sobota, 30 grudnia 2017


Czy wobec tego sankcje gospodarcze, które Zachód nałożył na Rosję, są Putinowi obojętne?

Gospodarczo – tak. Jako element gry politycznej – nie.

Sankcje te jednak uderzyły realnie w Rosję.

To prawda, chociaż nie przeceniałbym ich wpływów. Myślę, że sankcje szkodzą Rosji przede wszystkim na poziomie informacji. Oto powstała czarna lista rosyjskich firm i osób, z którymi zachodnie firmy i banki nie mogą robić interesów, w rezultacie czego nie chcą robić interesów także z tymi, z którymi wolno. Obawiają się po prostu, że i te w końcu trafią na czarną listę. Rosja jest odcinana w ten sposób od globalnej gospodarki, inwestycji i przepływów kapitałowych.

W Wenezueli idiotyczna polityka gospodarcza, niszcząc instytucje rynkowe, doprowadziła w końcu do wielkiego kryzysu. Wenezuela to podobnie jak Rosja gospodarka oparta m.in. na wydobyciu ropy. Czy podobny scenariusz jest możliwy w Rosji?

Kryzys w Rosji jest możliwy, ale nie tak duży i innego rodzaju. Przywódcy, którzy zniszczyli Wenezuelę, Hugo Chavez i Nicolas Maduro, to socjaliści, którzy wprowadzili socjalistyczną politykę. Putin to, jak powiedziałem, w pewnym sensie zwolennik rynku, więc nie zamierza wprowadzać centralnego planowania czy racjonowania towarów. W Rosji mamy rynek, jakoś działa, ale nie jest to wolny rynek. Natomiast Rosja już jest w kryzysie, a właściwie w stagnacji. Od dziewięciu przecież lat nie notujemy rozwoju gospodarczego. Przez chwilę rośniemy, robiąc krok naprzód, by zaraz się cofnąć o dwa. Nasze PKB w 2017 roku jest na takim samym poziomie jak w 2008 roku, gdy wybuchł światowy kryzys finansowy.

Rosja jest skazana na stagnację?

Rosja jest na równi pochyłej. PKB jest podobne jak w 2008 roku, ale już poziom inwestycji zagranicznych jest o 30 proc. niższy, co daje podstawy, by sądzić, że w przyszłości PKB spadnie. Oczywiście, wśród przyczyn rosyjskich kłopotów gospodarczych można wymienić także problemy strukturalne, np. brak rozwiniętych małych i średnich firm, ale te każdy rozumie inaczej. Ja natomiast uważam, że generalnie rzecz biorąc, przyczyną, dla której gospodarki państw takich jak Rosja przestają rosnąć, jest stopień ograniczenia wolności politycznej. To nie jest do końca przedyskutowane zagadnienie, ale w mojej najnowszej pracy staram się to udowodnić. Zależność między szklanym sufitem dla wzrostu PKB a stopniem wolności politycznej jest uderzająca, wygląda wręcz na powszechne prawo.

Chiny rosną szybko, ale są krajem rządzonym przez jedną komunistyczną partię…

Zawsze trzeba wziąć poprawkę na konkretny przypadek, ale i Chiny mają górną granicę wzrostu, powyżej której nie podskoczą. Średnio dla krajów politycznie „niewolnych” jest to 30 proc. PKB per capita Stanów Zjednoczonych. Rosja już tam jest, Chiny dopiero będą. Oczywiście są wyjątki. Autorytarne kraje, takie jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrain, Kuwejt czy Brunei, korzystając z zapasów ropy, która daje nawet 90 proc. przychodów budżetowych i tego, że są relatywnie nieliczne (maksymalnie 3 mln ludzi), są bardzo bogate. Jednak gdy mowa o krajach dużych, takich jak niemal 200-milionowa Rosja, to sytuacja nie jest już tak wesoła i ropa nie wystarczy.

obserwatorfinansowy.pl

Saakaszwili i Poroszenko studiowali na elitarnym wydziale stosunków międzynarodowych Uniwersytetu Kijowskiego. O wyborze kierunku kształcenia przyszłego gruzińskiego przywódcy miał zdecydować Temur Alasania, radziecki dyplomata przez wiele lat pracujący w ONZ i wspierający siostrę w wychowaniu synów. Wuj – zgodnie z gruzińską tradycją popierania rodziny – pomógłby w karierze dyplomatycznej Micheila, jednak gdy ten studiował, rozpadł się Związek Radziecki, a na gruzach światowego mocarstwa powstało 15 niepodległych państw, w tym Ukraina i Gruzja. Wszystkie potrzebowały własnych narodowych kadr.

Po skończeniu studiów – dzięki specjalnemu programowi stypendialnemu Departamentu Stanu USA uruchomionemu w celu kształcenia nowych elit państw poradzieckich – Saakaszwili uzyskał dyplomy amerykańskich uczelni: Uniwersytetu Columbia i Uniwersytetu Jerzego Waszyngtona. Po powrocie ze Stanów został członkiem Związku Obywatelskiego, partii stanowiącej bazę polityczną dla rządzącego Gruzją Eduarda Szewardnadzego, w okresie pierestrojki szefa radzieckiej dyplomacji i przełożonego Temura Alasanii. Po roku początkujący polityk jest już w parlamencie, w 2000 r. zaś prezydent Szewardnadze powierza mu stanowisko ministra sprawiedliwości. Saakaszwili demonstracyjnie rezygnuje z niego po roku, zarzucając rządzącym korupcję. Jako orędownik walki z nieuczciwymi politykami zyskuje popularność i gdy w listopadzie 2003 r. w wyniku masowych protestów, nazwanych rewolucją róż, 75-letni Szewardnadze rezygnuje z urzędu, wybór 96% biorących udział w głosowaniu Gruzinów pada na dwukrotnie młodszego Saakaszwilego. W przeprowadzonych wkrótce potem wyborach parlamentarnych założony przez niego Zjednoczony Ruch Narodowy zdobywa 135 ze 150 miejsc.

Rok 2004 był najlepszy w karierze politycznej Saakaszwilego. Potem było gorzej. Inwestował w bogatych, oszczędzał na biednych, okazywał niezwykłą szczodrość wojsku i policji. Przykręcił śrubę mediom, z walki z korupcją ukręcił bat na opozycję. W przepełnionych więzieniach stosowano tortury.

Cztery lata po pokojowej rewolucji róż oddziały wyposażone w broń gładkolufową, armatki wodne i gaz łzawiący spacyfikowały wielotysięczną manifestację przeciwko rządom Saakaszwilego. Setki osób odniosły obrażenia, prezydent wprowadził stan wyjątkowy w stolicy. Odpowiedzialność za protesty zrzucił na odsunięte przez niego od władzy elity: „W czasach kiedy rządził Szewardnadze, siły te miały się dobrze w Gruzji, lecz po tym jak my doszliśmy do władzy, straciły uprzywilejowane pozycje. Dlatego zaczęły kampanię osłabiania prezydentury i państwa”.

Inaczej sądzi obecna gruzińska prokuratura – zarzut użycia nadmiernej siły w czasie tłumienia protestów w 2007 r. w Tbilisi jest jednym z czterech, na podstawie których wydała międzynarodowy list gończy za Saakaszwilim.

Prezydent przekazywał kolejne dowody miłości USA, Moskwie zaś dedykował taniec z szablą i kindżałem, zakończony atakiem artyleryjskim i zrzuceniem bomb na Cchinwali, stolicę zbuntowanej, ciążącej bardziej ku Rosji niż Gruzji Osetii Południowej. Reakcja Rosjan była natychmiastowa – przekroczyli granicę, błyskawicznie wyparli z Cchinwali oddziały gruzińskiej armii, Moskwa uznała niepodległość Osetii Południowej.

tygodnikprzeglad.pl

niedziela, 24 grudnia 2017


Pierwsze antydepresanty były testowane jako leki na inne schorzenia – poprawa nastroju u chorych, przez podniesienie poziomu jednego z hormonów, wystąpiła jako skutek uboczny. Naukowcy doszli wtedy do wniosku, że przyczyną depresji jest biologiczna wada, że depresja jest jak każda inna choroba, na którą można znaleźć lekarstwo. Tymczasem, jak pisze autorka, problemy psychiczne nigdy do końca nie dadzą się ująć w postaci twardych medycznych danych i trudno o wiarygodne statystyki dotyczące skuteczności leków.

Prawdziwy rozkwit zainteresowania antydepresantami nastąpił w latach 90. Firmy farmaceutyczne uzyskały pozwolenie na reklamowanie w mediach lekarstw na receptę. Wystarczyło pokazać kogoś bardzo smutnego, nazwę leku, a następnie tę samą osobę odmienioną, promieniującą i proste hasło: zapytaj swojego lekarza. Antydepresanty zaczęli przepisywać lekarze pierwszego kontaktu, bez fachowej wiedzy. Nowe kategorie schorzeń w podręcznikach psychiatrycznych pozwalały coraz więcej pacjentów kwalifikować do leczenia farmakologicznego.

Takie podejście pasowało też wielu osobom szukającym pomocy. Jeśli w twojej rodzinie była depresja, masz pewnie do niej też skłonność – to defekt mózgu, a nie wina twoja czy twojego otoczenia, że czujesz się źle. Po prostu choroba. Lekarstwo sprawi, że poczujesz się lepiej. Z doświadczeń własnych i swoich rozmówców autorka wyciąga jednak wniosek, że takie myślenie tylko pozornie ułatwia życie chorym, za to bardzo wydatnie – firmom farmaceutycznym i psychiatrom, którzy teraz mogą „obsłużyć” znacznie większą liczbę pacjentów niż wtedy, kiedy nie było jasnych instrukcji postępowania z przypadkami obniżonego nastroju. Dla wielu chorych to rozwiązanie pozorne, bo często likwiduje symptomy bez pytania o przyczyny – tak jakby rzeczywiście problemem była tylko biochemia mózgu.

krytykapolityczna.pl

niedziela, 3 grudnia 2017


Rozpoczęcie procesu Brexitu było zagrywką premiera Camerona, wymierzoną w UKIP i jej lidera Nigela Farage’a. Wielka Brytania ma tak silną pozycje w UE i czerpie z niej takie korzyści, że ani Cameron, ani nikt z elit politycznych Wielkiej Brytanii nie traktował serio pomysłu Brexitu. Ot, blef. Jednak, jak uczeń czarnoksiężnika, Cameron wypowiedział zaklęcie i stracił nad nim kontrolę. Było to o tyle łatwe, że brytyjskie bulwarówki od lat regularnie pisywały negatywnie o Unii Europejskiej. Ponieważ większościowa ordynacja wyborcza uniemożliwia natychmiastowe wymierzenie kary za złe decyzje przez społeczeństwo w kolejnych wyborach, konserwatyści zarządzający Brexitem zostali po czerwcowych wyborach tylko osłabieni, a nie odwołani.

