieli zatopić zęby w resztkach brytyjskiej publicznej służby zdrowia. Można spodziewać się, że na stole wylądują z powrotem najgorsze elementy porozumienia handlowego między UE a USA, że powróci jakaś wersja korporacyjnych sądów w ramach „mechanizmu rozstrzygania sporów między inwestorem a państwem”. Użyto ich już do uchylenia przepisów, które miały nas chronić przez rakiem bądź wypadkami w pracy, zostaną użyte po raz kolejny, gdy ktoś narazi na szwank zyski spółek.
krytykapolityczna.pl
poniedziałek, 12 czerwca 2017
Z jednej strony sondaże wciąż dają Władimirowi Putinowi ponad 80 proc. poparcia. Z drugiej w Rosji narastają nastroje protestacyjne, czego przykład widzieliśmy w marcu. Jak wyjaśnić tę sprzeczność?
Do sondaży należy podchodzić ostrożnie. Obywatele komunikują się z socjologami tak, jak to robili w czasach Związku Radzieckiego. „Popiera pan Putina?” „Tak, tak, popieram, odczepcie się ode mnie.” Stąd te 85 proc. Z drugiej strony polityka Putina była na tyle brutalna, że w rozumieniu obywateli nie ma obecnie alternatywnej kandydatury, która mogłaby go zastąpić. A i propaganda działa, tłumacząc, że jesteśmy otoczeni wrogami, w państwie działa piąta kolumna, grozi nam chaos i rozlew krwi. Ludzie nie widzą, kto poza Putinem może dać im stabilność. Nie kochają go, ale nie wierzą w alternatywę. Jest i druga sprawa. Jeśli mówimy o poparciu dla polityka, należy patrzeć na wyniki wyborów. Po wyborach prezydenckich 2012 r., do których nie dopuszczono kandydatów realnej opozycji, wśród politologów toczyła się dyskusja, na ile poparcie dla Putina jest realne. Jeszcze na tydzień przed wyborami sondaże dawały mu 48–51 proc. A oficjalnie wyszło 64 proc. Wątpliwości pozostały, a ja im wierzę. Jedyny raz, kiedy Putin stanął do prawdziwych wyborów, miał miejsce w 2000 r. Zdobył wtedy 53 proc. I mniej więcej takie poparcie utrzymuje do dziś, choć zmieniają się grupy, które go popierają.
Czy nie jest tak, że rosyjska machina elekcyjna z wyborów na wybory radzi sobie coraz lepiej z gwarantowaniem oczekiwanego przez władze rezultatu, więc opozycja z każdym rokiem ma coraz mniejsze szanse na jakkolwiek rozumiany sukces?
Owszem. Pokazały to ubiegłoroczne wybory parlamentarne. Sondaże na tydzień przed głosowaniem dawały mojej partii PARNAS 8 proc. poparcia. Potem telewizja pokazała film, na którym działacze PARNAS zostali przedstawieni jako zwolennicy ukraińskich faszystów, co zilustrowano zdjęciami rozstrzeliwań z czasów II wojny światowej. Do tego doszły fałszerstwa. Mamy doniesienia z komisji wyborczych, w których kupki głosów oddanych na PARNAS przekładano na kupkę za kremlowską Jedną Rosję albo usuwali ze stołu. I zamiast 8 proc. dostaliśmy 0,7 proc.
forsal.pl
niedziela, 11 czerwca 2017
Są jednak sytuacje, w których trzeba stawać w obronie swojej rodziny, swojego domu. Czy sprowadzanie wojny wyłącznie do takich sytuacji, jak bycie cywilem w mundurze, nie jest grubym uproszczeniem, w dodatku deprecjonującym waleczność jako taką?
Nie, waleczność w ludziach pozostaje tak czy inaczej, bez znaczenia jest czy ją będziemy deprecjonować czy nie, bo jest w nas zakodowana biologicznie. Natomiast masowa armia z poboru jest dla mnie czymś potwornym. To jednak coś zupełnie innego w przypadku ludzi, którzy chcą być żołnierzami. Dzięki Bogu sztuka wojenna dziś promuje taki właśnie model, wojną mogą się zajmować ludzie mający do tego predyspozycje i ochotę. A jeśli ktoś chce być szewcem, malarzem lub lekarzem, to po co mu waleczność? Poza tym jeśli już mówimy o umieraniu za ojczyznę, to odnoszę wrażenie, że w Polsce dziwnym trafem najgłośniej do tego nawoływały osoby, które za nią nie umierały.
Różnie z tym bywało.
Tak, różnie z tym bywało. Mamy w historii Polski polityków, którzy dużo opowiadali o tym, że honor to w życiu narodów wartość nie mająca ceny, po czym, gdy rozpoczęła się wojna, uciekli najszybciej jak mogli za granicę.
