środa, 21 grudnia 2016
„Inwestorzy to ludzie, którzy mają więcej pieniędzy niż czasu. Pracownicy to ludzie, którzy mają więcej czasu niż pieniędzy. Przedsiębiorcy to coś pomiędzy tymi dwiema kategoriami. Start-upy zakłada się wyłącznie za cudze pieniądze. Marketing jest jak płatny seks – tylko frajerzy go kupują. Nie ma zasad, jest tylko prawo. Sukces wybacza wszystkie grzechy”. W tych kilku prostych zdaniach, w których Martinez scharakteryzował kapitalizm Krzemowej Doliny, zawiera się także niemal cała fabuła jego książki.
Krzemowa Dolina Martineza pełna jest „chaos monkeys”, czyli małpek chaosu. Terminem tym określa się narzędzie do testowania wytrzymałości stron internetowych w obliczu awarii serwerów. Według Martineza całe środowisko przedsiębiorców i naukowców zgromadzone w okolicach Palo Alto, Mountain View i Santa Clara to jedno wielkie stado takich zwierzątek, które karmione przez fundusze inwestycyjne testują bez przerwy wytrzymałość niemal wszystkich branż po kolei – medialnej (Facebook, Twitter), transportowej (Uber), hotelowej (Airbnb).
obserwatorfinansowy.pl
sobota, 17 grudnia 2016
Wiele lat temu Stalin zebrał u siebie pisarzy, których uważał za wybitnych i rozkazał im prosić, o co tylko zechcą. Prosili o mieszkania, samochody, dacze, etaty dla sekretarek. A Siergiej Michałkow, młody poeta, potomek carskich jeszcze dworzan, wydobył z kieszeni czerwony tomik autobiografii Gospodarza, zapewniając, że o niczym tak nie marzy, jak o autografie autora w książeczce. Dostał podpis, a potem i mieszkanie, i auto, i daczę i sekretarkę, i tak dalej.
Słowem wszystko zgodnie z wieczną regułą: „Pięć minut bezwstydu i urządzony na całe życie”.
Jednego rytuał spotkań władzy z narodem choćby reprezentowanym przez twórców czy uczonych nie przewiduje – sporów, polemik z gospodarzem. Putin w ogóle nigdy w żadnych publicznych debatach nie uczestniczy. No, może z wyjątkiem konferencji prasowych, jeśli przyplącze się na którąś z nich jakiś uparty, oczywiście zagraniczny, dziennikarz. Wtedy gospodarz Kremla wychodzi z siebie. Tak było choćby wtedy, kiedy Francuza natarczywie wypytującego go o Czeczenię zaprosił do Moskwy na obrzezanie i to takie, że „po nim już nic nie wyrośnie”.
wyborcza.pl
- Mechanizm jest stary jak świat. I pan, i ja przez długie lata byliśmy w obozie zwycięzców. Zwycięska rewolucja – w tym przypadku liberalna, która w Polsce zaczęła się w 1989 roku – miała ogromny zasięg i odniosła wielki sukces. A potem liberałowie się rozleniwili i krok po kroku zaprzedawali ideały, które mieli na sztandarach. „No tak, tak – mówili – spójność społeczna jest ważna, stabilne miejsca pracy też są ważne, ale przecież mamy globalizację, nic nie da się zrobić”. To może przynajmniej zapewnijmy dzieciom dentystę w szkole? „No można, oczywiście, ale to za dużo kosztuje”. I tak dalej.
Dentystę?
– Dobry przykład. Bo rozumiem, że na obniżanie wieku emerytalnego nas nie stać. Ale na dentystę w szkole? W kraju, który się rozwija 25 proc. w ciągu dekady? Nie jak Grecja, która się zwinęła w tym samym czasie o 25 proc. Im bardziej liberałowie wychwalają sukcesy wzrostu PKB, tym bardziej widać, że mogli, że było z czego, a nie zrobili.
Mówili, że prawa człowieka to świętość. Ale jak doszło do ujawnienia sprawy więzień CIA w Polsce, to napadali na Adama Bodnara z Fundacji Helsińskiej, bo wzywał do rachunku sumienia. Liberalny establishment się obrażał – najpierw na Bodnara, potem na Europejski Trybunał Praw Człowieka – bo nas o te więzienia pytali. „Oczywiście, jesteśmy przeciwko torturom, ale nie bądźmy naiwni, to są terroryści”.