UKIP oszukał Brytyjczyków przed referendum, głosząc, że wyjście z UE to 8,5 mld funtów rocznie zysku dla Brytyjczyków (tyle przeciętnie wynoszą roczne wpłaty netto Wielkiej Brytanii do UE). Na samym początku negocjacji w kwietniu 2017 r., UE zażądała 100 mld euro rachunku brexitowego za różne zobowiązania zaciągnięte względem UE, np. wpłaty do budżetu UE do końca obecnej perspektywy finansowej do 2020 r.  Londyn odrzucił te żądania jako bezzasadne, a obecnie zgadza się na 40 mld euro, podczas gdy UE zredukowała swe oczekiwania do 65 mld euro, co stanowi odpowiednio 1,7% i 2,8% brytyjskiego PKB z 2016 r. Nie zapominajmy przy tym, że Wielka Brytania jest, w przeciwieństwie do Polski, płatnikiem netto do budżetu UE.

(...)

Polska w latach 2004-2020 otrzyma z UE w sumie 162 mld euro netto, czyli około 10 mld euro rocznie, średnio jakieś 3% PKB. Polski eksport to w 80% rynek UE, w tym 27% do Niemiec (w tym sporo prefabrykatów do niemieckich łańcuchów dostawczych, a nie produktów finalnych), a w drugą stronę to tylko 3% i 4,3% (kalkulacja z bazy danych trademap.org). Największe nieunijne rynki eksportowe dla Polski to USA (2,8% polskiego eksportu), Rosja (2,7%), Turcja (1,7%), Ukraina (1,5%), Norwegia (1,4%), Chiny (1,2%) i Szwajcaria (1%). Reszta to drobnica poniżej 1%. Liczenie na Chiny, popularne wśród części prawicy, jest złudne, zwłaszcza że one nie potrzebują Polski poza UE, lecz jako platformy dostępu do rynku UE. Zapewne więc rachunek za Polexit byłby słony i wynosił kilka razy więcej niż 1,75% PKB brytyjskiego, kraju będącego płatnikiem netto. Prawdopodobnie byłoby to około 1,5% PKB za zobowiązania bieżące (składki itd.), a ile zwrotu Unia chciałaby z około 40% polskiego obecnego rocznego PKB, które UE wpompowała w Polskę netto od 2004 r., to nawet strach się zastanawiać… Ponadto polska gospodarka poprzez odcięcie od rynków unijnych zostałaby wrzucona w otchłań kryzysu. Być może dlatego prawica odkurza kwestię reparacji wojennych od Niemiec. Cóż, zapewne moralnie ma to w oczach prawicowych radykałów jakiś sens, choć jest nierealne, nieprofesjonalne i raczej infantylne.

Polexit spowodowałby ogromny kryzys gospodarczy w Polsce, wysokie bezrobocie, wzrost kosztów obsługi długu publicznego do 5-10% odsetek i zapaść finansów publicznych, wyhamowanie inwestycji w modernizację, w technologie obronne, infrastrukturę energetyczną, koniec z 500+, koniec z bezpośrednimi dopłatami dla rolników. I w ogóle koniec marzeń o zamożnej i sprawiedliwej społecznie Polsce na dziesiątki lat. Poza tym – wzrost dominacji Rosji na Ukrainie, w Białorusi i w Polsce. Jednym słowem, Polexit to pogrzebanie „Trójmorza”, które i tak jest mało realne, poza wybudowaniem dobrych sieci transportowych (autostrady i szybka kolej) i energetycznych (zwłaszcza przesył gazu). Polska to 3-4% gospodarki UE, więc byłoby to zderzenie mrówki ze słoniem i zatopienie ekonomiczne Polski. Polexit to marzenie Putina.

nowyobywatel.pl

sobota, 25 listopada 2017


Media, podgrzewając napięcie w rozmaitych sprawach, zabrały się do margaryny. Powód? Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) stwierdziła, że ponieważ nienasycone kwasy tłuszczowe typu trans produkowane w wyniku utwardzania tłuszczów roślinnych są bardzo niezdrowe, trzeba nakazać ich wycofanie z produkcji w ciągu trzech lat.

Odnosimy się do tych zamierzeń z pewną rezerwą, bo wiemy, że w Stanach Zjednoczonych niezdrowa żywność od dawna króluje, sieci fast foodów mają ogromną moc ekonomiczną, a społeczeństwo pełne jest ofiar tłustych potraw. Być może jednak miarka nawet w Ameryce się przebrała i rządowa agencja postanowiła ratować obywateli przed atakami serca i cukrzycą.

Na stronach internetowych FDA można przeczytać dziesiątki raportów i interwencji w sprawie utwardzanych tłuszczów roślinnych typu trans, co poskutkowało tym, że od 2013 r. zdecydowanie przestano uznawać, że tłuszcze te są bezpieczne. W czerwcu br. agencja ogłosiła, że daje firmom spożywczym trzy lata na dokonanie przeglądu swoich produktów i wyeliminowanie szkodliwych tłuszczów lub w określonych przypadkach zezwala na wystąpienie do FDA z wnioskiem o zgodę na pozostawienie śladowej zawartości tych składników. Część wytwórców już próbuje je usunąć z przetworzonej żywności, a FDA przewiduje, że wielu uda się to wcześniej. Agencja uprzedza jednak, że tłuszcze trans nie zostaną całkowicie wyeliminowane z żywności, ponieważ występują naturalnie w małych ilościach w mięsie i produktach mleczarskich, a także w olejach jadalnych. Zachęca się natomiast konsumentów, którzy myślą o zmniejszeniu spożycia niezdrowych substancji, aby sprawdzali skład produktów pod kątem zawartości nienasyconych kwasów tłuszczowych.

tygodnikprzeglad.pl

Około dwa lata temu włoski badacz pracujący na Tomskim Uniwersytecie Państwowym (Rosja), prof. Roberto Cazzolla Gatti przedstawił hipotezę dotyczącą występowania samoświadomości u psów. Specjalista opracował specjalny zapachowy test samorozpoznawania (STSR) i wykazał, że psy poświęcają więcej czasu na wąchanie cudzego moczu, niż własnych wydzielin. Zdaniem badacza świadczyło to o zdolności zwierząt do rozpoznawania własnego zapachu, a co za tym idzie - występowaniu u nich świadomości własnej tożsamości.

Podobny eksperyment przeprowadziła dr Alexandra Horowitz z amerykańskiego Barnard College. Psycholożka obserwowała zachowanie 36 psów w kontakcie z własnym zapachem w postaci czystej (tylko własny zapach) i zmodyfikowanej (własny zapach uzupełniony o dodatkową woń). Stwierdziła, że czworonogi dłużej koncentrowały się na wąchaniu zmodyfikowanego zapachu - co sugerowało, iż zwierzęta były w stanie rozpoznać własny zapach i były "zdziwione", gdy wyczuwały w nim dodatkową woń. Rezultaty badania potwierdziły hipotezę samoświadomości u psów.

Wcześniej uważano, że psy nie posiadają świadomości swojego istnienia, bo nie zdają tzw. testu lustra – nie rozpoznają w lustrze własnego odbicia, jak robią to ludzie, niektóre małpy i kilka innych gatunków zwierząt. Część badaczy, w tym prof. Gatti i dr Horowitz - uznała jednak, że test lustra może stanowić nieodpowiednie narzędzie do badania samoświadomości u czworonogów, gdyż wzrok nie jest podstawowym zmysłem, którym posługują się te zwierzęta. Dlatego badacze postanowili zastosować inną metodę - opartą na zmyśle węchu, i to właśnie ona dostarczyła im dowodów na istnienie samoświadomości u psów.

naukawpolsce.pap.pl

piątek, 24 listopada 2017


Kiedy Jarosław Kaczyński, będąc jeszcze przewodniczącym małej chrześcijańsko-demokratycznej partii we wrześniu 1991 w Bonn spotkał się z kanclerzem Helmutem Kohlem, domagał się od niego deklaracji uznania granicy na Odrze i Nysie. Działo się to w rok po tym, jak Niemcy formalnie uznały tę granicę w traktacie i trzy miesiące po podpisaniu polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie.

Dziennikarz FAZ przypomina, że polski dziennikarz Michał Krzymowski cytuje w wydanej przed dwoma laty biografii Kaczyńskiego jego ówczesnego doradcę w sprawach polityki zagranicznej, który twierdził, że dzisiejszy prezes PiS zawsze obserwował niemiecką politykę z nieufnością, przypominającą zachowanie komunistycznej kadry lat 60-tych, czyli ludzi, którzy wtedy organizowali nagonkę na polskich biskupów. "Dla głównego nurtu polskiej opozycji przeciwko komunistycznej dyktaturze postawa taka nie była jednak typowa. Po pierwsze, niektórzy z jej liderów, jak pierwszy niekomunistyczny premier Polski Tadeusz Mazowiecki należeli do kręgów zbliżonych do Kościoła, które od początku lat 70-tych utrzymywały intensywne kontakty z Republiką Federalną. Po drugie, czołowi działacze tego ruchu już wcześnie zorientowali się, że podtrzymywanie strachu przed Niemcami jest jedynym narzędziem komunistycznej propagandy, który faktycznie ma skuteczne działanie na dużą część narodu. Tylko Związek Radziecki mógł zagwarantować bezpieczeństwo Polski przed Niemcami, twierdziło wtedy kierownictwo partii. Twierdzeniu temu próbowali zaprzeczać krytycy reżimu w latach 80-tych, wskazując np. na europejskie powiązania Republiki Federalnej i zmiany, jakie zaszły w zachodnioniemieckim społeczeństwie.

dw.com

piątek, 20 października 2017


To że żyjemy w coraz bardziej zanieczyszczonym środowisku powoli nikogo już nie dziwi. Najnowsze badania, na które powołuje się "The Guardian", dowodzą, że powszechnie używany plastik stał się składnikiem naszej codziennej diety.

Brytyjski dziennik opisuje najnowsze badania naukowców z różnych stron świata, którzy alarmują, że mikrocząsteczki plastiku znajdują się m.in. w powszechnie używanej soli morskiej. (...)

Według naukowców, większość zanieczyszczeń mikrowłóknami plastiku to wina powszechnie stosowanych opakowań jednorazowych, jak np. butelki PET. Jak wylicza ONZ, rocznie do oceanów trafia do 12,7 mln ton tworzyw sztucznych, co odpowiada opróżnianiu jednej śmieciarki na minutę wyładowanej plastikiem.

Podobne badania przeprowadziła prof. Sherri Mason z Uniwersytetu Stanowego w Nowym Jorku. Udowodniła w nich, że mikrocząsteczki plastiku występują również w piwie, wodzie pitnej oraz w 10 rodzajach soli morskiej z całego świata, które naukowiec kupiła w sklepach w USA. Według Mason, sól morska może być bardziej podatna na zanieczyszczenia tworzywem sztucznym ze względu na proces jej pozyskiwania, m.in. poprzez odparowanie wody morskiej.

gazeta.pl

"Odsetek otyłych osób na świecie wciąż bardzo wzrasta. Wiemy już, że otyłość jest jednym z głównych czynników ryzyka rozwoju raka. Dotychczas stwierdzono, że ma ona związek z rozwojem 16 różnych nowotworów. Istnieje zatem pilna potrzeba zidentyfikowania konkretnych mechanizmów, które sterują tą zależnością" - mówi dr Cornelia Ulrich z Uniwersytetu Utah w Salt Lake City, która przeprowadziła analizę 20 prac dotyczących zależności pomiędzy otyłością a rakiem, opublikowanych w latach 1946-2017.