Ale mi chodziło nie tylko o polityków. Miałem na myśli ludzi kultury, jak choćby młodzi pisarze z kręgu czasopisma „Sztuka i Naród”...
I dali się pozabijać. Przecież to były dzieciaki. I co z tego wynikło? Czy oni dali cokolwiek dobrego Polsce jako wspólnocie, snując wcześniej swoje idiotyczne fantazje o imperium słowiańskim? Nie negując wagi ich przypadkowej często – jak Andrzeja Trzebińskiego – ofiary, co trzeba mieć w głowie, żeby po kampanii wrześniowej, w której słabość polityczna i militarna Polski została wyraźnie obnażona, i która pokazała, że Polska jako podmiot polityki międzynarodowej sobie nie radzi – siedzieć w okupowanej Warszawie i rysować mapki imperium Lechitów od Murmańska po Hamburg?
Oni próbowali przechować narodową tożsamość w warunkach okupacji...
Fantazjując o polskim imperium, które gdyby miało powstać, to na polskiej krwi? Rzeczywistość to chyba dość brutalnie zweryfikowała. Krew została przelana, a żadne imperium nie powstało. I dzięki Bogu, bo imperium Polaków to perspektywa dość przerażająca.
Ale naród przetrwał – może właśnie dzięki takiej kulturowej witalności.
Przetrwał, bo było blisko 35 mln mieszkańców kraju. Jak taki naród miał nie przetrwać?
Inne narody – te na wschód od Polski – zostały przez ZSRR przeorane. Weźmy choćby Ukraińców, którzy mają problem ze swoją tożsamością i zmagają się ze skutkami rusyfikacji i sowietyzacji. Polacy w porównaniu z nimi się Sowietom oparli.
Słabość tożsamości narodowej Ukraińców to jest przecież zupełnie inny niż polski przypadek. Ukraińcom nie do końca udało się załapać na XIX-wieczne ukonstytuowanie się małych narodów Europy, jak na przykład Litwinów czy Słowaków, a gdzie w ogóle porównywać się do narodu z własną tradycją państwową jak Polska? Po części jest ta słabość również, oczywiście, winą Polaków, którzy ukraińską tożsamość zwalczali. To nie jest tak, że polskość przetrwała, bo jacyś młodzi, zaślepieni chłopcy dali się pozabijać, pisząc wcześniej głupoty o polskim imperium. Bo po pierwsze polskość przetrwałaby i bez tego, a oni by żyli. A to byłaby jakaś wartość. Po drugie zaś – ta ich śmierć polskości się w niczym nie przysłużyła. A to i tak przy optymistycznym założeniu, że polskość czy w ogóle jakakolwiek tożsamość narodowa jest wartością. Bo ja w sumie nie wiem. Jeśli jest, to jakoś, co najwyżej, sentymentalną.
(...)
W roku 2009 w eseju „Aksolotl narodów” zarzucał pan Polakom niedojrzałość. W czym się ona, pańskim zdaniem, przejawia?
Dojrzałość to umiejętność zmierzenia się ze swoją historią i jej zaakceptowania. Oraz umiejętność prowadzenia polityki w obliczu tego, co z własnej historii zrozumieliśmy. Dojrzałością byłoby uznać siebie za jeden ze zwyczajnych narodów, który powinien prowadzić politykę zagraniczną zgodną ze swoim interesem, a nie łudzić się z jakiegoś powodu, że kogokolwiek poza Polską interesują polskie moralne przewagi. Na przykład Polska chciałaby układać swoje relacje z Wielką Brytanią powołując się ciągle na to, że polscy lotnicy walczyli w roku 1941 w bitwie o Anglię. A kogo to obchodzi?
Ale Polacy nie są jedynym narodem, który uprawia politykę historyczną w oparciu o swoje moralne przewagi.
Tylko, że te moralne przewagi Polaków są nieprawdziwe. Polacy się nie różnią od innych ludzi i narodów. Ja wiem, że to brzmi brawurowo w Polsce i to jest strasznie śmieszne, że to brzmi brawurowo. Tymczasem Polska prowadzi politykę zagraniczną opartą na poczuciu własnej wyjątkowości. Popełniając największy błąd polityka: otóż wierząc we własną propagandę. I opiera to się wszystko na tym ekscentrycznym przekonaniu, że Polacy jako wspólnota są z tajemniczego powodu moralnie nieskalani i niewinni. A to stoi w dziwacznym kontraście z faktem, że w Polsce kapitał zaufania społecznego jest bardzo niski i Polacy są o sobie nawzajem bardzo złego zdania.
Ale Żydzi podchodzą do świata podobnie – też uważają się za wyjątkowy naród i uprawiają politykę zagraniczną powołując się na cierpienia, których doświadczyli w ciągu dziejów.