Liberalizm to jest pakiet, który działa tylko w całości. Nie można sobie wybierać, zgadzać się na sprzeczne z liberalizmem nierówności społeczne, tak jak nie można się zgadzać na hasła rasistowskie i tortury. Kiedy zaczęliśmy sobie ułatwiać życie i wybierać to, co było akurat wygodne, stanęliśmy na równi pochyłej. Zamazała się różnica między obozem, który wierzy w zdobycze humanizmu, a barbarzyńcami. Ta granica jest dziś dla wielu wyborców nieczytelna. Ogłaszanie, że może robiliśmy złe rzeczy, ale tamci są jeszcze gorsi, już nie ma znaczenia.
Tamci nie są gorsi?
– Są. Tylko co z tego? Nie mamy na razie wiarygodności, żeby do tego przekonać. Nie spotkałem jeszcze polityka, który by powiedział: „mea culpa”. Do końca się mobilizują, dokręcają śrubę i mówią: „Jesteśmy jedyną alternatywą, przecież nie pójdziecie za tymi oszołomami”. „Przecież nie możecie wierzyć, że 500 złotych was wybawi”. „Przecież Trump wam nie zwróci miejsc pracy”. A ludzie głupi nie są. Wcale nie wierzą w obietnice tamtych. Mają po prostu dosyć banałów i wykrętów, które słyszeli od iluś lat.
Ci „jeszcze gorsi” złapali wiatr w żagle i będą teraz wygrywać. I mają też ileś lat, żeby się zdyskredytować. A w międzyczasie będzie bigos. W Ameryce i w większości krajów europejskich.
wyborcza.pl
„Nie lubię już chodzić do kina” - dwudziestoletni Mir Bhat, student delijskiego uniwersytetu, robi smutną minę. Jak każdy młody człowiek w Indiach szaleje za kinem i wraz z kolegami podśpiewuje bollywoodzkie hity. „Teraz ludzie patrzą, czy wstajesz do hymnu przed seansem. Tylko szukają pretekstu, żeby zacząć bójkę” - nie może opanować złości.
Od 30 listopada Mir nie ma już wyboru. Sąd Najwyższy nakazał granie hymnu w kinach w całym kraju przed seansami, a widzowie muszą wstać i oddać honor fladze wyświetlanej na ekranie; znacznie wcześniej takie przepisy wprowadziły niektóre stany Indii.
W grudniu 2015 r. w miejscowości Kurla w stanie Maharasztra, gdzie granie hymnu przed seansem wprowadzono już w 2003 roku, muzułmańska rodzina, która nie wstała w kinie, została zaatakowana przez innych widzów i wyrzucona z sali. W październiku br. w kinie Inox w Panadźi w stanie Goa podczas wieczornego seansu jeden z widzów uderzył Salila Chaturvediego za obrazę hymnu. Chaturvedi, który cierpi na niedowład kończyn i używa wózka, mówił potem, że wielu ludzi na tym seansie było pijanych i śpiewanie hymnu w takiej atmosferze jest niewłaściwe.
gazetaprawna.pl
poniedziałek, 5 grudnia 2016
19 października 1812 r. Napoleon zaczął wycofywać się z Rosji. Najpotężniejsza armia nowożytnej Europy osiągnęła swój największy triumf i zdobyła Moskwę. Ale mimo to czekała ją zagłada.
Nie doszło jeszcze do zajęcia miasta przez wojska napoleońskie, a panika już przybrała zastraszające rozmiary. Mieszkańcy gromadnie uciekali. Rostopczin z rozkazu Aleksandra rozpoczął budowę olbrzymiego balonu, który miał się wznieść ponad zgromadzone na przedpolach Moskwy obce wojska, a wytropiwszy sztab francuskiego cesarza, sypnąć gradem kul i zniszczyć centrum dowodzenia, być może zabić samego Napoleona. Już kilka miesięcy wcześniej rozpoczęto pod Moskwą tajne prace nad budową latających maszyn. Przygotowaniami kierował niemiecki inżynier Franz Leppich — kapitan w służbie rosyjskiej. Całe przedsięwzięcie było tak tajne, że wiedziały o nim tylko cztery osoby i Aleksander, który zaaprobował niezwykły pomysł. Wydano 72 tysiące rubli, przeszkolono 50 osób do podniebnego startu. Konstrukcja powietrznej „machiny piekielnej” była jednak wadliwa i ten zuchwały plan uratowania Moskwy, a może i zakończenia wojny, się nie powiódł.