Z poprzednich badań wynika, że tkanka tłuszczowa przyczynia się do kancerogenezy m.in. poprzez zwiększanie ryzyka stanu zapalnego, negatywny wpływ na metabolizm komórki oraz pracę układu odpornościowego.

Jak zauważa dr Ulrich, kilka z badań wskazywało na to, że komórki tkanki tłuszczowej mają zdolność wnikania do miejsc rozwoju nowotworów i stymulowania ich wzrostu. Takie komórki występowały częściej u otyłych kobiet z rakiem piersi oraz otyłych mężczyzn z rakiem gruczołu krokowego.

naukawpolsce.pap.pl

O ociepleniu klimatu informuje nas nie tylko obecność lub brak pewnych gatunków owadów, lecz także liczebność ich populacji. Takim wskaźnikiem jest wzmożona obecność kornika drukarza w Puszczy Białowieskiej. Atakuje on przede wszystkim tamtejsze świerki, które z roku na rok są coraz słabsze. Dlaczego?

- W naszym kraju klimat dla świerka jest coraz mniej sprzyjający. Dla tych drzew jest ostatnio za ciepło i za sucho. Spowodowało to masowe ataki kornika drukarza, który korzysta z obfitości pożywienia i masowo się rozmnaża. Można powiedzieć, że słabe drzewa w jakiś sposób zawiadamiają owady o swojej złej kondycji, zachęcając je do konsumpcji. Dzięki temu szybciej zamierają i robią miejsce dla młodego pokolenia. To przykład zdrowego funkcjonowania lasów pierwotnych, bardzo wyraźnie widocznego obecnie w Puszczy Białowieskiej - mówi dr hab. Tomasz Mokrzycki z Wydziału Leśnego SGGW.

- Miejsce świerków zajmują gatunki bardziej ciepłolubne, lepiej dostosowane do obecnych warunków klimatycznych, np. grab. W ten sposób Puszcza się niejako rozbiera, przystosowuje do cieplejszego klimatu. Jeśli w Białowieży można spotkać modliszkę, oznacza to, że nie ma tu optymalnych warunków do życia dla świerków - dodaje.

agropolska.pl

czwartek, 19 października 2017


Doktor Philip Howard, autor książki: „Koncentracja i władza w systemie żywnościowym, czyli kto decyduje o tym, co jemy?”, od lat bada zmiany zachodzące w systemie żywnościowym i opisuje zachodzące w nich trendy. Howard jest profesorem nadzwyczajnym na Wydziale Zrównoważonego Rozwoju Społeczności na Uniwersytecie Stanowym w Michigan, specjalizuje się zaś w dziedzinie socjologii wsi.

(...)

Jak zauważa Howard:

„W wielu branżach obserwujemy trend zmierzający w kierunku coraz mniejszej ilości działających w nich firm, przy jednoczesnym zwiększaniu ich wpływów. Weźmy na przykład przemysł piwowarski. Dziś za połowę światowej produkcji tego trunku odpowiadają cztery firmy z Europy. W najbliższej przyszłości ich ilość spadnie do trzech, ponieważ Anheuser-Busch InBev zamierza kupić SABMiller.

Co ciekawe, nawet firmy z dominującą pozycją na rynku muszą podporządkować się regułom narzucanym im przez system. A zgodnie z nimi należy ciągle zwiększać swoje obroty, bo inaczej przejmą cię inni. To sprawia, że o tym, co mamy jeść, decyduje coraz mniejsza grupka ludzi. Krążą słuchy, że kupno SABMiller nie zwiększy obrotów InBev do pożądanego poziomu, więc koncern będzie musiał przejąć jeszcze jedną firmę, być może nawet Coke lub Pepsi.”

(...)

„Na początku XX wieku istniało wiele regulacji zapobiegających powstawianiu koncernów, których wpływy byłyby zbyt rozległe. Sytuacja ta zmieniła się diametralnie na początku lat 80-tych, kiedy prezydentem został Ronald Reagan. Agencje rządowe otrzymały wtedy nakaz, by zupełnie inaczej zacząć postrzegać fuzje czy przejmowanie jednych przedsiębiorstw przez drugie. Jednocześnie sędziów federalnych próbowano przekonać do tzw. szkoły chicagowskiej. W tym celu zapraszano ich na wycieczki do Arizony, na Florydę i innych tego typu miejsc, gdzie poza rozrywką, głównie w postaci gry w golfa, uczestniczyli oni w seminariach. Tam uczono ich, że fuzje i przejęcia, jeśli tylko nie spowodują gwałtownego wzrostu cen, są dobrodziejstwem dla całego społeczeństwa. Do końca lat 90-tych w takich wyjazdowych szkoleniach wzięło udział ponad 2/3 wszystkich sędziów federalnych. Trudno się więc dziwić, że dziś nie ma szans, by wygrać jakąkolwiek rozprawę dotyczącą przeciwdziałania praktykom monopolistycznym.”

ulicaekologiczna.pl

Współczesna polska publicystyka historyczna wykreowała określenie „cios nożem w plecy” wobec agresji ZSRR z 17 września 1939 r. Tych ciosów nożem w plecy Polska otrzymała jednak we wrześniu 1939 r. więcej. 1 września 1939 r. taki cios zadała Rzeczypospolitej Słowacja, umożliwiając wojskom hitlerowskim zaatakowanie Polski ze swojego terytorium oraz biorąc udział w tej agresji. 12 września 1939 r. cios nożem w plecy zadali natomiast nacjonaliści ukraińscy, wszczynając w porozumieniu z Berlinem działania, które przeszły do historii pod nazwą dywersji OUN na Kresach Wschodnich.

Na miano ciosu nożem w plecy zasługuje także postawa sojuszników Polski, czyli niewywiązanie się przez Francję i Wielką Brytanię ze zobowiązań sojuszniczych. Ten cios nożem w plecy był chronologicznie pierwszy i stanowił ogromny szok dla Polaków, których ówczesna propaganda państwowa utwierdzała w wierze w trwałość i niezawodność sojuszy. Przypominam o nim nie po to, żeby deprecjonować znaczenie innych przyczyn klęski wrześniowej – w tym działań podjętych przez ZSRR – ale dlatego, że postawa Francji i Wielkiej Brytanii wobec samotnie walczącej z najazdem niemieckim Polski zasługuje na uwagę również w kontekście współczesnej polskiej polityki prozachodniej.

II Rzeczpospolita od początku lat 20. XX w. była związana sojuszem polityczno-wojskowym z Francją – najsilniejszym wówczas militarnie mocarstwem Europy Zachodniej. Polsko-francuska umowa sojusznicza została podpisana 19 lutego 1921 r. w Paryżu. Dopiero 19 maja 1939 r. – w sytuacji jawnego już zagrożenia napaścią Niemiec hitlerowskich na Polskę – Francja zgodziła się na odnowienie i uściślenie konwencji wojskowej do umowy sojuszniczej. Nadający tej konwencji klauzulę ważności protokół polityczny dyplomacja francuska podpisała pod naciskiem Wielkiej Brytanii 4 września 1939 r. Najważniejszym zobowiązaniem, jakie przyjęła na siebie Francja, było rozpoczęcie ofensywy przeciw Niemcom w 15. dniu po ogłoszeniu mobilizacji powszechnej.

Drugim sojusznikiem II RP w 1939 r. stała się Wielka Brytania, która w reakcji na całkowitą likwidację Czechosłowacji przez Niemcy (14-15 marca 1939 r.) udzieliła Polsce 31 marca jednostronnej gwarancji niepodległości (ale nie integralności terytorialnej), obiecując pomoc wojskową w wypadku zagrożenia. Następstwem tego kroku było podpisanie 6 kwietnia 1939 r. w Londynie przez ministrów spraw zagranicznych Józefa Becka i lorda Halifaksa układu o dwustronnych gwarancjach polsko-brytyjskich, który stał się podstawą rokowań w sprawie zawarcia formalnego układu sojuszniczego między Polską a Wielką Brytanią. Na sfinalizowanie go Londyn zdecydował się dopiero 25 sierpnia 1939 r., obawiając się, że po podpisaniu w Moskwie 23 sierpnia paktu Ribbentrop-Mołotow Polska może pójść na ustępstwa wobec Niemiec.

tygodnikprzeglad.pl

Rosyjskojęzyczni użytkownicy są średnio dwa razy aktywniejsi niż ci anglojęzyczni: na tych pierwszych przypada 4,7, a na drugich 2,4 tweetów. Najważniejszym jednak wnioskiem raportu jest fakt, iż 70% kont piszących po rosyjsku i 28% po angielsku to automaty. 84% rosyjskojęzycznych treści na temat Sojuszu Północnoatlantyckiego w krajach bałtyckich i w Polsce zostało wykreowanych nie przez realnych użytkowników. Treści anglojęzyczne poszerzane przez boty stanowią 46% całości na Twitterze.

(...)

Jak zauważono w raporcie, treści rosyjskojęzyczne są ściśle powiązane z narracjami rosyjskich mediów o ćwiczeniach wojskowych, stacjonowaniu żołnierzy NATO oraz pojedynczymi incydentami z udziałem personelu wojskowego. Treści anglojęzyczne były zdominowane przez kwestie amerykańskiej polityki zagranicznej i wewnętrznej.

Automatycznie tworzone treści obejmują kombinację publikacji mediów, spamu i materiałów stricte politycznych. Modyfikacja stylu przyczyniła się też do kolejnego wniosku: w kwestiach militarnych przyjęte metody są inne niż te, znane z rosyjskiego Twittera, tj. spamowania hasztagami w celu maskowania lub rozmywania niewygodnych trendów tematycznych. „Twitterowe rozmowy o sprawach powiązanych z NATO to przede wszystkim boty rozmawiające z innymi botami, boty promujące treści osób trzecich oraz boty stopniowo budujące bardziej wiarygodne profile”.

Najbardziej popularne działania automatów to przeklejanie nagłówków z mediów internetowych z lub bez linka czy obrazka tytułowego oraz agregatory, nierzadko polegające na usługach zewnętrznego podmiotu, którego treści są podawane z określonego klucza. Co więcej, szereg mediów podających fikcyjne treści (fake newsy) dokonuje plagiatu lub algorytmicznie przepisuje treści innych środków masowego przekazu, publikując je następnie pod zmienionymi, własnymi tytułami. Jak stwierdza raport STRATCOM: „boty mają tendencję do polegania na mediach dla pozyskania treści, gdyż środowisko rosyjskojęzycznych mediów społecznościowych staje się coraz bardziej przedłużeniem mediów klasycznych i elektronicznych. Większość rosyjskich massmediów są albo bezpośrednio albo pośrednio kontrolowane przez państwo. Zrozumiałe jest, że nawet automatycznie generowany rosyjski spam informacyjny to echa państwowo nakazywanych treści”.

cyberdefence24.pl

wtorek, 17 października 2017


A jakiego to „konkretnego typu” rodzina jest intencją tego programu?