Nie rozmawiamy jednak teraz o Żydach, tylko o Polakach. Ale porównuje pan Polaków do innych narodów, więc ja wskazuję Żydów, którzy też siebie definiują jako niewinną wspólnotę. No nie wiem, w Izraelu można chyba dość łatwo wskazać polityków zasadniczo krytykujących politykę swojego państwa wobec Palestyńczyków.
W Polsce też jest silny nurt tropienia i chłostania polskiej narodowej megalomanii...
Moim zdaniem jest ostatnimi czasy raczej wątły i wypychany z polskości w jakieś kategorie „antypolonizmu”, przez radosnych husarzy wyklętych i całe to nowopatriotyczne zapalenie mózgu. Inaczej to wygląda u Rosjan. Rosjanie, zdaje mi się tak samo jak Polacy, oszukują sami siebie jeśli chodzi o własną historię, nie wypierają jednak zła, które jako wspólnota wyrządzili samym sobie i okolicom, przyjmują owo zło niejako w pakiecie, uzasadniając historycznymi zasługami, wielką wojną ojczyźnianą i tak dalej, z jakimś rodzajem fatalizmu. Przynajmniej nie wypierają faktów. A Polacy to robią, choćby negując swoje uwłaszczanie się na mieniu żydowskim.
To bardzo ciężkie oskarżenie...
Ale dość oczywiste, prawda? Andrzej Leder mnie zupełnie przekonuje w swojej książce „Prześniona rewolucja”. Takie są korzenie polskiej klasy średniej, oparte na szabrze – przywłaszczanie przedmiotów, które nie mają już swojego właściciela.
tvp.info
Na czym polegała decyzja Gorbaczowa i czy możemy ją nazwać radziecką prohibicją?
Dyrektywę z 1985 roku nazwano „Środki mające na celu pokonanie picia i alkoholizmu oraz wyeliminowanie nielegalnego alkoholu". Można to nazwać częściową prohibicją, nazywaną też „suchym prawem". Gorbaczow przestawił produkcję wielu zakładów alkoholowych na produkcję napojów bezalkoholowych, co doprowadziło do zamknięcia 80 procent miejsc sprzedających ten asortyment. Ponadto podniesiono ceny piwa, wina i wódki oraz ograniczono godziny i miejsca, w których można było je kupić. Sklepy mogły sprzedawać alkohol tylko w godzinach 14-19, więc kolejki do nich tworzyły się już od wczesnego rana, a nawet w nocy. Wśród stłoczonych mas, prawie nieprzesuwających się naprzód, narastały napięcia. Wkrótce interwencje milicji były niezbędne nawet przy najmniejszych sklepikach.
Dlaczego rząd wprowadził takie rozwiązanie?
Sowiecka gospodarka przez lata pozostawała w stagnacji. Uważano, że picie jest głównym powodem tego problemu: ludzie w fabrykach pracowali pod wpływem, cierpiało także życie rodzinne i społeczne. Gorbaczow uznał, że trzeba podjąć drastyczne środki i tym samym „zmusić obywateli do trzeźwości". Jeżeli obywatel będzie trzeźwy w pracy, wzrośnie jego produktywność. Uważano też, że pieniądze, które dotychczas wydawano na alkohol, będą lokowane w inne towary, a to wpłynie na wzrost gospodarki. Jednakże poziomy produkcji nie nadążały za radykalną zmianą w równowadze popytu i podaży. Co gorsza, braki na sklepowych półkach nie działały motywująco na konsumentów, w myśl: po co się starać, skoro i tak nic się nie kupi.
Jak to wpłynęło na społeczeństwo?
Drastycznie wzrosła produkcja nielegalnego alkoholu. Pomimo tego, że jakość trunków powstających w domowych warunkach była zdecydowanie gorsza od tego, co można było kupić w sklepie. Destylowany z różnego rodzaju odpadów lub tanich składników (skrobia, cukier, zboża o niskiej zawartości ziarna, zepsute buraki lub ziemniaki), często był też zanieczyszczony dużymi ilościami olejów fuzlowych.
Nastąpiła istna eksplozja sprzedaży alkoholowych „zamienników" (perfumy, chemikalia, leki). Wszystko sprowadzało się do prostej kalkulacji: przykładowa woda toaletowa dla mężczyzn „No.3" zawierała 64 procent alkoholu. W 1988 roku buteleczka o pojemności 200 ml kosztowała ok. 98 kopiejek, kiedy butelkę wódki sprzedawano za 10,20 rubli: taka rozbieżność cen wystarczyła, aby przeciętny obywatel ignorował zapach perfum, jaki towarzyszył przy ich piciu.