Skoro zawiodły działania militarne, pozostały pozamilitarne, w których Rosjanie mieli długą tradycję i duże doświadczenie. Kutuzow szykował Napoleonowi moskiewską pułapkę. Przechwalał się, że Bonaparte może go pokonać, ale przechytrzyć nie zdoła. Agenci głównodowodzącego dezinformowali Francuzów, że miasto będzie się bronić do upadłego, że wojsko nigdy Moskwy nie opuści. Tymczasem 13 września na tajnej naradzie wojennej w Filach podjęto decyzję o poddaniu miasta. Przekazano ją Aleksandrowi i Rostopczinowi, ale nie była ona dla nich zaskoczeniem, bo wiedziano, że Moskwa ocaleje w inny sposób, że będzie początkiem końca Wielkiej Armii. W mieście potajemnie gromadzono zapasy materiałów łatwopalnych i wybuchowych, usunięto sprzęt przeciwpożarowy, ogołocono magazyny z żywności i innych środków niezbędnych do życia; wszystko przebiegało zgodnie z planem Aleksandra. Już bowiem w ostatnim dniu swego pobytu w Moskwie polecił on przecież Rostopczinowi przygotowanie ewakuacji miasta i pułapki, skoro nie było nadziei na jego utrzymanie. Sto pięćdziesiąt wozów wywiozło skarby moskiewskie z cerkwi i pałaców. Po tygodniu w wielkiej tajemnicy konwój przybył do Kołomny, a stamtąd udał się do Niżnego Nowogrodu. Całą operację przeprowadzono tak sprawnie, że w odróżnieniu od nieudolnej ewakuacji petersburskiej moskiewskiej nikt nie zauważył. Nie zdołano wszakże wywieźć wszystkich bogactw i część z nich wpadła potem w ręce zdobywców.
histmag.org
Nikt nie może powiedzieć, że liberalna demokracja nie wyzwoliła niektórych ludzi i że niektóre rodzaje niewoli nie zostały wymazane, jednak w obecnym systemie pojawiło się wiele sprzeczności. Doświadczamy poważnego kryzysu demokracji liberalnej, który pokrywa się ze „śmiercią” socjalizmu. Koniecznym warunkiem demokracji liberalnej było istnienie ruchu robotniczego. Było to wynikiem kompromisu, w którym w zamian za wewnętrzny spokój i stabilizację, socjaldemokracja zrezygnowała z niektórych rewolucyjnych postulatów i stała się częścią państwa burżuazyjnego. W efekcie niższe klasy miały odtąd swoją reprezentację. Wewnętrzna równowaga pomiędzy klasami w obrębie zachodnich państw opiekuńczych, z przywilejami dla proletariatu, związkami zawodowymi, partiami socjaldemokratycznymi i komunistycznymi, oraz międzynarodowy spokój między zreformowanym i ograniczonym kapitalizmem a blokiem sowieckim, doprowadziły do powstania w latach 1945–1989 systemu nazywanego dziś „liberalną demokracją”. Zachodnioeuropejskie ustawodawstwo dotyczące praw pracowniczych czerpało z radzieckich i socjalistycznych wzorców prawnych z lat 20., podobnie jak prawo dotyczące równości płci oraz prawo rodzinne. Potwierdzają to ostatnie prawno-historyczne badania naukowe.
krytykapolityczna.pl
Obrazek z San Francisco? Może ten: na skrzyżowaniu w samym sercu miasta na światłach stoją jeden za drugim porsche carrera, ferrari testarossa i tesla. Kilka metrów dalej bezdomny zdejmuje spodnie i wypróżnia się prosto na chodnik, przechodzący obok ludzie niemal go nie zauważają. San Francisco to dziwne miejsce, nawet jak na ten ekstremalny kraj.
Światowe marki epoki internetu – Twitter, Google, Airbnb, Uber – budują tu swoje nowe kwatery główne i filie. Hole są tu z marmuru, wzrokiem sięgnąć można daleko ponad błękitną zatokę. Podczas przerwy obiadowej pracownicy dostają gratis organiczne truskawki i świeże ostrygi. Przed drzwiami wejściowymi leżą połamane fajki do palenia cracku, włóczą się tu ćpuny, obrzucające śmieciami urzędników, którzy przejeżdżają obok nich rowerami wyścigowymi za dwa tysiące dolarów.
San Francisco przeżywa boom, sprowadzają się tu dziesiątki tysięcy ludzi – programiści, inżynierowie, projektanci, których zarobki zaczynają się od 150 tysięcy dolarów. Tysiące innych opuszczają jednak każdego roku tę metropolię, to policjanci, nauczyciele, pomocnicy lekarscy. Zarabiają 70 tysięcy dolarów lub mniej, tymczasem czynsz za zwykłe trzypokojowe mieszkanie wynosi około pięciu tysięcy dolarów miesięcznie, a w dobrej lokalizacji ponad siedem.
W samej tylko Bay Area znajduje się 55 restauracji z gwiazdkami Michelina, w całym mieście zaś można naliczyć zaledwie 56 jadłodajni dla ubogich. Jest prawie trzy tysiące start-upów i co najmniej 7500 bezdomnych. Przybywa ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na kupno dwóch mieszkań, i takich, których nie stać na wynajęcie dwóch pokoi.
onet.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