Imaginarium, jakie stoi za Rodziną 500+, to wyobrażenia i tęsknoty za światem, którego nie ma. Może istniał kiedyś w dwudziestoleciu międzywojennym: w przemyśle Gdynia i COP, w polityce Naczelnik gardzący demokracją liberalną, a w rodzinie posłuszeństwo mylone z porządkiem. A ponieważ wszyscy jesteśmy specjalistami od tego okresu głównie za sprawą fotografii w sepii, nie pamiętamy, że to okres analfabetyzmu na poziomie 33% oraz głodu na przednówku.

Ale za to Wilno i Lwów były polskie. To już raczej niemożliwe, więc może chociaż tradycyjna rodzina?

Historia powtarza się wyłącznie jako farsa, bo sama próba jej powtórzenia sygnalizuje ignorowanie galopującej rzeczywistości. Instytucje, w tym język i prawo, zmieniają się wolniej niż życie społeczne. Jeśli nie czytamy książek wydanych po powstaniu warszawskim, możemy nie zauważyć, że historycznie negatywna relacja między dzietnością a zatrudnieniem oraz wykształceniem kobiet stała się pozytywna w latach 90. Zmieniły się nie tylko czynniki wpływające na liczebność rodziny, ale też jej struktura. Gdy rzeczniczka klubu PiS Beata Mazurek w lutym 2016 roku powiedziała do samotnych rodziców, żeby ustabilizowali swoją sytuację rodzinną i mieli więcej dzieci, zapewne nie wiedziała, że mówi to do 2,17 miliona samotnych matek i 328 tysięcy samotnych ojców – czyli do co piątego gospodarstwa domowego w Polsce. Nie wspomnę już o zróżnicowaniu regionalnym Polski, gdzie w Zachodniopomorskiem 41 procent dzieci rodzi się poza małżeństwem – czyli trzy razy więcej niż w Małopolsce – a różnica między tymi województwami jest większa niż między Hiszpanią a Azerbejdżanem.

krytykapolityczna.pl

Michael Jetter, ekonomista w dziedzinie mediów z Uniwersytetu Zachodniej Australii w Perth od lat bada symbiotyczne relacje między mass mediami i terroryzmem. W ramach badań naukowych, których wyniki zostały niedawno opublikowane, przeanalizował on ponad 61 tys. zamachów terorystycznych z lat 1970-2012 w ponad 200 krajach i porównał je z tym, jak szeroko donosiła o nich „New York Times”. Wnioski naukowców potwierdzają hipotezę, że liczba ataków terrorystycznych jest w ścisłej korelacji z ich intensywną inscenizacją w mediach. Każde dodatkowe doniesienie o zamachu terrorystycznym podwyższa liczbę zamachów w następującym po nim tygodniu o około 1,4.

Jetter sprawdził to i twierdzi, że w dniach w których pisano o przejściu orkanu a nie o Al-Kaidzie, w następnym tygodniu było mniej zamachów. Przyczyn tego doszukuje się on w psychologii.

Może chodzić o tzw. efekt Wertera, prowadzący z jednego zamachu terrorystycznego do drugiego. Socjolog David Philips wprowadził to pojęcie w latach 70. opierając się na powieści Goethego "Cierpienia młodego Wertera". Pojęcie to określa związek pomiędzy nagłym wzrostem liczby samobójstw a poprzedzającym go nagłośnieniem w mediach samobójstwa jakiejś znanej osoby. Po publikacji „Cierpień młodego Wertera” już wtedy w XVIII-wiecznym społeczeństwie znalazło się wielu naśladowców bohatera – jak wyjaśnia Benedikt Till, psycholog z Uniwersytetu Medycznego w Wiedniu. Dzieje się tak przede wszystkim wtedy, gdy samobójstwo opisywane jest we wszelkich szczegółach albo kiedy motywy tego czynu, które prawie zawsze podawane są w uproszczonej formie (samobójstwo po rozwodzie albo ze względu na długi), staje się przedmiotem dzikich spekulacji.

– We wszystkim tym kryje się dość duży potencjał identyfikacyjny – podkreśla badający to zjawisko Benedikt Till. Także zdjęcia zrozpaczonych krewnych czy samej ofiary mogą animować naśladowców.

Oczywiście sam taki sensacyjny artykuł u ludzi, którzy nie przeżywają akurat kryzysu, nie doprowadzi do samobójstwa. Ale dla kogoś, kto myślał już o odebraniu sobie życia, doniesienia w mediach mogą przeważyć szalę – podkreśla wiedeński naukowiec.

(...)

Są już pierwsze badania, z których wynika, że dochodzi także do imitowania zamachów terrorystycznych. Czyli kiedy mass media intensywnie informują o atakach terrorystów czy szaleńców efektem są kolejne ataki - podkreśla Till.

Podobnie jak w przypadku samobójstw doniesienia w mediach dla już zradykalizowanych czy do tej pory ambiwalentnych osób mogą być kroplą przepełniającą dzban. Z tego względu amerykańscy naukowcy już sformułowali kodeks etyczny dla dziennikarzy piszących o masowych morderstwach. Niemieccy dziennikarze takiego kodeksu jeszcze nie mają. Amerykańscy naukowcy podkreślają przy tym, że istotne jest nie tylko, jak pisze się o atakach terrorystycznych, lecz także, jak dużo oddaje się im miejsca.

dw.com

niedziela, 1 października 2017


W okresie powojennym średnia marża amerykańskiego przedsiębiorstwa wahała się mniej więcej w przedziale między 18 a 27 proc. W 1980 r. wynosiła 18 proc., po czym zaczęła rosnąć. I to jak: już pod koniec lat 80. wyskoczyła na ponad 30 proc. A potem biła kolejne rekordy. Wysokość 40 proc. osiągnęła w roku 2000. 50 proc. – tuż przed kryzysem 2008 r. Dziś wynosi 67 proc. Imponujący, trzyipółkrotny wzrost.

Co to oznacza? De Loecker i Eeckhout dostarczyli – jak twierdzą – niezbitego dowodu, że objęte badaniem amerykańskie firmy diametralnie zwiększyły swoją rynkową siłę. Czyli mówiąc kolokwialnie, stały się bogatsze i bardziej pewne siebie. W praktyce „zwiększona siła rynkowa” oznacza, że rynek stał się bardziej monopolistyczny. Niekoniecznie chodzi tu o samą koncentrację (choć o to również), lecz także o relacje z konsumentem, który niby może wybierać między różnymi produktami, ale w praktyce ten wybór jest raczej iluzoryczny. Sytuacja taka nazywana jest „konkurencją monopolistyczną” i faktycznie pozwala firmom zwiększać swoje marże zysku w sposób bardzo dowolny. Wzbogacając je ponad miarę, ale jednocześnie podminowując szansę na wzrost całej gospodarki. I to właśnie zdaniem badaczy zaszło w epoce neoliberalnej.

forsal.pl

Jak już zostało wykazane wyżej, chińska gospodarka jest w bardzo dużym stopniu zależna od transportu morskiego, a tym samym bezpieczeństwa morskich szlaków komunikacyjnych. Możliwość sprawnego przewożenia towarów i surowców oraz ich przeładunku zapewniają rozwój towarzystw żeglugowych oraz szerokie inwestycje w infrastrukturę portową. Chińscy decydenci po przestudiowaniu teorii Alfreda Mahana zgodzili się z amerykańskim teoretykiem, że do pełnego zabezpieczenia SLOCs i statusu wielkiego mocarstwa konieczna jest silna marynarka wojenna. Ambitny program rozbudowy i modernizacji sił morskich ruszył na początku XXI w. i już pozwolił przekształcić pamiętającą Mao „flotę brązowych wód” w całkiem sprawną „flotę zielonych wód”. W cieniu bardzo medialnych programów, takich jak budowa lotniskowców czy okrętów podwodnych, udało się stworzyć liczne i nowoczesne siły eskortowe, kluczowe dla zapewnienia bezpieczeństwa na szlakach handlowych. Równocześnie prowadzona jest intensywna rozbudowa sił desantowych. W marcu 2017 pojawiły się informacje o planowanej skokowej rozbudowie korpusu piechoty morskiej z 20 do 100 tys. żołnierzy. Tak liczne siły miałyby przede wszystkim zapewnić ochronę morskiej nitki Nowego Jedwabnego Szlaku oraz obronę zamorskich interesów Chin. Kontyngenty piechoty morskiej mają stacjonować m.in. w Gwadarze i Dżibuti. Niewykluczone, że wkrótce dołączą do nich kolejne bazy. Chińskie okręty uczestniczące w misji antypirackiej u wybrzeży Somalii od lat korzystają z portu w stolicy Seszelii Victorii. Wprawdzie żadne chińskie konsorcjum nie podjęło jeszcze inwestycji na obszarze wyspiarskiego państwa, jednak zawarcie umowy pozwalającej na wykorzystanie istniejącej infrastruktury przez Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą jest uważane za możliwe. Wśród kolejnych potencjalnych baz wymienia się Walvis Bay oraz Wyspy Św. Tomasza i Książęcą. Warto również zwrócić uwagę na Azory, gdzie chińskie inwestycje koncentrują się wokół amerykańskich instalacji wojskowych.

Jednym z kluczowych problemów, przed jakim stoją Chiny, jest brak dostępu do otwartego Oceanu. Chińskie wybrzeże, oblewane wprawdzie przez Morza Południowo- i Wschodniochińskie oraz Żółte, jest odcięte od Pacyfiku przez tzw. „pierwszy łańcuch wysp”, na który składają się Japonia, Tajwan, Filipiny i Borneo. Natomiast dostęp do Oceanu Indyjskiego blokują Malaje z „wąskimi gardłami” w postacie Cieśnin Malakka, Sunda i Lombok. Do tego większość tych strategicznych punktów jest obsadzona przez amerykańskich sojuszników, czyli potencjalnych przeciwników. Dlatego na wypadek jakiegokolwiek konfliktu Pekin wydaje się bardziej obawiać dalekiej blokady morskiej niż uderzenia na własne terytorium. Aby temu zaradzić zdecydowano się objąć kontrolą (strefa A2/AD, anti access/area deny) Morze Południowochińskie. Obsadzenie wojskiem spornych Wysp Paracelskich oraz budowa sztucznych wysp w archipelagu Spratly, wraz z lotniskami wojskowymi, stacjami radarowymi oraz wyrzutniami pocisków przeciwlotniczych i przeciwrakietowych, pozwala przesunąć linię obrony daleko od własnych wybrzeży, ale także w pełni zabezpieczyć punkt wyjściowy Morskiego Jedwabnego Szlaku. Analogiczne próby objęcia kontrolą Morza Wschodniochińskiego są póki co skutecznie kontrowane przez Japonię, będącą w ścisłym sojuszu z USA oraz dysponującą zdecydowanie większym potencjałem gospodarczym i militarnym niż państwa basenu Morza Południowochińskiego. Innym pomysłem na skrócenie drogi z Europy i Zatoki Perskiej oraz ominięcie wąskich gardeł cieśnin jest przekopanie kanału w poprzek Przesmyku Kra u podstawy Półwyspu Malajskiego.