Zaczęto wykorzystywać różne zamienniki alkoholu nadające się do spożycia: lakiery, płyny do polerowania butów, klej, płyn do mycia szyb, czy środki owadobójcze. Dotknęło to nawet wojsko: naziemne załogi jednostek lotniczych spuszczały z samolotów płyny odladzające, destylowały go, a następnie piły. To jednak prowadziło do niebezpiecznych praktyk tuszowania kradzieży, zastępując płyn chłodzący wodą, która zamarzała na wysokości, co prawie powodowało katastrofy.
Alkohol wykorzystywany do systemów chłodzenia i hamowania był szczególnie cenny, ponieważ był czystszy od tego, który można było dostać na rynku: stąd nadano mu nazwę „białe złoto" ze względu na jego dużą wartość na czarnym rynku.
W jaki sposób władza ścigała nieposłusznych obywateli?
Rząd przyjął, że samowolna produkcja wina i wódki będzie łamaniem prawa, a każdy winny zostanie skazany na dwa lata więzienia. W samym 85. roku zarzuty te usłyszało ponad 100 tysięcy ludzi, do 1987 roku ta liczba wzrosła do 400 tysięcy. Ponadto każdą odurzoną osobę, na którą natknęły się służby milicji, wrzucano do ośrodków wytrzeźwień. Ich liczba wzrosła dramatycznie w czasach Gorbaczowa. Obywatele, których przyłapano na spożywaniu nawet najmniejszej ilości alkoholu albo których złapano późną godziną na ulicy musieli się liczyć z utratą wolności. Łatwo tu wytłumaczyć entuzjazm milicji: oprócz dochodów z prowadzenia ośrodków, dodatkowy bonus stanowiły grzywny nakładane na „pijaków".
Jak to wpłynęło na ekonomię kraju?
Katastrofalnie. Wcześniej alkohol stanowił ok. 30-40 procent dochodów państwa. W 1985 roku, wraz z wprowadzeniem zakazów, ludność radziecka wydała 5 miliardów rubli mniej, niż w roku poprzednim. Rok później spadek wyniósł 15,8 miliarda rubli, a w 1987 roku było to 16,3 miliarda rubli mniej. W efekcie dochody rządu ze sprzedaży alkoholu skurczyły się o ponad 37 miliardów rubli tylko w trzy lata. Antyalkoholowa kampania była kluczowym czynnikiem, który przyczynił się do kryzysu gospodarczego w 1987 roku. Kurs za jednego dolara wzrósł z 60 kopiejek do 90 rubli. Co jednak przewidziano wcześniej ludność radziecka nie przestała pić, ludzie po prostu przerzucili się na alkohol domowej roboty.
vice.com
Co skłoniło bohaterów twojej książki, ludzi takich jak Kuroń czy Michnik, do porzucenia dawnych socjalistycznych ideałów? Co takiego stało się z Polską lewicą w latach 70.?
Po wydarzeniach Marca '68 polska lewica definitywnie odrzuciła marksizm rozumiany jako zasób teoretycznych narzędzi, pozwalających myśleć o dalszych praktykach oporu. Nie zmieniły tego nawet wielkie wystąpienia robotnicze z lat 1970-1971 oraz z roku 1976. Lewica postawiła „kwestię narodową" i demokrację parlamentarną w centrum swojego dyskursu; zbliżyła się do środowisk inteligencji katolickiej i samego Kościoła. Zaczęła działać, myśleć i postrzegać samą siebie w nawiązaniu do paternalistycznych tradycji, które znamy z historii polskiej inteligencji przełomu XIX i XX wieku. Wszystko to nadało jej ewolucji dynamikę, która jeszcze przed wybuchem „ludowej" rewolucji z 1980 roku wyprowadziła ją daleko poza dawny lewicowy radykalizm. W oczywisty sposób wpłynęło na postawy ludzi takich jak Kuroń czy Michnik w okresie pierwszej „Solidarności".
Czy to, że polska lewica zaakceptowała ostatecznie neoliberalny charakter polskiej transformacji, wiązało się z jej niewiedzą na temat systemu kapitalistycznego, brakiem umiejętności odnalezienia lepszej opcji? A może czymś jeszcze innym?