Morski aspekt chińskich działań jest szczególnie uważnie obserwowany w Stanach Zjednoczonych. W Waszyngtonie utarło się przekonanie, że zdominowanie basenu Morza Południowochińskiego umożliwi Chinom osiągnięcie statusu globalnego mocarstwa. Wysnuwana jest tutaj paralela z historią Stanów Zjednoczonych, które zanim stały się światowym hegemonem, zapewniły sobie dominację w basenie Morza Karaibskiego. Jednocześnie w amerykańskich planach widać obawy przed chińską strefą A2/AD. Scenariusze rozgrywane na manewrach prowadzonych wspólnie z regionalnymi sojusznikami koncentrują się nie na uderzeniu na chińską flotę i wybrzeże, a na założeniu dalekiej blokady morskiej w strategicznych przejściach na Oceany Indyjski i Spokojny. Również Japonia nie przewiduje zdecydowanej konfrontacji i dąży do stworzenie zaplecza do wspólnego z Amerykanami utrzymania panowania w powietrzu i na morzu.

polska-azja.pl

Na początku obecnego stulecia w łonie kierownictwa KPCh toczyła się zawzięta dyskusja odnośnie przyszłych kierunków polityki zagranicznej. Uczestnicy byli zgodni, że aby dalej się rozwijać, a tym samym zapewnić stabilność i spokój wewnętrzny, Chiny muszą wyjść w Świat, czyli podjąć ekspansję zewnętrzną. Różnice dotyczyły jej kierunków. Frakcja umiarkowana zalecała skoncentrowanie się na Azji Środkowej, gdzie jedynym i do tego stosunkowo słabym przeciwnikiem byłaby tylko Rosja. Zwolennicy takiego podejścia ostrzegali, że podjęcie działań na obszarze zachodniego Pacyfiku niechybnie wywoła reakcję Stanów Zjednoczonych. Natomiast jastrzębie uważały zdobycie i zabezpieczenie dostępu do otwartych wód Oceanów Indyjskiego i Spokojnego za warunek sine qua non utrzymania dynamicznego rozwoju oraz zdobycia statusu globalnego gracza, nawet za cenę wrogości Waszyngtonu. Ostatecznie wybrano nietypowe rozwiązanie kompromisowe, czyli ekspansję we wszystkich kierunkach. Już około roku 2005 pojawiły się pierwsze projekty rozbudowy infrastruktury transportowej i energetycznej łączącej Chiny z krajami Azji Centralnej. Wkrótce potem Pekin podjął coraz bardziej asertywną politykę na spornych obszarach Mórz Południowo- i Wschodniochińskiego. Korzystne dla Chin rozstrzygnięcie sporów terytorialnych z Japonią, Filipinami, Malezją i Wietnamem poważnie przyczyniłoby się do zabezpieczenia upragnionego dostępu do wód oceanicznych. Rozpoczęty w 2008 r. kryzys ekonomiczny dodatkowo zdopingował chińskich decydentów do szukania rozwiązań pozwalających na utrzymanie wzrostu gospodarczego. Rozwiązaniem okazały się inwestycje w infrastrukturę w środkowej i zachodniej części kraju, dużo słabiej rozwiniętych niż wybrzeże. Tym samym zapewniono także rynek zbytu dla ciągle rosnącej produkcji betonu i stali.

Samą idę pasa i szlaku w kontekście geopolitycznym należy traktować jako próbę pokojowego wyjścia w świat. Bardzo asertywna polityka prowadzona przez Pekin w rozgrywaniu sporów terytorialnych z sąsiadami skutecznie pogrzebała budowany wcześniej wizerunek „pokojowego mocarstwa”. W odczuciu sąsiednich państw Chiny przestały być mocarstwem nowego typu, dążącym do pokojowego współistnienia i niewtrącającego się w sprawy wewnętrzne innych, a zaczęły działać tak jak każda inna wielka potęga – bezwzględnie realizować swoje interesy. W tej sytuacji zaszła potrzeba ocieplenia wizerunku Państwa Środka. Za najlepszy ku temu sposób uznano stworzenie projektu, który byłby atrakcyjny dla wszystkich, nawet przeciwników Chin. Właśnie takim projektem jest OBOR, realizacja wszystkich przewidzianych planów potężnie wzmocni globalną pozycję Chin, aczkolwiek możliwość detronizacji USA jako supermocarstwa jest bardzo dyskusyjna. Z drugiej strony wiele projektów, zwłaszcza infrastrukturalnych, realizowanych w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku są potencjalnie bardzo korzystne dla państw partnerskich. Główną kwestią jest tutaj umiejętne wykorzystanie chińskich interesów do realizacji własnych planów. Jednocześnie polityczne zmiany w Stanach Zjednoczonych i Europie dały chińskim decydentom do ręki nowe argumenty. Od szczytu G20 w Chinach Xi Jinping wytrwale prezentuje się jako czempion globalizacji i obrońca wolnego handlu, chociaż w Chinach ciągle nie ma zgody co do tego kiedy i jak bardzo należy otworzyć się na rynki oraz inwestorów zagranicznych.

polska-azja.pl

niedziela, 24 września 2017


Przypadająca w lipcu rocznica orzeczenia Stałego Trybunału Arbitrażowego w Hadze pozwala przyjrzeć się dotychczasowym skutkom werdyktu. Mimo ostro sformułowanych deklaracji widać pewne zmiany w polityce Chin. Po skutecznym zneutralizowaniu Filipin Pekin skoncentrował swoją uwagę na Wietnamie. Przyciskane do muru Hanoi jednak nie rezygnuje i kontynuuje dotychczasową politykę.

Ogłoszony 12 lipca 2016 werdykt był dyplomatycznym zwycięstwem Filipin. Chiny odmówiły wprawdzie uznania orzeczenia, jednak jak zauważył Bill Dayton na łamach Nikkei Asian Review, w kilku punktach zastosowały się do zaleceń Trybunału. Po pierwsze jeszcze w październiku tego samego roku chińska straż wybrzeża dopuściła filipińskich i wietnamskich rybaków do ławicy Scarborough. Sama laguna jest wprawdzie nadal blokowana, ale wody zewnętrzne są dostępne. Ponadto od ponad już roku Chiny nie prowadzą poszukiwań ropy naftowej i gazu ziemnego poza granicami wyznaczonymi przez Konwencję Narodów Zjednoczonych o Prawie Morza (UNCLOS). Zmianie uległa także oficjalna linia KPCh: roszczenia nie są już zgłaszane do niemal całego obszaru Morza Południowochińskiego, lecz do wysp, skał, raf i atoli oraz przyległych wód. Pojawiło się także żądanie uznania prawa chińskich rybaków do połowów w tradycyjnych miejscach. Wreszcie, przynajmniej w sferze deklaracji, zaczęto więcej uwagi poświęcać zagadnieniom ochrony środowiska, co było jednym z głównych zarzutów ze strony Trybunału.

Zauważalne stało się także większe eksponowanie przez Pekin „marchewki” zamiast „kija”. Sytuację ułatwił prochiński i antyamerykański kurs obrany przez prezydenta Filipin Rodriga Duterte. Chiny przystąpiły więc do wabienia Manili obietnicami dużych inwestycji. Sprawa pozostaje jednak nadal otwarta, chińskie deklaracje nie przełożyły się na konkretne działania, a większość podpisanych umów to niewiążące listy intencyjne. Co gorsze dla filipińskiego prezydenta, opozycja przy każdej nadarzającej się okazji demonstruje swoje niezadowolenie ze zmiany kursu. Jest to szczególnie widoczne w wypadku armii, która walcząc z islamistami w Marawi ściągnęła amerykańską pomoc wojskową, nie informując o tym głowy państwa.

polska-azja.pl

sobota, 23 września 2017


W 1932 salut rzymski dla ideowo anty-burżuazyjnych faszystów stał się odpowiednikiem "burżuazyjnego" uścisku dłoni na przywitanie; postrzegany jako bardziej higieniczna, estetyczna oraz krótsza jego alternatywa. Podkreślane były dynamizm, harmonia i efektywność tej formy przywitania, co było elementem faszystowskiej ideologii nastawionej przeciwko "brzydkiej, powolnej" kulturze burżuazyjnej. Wszystko miało reprezentować fizyczne atrybuty nowego człowieka faszyzmu. 12 czerwca 1933, faszystowski dygnitarz Achille Starace sugerował, że rzymski salut zdejmuje konieczność uchylania nakryć głowy przy powitaniu (chyba że w pomieszczeniach), a 9 września tego roku upominał innego dygnitarza, który w dyskusji użył określenia "pogodzili się uściskiem dłoni" zamiast "pogodzili się rzymskim salutem". Symboliczna wartość przypisywania rzymskiemu salutowi w faszystowskich Włoszech urosła do tego stopnia, że pojawiły się kwestie jego niepoprawnego użycia. Prezes Rady Ministrów poważnie brał pod uwagę spostrzeżenia profesora Wassermana na temat złego użycia salutu oraz jak należy go poprawnie wykonywać, tak by oddawał on zdecydowanego ducha, pewność, powagę faszysty, które miały być zbliżone do ducha starożytnych Rzymian. Te i podobne rozważania profesora Wassermana stały się oficjalnymi wskazówkami dla partii faszystowskiej na temat stosowania rzymskiego salutu. Wszechobecność salutu rzymskiego oraz przypisywana mu symbolika i waga sprawiły, że z życia Włochów miał zniknąć uścisk dłoni. Został on np. oficjalnie zakazany zaczynając od 1938 w filmach czy przedstawieniach teatralnych, a 21 listopada tego roku Ministerstwo Kultury (Ministero della Cultura Popolare) wydało zarządzenie zakazujące publikacji fotografii uwieczniających uściski dłoni, nawet gdy wykonują je wysoko postawieni dygnitarze. Jednocześnie starano się podkreślać wszechobecność i przyswojenie salutu rzymskiego, jak w instrukcjach dla prasy z 23 marca 1939 nakazujące w notatkach prasowych pisać o tym, że królowa Helena Petrowić-Niegosz pozdrowiła parlament salutem rzymskim, a nie ukłonem.

pl.wikipedia.org

środa, 20 września 2017


Naukowcy z USA przeanalizowali sposób relacjonowania ataków terrorystycznych w Stanach Zjednoczonych w latach 2011-2015. Odkryli, że w tym czasie muzułmanie byli sprawcami 12,4 procent zamachów, lecz relacje o nich zajęły aż 41,4 procent wiadomości dotyczących terroru w mediach, informuje brytyjski dziennik "The Independent”.

Grupa naukowców, która spędziła ponad rok nad wspomnianymi badaniami, doszła do wniosku, że media przesadnie wzmagają obawy mieszkańców USA przed islamskim terroryzmem i podają konkretne przykłady mające udowodnić tę tezę.

Pierwszy przykład to zamach w czasie maratonu w Bostonie w 2013 roku. Dokonało go dwóch muzułmanów, zginęły trzy osoby. Ten atak zajął prawie 20 procent całości obsługi medialnej zamachów w badanym okresie, czyli w latach 2011-2015.

Natomiast masakra w świątyni sikhijskiej w stanie Wisconsin w 2012 roku, w wyniku której zginęło sześć osób, a sprawcą okazał się biały mężczyzna Wade Michael Page zajęła jedynie 3,8 procent miejsca w amerykańskich mediach w badanym okresie.

Następnie, zamach na żydowską synagogę w Kansas City, którego dokonał Frezier Glenn Miller, w wyniku którego zginęły trzy osoby zajął tylko 3,3 procent miejsca. Atak białego Dylana Roofa, który strzelał do ludzi biorących udział w afro-amerykańskiej mszy w kościele w Charleston i zabił dziewięć osób osiągnął zainteresowanie mediów na poziomie 7,4 procent.

polskatimes.pl

„Są dwa rodzaje polityków: insiderzy i outsiderzy. Dla outsiderów priorytetem jest wolność mówienia swojej wersji prawdy. Ceną za tę wolność jest to, że są oni ignorowani przez insiderów, którzy podejmują ważne decyzje. Insiderzy z kolei trzymają się świętej zasady: nigdy nie zwracaj się przeciwko innym insiderom i nigdy nie rozmawiaj z outsiderami o tym, co insiderzy mówią albo robią. Ich nagroda? Dostęp do cennych informacji oraz szansa (choć nie gwarancja) na to, że będziesz miał wpływ na potężnych ludzi i ich decyzje. A więc Yanis, kim z tych dwóch rodzajów polityków ty jesteś?” – zapytał Varoufakisa Larry Summers, amerykański ekonomista, były główny ekonomista Banku Światowego i sekretarz skarbu w gabinecie Billa Clintona.

„Z charakteru jestem naturalnym outsiderem, ale jestem gotowy stłumić mój charakter, jeżeli pomoże to Grecji podpisać umowę, która uwolni nasz naród z więzienia długów. Nie miej co do tego wątpliwości Larry, będę się zachowywał jak naturalny insider tak długo, jak to będzie potrzebne, by uzyskać korzystną umowę dla naszego kraju. Ale jeżeli insiderzy, z którymi mam do czynienia, nie będą chcieli uwolnić Grecji z wiecznej niewoli długów, to bez wahania ujawnię wszystko, co o nich wiem, i powrócę do bycia outsiderem, który to stan jest zgodny z moją naturą” – odpowiedział Grek.

forsal.pl

wtorek, 19 września 2017


20 sierpnia 1968 roku dziesięć minut przed północą dziewięciu komandosów z 1. Batalionu Szturmowego w Dziwnowie wyszło z posterunku polskich wopistów w Lubawce. Cel – czeska strażnica w Královcu. Stąpali cicho i ostrożnie. Na czele szturmowców, ubranych w budzące zazdrość w wojsku spadochroniarskie mundury, szedł porucznik Jerzy Wróbel. Najlepiej znał okolicę.

Dwa dni wcześniej był już u Czechów. Przebrał się w mundur szeregowego i udawał brata dowódcy strażnicy WOP w Lubawce. Szef polskiej strażnicy powiedział czeskim kolegom, że brat dostał urlop w swojej jednostce i wpadł na parę dni w odwiedziny. Chciał zobaczyć życie po drugiej stronie i napić się czeskiego piwa. Czesi w Královcu niczego nie podejrzewali. Sami otworzyli butelki staropramena i poczęstowali.

Oprowadzili „szeregowego” z bratniej armii. Pokazali mu całą placówkę. Por. Wróbel szkicował w głowie plan wszystkich pomieszczeń.

Noc z 20 na 21 sierpnia 1968 roku była ciepła. Blasku księżyca było jednak niewiele i szturmowcy z Dziwnowa szli w ciemnościach. Daleko nie mieli. Sto metrów.

Pod Královcem grupa komandosów rozbiegła się na boki. Nasłuchiwali przez chwilę, ale nic nie wzbudziło podejrzeń. Porucznik Król pierwszy wtargnął do środka. Za drzwiami – ciemność. Chwila zastanowienia. Czy to jednak nie zasadzka, czy za chwilę nie rozlegną się strzały? Trzeba będzie wtedy odpowiedzieć ogniem – komandosi mają polecenie strzelania, gdyby pogranicznicy nie ustąpili.

Dowódca komandosów słyszy głosy z bocznego pomieszczenia. Puka. Otwiera mu zdziwiony czeski wopista. Polacy wpadają do pokoju. Rozbrajają Czechów i każą im stanąć pod ścianą. Nie ma tylko dowódcy posterunku. Kapitan Duszanek kąpie się po służbie. Plutonowy Chojnacki wywala drzwi od łazienki i aresztuje go w wannie. Teraz jeńców jest dziesięciu.

Porucznik Wróbel nadaje przez radio sygnał: granica otwarta. Skoty i czołgi z białymi pasami wymalowanymi wapnem na burtach i z numerami taktycznymi zasłoniętymi brezentem przetaczają się z chrzęstem obok strażnicy. Długa kolumna wozów bojowych 2. Armii Wojska Polskiego rusza na Hradec Králové. Jest 21 sierpnia 1968 roku. Rozpoczęła się operacja „Dunaj”.

wyborcza.pl

Jak będą układały się relacje Moskwy z Waszyngtonem?

Nieprzewidywalność Donalda Trumpa, transformacja Waszyngtonu w cyrk polityczny i obrócenie USA w czynnik destabilizujący to zupełnie nowe zjawisko. Ameryka zawsze była czynnikiem stabilizującym, nawet przy ryzykownych działaniach w Iraku i w Afganistanie, czy podczas wojny z terroryzmem, którą rozpoczął George W. Bush.

Z jednej strony Trump zabiera Kremlowi jego atut i silny instrumentu polityki zagranicznej – nieprzewidywalność. Putin mógł być nieprzewidywalny, ale tylko w sytuacjach, gdy wiedział, jaka będzie reakcja na Zachodzie, wiedział, co powie Ameryka. Przy Trumpie on nie może sobie pozwolić, aby tak się zachowywać, ponieważ może otrzymać najbardziej zwariowaną odpowiedź.

Z drugiej zaś strony Trump ma pewną cechę, która jest Kremlowi bliska i z której ten bardzo się cieszy. Trump pokazał ją w szczególności podczas wizyty w Arabii Saudyjskiej: on nie dba o zasady demokratyczne, nie przeszkadzają mu autorytarne reżimy. Jest mu znacznie bliżej do przywódców takich krajów jak Turcja czy Arabia Saudyjska niż do Angeli Merkel. Było to oczywiste, kiedy się spotkali z kanclerz Niemiec: Trump nie był wówczas w stanie nawiązać normalnych stosunków.

Prawdopodobnie u Trumpa istnieje głęboko zakorzeniona sympatia do Putina jako potężnego przywódcy i silnego człowieka. Jemu rzeczywiście imponuje autorytarny model przywództwa Putina, a rosyjskiemu prezydentowi imponuje w Trumpie to, że ten opowiada się przeciwko kolorowym rewolucjom, przeciw wspieraniu demokracji. Pomimo jednak bliskości ich języka i cech, w Trumpie jest coś niebezpiecznego dla Putina i Kremla. Trump wygłaszając slogan America first dał do zrozumienia: „będę realizować swoje interesy, jak zechcę i nie istnieją żadne przepisy ani czerwona linia dla mnie, chcę zbombarduję Syrię, zechcę Afganistan albo przyniosę swoje oddziały do Krajów Bałtyckich. Zrobię to, co chcę”. To jest nie do przyjęcia dla Kremla. Nieuniknione jest zderzenie ich osobowości. Te okoliczności uniemożliwiają nowe otwarcie w polityce lub tak zwany reset. Uniemożliwiają również stabilne relacje.

new.org.pl

– Po kilku latach wojny Ukraińcy czują jeszcze, że toczy się ona w ich kraju? Czy może Donbas jest już na tyle obcym miejscem, że sama wojna stała się dla nich abstrakcyjna?

– Pamiętam jednego z mieszkańców Debalcewe, który śledził informacje o toczących się działaniach wojennych w niedalekim Słowiańsku. Mówił mi, że dla niego było to jak doniesienia o wojnie w Syrii; że nie było to dla niego interesujące, dopóki bomby nie zaczęły spadać na jego dom. W ogóle bardzo często nawet na terenach objętych wojną spotykałem się z tym, że ludzie wypierają ten konflikt, żeby nie zwariować. Często wygląda to dość absurdalnie: ktoś w przerwie między ostrzałami sprząta swoje podwórko; ktoś mimo walk toczących się pod jego miastem jak gdyby nigdy nic chodzi na dyskoteki. Oczywiście, im dalej od frontu, tym zainteresowanie tą wojną mniejsze.

(...)

– Opisuje pan zresztą, jak stopniowo entuzjazm do tej wojny opadał na Ukrainie. Początkowo ludzie niesieni patriotycznymi uczuciami rwali się na front, a cywile organizowali się, by dostarczać zaopatrzenie dla wiecznie zabiedzonej armii ukraińskiej. Dziś od wojny ucieka każdy, kto może, a i pomoc się skończyła.

– Tak, bo ta wojna wyprała się już trochę z emocji. Zaraz po Majdanie było przekonanie, że trzeba odeprzeć rosyjską agresję, by po zwycięstwie zbudować nowe, lepsze państwo. Jednak przegrana w 2014 r. pod Iłowajskiem, która zatrzymała ukraińską ofensywę i uniemożliwiła pokonanie sposobem militarnym separatystów wspieranych przez Rosjan, sprawiła, że w Kijowie zabrakło pomysłu, co dalej z tym wszystkim zrobić. To samo zresztą dzieje się po stronie separatystów, którzy już wiedzą, że żadna Noworosja ani ZSRR-bis nie powstanie. Z kolei mieszkający w Donbasie cywile nie wierzą już w nic.

se.pl

piątek, 1 września 2017


Agne Pix: Czy technologia chroni naszą prywatność w sieci, czy jej zagraża?

Bruce Schneier, amerykański kryptograf, wykładowca na Uniwersytecie Harvarda: Jest wiele technologii pomagających nam zachować prywatność, bezpieczeństwo danych i nas samych, jak na przykład szyfrowanie komunikacji. Ale technologia może również kraść prywatność za pomocą kamer, urządzeń podsłuchowych i niezabezpieczonych połączeń z internetem. Żyjemy w świecie, w którym komunikujemy się bardzo często z komputerami, które produkują dane na temat tych interakcji, będące tak naprawdę informacją o nas. Te dane z kolei są gromadzone przez korporacje. Inwigilacja to model biznesowy internetu. Obecnie część technologii, jaką się posługujemy, jest szkodliwa dla naszego bezpieczeństwa i prywatności.

Czy to nie ironia, że internet, który miał sprawić, że świat będzie lepiej skomunikowany i bardziej otwarty, co zresztą wprost głosi np. misja Facebooka, stał się dla rządów narzędziem do masowej inwigilacji, a korporacjom przyniósł masowe zyski?