Począwszy od lat 70. bycie opozycjonistą wiązało się w Polsce z imperatywem radykalnej kontestacji systemu, na określenie którego właśnie w tym okresie wprowadzono pojęcie „totalitaryzm". W tym samym czasie dokonała się również swoista „moralizacja" sprzeciwu – w miejscu tak charakterystycznych dla rewolucyjnego rewizjonizmu drobiazgowych i obiektywnych analiz socjoekonomicznych (uwzględniających i analizujących materialne konflikty społeczne) pojawiły się rozważania o duszącym wolność „totalitaryzmie", „sowietyzacji" polskiego społeczeństwa czy narodowym „upodleniu". Rozważaniom tym towarzyszyły płomienne wezwania do moralnego oporu przeciwko „komunistycznemu kłamstwu", szerzenia prawdy czy życia w godności. Ta „moralizacja" sprzeciwu kosztem krytycznej refleksji ekonomicznej była częścią szerszego zjawiska: od lat 70. polscy opozycjoniści nieustannie deklarowali brak zainteresowania polityką, a przecież ekonomia jest kwestią par excellence polityczną!.
Jakie były tego skutki?
Podstawową słabością tego stanowiska, jak słusznie zauważał Jerzy Szacki, „była programowa niechęć do projektowania konkretnych rozwiązań ustrojowych, jakie mogłyby znaleźć zastosowanie po upadku komunizmu". Tym sposobem pod koniec ostatniej dekady PRL polscy dysydenci stali się szczególnie podatni na neoliberalne idee przenikające do Polski z Zachodu, gdzie owe idee zyskały w tym okresie niemal hegemoniczną pozycję w polityce, ekonomii i innych naukach społecznych. Nie potrafili się im przeciwstawić, nawet właściwie ich ocenić, byli bowiem „teoretycznie rozbrojeni". Na przełomie lat 80. i 90. ludzie tacy jak Michnik czy Kuroń po prostu uwierzyli, że „terapia szokowa", której przecież sami nie wymyślili, jest najlepszym i – co ważne – jedynym możliwym programem reform polskiego ustroju.
(...)
Jednak Polacy nie chcą głosować na lewicę.
Polskie społeczeństwo przez ostatnie trzy dekady uległo bardzo głębokim przeobrażeniom, a dziś na partie prawicowe i skrajnie prawicowe głosują również ludzie z klasy średniej i wyższej (w ostatnich wyborach parlamentarnych w 2015 roku PIS, Kukiz '15 i KORWIN wśród właścicieli firm zdobyły łącznie blisko 45% głosów, zaś w grupie dyrektorów, kierowników i specjalistów – ponad 40% głosów). Warto jednak wracać do początku lat 90., by zrozumieć, że postsolidarnościowa prawica – której środowiska liberalne dały tak wielkie pole do działania – wykorzystała dogodny punkt wyjścia i w dużym stopniu określiła warunki debaty politycznej w III RP. Nie przypadkiem wkrótce sami liberałowie i środowiska o publicznej tożsamości postkomunistycznej musiały poczynić wiele ustępstw na rzecz prawicowego języka i ideologii.
To znaczy?
Przez ostatnie ćwierć wieku centrum polskiej debaty publicznej systematycznie przesuwało się coraz bardziej na prawo, zaś sama prawica – szermując retoryką antykomunizmu i antyliberalizmu czy forsując nacjonalistyczną politykę historyczną – rosła w siłę, ciesząc się coraz większym poparciem. Znalazło to odzwierciedlenie np. w szkolnych programach nauczania.
Jakie są tego skutki?
Od kilku lat coraz prężniej, i przy niemal całkowitym braku głosów sprzeciwu, rozwijają się w Polsce organizacje otwarcie faszystowskie (Ruch Narodowy czy Obóz Narodowo-Radykalny), a nasze pokolenie – tzn. pokolenie ludzi urodzonych już w III RP – ma poglądy wyraźnie prawicowe, ksenofobiczne, antyfeministyczne czy homofoniczne (w ostatnich wyborach parlamentarnych wśród wszystkich głosujących w naszej grupie wiekowej blisko 70% oddało swój głos na PIS, Kukiz '15 czy KORWIN). Jak celnie zauważyła Elżbieta Janicka: „Sprawy zaszły tak daleko, że dziś potrzebna jest już nie tyle edukacja, co reedukacja. I resocjalizacja".
vice.com
sobota, 3 czerwca 2017
Worgaszor, jedno z miast workuckiej aglomeracji. Ulica Entuzjastów. Kilkadziesiąt metrów od otwartej tundry, na parterze bloku z wielkiej płyty mieści się niewielka księgarnia. To imperium Anastazji Grigoriewny, niewysokiej blondynki o ciepłym uśmiechu i jeszcze cieplejszych oczach. Ciepło jest tutaj niezwykle rzadkie i cenne, więc szybko stąd nie wyjdę. Pani Anastazja ma nieco ponad pięćdziesiąt lat i pochodzi z Winnicy. Do Workuty trafiła w 1975 roku jako czternastolatka. Jak to się stało, że wylądowała w Arktyce? Po prostu – przyjechała do siostry, której urodził się syn i która potrzebowała pomocy do opieki nad dzieckiem. Jak to się stało, że siostra wylądowała w Arktyce? Po prostu – przyjechała za mężem. Jak to się stało, że szwagier wylądował w Arktyce? Po prostu – po ukończeniu instytutu dostał przydział do pracy w kopalni. Moja rozmówczyni urzeka stoicyzmem i prostotą osądu – takie życie, takie losy, takie drogi, nie ma się nad czym rozwodzić. W Workucie prawie wszyscy są przyjezdni, prawie wszyscy są skądinąd.