Internet rzeczywiście sprawia, że świat jest bardziej połączony. Dostarcza miliardom ludzi dostęp do nowych informacji i idei oraz niesamowicie wyzwala. Niestety, te same technologie, które umożliwiają nam komunikację, są dla innych narzędziem podsłuchu. Internet w swoich początkach był wolny i otwarty. Reklamy były jedynym oczywistym źródłem dochodu, co zmieniło się w inwigilację. Oczywiście możemy budować bardziej bezpieczny i prywatny internet, ale wtedy pojawia się pytanie, jak korporacje na tym zarobią. Internet może bardziej chronić wolność ludzi, lecz wtedy państwa, które chcą tę wolność atakować, będą się takim zmianom przeciwstawiać. Te napięcia zawsze będą istniały w przypadku technologii. Jako konstruktorzy internetu musimy rozpoznać, co jest naprawdę istotne i nadać temu pierwszeństwo.

Dlaczego szyfrowanie jest tak ważne w ochronie naszej prywatności? Zwyczajni ludzie tak naprawdę nie rozumieją, na czym to polega. Brzmi to zbyt technicznie i skomplikowanie.

Bo szyfrowanie jest techniczne i skomplikowane, nikt nie powinien tego rozumieć! Czy rozumiemy jak dokładnie działa zamek w drzwiach i wszystkie zawiłości jego mechanizmu? Niekoniecznie, ale nie przeszkadza nam to. Potrzebujemy zamku w drzwiach, by chronić nasz dom. Szyfrowanie jest tylko narzędziem. Ludzie nie potrzebują szyfrowania, tylko prywatności, bezpieczeństwa i rzeczy, które są ważne dla nich i dla społeczeństwa. To prywatność i bezpieczeństwo myśli i komunikacji są ważne dla naszej wolności, swobód obywatelskich i osobistej autonomii, to podstawowe prawa człowieka. Szyfrowanie to matematyczna technologia, która w pewnych przypadkach umożliwia egzekwowanie tych praw w internecie.

W Europie, a także w USA, po każdym ataku terrorystycznym prędzej czy później ktoś z polityków wskazuje na szyfrowanie komunikacji jako narzędzie terrorystów.

Po atakach terrorystycznych ludzie, którzy cenią państwo policyjne, zawsze obwiniają technologie i prawa utrudniające im życie. Czy to szyfrowanie, czy prawo do rewizji i zajęcia, czy nowe procedury albo uprawnienia śledcze, policja zawsze będzie próbowała powiększyć swą władzę, wykorzystując przy tym tragiczne wydarzenia. Musimy zrozumieć, że nasza wolność i swobody obywatelskie są ważniejsze. To prawda, że w erze technologii ceną wolności jest możliwość zbrodni. Ale musimy mieć świadomość, że płacimy tę cenę dobrowolnie. Oczywiście możemy dać policji wszelkie rodzaje uprawnień, kontrolę nad szyfrowaniem, prawem do sprawiedliwego procesu, oskarżaniem i aresztowaniem… I żyć wtedy w państwie policyjnym. Być może będzie mniej terroryzmu, ale nie staniemy się bezpieczniejsi. Wszystkie te postulaty policyjne to umacnianie władzy za pomocą strachu, i tak też powinny być traktowane.

krytykapolityczna.pl

Ale byłaby błędem konkluzja, że osiągnęliśmy już szczyt rozgoryczenia stanem globalnej gospodarki – a przynajmniej tym, jak traktuje ona wielkie liczby byłych i obecnych członków klasy średniej. Nawet jeśli rozwinięte demokracje liberalne podtrzymają status quo swojej polityki, to wyrwani z korzeniami pracownicy dalej będą wyalienowani. Wielu pomyśli, że przynajmniej Trump, Le Pen i im podobni czują ich ból. Pomysł, że wyborcy z własnej inicjatywy odwrócą się od protekcjonizmu i populizmu, może być jedynie przejawem kosmopolitycznego myślenia życzeniowego.

Zwolennicy liberalnej gospodarki rynkowej muszą pojąć, że wiele reform i postępów technologicznych może działać na niekorzyść niektórych grup, czasami bardzo dużych. Być może nawet zmiany te podnoszą ekonomiczną wydajność, pozwalającą zwycięzcom rekompensować straty przegranych. Ale jeśli przegranym wciąż nie powodzi się lepiej, to dlaczego mieliby wspierać globalizację i politykę prorynkową? Właściwie jest to w ich własnym interesie, by zwrócić się z prośbą o pomoc do polityków przeciwnych tym zmianom.

Więc lekcja powinna być oczywista: pod nieobecność polityki progresywnej, z jej silnymi programami pomocy społecznej, podtrzymania zatrudnienia i innymi formami pomocy dla osób i grup pozostawionych w tyle przez globalizację, politycy pokroju Trumpa mogą stać się stałym elementem naszego krajobrazu.

Wysokie koszty działalności takich polityków poniesiemy my wszyscy, nawet jeśli nie uda im się całkowicie spełnić protekcjonistycznych i nacjonalistycznych ambicji. Żerują na strachu, podsycają nietolerancję i dobrze prosperują dzięki niebezpiecznie spolaryzowanemu podejściu do rządzenia na zasadzie „my versus oni”. Trump już zdążył dopuścić się twitterowych ataków przeciwko Meksykowi, Chinom, Niemcom, Kanadzie i wielu innym krajom – a lista z pewnością będzie się wydłużała w miarę trwania jego kadencji. Le Pen skierowała się przeciwko muzułmanom, ale jej niedawne komentarze, w których zrzeka się francuskiej odpowiedzialności za obławy na Żydów w czasie drugiej wojny światowej, ujawniły jej antysemityzm.

Skutkiem tego wszystkiego mogą się okazać nieodwracalne narodowe rozłamy. W USA przez Trumpa już spadło poparcie i szacunek dla urzędu prezydenckiego, najprawdopodobniej zostawi on po sobie jeszcze bardziej podzielony kraj.

krytykapolityczna.pl

sobota, 26 sierpnia 2017


Polesie miało stosunkowo słabą sieć komunikacyjną - dostatecznie dobrą, by dowieźć na miejsce więźniów i zaopatrzenie, ale także dostatecznie słabą, by stworzyć problem ewentualnym ciekawskim, których na początku było wielu. Należy tez dodać, że teren Polesia był gęsto zalesiony, a lasy te były bardzo zaniedbane - wynikało to m. in. z naturalnej bariery, jaką stanowiły w przypadku niespodziewanego ataku ze wschodu. Co za tym idzie decyzje o budowie dróg czy wyrębie lasów podejmowali wojskowi, to oni byli faktycznymi administratorami Polesia. Ważnym czynnikiem była także lokalna ludność czyli społeczeństwo słabo wykształcone, bardzo nieuświadomione politycznie, zainteresowane wyłącznie własnymi sprawami, mieszkające w jednym z najuboższych regionów Polski. W tej sytuacji nie interesowali się oni obozem karnym, znajdującym się na obrzeżach miasta. Można było być spokojnym o to, że więźniowie rzeczywiście będą przebywali w „miejscu odosobnienia” i nikt się nimi nie zainteresuje. Kolejnym z istotnych czynników decydujących powstania łagru w Berezie były budynki, będące pozostałościami po starych rosyjskich koszarach - nie trzeba było budować wszystkiego od nowa, a miejsca wystarczyło zarówno dla więźniów jak i dla personelu obozu. Dwie części obozu rozdzielała szosa Berestje-Kobruń, a miejsce już sprawdzone z tajnych i nietypowych zastosowań.

Ciekawym był sam proces wysyłania podejrzanego do miejsca odosobnienia w Berezie. Starosta występował do miejscowego wojewody z wnioskiem o skierowanie określonej osoby do miejsca odosobnienia czyli do łagru. Jeśli wojewoda wyrażał opinię pozytywną, to wtedy wniosek ten trafiał do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, do Departamentu I Politycznego, gdzie dyrektor zbierał codziennie nadesłane nazwiska i przedstawiał je ministrowi. Kiedy wniosek o umieszczenie jakiejś osoby był rozpatrywany pozytywnie, wojewoda był o tym listownie informowany, a drugi egzemplarz tego dokumentu trafiał do sędziego śledczego, któremu podlegał obóz - jego siedziba znajdowała się w Brześciu nad Bugiem. Formalnie to on musiał zaakceptować skierowanie danej osoby do miejsca odosobnienia, ale nigdy nie odrzucił takiego wniosku, akceptując decyzje MSW. To on także decydował o ewentualnym przedłużeniu pobytu więźnia w Berezie, na wniosek komendanta obozu. Często zdarzało się także, że z takim wnioskiem występował wojewoda terenu, z którego pochodził więzień. W czasach, kiedy Felicjan Sławoj-Składkowski był ministrem spraw wewnętrznych, często akty i dokumenty były podpisywane przez niego niejako automatycznie, bez czytania - zdawał się on na wiceministrów, którzy wcześniej parafowali podpisywany przez ministra dokument. I tak można było zostać już łagiernikiem w swej Ojczyźnie.

macierz.org.pl

Po fali protestów w 2012 roku w Rosji reżim Putina obwinił organizacje pozarządowe o koordynację i podsycanie protestów. Wkrótce przyjęto nowe prawo o organizacjach pozarządowych, nakazujące rejestrować się każdej otrzymującej finansowanie z zagranicy organizacji trzeciego sektora pod etykietą „obcego agenta”.

Określenie to było głęboko stygmatyzujące, miało zniechęcić społeczeństwo do trzeciego sektora. Rządowi Putina zależało, by przedstawić niezależne formy organizowania się obywateli – nawet nie wprost polityczne – jako narzędzie interwencji obcych sił w wewnętrzne sprawy Rosji.

(...)

Czarnym charakterem propagandy przeciw trzeciemu sektorowi jest i w Polsce i w Rosji George Soros – miliarder znany z finansowania licznych inicjatyw trzeciego sektora w Europie postkomunistycznej. Bliski Kremlowi portal „Sputnik” przestrzega przed planami destabilizacji Rosji przez amerykańskiego miliardera, rosyjski prokurator generalny uznał rok temu Sorosa za zagrożenie dla narodowego bezpieczeństwa Rosji.

(...)

Rosyjska propaganda także uwielbia podkreślać jak bardzo bezradna wobec islamskiego terroryzmu jest pogrążona w dekadencji, osłabiona przez radykalny islam Europa. W dzielnicach miast, gdzie policja się nie zapuszcza, migranci wprowadzają prawo szariatu – to typowa narracja Russia Today o takich państwach, jak Szwecja.

krytykapolityczna.pl

czwartek, 24 sierpnia 2017


Jak pisał w książce „O bzdurze” („On bullshit”, 2005) Harry Frankfurt, "piewca bzdur" (bullshitter) nie uczestniczy już w grze o prawdę, jest kimś innym niż zwykły kłamca, który odnosi się do faktów, choć je deformuje czy zniekształca. On ma prawdę/fałsz za nic. Tworzy alternatywną rzeczywistość, by osiągnąć swoje cele.

A przy okazji – jak stwierdza z kolei James Ball w książce "Post-truth. How bullshit conquered the world" (2016) – tworzy atmosferę podejrzliwości, niepewności, niszczy wiarę w to, że jakaś prawda istnieje. "Dezorientacja jest narzędziem autokratów".

oko.press

Wstaję rano, biorę telefon i zaczynam klikać. Czyli zaczynam wypełniać dla pana kwestionariusz psychologiczny. Przeglądam Facebooka, lajk tu, lajk tam, czymś się podzielę, coś skomentuję. Instagram: coś polubię, opublikuję zdjęcie. I tak cały dzień, jak miliony ludzi. Co pan na koniec dnia o mnie wie?

- Wiadomo o panu więcej, niż pan myśli. Telefon zbiera i dostarcza dane także wtedy, gdy pan w niego nie klika. Przecież pan się np. przemieszcza. A Google zbiera te dane. Big Data. Płyną z sieci w niesamowitych ilościach. Ludzie, którzy świadomie używają nowoczesnych technologii, zdają sobie sprawę, że non stop przekazują do sieci jakieś dane, które są zapisywane i będą używane w przyszłości np. do wybrania treści, którą następnego dnia zobaczy pan na Facebooku czy Twitterze. To, z czego wielu nie zdaje sobie sprawy, to to, że taka informacja może zostać przekształcona przez odpowiednie algorytmy w bardzo intymny profil ich własnej osoby, zawierający zarówno charakterystyki takie jak wiek, kolor skóry czy płeć, czy edukacja i rodzaj kariery, ale także dane psychologiczne: zaczynając od emocji, poprzez poglądy i postawy, a kończąc na inteligencji i osobowości.  Ten opis może sięgnąć nawet głębiej - do problemów psychicznych. Algorytm łatwo wykryje, czy ma pan depresję.

Skąd ten cholerny komputer to wie?

- Stąd, że zachowania człowieka nie są przypadkowe. Nasze myśli, uczucia, poglądy są ze sobą powiązane - czasem w sposób oczywisty, czasem w bardzo subtelny.

(...)

Jak to działa?

- Zaczyna się to stworzenia pana profilu. Zostawia pan - wszyscy zostawiamy - niesamowitą ilość śladów cyfrowych w Internecie. Algorytmy są w stanie przetworzyć te ślady w niezwykle dokładny profil psychologiczny każdej indywidualnej osoby. Potem, posiadając pana profil, można stworzyć np. reklamę albo inny przekaz dostosowany do pana osobowości. Dziś można stworzyć inny przekaz dla osoby bardzo emocjonalnej i takiej, którą mniej kierują emocje. Inny dla ekstrawertyka, inny dla introwertyka, inny dla białej, a inny dla czarnoskórej kobiety. I możemy ten przekaz dostarczyć każdemu człowiekowi na jego ekran.

weekend.gazeta.pl

U podstaw badania legł model tzw. Wielkiej Piątki, zwany też modelem OCEAN. To znany od dawna w psychologii model osobowości. Obejmuje pięć czynników: neurotyczność, ekstrawersję, otwartość na doświadczenie, ugodowość i sumienność.

Kosinski zbadał, jak zachowanie użytkowników sieci, zapisane na stronach, na które wchodzą i na ich profilach na Facebooku, odnoszą się do ich osobowości. Skąd wziął dane? Miał ich aż nadto - w badaniach wzięły udział dziesiątki tysięcy ludzi, w jednym z nich np. ponad 330 tys.. Co mu z nich wyszło? Po pierwsze - że istnieją znaczące psychologicznie połączenia między osobowościami użytkowników, ich preferencjami stron internetowych i cechami profili na Facebooku. Po drugie - że osobowość konkretnego człowieka może zostać określona na podstawie cech jego profilu na Facebooku, i że komputer robi to lepiej niż człowiek.

Krótko mówiąc, w ciągu kilkunastu lat w sieci setki milionów ludzi chcąc nie chcąc ujawniły i upubliczniły swoje przekonania, poglądy i pragnienia. Naukowiec, który dysponuje taką bazą danych, nie jest już zwykłym naukowcem. Ma do dyspozycji taką wiedzę, że w świecie nauki jest bogiem.

Problem w tym, że nie tylko naukowcy chcą być bogami.

"Das Magazin" opisał pewną konferencję, która odbyła się 19 września 2016 r., przed wyborami w Stanach Zjednoczonych. Wystąpił na niej niejaki Alexander Nix, prezes zarządu firmy Cambridge Analytica. I powiedział, że jego firma jest w stanie określić osobowość każdego dorosłego w kraju.

Jeżeli nie śledziliście dokładnie kampanii wyborczej w USA, być może umknął wam pewien szczegół - kilkumiesięczny wzrost popularności republikańskiego kandydata Teda Cruza. Kto za nim stał? Według "Das Magazin" - Cambridge Analytica. Co było kluczem do sukcesu? Dane.

Cambridge Analytica kupowała na potęgę dane z list wyborców, prenumerat czasopism, dane medyczne, wypisy z ksiąg wieczystych i inne. Do tego dołączała historię polubień na Facebooku. Rezultat? Po przetworzeniu ich za pomocą modelu OCEAN - powstały kompletne profile indywidualnych jednostek, do których trzeba dotrzeć z przekazem. Dla każdego coś innego. Tak jak to zrobił Donald Trump. Trudno było się zorientować, co naprawdę myśli, jeśli próbowało się z jego chaotycznego przekazu wyłowić jakąś prawidłowość. Ale każdy z tych różnorodnych komunikatów - przypomnijmy 175.000 wariacji argumentów Trumpa, które zostały wysłane przez jego sztab w dzień debaty z Hillary Clinton - znalazł adresata.

weekend.gazeta.pl

Zaciąganie długów nie przynosi już spodziewanych efektów?

Nie moglibyśmy obsługiwać naszej aktualnej gospodarki bez długu. To on stymuluje gospodarczy wzrost. Dzięki niemu wydobywamy z ziemi paliwa kopalne czy tworzymy urządzenia takie jak turbiny wiatrowe i panele słoneczne. Co najistotniejsze, zadłużenie pomaga podnieść ceny wszelkiego rodzaju materiałów i towarów (w tym ropy naftowej i prądu), gdyż pozwala, by większą liczbę klientów stać było na wykonane z ich użyciem produkty. Prawdziwą bolączką konsumentów są niewystarczające zarobki; dodawanie zadłużenia (przy niskich stopach procentowych) może w pewnym stopniu ukryć kwestię niskiej płacy. Jednakże z biegiem czasu niedopasowanie staje się coraz większe. Ostatecznie piętrzenie długów nie może tak po prostu go zatuszować. Niskie ceny ropy, jakie obserwujemy od połowy 2014 roku, są znakiem, że świat nie dodaje dość pensji, aby nadążyć za rosnącymi kosztami produkcji energii.

Jednocześnie borykamy się z nadmiarem zadłużenia.

Trudno jest z nim się uporać, ponieważ zmniejszenie długu zmniejsza popyt i powoduje dalszą redukcję cen surowców. Niskie ceny prowadzą do obniżenia poziomu produkcji towarów i eksploatacji surowców. Na przykład produkcja żywności uzależniona od wkładu paliw kopalnych odnotuje z czasem ogromny spadek, podobnie jak produkcja ropy, gazu i węgla.

Czy oznacza to, że idea nieskończonego wzrostu gospodarczego – fundament naszego konsumpcyjnego modelu życia – jest urojeniem?

Istotnie trudno sobie wyobrazić dalsze trwanie nieskończonego wzrostu. Jest niemal pewne, że wpadniemy w finansowe kłopoty, najprawdopodobniej powiązane z zadłużeniem lub derywatami. Problemy, których byliśmy świadkami w 2008 roku, są prawdopodobnie preludium tego, co nadchodzi. Żyjemy na świecie, który ma naturalne granice. Nie jest rozsądne spodziewać się, iż nieskończony wzrost naprawdę się urzeczywistni. Wiemy z historii, że wiele cywilizacji przez jakiś czas przeżywało wzrost, po którym nastąpił ich nagły upadek. Najwyraźniej następował on wówczas, gdy zwrot z ludzkiej pracy był zbyt niski. Jego odpowiednikiem są teraz niskie płace pracowników spoza kręgu elit. Ilość surowców przypadająca na osobę ulega zbyt dużej redukcji. Zwiększanie zadłużenia mogło tymczasowo ukryć tę sytuację. Redukcja średniej płacy, zwłaszcza wśród ludzi młodych, jest jedną z oznak, że nasza gospodarka zmierza w stronę upadku śladem wcześniejszych gospodarek.

(...)

Ogólny poziom wiedzy na temat samego funkcjonowania gospodarki oraz zależności między energią i gospodarką jest fatalnie niski. Większość analityków sądzi, że światowa gospodarka operuje dzięki zdyskontowanym przepływom pieniądza. A jej paliwem jest przecież energia. Nasza gospodarka to samo-organizujący się system sieciowy, który nieustannie rozprasza energię. Ekonomia zwykła negować bezpośredni związek między energią a gospodarką. Od 1800 roku populacja świata wzrosła od miliarda do ponad 7 miliardów, między innymi dlatego, że paliwa kopalne pozwoliły zwiększyć produkcję żywności i leków. Co gorsza, modelowanie ekonomii opiera się na analizie sposobu działania gospodarki z czasów, kiedy byliśmy daleko od granic środowiskowej pojemności planety. Wskazówki z tego modelowania w ogóle nie podlegają generalizacji, ponieważ zderzamy się z tymi granicami. Odwołując się do minionych warunków, ekonomiści oczekują, iż ceny wzrosną wraz z pojawieniem się niedoborów. Są w błędzie, ponieważ podstawową kwestią jest wspomniany brak odpowiednich wynagrodzeń pracowników spoza kręgu elit. Zwyczajnie nie stać ich na konsumpcję kosztownych towarów wytwarzanych przy użyciu surowców naturalnych. Niedostatecznie wysokie płace zamieniają się z kolei w „sprzężenie zwrotne” systemu w postaci niskich cen surowców. Sytuacja ta stanowi całkowite przeciwieństwo prognoz standardowych modeli ekonomicznych.

Na domiar złego badacze podążają śladami swoich poprzedników. Nie zaczynają od zgłębienia całego problemu. Istnieje mnóstwo badań, które sprawiały wrażenie trafnych, gdy je pisano, ale rozpatrywane w szerszej perspektywie okazują się całkowicie błędne. Publikacje naukowe bazujące na dotychczasowych ustaleniach po prostu powielają przeszłe błędy. Trudno to naprawić, gdyż dziedzina energii i gospodarki obejmuje liczne obszary dociekań badawczych. Zrozumienie pełnego obrazu nie jest rzeczą prostą.

W kwestii energetyki i gospodarki bardzo kuszące jest mówienie ludziom tego, co chcą usłyszeć. Jeżeli analityk nie rozumie, w jaki sposób działa system energii i gospodarki, a staje przed koniecznością zgadywania, z najbardziej przychylnym przyjęciem spotkają się następujące sformułowane przezeń domysły: „Wszystko jest w porządku. Uratuje nas innowacja”. Albo: „Uratuje nas substytut”. Prowadzi to do tendencyjnych badań ukierunkowanych na „Wszystko jest w porządku”. Dostępność dotacji finansowych na zagadnienia, które budzą nadzieję, wzmacnia ten efekt.

zielonewiadomosci.pl