new.org.pl
Zaangażowanie Unii Europejskiej w pomarańczową rewolucję oraz w rewolucję godności było zbyt słabe. W 2004 roku podczas pomarańczowej rewolucji Polska odegrała w Kijowie gigantyczną rolę. Gdyby nie misja prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który prowadził negocjacje z prezydentem Leonidem Kuczmą i ukraińską opozycją, pomarańczowa rewolucja mogła zakończyć się tragicznie.
Zmiana w postrzeganiu Polski w Niemczech jest bezpośrednio związana z rolą, jaką wasz kraj odgrywał właśnie podczas pomarańczowej rewolucji. Warszawa zaprezentowała, czym jest wirtuozeria dyplomacji: nie popierała żadnej ze stron konfliktu, ale w imieniu Unii Europejskiej starała się doprowadzić do pokojowego rozwiązania. Osiągnięcia pomarańczowej rewolucji zaprzepaszczono, ale odpowiedzialne są za to ukraińskie elity polityczne. Rewolucja godności zakończyła się rozlewem krwi – to było na rękę Rosji i dokonało się przy jej wsparciu – na to ani Polska, ani Niemcy nie miały wpływu.
new.org.pl
Philip Gordon, spec Obamy od Bliskiego Wschodu, powiedział: "W Iraku interweniowaliśmy, okupowaliśmy kraj, nie podziałało. W Libii interweniowaliśmy, nie okupowaliśmy, nie podziałało. W Syrii nie interweniowaliśmy, nie okupowaliśmy i też nic z tego nie wyszło".
To dramat każdego hegemona: pociąga się go do odpowiedzialności za to, co zrobił, ale też za to, czego nie zrobił.
wyborcza.pl
Mówiąc o zasługach Polaków dla gospodarki Austro-Węgier w czasach Franciszka Józefa należy zapytać o to na ile mit biednej i zacofanej Galicji jest prawdziwy?
Prof. Andrzej Chwalba: Wielką rolę w upowszechnieniu tego mitu odegrał Stanisław Szczepanowski przygotowując w 1888 r. pamflet "Nędza Galicji w cyfrach i program energicznego rozwoju gospodarstwa krajowego", który miał skłonić polskie elity do odegrania aktywniejszej roli gospodarczej. Po drugiej wojnie światowej weryfikując przytoczone przez Szczepanowskiego dane okazało się, że częściowo są "wzięte z sufitu", że sytuacja socjalna i gospodarcza Galicji jest kiepska, ale nie tak zła, jak w tekście Szczepanowskiego. W tym czasie mieszczanie lwowscy i krakowscy oraz światli arystokraci, tacy jak rodzina Lubomirskich z Przeworska i Potockich z Krzeszowic i Krakowa rozpoczęli inwestycje, które przynosiły stopniową poprawę kondycji gospodarczej Galicji. Rezultaty rozwoju były wymierne. W 1913 r. wysokość ciała rekrutów galicyjskich była wyższa o 2-3 cm niż poborowych do armii rosyjskiej w Królestwie Polskim. Ich stan zdrowia był również lepszy. Wyższe też były plony podstawowych upraw. Są to dowody na to, że Galicja prześcignęła, przynajmniej w niektórych aspektach Królestwo Polskie.
Przewagą Galicji nad Królestwem Polskim było posiadanie samorządu. Miejscowe władze potrafiły podejmować samodzielne inicjatywy wpływające na rozwój wsi i miasteczek galicyjskich. Dzięki temu rozwijało się szkolnictwo, wodociągi i inne zdobycze cywilizacyjne. Te osiągnięcia sprawią, że ustawa samorządowa międzywojennej Polski będzie wzorowana na austriackiej, obowiązującej w Galicji.
tvn24.pl
czwartek, 1 czerwca 2017
Do 10.000 pracowników fizycznych kalifornijskiej fabryki samochodów firmy Tesla karetka dojeżdżała ponad 100 razy od 2014 roku – to statystyki dotyczące tylko zasłabnięć, zawrotów głowy i problemów z oddychaniem. Fizyczne urazy to kolejne kilkaset interwencji – wynika z informacji, do których dotarł dziennik „The Guardian”. Co na to Elon Musk? Trudne warunki pracy tłumaczy walką o przetrwanie firmy, a nie oszczędnościami.
- Jesteśmy spółką tracącą pieniądze. To nie to samo, gdybyśmy byli chciwymi kapitalistami, którzy decydują się na cięcia budżetu na bezpieczeństwo tylko po to, żeby wypracować większy zysk i zapewnić inwestorom dywidendę – powiedział Elon Musk w czwartkowym wywiadzie dla „The Guardian”. Odnosząc to do warunków pracy w fabryce, przyznaje, że pracownicy pracują po godzinach i na wymagających stanowiskach, a wsparcie w zakresie ochrony ich zdrowia jest wciąż poprawiane.
(...)
Zanim Tesla zredukowała dzienny czas pracy w październiku 2016 roku, częstym zjawiskiem były 12-godzinne zmiany przez 6 dni w tygodniu. Teraz udało się zmniejszyć wymiar nadgodzin o połowę. Pojawiło się także oddelegowywanie pracowników, którzy doznali uszczerbku na zdrowiu do lżejszych zadań. To jednak okazała się pułapka, bo jak mówi jeden z pracowników, każdy boi się obecnie takie rzeczy zgłaszać – objęcie mniej obciążającego stanowiska kończy się spadkiem stawki wynagrodzenia z 22 do 10 dolarów amerykańskich za godzinę.
bankier.pl
W Rosji istnieje gotowość do konfrontacji, "która mnie przeraża" – mówi tak powściągliwy zwykle Gernot Erler, koordynator rządu RFN do spraw Rosji. Tamtejsi wojskowi wychodzą obecnie z założenia, że armia nie powinna się już przygotowywać do wojny obronnej, lecz do zadawania ciosów poza swoim terytorium. Celem jest "terapia szokowa", która "nauczy Zachód rozumu". Prawdopodobieństwo ataku NATO na Rosję wynosi "absolutne zero" – uważają moskiewscy eksperci wojskowi. Europejskich armii z ich wyposażeniem technicznym i w ich obecnym stanie psychologicznym nie trzeba traktować poważnie. Amerykańskie wojsko jest natomiast silne, składa się jednak wyłącznie z najemników. Z obawy przed stratami będą walczyć jedynie mając pełną przewagę techniczną. "Przeciwko Rosji i tak nic nie wskórają".
onet.pl
Pozwolę sobie na dłuższy cytat z pana książki p.t. „Cena wojny”. Przytacza pan relację byłego dyrektora Muzeum Obrony Carycynu-Stalingradu Andrieja Michajłowicza Borodina: „Pierwsza i ostatnia próba ustalenia skali naszych strat w bitwie pod Stalingradem została podjęta na początku lat 1960. Jewgenij Wuczeticz chciał, aby na Kurhanie Mamaja zostały wybite nazwiska wszystkich żołnierzy i oficerów poległych w bitwie stalingradzkiej. On myślał, że to jest w zasadzie możliwe i poprosił mnie o sporządzenie pełnej listy. Ja chętnie podjąłem się pomocy, komitet obwodowy [partii komunistycznej – przyp. tłum.] zwolnił mnie z wszelkiej innej pracy. Udałem się do archiwum w Podolsku [Centralne Archiwum Ministerstwa Obrony Związku Radzieckiego, obecnie Centralne Archiwum Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej – przyp. tłum.], do Biura Strat Sztabu Generalnego. Generał-major kierujący wówczas tym biurem powiedział, że takie zadanie postawił już przed nim sekretarz Komitetu Centralnego Kozłow. Po roku pracy wezwał on generała i zapytał o rezultaty. Gdy dowiedział się, że doliczono się już 2 mln poległych, a pracy jest jeszcze na wiele miesięcy, powiedział: „Wystarczy!” I prace przerwano. Zapytałem wtedy tego generała: „To ilu żołnierze straciliśmy pod Stalingradem, przynajmniej mniej więcej?” „Ja panu nie powiem”. Przed oczami mam raporty rzuconych w bój jednostek. Tylko płakać... Pułki znikały razem ze sztabami i wszystkimi dokumentami. W ciągu trzech dni zginęło wiele dywizji. Nie, żaden badacz nie ustali skali naszych strat. Nie pozwolono nam pojąć tego koszmaru”.
freerussia.eu
— Borysie Wadimowiczu, w swoim badaniach przytacza pan obliczenia, na podstawie których formułuje pan podobne szacunki dotyczące ogólnej liczby strat Związku Radzieckiego co autorzy raportu zaprezentowanego w Dumie. Zacznijmy jednak od przypomnienia, jakie liczby podawano wcześniej: Stalin stwierdził, że Związek Radziecki stracił 7 milionów ludzi, Chruszczow, że 20, a za Jelcyna liczba ta wzrosła do 27... I za każdym razem mówiono nam, że są to szacunki oparte na nowych, dokładniejszych danych. Jak można wyjaśnić te „korekty”?
— Stalin w ogóle nie znał realnych strat, liczbę 7 milionów wziął po prostu z głowy. „Korzenie” 20 milionów tkwią w niemieckim zbiorze „Bilans II wojny światowej” [oryg. Bilanz Des Zweiten Weltkrieges: Erkenntnisse und Verpflichtungen Für Die Zukunft, Oldenburg 1953]. Był tam artykuł niemieckiego lekarza Helmuta Arndta p.t. „Straty ludzie w II wojnie światowej”, ale podana tam liczba została obliczona w sposób po prostu śmieszny: jako podstawę przyjęto dane „pułkownika Kalinowa”: 8,5 zabitych, 2,5 zmarłych z powodu ran i 2,6 zmarłych w niewoli. To daje 13,6 mln i do tego dodano jeszcze stalinowskie 7 mln (które jednak w tym przypadku kwalifikowano wyłącznie jako straty cywilne). I tak otrzymano 20 milionów. To stąd Chruszczow wziął tę liczbę.
Ale sęk w tym, że „Kalinow” to postać zmyślona. Miał to być jakoby radziecki pułkownik, który uciekł z Berlina na Zachód. W rzeczywistości jego książka „Radzieccy marszałkowie mówią” [oryg. Sowjetmarschälle haben das Wort, Hamburg 1950] to dzieło dwóch emigrantów, Grigorija Biesedowskiego i Kiryła Pomerancewa. Na cześć Pomerancewa, którego zwano Kirył Dmitrijewicz „Kalinowa” nazywano Kiryłem Dmitrijewiczem. A zatem, powtarzam, liczba 20 milionów to szacunek Pomerancewa i Biesedowskiego.
A co się tyczy 27 milionów, to tę liczbę osiągnięto tak: z 194 mln, czyli ogólnej liczbę ludności Związku Radzieckiego według danych Centralnego Urzędu Statystycznego, odjęto powojenne 167 mln, a liczbę 167 otrzymano ekstrapolując wstecz dane ze spisu z 1959 roku.
(...)
— A czy w ogóle da się teraz ustalić dokładną liczbę strat poniesionych w wyniku wojny, która zakończyła się ponad 70 lat temu? Albo przynajmniej taką liczbę, na którą nie można by tak po prostu machnąć ręką?
Według moich obliczeń straty naszych sił zbrojnych wyniosły gdzieś około 26,9 mln poległych, a to, nawiasem mówiąc, obejmuje i tych radzieckich wojskowych, którzy zginęli później, walcząc w szeregach Wehrmachtu, SS, służąc w policji, walcząc w oddziałach partyzanckich albo po prostu zmarłych na choroby i z innych przyczyn już po wyzwoleniu z łagrów, ale jeszcze przed wyzwoleniem okupowanego terytorium przez Armię Czerwoną. Ich łączną liczbę ja szacuję na 700 tysięcy ludzi. Co się tyczy strat ludności cywilnej, to wedle moich obliczeń było to gdzieś od 13,2 do 14 milionów. A łącznie Związek Radziecki stracił od 40,1 do 40,9 milionów ludzi.
freerussia.eu
Czym jest stara gospodarka – każdy widzi. Tradycyjny przemysł korzystający z surowców kopalnych i dewastujący środowisko. Olbrzymie korporacje powstałe w ciągu ostatnich dziesięcioleci w wyniku fuzji i przejęć oraz dążeń do optymalizacji podatkowej. Są tak złożone, że zarządzanie nimi, nie mówiąc o wprowadzaniu innowacji czy transformacji, jest wyczynem porównywalnym z zatrzymaniem w miejscu Titanica.
Największy kłopot starej gospodarki to brak popytu, bo ostatecznie popyt zgłasza konsument. Dlaczego nie ma popytu? Są na ten temat różne hipotezy. Przyjrzyjmy się kilku z nich. Popyt zależy od rozporządzalnych dochodów społeczeństw i poczucia stabilności. Dochody tymczasem kumulują się w najwyższych decylach zamożności, podczas gdy te niższe wciąż muszą się liczyć z ich utratą – upraszczając myśli Branko Milanovicia. Brak popytu to także efekt zadłużenia gospodarstw domowych powstałego jeszcze przed kryzysem.
Skutek jest taki, że wartość dodana, którą przemysł (łącznie z wydobywczym, budownictwem, zaopatrywaniem w wodę, prąd, gaz itp.) wnosi do globalnego PKB, spadła z 33,4 proc. w 1995 roku do 27,6 proc. w 2014 roku – mówią dane Banku Światowego. Stara gospodarka kurczy się już od lat.
obserwatorfinansowy.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




